p
1
Pamiętam dokładnie, gdzie byłam i co robiłam, kiedy zobaczyłam, że ojciec umiera. Stałam mniej więcej w tym samym miejscu co teraz, oparta o poręcz drewnianej werandy otaczającej nasz dom. Patrzyłam na ludzi zbierających winogrona, posuwających się wolno wzdłuż równych rzędów krzewów, ciężkich od dojrzałych owoców. To był urodzajny rok. Już miałam zejść po schodkach, żeby dołączyć do pracujących, kiedy kątem oka dostrzegłam, jak górująca nad wszystkimi sylwetka ojca nagle znika z pola widzenia. Z początku wydało mi się, że przykląkł, by podnieść winne grono - nie znosił marnotrawstwa w żadnej postaci, co przypisywał prezbiteriańskim tradycjom wpojonym mu przez rodziców pochodzących ze Szkocji - ale zaraz zobaczyłam, jak ludzie pracujący przy sąsiednich rzędach rzucają się w jego stronę. Z werandy do tego miejsca było jakieś sto metrów i nim tam dobiegłam, ktoś już rozpiął mu koszulę i starał się go reanimować, naciskając na pierś i wdmuchując mu powietrze do ust. Ktoś inny wzywał pogotowie. Karetka przyjechała po dwudziestu minutach.
Kiedy kładli go na nosze, jego twarz była jak z marmuru. Od razu wiedziałam, że nigdy już nie usłyszę jego niskiego mocnego głosu, który choć miał w sobie tyle powagi, to w jednej chwili mógł przejść w śmiech. Łzy płynęły mi po twarzy, gdy pocałowałam go lekko w ogorzały, wysmagany wiatrami policzek i powiedziałam mu na pożegnanie, że go kocham. Kiedy teraz o tym myślę, całe to potworne doświadczenie wydaje mi się czymś nierealnym - to przejście, od pełni życia do... no, nie wiem... pustego, pozbawionego energii ciała. Tego nie da się pojąć.
Od wielu miesięcy cierpiał na bóle w klatce piersiowej, ale udawał, że to tylko niestrawność. Wreszcie udało się go przekonać, by poszedł do lekarza. Dowiedział się, że ma wysoki poziom cholesterolu i musi przestrzegać diety. Razem z matką martwiłyśmy się bardzo, bo nadal jadł, co chciał, i codziennie wypijał do kolacji butelkę czerwonego wina z własnej winnicy. To, że wreszcie stało się najgorsze, nie powinno być dla nas zaskoczeniem. Ale może uważałyśmy go za niezniszczalnego. Jego silna osobowość i pogoda ducha podtrzymywały to złudzenie. Jednak, jak z goryczą stwierdziła matka, wszyscy jesteśmy tylko zwykłymi śmiertelnikami. Tata przynajmniej żył po swojemu do samego końca. Poza tym skończył siedemdziesiąt trzy lata, o czym zawsze zapominałam, bo wydawał się w tak dobrej formie fizycznej i umiał cieszyć się chwilą.
W efekcie czułam się oszukana. Przecież miałam dopiero dwadzieścia dwa lata i choć zawsze wiedziałam, że pojawiłam się w życiu rodziców dość późno, znaczenie tego dotarło do mnie dopiero po tym, jak tata zmarł. Przez parę miesięcy po jego śmierci złościłam się na tę niesprawiedliwość. Mój starszy brat, Jack, który miał trzydzieści dwa lata, miał szczęście spędzić z tatą dziesięć lat więcej.
Mama najwyraźniej wyczuwała mój gniew, choć nigdy jej o nim nie wspominałam, więc zaczęły mnie gnębić wyrzuty sumienia; w końcu to nie była jej wina. Bardzo ją kochałam - zawsze byłyśmy sobie bliskie - i widziałam, że ona też cierpi. Robiłyśmy, co w naszej mocy, by się nawzajem pocieszyć, i jakoś przebrnęłyśmy przez to razem.
Jack był wspaniały - zajął się wszystkimi okropnymi formalnościami po śmierci taty. Musiał też przejąć prowadzenie winnicy, przedsiębiorstwa, które mama z tatą stworzyli od podstaw, ale mój brat był przynajmniej dobrze przygotowany przez ojca do tego zadania.
Od małego chodził z ojcem, kiedy ten doglądał swoich cennych krzewów, które między lutym a kwietniem, w zależności od pogody, rodziły grona, przekształcające się w końcu w cudowne - a ostatnio i nagradzane - pinot noir. Butelki tego wina leżakowały potem w piwnicy, a wreszcie rozwożono je po całej Nowej Zelandii i Australii. Tata wyjaśnił Jackowi wszystkie etapy produkcji, nim mój brat skończył dwanaście lat. Już w tym wieku tyle umiał, że byłby pewnie w stanie sam zarządzać pracownikami.
Kiedy skończył szesnaście lat, oficjalnie zadeklarował, że chce przyłączyć się do ojca i pewnego dnia prowadzić winnicę. Tata był w siódmym niebie. Jack pojechał studiować ekonomię, a potem zaczął pracować w pełnym wymiarze w naszej winnicy.
- Nie ma nic lepszego, niż przekazać następcom zdrowo funkcjonujące przedsiębiorstwo - powiedział ojciec, wznosząc toast za Jacka, kiedy ten wrócił z półrocznej praktyki w winnicy w Adelaide Hills w Australii i tata uznał, że syn jest już gotowy na to, by zostać jego wspólnikiem. - Może i ty pewnego dnia do nas dołączysz, Mary-Kate - dodał. - Sto lat, za winiarzy z rodu McDougal!
Podczas gdy mój brat wpasował się w marzenia taty, ze mną było wręcz przeciwnie. Pewnie Jacka naprawdę pasjonowała produkcja świetnych win, a poza tym potrafił wyczuć wadliwe grono na kilometr i miał dryg do interesów. Ja, dorastając, widziałam, jak tata z Jackiem doglądają krzewów i z oddaniem pracują w czymś, co czule nazywaliśmy "laboratorium" (a co w rzeczywistości było tylko sporą szopą z blaszanym dachem), ale moje zainteresowania były inne. Winnica wydawała mi się czymś, co nie dotyczy mnie i mojej przyszłości, ale to nie przeszkadzało mi po szkole albo podczas wakacji i ferii pracować w naszym sklepiku czy pomagać, kiedy tylko zaszła taka potrzeba. Wino nie było jednak moją pasją. Choć tata robił wrażenie rozczarowanego, kiedy oznajmiłam, że chciałabym iść na studia muzyczne, wielkodusznie to zrozumiał.
- Pięknie - orzekł, ściskając mnie. - Muzyka to wspaniała dziedzina, Mary-Kate. A czym konkretnie chciałabyś się w przyszłości zajmować?
Nieśmiało zdradziłam, że myślę o śpiewaniu i pisaniu piosenek.
- Ambitne marzenia. Mogę tylko życzyć ci szczęścia i zapewnić, że oboje z mamą będziemy cię wspierać, prawda?
- Cudownie, Mary-Kate, bardzo się cieszę - powiedziała mama. - Wyrażanie siebie w piosence to prawdziwa magia.
Zaczęłam więc studia muzyczne. Wybrałam Uniwersytet Wiktorii w Wellingtonie, który oferował je na poziomie światowym - i cieszyłam się każdą minutą nauki. Miałam dostęp do porządnego studia, gdzie mogłam nagrywać piosenki. Otoczenie kolegów i koleżanek, którzy podzielali moją pasję, okazało się fantastyczne. Stworzyłam duet z Fletchem, który był wspaniałym przyjacielem, grał na gitarze rytmicznej, a jego głos harmonizował dobrze z moim. Ja akompaniowałam nam na keyboardzie. Od czasu do czasu dawaliśmy koncerty w Wellingtonie. Wystąpiliśmy też na gali dyplomowej w zeszłym roku i właśnie wtedy moja rodzina po raz pierwszy miała okazję usłyszeć na żywo, jak śpiewam i gram.
- Jestem z ciebie taki dumny, MK - powiedział tata i mnie uściskał.
To była jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu.
- I teraz, rok po dyplomie, nadal plączę się po winnicy - mruknęłam. - A coś ty sobie myślała? Że zwrócą się do ciebie ludzie z jakiejś wytwórni jak Sony i będą błagać, żebyś podpisała z nimi kontrakt?
Odkąd opuściłam uczelnię, moja przyszłość malowała się w coraz czarniejszych barwach. W dodatku po śmierci taty nie byłam w stanie skupić się na komponowaniu. Miałam wrażenie, że jednocześnie straciłam dwie miłości swojego życia, zwłaszcza że były ze sobą tak ściśle związane. Tata uwielbiał piosenki śpiewane przez różne wokalistki i to mnie zainspirowało. Dorastałam, słuchając Joni Mitchell, Joan Baez i Alanis Morissette.
Czas spędzony na studiach w Wellingtonie uświadomił mi, jak bezpieczne i idylliczne miałam dzieciństwo. Dolina Gibbston była niczym rajski ogród. Góry wyrastające wokół niej stanowiły przyjemną fizyczną barierę od reszty świata, a żyzne ziemie w magiczny sposób rodziły mnóstwo owoców.
Pamiętam, jak nastoletni Jack podstępnie namówił mnie do zjedzenia jeżyn z kolczastych dzikich krzewów za domem i jego śmiech, kiedy wypluwałam kwaśne owoce. W tamtych czasach chodziłam samopas. Rodzice nie bali się o mnie. Wiedzieli, że w tej cudownej wiejskiej krainie nie stanie mi się nic złego. Mogłam bawić się w chłodnych, przejrzystych strumieniach czy gonić króliki wśród szorstkich traw. Tata z mamą pracowali w winnicy. Robili wszystko, od sadzenia krzewów i zabezpieczania ich przed wygłodniałymi dzikimi zwierzętami, po zbieranie owoców i wyciskanie ich. A ja żyłam w swoim świecie.
Jasne poranne słońce przesłoniła nagle chmura, nadając dolinie ciemniejszy odcień zieleni. To było ostrzeżenie, że nadchodzi zima i nie po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać, czy mój przyjazd tu nie był błędem. Kilka miesięcy wcześniej mama po raz pierwszy wspomniała o swoim pomyśle, by wziąć sobie "wolne" na - jak to określiła - "wielką podróż" dookoła świata. Chciała odwiedzić przyjaciół, których nie widziała od lat. Spytała, czy nie miałabym ochoty się z nią wybrać. W tym czasie miałam jeszcze nadzieję, że nagranie demo, które zrobiliśmy z Fletchem i tuż przed śmiercią taty rozesłaliśmy do światowych wytwórni płytowych, wywoła jakieś zainteresowanie. Niestety, na półce w moim pokoju rosła sterta odpowiedzi w stylu: Ten rodzaj muzyki nie jest tym, czego w tej chwili szukamy.
- Kochanie, chyba nie muszę ci mówić, że jeśli chodzi o możliwość przebicia się, rynek muzyczny jest jedną z najtrudniejszych branż - powiedziała mama.
- Dlatego sądzę, że powinnam tu zostać - odparłam. - Pracujemy z Fletchem nad nowym materiałem. Nie mogę opuścić tonącego statku.
- Na pewno, racja - przyznała. - Przynajmniej masz winnicę, gdzie zawsze możesz wrócić i pracować, gdyby coś poszło nie tak.
Wiedziałam, że mówi to z dobrego serca i powinnam być wdzięczna, że mogłabym zarabiać, pomagając w sklepie i w księgowości. Ale kiedy spojrzałam na swój rajski ogród, westchnęłam ciężko, bo myśl, że miałabym tu zostać na resztę życia, nie napawała mnie optymizmem, choć w dolinie Gibbston było bezpiecznie i pięknie. Wszystko się zmieniło, odkąd poszłam na studia, a jeszcze bardziej po śmierci taty. Miałam wrażenie, że z jego odejściem przestało bić serce tego miejsca. W dodatku Jack - który przed śmiercią taty umówił się na wyjazd na lato do winnicy w Dolinie Rodanu - zdecydował z mamą, że nie powinien rezygnować z planów.
- Przyszłość winnicy leży w rękach Jacka. Musi nauczyć się, ile tylko zdoła - powiedziała mi mama. - Na miejscu zostanie nasz zarządca Doug i pokieruje wszystkim. A poza tym, to pora, kiedy nic się specjalnie nie dzieje. Idealny czas na wyjazd Jacka.
Ale kiedy wczoraj mama wyruszyła w swoją "wielką podróż", a Jacka też już nie było, poczułam się bardzo samotna i bałam się, że popadnę w jeszcze większe przygnębienie.
- Tęsknię za tobą, tato - szepnęłam, wchodząc do kuchni, by wziąć sobie coś na śniadanie, choć nie byłam głodna. Cisza panująca w domu nie poprawiała mi nastroju. Przez całe moje dzieciństwo zawsze roiło się tu od ludzi - jak nie dostawcy lub zbieracze, to ściągający do winnicy goście, z którymi rozmawiał tata. Częstował ich próbkami naszych win i często zapraszał na kolację. Gościnność i przyjacielski stosunek leżą w naturze Kiwi - mieszkańców Nowej Zelandii. Byłam przyzwyczajona, że siadamy z całkiem obcymi ludźmi do naszego wielkiego sosnowego stołu w jadalni, z której roztaczał się widok na dolinę. Nie miałam pojęcia, jakim cudem mama potrafiła w jednej chwili wyczarować mnóstwo pyszności, ale tak się działo. A tata, wesoły i serdeczny, sprawiał, że zawsze było mnóstwo śmiechu. Bawiliśmy się doskonale.
Teraz brakowało mi także Jacka i jego spokojnej, pozytywnej energii. Lubił się ze mną przekomarzać, ale jednocześnie wiedziałam, że mam w nim wsparcie i najlepszego opiekuna.
Wyjęłam z lodówki karton soku pomarańczowego i wlałam resztkę jego zawartości do szklanki, a potem mocowałam się, by ukroić kromkę z bochenka czerstwego chleba. Zrobiłam z niej grzankę, żeby była jadalna, i wzięłam się za spisywanie listy zakupów. Musiałam uzupełnić zapasy. Najbliższy sklep był w Arrowtown. Powinnam się tam wkrótce wybrać. Choć mama zostawiła mnóstwo pojemników z gotowymi daniami w zamrażarce, jakoś nie wydawało mi się stosowne rozmrażać tak wielkie porcje tylko dla mnie.
Trzęsąc się z zimna, ruszyłam z listą do salonu. Usiadłam na starej kanapie przed wielkim kominkiem zbudowanym z szarego wulkanicznego kamienia, którego było w okolicy pod dostatkiem. Między innymi to ten kominek trzydzieści lat temu przekonał moich rodziców do kupna jednoizbowej wówczas chaty na pustkowiu. Nie było tu bieżącej wody ani żadnych wygód. Mama i tata lubili wspominać, jak to pierwszego lata oni i dwuletni Jack myli się w strumieniu między skałami za chatą, a za wygódkę służyła im zwykła dziura w ziemi.
- To było najszczęśliwsze lato w moim życiu - mawiała mama. - A w zimie zrobiło się jeszcze lepiej, bo paliliśmy w kominku.
Miała bzika na punkcie ognia. I kiedy tylko w dolinie zaczynały się mrozy, tata, Jack i ja byliśmy wysyłani po drewno ze składziku - dobrze wyleżakowane, bo narąbane dużo wcześniej. Układaliśmy je we wnękach po obu stronach kominka. Potem mama pocierała zapałkę nad umieszczonymi w nim szczapami i odprawiała rytuał rozpalania pierwszego ognia. Od tej chwili przez wszystkie dni zimy w kominku wesoło trzaskały płomienie aż do września, gdy dzikie hiacynty i przebiśniegi (których cebulki sprowadziliśmy z Europy) zakwitały pod drzewami, zwiastując początek wiosny w Nowej Zelandii.
Może powinnam tu napalić, pomyślałam, wspominając ciepły, przyjemny blask, który witał mnie w mroźne dni przez całe moje dzieciństwo, kiedy wracałam ze szkoły. Jeśli tata był metaforycznym sercem winnicy, mama i jej ogień były nim dla naszego domu.
Otrząsnęłam się z tych myśli. Przecież jestem za młoda, żeby szukać pociechy we wspomnieniach z dzieciństwa. Potrzebowałam towarzystwa, to wszystko. Problem w tym, że większość moich przyjaciół ze studiów albo wyjechała za granicę - nacieszyć się ostatnimi chwilami wolności, nim się ustatkują i znajdą zatrudnienie - albo już pracowała.
Choć mieliśmy w domu linię telefoniczną, sygnał internetu pojawiał się tylko od czasu do czasu. Wysyłanie maili było koszmarem i tata często wolał już jechać z tym pół godziny do Queenstown i korzystać z komputera swojego przyjaciela prowadzącego biuro turystyczne. Zawsze mówił, że nasza dolina to Brigadoon, jak wioska z filmu z lat pięćdziesiątych, która budzi się ze snu tylko na jeden dzień co sto lat, żeby nigdy nie zmienił jej świat zewnętrzny. Może miał rację - w dolinie wszystko pozostawało mniej więcej jak za dawnych czasów - ale na pewno nie było to miejsce dla początkującej piosenkarki, która chce zaistnieć na scenie muzycznej. Marzył mi się Manhattan, Londyn lub Sydney, ogromne budynki, gdzie mieściły się wytwórnie płytowe, które wzięłyby Fletcha i mnie pod swoje skrzydła i zrobiły z nas gwiazdy...
Moje myśli przerwał dzwonek telefonu. Poderwałam się na nogi, żeby zdążyć odebrać.
- Tu winnica - rzuciłam automatycznie, jak to robiłam od czasów dzieciństwa.
- Cześć, MK, mówi Fletch - odezwał się mój przyjaciel, skracając moje imię do inicjałów, jak wszyscy poza mamą.
- O, cześć... - Serce zabiło mi mocniej. - Jakieś nowe wieści?
- Nie, nic. Ale pomyślałem, że może skorzystam z twojej propozycji i do ciebie przyjadę. Mam kilka dni wolnego w kawiarni i chętnie ucieknę na trochę z miasta. Co ty na to?
A ja tak chętnie wyrwałabym się do miasta...
- Cudownie! Wpadaj, kiedy chcesz. Zapraszam.
- A gdyby tak jutro? Wybrałbym się samochodem, więc byłbym pewnie koło południa. Oczywiście jeśli tylko Sissy wydoli.
Sissy to furgonetka, którą Fletch i ja jeździliśmy na występy po pubach. Miała dwadzieścia lat, była cała przerdzewiała i pluła czarnym dymem z rury wydechowej, którą Fletch podwiązał sznurkiem. Mogłam tylko mieć nadzieję, że Sissy wytrzyma jakoś trzygodzinną jazdę z Dunedin, gdzie mieszkał z rodziną.
- Czyli do zobaczenia koło lunchu? - spytałam.
- Tak. Już nie mogę się doczekać. Wiesz, jak uwielbiam waszą dolinę. Może siądziemy sobie na kilka godzin przy pianinie i skomponujemy coś nowego?
- Jasne - odparłam, choć wiedziałam, że nie jestem w najlepszej formie do tworzenia czegokolwiek. - To na razie, Fletch. Do zobaczenia jutro.
Odłożyłam słuchawkę i wróciłam na kanapę, pokrzepiona na duchu perspektywą przyjazdu przyjaciela. Zawsze poprawiał mi nastrój swoim poczuciem humoru i pozytywnym podejściem do życia.
Nagle usłyszałam dochodzący z zewnątrz okrzyk i przeciągły gwizd. W ten sposób zarządca winnicy uprzedzał, że nadchodzi. Wstałam, wyszłam na taras i pomiędzy nagimi rzędami winorośli zobaczyłam zbliżającego się do domu Douga z grupką krępych wyspiarzy.
- Hej, hej! - zawołałam.
- Cześć, MK! Przyprowadziłem ekipę, żeby pokazać im, od czego zaczynać - powiedział.
- Fajnie. Cześć, chłopaki! - krzyknęłam do nich, a oni mi pomachali.
Ich obecność przyjemnie przełamała ciszę. Miałam wrażenie, że słońce wyszło zza chmur. Widok ludzi i świadomość, że jutro przyjedzie Fletch, bardzo podniosły mnie na duchu.
2
Atlantis
Jezioro Genewskie, Szwajcaria
Czerwiec 2008
- Jesteś blada, Maju. Dobrze się czujesz? - spytała Marina, wchodząc do kuchni.
- Nic mi nie jest. Po prostu nie najlepiej spałam. Myślałam o tej bombie, jaką spuścił na nas Georg.
- Tak, to szok. Kawy? - zaproponowała Marina.
- O nie, dziękuję. Chętnie napiję się herbaty z rumianku, jeśli jest.
- Oczywiście, mam rumianek - wtrąciła Claudia. Jej siwe włosy były ściągnięte jak zwykle w ciasny koczek, a surowa twarz rozpromieniła się w uśmiechu, kiedy popatrzyła na Maję, stawiając na kuchennym stole koszyczek świeżo upieczonych rogalików i bułeczek. - Pijam go co wieczór przed snem.
- Chyba coś ci dolega, Maju. Nie pamiętam, żebyś kiedyś odmówiła rano kawy - zauważyła Marina, nalewając sobie.
- Zwyczaje są po to, żeby je łamać - powiedziała Maja słabym głosem. - Najwyraźniej nie przestawiłam się jeszcze na tutejszy czas po locie.
- Nic dziwnego, chérie. To może zjedz coś, wracaj do łóżka i spróbuj zasnąć?
- Nie. Georg mówił, że zajrzy do nas, by przedyskutować, co zrobimy z... w sprawie Zaginionej Siostry. Jak sądzisz, czy jego źródła są wiarygodne?
- Nie mam pojęcia. - Marina westchnęła ciężko.
- Na pewno - wtrąciła się Claudia. - Nie wpadałby tu o północy, gdyby miał wątpliwości.
- Dzień dobry wszystkim - powiedziała Ally, dołączając do towarzystwa w kuchni.
Miała w nosidełku śpiącego Beara. Główka opadała mu na bok, a w jednej z malutkich piąstek zaciskał kosmyk kręconych, złocistorudych loków mamy.
- Może chcesz, żebym zabrała go od ciebie i zaniosła do łóżeczka? - zaproponowała Marina.
- Nie, bo jak tylko orientuje się, że jest sam, od razu budzi się i wrzeszczy. Ojej, Maju. Jakaś ty blada.
- Przed chwilą też to mówiłam - mruknęła Marina.
- Naprawdę, nic mi nie jest - powtórzyła Maja. - A właśnie... jest tu gdzieś Christian? - zwróciła się do Claudii.
- Tak, choć właśnie wybiera się łodzią na drugą stronę jeziora, żeby zrobić mi zakupy.
- Mogłabyś do niego zadzwonić i powiedzieć mu, że z nim popłynę? Muszę coś załatwić w mieście. Jeśli się pospieszymy, wrócimy na czas, żebym była tu, kiedy wpadnie Georg.
- Oczywiście.
Claudia wzięła słuchawkę, by powiadomić Christiana.
- Muszę się trochę pokrzątać po domu - oznajmiła Marina, stawiając przed Ally filiżankę kawy. - Zostawiam was więc. Jedzcie sobie w spokoju śniadanie, dziewczynki.
- Christian szykuje łódź. Będzie gotów za piętnaście minut - powiedziała Claudia, odkładając telefon. - Ja też idę. Pomogę Marinie. - Skinęła im głową i wyszła z kuchni.
- Na pewno nic ci nie jest? - spytała Ally siostrę, kiedy zostały same. - Jesteś blada jak chusta.
- Proszę, nie przesadzaj. Może w samolocie złapałam jakiegoś wirusa żołądkowego. - Maja łyknęła odrobinę herbaty. - Rany, jak tu dziwnie, prawda? Wszystko jest niby jak dawniej, kiedy żył Pa Salt. Tylko że jego już nie ma. Cokolwiek się dzieje, czuję, jak bardzo go brak.
- Ja jestem tu dłużej. Przyzwyczaiłam się trochę... ale masz rację.
- A skoro już mowa o tym, jak to ja źle wyglądam, to muszę powiedzieć, że strasznie schudłaś.
- Po porodzie zrzuciłam brzuch, to normalne.
- Nie, nie w tym rzecz. Pamiętasz, ostatni raz widziałam cię rok temu, kiedy wyjeżdżałaś stąd, by dołączyć do Theo na regatach Fastnet. Nie byłaś wtedy jeszcze w ciąży.
- Tak naprawdę byłam, ale o tym nie wiedziałam - sprostowała Ally.
- Nie miałaś żadnych objawów? Porannych mdłości czy czegoś w tym rodzaju?
- Z początku nie. Zaczęło się dopiero koło ósmego tygodnia, o ile sobie przypominam. I wtedy czułam się naprawdę paskudnie.
- A teraz za bardzo wychudłaś. Może nie dbasz o siebie?
- Kiedy jestem sama, nie chce mi się gotować. Nie warto dla jednej osoby. Poza tym, nawet jeśli siadam coś zjeść, stale zrywam się od stołu, żeby uspokoić małego. - Ally pogładziła czule policzek Beara.
- Musi być ci ciężko wychowywać samej dziecko.
- Przyznam, że tak. Oczywiście mam brata, Thoma, ale jest drugim dyrygentem w filharmonii w Bergen, więc widujemy się tylko w niedziele. A czasem nawet rzadziej, bo jeździ w trasy z orkiestrą. To nie brak snu, wieczne karmienia i zmienianie pieluch najbardziej mnie męczą. Najgorsze jest to, że nie mam z kim pogadać, zwłaszcza kiedy Bear źle się czuje i martwię się o niego. Cudownie jest mieć w pobliżu mamę. Ona wie wszystko o dzieciach.
- W końcu to babcia. - Maja uśmiechnęła się. - Pa Salt tak by się cieszył z Beara. Naprawdę ten mały jest uroczy. Ale przepraszam, biegnę na górę się przygotować.
Gdy Maja wstała, Ally złapała starszą siostrę za rękę.
- Tak dobrze cię widzieć. Bardzo za tobą tęskniłam.
- A ja za tobą. - Maja pocałowała ją w czubek głowy. - Do zobaczenia.
*
- Ally! Maju! Przyszedł Georg! - zawołała Marina z dołu schodów w południe.
Z mansardy dobiegły okrzyki "Idziemy!".
- Pamiętasz, jak Pa Salt kupił ci na gwiazdkę mosiężny megafon? - Georg uśmiechnął się, idąc za Mariną przez kuchnię na zalany słońcem taras.
Prawnik wydawał się o wiele bardziej opanowany niż poprzedniego wieczoru. Jego szpakowate włosy były starannie sczesane do tyłu, a elegancki prążkowany garnitur zdobiła dobrana ze smakiem mała poszetka.
- No pewnie - rzuciła Marina, wskazując mu miejsce pod parasolem. - Oczywiście niewielki był z tego pożytek, bo dziewczynki zawsze nastawiały muzykę na pełen regulator albo na czymś grały... albo się kłóciły. Na górze było jak w wieży Babel. Uwielbiałam to. No dobrze, mam likier z dzikiego bzu Claudii i schłodzoną butelkę twojego ulubionego prowansalskiego rosé. Co wybierasz?
- Dzień taki piękny, a ja jeszcze nie skosztowałem tego lata rosé, więc się skuszę. Dziękuję, Marino. Mogę nalać i tobie?
- Oj, nie. Nie powinnam pić. Mam jeszcze dużo do zrobienia po południu i...
- Daj spokój. Jesteś Francuzką! Kieliszek rosé ci nie zaszkodzi. Nalegam.
Na tarasie pojawiły się Maja i Ally.
- Witajcie, dziewczyny. - Georg wstał. - Mogę wam zaproponować po kieliszku rosé?
- Dla mnie odrobinę, poproszę. - Ally usiadła. - Może dzięki temu Bear będzie lepiej spał w nocy. - Zachichotała.
- Ja nie, dziękuję - odparła Maja. - Wiecie, już prawie zapomniałam, jak pięknie jest w Atlantis. W Brazylii wszystko jest takie... intensywne. Ci hałaśliwi ludzie, jaskrawe kolory i upał... W porównaniu z tym wszystko tu wydaje się takie delikatne, łagodne.
- Spokojnie tu, to prawda - przyznała Marina. - Mamy szczęście mieć wokół siebie całe piękno, jakie jest w stanie zaoferować natura.
- Jak ja się stęskniłam za śniegiem w zimie - szepnęła Maja.
- Powinnaś przyjechać do Norwegii zimą. Zaraz by ci przeszło. - Ally się uśmiechnęła. - Bywa też gorzej, kiedy stale leje. W Bergen deszczu jest o wiele więcej niż śniegu. Ale, ale, Georg, masz jakieś nowe przemyślenia na temat tego, co nam wczoraj powiedziałeś?
- Poza tym, że musimy przedyskutować, co dalej, to nie. Jedno z nas powinno pojechać teraz pod adres, który mam, i sprawdzić, czy ta kobieta jest naprawdę Zaginioną Siostrą.
- A po czym to poznamy? - spytała Maja. - W jaki sposób ją zidentyfikujemy?
- Przekazano mi rysunek... pewnego klejnotu, który podobno dostała. Jest dość niezwykły. Jeśli go ma, będziemy wiedzieć na pewno, że to ona. Przywiozłem ten rysunek. - Georg sięgnął do skórzanej aktówki i wyciągnął jakąś kartkę. Położył ją na stole, żeby wszystkie mogły zobaczyć.
Ally nachyliła się, by przyjrzeć się z bliska, Maja zaglądała jej przez ramię.
- Jest narysowany z pamięci - wyjaśnił Georg. - Te kamienie to szmaragdy. A pośrodku diament.
- Piękny - powiedziała Ally. - Patrz, Maju, ma kształt gwiazdy... - urwała, by przeliczyć - siedmioramiennej.
- Wiesz, kto zrobił ten pierścionek? - spytała prawnika Maja. - Ma dość niezwykły kształt.
- Niestety, nie.
- Czy to Pa Salt go narysował? - drążyła dalej.
- Tak.
- Siedmioramienna gwiazda, symbol Siedmiu Sióstr... - szepnęła Ally.
- Georg, mówiłeś wczoraj, że ona ma na imię Mary - przypomniała Maja.
- Owszem.
- Czy Pa Salt ją znalazł, chciał adoptować, a potem coś się stało i nie mógł jej znaleźć?
- Wiem tylko tyle, że tuż przed tym, jak... odszedł, dostał nowe informacje i kazał mi pójść ich śladem. Kiedy dowiedziałem się, gdzie się urodziła, prawie rok zajęło mi ustalenie, gdzie może przebywać teraz. Przez lata podążałem wieloma fałszywymi tropami, które prowadziły donikąd. Tym razem jednak wasz ojciec był przekonany, że źródło jest wiarygodne.
- Kto był tym źródłem? - spytała Maja.
- Tego nie mówił - odparł Georg.
- Jeśli to byłaby Zaginiona Siostra, jaka szkoda, że po tylu latach poszukiwań odnalazłaby się dopiero rok po śmierci Pa Salta. - Maja westchnęła ciężko.
- Czy nie byłoby cudownie, gdyby to była ona? - powiedziała Ally. - Mogłybyśmy zaprosić ją do Atlantis, żeby razem z nami popłynęła Tytanem i uczestniczyła w złożeniu wieńca w hołdzie dla Pa Salta.
- Masz rację. - Maja uśmiechnęła się. - Choć jest jeden szkopuł. Według twojej informacji, Georg, ta Mary nie mieszka zbyt blisko. A my wyruszamy w rejs do Grecji za niecałe trzy tygodnie.
- No tak, a ja, niestety, mam dość napięty grafik - zaznaczył Georg. - Gdyby nie to, sam pojechałbym ją odnaleźć.
Jakby dla podkreślenia jego słów zadzwonił jego telefon. Prawnik przeprosił i odszedł od stołu.
- Mogę coś zasugerować? - przerwała ciszę Marina.
- Oczywiście, mamo, prosimy - zachęciła ją Maja.
- Georg powiedział nam wczoraj, że ta Mary mieszka w Nowej Zelandii, więc dziś rano sprawdziłam, ile trwa podróż z Sydney do Auckland. Bo...
- ...CeCe jest w Australii - dokończyła za nią Maja. - Też o tym pomyślałam.
- Z Sydney do Auckland są trzy godziny lotu - powiedziała Marina. - Jeśli CeCe i jej przyjaciółka Chrissie wyruszyłyby dzień wcześniej, niż planowały, może mogłyby zahaczyć o Nową Zelandię i sprawdzić, czy Mary jest tą, za którą uważa ją Georg.
- Doskonały pomysł - rzuciła Ally. - Zastanawiam się tylko, czy CeCe zechce to zrobić. Wiem, że nie znosi latać.
- Jeśli wyjaśnimy jej, w czym rzecz, na pewno się zgodzi - odparła Marina. - To byłoby coś wspaniałego, gdyby Zaginiona Siostra dołączyła do rodziny na ceremonii ku czci ojca.
- Pytanie tylko, czy ta Mary w ogóle wie coś o Pa Salcie i naszej rodzinie? - wyraziła swoje wątpliwości Ally. - Tak rzadko spotykamy się teraz wszystkie razem... To byłby idealny moment, żeby się poznać. Oczywiście jeśli ona jest tą, za którą uważa ją Georg. I jeżeli zechce się z nami zobaczyć. Sądzę, że teraz najważniejsze to jak najszybciej skontaktować się z CeCe, bo w Australii jest już wieczór.
- A co z resztą sióstr? - spytała Maja. - To znaczy... czy mamy im powiedzieć?
- Słuszne pytanie - stwierdziła Ally. - Powinnyśmy wysłać maile do Star, Tiggy i Elektry, żeby dać im znać, co się dzieje. Chcesz zadzwonić do CeCe, Maju, czy ja mam to zrobić?
- Może ty zadzwoń, dobrze? Jeśli wam to nie przeszkadza, poszłabym położyć się na trochę przed lunchem. Wciąż lekko mnie mdli.
- Biedactwo - powiedziała Marina, wstając. - Rzeczywiście, jesteś aż zielona.
- Zaraz zadzwonię do CeCe - zdecydowała Ally. - Mam tylko nadzieję, że nie wyjechała ze swoim dziadkiem na plener w dziczy. W jego chacie zwykle nie ma sygnału.
Z kuchni wyłoniła się Claudia.
- Zacznę szykować lunch. Zostanie pan? - spytała Georga, który właśnie wracał do stołu.
- Nie, dziękuję. Mam kilka pilnych spraw i muszę natychmiast jechać. Co ustaliłyście? - zwrócił się do Mariny.
Ally z Mają opuściły taras. Marina dostrzegła kropelki potu na czole prawnika. Wydawał się dziwnie rozkojarzony.
- Skontaktujemy się z CeCe, może będzie mogła polecieć - oznajmiła Marina. - Georg, jesteś pewien, że to jest ona?
- Przekonywali mnie do tego ci, którzy mają dobre rozeznanie - odpowiedział. - Chciałbym móc pogadać dłużej, ale, niestety, muszę się już pożegnać.
- Dziewczyny sobie z tym poradzą. To już dorosłe kobiety, będą wiedziały, co robić. - Marina położyła rękę na jego dłoni, by go uspokoić. - Staraj się nie martwić. Mam wrażenie, że jesteś strasznie spięty.
- Spróbuję, Marino, spróbuję - odparł z westchnieniem.
*
Ally znalazła australijski numer komórkowy CeCe w notesie i wzięła słuchawkę z holu, żeby zatelefonować.
- Odbierz, odbierz... - szeptała pod nosem, gdy przez pięć czy sześć dzwonków nic się nie działo. Wiedziała, że nie ma sensu zostawiać siostrze wiadomości, bo CeCe rzadko je odsłuchiwała. - Cholera - mruknęła, kiedy włączyła się poczta głosowa. Odłożyła słuchawkę i już miała iść na górę, żeby nakarmić Beara, kiedy zadzwonił telefon. - Allô?
- Cześć, czy to mama?
- CeCe! To ja, Ally. Dzięki wielkie, że oddzwoniłaś.
- Nie ma sprawy, wyświetlił mi się numer Atlantis. Wszystko w porządku?
- Tak, tu wszystko dobrze. Wczoraj przyleciała Maja. Cudownie znów ją widzieć. Kiedy dokładnie masz lot do Londynu?
- Pojutrze jedziemy z Alice Springs do Sydney. Chyba mówiłam ci, że planujemy najpierw zatrzymać się na kilka dni w Londynie. Muszę załatwić sprzedaż mojego mieszkania i chcemy zobaczyć się ze Star. Okropnie boję się lotu, jak zwykle.
- Wiem, ale słuchaj, Georg przyniósł nam niesamowitą wiadomość. Nie martw się, nic złego, ale to ważne... albo przynajmniej może się okazać bardzo ważne.
- O co chodzi?
- Dostał informacje o... Zaginionej Siostrze. Sądzi, że ona mieszka w Nowej Zelandii.
- Masz na myśli słynną siódmą siostrę? O rany! - CeCe aż dech zaparło z wrażenia. - Co za historia! Jak Georg ją znalazł?
- Nie jestem pewna. Wiesz, jaki jest skryty. Więc...
- Zaraz spytasz mnie, czy nie podskoczyłabym do Nowej Zelandii, żeby się z nią zobaczyć, co? - odezwała się CeCe.
- Piątka, mój ty Sherlocku Holmesie. - Ally uśmiechnęła się do słuchawki. - Wiem, że to nieco wydłuży ci podróż, ale jesteś zdecydowanie najbliżej. Byłoby cudownie, gdybyśmy mogły ją mieć wśród nas, kiedy będziemy składać wieniec dla Pa Salta.
- Jasne, ale nic o tej osobie nie wiemy. A czy ona wie cokolwiek o nas?
- Nie mamy pojęcia. Georg zna tylko jej nazwisko, imię i adres. O! I jest jeszcze rysunek pierścionka, który dowodziłby, że to ona.
- Podasz mi adres? Bo wiesz, Nowa Zelandia to spory kraj.
- Nie mam go przy sobie, ale mogę zawołać do słuchawki Georga. Georg?!
Ally skinęła na niego ręką, bo właśnie wynurzył się z kuchni i ruszał do wyjścia.
- Mam przy telefonie CeCe. Chce wiedzieć, gdzie konkretnie w Nowej Zelandii mieszka ta Mary.
- Mary? Tak ma na imię? - spytała CeCe.
- Wszystko na to wskazuje. Daję ci Georga.
Ally słuchała, gdy prawnik odczytywał adres.
- Dziękuję, CeCe - powiedział potem. - Wszelkie koszty zostaną pokryte z funduszu. Giselle, moja sekretarka, zarezerwuje loty. A teraz oddaję słuchawkę twojej siostrze, bo muszę iść. Masz numer mojego biura. Kontaktuj się z Giselle, jeślibyś czegoś potrzebowała. A teraz na razie, adieu.
- No dobrze. Jestem, CeCe. - Ally pomachała na pożegnanie Georgowi, który wychodził frontowymi drzwiami. - Wiesz, gdzie to jest w Nowej Zelandii?
- Czekaj. Zapytam Chrissie.
Odbyła się jakaś stłumiona dyskusja w tle, po czym CeCe wróciła do telefonu.
- Chrissie mówi, że to w głębi Wyspy Południowej. Sądzi, że będziemy mogły polecieć z Sydney do Queenstown. Będzie łatwiej niż przez Auckland. Zastanowimy się.
- Świetnie. Czyli wchodzisz w to? - chciała się upewnić Ally.
- Znasz mnie, uwielbiam podróże i przygody, nawet jeśli trzeba wsiąść w samolot. Nigdy nie byłam w Nowej Zelandii, fajnie będzie rzucić na nią okiem.
- Cudownie! Dziękuję, CeCe. Napisz mi w mailu, jak chcecie lecieć. Sekretarka Georga wszystko załatwi. A ja wyślę ci skan rysunku tego pierścionka.
- Dobra. Czy Star o tym wie?
- Nie. Elektra i Tiggy też nie. Zamierzam zaraz do nich napisać.
- Tak się składa, że za chwilę ma dzwonić do mnie Star. Mamy pomówić o naszym spotkaniu w Londynie, więc mogę sama jej powiedzieć. Niesamowita historia, co?
- Tak, pod warunkiem że ta Mary to naprawdę ona. Na razie, CeCe. Bądźmy w kontakcie.
- Cześć, Ally, do szybkiego usłyszenia!
3
CeCe
Dolina Gibbston, Nowa Zelandia
- Trzymasz mapę do góry nogami! - upomniała Chrissie przyjaciółkę, która siedziała na miejscu pasażera.
- Wcale nie... O może i racja. - CeCe się nachmurzyła. - Trudno się połapać, a co do tych wszystkich skrętów... Jezu, kiedy ostatni raz widziałyśmy jakiś drogowskaz?
- Już jakiś czas temu. O rany, co za niezwykły krajobraz, co? - Chrissie nabrała głęboko powietrza, zatrzymała wynajęty samochód na poboczu i popatrzyła na majestatyczne, ciemnozielone góry wznoszące się pod ciężkim od chmur niebem. Sięgnęła, by podkręcić ogrzewanie, kiedy o przednią szybę zaczęły uderzać wielkie krople deszczu.
- Cholera, kompletnie się pogubiłam. - CeCe podała mapę Chrissie i popatrzyła naprzód i do tyłu na pustą drogę. - Wyjechałyśmy z Queenstown wieki temu. Trzeba było zaopatrzyć się tam w coś do jedzenia i picia, ale myślałam, że po drodze będą inne miejscowości.
- Dobra, według wydrukowanej przez nas mapki, powinnyśmy niedługo trafić na drogowskaz prowadzący do winnicy. Więc najlepiej jedźmy dalej. Może znajdziemy kogoś, kto pokaże nam drogę. - Chrissie odgarnęła kosmyk czarnych kręconych włosów z twarzy i uśmiechnęła się blado do przyjaciółki.
Miały za sobą przesiadki w Melbourne i Christchurch, obie były głodne i zmęczone.
- Od dawna nie mijałyśmy prawie żadnych pojazdów. - CeCe wzruszyła ramionami.
- Daj spokój. Gdzie się podział twój duch przygody?
- Nie wiem. Może na starość robię się mniej odporna i wolę siedzieć w domu niż w samochodzie nie wiadomo gdzie, kiedy na zewnątrz leje. Zmarzłam na kość!
- Tutaj zaczyna się zima. Niedługo na szczytach tych gór pojawi się śnieg. Za bardzo rozpieścił cię klimat w Alice Springs, w tym problem - powiedziała Chrissie, kiedy włączyła bieg i ruszyły dalej.
Wycieraczki pracowały na maksimum. W strugach deszczu góry wydawały się teraz zamazaną ciemną plamą.
- Tak, jestem dzieckiem słońca, od zawsze. Mogę pożyczyć sobie twoją bluzę? - CeCe sięgnęła na tylne siedzenie i otworzyła jeden z plecaków.
- Jasne... Mówiłam ci, że tu jest o wiele zimniej. Na szczęście spakowałam zapasowy sweter i dla ciebie.
- Dzięki. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
- Szczerze mówiąc, ja też nie.
CeCe wyciągnęła rękę i ścisnęła dłoń Chrissie.
- Przepraszam - rzuciła. - Nie ma ze mnie żadnego pożytku.
- To nie tak, po prostu nie jesteś... zbyt praktyczna. A ja tak, ale za to nie jestem tak kreatywna jak ty, dlatego tworzymy dobraną parę, prawda?
- Prawda.
Chrissie jechała dalej. Przy niej CeCe czuła się zawsze pewniej i lepiej. Ostatnie kilka miesięcy to był najszczęśliwszy okres w jej życiu. Spędzała czas z przyjaciółką, jeździła na plenery ze swoim dziadkiem Francisem. Jeszcze nigdy nie czuła się tak spełniona jak teraz. Po traumie utraty Star myślała, że już nigdy nie będzie szczęśliwa, ale Chrissie i Francis wypełnili pustkę, jaka została po oddaleniu się od siostry. CeCe odnalazła w nich prawdziwą rodzinę, do której pasowała, choć nie był to typowy układ.
- Patrz! Jest znak. - Wskazała przez strugi deszczu. - Zatrzymaj się, zobaczymy, co tam jest napisane.
- Już stąd widzę. Do winnicy w lewo! Hura! Udało się! - wiwatowała Chrissie. - A właśnie... - dodała, wjeżdżając na wyboisty wąski szlak. - Powiedziałaś siostrom, że przyjeżdżam z tobą do Atlantis?
- Oczywiście, tym, z którymi rozmawiałam.
- Sądzisz, że będą zszokowane... nami?
- Pa Salt wychowywał nas tak, żebyśmy akceptowały wszystkich, bez względu na kolor czy orientację. Może Claudia, nasza gosposia, trochę się zdziwi, ale tylko dlatego, że to kobieta starej daty i ma dość konwencjonalne podejście.
- A co z tobą, CeCe? Nie krępuje cię, że będziemy tam razem na oczach twojej rodziny?
- Wiesz, że nie. Dlaczego nagle masz jakieś obawy?
- Bo... choć opowiadałaś mi o swoich siostrach i Atlantis, to wszystko nie wydawało mi się... realne. Ale za tydzień z kawałkiem naprawdę tam będziemy. I boję się. Zwłaszcza spotkania ze Star. W końcu wy dwie stanowiłyście zgrany tandem, zanim się pojawiłam...
- Masz na myśli... zanim pojawił się Mouse? To Star chciała się ode mnie uwolnić, zapomniałaś?
- Wiem, ale nadal dzwoni do ciebie co tydzień i widzę, że stale ze sobą esemesujecie i...
- Chrissie! Star to moja siostra. A ty... ty jesteś...
- Tak?
- Jesteś moją "drugą połową". To co innego, kompletnie innego, i naprawdę mam nadzieję, że w moim życiu jest miejsce dla was obu.
- Oczywiście, ale to nie jest takie proste... no wiesz, takie "wyjście z szafy".
- Brrr... Nie znoszę tego określenia - mruknęła CeCe. - Ja to ja, jestem, jaka zawsze byłam. Nienawidzę, jak się mnie szufladkuje. Patrz! Kolejny drogowskaz do winnicy. Tu trzeba skręcić.
Wjechały w kolejną wąską drogę. CeCe dostrzegła w oddali równe rzędy nagich krzewów.
- Interes nie prezentuje się zbyt kwitnąco. Na południu Francji o tej porze winorośle są pełne liści i owoców.
- CeCe, zapominasz, że po tej stronie świata z porami roku jest na odwrót, jak w krainie Oz. O ile wiem, zbiory są tu między lutym a kwietniem. Nic dziwnego, że teraz krzewy są nagie. Dobra, kolejny znak. Do sklepu, Dostawy i Recepcja. Pojedziemy do recepcji, dobrze?
- Jak sobie życzysz, szefowo - zgodziła się CeCe. Zauważyła, że przestało padać i zza chmur zaczęło przezierać słońce. - Całkiem jak w Anglii - mruknęła. - W jednej chwili deszcz, a zaraz potem słońce.
- Może dlatego mieszka tu tak wielu Anglików, choć twój dziadek mówił wczoraj, że najwięcej emigrowało tu Szkotów, a w drugiej kolejności Irlandczyków.
- Osiedlali się po drugiej stronie świata w poszukiwaniu szczęścia. Ja też zrobiłam coś takiego. Patrz, kolejna wskazówka do recepcji. Rany, jaki uroczy stary kamienny dom. Wygląda na taki przytulny w tej dolinie osłoniętej ze wszystkich stron górami - zauważyła CeCe, gdy Chrissie parkowała samochód. - Trochę jak nasz, w Szwajcarii, tylko że bez jeziora.
Piętrowy wiejski dom był położony na zboczu tuż nad winnicą, która ciągnęła się tarasami w dół doliny. Był zbudowany z surowo ciosanych szarych kamieni, ułożonych i murowanych w przemyślny sposób. Duże okna odbijały coraz czystszy błękit nieba. Dom otaczała osłonięta daszkiem weranda. Z balustrady zwisały rosnące w donicach jaskrawoczerwone begonie. CeCe po różnych odcieniach szarości kamiennych ścian poznała, że budynek musiał rozrastać się przez lata.
- Recepcja jest tam - przerwała jej myśli Chrissie, wskazując na drzwi po lewej stronie. - Może zastaniemy kogoś, kto pomoże nam znaleźć Mary. Masz ten rysunek pierścionka, który przysłała nam Ally?
- Włożyłam go do plecaka przed wyjazdem.
CeCe wysiadła i wzięła plecak z tylnego siedzenia. Otworzyła suwak przedniej kieszeni i wyciągnęła parę kartek.
- No naprawdę, wygniecione jak psu z gardła - zauważyła zmartwiona Chrissie.
- Przecież to nie ma znaczenia. I tak widać, jak ma wyglądać pierścionek.
- Tak, ale to nie robi dobrego wrażenia. No wiesz, masz zapukać do drzwi kompletnie obcej osoby i powiedzieć jej albo komuś z jej rodziny, że wydaje ci się, że ona jest twoją siostrą... Może wziąć cię za jakąś wariatkę. Ja bym tak pomyślała.
- No... trudno, musimy zapytać. O rany, nagle mam tremę. Racja, mogą uznać, że mi odbiło.
- Dobrze, że masz wasze zdjęcie z ojcem. Na nim wszystkie wyglądacie normalnie.
- Tak, ale nie jak siostry, prawda? - powiedziała CeCe, gdy Chrissie zatrzasnęła drzwi i zamknęła samochód. - No dobrze, chodźmy, zanim stchórzę.
Recepcja - wyłożone sosnową boazerią małe pomieszczenie, w którym wystawiono butelki - mieściła się z boku głównego budynku. Nikogo tam nie zastały. CeCe, zgodnie z instrukcją na kontuarze, wcisnęła dzwonek.
- Popatrz na te wina - rzuciła Chrissie, przechadzając się po pokoju. - Niektóre zdobyły nagrody. To poważne przedsiębiorstwo. Może powinnyśmy poprosić, żeby dali nam skosztować.
- Dopiero południe, a ty od razu zasypiasz, jak się napijesz. Poza tym prowadzisz...
- Witam, czym mogę służyć? - Z bocznych drzwi wyłoniła się wysoka młoda blondynka o jasnoniebieskich oczach.
CeCe uderzyła jej naturalna uroda.
- Mogłybyśmy porozmawiać z... Mary McDougal? - spytała.
- To ja! Jestem Mary McDougal. W czym mogę pomóc?
- No...
- Jestem Chrissie, a to CeCe. - Chrissie podjęła dialog za przyjaciółkę, której najwyraźniej odjęło mowę. - Sytuacja wygląda tak. Ojciec CeCe, który zresztą już nie żyje, miał prawnika, a ten od lat poszukiwał kogoś, kogo w rodzinie CeCe nazywano Zaginioną Siostrą. Ostatnio prawnik otrzymał informacje, według których tą osobą może być mieszkająca tutaj Mary McDougal. Przepraszam, to wszystko brzmi trochę dziwnie, ale...
- Chodzi o to - CeCe doszła już trochę do siebie - że Pa Salt, nasz ojciec, adoptował nas sześć jako niemowlęta. I zawsze mówił, że siódma z nas zaginęła. Że nie potrafi jej odnaleźć. Wszystkie dostałyśmy imiona od gromady gwiazd, Plejad. Brakowało najmłodszej, Merope. To właśnie ona jest siódmą siostrą, jak w legendzie o Siedmiu Siostrach, rozumiesz?
Dziewczyna patrzyła na nią w osłupieniu. CeCe szybko mówiła dalej:
- Pewnie nic o tym nie wiesz. Ale my byłyśmy wychowywane na mitach, choć większość ludzi, jeśli nie interesuje się gwiazdami i mitologią grecką, nigdy nie słyszała o Siedmiu Siostrach. - Uświadomiła sobie, że papla jak najęta, więc umilkła.
- Och, słyszałam o Siedmiu Siostrach, oczywiście. - Mary się uśmiechnęła. - Moja matka, która też ma na imię Mary, studiowała filologię klasyczną. Zawsze cytowała Platona i tak dalej.
- Twoja matka też ma na imię Mary? - CeCe popatrzyła na nią zaskoczona.
- Tak, Mary McDougal, tak jak ja. Ja oficjalnie mam na imię Mary-Kate, choć wszyscy mówią do mnie MK. Ale... wiecie coś jeszcze na temat tej siódmej siostry?
- Tak. Jest jedna rzecz. Mamy rysunek pierścionka - powiedziała Chrissie i położyła przed Mary-Kate, na dzielącej ich wąskiej ladzie, pogniecioną kartkę. - To pierścionek ze szmaragdami. W kształcie siedmioramiennej gwiazdy. Z diamentem pośrodku. Najwyraźniej ta Mary dostała go od... od kogoś i ten pierścionek jest dowodem, że to ona. Rozumiesz. Niestety, to jedyny trop, jaki mamy. Dla ciebie pewnie to nic nie znaczy. Może powinnyśmy już iść. Przepraszamy za zawracanie głowy i...
- Chwileczkę! Mogę spojrzeć jeszcze raz na rysunek? - spytała Mary-Kate.
CeCe popatrzyła na nią zaskoczona.
- Poznajesz go?
- Myślę, że tak.
Żołądek podszedł jej do gardła. Rzuciła okiem na Chrissie; żałowała, że nie może wziąć jej za rękę. Uścisk dłoni przyjaciółki dodałby jej odwagi. Ale nie była jeszcze na tym etapie, by się afiszować przy obcych. Czekała, gdy dziewczyna przyglądała się wydrukowi z bliska.
- Nie mogłabym przysiąc, ale przypomina bardzo pierścionek mojej mamy - odezwała się w końcu Mary-Kate. - Albo raczej... jeśli to jest ten sam... mój pierścionek, bo mama dała mi go na dwudzieste pierwsze urodziny.
- Naprawdę? - wyjąkała CeCe.
- Tak, miała go, odkąd pamiętam. Nie nosiła go na co dzień, ale czasami podczas specjalnych okazji wyjmowała go z pudełka z biżuterią i wkładała. Zawsze bardzo mi się podobał. Jest nieduży, pasował tylko na jej mały palec, co nie wyglądało dobrze, albo na serdeczny, na którym nosiła już pierścionek zaręczynowy i obrączkę. Ale ponieważ ja nie planuję zaręczyn czy ślubu, to nie ma znaczenia, na który palec go założę - dodała z uśmiechem.
- To znaczy, że teraz go masz? Mogłybyśmy go zobaczyć? - poprosiła CeCe.
- Tak się składa, że przed wyjazdem w podróż mama spytała mnie, czy mogłaby go ze sobą zabrać, skoro i tak rzadko go noszę. Ale nie wiem... może jednak go nie wzięła... Słuchajcie, nie weszłybyście ze mną na górę?
W tej chwili zza drzwi zajrzał do nich muskularny mężczyzna w typowym australijskim filcowym kapeluszu z szerokim rondem.
- Cześć, Doug - rzuciła Mary-Kate. - Wszystko gra?
- Tak, wpadłem tylko po więcej butelek wody dla chłopaków.
Wskazał na grupę krzepkich mężczyzn stojących na zewnątrz.
- Witam - zwrócił się do CeCe i Chrissie, podchodząc do lodówki. Wyjął z niej zgrzewkę butelek. - Turystki?
- Tak, w pewnym sensie. Pięknie tu - powiedziała Chrissie, która rozpoznała australijski akcent mężczyzny.
- To prawda.
- Idę na chwilę na górę z moimi gośćmi - wyjaśniła Mary-Kate. - Sądzą, że możemy być w pewien sposób spowinowacone.
- Naprawdę? - Doug popatrzył na CeCe i Chrissie i zmarszczył brwi. - No dobrze, my z chłopakami coś przekąsimy. Jesteśmy tu, gdybyś czegoś potrzebowała.
Wyciągnął rękę w stronę okrągłego drewnianego stołu, przy którym siadali jego pracownicy.
- Dziękuję, Doug - powiedziała Mary-Kate.
Kiwnął głową, jeszcze raz rzucił okiem na CeCe i Chrissie, po czym wyszedł.
- O kurczę, z takimi to lepiej nie zadzierać, co? - szepnęła CeCe, popatrując na jego ekipę.
- Rzeczywiście - przyznała z uśmiechem Mary-Kate. - Nie przejmujcie się Dougiem. Po prostu odkąd mama i mój brat Jack wyjechali, zrobił się trochę nadopiekuńczy. A ci faceci są świetni, naprawdę. Wczoraj wieczorem jedliśmy razem kolację. A teraz zapraszam, chodźcie.
- Możemy zaczekać na zewnątrz, jeśli wolisz - zaproponowała Chrissie.
- Nie, nie. Przyznam, że to trochę dziwaczna historia, ale jak widzicie, mam dobrą ochronę.
- Dziękujemy - powiedziała CeCe, gdy Mary-Kate uniosła część lady, żeby je wpuścić.
Poprowadziła je stromymi drewnianymi schodami i korytarzem do przestronnego salonu z belkowanym sufitem. Okna wychodziły na dolinę i góry. Na przeciwległej ścianie był ogromny kamienny kominek.
- Siadajcie, proszę, a ja pójdę poszukać pierścionka.
- Dziękujemy za zaufanie! - zawołała za nią CeCe.
- Nie ma sprawy. Powiem mojemu kumplowi Fletchowi, żeby dotrzymał wam towarzystwa.
- Świetnie, będzie miło. - Chrissie skinęła głową.
Mary-Kate wyszła, a one usiadły na starej, ale wygodnej kanapie przed kominkiem. Chrissie ścisnęła dłoń przyjaciółki.
- W porządku? - spytała.
- Tak. Przemiła dziewczyna. Nie jestem pewna, czy wpuściłabym do domu jakieś dwie obce po takiej opowieści.
- Racja, ale ludzie w tych stronach są chyba o wiele bardziej ufni niż w miastach. Poza tym, jak mówiła, na zewnątrz czuwa nad nią niezła ekipa.
- Przypomina mi Star - powiedziała CeCe. - Ta jasna cera, wielkie niebieskie oczy...
- Z tego, co widziałam na zdjęciach, które mi pokazywałaś, to chyba masz rację. Ale pamiętaj: ty i twoje siostry nie jesteście ze sobą spokrewnione - przypomniała jej Chrissie. - Więc najprawdopodobniej i z Mary-Kate nie jest inaczej.
Otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł szczupły chłopak - na oko tuż po dwudziestce. Jego długie, jasnobrązowe włosy opadały na ramiona spod wełnianej czapki. W uszach miał kilka srebrnych kolczyków.
- Cześć. Jestem Fletch. Miło was poznać.
Przedstawiły się, a on usiadł w fotelu naprzeciwko nich.
- MK przysłała mnie tu, żeby mieć pewność, że nie wyciągniecie zaraz broni i nie każecie jej oddać kosztowności. - Wyszczerzył w uśmiechu zęby. - O co tu w ogóle chodzi?
CeCe zdała się na przyjaciółkę, bo ta radziła sobie o wiele lepiej w takich sytuacjach. Chrissie opowiedziała więc wszystko.
- Wiem, to brzmi dziwnie, ale CeCe pochodzi z dość dziwnej rodziny - dodała. - To znaczy, oni wcale nie są dziwni, ale fakt, że ojciec przywiózł każdą z adoptowanych córek z innej strony świata, z całą pewnością jest osobliwy.
- Wiecie, czemu was adoptował? Dlaczego akurat was? - zapytał Fletch.
- Nie mam pojęcia - odparła CeCe. - Domyślam się, że przez przypadek. Dużo podróżował. Jak trafił na dziecko potrzebujące pomocy, zabierał je ze sobą do domu.
- Rozumiem. To znaczy... nie rozumiem, ale...
W tej chwili do salonu wróciła Mary-Kate.
- Przejrzałam swoją skrzynkę z biżuterią i mamy, ale nie znalazłam pierścionka. Musiała go jednak zabrać.
- Na jak długo wyjechała? - spytała CeCe.
- No... Na pożegnanie powiedziała, że będzie podróżować "tak długo, jak będzie miała ochotę". - Mary-Kate wzruszyła ramionami. - Niedawno zmarł tata. Mama postanowiła, że póki ma na to dość sił, wybierze się w podróż i odwiedzi przyjaciół, których nie widziała od lat.
- Przykro mi z powodu twojego taty. Jak mówiłyśmy, ja też niedawno straciłam ojca - dodała CeCe.
- To ciężkie przeżycie, prawda? Mój tata zmarł niedawno, parę miesięcy temu.
- Na pewno dla twojej mamy było to szokiem - wtrąciła Chrissie.
- O tak. Miał wprawdzie siedemdziesiąt trzy lata, ale nigdy nie myślałyśmy o nim jak o kimś starym. Mama jest sporo młodsza. Przed sześćdziesiątką. I po niej też nie widać wieku. Wygląda bardzo młodo. Tam jest jej zdjęcie. Z zeszłego roku. Ze mną, moim bratem Jackiem i tatą. Tata mówił, że mama wygląda jak ta aktorka, Grace Kelly.
Kiedy Mary-Kate przyniosła fotografię, CeCe i Chrissie przypatrzyły się jej uważnie. Jeśli młoda Mary-Kate była ładna, to Mary starsza, mimo wieku, nadal odznaczała się zdecydowanie wyjątkową urodą.
- Ojej! Nie dałabym jej więcej niż czterdzieści lat. - Chrissie aż gwizdnęła.
- Ja też - przyznała CeCe. - Jest... przepiękna.
- Tak, ale co najważniejsze, jest wspaniałym człowiekiem. Wszyscy ją uwielbiają. - Mary-Kate uśmiechnęła się.
- Potwierdzam to - rzucił Fletch. - Jest jedną z absolutnie wyjątkowych osób. Zawsze serdeczna, ciepła, troskliwa. Znacie ten typ?
- Tak, nasza adopcyjna mama, Marina, jest właśnie taka. Przy niej zawsze czujemy się dobrze - odparła CeCe, ogladając inne zdjęcia w ramkach stojące na kominku.
Jedno, czarno-białe, przedstawiało najwyraźniej Mary seniorkę w przeszłości. Miała na sobie ciemną togę i czapkę absolwentki. Uśmiechała się promiennie. W tle widać było kamienne kolumny paradnego wejścia do jakiegoś okazałego budynku.
- To też twoja mama? - CeCe wskazała na zdjęcie.
Mary-Kate skinęła głową.
- Tak. Kiedy odbierała dyplom w college'u Trinity w Dublinie.
- Jest Irlandką?
- Tak.
- I naprawdę nie wiesz, jak długo będzie w podróży? - spytała Chrissie.
- Nie. Jak mówiłam, nie powiedziała, kiedy wróci. Stwierdziła, że brak terminów to część przyjemności. Choć ułożyła sobie plan na kilka pierwszych tygodni.
- Przepraszamy za zawracanie ci głowy, ale bardzo chciałybyśmy się z nią spotkać i zapytać o ten pierścionek. Wiesz, gdzie jest teraz? - spytała CeCe.
- Jej plan jest przyczepiony do lodówki. Pójdę sprawdzić, ale sądzę, że jest jeszcze na wyspie Norfolk.
Mary-Kate wyszła z pokoju.
- Norfolk? - CeCe zmarszczyła brwi. - Czy to nie hrabstwo w Anglii?
- Tak - potwierdził Fletch. - Ale też wysepka na Pacyfiku, między Australią i Nową Zelandią. Piękne miejsce. Kiedy stara przyjaciółka mamy MK, Bridget, przyjechała tu kilka lat temu, wybrały się razem na Norfolk. Tamtej tak się spodobało na wyspie, że postanowiła wynieść się z Londynu i osiąść na Norfolk po przejściu na emeryturę.
- Tak, z tego, co widzę, mama jest nadal na wyspie - oznajmiła Mary-Kate, gdy wróciła.
- A kiedy stamtąd wyjeżdża? - spytała CeCe. - I jak możemy się tam dostać?
- Zostaje tam jeszcze parę dni. Z Auckland to tylko krótki lot. Tyle że, o ile wiem, nie każdego dnia jest samolot. Musielibyśmy sprawdzić, kiedy mają rejsy.
- Cholera! - mruknęła pod nosem CeCe i spojrzała na przyjaciółkę. - Miałyśmy lecieć jutro wieczorem do Londynu. Zdążymy?
- Nie ma innego wyjścia. - Chrissie wzruszyła ramionami. - Przecież mama Mary-Kate jest bardzo blisko, jeśli porównać to z wyprawą w te strony z Europy. A jeżeli dzięki temu pierścionkowi można zidentyfikować Zaginioną Siostrę, to...
- Sprawdzę loty na Norfolk i z Queenstown do Auckland, bo tak będzie szybciej niż samochodem - powiedział Fletch. Wstał i podszedł do długiego stołu w jadalni, na którym leżały jakieś papiery, czasopisma i stał staromodny pękaty komputer. - To może zająć trochę czasu, bo internet tutaj, delikatnie mówiąc, bywa zawodny. - Postukał w klawiaturę. - Jasne. W tej chwili nie mamy połączenia. - Westchnął.
- Widziałam na zdjęciu twojego brata. Czy on jest teraz w Nowej Zelandii? - zwróciła się CeCe do Mary-Kate.
- Normalnie by był, ale właśnie wybrał się na południe Francji, by nauczyć się więcej o produkcji wina.
- Więc to on przejmie winnicę po ojcu? - spytała Chrissie.
- Tak. Zaraz... może jesteście głodne? Przegapiliśmy porę lunchu.
- Umieramy z głodu - odpowiedziały jednocześnie Chrissie i CeCe.
We czwórkę powykładali pieczywo, lokalne sery i wędliny, zrobili miejsce na stole i usiedli, by zjeść.
- A gdzie wy w ogóle mieszkacie? - zagadnął Fletch.
- W Alice Springs - odparła CeCe. - Ale mój dom rodzinny to Atlantis, na brzegu Jeziora Genewskiego w Szwajcarii.
- Atlantis, mitologiczna kraina Atlasa, ojca Siedmiu Sióstr. - Mary-Kate się uśmiechnęła. - Wasz ojciec naprawdę musiał uwielbiać mitologię grecką.
- O tak. Mamy też wielki teleskop w obserwatorium na szczycie domu. Nie umiałyśmy chodzić, a już znałyśmy na pamięć nazwy wszystkich gwiazd w konstelacji Oriona i wokół niej - powiedziała CeCe. - Nie za bardzo mnie to interesowało, jeśli mam być szczera, póki nie przyjechałam do Alice Springs i nie zdałam sobie sprawy, że Siedem Sióstr to również boginie w mitologii Aborygenów. Zaintrygowało mnie, jak to możliwe, że legendy o Siedmiu Siostrach pojawiają się dosłownie wszędzie. Na przykład w kulturze Majów, Greków, w Japonii... Te siostry są znane na całym świecie.
- Maorysi też o nich opowiadają - wtąciła Mary-Kate. - Tutaj nazywa się je córkami Matariki. Każda z nich ma szczególne zdolności i talenty, którymi obdziela ludzi.
- Ale skąd w dawnych czasach jedna kultura mogła wiedzieć o innej? - odezwała się Chrissie. - Przecież nie było internetu, poczty czy telefonu. Więc jakim cudem te legendy są tak bardzo do siebie podobne, skoro różne ludy nie komunikowały się ze sobą?
- Naprawdę musicie poznać moją mamę. - Mary-Kate zachichotała. - Jest prawdziwą kopalnią wiedzy... nie to co ja. Ja znam się na muzyce, ale nie na filozofii.
- Jesteś jednak bardzo podobna do mamy - zauważyła Chrissie.
- Wiele osób to mówi, tylko że tak naprawdę jestem adoptowana.
CeCe rzuciła porozumiewawcze spojrzenie przyjaciółce.
- O, to jak ja i moje siostry - powiedziała. - Wiesz może, gdzie byłaś adoptowana? I kim są twoi biologiczni rodzice?
- Nie. Mama i tata powiedzieli mi o adopcji, kiedy tylko byłam dość duża, by zrozumieć, ale zawsze czułam, że mama to moja mama, a tata... mój tata. Koniec kropka.
- Przepraszam, że tak cię wypytuję - rzuciła CeCe - ale... skoro jesteś adoptowana, to możliwe...
- ...że rzeczywiście jesteś Zaginioną Siostrą - dokończyła za nią Chrissie.
- Słuchajcie, rozumiem, że wasza rodzina od dłuższego czasu poszukuje tej osoby - odezwała się łagodnie Mary-Kate - ale nigdy nie słyszałam, żeby mama wspominała coś o jakiejś "zaginionej siostrze". Wiem tylko, że to była pełna adopcja i dokonano jej tutaj, w Nowej Zelandii. Na pewno mama wam to wyjaśni, kiedy się z nią zobaczycie.
- Dobra. - Fletch wstał. - Spróbuję znów połączyć się z internetem, żebyście mogły się zorientować, czy jest jakaś szansa dostać się na Norfolk w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin. - Przesunął się przy stole i usiadł przed komputerem.
- Czy twoja mama ma komórkę? - spytała Chrissie.
- Tak - odparła Mary-Kate. - Ale jeśli chciałaś zaproponować, żebyśmy się z nią w ten sposób skontaktowali, to bardzo mało prawdopodobne, że na Norfolk ma zasięg. Piękno życia tutaj polega między innymi na tym, że wszystko jest opóźnione o jakieś pięćdziesiąt lat, zwłaszcza jeśli chodzi o nowinki techniczne.
- W porządku, Houston, startujemy! - zawołał Fletch. - Jutro o siódmej rano jest połączenie z Queenstown do Auckland. Lądowanie o ósmej. Lot na wyspę Norfolk mamy o dziesiątej. Niecałe dwie godziny później będziecie na miejscu. O której miałyście lecieć z Sydney?
- Koło jedenastej wieczorem - powiedziała Chrissie. - Czy są jakieś popołudniowe loty do Sydney z Norfolk?
- Poszukam. - Fletch znów wpatrzył się w ekran komputera.
- Nawet jeśli uda się nam zgrać jakoś loty, to nam daje zaledwie kilka godzin na Norfolk - wtrąciła CeCe.
- Ale to malutka wyspa, nie? - zauważył Fletch.
- Mary-Kate, sądzisz, że mogłabyś mimo wszystko spróbować zadzwonić do mamy? - spytała Chrissie. - Wiesz, byłoby szkoda, gdyby udało się nam tam dolecieć, a jej już by tam nie było.
- Jasne, spróbuję. Mogę też zatelefonować do Bridget, przyjaciółki, u której mieszka. Mama zostawiła jej numer na lodówce. Pójdę po niego, a potem spróbuję zadzwonić na oba numery.
- Mamy szczęście! - zawołał Fletch. - O siedemnastej jest lot do Sydney. Jeśli wylądujecie około południa na Norfolk, będziecie miały mnóstwo czasu na spotkanie z mamą Mary-Kate. A tak przy okazji, wszyscy mówią o niej "Merry", wesoła. Podobno nazywano ją tak od dziecka, bo stale chichotała.
- To miłe. - Chrissie się uśmiechnęła.
- Kiedy ja byłam mała, nie miałam fajnego przezwiska - mruknęła CeCe. - Ja i Elektra byłyśmy tymi złymi, wrzeszczącymi siostrami.
- Próbowałam dzwonić na numer mamy i Bridget - oznajmiła Mary-Kate po powrocie z kuchni. - Ale i w komórce, i na linii stacjonarnej zgłasza się tylko poczta głosowa. Zostawiłam wiadomość, że chciałybyście skontaktować się z mamą w sprawie pierścionka i zamierzacie odwiedzić ją jutro, więc jeśli zdołają odsłuchać wiadomości, będą wiedzieć, że przyjeżdżacie.
- To jak? - Fletch wyjrzał na nie zza ekranu komputera. - Zostały trzy miejsca w samolocie do Auckland i na Norfolk, i tylko dwa do Sydney. Lecicie czy nie?
CeCe spojrzała na Chrissie, a ta wzruszyła ramionami.
- Skoro już tu jesteśmy, powinnyśmy przynajmniej spróbować zobaczyć się z mamą Mary-Kate - powiedziała.
- Jasne, masz rację. Choć rano trzeba będzie zerwać się bardzo wcześnie. Fletch, jeśli podam ci dane mojej karty kredytowej, będziesz mógł zarezerwować nam loty? Przepraszam za kłopot, ale wątpię, żebyśmy gdzieś tu znalazły kafejkę internetową.
- Nie znajdziecie. I oczywiście załatwię to, nie ma sprawy.
- O, jeszcze jedno... Moglibyście nam poradzić, gdzie zanocować? - spytała Chrissie, która zawsze była tą praktyczną.
- Pewnie, u nas, w dobudówce - odparła Mary-Kate. - Udostępniamy pokoje pracownikom, ale na pewno w tej chwili znajdzie się jeden wolny. Nic specjalnego, zwykłe prycze, ale to najbliższe miejsce, gdzie możecie się przespać.
- Wielkie dzięki - rzuciła Chrissie. - Teraz damy wam trochę spokoju. Chciałabym się kawałek przejść. Tak tu pięknie, niesamowicie.
- Dobrze. Tylko pokażę wam pokoje i... - Mary-Kate spojrzała na Fletcha, nim dodała: - Mama zostawiła pełną zamrażarkę. Mogę rozmrozić potrawkę z kurczaka na kolację. Zjecie z nami? Bardzo chciałabym usłyszeć więcej o waszej rodzinie i dowiedzieć się, czy mogę mieć z nią jakiś związek.
- Tak, byłoby wspaniale, gdybyś była naszą siódmą siostrą. Dziękujemy za zaproszenie. - CeCe uśmiechnęła się. - Jesteś taka gościnna.
- W Nowej Zelandii to normalka. - Fletch wzruszył ramionami. - Tu ludzie dzielą się ze sobą wszystkim.
- Dziękujemy - powiedziała Chrissie. - Do zobaczenia.
Na zewnątrz powietrze było chłodne i świeże, a niebo przybrało kolor nasyconego błękitu.
- Jak tu inaczej niż w Australii. Ten krajobraz z górami przypomina mi Szwajcarię, ale jest surowszy, niemal dziewiczy - zauważyła CeCe, kiedy szły ramię w ramię między rzędami winorośli.
Znalazły ścieżkę biegnącą na wzgórze i ruszyły tam, wśród coraz bardziej dzikiej roślinności. CeCe przesuwała palcami po liściach mijanych krzewów, by uwolnić mocne zapachy tutejszej zieleni.
Słyszała z drzew głosy nieznanych jej ptaków. Z oddali dobiegał szum wody. Pociągnęła więc Chrissie w tamtym kierunku. Zeszły ze ścieżki i przedzierały się przez zarośla - nadal mokre po ulewie i błyszczące w promieniach słońca - aż dotarły nad krystalicznie czysty strumień płynący wartko po gładkich szarych skałach. Zobaczyły ważki muskające powierzchnię. CeCe spojrzała na Chrissie i uśmiechnęła się do niej.
- Szkoda, że nie możemy zostać tu dłużej - powiedziała. - Jak pięknie. I ten spokój.
- Bardzo chciałabym tu kiedyś znów przyjechać i pozwiedzać okolicę - przyznała Chrissie. - A... co myślisz o tym, że Mary-Kate nie chce wiedzieć nic o swoich biologicznych rodzicach? Bo... na pewno sama miałaś sporo wątpliwości, kiedy wyruszałaś na poszukiwanie swoich.
- To było co innego. - CeCe, zdyszana od marszu pod górę brzegiem strumienia, strzepnęła muszkę z twarzy. - Pa właśnie umarł, Star zrobiła się dziwna i wycofana... Potrzebowałam czegoś lub kogoś, kto byłby mój, rozumiesz? Mary-Kate nadal ma kochającą mamę i brata, więc pewnie nie czuje potrzeby, by burzyć ten układ.
Chrissie skinęła głową i złapała ją za rękę.
- Możemy przystanąć tu na chwilę? Boli mnie noga.
Usiadły na skrawku miękkich traw, by złapać oddech. Chrissie położyła nogi na kolanach przyjaciółki. Odprężyły się i patrzyły w milczeniu na dolinę, dom i równe szeregi krzewów w winnicy ciągnącej się niżej tarasami, co było jedyną oznaką ludzkiej obecności w okolicy.
- Więc znalazłyśmy ją? - odezwała się po jakimś czasie CeCe.
- Wiesz co? - odparła Chrissie. - Myślę, że to bardzo prawdopodobne.
*
Kolacja z Mary-Kate i Fletchem przebiegła w miłej, relaksującej atmosferze i dopiero po północy i dwóch butelkach doskonałego domowego pinot noir CeCe i Chrissie pożegnały się i poszły do dobudówki. Tak jak mówiła Mary-Kate, kwatera była surowa, ale miały tu wszystko, czego potrzebowały, nawet prysznic i grube wełniane koce, by się opatulić, bo nocny chłód dawał się we znaki.
- W Alice Springs zwykle się odkrywam, bo strasznie się pocę, a tu kulę się okryta po brodę. - CeCe zachichotała. - Co myślisz o Mary-Kate?
- Jest fajna. I gdyby okazała się twoją siostrą, miło byłoby mieć ją gdzieś blisko.
- Mówi, że skończyła dwadzieścia dwa lata, co by idealnie pasowało do reszty z nas. Elektra, najmłodsza, ma dwadzieścia sześć. Chyba że jesteśmy na kompletnie fałszywym tropie - dodała sennie CeCe. - Przepraszam, ale chyba zaraz zasnę.
Chrissie wyciągnęła rękę do pryczy obok i ujęła dłoń przyjaciółki.
- Dobranoc, kochanie, śpij dobrze. Jedno jest pewne: musimy wcześnie wstać.
4
- Czas na pobudkę. Zaraz lądujemy. Musisz zapiąć pasy.
Głos Chrissie przerwał sny CeCe. Otworzyła oczy i zobaczyła, jak przyjaciółka sięga, żeby ją przypiąć.
- Gdzie jesteśmy?
- Jakieś trzysta metrów nad Norfolk. O rany! Jaka mała wysepka! Całkiem jak te z reklam podróży na Malediwy. Popatrz, ale zielono! Jaka turkusowa woda! Ciekawe, czy Merry i jej przyjaciółka Bridget odebrały wiadomość?
CeCe zerknęła nerwowo za okno.
- Pewnie dowiemy się, jak wylądujemy. Mary-Kate mówiła, że podała im wszystkie dane naszego lotu... Nigdy nie wiadomo, może będą czekać na nas na lotnisku. O Boże, widzisz to? Pas wygląda tak, jakby prowadził prosto do morza! Nie mogę na to patrzeć.
Odwróciła głowę od okna. Samolot z rykiem silników podchodził do lądowania.
- Uf! Cieszę się, że to koniec - powiedziała, kiedy pilot mocno zahamował i maszyna się zatrzymała. Wzięły plecaki, wygramoliły się z małego samolotu i ruszyły do niewielkich zabudowań, które stanowiły terminal na wyspie Norfolk. Minęły grupkę oczekujących za ogrodzeniem i przeszły przez kontrolę celną, gdzie przybyszy obwąchiwał beagle na smyczy.
- Trochę tu inaczej niż w Australii, co? - zauważyła CeCe. - Tam celnicy wolą rozebrać człowieka do naga, zanim go przepuszczą. - Zachichotała.
Znalazły się w małej salce przylotów, gdzie weszło trochę oczekujących, by powitać swoich gości.
- Pamiętaj, że nigdy nie byłam poza Australią. Pierwszy raz jestem za granicą - przypomniała jej Chrissie. - Widzisz gdzieś kobietę przypominającą Merry ze zdjęcia, które oglądałyśmy wczoraj?
Obie przyjrzały się grupce czekających. Większość z nich już odnalazła tych, których mieli powitać, i razem wychodzili.
- Wygląda na to, że nie odebrały naszych wiadomości. - Chrissie wzruszyła ramionami. - Ale Mary-Kate mówiła, że z lotniska do domu Bridget jest jakieś dwadzieścia minut spacerem. Tylko w którą stronę?
- W razie wątpliwości spytaj w informacji turystycznej, która jest tam. - CeCe skinęła w kierunku młodego człowieka siedzącego za biurkiem ze stertą broszur i folderów.
- Cześć, mogę w czymś pomóc? - spytał, gdy do niego podeszły.
- Tak, szukamy ulicy... - Chrissie wyciągnęła kartkę z kieszeni dżinsów - Headstone Road.
- Łatwo tam trafić. Jest przy końcu pasa startowego. O tam. - Mężczyzna pokazał ręką. - Wyjdźcie z lotniska, skręćcie w lewo i dojdziecie do Headstone Road.
- Dzięki - powiedziała CeCe.
- Szukacie może miejsca, gdzie mogłybyście się zatrzymać? Mógłbym przedstawić wam kilka propozycji - zaproponował.
- Nie, jeszcze dziś po południu wracamy do Sydney.
- Czyli to tylko szybki nalot - zażartował. - No, to może lepiej zostawcie tu plecaki, żeby ich nie taszczyć? Weźcie tylko kostiumy kąpielowe, jakby przyszła wam ochota wskoczyć do wody przed wyjazdem. W okolicy jest kilka wartych grzechu plaż.
- Dzięki, tak zrobimy.
Mężczyzna skierował je do kontuaru obsługi i ku swemu zaskoczeniu mogły od razu odprawić bagaż na lot do Sydney.
- Super, podoba mi się tu - rzuciła CeCe, grzebiąc w plecaku, by wydobyć kostiumy kąpielowe i ręczniki. - Pełen luz.
- Na tym polega urok życia na małej wyspie - powiedziała Chrissie, kiedy ruszały. - I tak tu zielono. Przepiękne te drzewa. - Wskazała na wysokie jodły, które stały rzędami przed nimi.
- Nazywają je sosnami Norfolk - powiedziała CeCe. - Kiedy byłam mała, Pa Salt posadził kilka na końcu naszego ogrodu w Atlantis.
- Jestem pod wrażeniem. Nie sądziłam, że tak się znasz na drzewach.
- Wiesz, że nie, ale sosny Norfolk to jedna z pierwszych rzeczy, które rysowałam jako dziecko. Rysunek był oczywiście pokraczny, ale mama go oprawiła i podarowałam go Pa Saltowi na gwiazdkę. Chyba do tej pory wisi na ścianie w jego gabinecie.
- Fajnie. A... co powiemy, kiedy staniemy na progu u Bridget?
- To samo co u Mary-Kate. Mam tylko nadzieję, że po wszystkich tych przeprawach je zastaniemy. Padam na twarz po wczesnej pobudce i dwóch lotach. A jeszcze czekają nas dziś dwa kolejne!
- Wiem, ale to warte świeczki, jeśli spotkamy się z Merry i zobaczymy pierścionek. Uda się czy nie, koniecznie musimy wykąpać się w tym niesamowitym morzu, zanim wrócimy na lotnisko. To nas odświeży.
Kilka minut później zobaczyły tabliczkę z napisem Headstone Road.
- Jakiego numeru szukamy? - spytała Chrissie.
- Nie widzę żadnych numerów - powiedziała CeCe, kiedy mijały kolejne drewniane domki, stojące w idealnie zadbanych ogródkach, obwiedzionych przystrzyżonymi precyzyjnie żywopłotami z hibiskusa.
- Dom nazywa się... - Chrissie przyjrzała się zapiskom Mary-Kate. - Nie mam pojęcia, jak to wymówić.
- O, nie proś, żebym ja próbowała. - CeCe zachichotała. - Oni tu najwyraźniej są bardzo dumni ze swoich domów, nie? To wygląda jak podzwrotnikowe angielskie miasteczko. Te przystrzyżone trawniki, kolorowe kwiaty.
- Patrz! Jest - Przyjaciółka trąciła ją łokciem, wskazując na starannie wymalowaną tabliczkę z napisem Síocháin.
Stały przed kratownicą, która chroniła posiadłość przed bydłem. Domek był zadbany jak inne, a po obu stronach kratownicy stały na straży duże krasnale.
- Ci dwaj są poubierani w kolory irlandzkiej flagi. Myślę, że skoro nazwa domu jest gaelicka, to jego mieszkańcy też - powiedziała Chrissie, kiedy ostrożnie przechodziły przez kratownicę.
- No dobra. - CeCe zniżyła głos, kiedy zbliżały się do drzwi. - Która z nas będzie mówiła?
- Ty zacznij, ja ci w razie czego pomogę.
- Dobra - szepnęła CeCe i wcisnęła dzwonek, który brzmiał jak irlandzka melodyjka.
Nikt nie otwierał.
- A może zajrzyjmy od tyłu? - zasugerowała przyjaciółce Chrissie przy czwartej próbie. - Mogą być w ogrodzie. Dzień taki piękny.
CeCe wzruszyła ramionami.
- Warto spróbować - rzuciła.
Obeszły dom, wokół którego rosły bananowce. Na tarasie, przy stole z krzesłami stojącymi pod daszkiem chroniącym przed słońcem, nie było nikogo.
- Cholera! - CeCe była wyraźnie zmartwiona. - Nie ma ich.
- Patrz! - Chrissie wskazała na skraj długiego ogrodu, gdzie widać było jakiegoś człowieka z łopatą, który kopał ziemię. - Chodźmy, spytamy go, dobrze? Dzień dobry! - zawołała, kiedy znalazły się bliżej i mężczyzna, szeroki w barach, na oko po sześćdziesiątce, uniósł głowę i pomachał do nich z grządek, które wyglądały na warzywniak. - Może się nas spodziewał.
- Albo po prostu jest uprzejmy. Nie zauważyłaś? Tu z każdego przejeżdżającego samochodu też do nas machali.
- Cześć, dziewczyny.
Mężczyzna wsparł się na łopacie, gdy podeszły.
- Czym mogę wam służyć? - odezwał się z silnym australijskim akcentem.
- Czy... mieszkasz tutaj? To znaczy w tym domu? - spytała CeCe.
- Tak. A wy to...?
- Jestem CeCe, a to moja przyjaciółka Chrissie. Szukamy pewnej kobiety, a tak naprawdę dwóch, jedna to Bridget Dempsey, a druga Mary, lub Merry, McDougal. Znasz którąś z nich?
Skinął głową.
- No pewnie. Zwłaszcza Bridget. To moja żona.
- Wspaniale! Cudownie. Czy one są w domu?
- Niestety, nie. Potelepały się do Sydney, zostawiły mnie tu samego.
- Ale numer! Mogłyśmy lecieć prosto tam - mruknęła CeCe do Chrissie. - A Mary-Kate, córka Merry, mówiła, że jej mama zostanie tu co najmniej do jutra.
- Tak - odparł mężczyzna. - Merry była u nas, ale nagle zmieniła plany i zaproponowała, żeby Bridget poleciała z nią do Sydney, żeby mogły spędzić razem coś w rodzaju "damskiego wieczorku" w wielkim mieście i pójść na zakupy.
- Cholera - jęknęła CeCe. - Szkoda, przejechałyśmy szmat drogi, żeby się z nią zobaczyć, a same wybieramy się do Sydney dziś wieczorem. Wiesz może, jak długo Merry zostanie w Sydney?
- Chyba mówiła coś, że dziś wylatuje z Australii. Mam odebrać Bridget z lotniska po południu.
- Pewnie z tego samolotu, który ma nas stąd zabrać. - Chrissie spojrzała na przyjaciółkę i przewróciła oczami.
- Mogę wam w czymś pomóc? - zapytał mężczyzna. Zdjął z głowy filcowy kapelusz z szerokim rondem i wytarł zroszone potem czoło chustką.
- Dzięki, ale przyjechałyśmy, żeby pomówić z Merry - odparła CeCe.
- No dobrze, może zejdźmy z tego żaru i usiądźmy w cieniu na tarasie? Napijemy się piwa i wyjaśnicie mi, dlaczego szukacie Merry. A przy okazji, jestem Tony - przedstawił się, kiedy ruszyły za nim w stronę domu. - Tylko skoczę po piwo i zaraz sobie pogadamy.
- Fajny gość - zauważyła Chrissie, kiedy usiadły.
- Tak, ale to nie z nim chciałyśmy porozmawiać... - CeCe westchnęła.
- Proszę. - Tony wrócił i postawił przed nimi zmrożone szklanki z piwem. Obie chętnie po nie sięgnęły. - No więc o co tu chodzi?
CeCe starała się, jak mogła, wyjaśnić, a Chrissie dorzucała swoje, żeby jej pomóc.
- Niezła historia. - Tony się zaśmiał. - Choć nadal właściwie nie pojmuję, jaki jest związek pomiędzy wami a Merry.
- Ja też nie i szczerze mówiąc, mam wrażenie, że trafiłyśmy na niewłaściwy trop, ale sądziłyśmy, że powinnyśmy mimo wszystko spróbować - powiedziała wyczerpana CeCe. Kompletnie opadły jej skrzydła.
- Mary-Kate zostawiła wiadomości dla swojej mamy z informacją, że przyjedziemy. Dla Bridget też. Nie odebrały ich? - spytała Chrissie.
- Nie wiem, bo wczoraj prawie cały dzień byłem poza domem. Naprawiałem coś w łazience mojego kolegi. Szczerze mówiąc, niezbyt wiele wiem o Merry, moje drogie. Bridget poznałem dwa lata temu, kiedy poprosiła mnie, żebym zbudował jej to. - Wskazał na dom. - Rodzice przeprowadzili się tu ze mną z Brisbane, kiedy byłem mały. Z zawodu jestem budowlańcem. Moja pierwsza żona zmarła kilka lat temu, a kiedy przyjechała tu Bridget, też była samotna. Nigdy nie sądziłem, że w moim wieku znajdę sobie jeszcze kobietę. Ale od początku między nami zaiskrzyło. Hajtnęliśmy się pół roku temu.
Uśmiechnął się promiennie.
- Nie znałeś więc dłużej Merry?
- Nie, pierwszy raz spotkałem ją na naszym ślubie.
- Czy twoja żona jest może Irlandką? - drążyła Chrissie.
- Zgadłaś. I jest bardzo dumna ze swojego pochodzenia.
- Podobno Merry też urodziła się w Irlandii - powiedziała CeCe.
- Wiem tylko, że razem chodziły do szkoły, a potem studiowały w Dublinie. Ich kontakt urwał się na długo. Tak bywa, kiedy ludzie rozjeżdżają się po studiach, prawda? Ale teraz znów są jak papużki nierozłączki. Mogę zaproponować wam jakieś kanapki? Chyba burczy mi już w brzuchu.
- Byłoby cudownie, jeśli to nie kłopot - podchwyciła skwapliwie CeCe, nim Chrissie zdążyła uprzejmie odmówić, choć ona też konała z głodu. - Możemy iść z tobą, pomożemy.
Poszły za Tonym do schludnej kuchni, którą - jak oświadczył z dumą - sam budował.
- Nie przypuszczałem, że będę tu mieszkał - powiedział, wyjmując z lodówki ser i szynkę. - Zapasy nam się kończą. Tu wszystko sprowadza się drogą morską lub samolotem. Nowa dostawa będzie dopiero jutro.
- Musi być fantastycznie tu mieszkać - powiedziała Chrissie, smarując chleb masłem.
- Zwykle tak. Ale jak u Robinsona Crusoe, życie na wyspie to nie sama bajka. Nie ma tu za wiele do roboty dla młodych. Mnóstwo ich stąd wyjeżdża. Na studia i w poszukiwaniu pracy. Internet bardzo kiepsko działa i jeśli nie prowadzi się własnej działalności jak moja, jedynym źródłem utrzymania może być turystyka. Norfolk staje się wyspą starych ludzi, choć wiele zmienia się na lepsze, jest też dopływ nowej krwi. To piękne miejsce, by wychowywać dzieci. Wszyscy się znają, jest prawdziwe poczucie wspólnoty. Ludzie są niesamowicie serdeczni, a przestępczość niemal zerowa. No dobrze, może wyjdziemy zjeść na zewnątrz?
Wrócili z powrotem na taras i zabrali się za kanapki.
- Tony? - odezwała się CeCe.
- Tak?
- Tak się zastanawiam, czy kiedy Merry tu była, widziałeś, żeby nosiła pierścionek ze szmaragdami?
Tony wybuchnął niskim, głębokim śmiechem.
- Nie powiem, żebym zwracał uwagę na takie rzeczy. Bridget mówi, że nie zareagowałbym, nawet gdyby przebrała się za Świętego Mikołaja, i pewnie ma rację. Choć... zaraz... chwila... - Uniósł palce do swojej krótkiej bródki i pogładził ją. - Chyba pamiętam, że kilka dni temu, wieczorem, Bridget i Merry porównywały swoje pierścionki. Pierścionek, który kupiłem Bridget na zaręczyny, ma zielony kamyk, oczywiście... bo jest Irlandką i w ogóle.
- No i? - CeCe nachyliła się bliżej.
- Merry też miała na palcu pierścionek ze szmaragdami. Przyłożyły dłonie, jak to dziewczyny... no wiecie.
- Więc Merry nosiła pierścionek ze szmaragdami?
- Tak. Śmiały się i Bridget mówiła, że jej szmaragd jest większy niż te Merry.
- No tak. - Chrissie spojrzała porozumiewawczo na przyjaciółkę.
CeCe skinęła głową.
- To już coś - rzuciła. - Może jednak jesteśmy na właściwym tropie. Wiesz przypadkiem, dokąd Merry wybiera się po Sydney?
- Tak. Do Kanady. Chyba wspominała coś o Toronto. Ale mogę zapytać Bridget.
Chrissie spojrzała na zegarek.
- Dziękujemy za pomoc i kanapki, Tony. Chcemy wykąpać się w morzu, zanim wrócimy na lotnisko.
- A może posprzątajmy ze stołu, bo nie chciałbym, żeby Bridget narzekała, że zostawiłem tu bałagan. Potem moglibyśmy wsiąść w pick-upa i zrobić sobie krótką wycieczkę po wyspie, a na koniec sobie popływacie, co wy na to?
- Cudownie! Z wielką przyjemnością.
CeCe uśmiechnęła się promiennie.
*
Po błyskawicznym objeździe wyspy, na której z jednego końca na drugi można przejechać w dwadzieścia minut, Tony powiózł je wąską dróżką.
- Popatrzcie. - Wskazał na rząd wysokich starych drzew.
- Wydają się wiekowe. Jak się nazywają? - spytała CeCe.
- To figowce wielkolistne, niektóre mają ponad sto lat - wyjaśnił Tony, kiedy minęli pas startowy lotniska i skręcili w dół, na mały mostek i między osiedle kamiennych domów. Po chwili dotarli na skraj niemal bezludnej plaży omywanej przez łagodne fale. W oddali na ich grzbietach tworzyła się piana, co wskazywało, że musi być tam rafa. Tony zaprowadził je do chaty, gdzie były przebieralnie. Wyszły z nich w kostiumach kąpielowych, z ręcznikami zawiązanymi w pasie.
- Ścigamy się! - zawołał Tony, ruszając pędem po ciepłym piasku. - Kto ostatni, ten mięczak!
Wbiegł do wody, chlapiąc, i tam gdzie sięgała mu do pasa, zanurkował. Kilka metrów od brzegu CeCe pomagała przyjaciółce zdjąć protezę nogi. Chrissie owinęła ją w ręcznik i położyła w bezpiecznej odległości od fal.
- Zawsze przeraża mnie, że ktoś mógłby przyjść i ją ukraść - powiedziała, kiedy CeCe podprowadzała ją do wody.
- Nawet ja nie umiem sobie wyobrazić, żeby ktoś mógł być tak podły. Dobra, wskakujemy. Staraj się nie zostawiać mnie za daleko w tyle! - krzyknęła, gdy Chrissie zaczęła płynąć.
Choć miała tylko jedną nogę, to jako dawna mistrzyni zawsze wyprzedzała CeCe, która z całych sił starała się jej dorównać.
- Cudownie, prawda?! - zawołał Tony, pływając w miejscu kilka metrów dalej.
- Fantastycznie - przyznała Chrissie, która położyła się na plecach i wystawiła twarz do słońca. - Ale frajda, nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo brak mi morza, odkąd mieszkam w Alice Springs.
Obróciła się, by popłynąć naprzód.
- Chrissie, proszę, nie za daleko! - zawołała CeCe. - Nie ryzykuj, bo nie mam dość siły, żeby cię uratować.
Przyjaciółka jak zwykle puszczała jej słowa mimo uszu, więc w końcu CeCe zawróciła do brzegu i położyła się na piasku, żeby wyschnąć.
- Twoja przyjaciółka to niezła pływaczka, co? - zauważył Tony, który też wyszedł już z wody i usiadł obok niej. - Co się stało z jej nogą?
CeCe opowiedziała mu, jak Chrissie w wieku piętnastu lat straciła nogę przez komplikacje po zapaleniu opon mózgowych, które doprowadziło do posocznicy.
- Przedtem - CeCe westchnęła ciężko - była najlepszą pływaczką w Australii Zachodniej. Miała szansę na dostanie się do drużyny olimpijskiej.
- Życie bywa wredne, prawda? Ale dobrze widzieć, że mimo wszystko nadal jest świetna.
- Tak, zawsze jednak umieram ze strachu, że zniknie gdzieś pod falami i już się nie pokaże.
- Wątpię. Patrz tylko na nią. - Tony się uśmiechnął. - No nic, musimy się zbierać, jeśli macie zdążyć na samolot.
CeCe wstała i pomachała rękami, by przywołać przyjaciółkę. Kiedy się ubrały, Tony podwiózł je na lotnisko, co zajęło zaledwie kilka minut.
- Jeśli nam się poszczęści, Bridget może wyjść, zanim was wezwą - powiedział, parkując przed terminalem. Usłyszały huk silników podchodzącego do lądowania samolotu.
- Co ty na to, żebyśmy wybrały się tu na trochę po powrocie z Europy, Chrissie? - spytała CeCe, kiedy ruszyły za Tonym do terminalu. - Zakochałam się w tej wyspie.
- Dobrze, ale najpierw nacieszmy się Europą. Nie potrafię ci opisać, jak bardzo jestem podekscytowana, że ją zobaczę.
- O, jest strasznie nudna w porównaniu z tym tutaj. Wszędzie tłumy i zabytki.
- Czekaj, najpierw sama to zobaczę i wyrobię sobie własne zdanie. - Chrissie się uśmiechnęła. - Patrz, samolot już wylądował.
- Chodźmy na taras dla oczekujących - zaproponował Tony. - Może przynajmniej będziecie mogły się przywitać.
- Świetnie - rzuciła CeCe.
Drzwiczki malutkiego samolotu właśnie się otworzyły. Wysiadali pierwsi pasażerowie.
- Patrzcie, jest! Bridget, tu jestem! - zawołał do krzykliwie ubranej piersiastej kobiety o rudych włosach, która trzymając naręcze toreb z zakupami, szła po trapie. Odpowiedziała mu uśmiechem i pomachała. - Chodźcie, przywitamy się.
CeCe serce biło szybko, gdy kobieta zbliżała się do ogrodzenia, dzielącego idących do kontroli celnej pasażerów od osób oczekujących. Bridget zatrzymała się przy mężu i dziewczynach. Uniosła ogromne okulary przeciwsłoneczne na czubek głowy.
- Jak się masz, lalko? Tęskniłem za tobą. - Pocałował żonę, wychylając się nad barierką. - Słuchaj, kiedy cię nie było, odwiedziły mnie dwie młode panie. Przyjechały, bo sądziły, że na wyspie jest jeszcze Merry. Bridget, przedstawiam ci CeCe i Chrissie.
Może jestem przeczulona, pomyślała CeCe, ale wyraz jej twarzy kompletnie się zmienił, kiedy Tony powiedział, kim jesteśmy. Ta kobieta nie jest zadowolona.
- O, witam - odezwała się Bridget z wymuszonym uśmiechem.
- Chciały się dowiedzieć, czy Merry nosiła podczas pobytu u nas pierścionek ze szmaragdami - ciągnął Tony. - Mówiłem, że tak. Czy dla odmiany ten jeden raz mam rację?
- Nie pamiętam takich drobiazgów, kochanie. - Opuściła okulary z powrotem na oczy.
- Zdawało mi się, że słyszałem, jak rozmawiałyście o tym, że macie podobne pierścionki?
- Myślę, że coś ci się przyśniło albo tego wieczoru za dużo wypiłeś, bo nie przypominam sobie, żebyśmy rozmawiały o pierścionkach.
- Ale...
- Chyba muszę już iść do kontroli celnej. Pewnie mnie zatrzymają z tymi wszystkimi zakupami, które zrobiłam w Sydney. Miło było was poznać - zwróciła się do dziewczyn. - Do zobaczenia po drugiej stronie, Tony - dodała wyraźnie tylko do męża.
Kiedy znikła w głębi terminalu, Tony obejrzał się na CeCe i Chrissie.
- Lepiej i my wejdźmy do środka, bo lada chwila będą was wzywali do samolotu.
Na tablicy informacyjnej wyświetlało się już, żeby pasażerowie podchodzili do bramki. Lecący do Sydney zaczynali ustawiać się w kolejce.
- Moglibyśmy wymienić się numerami telefonów? - spytała CeCe, wyciągając komórkę.
Zrobili to, zbliżając się do kontroli.
- Naprawdę cudownie było cię poznać i zwiedzić wyspę - powiedziała. - Dziękujemy bardzo za gościnę.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Jeśli postanowicie znów tu przyjechać, to wpadnijcie do nas, dobrze?
- Do widzenia, Tony, i jeszcze raz dziękujemy!
- O! Patrz, czy to nie urocze?! - zawołała Chrissie, kiedy doszły do bramki i sięgnęła po tackę, która nadal miała etykietę Na kocie odchody.
- Rzeczywiście - rzuciła CeCe, patrząc, jak ich komórki i mokre kostiumy kąpielowe znikają w tunelu. - Bridget nie była zachwycona naszym widokiem, co?
- Nie - przyznała Chrissie, gdy przeszły kontrolę i zbierały swoje rzeczy. - Zdecydowanie.
- Zastanawiam się dlaczego. Wie coś, czego my nie wiemy?
- Jak na razie, nic nie wiemy.
5
Atlantis
- Do ciebie - powiedziała Claudia, podając Mai słuchawkę. - To CeCe.
- Ally! - zawołała Maja, odwracając się w stronę tarasu, gdzie w słońcu siedziała jej siostra, kończąc jeść lunch. - Cześć, CeCe - powiedziała, a kiedy Ally weszła do środka, obie nachyliły się nad telefonem, żeby słyszeć. - Gdzie jesteś?
- Jesteśmy w Sydney. Za chwilę odprawiamy się do Londynu, ale pomyślałam, że najpierw zadzwonię, żeby zdać wam relację.
- Znalazłyście ją?
- No... Poznałyśmy Mary-Kate McDougal. Wydaje się nam, że to może być Zaginiona Siostra, bo mówi, że była adoptowana, jak my. I ma dwadzieścia dwa lata, co by pasowało.
- Cudownie! - ucieszyła się Ally.
- A co z pierścionkiem? - spytała Maja. - Rozpoznała go?
- Sądzi, że tak. Jeśli to ten sam, to mama dała jej go na dwudzieste pierwsze urodziny.
- O rany! - zawołała Ally. - Czyli możliwe, że ją znalazłyście! Widziałyście pierścionek?
- No, nie, bo jej mama, która też ma na imię Mary, choć nazywają ją Merry, poprosiła Mary-Kate, żeby go jej pożyczyła, i zabrała go ze sobą w podróż dookoła świata. Podobno ten pierścionek najpierw należał do niej. Dwa razy nam się wymknęła. Pierwszy raz parę dni temu. A drugi... wiesz, Chrissie i ja rozmawiałyśmy o tym i zastanawiamy się, czy nie opuściła wyspy Norfolk tego samego wieczoru, kiedy dowiedziała się o naszym przyjeździe, żeby się z nami nie spotkać.
- Wyspa Norfolk? Gdzie to, u licha, jest? - spytała Maja.
- Na Pacyfiku, między Nową Zelandią a Australią. Naprawdę piękne miejsce, trochę z innej epoki. Trudno tam o zasięg komórki - powiedziała CeCe. - Mary-Kate mówiła, że jej mama wybrała się tam do swojej najlepszej przyjaciółki. Więc ruszyłyśmy za nią, ale jej już tam nie było.
- Cholera! - mruknęła Ally. - Więc teraz jest w Sydney?
- Nie. Popatrzyłyśmy na tablice odlotów i podejrzewamy, że właśnie odleciała. Do Toronto w Kanadzie. Chciałam się tylko upewnić... Możemy wsiadać i lecieć do Londynu?
- Już sama nie wiem, co myśleć. - Ally westchnęła. - Ale skoro odleciała, to tak, oczywiście. Jesteś pewna, że wybiera się do Toronto?
- Raczej tak. Właśnie dzwoniłam do Mary-Kate, jej córki, która potwierdziła, że to miał być jej następny przystanek. Obiecała, że postara się sprawdzić, gdzie zatrzyma się jej mama. Przykro mi, że was rozczarowuję, Ally. Zrobiłyśmy co w naszej mocy.
- Nie wygłupiaj się, CeCe. Świetnie się spisałyście, dziękuję.
- Chyba jesteśmy na właściwym tropie, ale trzeba zobaczyć ten pierścionek - podkreśliła CeCe. - Słuchaj, musimy już iść do bramki, ale jest jeszcze więcej do opowiedzenia. Merry jest Irlandką, a Mary-Kate ma brata i...
- Idźcie - przerwała jej Ally. - Zadzwońcie, jak wylądujecie. Dziękuję, że zrobiłyście to rozeznanie.
Ally i Maja odstawiły telefon, popatrzyły na siebie i wyszły z powrotem na taras.
- I... jak sądzisz, co z tego wynika? - odezwała się Maja.
- Zaczekaj, wezmę coś do pisania i zanotuję, co nam powiedziała. - Ally przyniosła z kuchni papier i długopis. - Po pierwsze: mamy młodą, dwudziestodwuletnią kobietę, Mary-Kate McDougal. Po drugie: potwierdziła ona, że pierścionek z rysunku może być tym, który należał kiedyś do jej mamy. Dostała go od niej na dwudzieste pierwsze urodziny.
- A po trzecie... i możliwe, że to jest najbardziej istotne: wiemy, że Mary-Kate była adoptowana - wtrąciła Maja.
- Po czwarte: jej mama też ma na imię Mary i nazywają ją Merry - ciągnęła Ally. - Po piąte: to Merry ma teraz pierścionek, który jest nam niezbędny do potwierdzenia tożsamości Mary-Kate jako naszej siódmej siostry.
- CeCe mówiła jeszcze, że ta dziewczyna ma brata, pamiętasz...
Ally i to zanotowała, przygryzła długopis, po czym dopisała: Toronto.
- A jeśli dowiemy się, gdzie zatrzymała się Merry, to kogo powinnyśmy tam posłać? - zastanawiała się na głos.
- Sądzisz, że warto iść tym tropem? - spytała Maja.
- A ty nie?
Wzrok Mai powędrował w dal ku ogrodowi Pa Salta.
- Imię Merope zostało wygrawerowane na jednej z obręczy sfery armilarnej, jak nasze - powiedziała. - Przecież Pa Salt nie umieściłby go tam, gdyby nie istniała.
- Chyba że to było tylko jego pobożne życzenie. Z drugiej strony, nawet Georg wierzy, że to ona. Twierdzi, że dostał informacje od Pa Salta niedługo przed jego śmiercią. Ta dziewczyna nazywa się Mary McDougal i mieszka w winnicy w Nowej Zelandii, tak jak mówił Georg. I ma dość niezwykły pierścionek ze szmaragdami. Mary-Kate sądzi, że dokładnie taki sam jak na rysunku. Jednak...
- Może Georg ma więcej informacji. Zadzwońmy do niego, dobrze? - zasugerowała Maja.
Ally poszła do kuchni i wybrała numer kancelarii Georga. Po kilku sekundach powitał ją miły głos jego sekretarki.
- Cześć, Giselle, tu Ally d'Apli?se. Czy zastałam Georga?
- Désolée, mademoiselle D'Apli?se, monsieur Hoffman został wezwany i musiał wyjechać.
- O, rozumiem. A kiedy będzie?
- Niestety, nie wiem, ale chciał, żebym panie zapewniła, że wróci na czas, by wypłynąć z wami w tym miesiącu - odparła Giselle.
- Mogłabyś przekazać mu wiadomość? - spytała Ally. - Byłabym bardzo wdzięczna, to pilne.
- Strasznie mi przykro, mademoiselle D'Apli?se, ale nie będę miała z nim kontaktu, póki nie wróci. Zrobię wszystko, by zadzwonił natychmiast, kiedy tu będzie. Au revoir.
Zanim Ally zdołała cokolwiek dodać, Giselle odłożyła słuchawkę. Ally wróciła na taras, kręcąc głową ze zdumienia.
- Maju, Georg przepadł.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Jego sekretarka twierdzi, że został dokądś wezwany i nie można się z nim skontaktować. Podobno nie wróci aż do naszego rejsu.
- Georg to bardzo zajęty człowiek. Pa Salt na pewno nie był jego jedynym klientem.
- Oczywiście, ale prawdopodobnie ma informacje, których potrzebujemy - powiedziała Ally. - Ostatnim razem wyparował stąd w takim pośpiechu... W efekcie znamy tylko imię, nazwisko i wiemy, jak wygląda pierścionek. No trudno, pewnie trzeba prowadzić to dalej bez niego.
- Czyli mamy próbować wytropić mamę Mary-Kate w Kanadzie?
- Trzeba przynajmniej spróbować. Co mamy do stracenia?
- Chyba nic - zgodziła się z nią Maja. - Ale kogo wyślemy do Toronto?
- No, najbliżej jest Elektra - odparła Ally. - Musiałabym sprawdzić, ile dokładnie jest z Nowego Jorku do Toronto.
- Niezbyt daleko - powiedziała Maja. - Mogłybyśmy spytać Elektrę, czy ma szansę wybrać się tam w najbliższych dniach, ale wiem, że od czasu koncertu dla Afryki jest rozrywana przez media. Może nie mieć czasu. Kiedy byłam wczoraj w Genewie, we wszystkich gazetach były jej zdjęcia.
- Ona to zawsze potrafi zwrócić na siebie uwagę, co?
- Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że po terapii bardzo się zmieniła. Nie sądzę, żeby tym wystąpieniem na koncercie chciała zwrócić na siebie uwagę. Naprawdę chce pomagać innym i to cudowne, że może spożytkować swoją sławę w dobrej sprawie, nie sądzisz? Stała się inspirującym przykładem dla innych.
- Tak, oczywiście. - Ally ziewnęła. - Wybacz, ostatnio zrobiła się ze mnie stara zrzęda.
- Bo jesteś przemęczona - pocieszyła ją siostra.
- Prawda - przyznała Ally. - Myślałam, że po moich przygodach żeglarskich samotne macierzyństwo nie będzie wielkim wyzwaniem, ale wiesz... To najtrudniejsze, z czym się w życiu mierzyłam. Zwłaszcza ta "samotność".
- Wszyscy mówią, że po kilku pierwszych miesiącach jest łatwiej, a teraz przynajmniej przez parę tygodni Bear będzie miał mnóstwo cioć, które się nim zajmą.
- Wiem. I mama też jest cudowna. Tylko że czasami... no wiesz...
- Co?
- Jak myślę o przyszłości, to widzę, że zawsze będę sama - wyznała Ally. - Nie wyobrażam sobie, żebym spotkała kogoś, kogo będę kochać tak mocno jak Theo. Wiem, byliśmy ze sobą niezbyt długo, powtarzają mi to wszyscy, żeby mnie pocieszyć, ale dla mnie to było jakby od zawsze. I... - Ally pokręciła głową. Po jej bladych policzkach płynęły łzy.
- Tak mi przykro, kochanie. - Maja objęła młodszą siostrę. - Nie będę cię przekonywać, że czas leczy rany, że jesteś młoda i wszystko przed tobą, bo na razie tego nie widzisz. Ale wierz mi, jeszcze będzie pięknie, zobaczysz.
- Możliwe, tylko że mam takie straszne wyrzuty sumienia. Powinnam być szczęśliwa, bo mam Beara. Kocham go całym sercem, nic lepszego niż on mnie w życiu nie spotkało, ale... tak bardzo brak mi Theo. Przepraszam, przepraszam... Zwykle nie płaczę.
- Wiem, że nie, ale dobrze jest to z siebie wyrzucić, Ally. Jesteś taka silna... albo zbyt dumna, by pozwolić sobie na słabość, każdy jednak ma jakieś granice wytrzymałości.
- Pewnie powinnam się po prostu wyspać, tak porządnie. Nawet kiedy mama pełni nocny dyżur, i tak się budzę, kiedy słyszę, że Bear płacze.
- Może zorganizujemy ci mały urlop? Na pewno razem z mamą dałybyśmy tu sobie z nim radę.
Ally spojrzała na nią przerażona.
- Jaka matka bierze urlop od dziecka?
- Taka, która może to zrobić - odparła pragmatyczna jak zwykle Maja. - Kiedyś młode matki nie zdawały się na mężów, miały wokół siebie mnóstwo kobiet z rodziny, które je wspierały. Ty byłaś tego pozbawiona, odkąd przeprowadziłaś się do Norwegii. Proszę, przestań się katować, wiem, jak trudno jest zadomowić się w obcym kraju, a ja przynajmniej znam miejscowy język.
- Naprawdę starałam się nauczyć norweskiego, jest jednak taki trudny. W szkole rodzenia było kilka miłych przyszłych mam, które mówiły trochę po angielsku, ale odkąd urodziłyśmy dzieci, nasze drogi się rozeszły. One mają swoje rodziny i bliskich. Zaczęłam się już zastanawiać, czy może ta moja przeprowadzka nie była błędem. Byłoby świetnie, gdybym grała w orkiestrze, była zajęta, ale na razie utknęłam z Bearem w domu na pustkowiu. - Ally otarła szybko oczy dłońmi. - O Boże, ale się nad sobą użalam.
- Wcale nie. Decyzję zawsze można zmienić. Wiesz, może tych kilka tygodni w Atlantis, a potem rejs na morzu, które tak kochasz, dadzą ci trochę czasu, żeby wszystko przemyśleć.
- Dokąd miałabym się przenieść? Wiesz, kocham mamę i Claudię, ale nie sądzę, żebym mogła wrócić do Atlantis na stałe.
- Ja też nie. Ale na świecie jest wiele innych miejsc. Można powiedzieć, że wszystko w twoich rękach.
- Sądzisz, że powinnam na chybił trafił wbić szpilkę w mapę i po prostu pojechać tam, gdzie wskaże? Tak się nie da. Masz chusteczkę?
Maja pogrzebała w kieszeni dżinsów i wyciągnęła chusteczkę dla siostry.
- Proszę. W każdym razie ciocia Maja sugeruje ci, żebyś się teraz zdrzemnęła, a potem, wieczorem, oddała Beara pod opiekę mnie i mamie. Ja i tak przyzwyczajam się jeszcze do zmiany czasu, więc nie zasnę. Naprawdę, myślę, że ze zmęczenia trochę miesza ci się w głowie. To ważne, żebyś wypoczęła, nim zaczną zjeżdżać się tu nasze siostry.
- Masz rację. - Ally westchnęła, zsunęła gumkę z nadgarstka i ściągnęła nią swoje loki w węzeł na czubku głowy. - Dobrze, skoro tak proponujesz, to trzymam za słowo. Wetknę sobie zatyczki do uszu na noc i postaram się ignorować jego krzyki.
- A może połóż się w jednej z wolnych sypialni na piętrze Pa Salta? Wtedy się nie obudzisz, jeśli mały zacznie płakać. A na razie sprawdzę loty z Nowego Jorku do Toronto i zadzwonię do Elektry. Zobaczymy, czy zgodzi się polecieć.
- Dobrze. Zdrzemnę się. Butelki Beara są w lodówce, gdybyś ich potrzebowała, pieluszki na przewijaku i...
- Wiem, co robić, Ally - przerwała jej Maja łagodnie. - A teraz idź na górę i prześpij się trochę.
*
Według internetu lot z Nowego Jorku do Toronto powinien trwać niecałe dwie godziny. Maja natychmiast wzięła komórkę i wybrała numer Elektry. Nie spodziewała się, że siostra odbierze, bo w Nowym Jorku było jeszcze bardzo wcześnie, ale o dziwo od razu usłyszała jej głos.
- Maju! Jak się masz?
Nawet telefon odbiera teraz inaczej, pomyślała Maja. Dawniej Elektra nigdy nie pytała jej, jak się czuje.
- Trochę trudno mi przestawić się na tutejszy czas, ale wspaniale jest być znów w Atlantis i zobaczyć mamę, Claudię i Ally. A co u ciebie, moja ty miss, gwiazdo światowej sławy?
- O Boże, Maju! Nie spodziewałam się, że moje wystąpienie wywoła taki odzew. Mam wrażenie, że każda gazeta i kanał telewizyjny na całym świecie chcą ze mną mówić. Mariam... pamiętasz moją asystentkę?... musiała zatrudnić tymczasowo kogoś do pomocy. Nie mogę się pozbierać z szoku.
- Na pewno, ale przynajmniej to wszystko dla szczytnych celów, prawda?
- Tak, racja, a Stella, moja babcia, jest fantastyczna. Od dawna działa społecznie. Z tego, co mówiła, już zebrałyśmy dość, żeby zorganizować pięć otwartych ośrodków terapii. Poza tym mnóstwo fundacji proponuje mi wejście do zarządu, chcą, żebym była ich rzeczniczką i tak dalej. A najlepsze, że skontaktował się ze mną UNICEF. Pytali, czy rozważyłabym rolę ich ambasadorki. Stella jest z tego niesamowicie dumna... miło.
- Brzmi wspaniale! W pełni zasługujesz na to wszystko. Stałaś się wzorem dla tych, którzy zmagają się z nałogiem jak dawniej ty. Tylko uważaj, żeby pod wpływem takiej presji nie wpaść w to znowu.
- O, nie martw się, dam radę. To przyjemna "presja", nie negatywna. Jestem... w euforii. Miles też cudownie się sprawdza.
- Miles... Czy to nie ten facet, który był z tobą w ośrodku?
- Tak... Wiesz... ostatnio bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Tak naprawdę zastanawiałam się, że gdyby znalazł czas, chętnie zabrałabym go ze sobą do Atlantis. To wybitny prawnik, więc przyda mi się, gdybym musiała się bronić przed wami wszystkimi. - Elektra zaśmiała się i był to przyjemny, naturalny śmiech, którego Maja nie słyszała u siostry od lat.
- Jeśli ktokolwiek w naszej zwariowanej rodzinie potrafi się bronić, to ty. Ale oczywiście serdecznie go zapraszamy. Chyba każda z nas kogoś tu ściąga. Poza Ally. Jej brat Thom nie może przyjechać, bo jest w trasie z orkiestrą symfoniczną z Bergen.
- No, ale przynajmniej ma przy sobie Beara.
- Tak, choć w tej chwili jest bardzo zdołowana.
- Wyczułam to, kiedy rozmawiałyśmy ostatnio przez telefon. Nie martw się, wszystkie będziemy się starać podtrzymać ją na duchu i popilnujemy małego. Ale... dzwonisz tylko po to, żeby spytać, co u mnie, czy masz jakąś sprawę?
- Tak naprawdę to mam. Czytałaś mail, który Ally wysłała do ciebie, Tiggy i Star?
- Nie. Jak mówiłam, byłam zalana wiadomościami. Nawet Mariam nie była w stanie nadążyć. A o co chodzi?
Maja wyjaśniła jej tak jasno, jak mogła, co się działo od czasu niespodziewanej wizyty Georga w wieczór koncertu dla Afryki.
- ...czyli wiemy, że matka Mary-Kate, nazywana Merry, poleciała do Toronto. Ma ze sobą pierścionek ze szmaragdami, który, jak twierdzi Georg, jest dowodem pozwalającym rozpoznać Zaginioną Siostrę. Nie jestem pewna, czy uda się nam dowiedzieć, gdzie w Kanadzie zatrzymała się Merry, ale jeśli tak, to... Przepraszam, że proszę cię o coś takiego w chwili, kiedy jesteś tak bardzo zajęta... Mogłabyś poświęcić dzień, by się z nią zobaczyć? Z Nowego Jorku to tylko godzina czterdzieści minut lotu, więc...
- Jasne. Szczerze mówiąc, z chęcią wyrwę się stąd na trochę. Zabiorę ze sobą Mariam, jest świetna, jeśli chodzi o wydobywanie z ludzi różnych informacji.
- Och, to fantastycznie! Mam tylko nadzieję, że dowiemy się, gdzie konkretnie jest ta Merry, i damy ci znać.
- Myślisz, że to naprawdę doprowadzi nas do Zaginionej Siostry?
- Nie wiem, ale Georg najwyraźniej jest całkowicie pewien tego tropu.
- Byłoby wspaniale, gdybyśmy mogły sprowadzić ją do Atlantis, żeby razem z nami złożyła wieniec, prawda? Pa Salt tak by się cieszył.
- Tak. I z twoją pomocą może nam się uda. Ale na pewno czeka cię ciężki dzień, więc nie chcę cię zatrzymywać. Jeszcze raz gratuluję, siostrzyczko. To, co zrobiłaś i co chcesz robić, jest naprawdę wspaniałe.
- Oj, dzięki, starsza siostro. Odezwij się, jak będziesz znać ten adres. I do zobaczenia!
Maja odłożyła słuchawkę, wyszła z domu i ruszyła do pawilonu. Zamknęła za sobą drzwi. Choć zdecydowała, że tym razem będzie spać w swoim pokoju z czasów dzieciństwa, bliżej Ally, jej dawny dom w Atlantis, w którym dość długo mieszkała sama, już jako dorosła, był wysprzątany i wywietrzony przez Claudię. I to tutaj miała się wprowadzić, kiedy przyjedzie do niej Floriano z Valentiną. Weszła do łazienki i otworzyła szufladę szafki. Pomacała na jej dnie, wyciągnęła to, czego szukała, a potem długo na to patrzyła.
Tak, nic się nie zmieniło. Schowała to z powrotem, podeszła do łóżka i usiadła. Myślała o tym, co wcześniej powiedziała jej Ally. O tym, że czuje się winna, bo jest smutna, choć powinna się cieszyć. To samo działo się teraz z nią. Doczekała się wreszcie tego, o czym od dawna marzyła, a tymczasem zmieniło to coś w jej głowie, wróciły bolesne wspomnienia...
Kiedy zmusiła się, by wstać, pomyślała, jak to dobrze, że przyjechała tu przed Florianem. Miała trochę czasu, by uporać się z emocjami, nim porozmawiają.
- Nie trzeba się spieszyć - szepnęła, rozglądając się po domu, w którym tak długo mieszkała. Uświadomiła sobie, że kiedyś schroniła się tu przed światem niczym ranne zwierzę. Łzy podeszły jej do oczu. Atlantis było bezpieczną przystanią, krainą, gdzie można zapomnieć o codziennych troskach. Teraz brakowało jej tylko poczucia, że tuż obok jest Pa Salt, bo naprawdę się bała...
6
Mary-Kate
Dolina Gibbston, Nowa Zelandia
Deszcz bębnił o szyby w oknach, w dolinie wył wiatr, a ja odłożyłam w końcu słowa piosenki, do której próbowałam ułożyć melodię na keyboardzie. Wczoraj, gdy na zewnątrz szalała burza, pracowaliśmy w salonie z Fletchem.
- Przydałoby się rozpalić w kominku - powiedział. - Już zima.
Ścisnęło mnie w gardle, bo rytuał rozpalania pierwszego ognia w roku był odprawiany zawsze przez mamę, ale nie było jej tu, podobnie jak taty i Jacka...
A potem przypomniałam sobie, że przecież mam dwadzieścia dwa lata, jestem już dorosła. Więc poprosiłam Fletcha, by uwiecznił to na zdjęciu - tata zawsze tak robił, tak jak w innych rodzinach fotografuje się bliskich podczas urodzin czy świąt - i rozpaliłam pierwszy ogień tego roku.
Kiedy Fletch po południu wyjechał do Dunedin (jak zwykle trzeba było podłączyć Sissy do drugiego akumulatora, by odpaliła), zdecydowałam się zabrać do poprawiania słów, nad którymi pracowałam. Fletch wymyślił świetny kawałek, ale powiedział, że mój tekst jest "dołujący". Miał rację. Nie wiem, czy to dlatego, że czułam się akurat strasznie samotna, czy przez ten mętlik, jaki miałam w głowie, odkąd CeCe z Chrissie wyruszyły na wyspę Norfolk w poszukiwaniu mojej mamy, ale nic mi nie wychodziło.
- I co myślisz o tych dwóch dziewczynach? - zapytał Fletch, gdy siedzieliśmy przy butelce wina. - Może to część twojej dawno utraconej rodziny? Wydają się dość fajne, nie mówiąc o tym, że CeCe i jej siostry muszą być bogate, skoro mają jacht na Morzu Śródziemnym.
- Nie wiem, co o tym sądzić. Nie kłamałam, kiedy mówiłam im, że nigdy nie przyszło mi do głowy szukać mojej biologicznej rodziny. Jestem McDougal - oświadczyłam stanowczo.
Ale teraz, kiedy tłukłam się po domu pełnym wspomnień o tacie, sama ze swoimi myślami, kwestia mojego pochodzenia nie dawała mi spokoju.
Sfrustrowana, zagrałam dysonansowy akord i spojrzałam na zegar. Była północ, co znaczyło, że w Toronto jest ranek.
Musisz z nią pomówić, pomyślałam.
Starając się zapanować nad nerwami, sięgnęłam po słuchawkę telefonu stacjonarnego, by wybrać numer komórki mamy. Pewnie i tak nie odbierze, pocieszałam się.
- Cześć, słonko, to ty? - odezwała się po kilku dzwonkach.
Po głosie poznałam, że jest zmęczona.
- Tak, to ja. Cześć, mamo. Gdzie jesteś?
- Właśnie zameldowałam się w Radissonie w Toronto. Wszystko w porządku?
- Tak, jak najbardziej - uspokoiłam ją. - Ale... dostałaś mojego esemesa? O tych dwóch dziewczynach? CeCe i Chrissie, które chciały się z tobą zobaczyć?
- Tak. - W słuchawce zapadła cisza. Dopiero po chwili mama znów się odezwała: - Niestety, już wyleciałam z Bridget do Sydney, kiedy dotarły na wyspę. Co to za osoby?
- Szczerze mówiąc, bardzo urocze. Był tu Fletch i zaprosiliśmy je, żeby zjadły z nami kolację. One naprawdę bardzo chcą znaleźć tę "zaginioną siostrę", jak ją nazywają. Wyjaśniłam ci to w esemesie...
- Mówiły coś o tym, że ktoś im pomaga w odnalezieniu jej? - przerwała mi mama.
- No, tak, inne siostry CeCe też są zaangażowane w poszukiwania. Mówiła, że ma ich pięć. One też były adoptowane... jak ja. Hm... mamo...
- Tak, kochanie?
Zamknęłam oczy i głęboko odetchnęłam.
- Mamo, nigdy nie czułam potrzeby, żeby dowiadywać się czegoś o swojej... biologicznej rodzinie. Ale ich pytania sprawiły, że zastanawiam się... Może jednak powinnam coś wiedzieć.
- Oczywiście, kochanie, rozumiem to. Proszę, nie krępuj się o tym mówić.
- Kocham ciebie i tatę, i Jacka, najbardziej na świecie. To wy jesteście moją rodziną - powiedziałam szybko. - Ale rozmawiałam o tym z Fletchem i myślę, że dobrze byłoby poznać i tamtą część mojej historii. Nie chcę sprawiać ci przykrości... - Głos mi się załamał, strasznie żałowałam, że jest tak daleko i nie przytuli mnie na pociechę, jak zawsze.
- Nie przejmuj się, Mary-Kate, naprawdę. Słuchaj, może siądziemy sobie spokojnie po moim powrocie i wtedy o tym pomówimy?
- Dziękuję, byłoby wspaniale.
- Te dziewczyny już się z tobą więcej nie kontaktowały?
- Rozmawiałam potem krótko z CeCe przez telefon, ale one naprawdę tylko chcą zobaczyć pierścionek ze szmaragdami, ten, który dałaś mi na dwudzieste pierwsze urodziny. Mają jego rysunek.
- Pisałaś o tym w esemesie. Mówiły, skąd mają ten rysunek?
- Podobno od ich rodzinnego prawnika. Mamo, nic ci nie jest? Twój głos brzmi... jakoś dziwnie.
- Wszystko w porządku. Tylko martwię się o ciebie. Czy jest jeszcze z tobą Fletch?
- Nie, wyjechał dziś po południu.
- Ale Douga masz w pobliżu?
- Jasne. A w przybudówce są pracownicy sezonowi. Jestem całkowicie bezpieczna.
- Świetnie, ale nie wpuszczaj już do domu żadnych obcych, dobrze?
- Przecież wy z tatą zawsze wszystkich tu zapraszaliście - przypomniałam jej.
- Wiem, ale jesteś tam teraz sama, kochanie. To co innego. Na pewno nie chcesz przylecieć do mnie do Toronto?
- Skąd te obawy, mamo? Ty i tata zawsze mówiliście, że dolina to najbezpieczniejsze miejsce pod słońcem! A teraz mnie straszysz!
- Przepraszam, wybacz. Po prostu trudno mi zaakceptować, że moja córeczka jest kompletnie sama. Odzywaj się, dobrze?
- Oczywiście. A właśnie... i jeszcze... - Wzięłam się w garść, bo naprawdę musiałam wiedzieć przynajmniej to. - Zanim skończymy, chciałabym się upewnić. Adoptowaliście mnie w Nowej Zelandii?
- Tak. Przez agencję w Christchurch. Green i coś tam.
- Dzięki. mamo. No to idę do łóżka. Kocham cię.
- Ja ciebie też, słonko. I uważaj na siebie, proszę.
- Dobrze. Pa, pa.
Odwiesiłam słuchawkę i usiadłam ciężko na kanapie. Mama sprawiała wrażenie bardzo spiętej; miała dziwny głos, zupełnie jak nie ona. Choć zapewniła, że nie ma nic przeciwko rozmowie o mojej biologicznej rodzinie, niemal na pewno miała.
Pomówimy, jak wrócę, obiecała...
- Ale kiedy to będzie? - spytałam na głos w pustym pokoju.
Biorąc pod uwagę, jak wiele krajów chce odwiedzić, mogą minąć długie miesiące, nim się spotkamy, a ja czułam palącą potrzebę znalezienia odpowiedzi na moje pytania. Zamierzałam następnego dnia zadzwonić do CeCe i powiedzieć jej, że mama zatrzymała się w Radissonie. Jeśli dałoby się zidentyfikować ten pierścionek, to mogłoby dać jakąś wiedzę o mnie, a ja musiałam się dowiedzieć, kim jestem, nawet jeśli mama tego nie chce.
Po podjęciu decyzji wstałam i uruchomiłam stary komputer stojący na stole. Przytupując niecierpliwie, czekałam, aż się uaktywni. Otworzyłam przeglądarkę i weszłam w Google'a.
Green i... agencja adopcyjna Christchurch Nowa Zelandia, wpisałam.
Potem wstrzymałam oddech i wcisnęłam ENTER.
Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji