WSTĘP
Zacznę tak.
Mam dwadzieścia jeden lat i ówczesny mąż wysyła mnie z ciężarną żoną
swojego kuzyna i jej dwuletnią córeczką do Zakopanego. Hotel na samych
Krupówkach, tak drogi, że bierzemy jedynkę z ogromnym małżeńskim łożem.
Kuzynka, nazwijmy ją Moniką, jest w szóstym miesiącu ciąży. Każdego dnia
zabieram jej córeczkę, Hanię, i włóczymy się po Zakopanem, by przyszła
mama mogła się wyspać i odpocząć. Jej mąż dzwoni regularnie i dopytuje,
czy z Moniką wszystko w porządku. Odpowiadam, że tak. Nie dzielę się z nim zdziwieniem, że jego żona zawsze ma pełny makijaż, a cały pokój
pachnie mocnymi perfumami. Zawsze trzyma też gumę miętową na stoliku,
pod ręką.
Trzeciego dnia Monika decyduje się na wyjście z hotelu i spacer z nami
po Krupówkach. Przy McDonaldzie nagle kuca. Zaniepokojona pochylam się
nad nią. Odór przetrawionej wódki dociera do moich niedoświadczonych
wtedy nozdrzy. Monika mówi, że nie da rady wstać. Wzywam karetkę. Na
pogotowiu dowiaduję się, że ma ponad promil alkoholu we krwi i nie
straciła dziecka tylko dlatego, że kanał szyjki macicy jest zaszyty. A zaszyty dlatego, że ciąża jest zagrożona. Wychodzimy z gabinetu. Ona
zbadana i medycznie zabezpieczona. Ja - z wiadomością o promilach. W hotelu Monika zasypia z Hanią u boku. Schodzę do hotelowego baru i emocje puszczają. Ryczę jak dziecko. Bar jest pusty, są tam tylko trzy
panie z obsługi. Próbują wyjaśniać, co się stało:
Pani nr 1: Nie wolno nam było pani nic powiedzieć. Zresztą myślałyśmy,
że pani wie. Wypiła całą wódkę, jaka była w barze, musiałam dodatkową
zamówić.
Pani nr 2: Wołała taksówkę, żeby whiskey przywiozła.
Pani nr 3: Zapłaciła dodatkowo, żebyśmy butelki z pokoju wynosiły,
zanim pani wróci.
Nie chcę wyjść na plotkarę, więc nic nie mówię mężowi Moniki. Nikomu
zresztą nie mówię o tym, co zaszło. Pękam, gdy dzwoni mój ówczesny mąż.
- Jak tam, wypoczywasz? Fajnie jest?
Zdanie-zapalnik, które sprawia, że opowiadam mu wszystko ze szczegółami.
Słowa odwrotnie proporcjonalne do luksusu pięciogwiazdkowego hotelu
wypadają ze mnie lawiną na korytarzu. Ale gdy wracam do pokoju, dalej
chcę być "fajną" Gosią i nie chcę robić przykrości Monice. Zachowuję
się, jakby nic się nie stało. Przyglądam się za to kosmetykom w łazience
- wcześniej takich nie widziałam. Dwa lata później znajoma terapeutka od
uzależnień oświeci mnie, że to specjalne preparaty hamujące opuchliznę
poalkoholową. To patent alkoholiczek: jeśli nałoży się podkład
odpowiednio wcześniej, to przytrzyma skórę, twarz nie spuchnie.
Przytrzymał. A może ja nie chciałam widzieć prawdy?
Kolejny obraz wyświetla się w mojej głowie z okresu, gdy już jako młoda
mama jestem na wakacjach z grupą znajomych. Są z nami Natalia i Marek,
przyjaciele, z którymi czasem wyjeżdżaliśmy. Marek jest moim autorytetem
intelektualnym i osobą, którą podziwiam za kreatywność i zaradność. To,
że ma kłopot z alkoholem, zauważam już na poprzednim wspólnym wyjeździe.
Po latach Natalia mi podziękuje, że byłam pierwszą osobą, która to
głośno powiedziała. Na razie są wakacje, jest ciepło, a ja jestem
zmęczona karmieniem piersią i nocnym wstawaniem do małej. Marek pije non
stop. Natalia o tym piciu non stop gada. Gdy tylko mnie dopadnie, zalewa
potokiem słów. Uciekam przed nią, z bezsilności. Tak jak ona z bezsilności potrzebuje się wygadać. Typowy klincz. Potem zauważam, że
gdy ona krzyczy, że Marek ma problem, nie tylko ja się odcinam. Ktoś ze
znajomych bagatelizuje: Nie przesadzaj. Są wakacje. Jedno zimne piwo
jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Ktoś inny ironizuje, sugerując Markowi,
żeby schował kieliszek, bo żona na horyzoncie.
Po dłuższym czasie przeproszę Natalię, że wtedy nic nie zrobiłam i nie
powiedziałam. Ona powie, że rozumie, przeprosiny przyjmie. Ale dzisiaj,
siadając do pisania tej książki, cały czas mam w głowie ten obraz, gdy
pijany Marek bierze na rower ich dwuletnią córeczkę. Wszyscy drżymy z niepokoju, lecz nikt nie umie go powstrzymać. Raczej próbujemy
powstrzymać myśli, że coś może się stać. Racjonalizujemy sobie, że może
dzisiaj nie wypił aż tyle. Wybieramy trasę biegnącą po trawie, gdyby
jednak się przewrócili. Na szczęście nic złego się nie dzieje. Ale w mojej głowie zmienia się wiele: dostrzegam, że na chorobę alkoholową
choruje nie tylko Marek. Chorujemy wszyscy razem z Markiem. My, jego
żona, dzieci. Wtedy rodzi się w mojej głowie metafora, którą potem
przeczytam gdzieś w fachowej literaturze: picie jest zdradą. Dla
Marka, gdy otwiera kolejne wino, inni przestają istnieć. Zrzuca ich ze
sceny. Zostają tylko on i alkohol. Alkohol to zaborczy kochanek. Niszczy
każdą zagrażającą mu osobę i sytuację. Zawłaszcza pijącego dla siebie.
Nie ma litości i empatii dla nikogo. Zdobywa nad pijącym całkowitą
kontrolę. Uczy swoją ofiarę unieważniać płynące ze strony bliskich
sygnały, że źle się dzieje, że przekracza granice, że krzywdzi. Każe
ubierać je w ironię i tak obśmiewać, by bliscy wychodzili na
przewrażliwionych. Dzięki temu ten, kto pije, nadal może czuć się królem
życia.
Moja mama nie piła. Tata też nie pił. Ale wiem, jak to jest mieć obok
siebie kogoś uzależnionego. Znam to napięcie patologicznego domu, w którym panuje niepewność, a kilkuletnie dziecko, słysząc zgrzyt klucza w drzwiach, próbuje przewidzieć, w jakim nastroju tata wraca dziś do domu.
To dziecko próbuje być o krok przed ojcem, musi wyprzedzić jego zły
nastrój i strategicznie zadziałać, zanim zdarzy się coś złego. W różnych
domach i sytuacjach rozgrywają się inne scenariusze, ale dzieci
doskonale potrafią wybrać ten, który je ochroni: wejść w rolę maskotki
lub dojrzałej osoby, potrafią stać się niewidzialne i zniknąć lub
przybrać maskę błazna, który wszystkich rozśmieszy. Stan napięcia w przedpokoju zna większość rozmówców, z którymi się spotkałam, gdy
pisałam tę książkę. Rozpoznawali w mojej opowieści własną niepewność,
którą wersją siebie muszą się stać, by poczuć się bezpiecznie. Zmieniały
się tylko sztuki, w których przyszło im grać: raz były to komedie, raz
tragedie. Bezpieczeństwo, a raczej jego brak, to pojęcie, które będzie
nam towarzyszyć na łamach tej książki.
Ta książka jest o piciu, o chorobie alkoholowej i uzależnieniu
(podstawowe mechanizmy dotyczą wszelkich uzależnień). Ale ma też drugą
warstwę. Piszę o tym, co musi sobie mówić ktoś, kto pije, by dalej móc
pić. W pewnej rozmowie z osobą, która miała problem alkoholowy,
usłyszałam na to określenie "zaprawiać" i "zaprawka". Język pokazuje, w jaki sposób mówiąca/y widzi świat. Pijąca/y tak konstruuje
rzeczywistość, by swoje picie przemycić albo zbagatelizować.
Rozchodniaczek, czyli po maluchu na jedną nóżkę, brzmi fikuśnie,
filuternie, niewinnie. To osoba z boku, która widzi, co się dzieje, i nazywa sytuację po imieniu - Marek, znowu piłeś - czepia się, nic nie
rozumie, wydziwia, nie potrafi się dobrze bawić. Kogoś takiego trzeba
szybko zneutralizować, wyśmiać, ośmieszyć, by wrócić do fajnego świata
zabawy, w którym osoba pijąca jest swoją najlepszą wersją: odważna,
dowcipna, pewna siebie.
Język, o czym pisałam także w poprzedniej książce Mówię, więc jestem
(REBIS 2023), to coś więcej niż słowa. Stanowi kod dostępu do świata
mówiącego. Ta książka powstała przede wszystkim z myślą o tych, którzy
są obok pijącej/ego: partnerek czy partnerów, dzieci, osób
współuzależnionych, wpisanych w historię picia jednego człowieka.
Pisałam dla osób na co dzień doświadczających bezsilności i bezradności,
często złości i smutku. Zamierzam zachęcić was do refleksji nad tezą, że
"słowo automatycznie stwarza obraz, powołuje go do
istnienia"1. Język osoby cierpiącej na naszą chorobę
narodową, czyli alkoholizm, pokazuje, czy w swoim widzeniu świata
podlanego alkoholem, z uciszonymi, utopionymi w wódzie emocjami, tworzy
ona jakąś szczelinę, przez którą można do niego wejść. Czy raczej ta
narracja jest zamknięta na wszelkie inne głosy poza własnym.
Ta książka jest efektem wielu godzin rozmów z osobami uzależnionymi,
współuzależnionymi i z syndromem DDA (dorosłych dzieci alkoholików). Z oczywistych powodów anonimizuję moje rozmówczynie i rozmówców. Czasem na
ich prośbę zmieniam detale, takie jak nazwa miasta czy płeć dziecka. Ale
treść wypowiedzi przenoszę na papier dokładnie. To ważne, bo w książce
pokazuję, jak dzięki zrozumieniu mechanizmów językowych możemy wniknąć w świat osoby uzależnionej i współuzależnionej. Moją poprzednią książkę
zatytułowałam Mówię, więc jestem, a moja studentka Helena Iskra
opatrzyła wywiad ze mną tytułem "Audio [słucham], więc jestem". I miała rację, bo komunikacja zawsze zaczyna się od słuchania.
Niektórzy mogą poczuć bezradność po lekturze tej książki. Może uświadomi
im ona, że nie mogą uratować tych, których kochają, przed nimi samymi.
Czasem we współuzależnieniu jest tak, że największy dar, jaki możemy
zaoferować drugiemu człowiekowi, to pozwolić mu upaść. To wymaga od nas
"niedziałania", na które w polszczyźnie nie ma precyzyjnego określenia.
Towarzyszenie w trudnościach jest możliwe tylko wtedy, gdy sami mamy
dostęp do swoich trudnych emocji, a nie wchodzimy w rolę ratownika,
który rusza na pomoc innym, by nie musieć zajmować się tym, z czym sobie
nie radzi.
Nie jestem terapeutką i nie wchodzę w kompetencje psychologów. Pojawiam
się wcześniej, gdy w człowieku zaczyna kiełkować wątpliwość, pytanie,
czy ma problem. W tym przebłysku, jeśli ktoś zdąży go uchwycić, zanim
zostanie przez umysł unieważniony, narzędzia, jakimi dysponuje ta wersja
językoznawstwa, którą wykorzystuję w tej książce, mogą okazać się
pomocne. Dramat uzależnienia polega na tym, że osoba chora zrobi
absolutnie wszystko, by - jak mówi terapeutka uzależnień Joanna Flis -
"nie musieć rozstać się z nałogiem. Uzależnieni potrafią doskonale
racjonalizować swoje nałogowe zachowania, koloryzować niemiłe
wspomnienia z nimi związane, intelektualizować - wspierać się
przeróżnymi teoriami - lub po prostu bagatelizować konsekwencje
choroby". Dodaje kilka słów do osób współuzależnionych: "jeżeli i ty
próbujesz przebić się przez ten mur, prędzej czy później odkryjesz,
jeżeli już tego nie zrobiłeś, że im więcej wysiłku wkładasz w urealnienie okoliczności osobie chorej, tym bardziej jej obraz
rzeczywistości staje się przekłamany2.
Dużo będziemy tutaj mówić o tym, co to znaczy być "odpowiednio
uzbrojonym w fakty o samym sobie"3 i dlaczego "słowo musi
przeczyć nałogowi"4. Rozumiem sprzeciw zawodowych terapeutów,
takich jak Joanna Flis czy Robert Rutkowski, którzy oponują przeciwko
używaniu określonych narracji i wyrażają obawę, że konkretne słowa
blokują wychodzenie z choroby. Tyle że mają na myśli już proces
leczenia. Językoznawca ma inne zadanie, gdy wychwytuje konkretne użycie
słowa czy pojęcia i pokazuje, co może za tym stać, zarówno na poziomie
poszczególnych słów typu pijak, jak i gramatyki: polali, to się
wypiło.
Ta książka zbudowana jest na trzech filarach. Oto definicje, którymi się
posługuję:
UZALEŻNIONA/Y - osoba uzależniona od substancji lub zachowania
kompulsywnego.
WSPÓŁUZALEŻNIONA/Y - osoba związana z uzależnionym, która
przystosowała się do tej sytuacji; wręcz uzależniona od uzależnionego.
OSOBA Z SYNDROMEM DDA (dorosłe dziecko alkoholików) - ktoś, kto by
przetrwać w rodzinie, w której była choroba alkoholowa, musiał odgrywać
określone role i unieważniać w sobie pewne emocje.
Przyjrzę się językowi tych osób. Nawet jeśli identyfikujesz się z konkretną grupą, i tak zachęcam do przeczytania całej książki, gdyż
pewne mechanizmy językowe się powtarzają, a ja omawiam je na przykład
tylko w rozdziale o współuzależnieniu.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
TAJNY KOD JĘZYKA
Z tego rozdziału dowiesz się:
co łączy osoby uzależnione, współuzależnione i z syndromem DDA;
*
co to znaczy czuć się bezpiecznym;
*
czym jest responsywność;
*
dlaczego metafory są ważne;
*
co to znaczy, że człowiek jest pojemnikiem na emocje;
*
jak działa pakt lojalności.
Nie znam powodu, dla którego sięgasz po tę książkę. Może pijesz, ćpasz,
kompulsywnie robisz zakupy. Może rozpoznajesz w sobie DDA (dorosłe
dziecko alkoholików) lub DDD (dorosłe dziecko z rodziny dysfunkcyjnej).
A może martwisz się, że jesteś osobą współuzależnioną. Tym, co łączy
wszystkie te osoby, jest poczucie, że takie, jakie są, z całym bagażem
swoich emocji, potrzeb i wypracowanych strategii ich realizowania, nie
mają swojego bezpiecznego miejsca, nigdzie nie przynależą; czują, że
wciąż nie są takie jak trzeba, żeby zasłużyć na miłość. Może czujesz, że
inni cię zaakceptują, tylko gdy spełnisz określone warunki albo wręcz
będziesz udawać kogoś innego. Może masz poczucie, że nie ma ani jednej
osoby, która znałaby cię całkowicie, a słowo autentyczność brzmi dla
ciebie patetycznie. Odpowiedź na pytanie, kim jesteś i co sprawia, że
nie siadasz przy stole, nawet gdy masz tam przygotowane miejsce, należy
wyłącznie do ciebie. Ja znam się na języku i jego sztuczkach
przejawiających się w opowieściach, które kiedyś pomagały nam przetrwać
w rodzinie, a dzisiaj sprawiają, że powielamy scenariusze, które już nie
są nam do niczego potrzebne, a nawet nam szkodzą, innych jednak nie
znamy.
Zacznę od opowiedzenia wam własnej historii. Wiele lat temu cztery razy
w tygodniu chodziłam na terapię psychoanalityczną. Gabinet mojego
terapeuty znajdował się na czwartym piętrze starej krakowskiej
kamienicy. Przez pierwsze trzy lata terapii siedzieliśmy naprzeciwko
siebie, a potem, tak jak w filmach, leżałam na kozetce tyłem do
terapeuty. Nie widziałam go. Nie mogłam sprawdzać, czy mnie słucha. Nie
widziałam jego reakcji niewerbalnych, gestów ani mimiki. Obecne były
tylko słowa. Zawsze miałam przygotowaną listę tematów do omówienia. W tamtą środę położyłam się jak zwykle na psychoanalitycznym łożu i zaczęłam gadać. Jak karabin maszynowy. Punkt po punkcie, które jeszcze
sobie powtórzyłam, wbiegając po schodach. Do gabinetu nie wchodziłam
bowiem z marszu, tylko zawsze uzbrojona w gotową opowieść. Tym razem
terapeuta nie podjął tego, co wymieniłam jako punkt pierwszy, ale skupił
się na samym schemacie moich sesji. Pani wchodzi i mówi, jakby między
ostatnią sesją a tą nie było przerwy. Nigdy się pani nie położy i nie
pozwoli sobie poczuć, jak się tu dzisiaj czuje, co się w pani właśnie
pojawia. W tamtym czasie taka sytuacja była dla mnie niewyobrażalna.
Tylko ja i terapeuta? Musiałam między nas wstawić mur, murek albo
chociaż pas zieleni, żeby nie zrobiło się za blisko. Bo nie umiałam
odnaleźć się w bliskości. Zagrażała mi.
W moim domu na krakowskim osiedlu Azory na szczęście nie było alkoholu w nadmiarze, ale nie było też bezpiecznego dla mnie miejsca. Ceną za
przynależność i akceptację była zgoda na komentowanie mojej cielesności,
szydzenie z porażek czy robienie sobie ze mnie jaj, jak to nazywał mój
tata. Rodzice wobec siebie też bywali werbalnie okrutni, a święta
kojarzyły mi się z polem bitewnym. Choćby ciągłe żarty z tego, ile jem i jak to się w drzwiach nie zmieszczę. Uprawiałam wtedy wyczynowo sport i rosłam. Nie miałam nadwagi. Ale nadal czuję potrzebę tłumaczenia się, że
nie zasłużyłam na takie złośliwości, jakby dopuszczalna była sytuacja, w której ktoś zasługuje na hejt z powodu własnego ciała. To była czysta
przemoc. Ale i tak wspomniałam tu o sporcie. Zawsze to trochę
bezpieczniej.
Ten rozdział nie jest zaadresowany do konkretnego odbiorcy. Każdy z nas
może nim być. Opowiem tu o pewnych wspólnych mechanizmach. W dysfunkcyjnym domu cała rodzina tańczy chocholi taniec, byle impreza
mogła dalej trwać. Czasem tylko dziecko uzależnionego rodzica czuje się
za niego odpowiedzialne i zachowuje się jak osoba współuzależniona. Nikt
nie ma poczucia, że taki, jaki jest, jest wystarczający, by móc poczuć
się bezpiecznie, być akceptowany.
Bezpieczny to ważne słowo. Jak wskazuje etymologia, odnosi się ono do
kogoś, kto może pozostać bez pieczy, czyli bez ochrony i opieki, bo na
przykład we wspólnocie nikt go nie zaatakuje. To okrutny paradoks, że
często najwięcej ataków przyjmujemy właśnie w rodzinie. Język pokazuje,
kogo i co chcemy mieć blisko, a kogo i co pragniemy trzymać z daleka. A w tle jest założenie, że blisko oznacza bezpiecznie i pozytywnie. Osoby
dotknięte uzależnieniem doświadczają w tym aspekcie ogromnego chaosu.
Często to, co bliskie, budzi strach, niechęć czy obrzydzenie. Bezpieczną
przestrzenią powinny być rytuały rodzinne i rozmowy przy stole. U mnie
przywoływanie wspomnień z dzieciństwa związanych ze świętami
automatycznie buduje w ciele napięcie i chęć odsunięcia tych myśli. To
pomieszanie tego, co TU, gdzie jestem, i TAM, gdzie to wszystko się
kiedyś wydarzyło, objawia się w poczuciu, że szczęście jest gdzieś
indziej, bo ja albo na nie nie zasługuję, albo nie wierzę, że jest
możliwe, bo nie mam doświadczeń, do których mogłabym się odwołać. Na
przykład takich, że rodzinne święta mogą być fajne. Mimo że później te,
które sama organizowałam, były w porządku. Ale tak jak u Sylwka w filmie
Wszyscy jesteśmy Chrystusami w reżyserii Marka Koterskiego moja pamięć
wybiera tylko negatywne wspomnienia. Gdy Adam Miauczyński, ojciec
Sylwka, pyta go: "A nie pamiętasz, jak chodziłem z tobą do lekarza?
Lekarzy?", syn odpowiada: "Ja pamiętam tylko to jak wtedy do dentysty".
Pamięć wybiera to, co jest jakoś dla nas ważne, i to utrwala.
Gdy dorosłam, pojawił się u mnie dysonans poznawczy, bo z jednej strony
nie znosiłam świąt, a z drugiej chciałam, by moja córka miała miłe
wspomnienia z tego okresu. Ale im fajniejsze święta urządzałam, tym
bardziej tamte wspomnienia wracały. A gdy po latach poznałam pewną
bliską mi obecnie osobę, nasza znajomość zaczęła się od jego
stwierdzenia: Kurwa, jak ja nie znoszę świąt. Moja myśl wtedy: Mój
człowiek. To zdanie wskazywało na podobne przeżywanie świata, bo
podobnie odbieramy akurat ten rytuał społeczny. Tu nie chodzi o zrozumienie ani racjonalność. Coś nam się wdrukowuje w pamięć i dzisiaj
bym powiedziała: Pojechałam na święta, ALE [mimo wszystko] było
fajnie. Spójnik ale pokazuje tu opozycję między obrazem świąt w mojej
głowie a konkretnym świątecznym doświadczeniem.
Zobaczmy więc, jak to się utrwala i przejawia w języku.
Wyobraź sobie, że język jest jak scena w teatrze. To metafora, którą
obszernie przedstawiłam w mojej poprzedniej książce Mówię, więc
jestem. Słowa i konstrukcje gramatyczne obrazują, w jaki sposób
mówiąca/y poukładał sobie, czyli zinterpretował dane zdarzenie czy
relację. Gdy zaczynamy opowiadać, pokazujemy - jak na scenie - w jakim
punkcie życia jesteśmy, jak postrzegamy rzeczywistość i siebie. Gdy
przygotowywałam się do pisania tej książki i rozmawiałam z ludźmi,
których życie zdominował temat uzależnień, dotarło do mnie, że właściwie
powinniśmy mówić o dwóch scenach: pierwszej, gdy mówiąca/y widzi siebie
jako osobę WE WSPÓLNOCIE, i drugiej, gdy widzi się OSOBNO.
By zilustrować ten mechanizm, zacznijmy od wypowiedzi Sebastiana
Fabijańskiego w wywiadzie z Żurnalistą5, dziennikarzem,
który prowadzi podkast Rozmowy bez kompromisów:
Żurnalista: Czy ty się czułeś kochany jako dziecko?
Fabijański: U mnie w domu nie było miłości. Takiej miłości.
Żurnalista: Twoja mama była NADopiekuńcza, więc zastanawiam się...
Fabijański: Była NADopiekuńcza. Ona w ten sposób pokazywała swoją
miłość. Podczas gdy w moim domu nie było miłości. Nie było wzajemnej
miłości. Ona była przemycana w gestach. Mój ojciec przemycał miłość w gestach materialnie. Coś mi kupił.
Przedrostek NAD- w tym przymiotniku zakłada pewien nadmiar, opisuje
kogoś, kto nadmiernie się troszczy6. Mama nie znajduje się
na równi z dzieckiem, nie widzi go i nie słyszy, jest poNAD nim, jakby
stała wyżej. Jest w tym określeniu jakaś nadmiarowość, która tak
naprawdę stanowi blokadę między nią a dzieckiem. Porównajmy to ze
zdaniem: Mama była opiekuńcza. Przedrostek o- jakby
otacza dziecko maminą opieką. Dla mnie opiekuńczość cechuje pewna
uważność na to, czego osoba, której opieka dotyczy, naprawdę potrzebuje.
Na naszej językowej scenie stoi dziecko i różnymi dostępnymi sobie
sposobami i strategiami dopomina się o to, by dorosły zaspokoił jego
potrzeby. Psychologia nazywa to responsywnością, a ja adekwatnością
do sytuacji. Bez tego trudno mówić o bezpiecznym przywiązaniu, czyli
zdrowej relacji, którą uczymy się budować od najmłodszych lat. W rodzinach dysfunkcyjnych tę naukę zaburza chociażby to, że zbyt rzadko
doświadcza się poczucia bezpieczeństwa i akceptacji lub wcale się ich
nie zaznaje.
Spełnieni w relacji możemy się czuć wtedy, gdy z drugą osobą jesteśmy
względem siebie responsywni i zachowujemy się w sposób adekwatny. Gdy
nie nabędziemy tej umiejętności od rodziców, bo w dzieciństwie w naszym
otoczeniu nie było ani jednej osoby, która by nas widziała i słyszała,
ani potem dzięki terapii czy innej ścieżce dotarcia, możemy mieć
nieustanne poczucie pustki, które przewija się w opowieściach wielu
osób uzależnionych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki