p

Zdrowie emocjonalne. Przemień lęk, złość i zazdrość w twórczą energię - Osho

Kup ebooka

29.99 zł
23.09 zł (17,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ I

Zrozumienie natury emocji

Emo­cje (ang. emo­tion) nie mogą być trwałe. Słowo to pocho­dzi od słowa motion -?ruch. Emo­cje poru­szają się, cią­gle zmie­niają. W jed­nym momen­cie jesteś smutny, w następ­nym szczę­śliwy, potem zły lub współ­czu­jący. Teraz kochasz, za chwilę odczu­wasz nie­na­wiść. Ranek był piękny, nato­miast wie­czór jest okropny. I tak cią­gle.

Nie może to sta­no­wić two­jej natury. Poza tymi wszyst­kimi zmia­nami musi ist­nieć coś, co łączy poszcze­gólne emo­cje.

W wianku dostrze­gasz poje­dyn­cze kwiaty, lecz nie widzisz łączą­cej je nici. Emo­cje są kwia­tami. Cza­sem roz­kwita złość, cza­sem smu­tek, cza­sem szczę­ście, cza­sem ból, cza­sem nie­po­kój... Nato­miast twoje życie jest wian­kiem.

Musi ist­nieć jakaś nić, w prze­ciw­nym wypadku dawno byś się roz­padł. Na­dal ist­nie­jesz jako całość. Czym jest ta spa­ja­jąca nić, czym jest owa gwiazda prze­wod­nia? Co jest w tobie trwałe?

NAJPIERW RZECZY NAJWAŻNIEJSZE: Zasady działania umysłu

Wszyst­kie emo­cje, uczu­cia, myśli -?wszyst­kie prze­jawy aktyw­no­ści umy­słu -?znaj­dują się pod wpły­wem świata zewnętrz­nego. Potwier­dza to współ­cze­sna nauka. Mistycy wypo­wia­dali tę prawdę już tysiące lat temu: wszyst­kie rze­czy wypeł­nia­jące twój umysł nie są tobą. Jesteś poza nimi. Nato­miast pro­blem tkwi w tym, że iden­ty­fi­ku­jesz się ze zja­wi­skami zacho­dzą­cymi w twoim umy­śle.

Na przy­kład ktoś cię obra­ził i sta­łeś się zły. Myślisz, że sta­łeś się zły. Posłu­gu­jąc się języ­kiem nauki, można powie­dzieć, że obra­ża­jące cię zacho­wa­nie dru­giej osoby działa jak kon­trola zewnętrzna. Osoba, która cię obra­ziła, kon­tro­luje twoje zacho­wa­nie, trzyma w swo­ich dło­niach twoją złość. Ty zaś zacho­wu­jesz się jak mario­netka.

Obec­nie naukowcy są w sta­nie wpro­wa­dzić elek­trody w wybrane obszary mózgu. Wie­dzą, że w mózgu ist­nieją setki ośrod­ków, odpo­wie­dzial­nych za zacho­wa­nie czło­wieka. Elek­troda może zostać umiesz­czona w ośrodku gniewu. Nikt cię nie obraża, nie poniża, nikt do cie­bie nie mówi. Nato­miast ktoś naci­ska guzik na pul­pi­cie ste­row­ni­czym, a ty sta­jesz się zły! Jest to bar­dzo dziwne uczu­cie, ponie­waż nie znaj­du­jesz żad­nych powo­dów swo­jej zło­ści. Być może będziesz chciał jakoś to zra­cjo­na­li­zo­wać. Widzisz jakie­goś męż­czy­znę, który idzie kory­ta­rzem. Przy­po­mi­nasz sobie, że on cię obra­ził... Budu­jesz racjo­na­li­za­cję, by uspo­koić sie­bie, że nie osza­la­łeś.

W ten sam spo­sób zdalne ste­ro­wa­nie może spo­wo­do­wać, że poczu­jesz się szczę­śliwy. Sie­dząc na krze­śle, zaczniesz chi­cho­tać i roz­glą­dać się dokoła. Jeżeli ktoś by cię obser­wo­wał, mógłby pomy­śleć, że zwa­rio­wa­łeś! Nikt nie powie­dział ani słowa, nic się nie wyda­rzyło, nikt nie pośli­znął się na skórce od banana. Dla­czego więc chi­cho­czesz? Możesz zra­cjo­na­li­zo­wać także i to zacho­wa­nie, poszu­kać racjo­nal­nego powodu swego chi­chotu. Naj­dziw­niej­sze jed­nak jest to, że gdy guzik znowu zosta­nie naci­śnięty i ponow­nie zaczniesz chi­cho­tać, przy­po­mnisz sobie to samo racjo­nalne wyja­śnie­nie. Ono nie musi być twoje, ale jest jak zapis na taśmie magne­to­fonu.

Czy­ta­jąc o tych nauko­wych bada­niach nad mózgiem, przy­po­mnia­łem sobie czasy stu­diów. Bra­łem wów­czas udział w deba­cie, w któ­rej uczest­ni­czyli przed­sta­wi­ciele uni­wer­sy­te­tów z całego kraju, wśród nich osoby z san­skryc­kiego uni­wer­sy­tetu w Wara­nasi. Stu­denci tej uczelni czuli się nieco gorsi. Znali sta­ro­żytne pisma, san­skrycką poezję, san­skrycki dra­mat. Nie byli jed­nak obe­znani ze współ­cze­sną sztuką, lite­ra­turą, filo­zo­fią czy logiką. Kom­pleks niż­szo­ści prze­ja­wiał się bar­dzo dziw­nie...

Po mnie wystę­po­wał przed­sta­wi­ciel tego uni­wer­sy­tetu. Chciał zro­bić wra­że­nie na publicz­no­ści i ukryć swoje kom­pleksy. Zaczął więc prze­mowę od cytatu z Ber­tranda Rus­sella, któ­rego wyuczył się na pamięć. Osoby stu­diu­jące san­skryt umieją, lepiej niż kto­kol­wiek inny, zapa­mię­ty­wać tek­sty. Zja­dała go jed­nak trema. Niczego nie wie­dział o Ber­tran­dzie Rus­sellu. Nie rozu­miał też słów, które powta­rzał. Lepiej by zro­bił, gdyby zacy­to­wał coś z tek­stów san­skryc­kich. Czułby się wtedy swo­bod­niej.

Zatrzy­mał się w środku prze­mowy, w poło­wie zda­nia. Zapa­dła cisza, a on aż się spo­cił. Chcia­łem mu pomóc i powie­dzia­łem: "Zacznij od początku. Może sobie przy­po­mnisz".

Zaczął od początku: "Bra­cia i sio­stry...". Utknął dokład­nie w tym samym miej­scu. Teraz przy­brało to formę zabawy. Cała sala krzy­czała: "Od początku!". Stu­dent nie potra­fił kon­ty­nu­ować, nie mógł też mil­czeć. Ale zaczął jesz­cze raz: "Bra­cia i sio­stry...". Przez pięt­na­ście minut powta­rzał to samo. Kiedy jego czas dobiegł końca, usiadł obok mnie. - Wszystko zepsu­łeś! -?powie­dział. -?Pró­bo­wa­łem ci pomóc -?ja na to. -?I to jest pomoc? -?obu­rzył się. -?Przy­naj­mniej każdy, kto cię słu­chał, miał dobrą zabawę. Możesz się cie­szyć, że przy­spo­rzy­łeś ludziom rado­ści! Dla­czego wybra­łeś ten wła­śnie cytat? Kiedy mówi­łem: "Zacznij od początku", mogłeś zre­zy­gno­wać z cyto­wa­nia Rus­sella.

Dzięki lek­tu­rze nauko­wych opra­co­wań wie­dzia­łem, że ośro­dek mowy działa pra­wie jak gra­mo­fon. Jest jedna róż­nica. Z płyty możemy w dowol­nym momen­cie zdjąć igłę. Kiedy po prze­rwie ponow­nie poło­żymy igłę na pły­cie, gra­mo­fon zacznie odtwa­rzać nagra­nie wła­śnie od tego miej­sca. Nato­miast jeżeli "igła" zosta­nie naj­pierw zdjęta, a potem poło­żona w ośrodku mowy, zacznie on odtwa­rzać "nagra­nie" nie od tego miej­sca, lecz od początku.

Czy w związku z tym można powie­dzieć, że czło­wiek panuje nad tym, co wypo­wiada? Że panuje nad tym, co odczuwa? Nie ma wsz­cze­pio­nych na stałe elek­trod, lecz z powo­dów neu­ro­fi­zjo­lo­gicz­nych działa tak, jakby je miał.

Widzisz pewien typ kobiety i natych­miast twój umysł reaguje: "Jaka piękna". Oto przy­kład zdal­nego ste­ro­wa­nia. Ta kobieta funk­cjo­nuje jak mecha­nizm zdal­nego ste­ro­wa­nia, połą­czony z elek­trodą w twoim mózgu. Ośro­dek mowy odtwa­rza nagra­nie: "Jaka piękna".

Umysł działa w spo­sób mecha­niczny. Umysł nie jest tobą. Naj­pierw zostają w nim zapi­sane bodźce przy­cho­dzące z zewnątrz. A potem umysł reaguje zgod­nie z wcze­śniej­szymi zapi­sami. Jedyna róż­nica mię­dzy wyznawcą hin­du­izmu, muzuł­ma­ni­nem, chrze­ści­ja­ni­nem i żydem polega na tym, że dys­po­nują oni innymi pły­tami gra­mo­fo­no­wymi. Ich ludzka natura jest taka sama. Płyty mogą zawie­rać nagra­nia w języku hebraj­skim, arab­skim albo w san­skry­cie. Są jed­nak odtwa­rzane przez to samo urzą­dze­nie, któ­remu język nagra­nia jest obo­jętny.

Wszyst­kie poję­cia reli­gijne, idee poli­tyczne, postawy wyni­ka­jące z uwa­run­ko­wań kul­tu­ro­wych to po pro­stu nagra­nia, uak­tyw­niane w okre­ślo­nych oko­licz­no­ściach.

Radża Dhoj był jed­nym z naj­mę­dr­szych wład­ców w dzie­jach Indii, zako­cha­nym w mądro­ści. Prze­zna­czał wszyst­kie bogac­twa na gro­ma­dze­nie wokół sie­bie naj­mą­drzej­szych ludzi z kra­iny, którą wła­dał. Zebrał ich trzy­dzie­stu. Jego dwór prze­wyż­szał wszyst­kie dwory w Indiach. Do dworu radży nale­żał też Kali­das -?jeden z naj­więk­szych poetów świata. Pew­nego dnia przed władcą poja­wił się czło­wiek, który powie­dział, że potrafi mówić trzy­dzie­stoma języ­kami z taką samą bie­gło­ścią -?dosko­nale i bez cie­nia akcentu. "Sły­sza­łem, że masz na swym dwo­rze trzy­dzie­stu naj­mą­drzej­szych ludzi z całej kra­iny. Oto tysiąc kawał­ków złota. Osoba, która potrafi powie­dzieć, który język jest moim ojczy­stym, otrzyma ten skarb. Nato­miast każdy, komu się to nie uda, będzie musiał tysiąc kawał­ków złota dać mnie" -?zwró­cił się do radży.

Każdy z trzy­dzie­stu prze­by­wa­ją­cych na dwo­rze uczo­nych wie­dział, że czło­wiek potrafi posłu­gi­wać się w spo­sób dosko­nały tylko języ­kiem ojczy­stym. Opa­no­wa­nie go jest spon­ta­niczne, wiąże się z sytu­acją spo­łeczną. Dla­tego pod­jęli wyzwa­nie. Przy­były mówił zatem do nich w trzy­dzie­stu języ­kach. Rze­czy­wi­ście, każ­dym posłu­gi­wał się z taką samą bie­gło­ścią. Zawody trwały trzy­dzie­ści dni. Uczeni po kolei sta­wali w szranki i prze­gry­wali. Przez cały ten czas radża nama­wiał Kali­dasa, żeby pod­jął wyzwa­nie. "Jako poeta znasz prze­cież języki naj­le­piej" -?nale­gał. Kali­das jed­nak cze­kał. Przez trzy­dzie­ści dni uważ­nie słu­chał poli­gloty. Na nic się to nie zdało. Ten czło­wiek mówił wszyst­kimi języ­kami dokład­nie w taki sam, dosko­nały spo­sób.

Wresz­cie trzy­dzie­stego pierw­szego dnia Kali­das popro­sił, by król i wszy­scy mędrcy usta­wili się na wyso­kich scho­dach pro­wa­dzą­cych do pałacu. Po tych scho­dach wstę­po­wał mistrz języ­ków. Kiedy wspiął się na ostatni sto­pień, Kali­das nie­spo­dzie­wa­nie go zepchnął. Spa­da­jący mistrz wydał okrzyk prze­ra­że­nia. "To jest twój ojczy­sty język" -?powie­dział wtedy Kali­das.

Miał rację. Pod wpły­wem sil­nych emo­cji tra­cimy kon­trolę. Prze­stra­szony mistrz wołał o pomoc w ojczy­stym języku. Na naj­głęb­szym pozio­mie jego umy­słu ist­niał zapis tego wła­śnie języka.

Jeden z pro­fe­so­rów, u któ­rych pobie­ra­łem nauki, wykła­dał nie­mal na całym świe­cie. Zwykł był mawiać: "Tylko dwa rodzaje sytu­acji przy­spa­rzały mi kło­po­tów pod­czas pobytu za gra­nicą. Były one zwią­zane z walką lub z miło­ścią. Potrze­bu­jemy wtedy ojczy­stej mowy. Miłość w obcym języku możesz wyra­żać pięk­nie, lecz tylko powierz­chow­nie. A kiedy wal­cząc, nie prze­ma­wiasz w rodzi­mej mowie, nie osią­gasz satys­fak­cji... Nie­rzadko obie te sytu­acje doty­czą jed­nej osoby. Czę­sto wal­czysz z kimś, kogo jed­no­cze­śnie kochasz".

Pro­fe­sor miał rację, kiedy mówił, że poro­zu­mie­wa­nie się w obcym języku pozo­staje powierz­chowne. Nie możesz śpie­wać w obcym języku pięk­nych pio­se­nek, nie możesz prze­kli­nać. Twoja eks­pre­sja wypada wów­czas blado.

Umysł z całą pew­no­ścią jest urzą­dze­niem, które utrwala doświad­cze­nia pocho­dzące z zewnątrz, a następ­nie reaguje zgod­nie z tymi zapi­sami. Umysł nie jest praw­dzi­wym tobą. Nie­stety, psy­cho­lo­dzy uwa­żają, że umysł jest wszyst­kim, że poza nim nic nie ist­nieje.

Ozna­cza to, że jesteś tylko zbio­rem wra­żeń pocho­dzą­cych z oto­cze­nia. Nie masz wła­snej duszy. Nawet idea duszy pocho­dzi z zewnątrz.

W tym wła­śnie punk­cie mistycy są innego zda­nia. Zga­dzają się co prawda w pełni z wyni­kami współ­cze­snych badań nad umy­słem. Twier­dzą jed­nak, że nie mówią one o całej ludz­kiej isto­cie. Poza umy­słem ist­nieje świa­do­mość, która nie pocho­dzi z oto­cze­nia. Świa­do­mość nie jest też ideą. Jak dotąd nie zna­le­ziono w mózgu ośrodka, który byłby odpo­wie­dzialny za ist­nie­nie świa­do­mo­ści.

Sens medy­ta­cji polega na tym, abyś naj­pierw uświa­do­mił sobie, czym jest umysł, a następ­nie był w sta­nie prze­stać się z nim utoż­sa­miać. Kiedy umysł jest zły, możesz zro­zu­mieć, że to po pro­stu nagra­nie na pły­cie gra­mo­fo­no­wej. A gdy jest smutny, to też tylko nagra­nie. Pewna sytu­acja uru­cha­mia zdalne ste­ro­wa­nie i czu­jesz się wtedy smutny, zły lub sfru­stro­wany, zanie­po­ko­jony lub napięty. Wszyst­kie bodźce pocho­dzą z zewnątrz, a umysł na nie odpo­wiada. Ty jed­nak jesteś obser­wa­to­rem, a nie akto­rem. Nie jest to twoja reak­cja. Cała sztuka medy­ta­cji zawiera się w roz­wi­ja­niu świa­do­mej, czuj­nej i przy­tom­nej postawy.

Kiedy odczu­wasz gniew, nie odpy­chaj go. Stań się po pro­stu świa­domy. Postrze­gaj gniew tak, jakby był przed­mio­tem na zewnątrz cie­bie. Stop­niowo odci­naj się od iden­ty­fi­ka­cji ze swym umy­słem. Wów­czas możesz odna­leźć swą praw­dziwą indy­wi­du­al­ność, swoją istotę, swoją duszę.

Osią­gnię­cie tej świa­do­mo­ści jest rów­no­znaczne z oświe­ce­niem -?sta­jesz się oświe­cony. Nie prze­by­wasz dłu­żej w ciem­no­ści. Nie jesteś już mario­netką, którą ste­ruje umysł. Sta­jesz się mistrzem, a nie słu­żą­cym. Teraz twój umysł nie może reago­wać auto­ma­tycz­nie, auto­no­micz­nie, jak to bywało wcze­śniej. Potrze­buje two­jej zgody. Jeżeli ktoś cię obraża, a ty nie chcesz stać się zły, wtedy po pro­stu nie sta­jesz się zły.

Budda Gau­tama zwykł mawiać do swych uczniów: "Wpa­da­nie w złość jest tak głu­pie, że trudno zro­zu­mieć, w jaki spo­sób inte­li­gentna ludzka istota może to uczy­nić. Ktoś coś robi, a ty sta­jesz się zły? Ta osoba może robić coś nie­wła­ści­wego, może mówić coś złego, może pró­bo­wać poni­żyć cię czy obra­zić. To jej wybór. Jeżeli zare­agu­jesz, sta­niesz się nie­wol­ni­kiem. Jeżeli nato­miast powiesz: "Spra­wia ci radość to, że mnie obra­żasz. Mnie spra­wia radość, że nie staję się zły", zacho­wasz się niczym mistrz".

Jeżeli nie wykry­sta­li­zuje się w tobie taki mistrz, można powie­dzieć, że jesteś pozba­wiony duszy. Jesteś po pro­stu płytą gra­mo­fo­nową. W miarę upływu lat wzra­sta liczba nagrań. Masz coraz wię­cej wie­dzy, ludzie myślą, że sta­łeś się mądrzej­szy. A ty sta­łeś się osłem obła­do­wa­nym książ­kami. Mądrość to tylko pozna­nie świa­do­mo­ści i zdo­by­cie umie­jęt­no­ści odróż­nia­nia jej od umy­słu.

Przy­patrz się codzien­no­ści. Ludzie każ­dego dnia postę­pują tak samo. Decy­dują się coś zro­bić, a potem żałują. Staje się to rutyną, któ­rej nikt nie potrafi zmie­nić. Twoje dzia­ła­nia przy­nio­sły ci cier­pie­nie, smu­tek, zmar­twie­nia i rany. Nie chcesz tego, jed­nak w mecha­niczny spo­sób kon­ty­nu­ujesz swoje postę­po­wa­nie. Zacho­wu­jesz się tak, jak­byś był bez­radny. I pozo­sta­niesz bez­radny, dopóki nie nauczysz się oddzie­lać umy­słu od świa­do­mo­ści.

Doko­na­nie tego dzieła jest naj­więk­szą rewo­lu­cją, która może zajść w isto­cie ludz­kiej. Od tej chwili twoje życie staje się praw­dziwą cele­bra­cją, ponie­waż nie czy­nisz już niczego, co ci może szko­dzić czy cię uniesz­czę­śli­wiać. Twoje dzia­ła­nia przy­no­szą wię­cej rado­ści, poczu­cie speł­nie­nia, zado­wo­le­nie. Życie staje się dzie­łem sztuki, jest piękne.

Musi jed­nak zostać prze­bu­dzony twój wewnętrzny mistrz. Na razie mistrz śpi głę­bo­kim snem, jego rolę odgrywa sługa. Ten sługa nie jest nawet twoim sługą, ponie­waż został stwo­rzony przez oto­cze­nie. Należy do oto­cze­nia i kie­ruje się pra­wami świata zewnętrz­nego.

Oto tra­ge­dia ludz­kiego życia. Śpisz, a w tym cza­sie świat zewnętrzny umac­nia swą domi­na­cję nad tobą, kreuje twój umysł zgod­nie ze swo­imi potrze­bami. Umysł staje się mario­netką.

W chwili gdy twoja świa­do­mość wybu­cha niczym pło­mień, spa­lone zostają wszel­kie więzy, które stwo­rzył umysł. Nie ist­nieje więk­sza bło­gość niż bło­gość wol­no­ści, niż bycie mistrzem wła­snego prze­zna­cze­nia.

Umysł nie jest twym przy­ja­cie­lem. Będzie rościć sobie prawo do bycia mistrzem lub musi zostać umiesz­czony na pozy­cji sługi. W żad­nym z tych przy­pad­ków nie jest jed­nak twoim przy­ja­cie­lem. Walki o wol­ność, doświad­cze­nie bło­go­ści, prawdę nie toczysz ze świa­tem zewnętrz­nym. Toczysz ją z umy­słem, który funk­cjo­nuje jak mario­netka.

Kha­lil Gibran opo­wie­dział piękną histo­rię. Pewien wie­śniak zro­bił stra­cha na wró­ble, by ten strzegł jego zbio­rów. Strach na wró­ble to dwa skrzy­żo­wane patyki, pokryte gał­ga­nami, i gar­nek na miej­scu głowy. Szma­ciany ubiór i patyki wycią­gnięte jak ręce wystar­czają, by ptaki i zwie­rzęta myślały, że ktoś pil­nuje pola. Omi­jają je wów­czas z daleka. Gibran mówi, że pew­nego razu zwró­cił się do stra­cha na wró­ble: "Mogę zro­zu­mieć, że potrze­buje cię far­mer. Dla­tego cię zro­bił. Mogę zro­zu­mieć zwie­rzęta. Nie są zbyt inte­li­gentne i nie wie­dzą, że nie jesteś praw­dziwy. Po co jed­nak sto­isz tu zarówno w let­nim upale, jak i w zimo­wym chło­dzie?". Strach na wró­ble odpo­wie­dział: "Nie znasz mojej rado­ści. Wielką rado­ścią napeł­nia mnie to, że boją się mnie zwie­rzęta. Mogę prze­trwać desz­cze, słoty, upały, mrozy. Mogę znieść to wszystko. Boją się mnie tysiące zwie­rząt! Wiem, że nie jestem praw­dziwy. Niczego nie ma w środku, ale mnie to nie obcho­dzi. Satys­fak­cji dostar­cza mi stra­sze­nie innych".

Chcę was zapy­tać, czy chce­cie być tacy, jak ów nie­praw­dziwy czło­wiek - strach na wró­ble? Niczego nie mieć w środku, stra­szyć innych, uszczę­śli­wiać innych, poni­żać innych, sza­no­wać innych? Czy wasze życie ma tylko słu­żyć innym? Czy kie­dy­kol­wiek spoj­rze­li­ście do swego wnę­trza? Czy jest tam ktoś w środku? Czy jeste­ście zain­te­re­so­wani zna­le­zie­niem gospo­da­rza domu, mistrza?

Mistrz tam jest. Być może śpi, lecz może się obu­dzić. Kiedy obu­dzi się wasz wewnętrzny mistrz, całe wasze życie nabie­rze nowych barw. Oto­czy je tęcza, przy­ozdo­bią kwiaty, wypeł­nią muzyka i taniec. Po raz pierw­szy będzie­cie żyć naprawdę.

Drzwi do rze­czy­wi­sto­ści pro­wa­dzą nie przez umysł, lecz przez serce. Naj­więk­szym pro­ble­mem czło­wieka współ­cze­snego pozo­staje to, że akcent kła­dzie się na tre­ning umy­słu. Serce zaś pozo­staje cał­ko­wi­cie zanie­dbane. Jest ono nie tylko zanie­dbane. Jest także potę­piane. Nie pozwala mu się czuć, uczu­cia są odrzu­cane. Czło­wiek, który kie­ruje się uczu­ciami, uwa­żany jest za sła­bego, dzie­cin­nego, nie­doj­rza­łego. Takiego czło­wieka uważa się za sta­ro­świec­kiego, pry­mi­tyw­nego. Spo­łe­czeń­stwo tak zde­cy­do­wa­nie potę­pia uczu­cia i serce, że ludzie boją się czuć. Czło­wiek zaczyna się uczyć odci­na­nia uczuć, stop­niowo wyklu­cza serce, zaczyna się posłu­gi­wać wyłącz­nie głową. Serce powoli staje się orga­nem, który pom­puje krew.

Po raz pierw­szy w histo­rii gatunku ludz­kiego zre­du­ko­wano rolę serca do czy­sto fizjo­lo­gicz­nej. A praw­dziwe serce nie jest czę­ścią ciała fizycz­nego, dla­tego nauka nie jest w sta­nie go odkryć. O tym sercu możesz się uczyć z twór­czo­ści poetów, mala­rzy, muzy­ków i rzeź­bia­rzy. Nato­miast sekretny klucz do obszaru praw­dziwego serca znaj­dziesz u misty­ków. Kiedy roz­po­znasz, że ist­nieje wewnętrzna kom­nata twej istoty - zupeł­nie nie­na­ru­szona przez pro­ces edu­ka­cji, przez spo­łe­czeń­stwo i kul­turę, cał­ko­wi­cie wolna od reli­gij­nych iden­ty­fi­ka­cji, cał­ko­wi­cie wolna od zanie­czysz­czeń, które nie­sie współ­cze­sne życie, cią­gle dzie­wi­cza - kiedy skon­tak­tu­jesz się z tym źró­dłem swego bytu, życie poto­czy się na innym pozio­mie. Jest to poziom boski. Dzięki sercu jed­no­czymy się z cało­ścią. To praw­dziwe połą­cze­nie.

Wszyst­kie rodzaje medy­ta­cji, które opra­co­wa­łem, zostały stwo­rzone w jed­nym celu: aby prze­nieść cię z głowy do serca, aby wyrwać cię z bagna umy­słu i wpro­wa­dzić do wol­no­ści serca, aby uświa­do­mić ci, że nie jesteś "głową".

Głowa to wspa­niały mecha­nizm. Uży­waj jej, lecz nie bądź przez nią uży­wany. Głowa ma słu­żyć twym uczu­ciom. Kiedy myśle­nie służy uczu­ciom, nastę­puje rów­no­waga. Twoją istotę ogar­niają głę­boki pokój i ogromna radość. Nie dzieje się to pod wpły­wem sytu­acji zewnętrz­nej. Te uczu­cia pocho­dzą z twego wewnętrz­nego źró­dła. Ten pro­ces prze­kształca cie­bie i nie tylko cie­bie. Napeł­nia cię świa­tło i kto­kol­wiek wcho­dzi w kon­takt z tobą, styka się z czymś nie­zna­nym.

REPRESJA I KONTROLA: Źródła uwarunkowań emocjonalnych

Każde dziecko rodzi się z poczu­ciem jed­no­ści z wszech­świa­tem. Obce jest mu poczu­cie sepa­ra­cji. W toku wycho­wa­nia nada­jemy dziecku imię, toż­sa­mość, cechy cha­rak­teru, kształ­tu­jemy jego ambi­cje. Two­rzymy jego oso­bo­wość. Roz­ra­sta się ona krok po kroku za sprawą wycho­wa­nia, kształ­ce­nia, naucza­nia reli­gii. W miarę jak potęż­nieje oso­bo­wość, dziecko zapo­mina, kim było w łonie matki. W łonie matki nie było ani inży­nie­rem, ani leka­rzem. Nie miało imie­nia, nie było oddzie­lone od życia. Trwało -?cał­ko­wi­cie zjed­no­czone z matką. Łono matki sta­no­wiło dla niego cały kosmos.

W łonie matki dziecko ni­gdy nie mar­twiło się tym, co się wyda­rzy jutro. Nie miało ani pie­nię­dzy, ani konta w banku, nie zaj­mo­wało się biz­ne­sem. Było zupeł­nie bez­ro­botne, pozba­wione jakich­kol­wiek kwa­li­fi­ka­cji. Nie miało poczu­cia zmiany nocy i dni, prze­mi­ja­nia pór roku. Żyło w peł­nej nie­win­no­ści, głę­boko ufa­jąc, że wszystko będzie w porządku. Jeżeli dziś jest dobrze, jutro też będzie dobrze. Nie "myślało" ono nawet w ten spo­sób. Były to raczej jego wewnętrzne odczu­cia. Nie ist­niały słowa, ponie­waż wtedy dziecko nie znało słów. Znało jedy­nie odczu­cia i nastroje. Pozo­sta­wało zawsze w pod­nio­słym, peł­nym rado­ści nastroju. Dozna­wało cał­ko­wi­tej wol­no­ści, jaka­kol­wiek odpo­wie­dzial­ność była mu nie­znana.

Dla­czego każde przy­cho­dzące na świat dziecko spra­wia matce tyle bólu? Dla­czego każde dziecko rodzi się, pła­cząc? Jeżeli spró­bu­jesz głę­biej zasta­no­wić się nad tymi z pozoru nie­istot­nymi kwe­stiami, mogą się przed tobą odsło­nić głę­bo­kie tajem­nice życia. Dziecko sta­wia opór przed opusz­cze­niem łona, ponie­waż łono było jego domem. Dziecko nie zna kalen­da­rza. Prze­by­wało w łonie przez dzie­więć mie­sięcy. Wyda­wało mu się to całą wiecz­no­ścią. Od chwili gdy zyskało świa­do­mość, prze­by­wało wyłącz­nie w łonie. Nagle jego dom jest usu­wany. Jest z niego wyrzu­cane. Dziecko ze wszyst­kich swych sił sta­wia opór. Przy­wiera do łona. Powstaje pro­blem. Matka chce, by dziecko uro­dziło się jak naj­szyb­ciej. Im dłu­żej bowiem trwa poród, tym bar­dziej ona cierpi. Dziecko wcale nie chce opusz­czać łona. Zawsze rodzi się, pła­cząc. Tak jest z każ­dym bez wyjątku dziec­kiem.

Podobno jedy­nym czło­wie­kiem, który przy­szedł na świat, śmie­jąc się, był Lao-Cy. To moż­liwe. Był on czło­wie­kiem wyjąt­ko­wym, od samego początku sza­lo­nym. Kiedy się rodził, nie wie­dział, co się dzieje; nie wie­dział, że to czas prze­zna­czony na płacz. I dla­tego się śmiał. Zasko­czył tym wszyst­kich. Taki pozo­stał przez całe życie. Robił nie­wła­ściwe rze­czy w nie­wła­ści­wym cza­sie. Opo­wieść o życio­wych dzi­wac­twach Lao-Cy zaczyna się od jego śmie­chu w cza­sie naro­dzin.

Dla­czego każde dziecko rodzi się, pła­cząc? Ponie­waż ode­brano mu dom, ponie­waż znisz­czono jego świat. Nagle zna­la­zło się w obcym świe­cie, mię­dzy obcymi ludźmi. Póź­niej dziecko pła­cze, ponie­waż każ­dego dnia kur­czy się jego wol­ność, nato­miast wzra­sta odpo­wie­dzial­ność. Osta­tecz­nie oka­zuje się, że nie ist­nieje już żadna swo­boda, są tylko obo­wiązki, które należy speł­niać, i odpo­wie­dzial­ność, którą trzeba dźwi­gać. Dziecko staje się jucz­nym zwie­rzę­ciem. Widzi jasno swo­imi nie­win­nymi oczami tę sytu­ację. Dla­tego pła­cze i nie powin­ni­śmy go z tego powodu potę­piać.

Psy­cho­lo­dzy twier­dzą, że dąże­nie do prawdy, do Boga, do raju jest w rze­czy­wi­sto­ści zako­rze­nione w doświad­cze­niach, które były udzia­łem dziecka w łonie matki. Dziecko nie może tego zapo­mnieć. Jeżeli nawet nie pamięta na pozio­mie świa­do­mym, to echa pozo­stają żywe w pod­świa­do­mo­ści. Dziecko szuka znowu tych pięk­nych dni, kiedy mogło być cał­ko­wi­cie odprę­żone i nie cią­żyła na nim żadna odpo­wie­dzial­ność. Doświad­czało wszel­kiej wol­no­ści, jaką może zapew­nić świat.

Są osoby, które w doro­słym życiu naprawdę odna­la­zły opi­sane doświad­cze­nia. Takie zja­wi­sko nazy­wam oświe­ce­niem. Można by użyć w tym miej­scu dowol­nego okre­śle­nia. Jed­nak zasad­ni­cze zna­cze­nie pozo­staje takie samo. Czło­wiek stwier­dza, że cały wszech­świat jest dla niego niczym mat­czyne łono. Można wów­czas w pełni zaufać, odprę­żyć się, rado­wać, można śpie­wać i tań­czyć. Jest się nie­śmier­tel­nym, posia­dło się uni­wer­salną świa­do­mość.

Ludzie boją się jed­nak pod­dać odprę­że­niu. Boją się także zaufać. Oba­wiają się łez. Boją się wszyst­kiego, co wykra­cza poza znany, codzienny świat, poza docze­sność. Sta­wiają opór i w taki spo­sób sami kopią swój grób. Ni­gdy nie mogą dotrzeć do momen­tów pełni i doświad­cze­nia eks­tazy, a jest to prze­cież ich przy­ro­dzone prawo. Powinni się tego doma­gać.

Pewien miesz­ka­niec Los Ange­les wybrał się do psy­chia­try. Przed­sta­wiał się jako Napo­leon Bona­parte, choć w kar­cie miał napi­sane, że nazywa się Hym­nie Gold­berg.

-?Jaki ma pan pro­blem? -?zapy­tał lekarz.

-?Tak więc, dok­to­rze, ze mną wszystko jest w porządku. Dys­po­nuję silną armią, miesz­kam we wspa­nia­łym pałacu, mój kraj zaznaje dobro­bytu. Mam jedy­nie pro­blem z moją żoną, Józe­finą.

-?Ach, tak -?lekarz na to. -?A na czym on polega?

Pacjent w roz­pa­czy wzniósł do góry ręce: -?Ona myśli, że jest panią Gold­berg!

Czło­wiek, który żyje pod pre­sją napięć, lęków i pro­ble­mów, gubi się w tłu­mie, staje kimś innym. W głębi sie­bie wie, że nie jest rolą, którą odgrywa. Ale musi ją grać, ponie­waż dzięki temu żyje. Rola zapew­nia mu wyna­gro­dze­nie, żonę, dzieci, wła­dzę, sza­cu­nek. Nie może zary­zy­ko­wać utraty tego wszyst­kiego. Powoli sam zaczyna wie­rzyć, że jest Napo­le­onem Bona­parte. Gdyby nie wie­rzył, miałby trud­no­ści z odgry­wa­niem roli. Naj­lep­szym akto­rem jest osoba, która zapo­mina o swej indy­wi­du­al­no­ści i jed­no­czy się z odgry­waną posta­cią. Wów­czas jej płacz staje się auten­tyczny, auten­tyczna staje się rów­nież jej miłość. Słowa płyną wprost z serca. Kre­acja staje się nie­mal rze­czy­wi­sta. Jeżeli musisz grać jakąś rolę, powi­nie­neś zaan­ga­żo­wać się w nią bez reszty.

Każda osoba odrywa jakąś rolę, dosko­nale wie­dząc, że roz­mija się w ten spo­sób ze swym praw­dzi­wym ja. Opi­sana sytu­acja wyob­co­wuje, pro­wa­dzi do powsta­nia psy­chicz­nego pęk­nię­cia, lęku, nisz­czy moż­li­wość odprę­że­nia się, zaufa­nia, kocha­nia, praw­dzi­wego połą­cze­nia z ludźmi. Pod wpły­wem wła­snych dzia­łań czło­wiek staje się wygnań­cem. Cierpi. Tym­cza­sem sta­nem natu­ral­nym i uni­wer­sal­nym jest doświad­cza­nie bło­go­ści.

Dla­czego tak trudno jest oka­zać swoje praw­dziwe uczu­cia i być po pro­stu sobą? Dla­czego budzi to tyle obaw?

Trudno oka­zać swoje praw­dziwe uczu­cia i być sobą, ponie­waż przez tysiące lat ludziom mówiono, by tłu­mili uczu­cia. To stało się ele­men­tem zbio­ro­wej nie­świa­do­mo­ści. Przez tysiące lat uczono nas, byśmy nie byli sobą. Bądź Jezu­sem, bądź Buddą, bądź Kryszną, ale ni­gdy nie bądź sobą. W ciągu wie­ków uczono tego kolejne poko­le­nia z wielką kon­se­kwen­cją, aż wresz­cie to prze­ko­na­nie weszło ludziom w krew, prze­nik­nęło ich do szpiku kości.

Potę­piali was wszy­scy kapłani. Twier­dzili, że jeste­ście grzesz­ni­kami, że uro­dzi­li­ście się w grze­chu. Wasza jedyna nadzieja wiąże się z tym, że zbawi was Jezus lub Kryszna. Nie ma jed­nak żad­nej nadziei, że może­cie to zro­bić sami. Jeste­ście zgu­bieni. Może­cie tylko modlić się do Jezusa, do Kryszny, by was zba­wili. Sami w sobie jeste­ście pozba­wieni wszel­kiej war­to­ści, jeste­ście pyłem i niczym wię­cej. Zosta­li­ście zre­du­ko­wani. Jeste­ście źli, odra­ża­jący.

Oto dla­czego ludzie mają trud­no­ści z oka­zy­wa­niem praw­dzi­wych uczuć, boją się je oka­zy­wać. Nauczono ich hipo­kry­zji.

Hipo­kry­zja popłaca. Uczci­wość staje się ele­men­tem poli­tyki, ponie­waż rów­nież popłaca. A jeżeli nie popłaca? Wów­czas naj­lep­szym ele­men­tem poli­tyki staje się nie­uczci­wość.

Reli­gia także stała się rodza­jem dobrej poli­tyki. Jest rodza­jem polisy ubez­pie­cze­nio­wej, którą zakła­dasz, by osią­gnąć inny świat. Przy­go­to­wu­jesz się do wkro­cze­nia w inny świat, będąc cno­tli­wym, cho­dząc do kościoła, dając jał­mużnę. W ten spo­sób otwie­rasz swój rachu­nek ban­kowy w raju. Kiedy tam tra­fisz, zosta­niesz przy­jęty z wielką rado­ścią. Anio­ło­wie zakrzykną: "Alle­luja!". Będą tań­czyć i grać na har­fach. Wiel­kość twego konta w nie­bie będzie zależna od tego, jak wiele dobrych uczyn­ków zro­bi­łeś tu, na ziemi. Reli­gia także stała się rodza­jem inte­resu. Twoja wewnętrzna rze­czy­wi­stość ule­gła stłu­mie­niu.

Ludzie, któ­rzy stłu­mili swoje uczu­cia, są nie­zwy­kle sza­no­wani. Nazywa się ich świę­tymi. Tak naprawdę są oni roz­sz­cze­pieni. Powinno się ich leczyć. Potrze­bują tera­pii, a tym­cza­sem ota­czasz ich czcią! Będzie praw­dzi­wym cudem, jeśli wśród setki "świę­tych" osób choć jedna okaże się naprawdę święta. Dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pozo­sta­łych to sztuk­mi­strze, pre­ten­denci, oszu­ści. Nie twier­dzę, że chcą oszu­kać cie­bie. One oszu­kują same sie­bie. Tłu­mią swoje praw­dziwe uczu­cia.

Znam wielu mahat­mów1 w Indiach. Mia­łem oka­zję być bli­sko z tymi oso­bami, otwie­rały się one przede mną. Są obcią­żone gor­szymi przy­wa­rami niż zwy­kli ludzie!

Odwie­dza­łem ludzi prze­by­wa­ją­cych w wię­zie­niach i uczy­łem ich medy­ta­cji. Zasko­czyło mnie to, że osoby ska­zane -?nawet te, które mają doży­wo­cie - są bar­dziej nie­winne niż ci tak zwani święci. Są o wiele lep­szymi ludźmi, o wiele prost­szymi i bar­dziej nie­win­nymi. Osoby święte są prze­bie­głe i chy­tre. Cha­rak­te­ry­zują się przede wszyst­kim tym, że potra­fią tłu­mić sie­bie. Repre­sjo­nują sie­bie i w ten spo­sób two­rzą w sobie roz­sz­cze­pie­nie. Pro­wa­dzą podwójne życie. Mają jedną twarz, gdy opusz­czają dom, inną zaś, gdy pozo­stają w domo­wych pie­le­szach. Jedną twarz poka­zują światu, dru­giej zaś -?praw­dzi­wej -?nie poka­zują nikomu. Sami boją się swej praw­dzi­wej twa­rzy.

To samo odnosi się do was, oczy­wi­ście w mniej­szej skali, ponie­waż nie jeste­ście oso­bami "świę­tymi". Wasza cho­roba nie stała się jesz­cze nie­ule­czalna. Da się wyle­czyć. Nie jest jesz­cze ostra ani chro­niczna. Wasza cho­roba jest jak zwy­czajne prze­zię­bie­nie. Może łatwo znik­nąć.

Jed­nak każdy czło­wiek znaj­duje się pod wpły­wem tak zwa­nych świę­tych. Są to ludzie nie­zdrowi. Odrzu­cili swą sek­su­al­ność, swoje pożą­da­nia, swój gniew. W ich wnę­trzu wszystko się gotuje. Ich życie wewnętrzne przy­po­mina kosz­mar senny. Są pozba­wieni spo­koju i ciszy wewnętrz­nej. Ich uśmiech jest sztuczny.

Hin­du­skie księgi zawie­rają wiele histo­rii o tym, że ile­kroć jakiś wielki święty jest bli­ski osią­gnię­cia oświe­ce­nia, z nie­biań­skiego świata przy­by­wają piękne kobiety, by mu w tym prze­szko­dzić. Nie wiem, dla­czego bogo­wie są zain­te­re­so­wani prze­szka­dza­niem tym bied­nym face­tom. Prze­cież taki asceta, który pości przez całe lata, wyrzeka się sie­bie, staje na gło­wie, umar­twia się, czyni szkodę tylko sobie. Dla­czego bogo­wie nie chcą mu poma­gać? Posy­łają do niego piękne kobiety. Są one nagie, tań­czą, wyko­nu­jąc bez­wstydne gesty. Natu­ral­nie facet staje się ich ofiarą, zostaje uwie­dziony, traci łaskę. Wygląda to tak, jakby bogo­wie byli nie­przy­chylni każ­demu, kto zbliża się do oświe­ce­nia. Czy to nie dziwne?

Te histo­rie nie powinny być rozu­miane dosłow­nie. Są sym­bo­liczne, meta­fo­ryczne, a jed­no­cze­śnie mają głę­bo­kie zna­cze­nie. Lek­tura opi­sa­nych histo­rii na pewno ucie­szy­łaby Zyg­munta Freuda. Byłyby one dla niego bar­dzo cenne, ponie­waż potwier­dzi­łyby jego psy­cho­ana­li­tyczną teo­rię.

W rze­czy­wi­sto­ści do asce­tów nikt nie przy­bywa. Osoby, które pod­dały repre­sji wła­sne potrzeby oraz uczu­cia, doko­nują ich pro­jek­cji. To są ich pożą­da­nia, ich odrzu­cone potrzeby, repre­sjo­no­wane tak długo, że osią­gnęły wielką moc. Ci ludzie śnią na jawie.

W Indiach święty nie może przez jakiś czas usiąść na miej­scu, na któ­rym przed­tem sie­działa kobieta -?ist­nieją tam groźne wibra­cje. Czy dostrze­gasz głu­potę tego wszyst­kiego?

Zaak­cep­tuj swoje uczu­cia. Nie ma w nich nic złego. Nie ma też nic złego w tobie! Potrze­bu­jemy nie repre­sji czy destruk­cji, lecz ucze­nia się, w jaki spo­sób możemy wpro­wa­dzić har­mo­nię w ener­giach wewnętrz­nych. Powi­nie­neś stać się jak orkie­stra. Jeżeli nie umiesz grać na instru­men­cie, hała­su­jesz, draż­nisz swo­ich sąsia­dów. Jeżeli jed­nak opa­nu­jesz tę umie­jęt­ność, będziesz wyko­ny­wał piękną muzykę, muzykę nie­biań­ską. Spro­wa­dzisz na zie­mię trans­cen­dentne wymiary.

Życie przy­po­mina wielki instru­ment. Musisz nauczyć się na nim grać. Niczego nie należy odci­nać, nisz­czyć, tłu­mić czy odrzu­cać. Wszystko, co nie­sie życie, kryje w sobie piękno. Jeżeli nie potra­fisz posłu­gi­wać się tym bogac­twem, ozna­cza to, że nie sta­łeś się jesz­cze arty­stą. Zwy­kle trak­tu­jemy życie jak gotowy pro­dukt. Popeł­niamy błąd. Otrzy­mu­jemy tylko pewien suro­wiec, okre­ślony życiowy poten­cjał. Musimy nauczyć się, w jaki spo­sób go wyko­rzy­stać.

Powin­ni­śmy wyko­rzy­stać wszyst­kie ist­nie­jące zasoby. Musimy nauczyć się uży­wać swo­jego gniewu w ten spo­sób, by prze­kształ­cił się we współ­czu­cie, uży­wać seksu w taki spo­sób, by stał się miło­ścią, uży­wać pożą­da­nia tak, by pro­wa­dziło do dzie­le­nia się z innymi. Każda ener­gia, którą dys­po­nu­jesz, może prze­kształ­cić się w swoje prze­ci­wień­stwo, ponie­waż to prze­ci­wień­stwo jest już w niej zawarte.

Twoje ciało zawiera duszę, mate­ria zawiera umysł. Ten świat zawiera w sobie raj, w kurzu zawarta jest świę­tość. Musisz to odkryć, a pierw­szym kro­kiem w tym kie­runku jest zaak­cep­to­wa­nie sie­bie, czer­pa­nie rado­ści z bycia sobą. Nie musisz być Jezu­sem. Nie. Nie musisz być Buddą. Musisz być po pro­stu sobą. Życie nie potrze­buje kopii. Życie kocha twoją wyjąt­ko­wość. Możesz powie­rzyć się życiu jedy­nie jako ktoś nie­po­wta­rzalny. Życie nie potrze­buje imi­ta­cji Kryszny, Chry­stusa, Buddy, Maho­meta. Imi­ta­to­rzy ska­zani są na odrzu­ce­nie.

Bądź sobą, auten­tycz­nie sobą. Obser­wuj ruch wszel­kich ener­gii w sobie. Jesteś nie­zmie­rzo­nym kosmo­sem! Stop­niowo sta­niesz się coraz bar­dziej świa­domy. Będziesz w sta­nie wpro­wa­dzić w swoje życie ład. Prawdą jest, że pozo­sta­jesz w kom­plet­nym roz­gar­dia­szu, ale nic złego się nie dzieje. Nie jesteś grzesz­ni­kiem. Po doko­na­niu pew­nych zmian sta­niesz się naprawdę pięk­nym zja­wi­skiem.

Czy możesz powie­dzieć jesz­cze wię­cej o repre­sjo­no­wa­niu? W jaki spo­sób możemy się od niego uwol­nić? Czym ono dokład­nie jest? Jeżeli o wiele lepiej jest nie repre­sjo­no­wać swo­ich uczuć, dla­czego cią­gle to robimy?

Repre­sjo­no­wa­nie ozna­cza taki spo­sób życia, do któ­rego nie zosta­li­śmy stwo­rzeni. Ozna­cza też robie­nie rze­czy, któ­rych robić nie chcemy. Ozna­cza bycie osobą, którą nie jeste­śmy. Jest to droga, na któ­rej nisz­czymy samych sie­bie. Repre­sja jest samo­bój­stwem -?powol­nym, lecz pew­nym. Jest powol­nym zatru­wa­niem sie­bie. Eks­pre­sja to życie. Repre­sja to samo­bój­stwo.

Jeżeli twoje życie pod­lega repre­sji, to tak naprawdę nie żyjesz. Życie ozna­cza wyra­ża­nie sie­bie, twór­czość, radość.

Nie oba­wiaj się kapła­nów. Słu­chaj swego instynktu, słu­chaj swego ciała, słu­chaj swego serca i swej inte­li­gen­cji. Pole­gaj na sobie samym. Podą­żaj tam, dokąd pro­wa­dzi cię spon­ta­nicz­ność. W ten spo­sób ni­gdy się nie zgu­bisz. Jeżeli podą­żasz w zgo­dzie z natu­ral­nym kie­run­kiem życia, pew­nego dnia z pew­no­ścią dotrzesz do drzwi bosko­ści.

Twoja natura to boskość w twoim wnę­trzu. Nie słu­chaj tych, któ­rzy chcą cię zatruć. Słu­chaj swo­jej natury. Jed­nak twoja natura to jesz­cze nie wszystko. Ist­nieje wyż­sza natura, ale obja­wia się ona przez kon­takt z niż­szą naturą. Kwiat lotosu wyra­sta z muli­stego dna. Dusza wzra­sta wraz z cia­łem. Poprzez sek­su­al­ność docie­ramy do trans­cen­den­cji.

Pamię­taj, że świa­do­mość wzra­sta w miarę przy­swa­ja­nia poży­wie­nia. Na Wscho­dzie powia­damy: Annam brahm - poży­wie­nie jest Bogiem. Co ozna­cza to stwier­dze­nie? Niż­sze łączy się z naj­wyż­szym, powierz­chowne łączy się z naj­głęb­szym.

Kapłani uczą was, aby­ście repre­sjo­no­wali to, co niż­sze. Zacho­wują się bar­dzo logicz­nie, ale zapo­mi­nają o jed­nej rze­czy: o tym, że życie prze­kra­cza logikę. Kapłani są bar­dzo logiczni i to cię pociąga. Z tego względu słu­cha­łeś ich i podą­ża­łeś za nimi. Brzmiało to roz­sąd­nie, że jeśli chcesz osią­gnąć wyż­sze, nie powi­nie­neś podą­żać za niż­szym. Jeżeli chcesz iść do góry, nie powi­nie­neś kie­ro­wać się do dołu. To bar­dzo racjo­nalne, bar­dzo logiczne. Jedyny kło­pot polega na tym, że życie nie jest racjo­nalne.

Roz­ma­wia­łem kie­dyś z pew­nym tera­peutą. W cza­sie gru­po­wych warsz­ta­tów, które on pro­wa­dzi, poja­wiają się cza­sami momenty ciszy. Przy­cho­dzą nie­ocze­ki­wa­nie, nie wia­domo skąd. Obda­rzone są nie­zwy­kłym pięk­nem. Tera­peuta mówił: "Te momenty ciszy są tajem­ni­cze. Nie wpły­wamy na ich poja­wie­nie się, nie myślimy wcze­śniej o tym. Po pro­stu cza­sami same przy­cho­dzą. Gdy jed­nak się poja­wiają, wszy­scy człon­ko­wie grupy mają poczu­cie kon­taktu z czymś wyż­szym, z czymś, co prze­kra­cza każ­dego z nas, z czymś tajem­ni­czym. W takich momen­tach wszy­scy trwają w mil­cze­niu". Logiczny umysł tera­peuty pod­po­wie­dział mu: "Naj­le­piej będzie, jeśli cały warsz­tat popro­wa­dzę w ciszy. Jeżeli tych kilka momen­tów wnosi takie piękno, dla­czego nie czy­nić w ciszy wszyst­kiego?".

Odpo­wie­dzia­łem mu: "A więc tak -?kie­ru­jesz się logiką. Życie nato­miast nie jest logiczne. Jeżeli będziesz mil­czał pod­czas całego pro­cesu, te momenty ni­gdy ponow­nie się nie poja­wią". Życie zawiera w sobie prze­ci­wień­stwa. Na przy­kład cały dzień ciężko pra­cu­jesz, rąbiesz drwa. Potem nocą śpisz głę­boko. Następ­nego ranka logika pod­po­wiada ci: "Ciężko pra­co­wa­łem przez cały dzień i byłem zmę­czony, jed­nak spa­łem tak głę­boko. Jeżeli dziś będę przez cały czas wypo­czy­wał, zasnę jesz­cze głę­biej". Dla­tego odda­jesz się odpo­czyn­kowi. Czy myślisz, że będziesz dobrze spał? Nic bar­dziej myl­nego. Zapewne całą noc będziesz się prze­wra­cał z boku na bok! Ludzie, któ­rzy nie są dosta­tecz­nie aktywni w ciągu dnia, cier­pią na bez­sen­ność.

Życie nie jest logiczne. Natura także nie jest logiczna. Obda­rza twar­dym snem żebra­ków, któ­rzy w let­nim upale prze­miesz­czają się z miej­sca na miej­sce, sta­ra­jąc się coś uzbie­rać. Obda­rza dobrym snem robot­ni­ków - kamie­nia­rzy i drwali. Cały dzień ciężko pra­cują i są zmę­czeni. Z powodu tego zmę­czenia zapa­dają w głę­boki sen.

Oto przy­kład dzia­ła­nia zasady opo­zy­cji. Im bar­dziej sta­jesz się wyczer­pany, tym bar­dziej potrze­bu­jesz snu, ponie­waż możesz odzy­skać ener­gię, tylko głę­boko śpiąc. Kiedy wyczer­piesz swoją ener­gię, zapa­dasz w sen. Jeżeli w ogóle nie pra­cu­jesz, nie masz potrzeby snu. Nie wyko­rzy­stu­jesz ener­gii, która została ci dana. Dla­cze­góż więc miał­byś otrzy­my­wać jej wię­cej? Ener­gia jest dawana tym, któ­rzy jej uży­wają.

Tera­peuta, o któ­rym wspo­mnia­łem, kie­ro­wał się logiką. Nie wziął jed­nak pod uwagę, że chwile ciszy poja­wiały się po dłu­gich minu­tach psy­chicz­nego napię­cia. Kiedy uczest­nicy warsz­ta­tów ciężko pra­cują, wyra­żają emo­cje, odre­ago­wują, poru­szają różne pro­blemy, wyrzu­cają z sie­bie napię­cie, stają się wyczer­pani. Nad­cho­dzi moment, gdy nie ma już niczego, co mogliby z sie­bie wyrzu­cić. Nagle poja­wia się szcze­gólny kon­takt -?zstę­puje mię­dzy nich cisza.

Z wysiłku pracy rodzi się odpo­czy­nek; z gło­śnej eks­pre­sji rodzi się cisza. W ten spo­sób działa życie. Prze­ja­wia się nie­ra­cjo­nal­nie. Jeżeli chcesz się czuć bez­piecz­nie, musisz żyć w mało bez­pieczny spo­sób. Jeżeli naprawdę chcesz być żywy, musisz być gotów, by w każ­dej chwili umrzeć. To wła­śnie para­dok­salna logika, która kie­ruje życiem! Jeżeli chcesz być auten­tyczny i praw­dziwy, musisz pod­jąć ryzyko. Repre­sja to droga uni­ka­nia ryzyka.

Na przy­kład nauczono cię, że ni­gdy nie powi­nie­neś być zły. Myślisz, że osoba, która ni­gdy nie wpada w gniew, musi być pełna miło­ści. Mylisz się. Osoba, która ni­gdy nie staje się zła, nie potrafi też kochać. Te uczu­cia sobie towa­rzy­szą. Zawie­rają się w tej samej prze­strzeni. Osoba, która naprawdę kocha, cza­sami będzie się naprawdę gnie­wać. Jed­nak gniew jest piękny; rodzi się bowiem z miło­ści! Ta ener­gia jest gorąca. Ni­gdy nie poczu­jesz się zra­niony przez osobę, która cię kocha, a jed­no­cze­śnie wyraża gniew. Poczu­jesz nawet wdzięcz­ność, że ta osoba stała się zagnie­wana. Czy to zauwa­ży­łeś? Kochasz kogoś i robisz coś, co wywo­łuje złość tej osoby. Ona jest otwarta i zło­ści się szcze­rze, wyraża to auten­tycz­nie. Możesz wów­czas poczuć się praw­dzi­wie jej wdzięczny, ponie­waż ta osoba kocha cię tak bar­dzo, że stać ją na gniew. Kiedy nie chcesz prze­ka­zać dru­giej oso­bie ener­gii swego gniewu, pozo­sta­jesz grzeczny. Kiedy nie chcesz dać niczego, nie chcesz też pod­jąć żad­nego ryzyka. Pokry­wasz wszystko uśmie­chem.

Jeżeli twoje dziecko chce sko­czyć w prze­paść, czy pozo­sta­niesz wolny od zło­ści? Czy nie krzyk­niesz? Czy nie zago­tuje się w tobie? Czy będziesz się uśmie­chał? To nie­moż­liwe!

Opo­wiem wam histo­rię. Przed obli­czem króla Salo­mona, który był sędzią, poja­wiły się dwie nie­wia­sty, wal­czące o dziecko. Każda twier­dziła, że należy ono do niej. Sytu­acja była trudna. Jaką pod­jąć decy­zję? Dziecko było tak małe, że nie potra­fiło mówić. Salo­mon spoj­rzał i powie­dział: "Zro­bię jedną rzecz. Prze­tnę dziecko na pół. Chcę być spra­wie­dliwy, a nie potra­fię stwier­dzić, która z was jest jego matką. Dla­tego każda dosta­nie połowę".

Jedna kobieta, sły­sząc to, nie prze­stała się uśmie­chać. Nato­miast druga zaczęła się zacho­wy­wać jak sza­lona, jakby chciała zabić Salo­mona: "Co ty powie­dzia­łeś? Czyś ty osza­lał?". Prze­stała być zwy­kłą kobietą, stała się inkar­na­cją gniewu, cała pło­nęła. W końcu stwier­dziła: "Jeżeli taka ma być spra­wie­dli­wość, to wyco­fuję swoje żąda­nie. Niech dziecko pozo­sta­nie z tą drugą!". Po jej twa­rzy pły­nęły łzy. Na to ode­zwał się król: "Ty jesteś matką. Weź dziecko. Ta druga kobieta kła­mie".

Jeżeli kochasz, możesz stać się zagnie­wany, stać cię na to. Powi­nie­neś wyra­żać to wszystko, co przy­nosi ci życie: rado­ści i smutki, wzloty i upadki, dni i noce. Ale jeżeli kochasz sie­bie -?a jest to konieczne, gdyż w prze­ciw­nym razie zmar­nu­jesz życie -?ni­gdy nie zasto­su­jesz wobec sie­bie repre­sji. Zosta­łeś jed­nak wycho­wany w taki spo­sób, że nauczy­łeś się być nie­na­tu­ralny. Ukształ­to­wano cię tak, że sta­łeś się hipo­krytą. Kiedy jesteś zły, pokry­wasz to sztucz­nym uśmie­chem. Kiedy odczu­wasz wście­kłość, natych­miast ją tłu­misz. Ni­gdy nie wyra­żasz praw­dzi­wie tego, co się w tobie dzieje. Oto co się pew­nego razu wyda­rzyło:

Joe z małą córką Midge odwie­dzili park roz­rywki. Po dro­dze zatrzy­mali się i zje­dli duży posi­łek. Już na miej­scu, w parku, zbli­żyli się do sto­iska z hot dogami. Midge powie­działa: -?Tato, ja chcę...

Joe prze­rwał jej i kupił torbę popcornu.

Kiedy pode­szli do sprze­dawcy lodów, Midge zawo­łała jesz­cze raz: -?Tato, ja chcę...

Joe prze­rwał jej ponow­nie i powie­dział: -?Ty chcesz, ty chcesz! Wiem, czego chcesz -?lodów?

-?Nie, tato -?powie­działa bła­gal­nie dziew­czynka -?chcę, żebyś pod­rzu­cił mnie do góry.

Chciała tego od początku, lecz ojciec jej nie wysłu­chał. Repre­sja ozna­cza, że nie słu­chasz wła­snej natury. Repre­sja to spo­sób na znisz­cze­nie cie­bie.

Dwu­na­stu skin­he­adów weszło do pubu. Pod­cho­dząc do bar­mana, powie­dzieli: -?Trzy­na­ście piw z beczki.

-?Jest was tylko dwu­na­stu -?bar­man na to.

-?Chcemy trzy­na­ście piw.

Bar­man nalał, ile chcieli. Przy­wódca skin­he­adów pod­szedł do star­szego męż­czy­zny sie­dzą­cego w kącie pubu.

-?Kufel piwa dla cie­bie.

-?Dzię­kuję, dzię­kuję. Jesteś wspa­niały, synu.

-?Nie ma sprawy, chęt­nie poma­gamy kale­kom.

-?Ja nie jestem kaleką...

-?Ale nim będziesz, jeśli nie posta­wisz następ­nej kolejki.

Tym wła­śnie jest repre­sja. To sprytny spo­sób, by cię oka­le­czyć. To sprytny spo­sób na znisz­cze­nie, osła­bie­nie cie­bie. To sprytny spo­sób, żeby cię zwró­cić prze­ciwko samemu sobie. To metoda na stwo­rze­nie w tobie wewnętrz­nego kon­fliktu. A kiedy czło­wiek znaj­duje się w kon­flik­cie z sobą samym, jest bar­dzo słaby.

Spo­łe­czeń­stwo wymy­śliło wspa­niałą grę -?zwró­ciło każdą jed­nostkę prze­ciwko niej samej. Dla­tego cią­gle wal­czysz z samym sobą. Nie star­cza już ci ener­gii na nic innego. Czy nie zaob­ser­wo­wa­łeś tej nie­ustan­nej walki wewnętrz­nej? Spo­łe­czeń­stwo zro­biło z cie­bie osobę roz­sz­cze­pioną i pomie­szało ci w gło­wie. Sta­łeś się podobny do kawałka drewna, dry­fu­ją­cego po oce­anie. Nie wiesz, kim jesteś, nie wiesz, dokąd zmie­rzasz. Nie wiesz, co tu robisz. Przede wszyst­kim nie wiesz, kim jesteś. Z tego cha­osu rodzą się wielcy przy­wódcy: Adolf Hitler, Mao Tse-tung, Józef Sta­lin. Z tego cha­osu rodzi się papie­stwo. To wszystko cię nisz­czy.

Bądź osobą pełną eks­pre­sji. Pamię­taj jed­nak, że eks­pre­sja nie ozna­cza braku odpo­wie­dzial­no­ści. Bądź eks­pre­sywny w inte­li­gentny spo­sób, wów­czas nikt nie dozna uszczerbku z two­jego powodu. Osoba, która nie szko­dzi sobie, nie szko­dzi też innym. Nato­miast osoba, która szko­dzi sobie, jest groźna dla innych. Gdy nie kochasz sie­bie, sta­jesz się nie­bez­pieczny. Możesz zra­nić inne osoby. I rze­czy­wi­ście ranisz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki