ROZDZIAŁ 2
Weronika wróciła do domu i resztki jej dobrego nastroju wyparowały na widok Leona, który spał na kanapie.
"Czyli dalej nie ma żadnej oferty. No ale co w tym dziwnego, skoro pewnie nie ruszył się z tej kanapy przez cały dzień" - pomyślała i poszła do kuchni, bo dopiero teraz uświadomiła sobie, że oprócz kawy, wypitej w towarzystwie Patrycji, i bułeczki cynamonowej, którą poczęstowała ją koleżanka z biura, nie miała nic w ustach od rana. Ale gdy otworzyła lodówkę, zobaczyła puste półki, jeśli nie liczyć jednego zaschniętego kawałka sera. "Super".
W chlebaku znalazła suchą kromkę chleba i aż się zagotowała ze złości. Leon miał rano zrobić zakupy. Zostawiła mu nawet listę i pieniądze, ale jak zwykle nie znalazł czasu. Weronika stłumiła w sobie chęć obudzenia go i zrobienia awantury, bo wiedziała, że takie rzeczy na niego nie działają. Był odporny na wszelką krytykę i za każdym razem po takiej jednostronnej kłótni wychodziło na to, że to ona się czepia wszystkiego.
"Koniec z tym, dłużej tego nie wytrzymam!" - uznała, ubrała się i wyszła z mieszkania, kierując się w stronę baru na rogu.
Zjadła naleśniki z bananami, zastanawiając się nad tym, czy jest sens dłużej utrzymywać związek z Leonem. Znali się od trzech lat, a od pół roku ze sobą mieszkali. Nie planowali wspólnego życia, nie był to naturalny krok dalej w ich znajomości - po prostu Leon, zajmujący się modelingiem, poprosił ją pewnego dnia, żeby mógł u niej przez chwilę pomieszkać.
- Facet, który wynajmował mi mieszkanie, wraca do kraju - powiedział. - Mogę się u ciebie zatrzymać na moment, zanim znajdę coś innego? Wiesz, hotele są cholernie drogie, a poza tym, może czas, żebyśmy się do siebie bardziej zbliżyli?
Zgodziła się. Lubiła się z nim spotykać, w łóżku było im świetnie, od czasu do czasu spędzali razem urlop i zawsze dobrze się bawili, więc uznała, że to może być początek poważniejszej relacji, ale już po pierwszym tygodniu wspólnego mieszkania miała ochotę zamordować Leona. Zachowywał się jak mały chłopiec, któremu się wydaje, że lodówka zapełnia się w magiczny sposób, obiad gotują krasnoludki, a pranie robi dobra wróżka. Kłócili się o to nieustannie czy raczej: Weronika zwracała mu uwagę, a on tylko wzruszał ramionami, zmieniał temat albo obracał wszystko w żart. Wytrzymała miesiąc i już chciała mu powiedzieć, że ma się wyprowadzić, gdy zachorowała na covid. Nie przechodziła choroby bardzo ciężko, ale przez kilka dni musiała zostać w łóżku, a Leon troskliwie się nią zaopiekował, więc kiedy gorączka spadła i zniknęły bóle mięśniowe, Weronice było po prostu głupio mówić mu o wyprowadzce.
"Wyjdę na wredną, niewdzięczną sukę" - myślała. "Odczekam jeszcze trochę".
I tak z "na chwilę" zrobiło się kilka miesięcy, podczas których coraz bardziej przekonywała się, że ona i Leon to dwa skrajnie różne światy. Lubili inne filmy, słuchali odmiennej muzyki, różniły się nawet ich wyobrażenia na temat idealnego wieczoru. Podejście do zawodowych obowiązków też prezentowali zupełnie inne: Weronika uwielbiała swoją pracę, angażowała się w nią czasami nawet zbyt mocno, aktywnie szukała klientów dla firmy, podczas gdy Leon po prostu czekał na oferty i łaskawie wybierał te, które mu odpowiadały. Problem w tym, że ostatnio nie dostawał żadnych ofert, a chodzenie na castingi uważał za upokarzające, więc siedział w domu, sfrustrowany, coraz bardziej rozleniwiony i często zdarzało mu się topić smutki w alkoholu.
- Ja nie umiem tak handlować sobą - tłumaczył, kiedy Weronika pokazywała mu ogłoszenia o castingach. - Nie mam już dwudziestu lat, jestem dojrzałym mężczyzną i wyrobiłem sobie markę, która powinna wystarczyć.
Marka jednak nie wystarczała, bo choć czterdziestopięcioletni Leon ciągle wyglądał świetnie, to jednak był w wieku, w którym w tym zawodzie przechodzi się już na emeryturę. W efekcie Weronika utrzymywała go i powoli zaczynała mieć tego dosyć. Nie chodziło o to, że brakowało jej pieniędzy - zarabiała całkiem dobrze. Po prostu wracając do domu, chciała mieć święty spokój, a Leon często zapraszał znajomych, żeby pomogli mu przegnać smutki, i kiedy przychodziła z pracy, zastawała imprezę, która kończyła się bałaganem, pustą lodówką i wietrzeniem mieszkania z dymu papierosowego. Wreszcie zażądała, aby zapraszał znajomych do lokali, i kategorycznie zabroniła mu urządzania imprez w jej mieszkaniu. Po kilku awanturach Leon zmienił styl i zapraszał znajomych w czasie, gdy ona była w pracy, ale i tak zawsze poznawała, kiedy to robił.
"Mam tego dosyć" - pomyślała po raz setny, płacąc za obiad. Uświadomiła sobie, że od paru tygodni nie miała nawet jednego spokojnego wieczoru, chociaż zawsze tak bardzo to lubiła. Uwielbiała ten moment, gdy wracała z pracy do domu, zrzucała buty, zakładała wygodne ubranie, owijała się kocem i siedziała na kanapie z filiżanką kawy i ciekawą książką. "Muszę odzyskać swoje życie".
Wstąpiła do piekarni i kupiła dla siebie dwie hermetycznie zamknięte kanapki. Po powrocie do domu włożyła je do lodówki, umyła się i przebrała do spania. Leon nadal leżał na kanapie, aż poczuła ukłucie niepokoju. "Może coś mu się stało?" - pomyślała.
Pochyliła się nad nim i odrzuciło ją od zapachu przetrawionej wódki i papierosów. Poczuła na twarzy jego cuchnący oddech, klatka piersiowa mężczyzny unosiła się miarowo. "Czyli to nie zawał".
Miała ochotę szarpnąć nim i zmusić do przebudzenia, ale uznała, że to nie ma sensu. W tym stanie i tak niewiele do niego dotrze, a ona tylko niepotrzebnie się zdenerwuje.
"Załatwię to jutro" - zdecydowała i poszła do swojej sypialni. Na osobne sypialnie zdecydowała się już po dwóch tygodniach wspólnego zamieszkiwania, bo Leon uwielbiał do późna oglądać telewizję, podczas gdy ona unikała patrzenia w jakiekolwiek ekrany przed zaśnięciem, a dźwięki telewizora jej przeszkadzały. "Żyjemy jak stare, zmęczone sobą małżeństwo".
Rano, kiedy szykowała się do pracy, Leon nadal leżał na kanapie, tylko już nie na wznak, lecz na boku. Weronika stłumiła w sobie chęć wylania na niego kubka lodowatej wody, zjadła dwie kanapki i wyszła, obiecując sobie, że jeszcze dzisiaj z nim porozmawia i każe szukać mieszkania. Szła do firmy na piechotę, bo budynek był oddalony o dwa kilometry i w pewnym momencie uznała, że codzienny spacer dobrze jej zrobi dla zdrowia, a przy tym uwielbiała tę chwilę, gdy skręcała w najbardziej reprezentacyjną ulicę w mieście i zwalniała, żeby przyglądać się wystawom. Zawsze podziwiała kreatywność ich autorek, a teraz nie mogła się już doczekać, kiedy wystrój zmieni się na świąteczny.
"Pewnie tuż po święcie zmarłych, jak zwykle" - uznała i uśmiechnęła się do siebie. Nie przeszkadzało jej to wcale, bo w świętach Bożego Narodzenia lubiła wszystko, a czas oczekiwania na nie uważała za najprzyjemniejszy w ciągu całego roku. Czuła się wtedy, jakby znów miała siedem lat i czekała na Świętego Mikołaja. I co roku zapominała o tym, że kiedy te wyczekane święta już nadchodzą, zawsze przynoszą jej duże rozczarowanie...
Na razie na wystawach dominowały barwy jesieni i Weronika zatrzymała się, żeby obejrzeć najnowszą ofertę księgarni, wabiącą z daleka hasłem: "Najlepsze lektury na długie jesienne wieczory. Dla każdego coś dobrego!". Uświadomiła sobie, że od dawna nie miała czasu na spokojny wieczór z książką, i postanowiła, że dziś po pracy pójdzie do księgarni i coś sobie wybierze.
"A potem usiądę w fotelu z kubkiem gorącej herbaty i dam się porwać jakiejś autorce do jej świata" - pomyślała.
Z daleka zobaczyła już biurowiec, w którym miała siedzibę jej firma. Żałowała, że szef i szefowa nie wybrali bardziej interesującego budynku, tylko taki zwyczajny, bez pomysłu. Zawsze sobie wyobrażała, że gdyby ona miała założyć własną firmę, wybrałaby na biuro jakieś intrygujące, niebanalne miejsce, żeby klienci od razu mieli przedsmak jej kreatywności. "Może kiedyś rzeczywiście będę miała własne biuro projektowe i będę mogła realizować swoje pomysły..." - rozmarzyła się.
Właśnie mijała skwer, obok którego rozciągał się pusty plac przeznaczony przez władze miasta na centrum konferencyjne. Przypomniała sobie, że wysłała wczoraj projekt na konkurs, i przystanęła, a serce mocniej jej zabiło.
"Mam nadzieję, że stanie tutaj mój budynek" - pomyślała, patrząc na duży teren, jakby widziała go po raz pierwszy, choć przechodziła tędy codziennie, a w trakcie pracy nad projektem przyglądała mu się z uwagą setki razy.
Przed budynkiem firmy czekała na nią mama. Obrzuciła Weronikę krytycznym spojrzeniem i zmarszczyła brwi.
- Kiedy ty wreszcie zaczniesz się kobieco ubierać? - zapytała na przywitanie.
Weronika spojrzała na swój zielony żakiet, białą bluzkę z koronkową wstawką, obcisłe czarne spodnie z zielonymi lampasami i czarne baleriny.
- Serio robią takie zestawy także dla mężczyzn? - zapytała, na co matka tylko prychnęła.
- Gdybyś zamiast tych spodni miała plisowaną spódnicę, wyglądałoby to bardzo szykownie, modnie i dziewczęco - stwierdziła, poprawiając własną plisowaną spódnicę.
- Czemu zawdzięczam tę poranną wizytę? - zmieniła temat Weronika, powstrzymując się przed dodaniem uwagi, że po ukończeniu trzydziestego dziewiątego roku życia bycie "dziewczęcą" jest chyba trochę dziwaczne.
- Ojciec mi powiedział, że będziesz sama prowadzić spotkanie z klientką, więc pomyślałam, że przyda ci się kilka rad. No i przyniosłam ci wizytówkę sklepu, w którym kupuję ubrania. - Wręczyła jej kolorowy kartonik. - Mam tam zniżkę, zresztą jedną sukienkę możesz sobie kupić ode mnie. Taki wczesny prezent gwiazdkowy. Musisz wyglądać profesjonalnie!
Mama weszła do budynku i ruszyła do góry po schodach, jak zawsze wzbudzając podziw Weroniki, która nigdy nie opanowała sztuki swobodnego poruszania się w butach na szpilkach. Mama była w tym mistrzynią. Zanim weszła do pokoju Weroniki, kiwnęła głową siedzącej w otwartym gabinecie asystentce, mierząc ją przy okazji pełnym dezaprobaty spojrzeniem, bo Natalia nosiła garnitury w męskim stylu, które przełamywała dekoltem głębokim jak szyb w kopalni i wyzywającym makijażem.
- Nie moglibyście zatrudnić jakiejś bardziej odpowiedniej asystentki? - zapytała mama, kiedy już zamknęły za sobą drzwi. Weronika była jednak pewna, że jej donośny głos słychać było nawet w recepcji. Na szczęście współpracownik, z którym dzieliła ten pokój, jeszcze nie przyszedł, więc nikt nie musiał uczestniczyć w słownym ping-pongu, jakim zwykle była dla Weroniki rozmowa z mamą.
- Natalia jest świetna i wszyscy ją cenią. Ja jestem bardzo zadowolona z naszej współpracy - odpowiedziała, pewna, że mama zaraz odbije piłeczkę. I tak właśnie się stało.
- No tak, ty zawsze zadowalasz się byle czym. Najlepszym przykładem jest ten twój Leon, który najwyraźniej wcale nie zamierza ci się oświadczyć.
- Nawet gdyby to zrobił, i tak bym się nie zgodziła. Zamierzam mu powiedzieć, aby się wyprowadził.
Mama pokręciła głową.
- Nie powinnaś tego robić - powiedziała i uniosła palec wskazujący w geście przestrogi. - W tym wieku niełatwo będzie ci znaleźć nowego partnera.
- Wolę nie mieć żadnego, niż zadowalać się byle czym.
- Tylko nie mów potem, że cię nie ostrzegałam!
- Nie powiem.
Weronika włączyła komputer i spojrzała na matkę wyczekująco.
- Dziwny ten twój pokój - powiedziała mama. - Jakiś taki... Mało przytulny. Mało kobiecy.
- To gabinet do pracy, a nie buduar - odparła, choć wiedziała, że wdawanie się z mamą w jakąkolwiek polemikę nie ma sensu, bo wyłącznie zdanie matki było ważne i słuszne. - I nie należy tylko do mnie. Ustawiliśmy z Wojtkiem wszystko w taki sposób, żeby dobrze nam się w nim pracowało, i tak właśnie jest.
- Tak, no to życzę ci, żebyś w tym gabinecie wypracowała jakiś duży sukces. - Mama podniosła się, poprawiła spódnicę i postukała błyszczącym czerwonym paznokciem w wizytówkę sklepu, która leżała na biurku Weroniki. - I pójdź tam jak najszybciej po jakieś ładne ubranie!
Kiedy mama wyszła, Weronika odetchnęła z ulgą, schowała wizytówkę do szuflady i zerknęła do kalendarza zadań, w tym samym czasie wyjmując z torebki telefon. Na wyświetlaczu migały cztery nieodebrane połączenia od Leona. Oddzwoniła.
- Co się dzieje? - zapytała.
- W twoim domu nie ma nic do jedzenia! - poskarżył się. - Nawet kromki chleba!
- O, to dziwne! Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że zostawiłam ci listę zakupów i pieniądze, a ty miałeś cały dzień na to, żeby pójść do sklepu.
Zapadło milczenie, a po chwili Leon odezwał się lekko urażonym tonem:
- Wiesz, że mam ostatnio gorsze dni i trudno mi się przystosować do takiej szarej rzeczywistości jak zakupy, gary, sprzątanie... To takie pospolite!
- Ty nie masz gorszych dni, ty masz gorsze całe miesiące! I ja już mam tego dość. Gdybym chciała ogarniać wszystko za siebie i za rozkapryszonego dzieciaka, tobym go sobie urodziła!
- Wera, co cię ugryzło?
- Tu pospolitość skrzeczy! - zawołała, cytując Wyspiańskiego, i rozłączyła się. Nie chciała załatwiać tego przez telefon.