Rozdział 1. Pani już dziękujemy
Rozdział 1
Pani już dziękujemy
Podobno kobieta, która nosi dobre buty, nigdy nie jest brzydka.
Tak powiedziała Coco Chanel, a jej raczej należałoby wierzyć.
Zgrabna blondynka w eleganckim kostiumie w kolorze bladego różu dodałaby
jeszcze, że kobieta w dobrych butach z pewnością odniosła sukces. A słychać to bardzo wyraźnie po stukocie szpilek na kamiennej posadzce.
Blondynka weszła właśnie do wyłożonego egzotycznym drewnem i czarnym
marmurem holu budynku, w którym mieściły się ekskluzywne biura. Pewnym
siebie ruchem zdjęła ciemne okulary, uśmiechnęła się czarująco do
ochroniarza i ruszyła w kierunku windy, która cicho mknęła przez kolejne
piętra. Jej wyłożone lustrami wnętrze upewniło kobietę, że wygląda
świetnie. Przeczesała palcami lekko podkręcone na końcach włosy i z wysoko podniesioną głową wyszła z windy wprost do kancelarii prawnej z wielkim złotym napisem "K&H&M" nad recepcją, która była jej
miejscem pracy. Dziewczyna miała na imię Agata, a zanim przystąpiła do
obowiązków służbowych, zerknęła jeszcze w głąb korytarza, którym właśnie
przechodził "M." z szyldu, czyli Jerzy M., jeden ze współwłaścicieli.
Agata posłała mu najseksowniejszy ze swoich uśmiechów, a on poprawił
niesforny, spadający mu na oko siwy lok, spojrzał na nią swoimi
zielonymi oczami i powiedział:
- Agata, wpadnij do mnie, proszę. Teraz.
Po czym zniknął za drzwiami gabinetu, równie solidnymi jak reszta
wystroju wnętrza.
Są poniedziałki pełne nadziei, promienne niczym uśmiech dziecka i piękne
jak ukwiecona łąka. Bywają również magiczne wtorki, pachnące świeżo
zmieloną kawą oraz wyjątkowo gówniane środy. To była właśnie środa. W maju, czyli jednym z piękniejszych miesięcy w roku, a jednak - jak się
okazało - nie dla wszystkich. W tę środę życie trzydziestojednoletniej
Agaty wywróciło się do góry nogami. Co tu dużo mówić: przeżyła szok. Nie
ona pierwsza, nie ostatnia, a jednak wstrząsnęło nią to bardziej niż
informacja o kolejnych podwyżkach wywozu śmieci na jej eleganckim
osiedlu. Być może dlatego, że wiadomość, którą przekazał jej przystojny
szpakowaty partner z kancelarii K&H&M, całkowicie zachwiała
przyszłością Agaty, a nawet postawiła ją pod wielkim znakiem zapytania.
- Ty chyba żartujesz? - zapytała po raz drugi, a ponieważ drzwi do
gabinetu były zamknięte i znajdowali się w nim sami, mogła pozwolić
sobie na zlekceważenie uprzejmego "proszę pana".
W końcu nie dalej jak wczoraj uprawiali seks, a od pół roku mieli
romans, co nieuchronnie spoufala.
- Niestety - rozłożył ręce. - Siła wyższa.
- To znaczy? - Agata patrzyła na niego, niewiele rozumiejąc. Kiedy
kochasz się z kimś dwa razy w nocy i kiedy ten ktoś jest w tobie bardzo
dosłownie, zakładasz, że łączy was coś więcej, coś z czego być może
wykluje się kolejny etap. Ale niekoniecznie masz tu na myśli zwolnienie
z pracy z dość mętnym użyciem zwrotu "siła wyższa".
Agata nie była jednak głupia i od razu domyśliła się o co chodzi.
- Żona się o nas dowiedziała, prawda? - spytała celnie.
Mężczyzna siedzący na skórzanym fotelu (kolor cappuccino, firma włoska,
droga, ale z tradycjami) w tym roku kończył pięćdziesiąt sześć lat.
Dobry wiek dla mężczyzny na kochanki, gorszy na rozwód, zwłaszcza kiedy
nie posiadało się rozdzielności majątkowej, a żona również była
prawnikiem.
- Wszystko przemyślałem i, niestety, nie mogę podjąć innej decyzji.
Agata wzięła głęboki oddech.
- Nie dalej jak tydzień temu zapewniałeś mnie, że nie łączy was nic poza
nazwiskiem, że miłość wyparowała z was obojga, macie oddzielne sypialnie
i odmienne pojęcie szczęścia - Agata wyrecytowała to zdanie ze spokojem,
choć krew w jej żyłach coraz mocniej się burzyła.
Jerzy M. przygryzł dolną wargę.
- Ja dużo mówię - oznajmił w końcu.
Agata niemal zachłysnęła się własnym oddechem.
- To częsta cecha u prawników, fakt - zgodziła się - ale nie byliśmy na
sali sądowej. Sądziłam, że mówisz prawdę. Błąd w myśleniu?
Jerzy M. spojrzał na nią bez uśmiechu.
- Problem między nami polega na rozbieżności oczekiwań - oznajmił nagle,
a potem wstał i zaczął przechadzać się po gabinecie.
Agata ze zdumieniem zaobserwowała, że wygląda niemal identycznie jak
podczas rozpraw. Lekko pochylony, zmrużone oczy, krok powolny, ale
stanowczy, wskazujący palec prawej dłoni lekko wyciągnięty i odruchowe
dotykanie skroni. Samych kroków nie było słychać, ale to dlatego, że
gabinet był wyściełany czekoladowym, miękkim dywanem, idealnie dobranym
pod kolor ciemnych mebli, wykonanych z afrykańskiego drewna amazaque.
- Ty marzysz o stabilizacji, a ja ją już mam.
- Chyba odrobinę niestabilną jednak - zauważyła złośliwie.
Jerzy M. zatrzymał się w pół kroku i rzucił jej pobłażliwe spojrzenie.
Wytrzymała jego wzrok, w końcu była przyzwyczajona do tej mało
wyszukanej i dość oklepanej prawniczej gry aktorskiej.
- Wy, kobiety, wybiegacie myślami do przodu co najmniej o kilka lat za
daleko - powiedział w końcu.
Agata prychnęła.
- Wy z kolei nie wybiegacie w ogóle.
Jerzy M. bezradnie rozłożył ręce.
- Otóż to. My cieszymy się daną chwilą i danym momentem.
- Oraz orgazmem - podsunęła mu.
- Tak, tym zwłaszcza - nie mógł się nie zgodzić. - Kiedy jednak musisz
położyć na jednej szali niepewność, a na drugiej przyzwyczajenia,
zwyciężają zazwyczaj te drugie. Nikt nie chce rewolucji w życiu,
zwłaszcza kiedy tak naprawdę wcale na nią nie czeka.
- No tak, bzykanie to tylko miły przerywnik między jedną a drugą sprawą
- uświadomiła sobie Agata.
- Z całą pewnością nie jest to coś, co zmusi nas do rzucenia wszystkiego
i wyjechania w Bieszczady - nawiązał zgrabnie do słynnej historyjki
krążącej od lat w sieci.
Agata zrozumiała, że z nim nie wygra. Nie w słownym pojedynku i nie w sytuacji, w której on tak naprawdę wcale jej nie kocha. Dlaczego kobiety
tak szybko widzą miłość, chociaż nic na nią nie wskazuje? Bo ktoś
wyszeptał im czułe słówka do ucha? Bo ktoś przyniósł kwiaty, zabrał na
kolację i jęczał na widok młodego ciała w czerwonym koronkowym body? To
niemożliwe, żeby być aż tak bardzo głupim i naiwnym. A jednak. Każdego
dnia, każdej minuty tysiące, a nawet miliony kobiet na całym świecie
nabierały się od lat na to samo. I ciągle wierzyły w miłość, myląc ją ze
zwykłym orgazmem mężczyzny, o którym na ogół bardzo niewiele wiedziały.
- To twoja żona kazała zwolnić mnie z pracy, prawda? - spytała cicho.
Jerzy M. znowu usiadł w swoim miękkim, włoskim fotelu i sięgnął po
filiżankę z kawą. Filiżanka była porcelanowa i pochodziła z limitowanej
kolekcji Villeroya&Bocha, choć w tej chwili nie miało to chyba zbyt
wielkiego znaczenia.
- Poprosiła, żebym załatwił wszystko najlepiej, jak potrafię.
- Wyrzucenie mnie z pracy jest jedynym pomysłem, na jaki wpadłeś?
- Zdecydowanie najbardziej skutecznym - przyznał. Odcinam się od
przeszłości. Będę teraz wiernym mężem i spróbuję wynagrodzić mojej żonie
krzywdy, które wyrządziłem - wyrecytował jeszcze, jak miał w zwyczaju
robić z mowami końcowymi. I jakby na potwierdzenie jego słów drzwi do
gabinetu nagle się otworzyły i najpierw wszedł perwersyjnie wielki kosz
z różami nieco tylko mniejszymi od stuletnich dębów, a chwilę potem
wychyliła się zza niego postać Robusia, który w kancelarii był chłopcem
do wszystkiego.
Agata przez ułamek sekundy pomyślała, że te kwiaty to dla niej, że
jednak mu głupio, że przeprasza i znajdzie jakieś rozwiązanie. Kobieca
naiwność bowiem umiera ostatnia. Ale za to w straszliwych mękach.
Jerzy M. skinął głową na widok bukietu, a potem wstał i włożył między
pąki własnoręcznie podpisany liścik.
- Proszę dostarcz to Annie M. jak najszybciej! - powiedział i podał
chłopakowi stuzłotowy banknot. Na jego widok Robusiowi pojaśniała twarz.
- Premia ekstra, doskonale wybrałeś - pochwalił posłańca miłości.
- Już pędzę - zapewnił Robuś, uśmiechając się od ucha do ucha, od czego
Agacie zrobiło się niedobrze. Szczęście innych bowiem działa wymiotnie
na kogoś, komu świat właśnie wali się na głowę.
- Ile było tych róż? - spytała, zgrzytając zębami.
- Siedemdziesiąt - odpowiedział automatycznie Jerzy M.
- Kurwa. To mniej niż naszych wspólnych nocy. Nie popisałeś się. Kiedy
mam opuścić kancelarię?
- Pracujesz u nas od roku. Masz miesięczny termin wypowiedzenia, ale...
w tej sytuacji...
Agata posłała mu spojrzenie, które miało zabić, niestety, nie
poskutkowało nawet draśnięciem.
- Jasne. Spakuję swoje rzeczy i już mnie nie ma.
Godność. Zachowaj godność, wrzeszczał w jej głowie głos rozsądku,
podczas gdy ona sama rzuciła się w kierunku Jerzego M. ze łzami
poniżenia w oczach.
- Nie zostawiaj mnie - wyszeptała, kwiląc, a wszystkie jej organy
wewnętrzne umarły ze wstydu.
- Wystawię ci najlepsze referencje - powiedział spokojnym tonem Jerzy
M., chociaż widziała, że najchętniej wypchnąłby ją za drzwi i ze
spokojem dopił kawę z porcelanowej filiżanki Villeroya&Bocha. Seria
limitowana.
Agata w końcu opuściła gabinet z poczuciem hańby, poniżenia, despektu,
upokorzenia, kompromitacji oraz kolejnych siedemnastu podobnych
synonimów, odzwierciedlających jej aktualny stan duszy i ciała. I z przeraźliwym lękiem o jutro.
*
To była dość filmowa scena.
Agata szła właśnie korytarzem kancelarii, a w ręku trzymała karton. W kartonie zaś znajdowało się podsumowanie jej prawniczego doświadczenia -
paprotka, trochę smętna i przygnębiona tym, co właśnie się stało, zestaw
biurowych długopisów oraz ołówków, którym było wszystko jedno, dokąd
idą, oraz zdjęcie kota przymocowane do klipsa, osadzonego w serduszku z pleksi. I jeszcze jakieś teczki, zeszyty i dokumenty, choć nie do końca
wiedziała jakie. No i oczywiście kubek z napisem "Bierz mnie, pókim
gorąca", który Agacie wcale już nie wydawał się taki zabawny, jak
jeszcze jakiś czas temu. Poczucie humoru jest bowiem odbiciem stanu
psychicznego, w jakim człowiek akurat się znajduje, a Agata była na
dnie. Szkoda jej było tak naprawdę wszystkiego, począwszy od pracy w eleganckiej recepcji, skończywszy na horrendalnie drogim ekspresie do
kawy, w którym codziennie zaparzała sobie podwójne espresso.
- Co jest? - nagle przed jej nosem wyrósł Jakub, aplikant, który co
prawda pracował tu dopiero od siedmiu miesięcy, ale już było widać, że
ma niezwykłą smykałkę do tego zawodu. Życiowo wydawał się ofermą, ale
kiedy wkraczał na ring prawniczy, zmieniał się w prawdziwego wikinga.
Był od Agaty cztery lata młodszy, co kazało jej myśleć o nim gówniarz.
A jednak to on pozostawał na okręcie, ona tymczasem opuszczała go z paprotką, zdjęciem kota oraz przetrąconym sercem, które z każdym
kolejnym krokiem coraz bardziej kruszyło się i pękało. Kobiety są jednak
potwornie głupie. Żaden facet nie wdałby się w romans z szefem i nie
naraził kariery dla kilku gorących nocy i obietnic bez pokrycia.
- Odchodzę - wyjaśniła prosto i bez zbędnych ozdobników. Zresztą co
miała mu powiedzieć? Że właśnie zwolniło się miejsce w łóżku jej szefa?
I że wróciła do niego żona, zmieniając pościel po kochance i sugerując
pozbycie się jej z pracy? I że już nigdy nie zaparzy sobie kawy w drogim
ekspresie, bo w domu pija tylko rozpuszczalną?
- Ale dlaczego? - w zasadzie to było proste pytanie.
Gorzej z odpowiedzią.
Agata minęła go więc z miną sugerującą, że nie ma nic więcej do
powiedzenia i szybkim krokiem udała się w stronę windy. Musiała jak
najszybciej opuścić to miejsce, zanim rozklei się na oczach adwokatów,
radców prawnych, dwóch innych aplikantów, trzech sekretarek, księgowego,
specjalisty do spraw administracji, marketingu i public relations,
tłumaczeń oraz human resources. Trzymała się twardo również w windzie,
mocno zaciskając zęby i co chwila szybko mrugając powiekami. To czasem
pomagało przed zalaniem się potokiem łez, jakże kompromitujących i żenujących w tej sytuacji. Kiedy otworzyły się drzwi, potknęła się
jednak o ich próg, a z kartonu wypadło zdjęcie kota, to w serduszku z pleksi, i jak to zazwyczaj bywa - pękło na tysiące kawałków. Podobnie
jak serce Agaty, które dłużej nie mogło już udawać, że wszystko jest w porządku. I jeszcze jedno - stukot szpilek w eleganckim holu już nie
wybrzmiewał sukcesem, tylko wydawał dźwięk jednej wielkiej, sromotnej
porażki.
Nic dziwnego więc, że z oczu Agaty trysnęła fontanna, nad którą jej
właścicielka nie potrafiła zapanować. Nos zrobił się czerwony, na
policzkach pojawiły się plamy, a ciałem wstrząsały dreszcze. Tak właśnie
wyglądają kobiety, kiedy uświadomią sobie, że marzenia, którymi żyły,
okazały się jednym wielkim zgniłym brokułem. Nie zostało z nich nic.
Nawet nadzieja, że da się z tego jeszcze ugotować choćby breję dla kota.
Warto wspomnieć, że kot Agaty miał na imię Christie. Tak, to nie był
żaden zbieg okoliczności, tylko sprytny zabieg, by połączyć Agatę z Christie. Wszystkim wydawało się to zabawne lub oryginalne, Agacie
również. Do dzisiaj.
Bo kiedy świat nabiera czarnego koloru, najbardziej błyskotliwe pomysły
nagle wydają się kompletnie głupie i irytujące. Tak naprawdę to wszystko
człowieka drażni, a najbardziej uśmiechający się na ulicy ludzie, którzy
kretyńsko cieszą się z tego, że świeci słońce, jest maj, natura kwitnie
i pachnie zapowiedzią lata.
- A ja co? - zapytała siebie głośno Agata i zamówiła taksówkę, choć
wcale nie miała pewności, czy ją na nią stać.
W końcu właśnie straciła pracę, a cyfry na jej koncie byłyby w porządku,
gdyby im dopisać jeszcze ze trzy zera. Teraz, niestety, były zeru
bliskie.
Nie mam oszczędności, nie mam miłości, nie mam bogatego kochanka, nie ma
nawet serduszka z pleksi ze zdjęciem mojego cudnego niebieskiego
brytyjczyka Christie, którego ta dramatyczna sytuacja niewiele obchodzi
i raczej nie zechce żreć tańszej karmy, by mi ulżyć. W ogóle nie mam nic
- spuentowała swój wewnętrzny monolog Agata. Poza poczuciem złości na
samą siebie, że okazała się tak potworną idiotką.
Kiedy podjechała pod bramę wielkiego błyszczącego osiedla w dzielnicy
będącej w teorii prestiżowym Mokotowem (chociaż i tak wszyscy mówili o tym miejscu Mordor), za którą mieściło się jej małe mieszkanko, dotarła
do niej jeszcze jedna prawda. Kredyt we frankach szwajcarskich.
Kredyt, który jest niezwykłym ekonomicznym zjawiskiem - w ogóle nie
maleje, a nawet po latach spłacania jest jeszcze większy. To swoisty
paradoks, którego Agata nigdy nie potrafiła pojąć. Jak zresztą kilkaset
tysięcy jej podobnych, którzy co miesiąc ze zdumieniem patrzą na swoje
konto i wcale nie czują się neutralni jak Szwajcaria, tylko wkurwieni
jak tygrys w klatce.
- Z czego ja teraz będę żyć? - zapyta samą siebie. Retorycznie. A potem,
na widok miny kierowcy, szybko uregulowała należność za taksówkę.
Najbardziej przerażała ją banalność pewnych powiedzeń. A jednocześnie
prawda, która jest w nich zawarta. Każda akcja wywołuje reakcję, życie
jest jak domino - po kolei przewracają się klocki bezpieczeństwa, a kłopoty następują lawinowo. I wszystko to, niestety, sprawdza się, zanim
człowiek zdąży w porę zawrócić bieg rzeki. Mieszkanie Agaty było
maleńkie, ale własne. Własne w 32 procentach, reszta nadal należała do
banku. Żeby jednak mieć poczucie własności, trzeba spłacać kredyt, o którym wspomniano wcześniej. Należy też opłacać prąd, wodę oraz
kosztowne puszki dla Christie. Plus jedzenie dla samej Agaty, które
teraz nagle również nie wydaje się specjalnie tanie.
Dieta pudełkowa.
Modna, wygodna, nawet smaczna, co więcej - z dowozem do domu. Nie trzeba
samemu robić zakupów, gotować, bilansować tych wszystkich ważnych dla
organizmu składników, a potem zmywać. Całość dostarczona jest o poranku
- dokładnie pięć cudownych kartoników, a w nich samo zdrowie. Są migdały
z musem malinowym i gotowany kurczak z warzywami. Jest wegański pasztet
z figami oraz tajska zupa z krewetkami. Jaglanka z dodatkiem jabłek i pyszny tofurnik czy jakoś tak. Z buraków chyba. Jednym słowem - jest tam
wszystko, co powinna jeść szanująca się asystentka w dużej kancelarii
prawniczej, która naprawdę nie ma czasu na samodzielnie gotowanie. I która uwielbia dietę pudełkową właśnie za jej bezproblemowość oraz
profesjonalizm w byciu zdrową i pożywną. Cena siedemdziesiąt siedem
złotych dziennie, ale warto. Za estetykę podania, smak, różnorodność,
składniki, dostawę, a nawet samo pudełko, które jest ekologiczne i ma
lekko pistacjowy kolor. Każdy by się skusił.
Każdy.
Oprócz bezrobotnych, do których od dzisiaj zaliczała się również Agata.
Bardzo łatwo jest spaść z dużej wysokości. Nie trzeba się nawet
specjalnie połamać, żeby odczuć skutki upadku. Pytanie brzmi - jak długo
człowiek zamierza leżeć i lizać rany oraz jak szybko potrafi wstać,
zacisnąć zęby i rozpocząć wspinaczkę od nowa?
Agata zamknęła za sobą drzwi i uśmiechnęła się na widok niebieskiego
kota, który tak naprawdę był szary. Dostała go od rodziców trzy lata
temu i od tego czasu pokochała szczerze i chyba z wzajemnością, co nie
zawsze idzie w parze. Zwłaszcza u kotów. Oraz mężczyzn na wysokich
stanowiskach, żonatych, po pięćdziesiątce.
- Christie, jestem tak strasznie głupia. Głupsza od karmy dla jeży, od
nogi taboretu albo ćmy, który napierdala w stronę ognia nawet wtedy,
kiedy smażą jej się skrzydełka. Jestem kumulacją głupoty, a za chwilę
również biedy, co może poważnie wpłynąć na moje zdrowie psychiczne i fizyczne - Agata wyrzuciła z siebie ten monolog jeszcze w korytarzu, a potem usiadła na podłodze i czekała na kota, który powinien przyjść i ją
pocieszyć.
I Christie właśnie tak zrobiła.
Przyszła do Agaty, zamiauczała trzy razy, ale niezbyt głośno, a potem
usadowiła się na jej kolanach i zaczęła ją grzać szarym futrem, które w papierach nazywane jest niebieskim.
- Kocham cię - powiedziała Agata.
- Miau - odpowiedziała Christie i tak sobie siedziały, dyskutując o życiu, nawet jeśli z boku wyglądało to zupełnie inaczej.
Jedno jest pewne. W życiu Agaty nastąpiło trzęsienie ziemi, z którym
należało się jakoś uporać. Co oczywiście nie jest łatwe w przypadku,
kiedy ma się pęknięte serce i poczucie podarowania cennego czasu komuś,
dla kogo nie znaczyło się naprawdę nic. Owszem, ten związek nie trwał
zbyt długo, a jednak Agata czuła, że jest zakochana. Być może dlatego,
że Jerzy M. był nie tylko człowiekiem sukcesu (tacy ludzie wytwarzają
wokół siebie aurę pewności siebie), ale też cudownie pachniał, był
przystojny, starszy od niej, co mocno ją kręciło, nosił idealnie
skrojone garnitury, mówił do niej "maleńka" i był świetny w łóżku. Ta
mieszanka, połączona z zielonymi oczami i wzrostem metr
dziewięćdziesiąt, czyniła go absolutnym numerem jeden wśród warszawskich
kandydatów na męża. Problem polegał jednak na tym, że on już mężem był.
I wcale nie zamierzał tego zmieniać, przynajmniej nie dla Agaty.
- Christie, czy wiesz, że mężczyźni to świnie? - spytała na głos,
zadając prawdopodobnie jedno z najczęściej padających na świecie pytań.
I wciąż, niestety, prawdziwych.
Po godzinie siedzenia na podłodze postanowiła zjeść zawartość ostatnich
dwóch pudełek, które jej zostały, wziąć szybki prysznic i położyć się do
łóżka. Na razie nie była w stanie robić żadnych planów ani tym bardziej
próbować się ogarnąć. Na to było zdecydowanie za wcześnie. Każde
rozstanie wymaga czasu, nawet jeśli facet, z którym była, właśnie wysłał
siedemdziesiąt róż żonie. Ogniście czerwonych, ogromnych i zapewne
obrzydliwie drogich. Świadomość, że nie znaczyło się dla niego zbyt
wiele, bolała bardziej, niż się początkowo wydawało. A jednak z każdym
kolejnym kęsem (pieczony indyk z żurawiną oraz garść suszonych moreli),
Agata czuła, jak jedzenie rośnie jej w gardle, a ona sama zmierza ku
wielkiej czarnej ścianie, za którą prawdopodobnie nie ma już nic. Albo
kolejna ściana - na zasadzie przyciągania pecha.
- O Boże, Christie, czuję się tak, jakby ktoś usiadł mi na ramionach i wciskał w ziemię - pożaliła się kotu. - Jakby ktoś wysysał ze mnie życie
i nie, nie jest to dementor z Harry'ego Pottera, tylko coś o wiele
bardziej realnego. Coś, co ma twarz Jerzego M., a także jego ramiona,
tułów i nogi. I te cholerne okulary, w których zawsze wydawał mi się
taki przystojny - załkała głośno.
Może to nie była miłość jak z bajki, ale przynajmniej jakiś wstęp do
niej. Tak przynajmniej sądziła. Jerzy M. sprawiał wrażenie, że mu na
niej zależy, że faktycznie nie układa mu się z żoną i szuka jakiegoś
rozwiązania.
- Nie rozmawiamy ze sobą, każde z nas ma własną sypialnię, a Anna nawet
już nie pyta, dokąd wyjeżdżam. Ostatnio nie było mnie w domu ponad
tydzień, a ona nawet tego nie zauważyła. Sama widzisz, że taki układ nie
ma po prostu sensu.
To były jego słowa. Wypowiedziane cichym tonem, któremu towarzyszył
smutny uśmiech. Agata po prostu musiała go wtedy pocieszyć.
- Z nami będzie inaczej, zobaczysz - obiecywała szeptem.
- Wiem, maleńka. Jesteś moim słońcem.
To niewiarygodne, jak mężczyźni potrafią świetnie kłamać, choć może to
kobiety mają skłonność do przyjmowania kłamstw z taką łatwością.
Zupełnie jakby chciały właśnie to usłyszeć. Nie filtrują sprzedawanych
im opowieści, nie wyciągają wniosków, nie zastanawiają się nad
znaczeniem pewnych słów. Chcą wierzyć, że właśnie ktoś uznał je za
miłość życia i dzięki niemu pragną zmienić swoje. Chcą poczuć się
jedyne, wyjątkowe, niezastąpione. Kiedy ktoś brutalnie przeciera im
twarz szmatką, pokazując prawdę, stoją z wybałuszonymi oczami i nie mogą
uwierzyć, że znowu dały się nabrać.
Agata była przekonana, że ona nie należy do takich osób. Że jest zaradna
i mądra, chociaż nie ukończyła studiów prawniczych. Ani, prawdę mówiąc,
żadnych innych. Że potrafi trzeźwo ocenić sytuację i rozpoznać
fałszywych przyjaciół. I że żaden facet nie doprowadzi jej do stanu, w którym będzie przełykała pieczonego indyka z żurawiną, jakby były to
kamienie posypane szkłem. Szczęście jest naprawdę czymś złudnym -
jeszcze rano przeskakujesz przez linie na chodniku i patrzysz z uśmiechem w niebo, a kilka godzin później czujesz się jak ścieki, które
właśnie spływają do studzienki kanalizacyjnej. Nie czujesz już zapachów
otaczającego cię świata, tylko smród porażki. I nie można go niczym z siebie zmyć.
Gorący prysznic nie pomógł. Wytarcie ciała szorstkim ręcznikiem również.
Podobnie jak bolesne poklepanie się po twarzy, które wcale nie było
zamierzonym masażem. Pewne ukojenie przyniosła chłodna pościel i miękkie
łóżko, na które wskoczyła także Christie, doskonale rozumiejąc, że jej
pani nie powinna dzisiaj być sama. Agata otuliła się bladoróżową kołdrą
w białe piórka i próbowała zasnąć. Powieki miała spuchnięte od płaczu, a w głowie jej huczało. Pojawiły się w niej obrazy, zdania, myśli, dźwięki
i sceny z ostatnich miesięcy. Pojawiły się marzenia, które teraz wydały
się żałosne. I odcinek bankowy, na którym widniała comiesięczna rata do
spłacenia.
Była godzina siedemnasta osiemnaście i nikt o zdrowych zmysłach nie
kładł się o tej porze spać. Ale Agacie było wszystko jedno. Chciała
zniknąć, zakopać się w swoich sennych wizjach, a najlepiej w ogóle nie
obudzić. Bo jeśli środa była tak strasznie gówniana, to jaki mógł być
czwartek?
Rozdział 2. Czas się ocknąć
Rozdział 2
Czas się ocknąć
Podobno zmiany w życiu powinny być czymś równie naturalnym jak zjedzenia
śniadania. Tylko jak to zrobić, skoro człowiek jest tak bardzo
przywiązany do tego, co już ma? Skoro nawet od lat jada te same płatki,
wychodząc z założenia, że inne z całą pewnością nie będą mu tak dobrze
smakować. Nie jest łatwo przestawić się na nowe, machnąć ręką na to, co
było, i z uśmiechem na ustach zostać kimś innym. A już z całą pewnością
nie jest to proste dla kobiety świeżo porzuconej przez faceta, z którym
wiązało się pewne nadzieje.
Kolejne sceny z Agatą w roli głównej były dość monotonne. W zasadzie
głównie leżała w łóżku, szlochając lub patrząc tępo w sufit. Wstawała
tylko po to, by nakarmić Christie, która miała w nosie, jak wielką szują
okazał się Jerzy M., i była po prostu głodna. Oraz po to, by sprzątnąć
kuwetę Christie. Kot okazał się zatem dość kluczowy w jej sytuacji, bo
przynajmniej zmuszał Agatę do jakiegokolwiek ruchu. Ona sama zaś nie
miała ochoty na nic do jedzenia, od czasu do czasu piła wodę z kranu i znowu wracała do łóżka, w którym łkała rozpaczliwie. Ten stan mógłby
trwać tygodniami. Na szczęście jednak człowiek ma w sobie głęboko
zakorzenioną siłę przetrwania. Objawia się w różny sposób, a w tym
konkretnym wypadku była to niczym nieuzasadniona chęć napicia się
zielonej herbaty.
Agata zasnęła w oparach dramatu. A obudziło ją zwyczajne pragnienie. Ale
nie chciała już wody ani resztek soku pomarańczowego, który pewnie i tak
skwaśniał, tylko zielonej dobrej herbaty. Miała taką w puszce, a puszka
stała w szafce nad zlewem. Trzeba było wstać, udać się w jej kierunku,
wyjąć ją i zagotować wodę. A potem wlać do kubka, odczekać, aż się
zaparzy, wyjąć torebkę i zacząć pić. Wykonanie wszystkich tych czynności
jednocześnie dowodziło, że Agata nie była jeszcze gotowa na śmierć z powodu fatalnej miłości. Herbata nie dodała jej może skrzydeł, ale
zmusiła do poruszenia się. Do zrobienia czegoś innego niż zaleganie w łóżku. I to jest właśnie ten moment, w którym mózg daje ciału sygnał:
walcz.
Agata po wypiciu herbaty jakby odruchowo udała się do łazienki i wzięła
prysznic. Zmywając z siebie resztki smutku i rozpaczy oraz nakładając na
ciało piankę do mycia o zapachu leśnych poziomek, zaczynała budzić się
do życia. Umyła nawet włosy, a w twarz wklepała krem dla kobiet po
trzydziestce. Trochę ujędrniający, głównie jednak nawilżający. To nie
były jakieś niezwykłe czynności, a jednak po nich poczuła się znacznie
lepiej. Odważnie spojrzała nawet w lustro, choć ono akurat nie było zbyt
uprzejme. Pokazało bowiem prawdę - podkrążone oczy, pobladłą twarz,
włosy zwinięte w mokry kucyk, dwa pryszcze na brodzie oraz ogólną
niedyspozycję urodową. A przecież Agata spełniała wszelkie kryteria
kobiety ładnej i zadbanej. Była szczupła, miała jasne, proste włosy,
oczy w odcieniu szaro-niebieskim, mały, zgrabny nos, ładne brwi, których
nikt nie musiał laminować, oraz jasną, ale pełną blasku cerę.
Tak było jeszcze tydzień temu.
Teraz wszystko uległo jednak zmianie, co jest tylko kolejnym dowodem na
to, że kobieta jest piękna wtedy, kiedy czuje się szczęśliwa. I kiedy
miłość delikatnie trąca ją w ramię. Miłości nie było, szczęścia również.
Co gorsza - nie było także pracy, a to na dłuższą metę jest o wiele
gorsze niż brak uczucia.
Pora na zmiany.
Na starcie z rzeczywistością.
Na poszukanie planu B, który pozwoli jakoś przetrwać w tym bezwzględnym
świecie kredytów we frankach szwajcarskich. W końcu jest młodą i silną
kobietą, i nie będzie przez kolejne miesiące jęczeć, że została
wystawiona za drzwi. OK, jej plan na życie nie wypalił, ale to chyba nie
znaczy, że nie można wymyśleć nowego. I to znacznie lepszego.
Agata potrząsnęła głową i zmarszczyła brwi. Wykonała kilka celowych
ziewnięć oraz dotknęła językiem nosa. To były ćwiczenia z jogi twarzy,
które miały pobudzić zaspane mięśnie i doprowadzić do szybszego
przepływu krwi. Do zaróżowienia policzków oraz zapewnienia blasku oczom.
Agata wykrzywiła twarz w dziwnym grymasie i powiedziała na głos:
- Oooooooooooouuu.
I faktycznie było jakby trochę lepiej.
Założyła popielaty miękki dres, który bez względu na to, jak markowe i drogie ciuchy człowiek ma w szafie, wygrywa zawsze i wszędzie. Zupełnie
jakby rozumiał stan ducha i dopasowywał się do niego swoją miękkością.
Agata podziękowała mu za to z wdzięcznością. Następnie przeniosła się do
popielato-białej kuchni, usiadła przy niewielkim białym stole, dopiła
zieloną herbatę i wprowadziła się w trans efektywnego myślenia. Niektóre
swoje uwagi wypowiadała na głos, po to, żeby je dobrze zrozumieć, żeby
dotarły i pozwoliły wypracować wspomniany plan B.
- Z psychologicznego punktu widzenia do wielkiej zmiany gotowi są ludzie
elastyczni, o dużych zdolnościach adaptacyjnych, optymiści o poczuciu
własnej wartości i potrzebie osiągnięć. Oni nie patrzą w kategoriach
wielkiej porażki, ale raczej wyzwania, możliwości rozwoju i ewentualnego
sukcesu - zaczęła nieśmiało wypowiadać zdania, przeczytane w jej
ulubionym magazynie o rozwoju osobistym. Poczuła nawet, że się lekko
rozkręca. - Dla nich radykalna zmiana to mała prywatna rewolucja. Kiedy
czują się niespełnieni, nie zagrzebują się w poczuciu bezradności, ale
szukają wyjścia. Na drugiej szali stoją ci, którzy rozsmakowali się w bezradności i zgorzknieniu. Nienawidzą pracy, szefa, życia, które wiodą,
ale nie potrafią sięgnąć po towar z wyższej półki. Strach przez utratą
ciepłego gniazdka z uwłaczającą pensją i nudnym zajęciem jest silniejszy
od chęci zmiany. Pośrodku zaś znajduje się cała reszta, która nie do
końca wie, co dalej chce zrobić ze sobą i swoim życiem. To ja. Obecnie
nie mam żadnego pomysłu, wiem tylko, że nie da się w nieskończoność
siedzieć w pościeli w białe piórka.
Początek brzmiał dobrze. Agata poczuła, że to, co mówi, ma sens. Po
herbacie przyszedł czas na kawę, niestety rozpuszczalną, ale za to z waniliowym mlekiem sojowym.
- Jeszcze sobie kupię wielki, wypasiony ekspres do kawy, który nawet
będzie do mnie mówił - obwieściła stanowczym głosem i uniosła w górę
kciuk w geście zwycięstwa.
Nalała kawy do kubka, skrzywiła się na widok pustej lodówki, wyjęła z szafki owsiane ciasteczko i znowu usiadła przy stole.
Christie wskoczyła Agacie na kolana, odwróciła się do niej cudownie
miękkim pyszczkiem i spojrzała jej prosto w oczy. Coś było w tym kocie
ludzkiego. Zupełnie jakby rozumiał, że czasem należy okazać wsparcie, a nawet wysłuchać tego, co mówi człowiek, nawet jeśli brzmiało to jak
wykład z coachingu. Ale z całą pewnością czemuś miało służyć.
Agata pociągnęła nosem i pogłaskała Christie.
- Cieszę się, że jesteś. I że mnie wspierasz. Mówi się, że koty wszystko
mają w dupie i że to my jesteśmy na ich usługach. Możliwe. Ja jednak
czuję, że między nami jest jakaś równość i że traktujemy się z podobną
wyrozumiałością oraz akceptacją.
Christie oblizała się, a potem zeskoczyła z kolan i skierowała w stronę
miski.
- Tak - zgodziła się Agata. - Żebyś ty mogła dostać wątróbkę, ja muszę
znaleźć jakieś zajęcie. To jest bardzo spójne i logiczne. I nie wymaga
żadnej filozofii. Poza tym też jestem głodna.
Nie wszystko jednak, co spójne i logiczne, jest proste do wykonania.
Agata ma trzydzieści jeden lat, co już wiemy, wypada zatem z rankingu
młodych i długonogich dziewcząt, które chętnie się zatrudnia, nie do
końca sugerując się tym, jakie mają doświadczenia. Agata nie chce jednak
wracać do rodzinnego domu w niewielkiej miejscowości pod Kutnem, więc
postanawia podnieść rękawicę rzuconą jej przez los i stanąć z nim do
pojedynku. Zaczyna się jak zawsze - od otwarcia laptopa i poszukiwań
ofert pracy, których w sieci jest całe mnóstwo i z których 90 procent
odpada już na samym starcie. A jeśli chodzi o pozostałe 10 procent, to
rzadko kiedy ktoś spełnia wymagane kryteria. Życiorys z pozycją
"asystentka w kancelarii prawnej" oraz informacja o niedokończonych
studiach prawniczych z pewnością nie otwiera żadnych drzwi. Agata jest
może rezolutna i rzeczowa, bystra i skrupulatna, ale o tym nikt w ogłoszeniach nie wspomina.
- Na czym ja się właściwie znam? - odkąd przestała chodzić do biura,
coraz chętniej rozmawiała ze sobą. - Na popaprańcach, kłamcach,
oszustach i manipulatorach? Na facetach, którym wyjątkowo łatwo
przychodzi kopnięcie kogoś w tyłek, nawet jeśli jest on zgrabny i odziany w skąpe stringi?
Agata zamknęła laptop z nieprzyjemnym poczuciem klęski. Kolejnej klęski.
W zasadzie nie znalazła nic, co mogłoby dać zawodową satysfakcję oraz
wystarczające zarobki osobie z jej kwalifikacjami. I to nie była dobra
wiadomość dla kogoś, kto miał pustą lodówkę, bo od tygodnia nie zamówił
diety pudełkowej.
Za to miała nowe louboutiny, które kupiła dokładnie dzień przed wylotem
z pracy. Owszem, zaszalała i wydała ponad cztery tysiące złotych na
szpilki, o których zawsze marzyła. Chciała je założyć do czarnych
pończoch i pokazać się w tym stroju Jerzemu M. (banalne i oklepane, ale
zawsze działa), niestety, niewiele z tego wyszło. Teraz czuła się jak
skończona idiotka, która wprawdzie nie miała pracy ani kasy na koncie,
za to w jej pokoju leżały czarne louboutiny i patrzyły na nią nieco
wymownie.
- Cholera, nie chcę was - powiedziała stanowczym tonem. - Bo już zawsze
będziecie mi przypominać moją kurzą ślepotę. Poza tym, najzwyczajniej w świecie, mnie na was nie stać.
Zalogowała się na Facebooku, szybko odnalazła grupę miłośniczek Carrie
Bradshaw, zamieściła zdjęcie czarnych szpilek i poinformowała
nonszalanckim wpisem, że jednak czarnych nosić nie będzie.
Leżą w kartonie i czekają na nową właścicielkę. A ja zakładam beżowe
blahniki i pędzę do pracy.
Zeszła z ceną o 500 zł i o mało nie wykonała salta z radości, kiedy po
piętnastu minutach zgłosiła się do niej niejaka Karina z prośbą o natychmiastowy kontakt na priv. Agata odetchnęła z ulgą.
- Dobra, sytuacja na chwilę jest opanowana, ale to nie znaczy, że na
długo. Oszczędności mam wyjątkowo skromne, więc w tej sytuacji pojadę
jednak do mojej małej miejscowości pod Kutnem, której nazwy nawet nie
będę wymawiać, a ty pojedziesz ze mną - powiedziała Agata do Christie i przyniosła z pokoju czarny koci transporter, który - kiedy nie był
używany - dorabiał jako stolik kanapowy.
Godzinę później obie były już gotowe. Agata zmieniła szary dres na
czarne spodnie i biały T-shirt, Christie zaś została w swoim popielatym
futerku. Wsiadły do małej, granatowej corsy - na szczęście zatankowanej
do pełna - i ruszyły w stronę Wielkopolski, by tam poszukać odpowiedzi
na kilka pytań, a może nawet skorzystać z porad rodziców, którzy czasem
miewali rację. A już z całą pewnością mieli pełną lodówkę. Choć zaledwie
parę dni wcześniej Agata przysięgłaby, że nie chce już żyć, całkiem na
przekór tym myślom zaczynała być coraz bardziej głodna. Przez żołądek
można widocznie dotrzeć także do złamanego serca.
Agata włączyła radio, założyła okulary przeciwsłoneczne, pociągnęła
nosem i uniosła w górę kciuk.
- Będzie dobrze, Christie, zobaczysz. Po prostu mam chwilowy zjazd i marne perspektywy, ale ostatecznie mam też dwie nogi i dwie ręce -
dodała, choć ją samą średnio to przekonało. Ostatecznie w Polsce żyło
ponad dziewięć tysięcy bezrobotnych, którzy również mieli dwie nogi i dwie ręce. I najwyraźniej nie do końca im to pomogło.
Agata postanowiła nie myśleć o tym w ten sposób, tylko skupić się na
jeździe. I ewentualnie na tym, o czym właśnie dyskutowano w radiu.
- Nigdy nie poszukuj przyczyn swoich niepowodzeń w czynnikach
zewnętrznych. Jeśli coś ci nie wychodzi, to nie dlatego, że zabrakło
czasu, pieniędzy czy odpowiedniego miejsca - być może należało ten
problem rozwiązać inaczej. Teraz jesteś przynajmniej mądrzejsza i bogatsza o kolejne doświadczenia. Zawsze szukaj rozwiązań. Jeśli teraz
nie masz czasu, być może znajdziesz go jutro. Jeśli w tej chwili nie
czujesz się na siłach, spróbuj za godzinę lub dwie. Najważniejsze, żebyś
widziała w tym cel. Cel jest bowiem najlepszą motywacją do działania.
- Mam cel! - zawołała Agata. - Muszę znaleźć pracę, stanąć na nogi,
uniezależnić się, a potem zemścić na facecie, który doprowadził mnie do
takiego stanu. To niedopuszczalne, żeby cała moja egzystencja zależała
wyłącznie od czyjejś chuci. Owszem, popełniłam błąd. Nie powinnam
umawiać się z szefem, a już zwłaszcza z żonatym szefem. Zachowałam się
jak klasyczna idiotka, której przez moment wydawało się, że jest
księżniczką. Ale dotarło, że księżniczek nie ma. Przynajmniej nie w mojej rzeczywistości. Są za to kutasy z prawniczym wykształceniem,
którzy nadal bezkarnie pracują i udają wzorowych mężów. O nie, Christie,
niedoczekanie! Zraniona kobieta jest gorsza od zranionej pumy. Od
zranionej i głodnej.
- Nie roztrząsajmy tego, co było, nie zatracajmy się w pretensjach, że
coś nam umknęło lub nie wyszło. To tylko osłabia naszą energię i powoduje, że mamy jeszcze mniejszą ochotę, aby coś zmienić. To tak jak
byśmy bez przerwy dokarmiali nasz żal i niezadowolenie. Pora zmienić
takie podejście - brzmiał tymczasem kojący kobiecy głos.
- A gówno! Pani pozwoli, że ja jednak będę jeszcze przez jakiś czas
dokarmiać mój żal, a nawet totalny wkurw i właśnie na tym zbuduję moje
osobiste imperium.
Agata nawet nie zauważyła, kiedy dotarła na miejsce i znalazła się pod
domem rodziców, którzy właśnie ze zdumieniem odkryli, że niewielka,
granatowa corsa wjechała z impetem na ich podwórko, potrącając na śmierć
jedną z kur.
*
To był dobry rosół, nawet jeśli nieplanowany.
Agata rzuciła się na niego wygłodniała i bez wyrzutów sumienia. Zupełnie
nie przeszkadzało jej, że to nie były eleganckie przegrzebki albo inna
pularda w sosie z trawy cytrynowej, tylko polski tłusty rosół z makaronem. Podany w uroczej zielonej kuchni, z nieśmiertelnymi kafelkami
w zielone kwiatuszki. To niewiarygodne jak drobne, sentymentalne rzeczy
potrafią przywrócić człowiekowi wiarę w przyszłość. Jak ten biały talerz
z niebieskim szlaczkiem. Agata prawie zachlipała ze wzruszenia.
Rodzice parzyli na nią z pewnym niepokojem, wiedzieli jednak, że nie ma
nic gorszego niż zadawanie dziecku pytań. Skoro ich córka pojawiła się
bez zapowiedzi i to w środku tygodnia, to najwyraźniej powód musiał być
ważny. I prędzej czy później go wyjawi, a może nawet poprosi o pomoc. Na
razie widać było, że jest głodna i połyka rosół mimo pietruszki, którą
pani Helena, mama Agaty, nieopatrznie sypnęła do garnka.
Kura miała na imię Zofia, ale wszystkie kury miały tak właśnie na imię,
co bardzo pomagało w zarządzaniu podwórkiem. Większość koleżanek
tragicznie zmarłej Zofii miała spokojną pracę przy produkcji jajek. Ale
czasem zdarzało się, że któraś lądowała w garnku z rosołem. Najczęściej
wskutek jakiegoś dramatu.
- Jezujakiepysznecozasmak - wybełkotała Agata i dolała sobie kolejną
porcję.
Nawet Christie patrzyła na nią ze zdumieniem, po raz pierwszy widząc
swoją panią rzucającą się na jedzenie. Christie była arystokratką. Ona
na przykład dostała miseczkę pachnącego mięsa i jadła je dostojnie oraz
z godnością. Powoli przeżuwając i oblizując się ze smakiem.
Kiedy Agata w końcu skończyła jeść, wzięła głęboki oddech i spojrzała na
rodziców.
- Wiem, że już nie możecie wytrzymać, więc powiem to od razu. Chwilowo
jestem bez pracy - bezradnie rozłożyła ręce.
- O Jezu - pani Helena usiadła na kuchennym taborecie i podrapała się po
brodzie. - Wyrzucili cię?
- Redukcja etatów, tak to się nazywa. Ale nie musicie się martwić,
jestem dobra w tym, w czym jestem - wyjaśniła nieco zawile - więc na
pewno coś znajdę.
Pani Helena pokiwała głową, a jej mąż, Marek, przyglądał się córce
badawczo i długo. Nie lubiła tego spojrzenia, bo wwiercało jej się w głowę i nie pozwalało kłamać. Ojciec zawsze umiał ją tak podejść, że
prędzej czy później wyjawiała prawdę.
- Przejdę się trochę, dawno tu nie byłam, OK? - powiedziała teraz szybko
i zerwała się od stołu.
- A ja pójdę z tobą - powiedział ojciec.
No tak.
Już ją przejrzał. I już wiedziała, że tak łatwo się nie wywinie.
Najchętniej uciekłaby teraz do swojego pokoju, który ciągle tu na nią
czekał, ale w końcu i tak będzie musiała porozmawiać z ojcem szczerze i od serca. On przynajmniej nie wpadnie w panikę, gorzej było z mamą,
która z całą pewnością kazałaby jej natychmiast wracać do rodzinnego
domu i porzucić tę obrzydliwą i niszczącą ludzi Warszawę. A tu zawsze
czekała na Agatę posada w urzędzie. I co było złego w takiej pracy?
Agata z ojcem szli teraz wzdłuż piaszczystej drogi, którą burmistrz od
ponad dziesięciu lat obiecał zalać asfaltem, ale ciągle coś stawało mu
na przeszkodzie. Ostatnio zapewne ślub własnej córki, który kosztował
tyle co ładny kawałek autostrady. Nikt tego jednak nie wiedział na sto
procent, zatem nadzieje na asfalt ciągle tliły się w głowach
mieszkańców.
- Mów, co się tak naprawdę stało.
Agata pociągnęła nosem.
- Naprawdę mnie zwolnili. Ale niekoniecznie z powodu redukcji etatów.
- Tylko?
- Wpakowałam się w romans z szefem... - wyszeptała, bo nagle jej samej
zrobiło się ogromnie wstyd.
- I puścił cię kantem? - zapytał spokojnie ojciec.
Agata ciężko westchnęła.
- Tak, bo doszedł do wniosku, że jednak woli żonę.
- Czekaj... To on miał żonę?
- Nadal ma.
Ojciec Agaty zmarszczył czoło.
- Tato, wiem. Popełniłam błąd, moralny również. Ale on powiedział, że
między nimi już dawno niczego nie ma, że się nie kochają, myślą o rozwodzie, a ja jestem jego światłem, słońcem i jutrzenką.
- Brzmi jak odcinek jednego z tych seriali, które ogląda twoja matka.
- Seriale wcale nie są złe - pociągnęła nosem Agata. - Tylko, że za
bardzo w nie wierzymy. A życie okazuje się dużo bardziej popaprane.
- Nie zawsze. Przypominam ci, że Brooke z Mody na sukces wzięła ślub
siedem razy, przy czym cztery razy był nieważny, a jej główna
konkurentka umarła trzykrotnie, za każdym razem nie do końca. To
zdecydowanie najbardziej popaprany scenariusz, o jakim słyszałem. Na
dodatek wszyscy wszystkich zdradzali, nawet samych siebie.
- Fakt - zgodziła się Agata. - Ale moje życie również jest teraz
kompletnie schrzanione. Zostałam bez pracy, z kredytem na głowie,
Christie je drogą karmę, bo innej nie lubi, muszę opłacić wszystkie
rachunki oraz benzynę za samochód i spróbować zrezygnować z diety
pudełkowej.
- Czego? - nie zrozumiał ojciec.
- Nieważne. To takie żarcie, które daje ci poczucie, że jest się
zdrowym, modnym i w ogóle na topie.
- Rosół matki tego nie daje?
- Nie w ten sposób.
- Masz jakiś plan?
Agata przystanęła na moment i spojrzała na ojca, zupełnie jakby
zobaczyła go po raz pierwszy w życiu.
- Co jest? - zaniepokoił się.
- Tato, właśnie coś wpadło mi do głowy! Jak ty to powiedziałeś? "Na
dodatek wszyscy wszystkich zdradzali, nawet samych siebie"?
- To o Modzie na sukces.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki