p

Zawierucha. Spalona ziemia - Ida Żmiejewska

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (26,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

1.

Od śmier­ci Mak­sy­mi­lia­na Kel­le­ra mi­nął do­kład­nie rok i choć wo­ko­ło zmie­ni­ło się pra­wie wszyst­ko, Pola do­sko­na­le pa­mi­ęta­ła szcze­gó­ły tam­te­go tra­gicz­ne­go dnia: prze­ra­że­nie sióstr, roz­pacz ciot­ki i bez­sil­no­ść bab­ci oraz ner­wo­we sta­ra­nia wszyst­kich do­mow­ni­czek, aby przy­naj­mniej ją - naj­młod­szą i naj­nie­win­niej­szą - ochro­nić przed okrut­ną praw­dą. Na po­grze­bie po­ja­wi­li się nie­licz­ni ża­łob­ni­cy, a po za­ko­ńcze­niu kon­so­la­cji me­ce­nas Fin­kiel z za­kło­po­ta­niem ob­wie­ścił, że stra­ci­ły nie tyl­ko syna, ojca i bra­ta, któ­ry dbał o nie i za­pew­niał im opie­kę, ale ta­kże dom, pie­ni­ądze i całe do­tych­cza­so­we ży­cie. Naj­młod­sza Kel­le­rów­na po­my­śla­ła wte­dy, że same nie zdo­ła­ją so­bie po­ra­dzić. Że od­trąco­ne przez zna­jo­mych zgi­ną z roz­pa­czy albo umrą z gło­du.

Na szczęście nie zi­ści­ła się żad­na z jej ka­ta­stro­ficz­nych wi­zji, a skan­dal szyb­ko uci­chł, bo w ob­li­czu wo­jen­nych wy­da­rzeń zda­wał się wręcz try­wial­ny. Na fron­cie za­chod­nim pod Ypres Niem­cy wy­pu­ści­li gaz chlo­ro­wy na alianc­kie oko­py, we wschod­niej Ga­li­cji ob­le­ga­li Prze­my­śl, a w oko­li­cach Gor­lic bili się z Ro­sja­na­mi, pró­bu­jąc prze­rwać front. Za­ci­ęte boje trwa­ły też nie­da­le­ko War­sza­wy, nad Bzu­rą i Raw­ką, oraz w oko­li­cach Prza­sny­sza - no­ca­mi sły­chać było złow­ro­gie po­mru­ki ar­mat.

W par­ny ma­jo­wy dzień Pola sta­ła przy gro­bie, w któ­rym oprócz tat­ki i mamy spo­czy­wa­li pra­dziad­ko­wie, dzia­dek Au­gust i dwóch zma­rłych w dzie­ci­ństwie stry­jów.

- Nie tak po­win­no być - po­wie­dzia­ła pó­łgło­sem bab­cia Ade­la, wpa­tru­jąc się w wy­pi­sa­ne na mar­mu­ro­wej pły­cie imio­na męża oraz trój­ki zga­słych przed­wcze­śnie dzie­ci. - Oni po­win­ni po­cho­wać mnie.

Ciot­ka Kla­ra unio­sła do oczu chu­s­tecz­kę, a za­pła­ka­na Nina przy­su­nęła się do Sta­ni­sła­wa, któ­ry przy­sze­dł na cmen­tarz ra­zem z nią. Ju­lia z sa­me­go rana uda­ła się na dwo­rzec, aby po­że­gnać na­rze­czo­ne­go po­wra­ca­jące­go do ro­dzin­ne­go ma­jąt­ku; sko­ro nie do­ta­rła na cmen­tarz o cza­sie, po­ci­ąg pana An­drze­ja za­pew­ne się spó­źnił. Zo­fia zaś wy­bra­ła się w da­le­ką pod­róż na roz­kaz or­ga­ni­za­cji; Pola, już od lu­te­go na­le­żąca do POW, po­dej­rze­wa­ła, ja­kie za­da­nie przy­pa­dło sio­strze w udzia­le, ale w domu nie mo­gła wspo­mnieć o nim na­wet sło­wem. Nie­świa­do­ma ni­cze­go ciot­ka na pew­no nie wy­ba­czy Zosi za­nie­dba­nia ko­lej­nej ro­dzin­nej uro­czy­sto­ści.

Ze­bra­ni po­grąży­li się w mo­dli­twie, a ci­szę za­kłó­ca­ło tyl­ko bi­cie dzwo­nów w po­bli­skim ko­ście­le Świ­ęte­go Ka­ro­la Bo­ro­me­usza. Kla­ra, któ­ra pierw­sza od­mó­wi­ła pa­cie­rze, zro­bi­ła znak krzy­ża i coś na­gle ją tknęło, gdyż spoj­rza­ła w bok i jęk­nęła. Resz­ta ro­dzi­ny na­tych­miast po­pa­trzy­ła w tym sa­mym kie­run­ku.

Alej­ką od stro­ny no­wej bra­my, któ­rą ku czci swej żony Ho­no­ra­ty ufun­do­wał po­grążo­ny w ża­ło­bie pan Lands­berg, bie­gła Ju­lia, jed­ną ręką przy­trzy­mu­jąc ka­pe­lusz, w dru­giej dzie­rżąc wiel­ki bu­kiet bzów i zu­pe­łnie nie zwa­ża­jąc na to, że pan­nie szy­ku­jącej się do za­męścia nie wy­pa­da za­cho­wy­wać się w tak skan­da­licz­ny spo­sób.

- Prze... prze­pra­szam - wy­jąka­ła zdy­sza­na, kie­dy wresz­cie za­trzy­ma­ła się obok nich.

- Nie by­łaś na mszy za du­szę ojca. - Ciot­ka nie zdo­ła­ła się po­wstrzy­mać i przy­wo­ła­ła do po­rząd­ku nie­sfor­ną bra­ta­ni­cę. - To nie­wy­ba­czal­ne.

- Prze­pra­szam, cio­ciu. Po­ci­ąg się opó­źnił... a chcia­łam za­cze­kać, aż od­je­dzie. Zo­ba­czę pana An­drze­ja do­pie­ro przed ślu­bem.

- Do­brze, że przy­naj­mniej wszyst­kie szcze­gó­ły już usta­lo­ne.

- Co do jed­ne­go. - Ju­lia uśmiech­nęła się pro­mien­nie.

Od kie­dy An­drzej Tu­rzy­niec­ki zno­wu po­ja­wił się w jej ży­ciu, była nie­ustan­nie w do­sko­na­łym hu­mo­rze i bu­ja­ła w obło­kach. Pola - gdy­by oczy­wi­ście była zło­śli­wa - do­da­ła­by jesz­cze, że sio­stra na­bra­ła wy­jąt­ko­wej od­por­no­ści na ro­zu­mo­we ar­gu­men­ty.

- Gdy­by Tu­rzy­niec­ki od­wle­kał datę ślu­bu, wy­zwa­łbym go na po­je­dy­nek - oświad­czył Sta­ni­sław z uda­wa­ną po­wa­gą.

Nina spoj­rza­ła nie­pew­nie na męża, jak­by chcia­ła mu przy­po­mnieć, że to nie pora na żar­ty, ale wy­ra­źnie za­bra­kło jej od­wa­gi. Nie­wy­klu­czo­ne, że nie żar­to­wał, bo choć przez ostat­nie mie­si­ące z tru­dem do­cho­dził do zdro­wia, na­praw­dę czuł się od­po­wie­dzial­ny za fa­mi­lię, w któ­rej był je­dy­nym mężczy­zną. Pola za­sta­na­wia­ła się nie­raz, na ile szwa­gier jest świa­do­my tego, co na­praw­dę wy­pra­wia­ją sio­stry jego żony. Ufa­ła jed­nak, że gdy­by na­wet od­krył, że dwie z nich na­le­żą do wro­giej Ro­sji or­ga­ni­za­cji, nie zro­bi­łby nic, aby im za­szko­dzić. Zo­fia, któ­ra z nie­zna­nej przy­czy­ny nie da­rzy­ła sym­pa­tią męża Niny, mia­ła na ten te­mat kra­ńco­wo ró­żne zda­nie.

Za to ciot­ka Kla­ra prze­ko­na­ła się do nie­go ca­łko­wi­cie - dużą rolę ode­grał w tym spo­sób, w jaki Staś wal­czył z wy­nie­sio­ną ze szpi­ta­la przy­pa­dło­ścią - ale na­dal nie prze­bo­la­ła na­głe­go ślu­bu. Te­raz więc pil­no­wa­ła, aby ma­łże­ństwo dru­giej bra­ta­ni­cy zo­sta­ło za­war­te z pe­łnym ce­re­mo­nia­łem i za­cho­wa­niem wszel­kich form i zwy­cza­jów.

Ju­lia, nie zwra­ca­jąc uwa­gi ani na Sta­sia, ani na ciot­kę, sta­ran­nie uło­ży­ła bzy na gra­ni­to­wej pły­cie, a na­stęp­nie za­częła gor­li­wie od­ma­wiać mo­dli­twę.

Wtem na­gły po­ryw wia­tru przy­nió­sł ze sobą ostre zia­ren­ka pia­sku, świe­tli­sty puch dmu­chaw­ców i płat­ki prze­kwi­tłych kwia­tów. Chmu­ry przy­sło­ni­ły sło­ńce i męczący żar nie­co ze­lżał. Zbie­ra­ło się na bu­rzę.

- Wra­caj­my do domu - po­wie­dzia­ła w za­my­śle­niu Ade­la. - Jak moc­no nie bo­la­ła­by nas śmie­rć Mak­sy­mi­lia­na, ży­cie musi to­czyć się da­lej.

2.

"Na­resz­cie!" Zo­fia ode­tchnęła z ulgą, po­tem zaś, w jed­nej dło­ni ści­ska­jąc uchwyt ne­se­se­ra i rącz­kę wa­liz­ki, a w dru­giej do­nicz­kę z roz­ło­ży­stą pa­prot­ką, za­trzy­ma­ła się w drzwiach wa­go­nu dru­giej kla­sy, gdyż za­mie­rza­ła za­cze­kać, aż wiatr roz­wie­je kłęby pary bu­cha­jącej z kół lo­ko­mo­ty­wy. Mimo trwa­jącej woj­ny po­ci­ągi na wschód kur­so­wa­ły w mia­rę re­gu­lar­nie, więc Dwo­rzec Te­re­spol­ski tęt­nił ży­ciem. Ko­rzy­sta­li z nie­go głów­nie Ro­sja­nie co­raz licz­niej opusz­cza­jący Kraj Nad­wi­śla­ński, war­sza­wia­cy wy­pra­wia­jący się na wieś po za­opa­trze­nie, ro­syj­scy ofi­ce­ro­wie wci­ąż zje­żdża­jący do mia­sta na urlo­py oraz oj­co­wie zie­mia­ńskich ro­dzin zmu­sze­ni do pil­no­wa­nia co­raz bar­dziej nie­pew­nych in­te­re­sów.

Mlecz­na mgła wresz­cie opa­dła, więc pan­na ze­szła ostro­żnie po schod­kach na pe­łen lu­dzi pe­ron. Ośle­pio­na ostrym pro­mie­niem sło­ńca przy­mknęła po­wie­ki, ale za­miast się za­trzy­mać, nie­opatrz­nie zro­bi­ła krok do przo­du, a wte­dy ktoś wpa­dł na nią tak gwa­łtow­nie, że wy­pu­ści­ła z ręki ba­ga­że; wa­liz­ka przy­gnio­tła jej sto­pę, a ne­se­ser ude­rzył o zie­mię z me­ta­licz­nym brzdękiem. Zmar­twia­ła i przy­ci­snęła do pier­si pa­prot­kę - jesz­cze tyl­ko bra­ko­wa­ło, aby zwró­cił na nią uwa­gę ja­kiś szpi­cel.

- Sto­krot­nie pro­szę pa­nią o wy­ba­cze­nie.

Mężczy­zna, któ­ry ją po­trącił, wci­ąż stał obok, a jego ni­ski głos wy­dał się Kel­le­rów­nie nie­po­ko­jąco zna­jo­my. Unio­sła gło­wę i jęk­nęła w my­ślach - Wi­told Ta­rłow­ski we wła­snej oso­bie. A to pech!

- Pan­na Zo­fia?! - Daw­ny kon­ku­rent wpa­try­wał się w nią z nie­do­wie­rza­niem, aż wresz­cie oprzy­tom­niał na tyle, że uchy­lił czap­ki: - Dzień do­bry.

- Dzień do­bry - od­po­wie­dzia­ła z wes­tchnie­niem.

Za­pew­ne przy­je­cha­li tym sa­mym po­ci­ągiem. Tyle do­bre­go, że nie wpa­dli na sie­bie wcze­śniej, bo mu­sia­ła­by okła­my­wać go przez wie­le go­dzin.

Spo­gląda­ła na nie­go w mil­cze­niu. Nina i Pola wspo­mnia­ły kie­dyś, że bar­dzo się zmie­nił. Rze­czy­wi­ście, wy­glądał le­piej niż w cza­sach, kie­dy się do niej za­le­cał. Z nie­śmia­łe­go i - co tu kryć - nie­po­zor­ne­go mło­dzie­ńca prze­obra­ził się w przy­jem­ne­go dla oka mężczy­znę. Zmężniał, na­brał cia­ła, a rysy twa­rzy, nie­gdyś po chło­pi­ęce­mu ła­god­ne, sta­ły się bar­dziej wy­ra­zi­ste. Tyl­ko sza­re oczy o sku­pio­nym i tro­chę smut­nym spoj­rze­niu po­zo­sta­ły ta­kie same jak nie­gdyś.

No­sił ro­syj­ski mun­dur z dys­tynk­cja­mi po­rucz­ni­ka, a za nim podążał obła­do­wa­ny wa­li­za­mi tra­garz, więc za­pew­ne do­stał urlop... albo ja­kieś za­da­nie do wy­ko­na­nia. Zo­fia do­sko­na­le pa­mi­ęta­ła opo­wie­ść Ire­ny o jego po­dej­rza­nych kon­szach­tach z Ochra­ną. Or­ga­ni­za­cja nie wy­ja­śni­ła tej spra­wy, gdyż śled­cze­go, z któ­rym ko­mu­ni­ko­wał się Ta­rłow­ski, na­gle ode­sła­no z War­sza­wy, on sam wró­cił na front, a Ire­na... Ire­na nie zdo­ła­ła zdo­być prze­ko­nu­jących do­wo­dów jego winy, a co gor­sza, kil­ka ty­go­dni temu przez nie­po­trzeb­ną bra­wu­rę zo­sta­ła aresz­to­wa­na i wy­wie­zio­na gdzieś w głąb Ro­sji.

- Wy­bra­ła się pani po pro­wiant? - Wi­told przy­pa­try­wał się jej ba­ga­żom tak spo­koj­nie, jak­by nic nie wzbu­dzi­ło jego po­dej­rzeń.

- W War­sza­wie mało co mo­żna do­stać, a ro­dzi­nę mamy dużą - od­pa­rła po­spiesz­nie. - A co sły­chać u pana? Prze­nie­śli pana? Sio­stry mó­wi­ły, że jest pan u sa­pe­rów.

Sko­ro los spra­wił, że się spo­tka­li, Zo­fia chęt­nie po­zna­ła­by szcze­gó­ły do­ty­czące jego słu­żby. Taki zdol­ny in­ży­nier na pew­no ro­bił coś wa­żne­go. On jed­nak nie pod­jął te­ma­tu.

- Ciot­ka Eu­ge­nia uma­rła - po­wie­dział krót­ko.

- Pani Rich­te­ro­wa?! Co pan opo­wia­da? - Od­ru­cho­wo do­tknęła jego ręki, ale za­raz się cof­nęła. - Naj­szczer­sze wy­ra­zy wspó­łczu­cia.

- Dzi­ęku­ję... I ja też chcia­łbym zło­żyć pani spó­źnio­ne kon­do­len­cje z po­wo­du śmier­ci ojca. O ile się nie mylę, dziś mija rok od jego śmier­ci.

- Rze­czy­wi­ście - po­twier­dzi­ła pó­łgło­sem.

Przed wy­jaz­dem dała sło­wo ciot­ce Kla­rze, że wró­ci na czas i wraz ze wszyst­ki­mi we­źmie udział we mszy za du­szę tat­ki. Nie­ste­ty, nie wy­wi­ąza­ła się z obiet­ni­cy, gdyż z po­wo­dów, któ­rych nikt nie ra­czył zdra­dzić pod­ró­żnym, po­ci­ąg wy­je­chał z Ki­jo­wa kil­ka­na­ście go­dzin po cza­sie. Nic nie za­le­ża­ło od niej, ale i tak mia­ła nie­przy­jem­ne uczu­cie, że zno­wu za­wio­dła. Ojca. Bab­cię. Nin­kę. I ciot­kę, któ­ra za­pew­ne przez kil­ka mie­si­ęcy będzie ubo­le­wać nad jej lek­ce­wa­żącym sto­sun­kiem do wła­snej ro­dzi­ny.

- Kie­dy będzie po­grzeb? - za­py­ta­ła, nie chcąc ci­ągnąć kło­po­tli­we­go te­ma­tu.

- Po­ju­trze - od­pa­rł Ta­rłow­ski. - Msza ża­łob­na u Ka­ro­la Bo­ro­me­usza za­cznie się w po­łud­nie.

Nie spusz­cza­ła z nie­go wzro­ku. Wy­da­wał się moc­no przy­gnębio­ny. Nic dziw­ne­go, pani Eu­ge­nia od wie­lu lat za­stępo­wa­ła mu mat­kę.

- Prze­ka­żę wia­do­mo­ść bab­ci. Na pew­no przyj­dzie­my.

- Dzi­ęku­ję. Od­wio­zę pa­nią do domu - za­pro­po­no­wał nie­ocze­ki­wa­nie.

- Ależ nie trze­ba - za­pro­te­sto­wa­ła, gdyż pla­no­wa­ła wy­pra­wę w zu­pe­łnie inne miej­sce. - Pan na pew­no się spie­szy, a ja dam so­bie radę. - Chwy­ci­ła ne­se­ser i za­raz ugi­ęła się pod jego ci­ęża­rem. Po­sta­wi­ła więc ba­gaż z po­wro­tem, ro­bi­ąc wszyst­ko, aby nie upu­ścić pa­prot­ki: - Cu­dem do­sta­łam kon­ser­wy - wy­ja­śni­ła po­spiesz­nie, nie pa­trząc roz­mów­cy w oczy.

- Chy­ba prze­ce­ni­ła pani swo­je siły.

- We­zwę tra­ga­rza i każę mu za­nie­ść wszyst­ko do do­ro­żki.

- Pan­no Zo­fio, przez wzgląd na daw­ną zna­jo­mo­ść nie zo­sta­wię pani sa­mej z tymi ci­ęża­ra­mi.

Obo­wi­ąz­ko­wo­ść Wi­tol­da za­wsze ją prze­ra­ża­ła; ro­bił wy­łącz­nie to, co na­le­ży, i za­wsze do­trzy­my­wał da­ne­go sło­wa. Czy taki czło­wiek na­praw­dę mó­głby wspó­łpra­co­wać z Ochra­ną? Chy­ba tyl­ko wte­dy, gdy­by ktoś przed­sta­wił mu prze­ko­nu­jące ar­gu­men­ty. Ale czy ta­ko­we ist­nia­ły? Boże ko­cha­ny, zna­ła tego czło­wie­ka, od kie­dy była dwu­na­sto­let­nią dziew­czyn­ką, a nic nie wie­dzia­ła o jego po­glądach i o tym, co dla nie­go wa­żne. Na­gle przy­po­mnia­ła so­bie, ile tru­du kosz­to­wa­ło ją na­pi­sa­nie na pro­śbę Ire­ny jego cha­rak­te­ry­sty­ki. Oczy­wi­ście bez tru­du wy­mie­ni­ła naj­bar­dziej rzu­ca­jące się w oczy za­le­ty, a ta­kże ce­chy, któ­re dzia­ła­ły jej na ner­wy, ale ni­cze­go wi­ęcej nie była już pew­na w stu pro­cen­tach.

A może wie­dział o jej przy­na­le­żno­ści do POW i szy­ko­wał pro­wo­ka­cję? "Czy­żby? - Zer­k­nęła na nie­go spod rzęs. - Nie­mo­żli­we".

Gdy­by chciał zdo­być in­for­ma­cje, zwy­czaj­nie za­cząłby ją śle­dzić, a nie upie­rał się, aby bez­piecz­nie od­sta­wić do domu.

- Za­pew­ne wuj cze­ka na pana z nie­cier­pli­wo­ścią - rzu­ci­ła de­spe­rac­ko. - Jest te­raz sam.

Te sło­wa chy­ba tra­fi­ły mu do prze­ko­na­nia, gdyż dłu­żej nie na­le­gał, a po­moc ogra­ni­czył do we­zwa­nia tra­ga­rza. Wy­so­ki ży­la­sty mężczy­zna wy­glądał na nie­co zdzi­wio­ne­go fak­tem, że dam­ski ne­se­ser może aż tyle wa­żyć. Wa­liz­ka z ubra­nia­mi i oso­bi­sty­mi dro­bia­zga­mi była dla od­mia­ny lek­ka jak piór­ko. Kwia­tem za­jęła się sama. Prze­szka­dzał jej, co praw­da, w pod­ró­ży, ale po­zwa­lał też zwo­dzić Ochra­nę: ża­den sza­nu­jący się szpi­cel nie po­trak­to­wa­łby po­wa­żnie da­mul­ki tar­ga­jącej przez ka­wał Ce­sar­stwa le­d­wo zi­pi­ącą pa­prot­kę.

Zo­fia po­trze­bo­wa­ła zaś do­bre­go ka­mu­fla­żu, bo na dnie ne­se­se­ra, pod owi­ni­ęty­mi w pa­pier wędli­na­mi i wiel­kim ni­czym mły­ńskie koło bo­chen­kiem chle­ba, spo­czy­wa­ło dzie­si­ęć no­wych brow­nin­gów wraz z amu­ni­cją. Ki­jow­ski od­dział POW zdo­był je i prze­ka­zał na po­trze­by zaj­mu­jące­go się dy­wer­sją Od­dzia­łu Lot­ne­go w War­sza­wie. I to wła­śnie z ich po­wo­du Kel­le­rów­na uda­ła się w pod­róż.

Wi­told i Zo­fia mi­nęli ster­tę ku­frów, wa­liz i sa­kwo­ja­ży usta­wia­ną przez nu­me­ro­wych obok wa­go­nu pierw­szej kla­sy, a po­tem skręci­li w stro­nę dwor­ca. Za­nim jed­nak do­tar­li do bu­dyn­ku, w oko­li­cach we­jścia za­częło się ja­kieś za­mie­sza­nie.

A niech to dia­bli! Żan­dar­mi. Chy­ba ze dwu­dzie­stu. Za­trzy­my­wa­li lu­dzi, któ­rzy wy­da­li się im po­dej­rza­ni, i gor­li­wie prze­trząsa­li ich ba­ga­że w po­szu­ki­wa­niu za­ka­za­nych rze­czy. Po­dob­ne sy­tu­acje zda­rza­ły się co­raz częściej - im go­rzej wio­dło się Ro­sja­nom na fron­cie, tym moc­niej ści­ska­li za gar­dło Kraj Nad­wi­śla­ński. Wszędzie wi­dzie­li wro­gów, szpie­gów i sa­bo­ta­ży­stów. Aresz­ty pęka­ły w szwach, a na wschód trans­por­to­wa­no no­wych ze­sła­ńców, naj­częściej mło­dych lu­dzi, któ­rzy mie­li to nie­szczęście, że ści­ągnęli na sie­bie uwa­gę Ochra­ny.

Po­la­cy przy­po­mnie­li so­bie, za co znie­na­wi­dzi­li za­bor­ców i - ku sa­tys­fak­cji Zo­fii - za­częli wy­zby­wać się pro­ro­syj­skich sym­pa­tii, tak po­wszech­nych na sa­mym po­cząt­ku woj­ny. Nie­kie­dy re­wi­do­wa­no pod­ró­żnych w po­ci­ągach: tym ra­zem Kel­le­rów­na zdo­ła­ła unik­nąć kło­po­tów tyl­ko dla­te­go, że je­cha­ła w prze­dzia­le wraz z trze­ma sio­stra­mi Ro­syj­skie­go Czer­wo­ne­go Krzy­ża, z któ­rych jed­na była po­noć cór­ką ja­kie­goś ge­ne­ra­ła.

W tej chwi­li mo­gło za­brak­nąć jej szczęścia. Nie mia­ła jak za­wró­cić, zresz­tą nie zdo­ła­ła­by ni­g­dzie się ukryć. Ser­ce biło jak sza­lo­ne, a na języ­ku czu­ła me­ta­licz­ny po­smak; na­wet nie za­uwa­ży­ła, że przy­gry­zła war­gę aż do krwi.

"Myśl - po­wta­rza­ła so­bie bez prze­rwy. - Myśl!"

Wi­told za­uwa­żył, co się dzie­je, ale mil­czał upar­cie. Zo­fia nie mo­gła nic wy­czy­tać z jego twa­rzy. Przy­po­mnia­ła so­bie, że wła­śnie to de­ner­wo­wa­ło ją naj­bar­dziej - ni­g­dy nie po­tra­fi­ła od­gad­nąć, co Ta­rłow­ski czu­je i co na­praw­dę my­śli. Wie­le ko­biet, na przy­kład jego obec­na na­rze­czo­na, uwa­ża­ło taką ta­jem­ni­czo­ść za fa­scy­nu­jącą. Ona jed­nak lu­bi­ła wie­dzieć, cze­go może spo­dzie­wać się po mężczy­źnie.

Ko­lej­ka zde­ner­wo­wa­nych pod­ró­żnych po­su­wa­ła się do przo­du w ra­źnym tem­pie, a Zo­fia wci­ąż nie wie­dzia­ła, ja­kim spo­so­bem prze­chy­trzyć Ro­sjan. Gdy­by tyl­ko mia­ła pew­no­ść, że może ufać Wi­tol­do­wi...

Do­tar­li do bocz­nych drzwi ob­sta­wio­nych tyl­ko przez dwóch żan­dar­mów - je­den aku­rat re­wi­do­wał ja­kie­goś bli­skie­go apo­plek­sji je­go­mo­ścia. Zo­fia, nie na­my­śla­jąc się dłu­żej, wzi­ęła głębo­ki od­dech, a na­stęp­nie spoj­rza­ła w twarz dru­gie­mu stra­żni­ko­wi i jak gdy­by ni­g­dy nic wręczy­ła mu pa­prot­kę.

- Pro­szę po­trzy­mać - po­wie­dzia­ła sła­bym gło­sem.

Żan­darm od­ru­cho­wo chwy­cił kwiat, ona zaś bły­ska­wicz­nie spraw­dzi­ła, czy idący za nią Wi­told gdzieś nie prze­pa­dł, a na­stęp­nie przy­mknęła po­wie­ki i bez­wład­nie po­le­cia­ła w tył.

Zdąży­ła jesz­cze po­mo­dlić się, aby Ta­rłow­ski zdo­łał ją chwy­cić. Na szczęście wy­star­czy­ło mu przy­tom­no­ści umy­słu, więc Zo­fia - ku swej nie­wy­obra­żal­nej uldze - nie wy­lądo­wa­ła na twar­dym podło­żu, tyl­ko w jego ra­mio­nach. Ob­jął ją moc­no, przy­ci­ągnął do sie­bie - przy­jem­nie pach­niał wodą ko­lo­ńską - a po­tem spo­koj­nym to­nem zwró­cił się do żan­dar­ma:

- Prze­pra­szam. Dziś tak dusz­no, że żona albo mdle­je, albo wy­mio­tu­je.

Kła­mał?! Wi­told Ta­rłow­ski kła­mał jak z nut?

Zdu­mio­na Kel­le­rów­na unio­sła jed­ną po­wie­kę na tyle, że uda­ło się jej do­strzec, jak żan­darm wy­ba­łu­szył oczy i otwo­rzył usta - za­pew­ne nikt nie opo­wia­dał mu pu­blicz­nie o tak nie­ele­ganc­kich do­le­gli­wo­ściach, a i ofi­cer­ski mun­dur "męża" mu­siał na nim zro­bić wra­że­nie. Za­nim zdążył co­kol­wiek po­wie­dzieć, Wi­told chwy­cił ją na ręce i nie cze­ka­jąc na po­zwo­le­nie, wy­nió­sł na ze­wnątrz. Zdążył jesz­cze dać znak tra­ga­rzom, aby bez zwło­ki ru­szy­li za nim. Ten, któ­ry nió­sł jej ne­se­ser i wa­liz­kę - ewi­dent­nie spryt­ny czło­wiek, któ­ry nie­jed­no wi­dział na tym dwor­cu - nie dość, że spo­koj­nie wy­mi­nął za­sko­czo­ne­go Ro­sja­ni­na, to jesz­cze w ostat­niej chwi­li zdążył ode­brać mu pa­prot­kę. Dru­gi ba­ga­żo­wy ta­kże prze­sze­dł bez pro­ble­mu.

Ta­rłow­ski, wci­ąż nie wy­pusz­cza­jąc jej z ra­mion, mi­nął plac roz­po­ście­ra­jący się przed bu­dyn­kiem dwor­ca. Sze­dł szyb­kim kro­kiem, więc tak bu­ja­ło, że Zo­fia mia­ła ocho­tę ob­jąć go za szy­ję. Za­bra­kło jej jed­nak od­wa­gi - po raz pierw­szy w ży­ciu daw­ny zna­jo­my na­praw­dę ją za­sko­czył i wci­ąż nie mo­gła prze­jść nad tym do po­rząd­ku.

"Kła­mał... Wie, że mam ja­kiś tref­ny to­war - uświa­do­mi­ła so­bie na­gle. - Ale skąd? Ja­kim spo­so­bem?"

Cała pro­ce­sja za­trzy­ma­ła się do­pie­ro na po­sto­ju do­ro­żek. Wi­told ostro­żnie po­sta­wił ją na zie­mi, na­ka­zał tra­ga­rzom za­ła­do­wać ba­ga­że do sto­jącej naj­bli­żej dryn­dy i po­wie­dział:

- Prze­pra­szam pa­nią za te mało ele­ganc­kie sło­wa. Nic in­ne­go nie przy­szło mi do gło­wy.

- Nie szko­dzi - wy­mam­ro­ta­ła.

- A jed­nak od­wio­zę pa­nią do domu - oświad­czył zde­cy­do­wa­nym to­nem. Cie­ka­we, cze­mu przed laty nie był taki sta­now­czy? - Chcę mieć pew­no­ść, że do­ta­rła pani bez­piecz­nie.

Mar­twił się o nią? Ko­niec świa­ta...

- Do­brze. - Uzna­ła, że le­piej z nim nie dys­ku­to­wać. Pó­źniej po­szu­ka spo­so­bu, aby do­star­czyć broń do wy­zna­czo­ne­go lo­ka­lu.

Oby Ta­rłow­ski na­praw­dę nie miał nic wspól­ne­go z Ochra­ną, bo ina­czej na Sy­be­rii sko­ńczy nie tyl­ko ona, ale i cała ro­dzi­na wraz z Bal­bi­ną.

Nie, nie do­nie­sie. Mógł mieć żal do niej, ale nie skrzyw­dzi­łby jej Bogu du­cha win­nych sióstr. Tyle wie­dzia­ła o nim na pew­no.

Za­pła­cił ba­ga­żo­wym, któ­rzy za­pa­ko­wa­li do po­jaz­du ta­kże i jego wa­liz­ki - Zo­fia za­no­to­wa­ła, że ko­niecz­nie musi od­dać mu pie­ni­ądze - i po­mó­gł jej wsi­ąść do do­ro­żki. Sam sta­wiał już nogę na schod­ku, kie­dy usły­szał wo­ła­nie.

- Pa­nie Wi­tol­dzie?! Tu pan jest!

Sa­bi­na. Kel­le­rów­na nie mia­ła żad­nych wąt­pli­wo­ści, że to ona. Za­pew­ne do­wie­dzia­ła się, kie­dy przy­je­żdża po­ci­ąg z Ki­jo­wa, i po­sta­no­wi­ła wy­jść na­rze­czo­ne­mu na spo­tka­nie. Może i do­brze, że się zja­wi­ła, uwol­ni ją od kło­po­tli­we­go to­wa­rzy­stwa.

- Dzień do­bry pani. - Ta­rłow­ski nie wy­glądał na szcze­gól­nie za­do­wo­lo­ne­go ze spo­tka­nia, ale bez zwło­ki pod­sze­dł do uśmiech­ni­ętej od ucha do ucha Dres­sle­rów­ny i po­ca­ło­wał ją w rękę.

Zo­fia uwa­żnie ob­ser­wo­wa­ła tę sce­nę. A więc nie my­li­ła się, kie­dy tłu­ma­czy­ła Nin­ce, że Wi­told nie szu­ka mi­ło­ści, tyl­ko do­brej par­tii. Dziw­ne, taki uczci­wy czło­wiek... Nie­ocze­ki­wa­nie zda­ła so­bie spra­wę, że po­dej­rze­nia o wspó­łpra­cę z za­bor­cą są zwy­czaj­nie śmiesz­ne.

- Zo­sia? - Za­afe­ro­wa­na ko­le­żan­ka do­strze­gła ją do­pie­ro w tej chwi­li. - Co tu ro­bisz?!

- Wra­cam z wy­pra­wy po za­pa­sy - po­wie­dzia­ła, uśmie­cha­jąc się zna­cząco. - Zdo­by­łam tro­chę wędlin i kon­serw.

- Ach tak - rzu­ci­ła Sa­bi­na, któ­ra mu­sia­ła od­gad­nąć cel jej wy­pra­wy. - Je­stem rada, że pod­róż się opła­ci­ła. Wpa­dli­ście na sie­bie w po­ci­ągu? - Spoj­rza­ła po­dejrz­li­wie na Wi­tol­da, a po­tem ta­kże na Zo­fię, wy­ra­źnie nie­za­do­wo­lo­na, że na­rze­czo­ny od­no­wił zna­jo­mo­ść z oso­bą, do któ­rej nie­gdyś się za­le­cał.

- Nie, do­pie­ro na dwor­cu. - Zo­fia mo­dli­ła się w du­chu, aby Sa­bi­na prze­ko­na­ła Ta­rłow­skie­go, że po­win­ni so­bie pó­jść i po­zwo­lić jej po­za­ła­twiać swo­je spra­wy.

- Nie mo­głem zo­sta­wić pan­ny Zo­fii sa­mej z ci­ężki­mi ba­ga­ża­mi.

- Sko­ro to taki pro­blem - mruk­nęła ko­le­żan­ka - to ko­niecz­nie mu­si­my ją od­wie­źć.

- Cie­szę się, że je­ste­śmy zgod­ni w tej kwe­stii. - Wi­told chy­ba nie wy­czuł sub­tel­nej iro­nii i wzi­ął za do­brą mo­ne­tę sło­wa na­rze­czo­nej.

- Pro­szę nie ro­bić so­bie pro­ble­mu. Sama po­ja­dę.

- Le­piej nie ry­zy­ko­wać, że ci wa­liz­ka spad­nie na nogę. - Sa­bi­na łyp­nęła na nią spod zmru­żo­nych po­wiek.

Zo­fia nie ro­zu­mia­ła jej za­cho­wa­nia - prze­cież wie­dzia­ła, że wra­ca­jąca z pod­ró­ży ku­rier­ka po­win­na bez­zwłocz­nie za­mel­do­wać się prze­ło­żo­nym i od­dać to, co przy­wio­zła, a nie tar­gać po­dej­rza­ny ba­gaż do wła­sne­go domu.

- Od­wie­zie­my pa­nią. - Ta­rłow­ski za­ko­ńczył te­mat, a Kel­le­rów­na za­klęła w my­ślach.

We tro­je usa­do­wi­li się na sze­ro­kiej ka­na­pie - Sa­bi­na oczy­wi­ście wci­snęła się mi­ędzy nią a na­rze­czo­ne­go - wo­źni­ca za­ci­ął ko­nia i dryn­da na­resz­cie ru­szy­ła.

3.

- Może być pan z sie­bie dum­ny - po­wie­dział z uśmie­chem dok­tor War­li­ński. - To była ty­ta­nicz­na ro­bo­ta.

- Nie da­łbym rady, gdy­by nie moja żona i pan - od­pa­rł Sta­ni­sław, spo­gląda­jąc na Nin­kę.

Uśmiech­nęła się do nie­go, my­śląc jed­no­cze­śnie z go­ry­czą, że choć nie­bez­pie­cze­ństwo mi­nęło, ona na­dal nie jest szcze­ra. Tyle że te­raz nie ma­sku­je uśmie­chem prze­ra­że­nia to­wa­rzy­szące­go jej od chwi­li, kie­dy po­jęła, co do­le­ga mężo­wi, ale oba­wę przed tym, że prze­sta­ła być mu po­trzeb­na.

Po tym jak pu­blicz­nie spo­licz­ko­wa­ła dok­to­ra Za­wil­skie­go, z po­cząt­kiem stycz­nia zwol­nio­no ją ze szpi­ta­la w Kor­pu­sie Ka­de­tów. Od tam­tej pory zaj­mo­wa­ła się tyl­ko mężem, spędza­ła z nim pra­wie ka­żdą chwi­lę, ob­ser­wo­wa­ła go i dla­te­go zda­wa­ła so­bie spra­wę, że ich ma­łże­ństwa nie da się ura­to­wać. Nie umia­ła jed­nak oswo­ić się z tą my­ślą.

Szyb­ko przy­wy­kła do obec­no­ści Sta­ni­sła­wa. Do brzmie­nia jego gło­su, do śmie­chu, a na­wet do na­rze­ka­nia; przez pierw­sze ty­go­dnie ku­ra­cji był okrop­nie dra­żli­wy i prze­szka­dzał mu na­wet cu­kier w her­ba­cie. W bez­sen­ne noce wsłu­chi­wa­ła się w jego rów­ny od­dech. Lu­bi­ła cie­pło jego cia­ła i tęsk­ni­ła za nim, bo od wie­lu dni, choć był dla niej miły i uprzej­my, w ogó­le jej nie do­ty­kał.

Ko­cha­ła go z ca­łe­go ser­ca mi­ło­ścią, któ­rej on naj­wy­ra­źniej nie po­trze­bo­wał.

- Od po­cząt­ku wie­rzy­łam, że wy­zdro­wie­jesz - po­wie­dzia­ła ci­cho.

Kła­ma­ła. Przez pierw­sze dni nie wie­dzia­ła, co ro­bić. Będąc już na skra­ju wy­trzy­ma­ło­ści, od­wa­ży­ła się wy­znać praw­dę ro­dzi­nie, a wte­dy Ju­lia przy­pro­wa­dzi­ła do nich dok­to­ra War­li­ńskie­go, któ­ry ja­ki­mś spo­so­bem prze­ko­nał Sta­ni­sła­wa, że musi od­sta­wić mor­fi­nę raz na za­wsze.

Szczęśli­wie oka­za­ło się, że jej mąż ma wy­star­cza­jąco moc­ny cha­rak­ter, aby kon­se­kwent­nie prze­strze­gać za­le­ceń, dla­te­go - choć był to bo­le­sny pro­ces - zdo­łał wy­trzy­mać pierw­sze naj­gor­sze dni, kie­dy or­ga­nizm oczysz­czał się z nar­ko­ty­ku.

O wie­le dłu­żej trwa­ła wal­ka, aby uwie­rzył, że spo­kój i bło­go­ść, któ­re daje mor­fi­na, to ułu­da wio­dąca na za­tra­ce­nie. Nin­kę wie­le razy do­pa­da­ło zwąt­pie­nie, ale dok­tor War­li­ński za­cho­wy­wał się tak, jak­by miał ca­łko­wi­tą pew­no­ść, że jego me­to­dy le­cze­nia przy­nio­są od­po­wied­ni sku­tek. I przy­nio­sły, choć ona po­dej­rze­wa­ła, że gdy­by na miej­scu Sta­ni­sła­wa był ktoś mniej pew­nie stąpa­jący po zie­mi, efek­ty mo­gły­by być zgo­ła inne.

Kie­dy wy­da­wa­ło się, że naj­gor­sze za nimi, z ko­ńcem lu­te­go Sta­ni­sław za­cho­ro­wał na za­pa­le­nie płuc. Cho­ro­ba co praw­da nie mia­ła szcze­gól­nie ci­ężkie­go prze­bie­gu, ale dla czło­wie­ka po skom­pli­ko­wa­nej ope­ra­cji ser­ca mo­gła sta­no­wić za­gro­że­nie. Dla­te­go jej mąż spędził pra­wie czte­ry ty­go­dnie w Szpi­ta­lu Ujaz­dow­skim, a jego przy­pad­kiem in­te­re­so­wał się sam pro­fe­sor We­iss, któ­ry oka­zał się nie tyl­ko zna­jo­mym bab­ci, ale ta­kże jed­nym z men­to­rów War­li­ńskie­go.

- Panu za­wdzi­ęcza­my naj­wi­ęcej - zwró­ci­ła się do dok­to­ra. Swo­ją dro­gą, Ninę za­wsze cie­ka­wi­ło, skąd War­li­ński wie­dział tyle o mor­fi­ni­zmie, nic nie wska­zy­wa­ło bo­wiem, aby miał w tym względzie oso­bi­ste do­świad­cze­nie, ale wsty­dzi­ła się za­py­tać wprost. - Nie wiem, jak mo­gli­by­śmy się od­wdzi­ęczyć.

- Pro­szę mi po­ra­dzić, co mam zro­bić - za­czął ostro­żnie dok­tor. - Pani Ade­la za­pro­si­ła mnie na ko­la­cję, ale nie wiem, czy po­wi­nie­nem pó­jść.

- A cze­muż to? - za­py­tał Sta­ni­sław.

- To spo­tka­nie ro­dzin­ne. Pan­na Ju­lia może nie ży­czyć so­bie...

- Pan­na Ju­lia nie jest go­spo­dy­nią tego domu - prze­rwa­ła mu sta­now­czo Nina. - Je­śli bab­cia pana za­pro­si­ła, nie ma wy­jścia, trze­ba iść. - Uśmiech­nęła się mimo woli.

Na­praw­dę nie ro­zu­mia­ła de­cy­zji sio­stry. An­drzej Tu­rzy­niec­ki, za któ­re­go Ju­lia za­mie­rza­ła wy­jść wkrót­ce za mąż, ani się umy­wał do pana Jó­ze­fa. Sio­stra jed­nak nie po­tra­fi­ła, a może nie chcia­ła tego do­strzec; w ogó­le za­cho­wy­wa­ła się ni­czym za­cza­dzo­na.

- Ta­kie za­pro­sze­nie jest wa­żniej­sze niż roz­kaz ge­ne­ra­ła. - Jej mąż ta­kże się za­śmiał. - Coś mi się wi­dzi, że bab­cia po­sta­no­wi­ła pana ad­op­to­wać. Po­wie­dzia­ła wczo­raj, że je­dy­nie panu po­zwo­li­ła­by się po­kro­ić po śmier­ci.

- Nie wiem, czym za­słu­ży­łem na ta­kie względy - rze­kł wy­ra­źnie roz­ba­wio­ny tą wi­zją dok­tor. - Ale w ta­kiej sy­tu­acji nie śmiem od­mó­wić.

- Rano Ju­lia od­pro­wa­dzi­ła na­rze­czo­ne­go na dwo­rzec. Po­je­chał do ro­dzi­ców - rzu­ci­ła Nina jak­by od nie­chce­nia. Z po­zo­ru te sło­wa nie były zwi­ąza­ne z te­ma­tem roz­mo­wy, ale za­rów­no ona, jak i dok­tor wie­dzie­li, cze­go do­ty­czą. Sko­ro An­drzej znik­nął z pola wi­dze­nia, War­li­ński mógł spró­bo­wać po­roz­ma­wiać z Ju­lią, któ­ra od ja­kie­goś cza­su uni­ka­ła go wręcz osten­ta­cyj­nie.

- Do­cho­dzi szó­sta. - Dok­tor spoj­rzał na ze­gar. - W ta­kim ra­zie pora iść. Pew­nie wszy­scy już cze­ka­ją.

- Rze­czy­wi­ście. - Nina ze­rwa­ła się z miej­sca. - Mu­szę tyl­ko...

- Pro­szę, niech pan pój­dzie pierw­szy. - Sta­ni­sław wpa­dł jej w sło­wo. - Chcia­łbym chwi­lę po­roz­ma­wiać z żoną.

Czy to już?

Zro­bi­ła­by wie­le, aby dok­tor nie zo­sta­wiał ich sa­mych, ale War­li­ński ski­nął tyl­ko gło­wą i spo­koj­nie, jak­by do­sko­na­le wie­dział, co na­stąpi za chwi­lę, ru­szył w stro­nę drzwi.

- Po­słu­chaj, Nin­ko... - za­czął z wa­ha­niem Sta­ni­sław, uni­ka­jąc jej wzro­ku.

Wstrzy­ma­ła od­dech.

- Po­słu­chaj - po­wtó­rzył. - Przy­nie­śli mi we­zwa­nie do szta­bu. Mam się tam sta­wić za trzy dni.

- Po co? - za­py­ta­ła pra­wie szep­tem.

- Pew­nie za­mie­rza­ją ode­słać mnie na front. Po­noć wszędzie bra­ku­je ofi­ce­rów.

Moc­no za­ci­snęła zęby; gdy­by po­wie­dzia­ła choć sło­wo, na pew­no nie po­wstrzy­ma­ła­by łez.

4.

Pola otwo­rzy­ła drzwi i zdębia­ła. Tuż za pro­giem sta­ła skon­fun­do­wa­na Zo­fia tu­ląca do pier­si do­nicz­kę z przy­wi­ędłą pa­prot­ką - był to już trze­ci kwiat, jaki przy­tar­ga­ła do domu w ci­ągu ostat­nie­go mie­si­ąca. To­wa­rzy­szył jej Wi­told Ta­rłow­ski we wła­snej oso­bie. I Sa­bi­na.

Kil­ka dni temu zma­rła pani Rich­te­ro­wa - war­szaw­skie ga­ze­ty pe­łne były jej ne­kro­lo­gów - więc naj­młod­sza Kel­le­rów­na po ci­chu li­czy­ła, że spo­tka go na po­grze­bie. A tym­cza­sem cze­ka­ła ją nie­spo­dzian­ka, któ­rej nie ze­psuł na­wet fakt, że Wi­told przy­pro­wa­dził ze sobą na­rze­czo­ną.

- Dzień do­bry, pan­no Apo­lo­nio - rze­kł uprzej­mie, zdej­mu­jąc ka­pe­lusz. W dru­giej ręce dzie­rżył skó­rza­ny ne­se­ser ciot­ki Kla­ry oraz pod­ró­żną wa­li­zecz­kę Ju­lii; obie te rze­czy naj­star­sza sio­stra po­ży­czy­ła so­bie bez py­ta­nia na pod­róż.

- Dzień do­bry - od­pa­rła z uśmie­chem i od­su­nęła się od drzwi. - Pro­szę we­jść.

- Do­kąd mam za­nie­ść ba­gaż? - za­py­tał Ta­rłow­ski, kie­dy tyl­ko zna­la­zł się za pro­giem.

- Pro­sto do kuch­ni, je­śli będzie pan tak miły - po­wie­dzia­ła Zo­fia sła­bym gło­sem.

Pola mo­gła tyl­ko się do­my­ślać, w ja­kim celu sio­stra po­je­cha­ła do Ki­jo­wa, ale nie wąt­pi­ła, że nie po­win­na po­ja­wiać się w domu z tym czy­mś, co stam­tąd przy­wio­zła.

- Czy do­brze sły­szę, że od­wie­dził nas pan Ta­rłow­ski? - Z sa­lo­nu, gdzie za chwi­lę mia­ła roz­po­cząć się uro­czy­sta ko­la­cja, wyj­rza­ła bab­cia. - Zo­siu, moje dziec­ko, je­stem szczęśli­wa, że wró­ci­łaś cała i zdro­wa. - Cmok­nęła w czo­ło zde­ner­wo­wa­ną wnucz­kę, na­stęp­nie, nie kry­jąc zdzi­wie­nia, przy­wi­ta­ła się z Sa­bi­ną i wresz­cie wy­ci­ągnęła rękę do daw­ne­go zna­jo­me­go. - Wi­tam pana. I pro­szę przy­jąć naj­szczer­sze kon­do­len­cje.

- Dzi­ęku­ję. - Wi­told z re­we­ren­cją uca­ło­wał jej dłoń.

Wy­glądał na przy­gnębio­ne­go. Śmie­rć ciot­ki mu­sia­ła moc­no go ugo­dzić i za­pew­ne dłu­go będzie no­sił po niej ża­ło­bę. Tak więc Sa­bi­na jesz­cze po­cze­ka na ślub. Pola wie­dzia­ła, że nie po­win­na czuć z tego po­wo­du sa­tys­fak­cji, ale nie­chęć do na­rze­czo­nej uko­cha­ne­go była sil­niej­sza niż przy­zwo­ito­ść.

- Ża­łu­ję, że nie do­ta­rły do mnie wie­ści o cho­ro­bie pani Eu­ge­nii - kon­ty­nu­owa­ła tym­cza­sem Ade­la. - Na pew­no zło­ży­ła­bym jej wi­zy­tę. To była taka do­bra i uro­cza oso­ba.

- Cio­cia mó­wi­ła o pani do­kład­nie to samo - od­pa­rł Ta­rłow­ski i na pew­no nie była to czcza kur­tu­azja. - Często po­wta­rza­ła, że od­wie­dzi­ła­by pa­nią, ale nie mia­ła pew­no­ści, czy zo­sta­nie przy­jęta.

- Jak to wszyst­ko nie­mo­żeb­nie się po­kom­pli­ko­wa­ło - po­wie­dzia­ła z wes­tchnie­niem bab­cia, a po­tem szyb­ko do­da­ła: - Niech pan po­sta­wi wresz­cie ten ba­gaż, wi­dać, że ci­ężki.

- Pro­szę wska­zać mi dro­gę. - Wi­told zno­wu spoj­rzał na Zo­fię, zaś Sa­bi­na na­tych­miast przy­su­nęła się bli­żej nie­go, nie zwa­ża­jąc na to, że ta­ra­su­je dro­gę.

"Za­zdro­śni­ca - po­my­śla­ła Pola. - Gdy­by mo­gła, wy­sła­ła­by Zo­się z po­wro­tem do Kra­ko­wa albo i jesz­cze da­lej". Sy­tu­acja była na­wet za­baw­na; wszy­scy prze­cież wie­dzie­li, że para nie­do­szłych na­rze­czo­nych ni­g­dy nie da­rzy­ła się uczu­ciem.

Naj­star­sza sio­stra bez sło­wa ru­szy­ła w stro­nę kró­le­stwa Bal­bi­ny, a Wi­told zręcz­nie wy­mi­nął na­rze­czo­ną i podążył za nią. Dres­sle­rów­na chcia­ła im to­wa­rzy­szyć, ale za­nim zro­bi­ła krok, bab­cia wzi­ęła ją za rękę i po­wie­dzia­ła:

- Pan­no Sa­bi­no, za­pra­szam do sa­lo­nu. Wła­śnie sia­da­my do ko­la­cji.

Zdez­o­rien­to­wa­na dziew­czy­na nie za­pro­te­sto­wa­ła, za to Pola, nie chcąc stra­cić ani se­kun­dy z wi­zy­ty Wi­tol­da, po­bie­gła do kuch­ni. Za­nim zdąży­ła prze­kro­czyć próg, usły­sza­ła głos sio­stry:

- Bal­bi­no, zrób miej­sce. Przy­wio­złam za­pa­sy.

Ta­rłow­ski usta­wił ne­se­ser na podło­dze, tuż przy sto­le. Słu­żąca, któ­ra aku­rat ko­ńczy­ła obie­ra­nie ja­jek na twar­do, spoj­rza­ła na ba­gaż ze szcze­rym zdu­mie­niem: cóż, w tym domu ka­żdy wie­dział, że kie­dy Zo­fia gdzieś wy­je­żdża, nie jest to na pew­no wy­pra­wa po je­dze­nie. Nie ode­zwa­ła się jed­nak ani sło­wem, gdyż w drzwiach sta­nęła bab­cia, któ­ra za­mie­rza­ła trzy­mać rękę na pul­sie nie­spo­dzie­wa­nych wy­da­rzeń.

- Dzi­ęku­ję panu za po­moc - zwró­ci­ła się do Wi­tol­da. - Moja wnucz­ka bie­rze na sie­bie zbyt wie­le. - Zer­k­nęła na Zo­się z iro­nicz­nym uśmiesz­kiem. - I oczy­wi­ście nie wy­pusz­czę pana bez ko­la­cji.

- Nie chcia­łbym prze­szka­dzać w tak wa­żnym dniu - mi­ty­go­wał się Ta­rłow­ski. - Może in­nym ra­zem.

- Nie ma mowy, zo­sta­je pan z nami. Zresz­tą pa­ńska na­rze­czo­na już sie­dzi za sto­łem. Pro­szę do niej do­łączyć. My wy­da­my Bal­bi­nie ostat­nie dys­po­zy­cje i też za­raz przyj­dzie­my.

Wi­told za­wsze czuł re­spekt przed star­szą pa­nią Kel­le­ro­wą, więc ska­pi­tu­lo­wał i bez sło­wa wy­sze­dł z kuch­ni. Ade­la zaś, kie­dy tyl­ko zy­ska­ła pew­no­ść, że od­da­lił się na wy­star­cza­jącą od­le­gło­ść, po­de­szła do Zo­fii i za­py­ta­ła:

- Mo­żesz wy­tłu­ma­czyć, co to wszyst­ko zna­czy?

Wnucz­ka wes­tchnęła ci­ężko, bo nie wie­dzia­ła, co po­wie­dzieć. Za to Bal­bi­na za­mie­rza­jąca jak naj­szyb­ciej za­ko­ńczyć przy­go­to­wa­nia do ko­la­cji bez py­ta­nia otwo­rzy­ła ne­se­ser i jęk­nęła na wi­dok jego za­war­to­ści.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki