p

Zakręty życia. Rozmowy o miłości, depresji, nałogach i odnajdywaniu siebie - Ewa Woydyłło

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (33,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OD AU­TORKI

Jakość ży­cia za­leży przede wszyst­kim od... ja­ko­ści ży­cia - do ta­kiego la­pi­dar­nego wnio­sku do­cho­dzę, za­sta­na­wia­jąc się nad co­raz bar­dziej po­wszech­nym dą­że­niem do po­prawy wła­snego do­bro­stanu, na któ­rym tak za­leży wielu lu­dziom.

Brzmi to jak tau­to­lo­gia, jed­nak nią nie jest. Zwrot "ja­kość ży­cia" ma dwa zna­cze­nia: czy czy­jeś ży­cie jest do­bre czy nie­do­bre oraz to, jak ten ktoś żyje, czyli co my­śli i czuje, co lubi, a czego nie lubi, ko­cha, czy nie­na­wi­dzi, czy umie prze­ba­czać, jak układa re­la­cje z bli­skimi i dal­szymi, a także jak się od­ży­wia, sy­pia, pra­cuje, od­po­czywa i jak się bawi.

Ten róż­no­rodny ob­szar dzia­łań pod­lega oczy­wi­ście roz­ma­itym wpły­wom, a jed­nym z nich może być psy­cho­lo­gia prak­tyczna, czyli psy­cho­edu­ka­cja lub psy­cho­te­ra­pia. Oby­dwie zaj­mują się, każda na swój spo­sób, po­ma­ga­niem lu­dziom w mo­dy­fi­ko­wa­niu za­cho­wań tak, aby ge­ne­ro­wały w ży­ciu do­bre dzia­ła­nia, a mi­ni­ma­li­zo­wały nie­do­bre.

Dzien­ni­kar­skie roz­mowy psy­cho­lo­giczne stają się sku­tecz­nym spo­so­bem upo­wszech­nia­nia wie­dzy psy­cho­lo­gicz­nej. Po­pie­ram to i mam w tym swój udział, uczest­ni­cząc w wy­wia­dach pra­so­wych, pod­ca­stach au­dio-wi­deo oraz pi­sząc książki. Od lat prak­ty­kuję też psy­cho­lo­gię w swo­jej pracy kli­nicz­nej i po­rad­ni­czej, gdzie wi­dzę naj­le­piej, jak wielu lu­dzi pra­gnie po­prawy swego do­bro­stanu.

Wszy­scy ma­rzymy o szczę­ściu, czyli czymś w ro­dzaju ży­cia ka­te­go­rii de­luxe. Od lat roz­trzą­samy kwe­stię, czy za­leży to bar­dziej od ge­nów, czy od wy­cho­wa­nia. Długo ba­da­cze byli jed­na­kowo ła­skawi, twier­dząc, że równo po po­ło­wie ważne jest jedno i dru­gie. Do­piero Erik Erik­son (1902-1994), pro­fe­sor Ha­rvardu i Ber­ke­ley, je­den z naj­wy­bit­niej­szych psy­cho­lo­gów XX wieku, sfor­mu­ło­wał prze­ło­mową teo­rię roz­woju psy­cho­spo­łecz­nego, udo­wad­nia­jąc, że zdol­ność ucze­nia się czło­wieka prze­cho­dzi przez różne fazy, ale trwa przez całe ży­cie i koń­czy się do­piero, gdy za­czy­nają za­mie­rać funk­cje po­znaw­cze mó­zgu.

Wspa­niała wia­do­mość. Bu­dzi na­dzieję i otwiera ogromne moż­li­wo­ści nad­ra­bia­nia za­le­gło­ści wy­cho­waw­czych, a także wzmac­nia­nia zdol­no­ści, w które ge­ne­tyczna na­tura go­rzej nas wy­po­sa­żyła. Krótko mó­wiąc, słabe geny i nie­cie­kawe dzie­ciń­stwo mo­żemy sa­mo­dziel­nie kom­pen­so­wać, do­ko­nu­jąc od­po­wied­nich ko­rekt i wy­rów­nu­jąc wcze­śniej­sze za­nie­dba­nia w do­wol­nym cza­sie swego świa­do­mego ży­cia. W prak­tyce ozna­cza to, że każdy może na­uczyć się tego, co ro­dzice za­nie­dbali, a także jak po­ko­ny­wać lub sku­tecz­nie omi­jać w swoim ży­ciu wro­dzone lęki, fo­bie, ob­se­sje, kom­pul­sje czy inne ogra­ni­cze­nia. W tej ostat­niej spra­wie w su­kurs psy­cho­lo­gom przy­cho­dzą psy­chia­trzy i psy­cho­far­ma­ko­lo­dzy - a wszystko to dzieje się po to, aby po­móc każ­demu roz­wi­nąć swój uni­kalny po­ten­cjał i osią­gnąć po­czu­cie upra­gnio­nego speł­nie­nia.

Wy­brane do tego zbioru roz­mowy psy­cho­lo­giczne do­ty­czą te­ma­tów, które wciąż sta­wiają nas przed ogrom­nymi wy­zwa­niami. Wie­rzę, że wzbu­dzą po­zy­tywne re­flek­sje i za­chęcą do do­brych de­cy­zji i ko­rzyst­nych zmian. Taką prze­cież rolę od sa­mego po­czątku wy­peł­nia "Zwier­cia­dło", co za­słu­że­nie pla­suje ten ma­ga­zyn w awan­gar­dzie pro­pa­ga­to­rów wie­dzy psy­cho­lo­gicz­nej.

W na­szych roz­mo­wach wy­ra­żam za­równo współ­cze­sną wie­dzę po­twier­dzoną ba­da­niami na­uko­wymi, jak też wła­sne prze­ko­na­nia i opi­nie oparte na moim pro­fe­sjo­nal­nym i ży­cio­wym do­świad­cze­niu.

Ży­czę cie­ka­wej lek­tury i po­zy­tyw­nych in­spi­ra­cji.

EWA WOY­DYŁŁO

ROZ­DZIAŁ 1

PO­CZĄ­TEK DROGI.DOM, MATKA, DZIE­CIŃ­STWO

Ro­dzice, któ­rzy sami mają po­czu­cie war­to­ści, na ogół wy­cho­wują do­brze. Ro­dzice, któ­rzy wsty­dzą się cze­goś w so­bie, nie chcą z czymś się po­go­dzić, za­zwy­czaj w swo­ich dzie­ciach coś "maj­strują". I to maj­stro­wa­nie na ogół źle ro­kuje...

.

Uro­dziła się Pani w 1939 roku, kiedy wy­bu­chła II wojna świa­towa.

Do­kład­nie dru­giego wrze­śnia, o świ­cie. Dla­tego kiedy obu­dzi­łam się w lu­towy czwar­tek 2022 roku i zna­la­złam w te­le­fo­nie in­for­ma­cje o tym, że Ukra­ina jest pod ob­strza­łem Ro­sjan, na­tych­miast sta­nęła mi przed oczami moja mama z no­wo­rod­kiem na ręku. Sama, bo mój oj­ciec jako le­karz już dzia­łał na woj­nie, zresztą ni­gdy wię­cej się nie zo­ba­czyli, a ja taty w ogóle nie po­zna­łam. Tam­ten po­ra­nek prze­ży­łam jako nie­sa­mo­wi­cie me­ta­fi­zyczny mo­ment. Ale od tej chwili, po­nie­waż jako psy­cho­lożka za­wo­dowo zaj­muję się też wojną prze­ży­waną przez lu­dzi, roz­dzie­li­łam moje oso­bi­ste prze­ży­cia od za­wo­do­wych. Od­su­nę­łam strach i wszyst­kie grozy, ja­kie wy­obraź­nia może pod­su­wać, bo do­brze wiem, że pa­nika to naj­gor­szy do­radca. W pa­nice czło­wiek sły­szy "po­żar" i wy­ska­kuje przez okno, nie my­śląc, że jest na 10. pię­trze. A póź­niej się oka­zuje, że są­sia­dowi czaj­nik się spa­lił.

Moja mama mu­siała prze­żyć coś ta­kiego, co prze­żywa te­raz bar­dzo wiele osób w Ukra­inie. I po­nie­waż by­łam naj­bliż­szym świad­kiem jej póź­niej­szego ży­cia - a można było jej za­zdro­ścić po­gody du­cha: po­tra­fiła grać w bry­dża i czy­tać po­wie­ści, pod­czas gdy wo­kół wy­wra­cały się sys­temy po­li­tyczne - przy­ję­łam taką po­stawę, że skoro nie mu­szę się o sie­bie mar­twić, to zajmę się po­mocą in­nym. Uak­tyw­niła się we mnie per­sona za­wo­dowa. Zre­zy­gno­wa­łam z róż­nych pry­wat­nych atrak­cji na rzecz roz­ma­wia­nia, pod­trzy­my­wa­nia na du­chu, pi­sa­nia i udzie­la­nia wy­wia­dów. To też jest ja­kaś forma udziału w spra­wie.

Dużo trud­niej po­skle­jać wa­zon, je­śli go po­tłu­czesz na ty­siąc ka­wał­ków, niż go po pro­stu nie upu­ścić. Na tym po­lega do­ro­słość, którą po­winna ce­cho­wać mą­drość i uważ­ność na to, by nie do­pu­ścić do to­tal­nej awa­rii.

Py­tam o Pani mamę i wojnę, bo mam silne po­czu­cie, że wy­buch wojny w Ukra­inie obu­dził w nas de­mony wła­śnie II wojny świa­to­wej. Czy w Pani też?

Nie mam ta­kiego po­czu­cia, ale pierw­sza re­flek­sja i pierw­sze zda­nie, ja­kiego uży­łam w wy­wia­dzie udzie­lo­nym na­za­jutrz po in­wa­zji, było ta­kie, że naj­go­rzej mają te­raz osoby, które już prze­żyły ja­kąś traumę. Ja nie prze­ży­łam żad­nej, więc nie mogę swoim przy­kła­dem tego po­twier­dzić. Bo to, że ktoś prze­żył wojnę, nie zna­czy, że prze­żył traumę. Trauma to do­świad­cze­nie gra­niczne, kiedy czu­jesz, że twoje ży­cie jest za­gro­żone. A moja mama ze mną przy piersi zo­stała wy­wie­ziona do Ka­zach­stanu. Do końca wojny nad nami nie wy­bu­chła żadna bomba. Na­wet kie­dyś po ja­kimś ra­dziec­kim fil­mie wo­jen­nym jej po­wie­dzia­łam: "Mamo, zo­bacz, ja­kie mamy szczę­ście, że ani jed­nej bomby nie wi­dzia­ły­śmy". Cho­ciaż po po­wro­cie do Pol­ski za­miesz­ka­ły­śmy w Szcze­ci­nie, gdzie ca­łymi hek­ta­rami cią­gnęły się pola gru­zów... Ale mnie, wów­czas sze­ścio­let­niej, wy­da­wało się to naj­lep­szym te­re­nem do za­bawy z dzie­cia­kami w cho­wa­nego.

Jest ta­kie po­ję­cie, które z an­giel­skiego za­czę­li­śmy na­zy­wać re­zy­lien­cją. W jed­nej z mo­ich ksią­żek prze­tłu­ma­czy­łam je jako sprę­ży­stość emo­cjo­nalną - jest to okre­śle­nie stop­nia od­por­no­ści psy­chicz­nej oraz zdol­no­ści do znaj­do­wa­nia "do­brej strony dnia". Osoby z wy­soką re­zy­lien­cją mają więk­szą kon­trolę nad emo­cjami i kon­cen­trują się na roz­wią­za­niach, a nie na pro­ble­mach. W trud­nych sy­tu­acjach naj­gor­sze są pa­nika, po­chop­ność i neu­ro­tyczne pod­da­wa­nie się emo­cjom.

Re­zy­lien­cja bę­dzie nam co­raz bar­dziej po­trzebna. Wszystko wska­zuje na to, że czasy będą co­raz bar­dziej nie­pewne i trzeba się na to przy­go­to­wać. Czy można bu­do­wać re­zy­lien­cję w cza­sach kry­zysu lub nie­po­koju?

Można, a na­wet trzeba. Bu­do­wa­nie re­zy­lien­cji dzieje się prak­tycz­nie samo i za­leży od tego, ja­kie my­śli do­pusz­czasz do sie­bie w związku z tym, co się wy­da­rza. Czy po­tra­fisz uspo­koić swoje lęki, czy wprost prze­ciw­nie.

Przy­cho­dzą do mnie cza­sem ko­biety, które mó­wią: "Moja te­ściowa tak się mnie cze­pia, stro­fuje dzieci, prze­cież jak one do­ro­sną, nie będą chciały się z nią spo­ty­kać". Za­wsze wtedy py­tam: "A czy Pani da mi gwa­ran­cję, że ju­tro rano się obu­dzę? Albo że dziś bez­piecz­nie do­jadę do domu, a jeż­dżę ro­we­rem?". Na Pani py­ta­nie o to, jak się przy­go­to­wać na nie­pewne czasy, od­po­wiem więc tak: nie wy­bie­gać zbyt da­leko w przy­szłość. Nie mo­żesz prze­żyć ju­tra, ale mo­żesz prze­żyć dziś. I to do­ty­czy wszyst­kiego. Na­wet gdy pla­nu­jesz ślub i we­sele na Se­sze­lach, to i tak ważne jest, byś dzi­siaj pa­trzyła pod nogi, bo je­śli skrę­cisz kostkę, to nie po­tań­czysz. Zwłasz­cza w cza­sach nie­pew­no­ści li­czy się tu i te­raz - tylko to mamy. Oczy­wi­ście to carpe diem to jest me­mento, któ­rego nie na­leży nad­uży­wać, bo je­śli mam tylko 100 zło­tych, to ra­czej nie po­win­nam dziś wy­dać 99. Tak czy ina­czej, roz­po­rzą­dzaj swo­imi za­so­bami in­te­li­gent­nie i z roz­wagą. Uru­cha­miaj płaty czo­łowe, nie tylko ga­dzi mózg.

Każda trudna sy­tu­acja, mo­ment, w któ­rym dzieją się prze­ło­mowe zwroty - jest oka­zją do doj­rze­wa­nia. Tylko trzeba doj­rze­wać, nie po­zwa­la­jąc so­bie na roz­pad. Dużo trud­niej po­skle­jać wa­zon, je­śli po­tłu­czesz go na ty­siąc ka­wał­ków, niż go po pro­stu nie upu­ścić. Na tym po­lega do­ro­słość, którą po­winna ce­cho­wać mą­drość i uważ­ność na to, by nie do­pu­ścić do to­tal­nej awa­rii. Dziecko może tego jesz­cze nie ro­zu­mieć, ale dzieci nie de­cy­dują o tym świe­cie, to my przy nich sto­imy. A je­śli wi­dzisz dziecko, przy któ­rym nikt nie stoi, zaj­mij się nim.

Nie wy­bie­gaj zbyt da­leko w przy­szłość. Nie mo­żesz prze­żyć ju­tra, ale in­te­li­gent­nie i z roz­wagą mo­żesz prze­żyć dziś. Li­czy się tu i te­raz - tylko to mamy.

Za­wsze mnie fa­scy­no­wało, że to, czym Pani się te­raz zaj­muje i do czego jest Pani, jak się wy­daje, stwo­rzona, za­częła Pani ro­bić do­piero po 45. roku ży­cia. To wtedy za­częła Pani stu­dia psy­cho­lo­giczne, wcze­śniej ukoń­czyw­szy dzien­ni­kar­stwo i hi­sto­rię sztuki.

I oka­zało się to świet­nym po­my­słem. Je­stem prze­ko­nana, że wła­śnie doj­rzały wiek był moim sprzy­mie­rzeń­cem. Psy­cho­lo­gię kli­niczną le­piej upra­wiać, ma­jąc wła­sne do­świad­cze­nia, da­jące mą­drość ży­ciową i umie­jęt­no­ści wy­ni­ka­jące z roz­wią­za­nia jak naj­więk­szej ilo­ści dy­le­ma­tów, pro­ble­mów i trud­no­ści. Ten ży­ciowy ka­pi­tał na­daje wie­dzy psy­cho­lo­gicz­nej wy­miar prak­tyczny. W psy­cho­te­ra­pii pra­cuje się przede wszyst­kim sobą.

Psy­cho­lo­gię stu­dio­wała Pani w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, może stąd ta iście ame­ry­kań­ska ży­wot­ność, która po­wo­duje, że kiedy dzieje się źle - wy­bu­cha pan­de­mia czy wojna - dzien­ni­ka­rze od­ru­chowo zwra­cają się po ko­men­tarz do Pani. Stała się Pani eks­pertką od kry­zy­sów.

Rzadko kiedy ktoś do mnie przy­cho­dzi, by po­wie­dzieć: "Pani Ewo, jak do­brze mi się żyje". I to mnie chyba na­uczyło, że aby na­prawdę po­móc ko­muś w po­trze­bie, trzeba mniej zaj­mo­wać się pro­ble­mem i jego przy­czy­nami, a wię­cej szu­ka­niem roz­wią­zań. Roz­trzą­sa­nie przy­czyn i ob­wi­nia­nie in­nych nie po­maga uwol­nić się od tego, co nam w ży­ciu szko­dzi lub prze­szka­dza. Waż­niej­sze jest zro­bie­nie cze­goś, aby się tego po­zbyć lub zmie­nić. Ma Pani ra­cję, to jest w ja­kimś sen­sie ame­ry­kań­skie, zwłasz­cza w po­rów­na­niu z Pol­ską, gdzie zaj­mu­jemy się zwy­kle ana­li­zo­wa­niem pro­blemu.

Ow­szem, cza­sem udaje mi się po­móc ko­muś w kry­zy­sie, ale żadna w tym moja za­sługa. Ja po pro­stu mia­łam su­per­mamę. Jak była w złym hu­mo­rze, to szła na ba­sen albo na spa­cer. W mło­do­ści była wio­ślarką i chyba zo­stało w niej na za­wsze prze­ko­na­nie o zba­wien­nym wpły­wie ru­chu na sa­mo­po­czu­cie. Pa­mię­tam, że gdy zimą była piękna po­goda, to bu­dziła mnie o siód­mej. Kiedy pro­te­sto­wa­łam: "Ale ja idę do­piero na drugą lek­cję", mó­wiła: "Idziesz na łyżwy, ta­kiej po­gody szkoda na sie­dze­nie w kla­sie". Z taką mamą po pro­stu nie mo­głam ina­czej się ukształ­to­wać. Oczy­wi­ście to nie zna­czy, że nie by­wam wście­kła czy nie prze­ży­wam po­ra­żek, ale ni­gdy nie było to źró­dłem ja­kiejś więk­szej rany, a wszystko to dzięki temu, co kie­dyś po­wie­działa mi mama. Za­raz to po­wiem i Pani już też bę­dzie za­wsze wie­działa, co my­śleć w trud­nych chwi­lach.

Cu­dow­nie! Po­pro­szę.

Mia­łam może osiem lat. Spła­kana wró­ci­łam do domu, od progu za­wo­dząc: "Co ja na­ro­bi­łam! Ste­nia już nie bę­dzie się ni­gdy ze mną ba­wić". Mama na to spo­koj­nie, znad pa­pie­rosa: "No to sia­daj i opo­wia­daj". "Mamo, ja na nią na­plu­łam, za­bra­łam jej ka­napkę i wy­rzu­ci­łam do śmiet­nika". "Okrop­nie się za­cho­wa­łaś, nie­za­leż­nie od tego, o co po­szło. Ale po­cze­kaj, po­wiedz mi: który ty raz ży­jesz?". Ja na to, chli­piąc: "Jak to który? No pierw­szy". "To skąd mia­łaś wie­dzieć?".

Wy­szłam kie­dyś za mąż na trzy dni za pew­nego pro­fe­sora, a po­tem też ucie­kłam, be­cząc, do mamy. Ona oczy­wi­ście za­dała mi to samo py­ta­nie: "No do­brze, a który ty raz...?". "Wiem, mamo, wiem, dla­tego tak bar­dzo się nie mar­twię". Zdaje się, że na­wet nas roz­śmie­szy­łam, do­da­jąc: "W każ­dym ra­zie drugi raz za niego już nie wyjdę...". Nie­rzadko zda­rza się, że pluję so­bie w brodę, bo coś za­walę albo źle po­stą­pię, ale wtedy prędko mó­wię so­bie: "Hej, który ty raz ży­jesz?... Spo­koj­nie, na­stęp­nym ra­zem po­stą­pisz le­piej". I fak­tycz­nie na­stęp­nym ra­zem jest le­piej.

.

Ob­ser­wu­jąc współ­cze­sny świat, można od­nieść wra­że­nie, że re­la­cja matka - córka ge­ne­ruje same pro­blemy.

Bo tak wła­śnie jest. Oczy­wi­ście, nie można uogól­niać, ale zde­cy­do­wa­nie wię­cej jest pro­ble­mów emo­cjo­nal­nych i re­la­cyj­nych mię­dzy dziećmi a mat­kami niż mię­dzy dziećmi a oj­cami. Oj­ciec za­wsze albo pra­wie za­wsze za­cho­wuje więk­szy dy­stans wo­bec dzieci, cię­żar jego za­an­ga­żo­wa­nia jest prze­nie­siony na świat ze­wnętrzny. Na­to­miast matki, z wy­jąt­kiem tych, które we­szły w role biz­ne­sowe, są sku­pione przede wszyst­kim na ro­dzi­nie i dzie­ciach. Z tego po­wodu są z nimi w bliż­szych re­la­cjach i siłą rze­czy czę­ściej wy­stę­pują na tej li­nii na­brzmiałe i nie­roz­wią­zane kon­flikty. Przy czym ze względu na spe­cy­ficzny ro­dzaj re­la­cji mię­dzy sy­nem a matką, na­wet matką na­do­pie­kuń­czą, kon­flikty mię­dzy nimi ni­gdy nie osią­gają ta­kich roz­mia­rów jak w przy­padku na­do­pie­kuń­czych ma­tek i có­rek. Co cie­kawe, ujaw­niają się zwy­kle wtedy, gdy syn za­kłada ro­dzinę. I wtedy nie tyle on ma pro­blemy z matką, co jego żona źle to za­czyna zno­sić.

Ta sama płeć w re­la­cji jest w ta­kim ra­zie plu­sem czy mi­nu­sem?

Ze względu na płeć w re­la­cji matka - córka wy­stę­puje utoż­sa­mie­nie. Dla nor­mal­nego roz­woju oso­bo­wo­ści musi jed­no­cze­śnie dojść do cze­goś, co jest okre­ślane jako se­pa­ra­cja i in­dy­wi­du­acja. W po­tocz­nym ro­zu­mie­niu córka naj­pierw "zlewa się" z matką, a po­tem usta­wia do niej w kontrze, żeby roz­po­znać, kim sama jest. Po­nie­waż to nie­zwy­kle silny zwią­zek, toż­sa­mość córki jest za­plą­tana w wi­ze­ru­nek matki. Ze względu na utoż­sa­mie­nie czę­sto do­cho­dzi też do pod­świa­do­mej ry­wa­li­za­cji. Córka ry­wa­li­zuje z matką, a matka z córką, i nie ma to cha­rak­teru spor­to­wego: nie cho­dzi o to, która wy­gra, tylko o to, która psy­cho­lo­gicz­nie zdo­mi­nuje ry­walkę.

Córkę i matkę wpraw­dzie łą­czy płeć, ale dzieli róż­nica po­ko­leń, co po­wo­duje, że świa­to­po­gląd i do­świad­cze­nia matki są za­bar­wione prze­szło­ścią, a córki - te­raź­niej­szo­ścią. Cho­ciażby to może po­wo­do­wać mię­dzy nimi kon­flikty. Że po­dam taki ba­nalny przy­kład: na­sze bab­cie prały ręcz­nie, na­sze matki - we frani, a my już w au­to­ma­tycz­nym Bo­schu. Za­sada pra­nia co prawda się nie zmie­niła, ale spo­sób - już tak. Naj­bar­dziej na­brzmiałe pro­blemy nie ro­dzą się jed­nak w sfe­rze po­słu­gi­wa­nia się sprzę­tami, lecz w sfe­rze uczuć.

Czę­sto córka ry­wa­li­zuje z matką, a matka z córką, i nie ma to cha­rak­teru spor­to­wego: nie cho­dzi o to, która wy­gra, tylko o to, która psy­cho­lo­gicz­nie zdo­mi­nuje ry­walkę.

Co jest ich źró­dłem?

Naj­czę­ściej nie­doj­rza­łość matki. Bo że córka jest nie­doj­rzała - to oczy­wi­ste i nor­malne. Dzieci za­wsze będą młod­sze od swo­ich ma­tek. Tym, co czyni nas ludźmi doj­rza­łymi, jest zdol­ność do po­dej­mo­wa­nia prze­my­śla­nych de­cy­zji oraz kształ­to­wa­nia swo­jego zda­nia w opar­ciu o do­świad­cze­nie i wie­dzę. Jest to umie­jęt­ność do­sko­na­lona przez całe ży­cie. Czer­piemy ją z ksią­żek, które czy­tamy, z fil­mów, ja­kie oglą­damy, i z tego, co mó­wią nam inni. Doj­rza­łość jest sumą prak­tycz­nych umie­jęt­no­ści ży­cio­wych. Samo ży­cie nie wy­star­czy jed­nak, żeby osią­gnąć tak ro­zu­mianą doj­rza­łość. Nie­kiedy czło­wiek wręcz blo­kuje się na dro­dze do doj­rza­ło­ści wsku­tek traum, krzywd, uza­leż­nień, nie­wła­ści­wych wzo­rów. Można mieć we­dług me­tryki 48 lat, a doj­rza­łość na po­zio­mie na­sto­latka. Do­ty­czy to oczy­wi­ście także nie­któ­rych ma­tek...

Dla­tego by­wają na­do­pie­kuń­cze?

Po pierw­sze, mogą tak poj­mo­wać rolę matki - kur­czowo trzy­ma­jąc swoje dziecko pod kon­trolą, nie­za­leż­nie od jego wieku. A po dru­gie, są na­do­pie­kuń­cze, po­nie­waż nie mają in­nego ży­cia oso­bi­stego i uczu­cio­wego poza re­ali­zo­wa­niem swego ma­cie­rzyń­stwa. Ta­kie matki, na­wet je­śli żyją w mał­żeń­stwie, nie śpią ze swymi mę­żami, nie pla­nują wspól­nych wie­czo­rów czy wa­ka­cji. Mąż jest me­blem, wy­god­nym fo­te­lem, na któ­rym się cza­sem przy­cup­nie, który wy­peł­nia ja­kiś kąt w po­koju, ale to nie jest żadna re­la­cja. Co wię­cej, mał­żon­ko­wie mogą tak żyć la­tami, bo­go­boj­nie i wier­nie.

A prze­cież czło­wiek jest istotą uczu­ciową, po­trze­buje bli­sko­ści jak po­wie­trza. Ko­chać ko­goś, być dla ko­goś - to na­sza naj­więk­sza po­trzeba. Więc gdy zwią­zek z part­ne­rem nie za­spo­kaja tej po­trzeby, to całe swoje ży­cie emo­cjo­nalne ko­bieta lo­kuje w dzie­ciach. A po­nie­waż sy­no­wie rza­dziej dają się za­wład­nąć, pada na córki, a te są w rę­kach ma­tek jak pla­ste­lina. Na do­da­tek są przez nie wpę­dzane w po­czu­cie winy - oczy­wi­ście to wszystko dzieje się pod­świa­do­mie. Żadna matka prze­cież nie ob­my­śla: "Zro­bię ci nu­mer, do­stanę apo­plek­sji". Ona do­staje apo­plek­sji na samą myśl o tym, że córka chce spę­dzić święta w gó­rach, a nie w domu. Ta­kie uza­leż­nie­nie przy­po­mina al­ko­ho­lizm, nar­ko­ma­nię, kom­pul­sywny ha­zard. Osoba uza­leż­niona nie może się sama z tego wy­do­stać, a gdy jej ktoś mówi: "Mamo, nie rób tak", to się obu­rza: "Jak mo­żesz tak do mnie mó­wić?!". Tak samo re­aguje al­ko­ho­lik. Tylko że w tym wy­padku mamy do czy­nie­nia z uza­leż­nie­niem od dru­giej osoby. Od swo­jej bez­rad­no­ści ży­cio­wej, od ty­ra­ni­zu­ją­cej więzi, która staje się pu­łapką dla oby­dwu stron.

Jak po­stę­po­wać z "uza­leż­nioną" matką?

Do­kład­nie tak jak z al­ko­ho­li­kiem. Córka musi prze­stać kie­ro­wać się lę­kiem, współ­uza­leż­nie­niem, po­czu­ciem winy, tylko prze­jąć kon­trolę nad wła­snym ży­ciem. Uzy­skaw­szy wspar­cie od męża, przy­ja­ciółki czy ko­le­żanki z pracy, któ­rzy po­wie­dzą: "Nie mo­żesz swo­jego ży­cia pod­po­rząd­ko­wy­wać matce kosz­tem wła­snych po­trzeb. Ona jest do­ro­sła, po­ra­dzi so­bie. Mo­żesz jej po­móc, ale po­win­naś być kon­se­kwentna". Je­śli za przy­kład po­damy kwe­stię świąt, córka może za­ko­mu­ni­ko­wać ma­mie, że przy­je­dzie do niej dzień przed Wi­gi­lią, po­będą ra­zem, ale na święta wy­jeż­dża. Czyli: aser­tyw­ność, sta­now­czość i nie­po­no­sze­nie kon­se­kwen­cji cu­dzych sła­bo­ści czy uza­leż­nień. Choć przy­kład ze świę­tami może być dwu­znaczny. Ktoś po­wie: "Ale cóż pani dok­tor wy­ga­duje?! Prze­cież święta to Tra­dy­cja, Ka­to­li­cyzm, Ro­dzina...". Od­po­wia­dam: "Ależ tak, pod wa­run­kiem, że z tego wy­nika coś do­brego". Je­żeli przy oka­zji świąt mama za­wsze wy­po­mina, a tata za­wsze się upija - to jest wy­ko­rzy­sta­nie, ską­d­inąd pięk­nego sym­bolu i tra­dy­cji, do pod­trzy­ma­nia pa­to­lo­gii. I to nie jest do­bre. Wtedy czło­wiek nie ma in­nego spo­sobu, jak się unie­za­leż­nić, czyli od­se­pa­ro­wać, od­da­lić, za­cząć funk­cjo­no­wać zgod­nie ze swoim sys­te­mem war­to­ści, za­miast pod­trzy­my­wać tra­dy­cję ro­dzin­nych nie­sna­sek.

Można w do­ro­słym ży­ciu uło­żyć so­bie na nowo re­la­cje z matką? Czy trudne re­la­cje matki z do­ro­słą córką mogą ulec po­pra­wie?

Oczy­wi­ście. Na na­sze re­la­cje mamy wpływ, mo­żemy im nada­wać nowe tory, ste­ro­wać nimi jak pod­czas na­wi­ga­cji.

A je­śli matka od­ma­wia współ­pracy?

Cza­sami py­tają mnie lu­dzie, co ro­bić z matką, która nie chce się zmie­nić mimo próśb i tłu­ma­cze­nia. Od­po­wia­dam: "Wy­obraź so­bie, że mama ma al­zhe­imera. I że co­kol­wiek byś mó­wiła, to ona jest za szklaną szybą". Oczy­wi­ście, ona prze­waż­nie nie ma al­zhe­imera, ale jej mózg już za­stygł. Bo co to zna­czy: prze­ko­nać ko­goś, by cze­goś nie ro­bił? To zna­czy po­pro­sić, by się cze­goś na­uczył. Bo od­uczyć się, to też się na­uczyć. Nie­stety, nie­któ­rzy lu­dzie są już do tego nie­zdolni.

Mam psa i za­wsze po nim sprzą­tam, ale cza­sem spo­ty­kam lu­dzi, któ­rzy po swo­ich psach nie sprzą­tają. Wtedy daję wo­re­czek i mó­wię: "Może pan sko­rzy­stać z mo­jego, mam za­pa­sowy". "Ja nie sprzą­tam po psie!" - sły­szę czę­sto w od­po­wie­dzi. Ale ktoś inny mówi: "Dzię­kuję, sko­rzy­stam", po czym za­czy­namy się uma­wiać na wspólne spa­cery z psami. Tak samo jest z mat­kami. Je­śli matka mówi: "Jak ty mo­żesz cze­goś ode mnie wy­ma­gać?", to zna­czy, że nie ro­zu­mie swo­jej córki i nie chce zro­zu­mieć. Czę­sto z wie­kiem przy­cho­dzi prze­ko­na­nie, z gruntu fał­szywe, że wie się już wszystko i za­wsze ma się mo­no­pol na ra­cję. Tym­cza­sem inni lu­dzie mają swoje ra­cje i one by­wają od­mienne od na­szych.

Ale taka uparta matka świę­cie wie­rzy, że cho­dzi jej tylko o do­bro córki. Po­wta­rza: "Nikt inny nie bę­dzie cię ko­chał tak jak ja. Ro­bię dla cie­bie wszystko".

Więc skoro je­steś w sta­nie zro­bić dla mnie wszystko, to prze­stań mnie kon­tro­lo­wać jak małe dziecko. Z dru­giej strony, re­la­cja z matką jest wy­jąt­kowa i żadna inna jej nie za­stąpi.

Na­wet, gdy czu­jemy nie­na­wiść do matki, trzeba ją przede wszyst­kim ko­chać i sza­no­wać?

Ko­chać w ogóle warto, bo to wspa­niałe uczu­cie. Cho­ciaż w dzie­się­ciorgu przy­ka­za­niach nie wid­nieje: "Ko­chaj ojca swego i matkę swoją", tylko "czcij", czyli sza­nuj. Nie ubli­żaj im, nie ogra­biaj, nie krzywdź. Co nie zna­czy: by­waj u nich co nie­dziela. Mo­żesz ich nie wi­dy­wać, ale ich sza­nuj. Trudno ko­chać ko­goś, kto za­truwa nam ży­cie, cią­gle po­ucza i kry­ty­kuje, jest wścib­ski, prze­mą­drzały, wszystko wie naj­le­piej. Mi­łość w dziecku ro­dzic bu­duje, po­ka­zu­jąc, jak się ko­cha - czule, cie­pło, mą­drze i doj­rzale.

A co zna­czy: mą­drze ko­chać?

To zna­czy nie uwła­czać god­no­ści dziecka, nie po­zba­wiać go po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa, czyli: nie stra­szyć, nie bić, nie wy­śmie­wać i nie gro­zić: "bo ma­mu­sia nie bę­dzie cię ko­chać", "jak nie wró­cisz do 22.00, to ja będę chora" albo "przez cie­bie mam okropne ży­cie". Gdy dzieci coś ta­kiego sły­szą, prze­stają wie­rzyć w mi­łość ro­dzi­ców i stop­niowo tracą po­czu­cie wła­snej war­to­ści.

Matka uczy też dziecko mi­ło­ści, po­ka­zu­jąc, jak ko­cha ta­tu­sia, swo­ich ro­dzi­ców, sio­strę, brata... Dzieci się uczą nie tego, co im mó­wimy, tylko tego, co ro­bimy. To główna za­sada wy­cho­wa­nia.

Z na­do­pie­kuń­czą, "uza­leż­nioną matką" jest do­kład­nie tak jak z al­ko­ho­li­kiem. Córka musi prze­stać kie­ro­wać się lę­kiem, współ­uza­leż­nie­niem, po­czu­ciem winy, tylko prze­jąć kon­trolę nad wła­snym ży­ciem.

Czego jesz­cze uczymy się od ma­tek oprócz mi­ło­ści?

Jak być ko­bietą, jak funk­cjo­no­wać w świe­cie, jak wy­peł­niać rolę żony i matki - wszyst­kiego. Oczy­wi­ście, mo­żemy się źle czuć z tym, co ona nam prze­ka­zuje, bo nie za­wsze wła­sna matka ucie­le­śnia ideał ży­cia. Matka nie jest je­dy­nym wzo­rem. Prze­cież mimo po­kre­wień­stwa to zu­peł­nie inna osoba. Może mieć cał­kiem od­mienne ce­chy, za­in­te­re­so­wa­nia, po­trzeby i cele. Je­żeli matka z tem­pe­ra­men­tem za­cznie prze­ja­wiać nie­cier­pli­wość w sto­sunku do fleg­ma­tycz­nej czy ma­rzy­ciel­skiej córki, to pra­wie na pewno za­chwieje po­czu­ciem war­to­ści dziecka. Wtedy po­winni wkro­czyć inni do­ro­śli, na przy­kład bab­cia, która bę­dzie pod­kre­ślać mocne strony dziecka i oka­zy­wać uzna­nie dla tego, co ono umie, lubi i jak so­bie ra­dzi. Mama oczy­wi­ście doda: "ale bu­ci­ków jesz­cze nie umie za­wią­zać", a bab­cia: "ale Ania zna tyle wier­szy­ków i pięk­nie bawi się z dziećmi". I Ania w ten spo­sób do­wie się, że mama wo­la­łaby, żeby ona była tro­chę inna, na­to­miast bab­cia ak­cep­tuje ją taką, jaka jest. Dziecko czer­pie wie­dzę o so­bie nie tylko od mamy, dla­tego po­winno być oto­czone róż­nymi ludźmi. To nie jest żadna nowa kon­cep­cja, tylko pra­dawna idea wy­cho­wa­nia ple­mien­nego.

Mó­wimy dziś o pro­ble­mach na osi matka - córka, matka - syn. Kie­dyś w ogóle nie było ta­kiego te­matu.

Po pierw­sze, ko­biety ro­dziły dużo dzieci. Same się nimi nie zaj­mo­wały - miały do po­mocy krew­nych, star­sze dzieci, swo­ich ro­dzi­ców. Dzie­ciń­stwo zresztą szybko się koń­czyło: dzieci za­czy­nały wcze­śnie po­ma­gać w pracy do­ro­słym i szybko od­cho­dziły z domu ro­dzin­nego. Na­wet ary­sto­kra­cja po­sy­łała dzieci bar­dzo wcze­śnie w do­ro­słe ży­cie. To, że dzi­siaj ro­dzice po­świę­cają tyle czasu i uwagi swoim dzie­ciom, to wy­na­la­zek współ­cze­sno­ści.

Dzi­siaj też ro­dzi­ców o wiele rze­czy się ob­wi­nia, a zwłasz­cza matki.

Bo nie ma kogo in­nego wi­nić. Inną no­wo­ścią jest "wy­cho­wy­wa­nie" przez grupę ró­wie­śni­czą. Kie­dyś cze­goś ta­kiego w ogóle nie było, nie było szkoły, dzie­ciń­stwo było krót­kie i prze­bie­gało wy­łącz­nie w ob­rę­bie ro­dziny. To my urzą­dzi­li­śmy so­bie świat, w któ­rym dziecko sie­dzi na tro­nie. I albo ten tron jest na chwiej­nych nóż­kach, bo ro­dzice za­po­mi­nają, że mają dziecko, albo jest pie­de­sta­łem nie wia­domo ja­kiego wcie­le­nia bo­sko­ści i ro­dzice wtedy zwy­czaj­nie bzi­kują.

Bry­tyj­ski psy­chia­tra Do­nald Wo­ods Win­ni­cott jest au­to­rem okre­śle­nia: "wy­star­cza­jąco do­bry ro­dzic". Nie ide­alny, nie naj­lep­szy, ale wy­star­cza­jąco do­bry. Czyli taki, który cza­sem po­peł­nia błędy, ale ma też prawo za­dość­uczy­nić i prze­pro­sić - jed­nak to wy­maga doj­rza­ło­ści. A je­żeli mam kom­pleksy wo­bec wła­snego dziecka i chcę uda­wać ideał, to two­rzę fik­cję. I krzyw­dzę wła­sne dziecko, które też bę­dzie chciało dą­żyć do ja­kie­goś nie­re­al­nego su­per­w­zorca. Ro­dzice, któ­rzy sami mają po­czu­cie war­to­ści, na ogół wy­cho­wują do­brze. Ro­dzice, któ­rzy wsty­dzą się w so­bie ja­kichś rze­czy, nie chcą z czymś się po­go­dzić, za­zwy­czaj w swo­ich dzie­ciach coś "maj­strują". I to maj­stro­wa­nie na ogół źle ro­kuje.

Ak­cep­ta­cja sie­bie prze­kłada się na ak­cep­ta­cję dziecka? Czy to spo­sób, który np. na­prawi trudne re­la­cje matki z do­ro­słą córką?

Dziecko nie po­trze­buje wiel­kiego miesz­ka­nia, du­żego sa­mo­chodu, lek­cji an­giel­skiego czy te­nisa. Po­trze­buje po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa, ak­cep­ta­cji, mi­ło­ści i do­brych, praw­do­mów­nych wzo­rów.

Ostat­nio od­pro­wa­dza­łam mo­jego ma­lut­kiego wnuczka do córki, a on w krzyk: "Bab­ciu, ja chcę do was". Ja na to: "An­ker, nie mo­żesz te­raz do mnie iść, bo ja za­raz wy­cho­dzę". Wtedy córka dys­kret­nie szep­nęła: "Mamo, prze­cież tak na­prawdę ni­g­dzie nie wy­cho­dzisz". Oczy­wi­ście, że ona ma ra­cję! Po co wy­my­ślać ja­kieś nie­praw­dziwe po­wody, prę­dzej czy póź­niej dziecko na­uczy się tego sa­mego... Ono ma przy­jąć do wia­do­mo­ści, że już nie mam czasu, bo to prawda. Poza tym musi so­bie z chwi­lową fru­stra­cją po­ra­dzić. Gdy się tego na­uczy w wieku dwóch lat, to przy­go­tuje się na więk­sze fru­stra­cje w wieku 20 czy 50 lat. W tej spra­wie ja się cze­goś na­uczy­łam od córki, a nie ona ode mnie.

Praw­do­mów­ność w re­la­cjach jest bar­dzo ważna, bo dziś lekko na­cią­gnę prawdę, ale gdy za kilka lat po­wiem do dziecka: "nie jedź au­to­sto­pem", to mnie nie po­słu­cha, bo nie bę­dzie miało do mnie za­ufa­nia. I po­tem ro­dzice się dzi­wią dla­czego. Ano dla­tego, że tyle razy skła­mali.

Wła­sny roz­wój to pod­stawa dla do­brej re­la­cji matki i córki?

Tak, z tym, że trzeba za­dbać, by wła­sny roz­wój nie po­zba­wił wraż­li­wo­ści na cu­dze po­trzeby. Je­żeli matka jest sa­motna, cier­piąca, chora, to jej się co naj­mniej tyle na­leży od córki, ile ona oka­zy­wała jej tro­ski, gdy córka tego po­trze­bo­wała. Czyli uwaga, spro­wa­dze­nie le­ka­rza, może wy­na­ję­cie opie­kunki czy umiesz­cze­nie w szpi­talu czy sa­na­to­rium. Te "świad­cze­nia" wy­ni­kają z po­win­no­ści, na­wet od­po­wied­nio ure­gu­lo­wa­nych w na­szym pra­wie. Mi­łość to tro­chę inna sprawa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki