p

Zdrada. (Nie)wierna towarzyszka związków - Paweł Droździak

Kup książkę

59.00 zł
35.40 zł (35,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W dzisiejszych czasach trudno dyskutować o problemie miłości bez mówienia o utopii wolnej miłości i o utopii małżeństwa na próbę. Uważam ten pomysł za fantazję wynikłą z lekceważenia problemu, który w rzeczywistości jest bardzo trudny. Ułatwienie życia w takich kwestiach jak miłość jest mniej więcej tak prawdopodobne, jak wyhodowanie ziela nieśmiertelności.

Siłę grawitacji można pokonać tylko poprzez odpowiednie zastosowanie energii. Nie umiemy latać. Podobnie rozwiązanie problemu miłości stanowi wyzwanie dla wszystkich naszych zasobów. Wszystko inne byłoby produkowaniem bezużytecznego bełkotu. Wolna miłość byłaby możliwa tylko wtedy, gdyby każdy był zdolny do najwyższych osiągnięć moralnych. Idea wolnej miłości nie została jednak wymyślona w tym celu, by ludzie przekraczali swe ograniczenia, a jedynie po to, by coś trudnego wydawało się łatwe.

Miłość wymaga głębi i lojalności uczuć; bez nich nie jest miłością, lecz zwykłym kaprysem.

Prawdziwa miłość zawsze zawiera w sobie element poświęcenia i angażuje w trwałe więzi; a wolności potrzebuje tylko po to, by dokonać wyboru, a nie po to, by korzystać z każdej możności, jaka się nadarzy.

Każda prawdziwa i głęboka miłość jest poświęceniem. Poświęcasz wszystkie inne możliwości, a raczej iluzję, że takie możliwości istnieją. Jeśli ta ofiara nie zostanie dokonana, iluzje uniemożliwią rozwój głębokiego i odpowiedzialnego uczucia, tak że sama możliwość doświadczenia prawdziwej miłości zostanie utracona.

Carl Gustaw Jung[1]

[1] C.G. Jung, The Colected Works of C.G. Jung. Volume 10. Civilization in Transition, New York 1964, s. 121-122 (ebook).

Zdrada istnieje chyba tak długo, jak długo ludzie tworzą stałe związki, i jest powszechna. Skąd wiemy, że istniała zawsze? Po pierwsze, z literatury, bo nawiązują do tego najstarsze znane teksty, włącznie z tymi religijnymi. A po drugie, z biologii. Nie jest może zbyt dobrze od razu w pierwszym akapicie porównywać człowieka do małpy, ale biologia jest tu bezlitosna. Mamy coś wspólnego. I co do zdrady właśnie: przyrodnicy twierdzą, że zjawisko to występuje u małp. Nie ma oczywiście tej całej emocjonalnej i symbolicznej złożoności, która wokół wierności i zdrady została wybudowana w ludzkim świecie, ale kiedy obserwuje się pewne sceny z życia małpich społeczności, nie sposób nie zauważyć analogii.

U niektórych gatunków najsilniejszy w okolicy samiec często kończy życie zawałem serca. Bo jego życie to koszmar. Biega przez cały dzień od jednej samicy ze swego haremu do drugiej, te bowiem notorycznie zdradzają go z młodymi samcami, które ciągle się kręcą w pobliżu. Przyrodnikom udało się sfilmować sporo takich sytuacji i widok naprawdę jest fascynujący. Stary siłacz dobiega do romansującej pary, ci zaś, słysząc go z daleka, szybko od siebie odskakują. On, dotarłszy na miejsce, przypatruje im się uważnie i obwąchuje ich, a tych dwoje udaje, że nic się nie wydarzyło. To niesamowite móc obserwować, jak te dzikie zwierzęta symulują obojętność, całkiem jak ludzie, próbując stworzyć wrażenie, że nie zaszło nic istotnego. Wytrzymują wzrok wielkiego samca, popatrują na niego albo gdzieś w bok, jak gdyby nigdy nic. Tu skubną listek, tam gałązkę, któreś próbuje iskać jego lub siebie albo odwrócić jego uwagę zabawą. Wielki stary siłacz wpatruje się w nich jeszcze przez chwilę niezdecydowany, po czym pędzi do kolejnej samicy, gnany nowym złym przeczuciem. I tak cały dzień i dzień za dniem całe lata. W końcu jego serce tego nie wytrzymuje.

I my, ludzie, robiliśmy to od zawsze i od zawsze dla zdradzanych był to koszmar, a dla zdradzających ryzyko.

Czy sytuacja człowieka różni się jakoś od sytuacji nieszczęsnego króla szympansów, który cały dzień biega, tropiąc zdrady? Szympans wie, że nie ma w jego haremie żon wiernych i niewiernych ani nie ma w jego stadzie bardziej i mniej lojalnych podwładnych. Są tylko ci, których się upilnowało, i tacy, których się nie dało rady przypilnować. W jego świecie jeśli się nie jest nadzorowanym, to się zdradza, a to, czy będziesz ofiarą zdrady, czy nie, zależy tylko od jednego prostego czynnika: od tego, czy pilnujesz.

Ludzie, oprócz osób w pewnych poważnych stanach klinicznych, nie mają takiej prostej wizji świata. Uważamy, że są wśród nas bardziej i mniej skłonni do zdrady, że są związki, w których zdrada jest bardziej prawdopodobna, że są ludzie, którzy byliby gotowi mieć relację z zajętą osobą, także tacy, którzy w tym "się specjalizują", ale że są i tacy, dla których informacja, że ktoś jest zajęty, absolutnie taką osobę wyklucza z grona potencjalnych partnerów do jakiejkolwiek przygody. I wreszcie wiemy, że niektórych jakoś częściej się zdradza niż innych i to niekoniecznie dlatego, że nie pilnują. I że są też sytuacje w związkach, kiedy wydaje się bardziej prawdopodobne, że pojawi się romans, a są takie, w których tego by się nikt nie spodziewał.

Nie stawiamy więc na pilnowanie, tylko na wiedzę. Na przewidywanie. Czy można zdradę przewidzieć? Czy można się jakoś jej ustrzec? Zapobiec jej wcześniej albo się z osobą niewierną nie związać? Albo coś w sobie zmienić? Profilaktycznie popracować nad sobą lub związkiem? Osoby, które zdradzono, po odkryciu tego faktu często zadają sobie te pytania. Obwiniają się za zły wybór partnera, za własne braki, za zaprzepaszczenie swojego małżeństwa albo za to, że się dawały oszukać. Czyli za naiwność.

Stąd też media, książki i internet pełne są instrukcji opartych na zasadzie "czerwonej flagi". Podaje się listy sygnałów ostrzegawczych. Cech lub zachowań, które powinny nas zaniepokoić, czasem już na pierwszej randce. Albo u partnera. Po czym poznać, że on/ona w przyszłości będzie niewierny/niewierna? A po czym poznać, że on/ona kogoś ma? Jak odróżnić, kiedy intuicja nas nie zwodzi? Pięć sygnałów. Albo dziesięć, jeśli zamówiono nieco dłuższy tekst.

Załóżmy, że poznajemy nową osobę. Szukamy kogoś na dłużej i chcemy się ustrzec bolesnych rozczarowań. Liczymy na to, że kiedy znamy taką listę, zwrócimy uwagę, na co trzeba, i unikniemy kłopotów. Nie umówimy się po raz drugi z kimś, kto ma określone cechy, albo zmienimy coś w naszym związku, gdy zobaczymy sygnały, o których przeczytaliśmy.

Czy to ma prawo zadziałać? Musielibyśmy być niezbyt bystrzy i jednocześnie zdolni całkowicie podporządkowywać swoje działanie rozumowi. Niezbyt bystrzy, ponieważ naprawdę potrzebowalibyśmy, by ktoś za nas wymyślił listę cech i sygnałów, bo sami byśmy na takie znaki ostrzegawcze nie wpadli. A zdolni do całkowitej samokontroli, gdyż tylko taka osoba postąpi wedle instrukcji, mimo że ktoś ją pociąga albo że ma pokusę, by w danej relacji w określony sposób się zachować. Albo umie dzięki samemu tylko rozumowi zdobyć się na jakieś działanie zupełnie wbrew temu, do czego ją ciągnie.

Czy ekspert podający listę "czerwonych flag" ma większą wiedzę niż inni? Niekoniecznie. Tak naprawdę każdy człowiek może stworzyć listę sygnałów ostrzegawczych, które powinny niepokoić podczas pierwszych kilku spotkań, o ile się choć parę minut nad tym zastanowi. Podobnie ze zdradą. Jeśli zapytamy dowolną dorosłą osobę, jakie sygnały mogą świadczyć o tym, że partner/partnerka ma kogoś na boku, to chyba nie znajdzie się taka osoba, która by miała wielki problem z odpowiedzią. Wystarczy kilka minut namysłu i dosłownie minimum życiowego doświadczenia. To łatwe.

W tym miejscu mam dla Czytelników propozycję. Jeśli masz chwilę, weź kartkę i długopis i spróbuj taką listę stworzyć samodzielnie.

Jak się do tego zabrać? Dobrze by było wprowadzić tu jakiś porządek. Dlatego może warto naszą listę podzielić na kilka części. Niech pierwsza lista służy uniknięciu przyszłych rozczarowań.

Powiedzmy, że takie rozczarowania i zranienia podzielimy na sześć kategorii:

niewierność; skłonność do zachowań sadystycznych lub wykorzystywania innych; uzależnienia; brak inicjatywy życiowej, niezdolność do samodzielnego dorosłego funkcjonowania; rywalizacja zamiast współpracy; emocjonalne oddalenie, skupienie tylko na sobie, niezdolność do bliskości, wykorzystywanie emocjonalne i ostatecznie emocjonalne ranienie, nawet mimo jawnego deklarowania odwrotnej intencji.

Oczywiście kategorie wcale nie muszą być takie. Można tu jakąś dopisać, można któreś tu wymienione ze sobą połączyć, coś przeformułować i tak dalej. To tylko propozycja. Ważne, by stworzyć jakieś wzorce, które wydadzą się nam rozpoznawalne. Grunt to nie stracić z oczu głównego celu, jakim jest uchronienie się od bolesnych niespodzianek w ewentualnym przyszłym związku. Mamy odsiać osoby, które źle rokują, a tych pierwszych kilka spotkań to rodzaj castingu.

Mamy więc (powiedzmy) sześć sfer, w których coś może pójść nie tak. Czas zatem na właściwą listę. Wyobraźmy sobie, że mamy przed sobą kogoś, kogo dopiero poznaliśmy. I zadajemy sobie pytanie, na ile jest prawdopodobne, że przyniesie on nam kłopoty związane z którymś z tych obszarów życia, które tu wyżej wypisaliśmy. Jakie sygnały mogą nas przed tym ostrzec? Jakie zachowania? Jakie fakty z życiorysu? Jakie nasze własne odczucia? Może coś, co on/ona mówi o poprzednich partnerach/partnerkach? Może coś ze sposobu, w jaki sami czujemy się przy tej osobie? Albo może coś, co nam o tej osobie mówią inni?

Wypisz to na kartce. Przypomnij sobie własne doświadczenia, osoby, które znasz, znane Ci filmy, książki i zasłyszane opowieści o tym, co spotkało innych ludzi. Spędź nad tą kartką jakiś czas, później ją odłóż i wróć do niej za dwa, trzy dni. Jedyny warunek - nie zaglądaj do żadnych poradników, podcastów, gazet ani nie pytaj nikogo. To ma być tylko lista na podstawie tego, co już wiesz o życiu.

I teraz drugie ćwiczenie, tym razem dotyczące związków, które już trwają. Powiedzmy, że zastanawiasz się, w jakim miejscu jesteś. Na ile jest możliwe, że masz problem w którymś z tych obszarów albo wkrótce możesz taki problem mieć. Zaproponuję tu tę samą listę co wyżej i oczywiście tak jak wcześniej, można ją zmodyfikować:

niewierność; skłonność do zachowań sadystycznych lub wykorzystywania innych; uzależnienia; brak inicjatywy życiowej, niezdolność do samodzielnego dorosłego funkcjonowania; rywalizacja zamiast współpracy; emocjonalne oddalenie, skupienie tylko na sobie, niezdolność do bliskości, wykorzystywanie emocjonalne i ostatecznie emocjonalne ranienie, nawet mimo jawnego deklarowania odwrotnej intencji.

I podobnie jak poprzednio, spróbuj wypisać sygnały, które mogą świadczyć o tym, że w którejś z tych sfer dzieje się u Ciebie coś złego.

Robiłem to z klientami wiele razy i moje doświadczenie jest takie, że ludzie wpisują na tych listach bardzo podobne rzeczy. W sumie to ta sama lista. I pokrywa się ona doskonale z tym, co oferują podcasty i poradniki.

Co to znaczy? Po pierwsze, że wiemy doskonale, co powinno nas ostrzec. Ludzie naprawdę rozumieją, że seksualne zaniedbywanie partnera przez całe lata może sprawić, że on gdzieś na zewnątrz poszuka zaspokojenia. Nie jest specjalnie trudno wyobrazić sobie, że ktoś, kto pije codziennie butelkę wina, w końcu się uzależni. Jeśli ktoś całymi tygodniami nie odpowiada na nasze wiadomości, a później przypomina sobie o nas w pewien weekend i natychmiast żąda spotkania, to naprawdę nie ma na tym świecie ludzi, którzy nie rozumieją, że on nas wykorzystuje, a tak naprawdę nie jest zdolny do bliskiej relacji. Wiemy też, że jeżeli ktoś bywał agresywny wobec poprzednich partnerek, to będzie prawdopodobnie agresywny też wobec kolejnych. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by rozumieć, że jeśli ktoś mówi bardzo źle o byłym lub byłej, to można się po nim spodziewać, że za jakiś czas będzie mówił tak samo o nas.

Ludzie umieją też połączyć te kropki, że jeśli mamy z kimś romans, on/ona opowiada, że swoją żonę / swojego męża poznał(a) też przez romans, mówi, że romans z nami jest kolejnym w tym związku, i proponuje nam związanie się na stałe, to jeśli się zgodzimy, najprawdopodobniej czeka nas taki sam los, to znaczy odkryjemy w przyszłości, że nas zdradził(a). Naprawdę nie trzeba być ekspertem, żeby to wiedzieć. To wiedzą wszyscy.

Ale mimo że wiedzą, jednak wiążą się z takimi osobami, i mimo że wiedzą, czego w związku nie robić, jednak to robią, jakby nie mieli wyboru.

Bo rzeczywiście nie mają. I w tym kłopot. Czerwona flaga, o ile mamy używać tego pojęcia, nie jest czymś, czego należy szukać na zewnątrz, tylko czymś, co musimy znaleźć w sobie.

Jeśli nasza historia życia, szczególnie ta wczesna, była naznaczona bolesnymi doświadczeniami, jest bardzo prawdopodobne, że wykształciliśmy kilka wyobrażeń na własny temat:

że nie można nas kochać; że nie zasługujemy ani na miłość, ani na nic dobrego; że trzeba brać, co dają; że najważniejsze to wygrać spór; że dobrym sposobem radzenia sobie z kimś, kto nas krzywdzi albo kto nas przeraża, jest zbliżyć się do niego i go sobie zjednać; że jesteśmy za wszystko odpowiedzialni i musimy się starać; że bliskie relacje zawsze kończą się nagłą utratą; że ludzie kłamią; że nie mamy nic, co nam pozwoli samodzielnie przetrwać; że inni mają więcej, a na pewno mają coś, czego my nigdy nie będziemy mieli.

To oczywiście tylko kilka przykładów. Takich generalnych przekonań może być o wiele więcej. Przy okazji - kiedy nazywamy to przekonaniami, warto sobie to pojęcie trochę doprecyzować. Zwykle przekonaniem określa się coś, w co wierzymy i jednocześnie wiemy, że wierzymy. Tymczasem przekonania generalne mają najczęściej charakter ukryty. Człowiek tak właśnie myśli o świecie, ale nie wyraża tego w słowach. Nie wie, że tak sądzi. Kiedy jednak zacznie analizować głębiej swoje myślowe procesy, dochodzi czasem do któregoś z tego typu stwierdzeń i kiedy to wypowie, okazuje się, że brzmi znajomo. Nie wiedzieliśmy, że to myślimy, póki tego nie nazwaliśmy. Teraz już wiemy, bo nazwaliśmy. To może być pierwszy krok do tego, by na przykład spróbować podważyć takie przekonanie, bo przecież nie można podważyć czegoś, czego się w ogóle nawet nie nazwało.

Taką czerwoną flagą może też być jakaś nasza nieumiejętność. Na przykład brak kompetencji:

we współpracy; w zażegnywaniu sporów; w zauważaniu, w jakim jesteśmy stanie emocjonalnym; w dobieraniu siły reakcji do powagi sytuacji - brak umiejętności stawiania granic w sposób łagodny i stopniowania tego; w odczuwaniu emocji bez konieczności natychmiastowej zamiany tych emocji w działanie; w odraczaniu przyjemności zamiast natychmiastowego jej jakiegokolwiek zaspokojenia.

I tak dalej. I jeśli mamy tego rodzaju bagaż, to nawet kiedy wyposażymy się w najlepiej opracowane listy sygnałów ostrzegawczych, w najlepsze katalogi psychopatów, narcyzów i toksyków oraz najdoskonalsze narzędzia stawiania granic, nie poprawi to naszej sytuacji.

Bo układy międzyludzkie, które będą się jakoś wiązać z powtarzaniem naszych złych doświadczeń i utrwalaniem naszych złych wyobrażeń na własny temat, będą nas przyciągać, nawet mimo że tego nie chcemy. Człowiek bardziej lub mniej świadomie dąży zwykle do powtarzania tego, co potrafi. Niezależnie od tego, czy koniec końców to jest przyjemne, czy nieprzyjemne. Jeśli na przykład ktoś miał rodziców, którzy ciągle go krytykowali, nie lubi być krytykowany, bo nikt nie lubi, ale stał się przez lata ekspertem od komunikacji z osobą krytykującą. I kiedy spotka kogoś takiego w dorosłym życiu, wszystko wygląda znajomo. A jeśli znajomo, to jakaś jego część każe w to brnąć. Dążyć do tego. Bo nawet jeśli to niemiłe, to wie, co w takiej relacji robić. Wszystkie reakcje są wytrenowane i robi się to automatycznie.

A co, kiedy ktoś, kogo w dzieciństwie wciąż krytykowano, spotka kogoś, kto go komplementuje i podziwia? Może się zdarzyć, że wywoła to jakiś rodzaj oporu. Lęk, dezorientacja, podejrzliwość, poczucie winy wzbudzone wrażeniem, że dostało się coś, co się nam nie należy, i zaraz się połapią i nam to zabiorą. Generalnie powstaje nieprzyjemny stan. Ktoś taki może nie wiedzieć, jak w ogóle reaguje się na komplementy i pochwały, i okazuje się, że z ulgą opuszcza takie towarzystwo, by wrócić między krytykujących, gdzie cierpi, ale w znany sobie sposób.

Lubimy dostawać rady, ale nie bardzo umiemy się do nich stosować, nawet jeśli uznajemy je za bardzo dobre. Dlatego w tej książce nie będzie prostych wskazówek ani technik racjonalnego podejmowania decyzji typu "odejść czy zostać". Będą to raczej swobodne rozważania wokół tematu relacji, wierności i zdrady oraz wokół tego, jak powstają w nas pewne cechy i nastawienia. Wszystko to ma być nie tyle wskazówką, ile ma stać się dla Czytelnika punktem wyjścia do różnych skojarzeń i przemyśleń o świecie i historii własnego życia.

Częstym polem zdrady jest małżeństwo. Ludzie nie zawsze znali tę instytucję, ale zakładają rodziny już od bardzo dawna i choć ta konstrukcja w różnych miejscach świata różni się niektórymi rozwiązaniami, dziś znana jest prawie wszędzie. I zdrada też na całym świecie jej towarzyszy. Społeczeństwo stawia człowiekowi wymóg wyłączności, a człowiek się temu wymyka. Spotykają nas za to srogie kary, ale i tak to robimy.

W czasach dawniejszych stały związek oznaczał związek na zawsze. Czyli ten, z kim się związaliśmy, miał być i pierwszym, i ostatnim. Dziś związek oznacza tylko tyle, że jest się z jedną osobą na raz. Z którąś w szeregu. To dużo niższe wymagania, ale i to nam słabo wychodzi. Dawniej żeby w ogóle móc uprawiać seks, musieliśmy raczej wziąć ślub. Dziś najczęściej nie ma żadnego związku między jednym a drugim. Może tylko taki, że kiedy bierzemy ślub, to zakładamy, że przestajemy uprawiać seks z innymi. To dość istotna zmiana, bo człowiek dawniejszy często dopiero przez ślub zyskiwał jakikolwiek dostęp do seksu, zaś my przez ślub ten dostęp sobie ograniczamy. Wygląda na to, że jednak nieskutecznie. Nawet ta osobliwa wersja monogamii, jaką jest współczesna monogamia seryjna, okazuje się dla ludzkich istot za trudna do utrzymania.

Mamy więc z jednej strony społeczny wymóg, by człowiek sprostał wyłączności, a z drugiej powszechną praktykę jej niedotrzymywania. W stałych związkach, zawieranych na całe życie, satysfakcja słabnie. Wydaje się, że największy kłopot jest tu z tym, by jeden partner zaspokoił wszystkie nasze potrzeby - emocjonalne, finansowe, seksualne, intelektualne, potrzeby związane z organizacją codziennego życia i wiele innych. Ponadto by był kimś, kto świetnie z nami współpracuje przy wychowaniu potomstwa, by był wierny, zdrowy fizycznie, miał rodzinę, która nas akceptuje, był kimś, kogo zaakceptuje nasza rodzina, by za wcześnie nie umarł.

Pragnęlibyśmy znaleźć partnera lub partnerkę, z którym lub z którą związek nie będzie w żadnym stopniu oparty na zasadzie "coś za coś". Mało kto jest jednak tak doskonały. I to pierwszy kłopot, ale za nim idzie drugi, o wiele poważniejszy.

Kiedy przyjrzymy się temu, jak relacje między płciami kształtują się w świecie zwierząt, zauważymy, że w odróżnieniu od nas nie ma tu niekonsekwencji. Zwierzę dąży do kopulacji, później wychowuje potomstwo według schematu typowego dla swojego gatunku - z samcem albo bez niego. Jeśli para pozostaje razem na dłużej, wiadomo, czemu tak się dzieje. Podobnie jeśli nie pozostaje. Po prostu sztywny wzorzec reakcji każe zwierzęciu postąpić dokładnie w ten sposób. Tymczasem nasza psychiczna konstrukcja jest taka, że różne sfery naszych potrzeb są ze sobą w konflikcie. Przykładowo popęd seksualny i potrzeba bliskości to sprawy u jednych osób nierozdzielne, a u innych jednak wewnętrznie trudne do pogodzenia. Wielu z nas może czuć pociąg fizyczny tylko do kogoś, z kim nie jest blisko emocjonalnie, bo bycie jednocześnie w emocjonalnej bliskości i uprawianie z tym kimś seksu wydaje się doświadczeniem zbyt przytłaczającym.

Jakie okoliczności ludzie uznają za seksualnie stymulujące? Ktoś powie, że to okoliczności "romantyczne", ktoś inny, że "kręcące" albo "ekscytujące". Ale co to właściwie znaczy? Przecież dla każdego coś innego jest "romantyczne", "kręcące", "ekscytujące" i tak dalej, ale istnieje pewien wspólny mianownik - te okoliczności są mało realne. Sceny, które tworzymy, nawiązują do bardzo zróżnicowanych fantazji, ale te fantazje zawsze znacząco różnią się od codzienności. Ludzie mogą różnie pojmować znaczenie "romantycznej kolacji", ale pewne jest jedno - to nigdy nie będzie kolacja, jaką się je codziennie. Osoba, o której fantazjujesz, nie może być banalna. Musi być wyjątkowa. I faktycznie, kiedy ludzie tworzą romantyczne okoliczności, by olśnić drugą stronę, robią różne rzeczy, ale nigdy nie robią "dokładnie tego, co codziennie", bo chcą się stać kimś z fantazji. Nie starają się "być sobą" i nie zachowują się w pełni naturalnie. Przeciwnie. I jeśli tworzą okoliczności, które druga strona ma uznać za romantyczne, liczą na to, że zostaną docenieni. Ale co to znaczy? Po prostu druga osoba ma poczuć, że ktoś stworzył okoliczności, w których pokazuje, że ona też jest obiektem jakiejś fantazji, że widzi w niej coś niezwykłego. Podobnie jest z dawaniem prezentów - nie ma nic bardziej morderczego dla popędu niż prezent, który jest po prostu praktyczny. Praktyczny prezent oznacza, że wiesz o kimś wszystko. Co innego prezent niepraktyczny, ale pasujący do fantazji. On pokazuje, że może nie znasz kogoś na wylot, ale wiesz, jak ta osoba pragnie być widziana. I o ile prezent praktyczny może wzbudzić czułość, o tyle popęd stymulowany jest prezentem, który odwołuje się do fantazji, a nie do prawdy. Jeśli stare dobre małżeństwo jest w emocjonalnej stagnacji, prezent będzie najpewniej byle jaki. Jeśli to małżeństwo w stagnację nie popadło, ale zna się na tyle dobrze, że nie czują ekscytacji, prezent będzie przemyślany i będzie świadczył o tym, że ten, kto daje, wie dużo o obdarowywanym. Będzie to więc prezent praktyczny, wybrany na podstawie wiedzy o drugiej osobie. Tymczasem prezenty kochanków niemal nigdy nie odnoszą się do rzeczywistości. One wyrażają fantazję. Możemy mieć wielką trudność z tym, by fantazjować o osobie, którą znamy na wskroś, bo jeśli znasz kogoś na wskroś, to zbyt wiele wiesz na pewno, by było jeszcze miejsce na przypisanie mu dodatkowych cech.

Są ludzie, którzy bardzo pragną wzbudzać zainteresowanie i pożądanie, bardzo chcą "być chciani", ale kiedy mają drugą osobę zaspokoić, czują, że właśnie utracili tę najważniejszą rzecz - zdolność wzbudzania pragnienia, które jeszcze nie zostało zaspokojone. I nie chodziło o to, by się samemu przyznać do pragnienia, tylko o to, by być tego pragnienia obiektem.

Są ludzie, dla których atrakcyjny może być tylko ktoś, kogo dobrze nie poznali. Pewien młody człowiek ujął to tak: "dziewczyna mi się podoba, dopóki z nią nie chodzę".

Takie sprzeczności pragnień powodują, że zaspokojenie ich z jedną osobą staje się dosłownie niemożliwe. Zdrada jest często sposobem rozwiązania tej wewnętrznej sprzeczności.

Współczesne poradnictwo psychologiczne składa wiele obietnic. Jedną z nich jest właśnie ta, że posiadamy niezawodne sposoby, by te sprzeczności w człowieku pogodzić i w ten sposób uczynić go zdolnym do monogamii. Ale nie monogamii opartej na jakimś rodzaju wyrzeczenia czy kompromisu, tylko do monogamii, w której człowiek się spełni. Potrzeby będą jednorodne, nie będzie między nimi logicznej sprzeczności, więc zdoła zaspokoić je z jedną osobą.

Czy ta obietnica ma jakiekolwiek pokrycie? Może częściowe. W pewnym stopniu faktycznie umiemy złagodzić najbardziej palące sprzeczności. Niestety raczej nie umiemy pogodzić ich ostatecznie. Monogamia nigdy nie będzie rajem, bo życie nim nie jest. Na pocieszenie mogę napisać tylko, że ciągła pogoń za kolejnym i kolejnym króliczkiem także obiecanego raju nie zapewnia.

Do kogo adresowana jest ta książka?

Dwoje jako porządek - Troje jako koniec porządku -

Czy do chaosu można zbudować teorię

Przyjmując, że zdrada jest najczęściej trójkątem, zaplanowałem opisanie jej w książce z trzech perspektyw. Warto więc spytać na wstępie, którą rolę przyszło Ci w tym trójkącie grać.

Decyzja o trzech perspektywach wcale nie jest oczywista. Może budzić niepokój u czytelnika, niezależnie od tego, w jakiej występuje roli, bo trójkąt w relacjach intymnych to sytuacja najbardziej chyba ze wszystkich konfliktowa. Najwięcej zabójstw popełniają ludzie właśnie z powodu zazdrości i zdrady. Jeśli czyjś związek wygląda na martwy, a pożądanie na całkiem wygasłe, narzędziem ostatniej nadziei bywa często stworzenie wrażenia, że mógłby się pojawić ktoś trzeci. Choć mało kto przyznaje się otwarcie do stosowania takich metod, większość jednak się zgodzi, że wzbudzenie zazdrosnego zaniepokojenia bywa skuteczne. Niektórzy robią to instynktownie, na przykład tańcząc z kimś innym czy flirtując, kiedy na towarzyskim spotkaniu stały partner nie okazuje nimi zainteresowania, i ten instynkt, który podpowiada, by tak się zachować, działa u tych ludzi tak dobrze, że czasem nawet nie do końca uświadamiają sobie wykorzystanie metody wzbudzania zazdrości. Nie robią tego świadomie, a mimo to lub może właśnie dlatego to działa. Ludowa mądrość podpowiada nie bez racji, że jeśli wiadomość o istnieniu potencjalnego rywala lub rywalki nie rozpali gasnącego zainteresowania drugiej połowy, to chyba nic już tej relacji nie ożywi.

Zazdrość może być siłą na tyle potężną, że nie mamy ochoty rywala rozumieć ani go tolerować w naszym życiu. To całkowicie naturalne. Stąd może się pojawić sprzeciw, gdy zauważymy, że perspektywę wrogiej strony odkrywamy w książce, w której być może szukaliśmy rozwiązań dla siebie.

Część czytelników chciałaby jednak zrozumieć nie tylko swoją sytuację, ale i sposób funkcjonowania dwóch pozostałych uczestników dramatu. Choćby z tego powodu, że lepsze pojmowanie innych ludzi pomaga przewidzieć, co zrobią, a jeśli się to udaje, to i samemu łatwiej podjąć decyzję. Bo przecież nie jest tak, że kiedy uwikłamy się w trójkątną relację, to planujemy swoje ruchy w próżni, dyskutując tylko sami ze sobą, i nie zastanawiamy się, jak postąpią inni. Tu się nie da myśleć tylko o tym, czego sami pragniemy, bo nasze decyzje uzależnione są także od ruchów reszty znajdującej się w trójkątnej relacji. A te trudno przewidzieć.

Kiedy trzy osoby oddziałują na siebie nawzajem, tworzą pewien system. Można by spróbować narysować trzy kółka na kartce i siły między nimi, by sobie wyobrazić, co się dzieje. Szybko jednak odkryjemy, że pojedyncza kartka na pewno nie wystarczy.

To trochę jak w fizyce. Tam, gdzie zajmuje się ona ruchem obiektów względem siebie i tym, jak one przez grawitację na siebie działają, początkowo sformułowano coś takiego jak problem dwóch ciał. To jak problem relacji dwóch osób w psychologii. Fizyka też zaczynała od dwóch obiektów, jak na przykład dwóch planet, bo choć nigdy nie ma tylko dwóch, to jednak trzeba było po prostu od czegoś zacząć.

I tak jak w psychologii zaczęto od analizy relacji dziecka i matki, a później analizy tego, co się dzieje w dorosłej parze, tak w astronomii zaczęto od narysowania dwóch fizycznych obiektów i ich ruchów względem siebie. Ziemia krąży wokół Słońca. To dwa ciała. Księżyc krąży wokół Ziemi. Znów dwa ciała. Dość łatwo policzyć, jak będzie to działać, bo ostatecznie sytuacja sprowadzi się zawsze do tego, że jedno ciało krąży wokół drugiego po elipsie. Cięższe stoi w miejscu, lżejsze je obiega, przybliżając się i oddalając. I jeśli się ostatecznie nie zderzą ani od siebie nie oddalą się na tyle, że już nie da się wrócić, to elipsa, po której lżejsze krąży wokół cięższego, będzie już zawsze taka sama i te dwie planety zostaną w czymś, co się nazywa dynamiczną równowagą. Bo są tylko dwie.

Cóż to takiego ta dynamiczna równowaga? Statyczna jest oczywista. Stawiasz rower na nóżce i stoi. Nic się nie zmienia. To równowaga statyczna. Kiedy jednak dwa ciała niebieskie są w układzie, bo jedno krąży wokół drugiego po elipsie, ciągle coś się zmienia, bo raz krążące ciało jest bliżej, raz dalej. Jeśli mielibyśmy tylko chwilę na obserwację, moglibyśmy odnieść wrażenie, że właśnie dzieje się coś niezwykłego. Bo oto jest coraz bliżej. O, a teraz jest coraz dalej! Pewnie się rozdzielą! Dopiero kiedy spojrzymy na odpowiednio długi odcinek czasu, dostrzegamy, że tak naprawdę nie zmienia się nic.

I z ludźmi może być podobnie. Mogą się na przykład kłócić i godzić na przemian. Schodzić się i rozchodzić. Robić coś złego, obiecywać poprawę, pokutować i w końcu znowu powtarzać to samo. Jeśli ktoś ma skłonność do "bycia tylko tu i teraz" i patrzenia na świat jedynie przez pryzmat aktualnie odczuwanych emocji, może tak krążyć całe lata i nigdy nie zauważyć, że był już wiele razy w tym samym miejscu. Wciąż ma złudzenie, że wszystko się zmienia, bo nie używa dobrze swojej pamięci. Czasem naprawdę warto zrobić kalendarz, na którym na przykład pewne okresy będzie się zaznaczać kolorami. I spojrzeć na ten kalendarz z większej odległości. To pozwala zobaczyć, czy naprawdę zmienia się cokolwiek, czy właśnie jesteśmy w dynamicznej, ale ciągle jednak równowadze i naprawdę nie zmienia się nic. I to można zrobić już na poziomie "obserwacji dwóch ciał".

Ale tak jak w prawdziwym świecie rozwój żadnego dziecka nie kończy się na relacji tylko z matką, a historia żadnej pary nie kończy się na hotelowej izolacji miodowego miesiąca, tak i w fizyce, i astronomii wkrótce pojawił się problem trzech ciał. Oddziałują na siebie wszystkie trzy. Cokolwiek dzieje się z jedną planetą, wpływa na dwie pozostałe. Każda wpływa na każdą.

I co teraz? Matematycznie sprawa komplikuje się na tyle, że przez pewien czas sądzono, iż ten problem w ogóle nie ma rozwiązania. Czyli, że nie da się przewidzieć, w jakiej te ciała będą wobec siebie równowadze i czy w ogóle kiedykolwiek jakaś będzie. Później się okazało, że jednak można to prognozować. Da się zbudować matematyczny model, który to opisze, ale bardzo skomplikowany. Tak bardzo złożony, że Henri Poincaré, jeden z matematyków, którzy się tym zajmowali, wykorzystał później swoje obliczenia do tworzenia tak zwanej teorii chaosu. Czym ona jest? Używa się jej na przykład do długoterminowego przewidywania pogody. Sami wiemy, jaką to ma skuteczność. Znane powiedzonko parodiujące ludowe mądrości ujmuje to tak: "Gdy na Świętego Prota jest pogoda albo słota, to na Świętego Hieronima jest deszcz albo go ni ma". I musi tak być, bo w tych układach niewielkie zaburzenie w jednym miejscu skutkuje bardzo dużymi zmianami w innym.

Zachowanie względem siebie trzech ciał, które w Kosmosie łączy tylko grawitacja, trudno przewidzieć, a jeszcze trudniej obliczyć zachowanie większej ich liczby. Można by to porównać do pytania o to, jak zachowa się rodzina patchworkowa, kilka par swingujących na wspólnym wyjeździe albo większa grupa poliamorystów połączona na kilku internetowych forach jednocześnie czy grupa młodych ludzi obojga płci, których zamyka się co dzień na wiele godzin w jednym biurowcu, a dodatkowo regularnie wysyła na suto zakrapiane, wyjazdowe spotkania integracyjne bez rodzin. Matematycy twierdzą, że potrafią zbudować model, który to opisze, o ile chodzi o planety o dokładnie znanych masach, prędkości i odległości względem siebie. Ale podejmują się tego tylko pod tym warunkiem, że żadne z tych ciał się z innym nie zderzy. Jeśli do tego może dojść na którymkolwiek etapie wzajemnego ruchu, dobrego modelu się nie da tu stworzyć.

Spróbujmy użyć tego obrazu dla zilustrowania częstej sytuacji z ludzkiego życia. Ktoś odkrywa, że jest zdradzany. Co teraz zrobi? Właśnie stanął przed problemem trzech ciał. Jeśli ujawni, co wie, coś się wydarzy. Druga strona także coś zrobi. To wpłynie na trzecią osobę. Ona też coś uczyni, to wpłynie na partnera tego, kto zdradę odkrył. Ten ktoś coś uczyni, wpłynie to zwrotnie na zdradzanego, a zdradzany znów coś wtedy zrobi. Każda z osób zależy od pozostałych i próbuje podjąć decyzję na podstawie przewidywania, jakie kroki podejmą pozostałe osoby. Nic tu już nie ma stałego. I nic się tu nie rozstrzygnie na poziomie pytań tylko o jedną osobę - pytań w rodzaju: "co teraz czujesz?", "jaki teraz jest twój cel?" czy "co by ci teraz pomogło?". To zależy! A od czego? A od wszystkiego. To model chaotyczny, nie statyczny. Tu się niczego na tabelki nie rozpisze.

Inny podobny przykład. Jesteś kochanką. Zakochałaś się bez pamięci, a ze swoim stałym partnerem się męczysz. Twój kochanek mówi, że jesteś dla niego bardzo ważna. Wyznaje miłość. Odejść od męża czy zostać? Powiedzmy, że kochanek mówi mniej więcej coś takiego:

Nie chcę, żebyś odeszła od męża tylko z tego powodu, że ja odejdę od żony, bo nie chcę, żebyś się czuła zobowiązana. Myślę jednak, że łatwiej by mi było od niej odejść, gdybym wiedział, że ty jesteś zdecydowana. Kiedy jednak mnie pytasz, czy od niego odejść na przykład już jutro, nie jestem pewien, co powiedzieć - nie chciałbym być postawiony w takiej sytuacji, że ty odejdziesz, a ja cię rozczaruję, bo nie zrobię analogicznego kroku, ponieważ nie będę chciał być do tego zmuszony przez zobowiązanie wobec ciebie.

I tak dalej. Czasami miesiące i lata. Czego on chce? Czego Ty chcesz? Ktoś by powiedział, że widać na kilometr, że on nie zamierza nic zmieniać. Ale czy Ty zamierzasz? A może to zależy od tego, czego on chce? I tak w kółko i w kółko bez końca. Problem trzech ciał, a w sumie już czterech. I teoria chaosu, z jej równaniami niemożliwymi do rozwiązania. W tej książce będziemy to opisywać ze wszystkich trzech perspektyw.

Czy było więcej powodów, by opisywać tutaj wszystkie trzy strony takiego układu? Na przykład ten, że niektórym ludziom zdarzyło się znaleźć jednocześnie w dwóch albo i trzech rolach. Czasem zderzenie z niewiernością wydaje się ofiarom czymś niepojętym. Tak daleko to jest od ich wartości i doświadczeń, że nie mogą zrozumieć ani motywów tego, kto ich zdradził, ani motywacji tego, z kim ten niewierny partner to zrobił. To im się nie mieści w głowie. A jeśli spotyka się coś, czego zrozumieć się nie da, cały nasz obraz świata się chwieje. Dezorientacja wprowadza niepokój. Potrzeba zrozumienia bywa więc tak naprawdę potrzebą przywrócenia światu sensu.

Wszystkie trzy główne osoby będą tu więc obecne. Spróbujemy też powiedzieć coś o innych, których sytuacja zdrady także może dotyczyć. Bo przecież dotyczy. Dzieci, przyjaciół, współpracowników, rodziców, a nawet byłych partnerów. Nie da się powiedzieć wszystkiego o wszystkim, spróbujemy jednak spojrzeć na sprawę jak najszerzej. Jeśli obecność którejś z perspektyw budzi zbyt dużo niepokoju, nie ma potrzeby się zmuszać i czasem lepiej pewne części tej publikacji opuścić. Może kiedyś okażą się bardziej potrzebne. Życiowe doświadczenie pokazuje, że często niestety tak bywa, bo dziś jesteśmy w jednej z ról, a jutro możemy być po drugiej stronie.

I stąd drugie pytanie. Gdzie chcesz dotrzeć pod koniec? A skoro już się takie pytanie zadało, to warto przyjrzeć się mu bliżej.

Czy człowiek to taki ktoś, kto ma cele i je realizuje?

Życie jako plan - Nikt nie planuje zdrady - Cel i plan życia, cel i plan terapii i inne fikcje - Zakochanie a wyznawane wartości - Czy można nie wiedzieć, czego się chce - Jak to możliwe, że robi się coś, czego się nie chce

Czego teraz chcesz? Czasem się tego nie wie i jeśli akurat mowa o zdradach i romansach, prócz ekscytacji i fascynacji najczęściej pojawia się właśnie wrażenie dezorientacji i wewnętrznego konfliktu. Czego właściwie chcę? Dokąd to mnie prowadzi? Czy to w ogóle do czegoś zmierza? A jeśli wiem, że do niczego dobrego, to co ja właściwie tu robię? I czemu nie przestaję, mimo że w teorii wiem już wszystko?

A czy w ogóle można chcieć naraz kilku sprzecznych rzeczy? Odkrycie zdrady albo uczestniczenie w niej to czasem pierwszy moment w życiu człowieka, kiedy do niego dociera, że sam może być wewnętrznie niespójny.

Ambiwalencja jest generalnie stanem nieprzyjemnym i ludzie najczęściej chcą się szybko jej pozbyć, czyli wreszcie zawyrokować coś lub postanowić. Wiele osób, gdy uwikła się w romans albo kiedy zostaje zdradzonych, odkrywa po raz pierwszy, jak to jest utracić poczucie kontroli nad życiem. Nagle nie ma w nas jednoznaczności. Coś decyduję, a za chwilę robię coś całkiem innego. Asertywne domaganie się, by mój partner zakończył swój nieoficjalny związek, nic nie pomaga. Chcę odejść, ale zamiast tego bezskutecznie domagam się, by mój partner/partnerka zakończył(a) swój związek z trzecią osobą - i tak na przemian. Albo wmawiam sobie, że na pewno już to skończyli. Albo że nic mnie to nie obchodzi i umiem się dostosować. Po czym znów awanturuję się, że ten romans trwa. I nie odchodzę. Motywacja, by cieszyć się życiem, nie sprawia, że się zapomina. Chcę tego nie czuć, a to czuję. Chcę o tym nie myśleć, a myśli same wracają. Robiłem(-łam) wszystko, jak trzeba, naprawdę się starałem(-łam), pokazywałem(-łam) się w swojej najlepszej wersji w tym związku, a nagle odkrywam, że byłem(-łam) oszukiwany(-na), czyli wychodzi tak, jakby w ogóle nie było w życiu połączenia między wykonaną pracą a wynikiem. I tak dalej.

Nie pomagają tu żadne porządkujące świat psychologiczne narzędzia z tej półki, gdzie mamy motywację, kontrolę, analizę priorytetów, wypisywanie plusów i minusów, planowanie, decyzyjność i sprawczość. Wszystkie te umiejętności i narzędzia, tak przydatne w życiu zawodowym, prowadzeniu domu, naukowej karierze, sporcie, częściowo też w działalności artystycznej czy w dbaniu o zdrowie, zupełnie tutaj nie pomagają.

Samo uświadomienie sobie tej prawdy może niektórych prowadzić do stanów podobnych nieco do szaleństwa, bo wywraca ich cały obraz świata jako miejsca, w którym panuje jakiś logiczny porządek. Prowadzi też czasem do podważenia obrazu siebie jako osoby, która wie, co robi, umie panować nad swoim życiem i której można wierzyć albo która może choć wierzyć sama sobie. Bardzo niepokojące.

Warto uświadomić sobie, że to cecha samego tematu. Sfera zdrady, zakochania, fascynacji, pożądania i zazdrości ma to do siebie, że rozsądek i logika słabo tam docierają. Dlatego kiepsko w tym zakresie z planowaniem.

Powiedzmy, że ktoś ma romans i przychodzi do doradcy, bo nie wie, co dalej robić. Doradca pyta: "Jaki jest pani cel? Czy chce pani pomocy w tym, żeby ten romans zakończyć i pracować nad małżeństwem, czy raczej pomocy w tym, by się odważyć odejść od męża i związać oficjalnie z kochankiem?".

Gdyby nie tragizm sytuacji, ta scena mogłaby sama w sobie być doskonałym materiałem na humorystyczny rysunek w gazecie. Po co ta kobieta w ogóle by przychodziła, gdyby znała odpowiedź na takie pytanie? Niektórzy doradcy bywają jednak tak przywiązani do idei określenia celu i sprawdzania postępów na drodze do niego, że niemożność sformułowania na początku takiej deklaracji traktują niemal jak dowód na to, że dana osoba nie kwalifikuje się, by z nią pracować. Jeśli nie zna celu, to po co przyszła? Skoro nie wie, czego chce, to czego chce?

To może nawet wyglądać na zabawne, póki sami się nie znajdziemy w takiej sytuacji. Często zakłada się, że w podróży należy znać cel. W wyprawach geograficznych pewnie tak jest, choć też nie we wszystkich, bo znamy przecież urok podróży bez celu, takiej, która sama jest celem, albo podróży, która jest właśnie po to, by dowiedzieć się, co jeszcze można gdzieś dalej odkryć. W psychologicznej podróży często tak bywa, że na początku określa się cel, ale tak naprawdę dopiero na końcu dowiadujemy się, o co faktycznie chodziło. Bo nie poruszamy się przecież po czymś, co jest stałe, tylko się sami stopniowo zmieniamy. Pewnych rzeczy lepiej nie planować.

Temat zdrady jest niemal nieodłączny od tematu winy. Ludzie wiele dyskutują na przykład o tym, na ile bycie "tym trzecim" albo "tą trzecią" faktycznie przyczynia się do zniszczenia czyjegoś związku, a na ile pojawienie się samej możliwości romansu już dowodzi, że ten związek był w głębokim kryzysie i stało się to, co się po prostu stać musiało.

Inne często dyskutowane pytanie brzmi: na ile człowiek może odpowiadać moralnie za to, że się zakochał w kimś, w kim mu się zakochiwać nie było wolno i przez to doszło do zdrady? Tu zaraz wypływa kolejny wątek: w jakim stopniu zakochanie się w kimś jest sytuacją, która się po prostu ludziom przydarza, nie mogą na to nic poradzić, bo to na nich spada jak grom z nieba, a w jakim stopniu jednak trzeba najpierw do siebie taką możliwość dopuścić, niejako zrobić w umyśle miejsce, wejść w sytuację intymności i pozwolić jej się rozwinąć, wstępnie na coś się zgodzić, a to dopiero umożliwi większe zaangażowanie. I w takim razie może nie ponosi się winy za samo zakochanie, ale za wstępną zgodę na zbudowanie sytuacji, która do niego doprowadziła, już tak?

Pytań tego rodzaju nie sposób rozstrzygnąć, a sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy sobie uświadomimy, że do sytuacji zdrady często dochodzi wtedy, kiedy się tego nie tylko wcale nie planowało, ale wręcz dla samego człowieka było to nie do wyobrażenia. Gdyby nawet kilka dni wcześniej ktoś znajomy nas spytał, czy możliwe, byśmy my kiedyś z nim czy z nią nawiązali relację, odpowiedzielibyśmy, parskając śmiechem: No jasne, że niemożliwe. Jak mogłabym z takim burakiem? A jednak.

Ludzie spotykają się na przykład w zupełnie niewinnym celu towarzyskim albo biznesowym, współpracują zawodowo bądź załatwiają jakąś kwestię i ich spotkanie, jakaś kawa na mieście, jakaś prywatna lekcja, prezentacja produktu lub business lunch stopniowo zaczynają nabierać intymnego charakteru. Takie spotkanie powtarza się, znów oficjalnie, wcale nie prywatne, i ta energia erotyczna narasta, aż w końcu to, co miało być spotkaniem "w sprawie", staje się pełnowymiarową randką. I jest gorzej jeszcze, bo czasem to się dzieje nie z osobą, która jakoś nam się wstępnie podoba, ale wręcz z kimś, kto nam się wstępnie nie podoba wcale, tylko budzi zupełnie przeciwne emocje. Drażni, wkurza, wydaje się burakiem, bucem, zmanierowaną idiotką, przemocowcem, histeryczką, toksykiem, narcyzem i tak dalej - a tu nagle wbrew naszym oczekiwaniom te odczucia w sytuacji sam na sam magicznie jakoś zmieniają się w seksualny impuls. I czasem nie sposób określić dokładnie, gdzie była ta granica, nie da się więc powiedzieć, w którym momencie już samo pójście na kolejne spotkanie było zdradą. I można sobie samemu bardzo długo wmawiać, że to, co robimy, jest całkiem niewinne i że nic się tu złego nie dzieje.

Bo idziemy coś załatwić, nie na tajną randkę. Ktoś z boku mógłby czasem już dawno powiedzieć, że właśnie zaczęliśmy ryzykowną psychologiczną podróż, ale wiele osób będzie temu do końca zaprzeczać, tak że czasem trudno stwierdzić, na ile człowiek sam siebie oszukuje, a na ile cynicznie oszukuje innych. Ta granica też bywa niestety płynna, bo dla samych siebie wcale nie jesteśmy zawsze tak czytelni.

Są takie formy terapii, kiedy rozmawia się z klientem o jego wartościach. Czyli pytamy człowieka, jakie wartości wyznaje, on je opisuje, robi się z tego lista i następnie zestawiamy to z określoną rzeczą, którą ta osoba robi albo planuje, albo nad którą się zastanawia w kontekście decyzji. I pojawia się wówczas pytanie, w sumie przecież logiczne, o to, jak się ma ta rzecz, ten plan, ten zamiar do wyznawanych przez tę osobę wartości. Czy to zgodne z jej wartościami, czy przeciwnie?

I wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy byli do końca spójni i racjonalni. Taka rozmowa jest w całości po stronie tej racjonalnej części i tego, co oficjalnie deklarujemy. To z tą naszą częścią rozmawiają wszyscy ankieterzy zatrudniani do społecznych badań. Ale jest i druga część i widzimy to najlepiej właśnie przy takich sprawach jak romanse, kiedy okazuje się, że wprawdzie zgodnie z wartościami najważniejsza jest dla nas na przykład rodzina, ale mimo to nie potrafimy zapomnieć pewnej nocy w motelu i w końcu bierzemy za telefon, by się znów tam znaleźć. I jak to gra z naszymi wartościami? No źle gra. I głupio nam bardzo. Tyle że to jakby nie za wiele zmienia. Część odpowiadającą za samokontrolę można oczywiście podbudowywać i wzmacniać, ale to nie będzie nigdy cały człowiek i chyba nawet nie pół.

Praca nad wartościami nie zawsze oczywiście przebiega tak prosto. Ludzie czasem nie mają jasnego wyobrażenia o tym, jakie właściwie wartości wyznają, bo większość osób nigdy przecież nie sporządza listy takich rzeczy i tego nie formułuje. Po prostu żyjemy. Ale te wartości gdzieś tam w nas są i wpływają na nasze decyzje, emocje i oceny, więc wydobycie ich w rozmowie, głośne sformułowanie, co dla nas jest ważne, może mieć sens. Tyle że wartości, które naprawdę wyznajemy, lepiej jest jednak wydedukować z tego, co robimy, niż spisać na kartce deklaracje, jak to zwykli czynić studenci zatrudniani do robienia ankietowych badań.

Weźmy sytuację kobiety, która ma bogatego, wpływowego męża. To energiczny mężczyzna, na tyle zaradny, że ona sama dawno doszła do wniosku: "Choć nie warto całkiem porzucać życia zawodowego, to jednak wolę skupić się na dzieciach i domu, a swoją pracę traktować raczej jako odskocznię i dodatek, by się całkiem od ludzi nie izolować". W sprawach finansowych przywykła korzystać raczej z tego, co on wnosi. Przez wiele lat wydawało się, że ten system się sprawdzał. Pewnego dnia kobieta odkrywa jednak, że jej mąż ma długoletni romans. Znajduje niemożliwe do zbicia dowody w postaci nie tylko internetowej intymnej korespondencji, ale i erotycznych nagrań wideo, które mąż wspólnie z kochanką robili podczas swoich spotkań. Widzi to wszystko na własne oczy.

Materiał jest wstrząsający przez swoją dosłowność i nie pozostawia żadnych wątpliwości. Kobieta jednak odwleka ujawnienie tego. Nie porusza sprawy i nadal żyje z mężem. Może nie tak, jakby nic się nie stało, ale żyje. Planuje ujawnienie tego, co wie, i odejście od męża, ale odsuwa to z miesiąca na miesiąc i sama nie rozumie dlaczego. Wspólnie z psychologiem zastanawiają się nad tą decyzją i tym, co dla kobiety szczególnie zaskakujące - czemu wciąż odkłada rozmowę, mimo że dawno postanowiła, co zamierza zrobić. Co ją powstrzymuje?

Już wstępna analiza jej sytuacji pokazuje, że rozwód może znacznie skomplikować jej życie towarzyskie i sytuację bytową. Problem dość szybko krystalizuje się jako konflikt wartości. Korzystanie z życia, poznawanie świata, rozrywki i pasje jej dzieci stoją po jednej stronie, a poczucie szacunku do siebie i konieczność życia zgodnie z prawdą po drugiej. Z konfliktem wartości jest zwykle ten kłopot, że jedne wartości nie bardzo dają się z drugimi porównać. Ujęcie tematu od strony tego, co dla tej kobiety generalnie ważne, pomaga jej jednak o tyle, że staje się dla niej jasne, co ją powstrzymuje przed ujawnieniem swoich informacji. W pierwszym momencie trudno jej przyznać przed samą sobą, że istotna jest dla niej możliwość korzystania z uroków życia. Kiedy zaakceptowała ten fakt, może bardziej racjonalnie zastanowić się nad decyzją i podjąć ją na podstawie własnego punktu widzenia.

Opowiadam tę historię wcale nie po to, by zachęcać do bardziej zdecydowanych działań w takich sytuacjach. Raczej żeby pokazać, że czasem nie uświadamiamy sobie naszych wartości, a mimo to właśnie one mają wpływ na to, co robimy. Dlatego sami dla siebie bywamy zaskoczeniem.

Jak więc mają się do siebie takie tematy, jak spotkanie w środku dnia, jak to się mówi "na mieście na lunch", randka, plan i zdrada? Czasem nie wiemy. Albo coś w nas wie, ale reszta naszej głowy nie bardzo. Do zdrady dochodzi czasem właśnie w taki sposób, że choć nie planujemy czegoś z góry, to "się zdarza", bo sytuacja rozwija się w sposób, któregośmy nie oczekiwali.

Po czym rozpoznać, czy spotkanie, na które idziemy, jest randką, czy to tylko spotkanie koleżeńskie albo biznesowe? Życie pokazuje, że można stworzyć plan spotkania, a później nawet nie spostrzec, że się zmieniło w randkę. Można też odkryć, że niby szliśmy na całkiem niewinne spotkanie, ale o wygląd zadbaliśmy jak przed randką, sami nie wiedząc czemu. Co każe się ubrać jak na randkę, gdy idziemy na całkiem zwykłe spotkanie? Jeśli ktoś pyta nas wówczas, czemu się tak ubraliśmy, i nie dowierza naszym wymijającym odpowiedziom, gdzie jest o nas prawda? W tym, co widzimy od środka, czy w tym, co widzą z zewnątrz inni? To bardzo niepokojące.

A może być jeszcze inaczej. Idziemy z założeniem, że to będzie randka, a jest nudniej niż na najbardziej nużącej prezentacji w pracy. Romanse i planowanie zupełnie nie chcą chodzić w parze.

Świadoma część naszego umysłu nieustannie tworzy plany. Czy możliwe, by psuła je część nieświadoma? Czy można w ogóle być przekonanym, że się czegoś chce, a tak naprawdę chcieć czegoś całkiem innego?