p

Za zielonymi drzwiami - Kamila Majewska

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (33,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- To mnie załatwiłeś - westchnęłam z rezygnacją.

- Słucham, pani Anno? - Prawnik siedzący naprzeciw mnie ściągnął krzaczaste brwi, które niemal zetknęły się ze sobą.

- Przepraszam, to nie do pana - mruknęłam zmieszana. - Proszę mi powiedzieć, co powinnam z tym teraz zrobić. - Wskazałam głową na dokumenty leżące na biurku pomiędzy nami.

- Decyzję musi pani podjąć sama, pan Kazimierz wydał wyraźne dyspozycje. Jako prawnik pana Wysockiego miałem poinformować panią o otwarciu spadku i jego treści. Ma pani trzy miesiące na przyjęcie go bądź odrzucenie. Musi pani jednak wykonać zapisane przez niego polecenia.

Gdyby to było takie proste, pomyślałam i jeszcze raz wzięłam dokumenty do ręki. Czytałam od nowa słowa, które przed chwilą wprawiły mnie w osłupienie.

Kazimierz, mój szef i mentor, zmarł nagle dwa tygodnie temu. Jego śmierć była dla mnie szokiem, a że nic jej nie zapowiadało, tym większy był mój smutek i poczucie straty. Od dziesięciu lat stałam przy jego boku, byłam jego prawą ręką. Trudno mi było się z tym pogodzić, szybko jednak musiałam zakończyć żałobę. Musiałam wrócić do pracy na pełnych obrotach. Byłam pewna, że on by tego chciał.

Kazimierz prowadził jedną z lepszych firm marketingowych w kraju. Na koncie miał wiele akcji reklamowych dla największych koncernów na świecie. To on wprowadził mnie w świat reklamy, ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Zaczęliśmy współpracę, gdy byłam na ostatnim roku studiów. Pamiętam to jak dziś. Od początku wiedziałam, że swoje życie zawodowe chcę związać z reklamą, i często przeglądałam portale branżowe, chcąc być na bieżąco. Pewnego wieczoru, gdy siedziałam w wynajmowanej kawalerce z kieliszkiem wina w dłoni, trafiłam na ogłoszenie konkursowe. Napisany tłustymi literami nagłówek od razu przyciągnął moją uwagę: "Wygraj staż w Wysocki Art!". Szybko przebiegłam wzrokiem treść ogłoszenia, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że to jest właśnie moja szansa i muszę z niej skorzystać. Wizja odbycia stażu w największej agencji reklamowej w Warszawie przyprawiała mnie o zawrót głowy. Byłoby to spełnienie marzeń. Nie musiałabym się martwić o to, co robić po studiach, a istniała szansa, że po stażu mogłabym dostać stałą posadę. A ja zawsze chciałam tego, co najlepsze, i ciężką pracą próbowałam to osiągnąć.

Zadaniem konkursowym było napisanie hasła reklamowego dla wina musującego, które dopiero wchodziło na rynek. Byłam przekonana, że to będzie bułka z masłem. Przecież to nie mogło być trudne. Szybko okazało się, jak bardzo się myliłam! Godzina uciekała za godziną, a mnie każdy pomysł wydawał się beznadziejny. Myśli goniły jak króliki; gdy już wyciągałam rękę, by je uchwycić, one gdzieś czmychały. Wypiłam litry kawy, zapisałam ze sto kartek, które ostatecznie wylądowały w koszu. Miałam dość! Tak ma wyglądać moja przyszła praca? A może ja się po prostu do tego nie nadaję, tłukło mi się po głowie. Ciągła pustka doprowadzała mnie niemal do szaleństwa. Nie mogłam się jednak poddać, odpuścić takiej szansy. Wiedziałam, że czym innym jest przegrać, a czym innym w ogóle nie wziąć udziału w rywalizacji. Tchórzostwo! Na to nie mogłam sobie pozwolić, to nie było w moim stylu. Ja się przecież tak łatwo nie poddaję, przekonywałam samą siebie.

Chyba po kolejnych dziesięciu litrach kawy doznałam olśnienia. Pomysł spłynął na mnie niczym pierwszy promień słońca po burzliwej nocy. Może nie był jeszcze idealny, stanowił jednak świetną bazę do dalszej pracy. Cały kolejny dzień zajęło mi szlifowanie tego, co spłodził mój umęczony już umysł. W końcu podjęłam decyzję i na zgłoszeniu konkursowym starannie wypisałam swoje hasło reklamowe. W skupieniu złożyłam kartkę i włożyłam ją do wcześniej przygotowanej koperty. Ostatnim krokiem było wysłanie zgłoszenia. Pozostało mi tylko cierpliwie czekać, co okazało się w tym wszystkim najtrudniejsze.

Po mniej więcej półtora miesiąca, gdy wracałam z uczelni do domu, zajrzałam do skrzynki na listy. Od czasu wysłania zgłoszenia robiłam to niemal obsesyjnie. Za każdym razem, gdy wychodziłam i wracałam, zerkałam przez dziurki skrzynki, zazwyczaj jednak jej dno wyściełały niepotrzebne ulotki. Powoli traciłam nadzieję. Na okrągło dołowałam się myślą, że agencja dostała tysiące lepszych propozycji. Tego dnia w czeluściach skrzynki spod ulotki nowo otwartego salonu kosmetycznego wystawał brzeg dużej, białej koperty. Serce zabiło mi mocniej. Szybko otworzyłam skrzypiące, wąskie drzwiczki. Trzęsącą się dłonią wysunęłam delikatnie kopertę, tak aby jej przypadkiem nie uszkodzić. W rogu widniało logo Wysocki Art. Agencja reklamowa. Omal nie zemdlałam! Firmowa papeteria! Teraz już nie miałam wątpliwości, że to była odpowiedź na moje zgłoszenie.

Rozejrzałam się niepewnie. Wciąż stałam na chłodnej klatce, przed rzędem skrzynek, nie wiedząc, czy kopertę rozrywać już, tu i teraz, czy może jednak wejść do mieszkania. Wbiegłam na trzecie piętro, o mało nie potrącając schodzącej po schodach sąsiadki. Kobieta posłała mi przerażone spojrzenie i chwyciła się mocniej poręczy. Krzyknęła coś jeszcze o tym, jaka to dzisiejsza młodzież jest nieuważna i niewychowana, jednak w tamtym momencie zupełnie nie obchodziły mnie jej utyskiwania.

Z lekką zadyszką stanęłam przed swoimi obdrapanymi drzwiami. Brązowa farba łuszczyła się niemiłosiernie prawie na całej powierzchni. Jak na złość nie mogłam znaleźć kluczy od swojego tymczasowego lokum. Coraz bardziej zdenerwowana macałam w czeluściach torby. W głowie wszystko mam poukładane, a nie mogę zapanować nad chaosem panującym w durnej torebce, niemal na siebie nakrzyczałam. Jest! W końcu udało mi się wygrzebać breloczek z brzęczącymi kluczami. Wsadziłam odpowiedni do zacinającego się zamka, przeklinając w duchu właściciela mieszkania za to, że tak się wzbraniał przed wymianą tych cholernych, starych drzwi! W końcu przekroczyłam próg i rzuciłam torbę na wytarte, szare gumoleum, nie zważając na sypiące się z niej na podłogę rzeczy. Zatrzasnęłam drzwi i spojrzałam na kopertę, którą trzymałam w dłoni.

Decydująca chwila. Podważyłam delikatnie pasek z klejem i wyciągnęłam kartkę, która miała zdecydować o mojej przyszłości. Pospiesznie przebiegłam wzrokiem po czarnych literkach stojących równo jak żołnierze podczas porannej musztry. Zwrot grzecznościowy, kilka słów o firmie i wreszcie przejście do sedna. Wyniki konkursu. Oficjalne zaproszenie na rozmowę. Jest! Udało się! Mój tekst został wybrany spośród tysiąca innych! Skakałam ze szczęścia, przytulając do piersi kartkę papieru. Miałam zagwarantowany staż, szansę na rozwój. Tak rozpoczęła się moja przygoda, a zarazem ciężka harówka u boku Kazimierza Wysockiego.

- Aktualnie to wszystko, co mam pani do przekazania. - Chropowaty głos mężczyzny wyrwał mnie z zamyślenia. Pozostawiłam wspomnienia i wróciłam do chwili obecnej. - Proszę się ze mną skontaktować, gdy przemyśli już pani całą sprawę.

- Oczywiście, dziękuję.

- Proszę wziąć moją wizytówkę, gdyby miała pani jeszcze jakieś pytania. - Przesunął zadrukowany złotymi literami kartonik po blacie, przytrzymując go palcem wskazującym. - Jestem do pani dyspozycji. Och! Zapomniałbym o najważniejszym!

Mężczyzna odchylił się w skórzanym fotelu i przekręcił klucz tkwiący w szufladzie rzeźbionego biurka. Wyciągnął szarą kopertę z wyraźnym wybrzuszeniem i mi ją wręczył.

- Tu znajdzie pani kopię testamentu i inne rzeczy, które mogą się pani przydać. Kazik chyba pomyślał o wszystkim.

- Panowie się znali? - Jakoś nie mogłam sobie przypomnieć twarzy prawnika. Byłam pewna, że nie było go na pogrzebie.

- Znaliśmy się, ale nie byliśmy przyjaciółmi. Kazimierz chyba z nikim nie utrzymywał bliskich stosunków, no chyba że z moim bratem, z którym studiował. Często bywał w naszym domu, zdarzało się też, że chodziliśmy razem na różne potańcówki. Nasze drogi się rozeszły, gdy wyjechałem do Gdańska, jednak z moim bratem dalej się widywał. Do stolicy wróciłem, gdy Kazimierz wchodził ze swoją firmą na rynek. Kiedy się dowiedział, że znowu jestem w mieście, zaproponował mi pracę. I tak oto do tej pory zajmowałem się prawną częścią jego pracy. Darzył mnie zaufaniem i dlatego poprosił mnie o zajęcie się jego sprawami po śmierci. Pewnie niedługo pozna też pani mojego brata. Ach! Kazik był porządnym człowiekiem! - powiedział z nostalgią, zmieniając temat. - Takim, hm, solidnym! Żałuję, że nie mogłem go pożegnać, zmogła mnie choroba. Brat opowiadał, że pogrzeb był bardzo piękny!

- O ile taka uroczystość może być piękna - stwierdziłam gorzko. - Rozumiem jednak, co brat miał na myśli. Fakt, ksiądz wygłosił ładne kazanie, dużo ludzi przyszło pożegnać Kazimierza. No nic, nie będę już więcej zabierać panu cennego czasu.

Zgarnęłam z biurka wizytówkę, która zniknęła w czeluściach torebki. Wiedziałam, że powinnam włożyć ją od razu do portfela. Zapewne gdy będę jej potrzebować, nie będę mogła jej znaleźć. Jednak nadal, po tylu latach, nie potrafiłam zapanować nad odruchem wrzucania wszystkiego luzem do torebki. Na szczęście koperta była takich rozmiarów, że nie powinnam mieć problemu z jej szybkim odnalezieniem.

Wyszłam ze starej kamienicy, w której znajdowała się kancelaria prawna Mariusza Sadowskiego, i przystanęłam na chodniku. Odetchnęłam głęboko, chociaż czystość powietrza w mieście do tego nie zachęcała. Rozejrzałam się dokoła. Pędzące po dwupasmowej jezdni samochody, ludzie spieszący gdzieś z kubkami kawy ze Starbucksa w dłoniach, ciężki zapach nagrzanego asfaltu... Dla wielu życie w stolicy pędziło zbyt szybko, ja jednak lubiłam ten harmider, przywykłam do tego, że wszystkim gdzieś się spieszy. Większość goniła za sukcesem i pieniędzmi, tak jak ja. Już dawno stałam się trybikiem w tej wielkiej, tętniącej życiem maszynie. Chciałam być kimś. I teraz za sprawą Kazimierza miałam to niemal na wyciągnięcie ręki.

Poczułam wibrację telefonu, który wyciszyłam przed spotkaniem. Uporczywe brzęczenie. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie przystojnego mężczyzny z bujną, kasztanową czupryną. Przeciągnęłam po ekranie zieloną słuchawkę i odebrałam połączenie.

- Jak tam? Jak się czujesz? - usłyszałam po drugiej stronie.

- Hej! Biorąc pod uwagę obecną sytuację? Średnio, ale w zasadzie mogło być gorzej.

- Już po rozmowie? Było aż tak źle? - dopytywał Darek.

- Właśnie wyszłam z biura. Ten cały spadek to jakiś żart! - westchnęłam, opierając się o ścianę budynku nagrzaną czerwcowym słońcem.

- Co, Kazimierz zostawił ci same długi? Myślałem, że dzięki firmie nieźle się ustawił. Czy agencja prosperuje tak źle? Chyba byśmy o tym wiedzieli. Mamy masę klientów!

Nie odpowiedziałam.

- No, na co czekasz? Opowiadaj! - ponaglił mnie.

- To nie tak. Agencja ma się świetnie, ale to nie jest rozmowa na telefon. Muszę poukładać sobie w głowie te wszystkie rewelacje, którymi uraczył mnie prawnik. Poza tym jesteś w pracy, a wiem, jaki tam dziś kocioł przed prezentacją dla nowego klienta. Do godziny powinnam wrócić, więc wam pomogę.

- Spokojnie, Anka, wstrzymaj konie! Tak przygotowałaś materiały, że poradzimy tu sobie bez ciebie. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik, jak zawsze zresztą, więc nie masz powodu do obaw. Zdobędziemy tego klienta. Weź sobie w końcu wolne i zrób coś dla siebie. A wracając do poprzedniego tematu... Może wpadnę do ciebie wieczorem i wszystko mi opowiesz? - Darek ściszył głos w obawie, że ktoś z biura go usłyszy. - Wezmę ze sobą wino, które ci tak ostatnio posmakowało. Co ty na to?

- Brzmi dobrze. Niech będzie. Przygotuję nam jakąś kolację. Chwila relaksu faktycznie dobrze mi zrobi.

- To jesteśmy umówieni! I pamiętaj, nie wracaj już dziś do pracy!

W słuchawce zabrzmiał dźwięk przerwanego połączenia. Darek jak zwykle nie rzucił nawet zwykłego "pa". Jakby pożegnanie zabierało zbyt wiele cennego czasu. Ale czy nie tym było właśnie życie w wielkim mieście? Ciągłym biegiem i wykorzystywaniem każdej sekundy do cna?

Za to ja miałam dziś aż nadto wolnego czasu. Pierwszy raz od dawna, nie licząc pogrzebu Kazimierza, miałam wolne popołudnie. Strasznie korciło mnie, aby wrócić do firmy, dopilnować wszystkiego osobiście, ale Darek chyba miał rację. Poza tym raczej nie potrafiłabym się dziś wystarczająco skupić.

Darek pracował dla Kazika niemal tak długo jak ja, był świetnym pracownikiem. Tak jak ja wspinał się uparcie po szczeblach kariery, zaczynając od najniższych stanowisk. Ja odpowiadałam za kreatywną stronę naszej pracy, skupiałam pod sobą zespół świetnych copywriterów, Darek natomiast zajmował się badaniem rynku i pozyskiwaniem klientów, był swego rodzaju łącznikiem pomiędzy nimi a agencją. Nieraz śmiałam się, że potrafi owijać sobie ludzi wokół palca, dlatego jest świetny w tym, co robi. Darek odpowiadał wtedy z przekąsem, że to zasługa jego wrodzonego uroku osobistego. Przyznawałam mu w duchu rację, nie chcąc otwarcie mu schlebiać, by nie obrósł za bardzo w piórka. Chociaż pewności siebie i poczucia własnej wartości na pewno mu nie brakowało.

Darek potrafił być czarujący. Sypał komplementami na prawo i lewo, uśmiechając się przy tym zawadiacko niczym gwiazda filmowa z kinowego plakatu. Miał w sobie to coś, co w połączeniu z jego urodą wzbudzało zaufanie. Kobiety za nim szalały, kokietował je tak długo, aż dawały się przekonać do współpracy. Przypuszczałam, że zanim zaczęliśmy się spotykać, musiał dosyć często lądować z klientkami w łóżku. Nie pochwalałam tego typu zachowań, ale nie wtrącałam się do tego, w jaki sposób Darek "pracuje". Mężczyzn również potrafił sobie zjednać, świetnie odgadywał ich potrzeby. Tak, z pewnością był odpowiednią osobą na tym stanowisku. Zdobywał dla firmy świetnych kontrahentów, a reszta należała już do mnie i mojego zespołu. Każdemu z nas zależało na zadowoleniu klienta, który za nasze usługi płacił niemałe pieniądze. To było siłą napędową do ciężkiej pracy, nad którą do tej pory czuwał Kazimierz, założyciel i główny udziałowiec firmy.

Zdałam sobie sprawę, że pogrążona w myślach nie ruszyłam się nawet spod kancelarii. Do moich uszu znowu zaczęły napływać dźwięki miasta - nerwowe uderzenia w klakson, stukot obcasów na chodniku, wycie syreny policyjnej kilka przecznic dalej... Odepchnęłam się od ściany budynku i ruszyłam w stronę przystanku tramwajowego. Wiedziałam, że poruszanie się po centrum samochodem jest nie lada wyzwaniem, a nie miałam cierpliwości do stania w korkach, dlatego często wybierałam komunikację miejską zamiast swojego wygodnego auta.

Koszula zaczynała mi się lepić do ciała. Gdybym wiedziała, że będzie taki upał, włożyłabym coś bardziej przewiewnego. To chyba dobry czas na odświeżenie garderoby. Rzuciłam okiem na tabliczkę przymocowaną do jednej ze ścian przystanku. Próbowałam odnaleźć linię, którą dostanę się do centrum handlowego, co znacznie utrudniały malunki jakiegoś miejskiego "artysty" nabazgrane czarnym markerem.

Tramwaj z numerem dziesięć zatrzymał się na przystanku z głośnym piskiem. Poczekałam, aż fala ludzi wyleje się z nagrzanego wnętrza. Cholera! Gdzie ja znowu posiałam kartę? Muszę w końcu zrobić porządek, obiecałam sobie, przetrząsając kieszenie torebki. Wagonik ruszył z mocnym szarpnięciem. W ostatniej chwili złapałam się metalowej, lepkiej rurki, ratując się tym przed upadkiem. Starsza pani stojąca obok obrzuciła mnie nienawistnym spojrzeniem. Łapiąc równowagę, musiałam lekko przydepnąć jej stopę. Wybąkałam przeprosiny i przyłożyłam w końcu kartę do kasownika. Ciche piknięcie poinformowało mnie o ściągnięciu należności za bilet z mojego konta. Znalazłam wolne miejsce i opadłam na nie z westchnieniem. Spojrzałam na zegarek, licząc, że za piętnaście minut powinnam dojechać do ścisłego centrum. Miałam chwilę, aby przeanalizować to, w jakiej sytuacji się znalazłam. Wiedziałam, że podjęcie decyzji nie będzie takie łatwe, jak mogłoby się wydawać.

Rozmyślania przerwało mi głośne burczenie w brzuchu. W moim brzuchu, niestety. Spojrzałam ukradkiem na pasażera siedzącego obok w nadziei, że nie dotarły do niego te żenujące dźwięki. Miał słuchawki na uszach, zdawało się, że odciął się zupełnie od świata zewnętrznego, co przyjęłam z ulgą. Skarciłam się za to, że nie zjadłam śniadania. Zazwyczaj nie wychodziłam z domu z pustym żołądkiem, jednak ten dzień należał do wyjątkowo pechowych. Poprzedniego wieczora zapomniałam podłączyć telefon do ładowania, przez co się wyłączył i budzik nie zadzwonił. Zaspałam, więc w pośpiechu musiałam wziąć prysznic, ubrać się i umalować przed umówionym spotkaniem. Nienaganny wygląd był dla mnie równie ważny, jak śniadanie, niestety czasu starczyło mi tylko na jedno. Efektem tego były niezręczne hałasy dochodzące teraz z mojego żołądka. Zdecydowanie pierwsza rzecz, którą powinnam zrobić, to zjedzenie porządnej porcji kalorii.

***

Z lekką zadyszką i potem spływającym po skroni rzuciłam torby z zakupami na podłogę. W przedpokoju zsunęłam ze stóp granatowe, lakierowane szpilki i odetchnęłam z ulgą. O ile gdy siedziałam w biurze, buty na obcasie nie wydawały się tak niewygodne, o tyle po kilku godzinach biegania po sklepach miałam wrażenie, że moje nogi ważą tonę, tak były zmęczone. Zerknęłam na okrągłą tarczę złotego zegarka, który zdobił przegub mojej dłoni. Dochodziła szesnasta. Nie spodziewałam się, że zakupy i lunch na mieście zabiorą mi tyle czasu, mimo że dziś mogłam sobie pozwolić na jego marnotrawienie. Powolne przeglądanie ubrań na wieszakach i przymierzanie sukienek pozwoliło mi przewietrzyć głowę i odgonić na jakiś czas myśli o czekających mnie zmianach.

Udałam się w głąb mieszkania. Omiotłam spojrzeniem duży salon urządzony zgodnie z obecnymi trendami, wyglądający jak z katalogu wnętrzarskiego. Dominowały tu szarości i biel. Oczywiście nie mogło zabraknąć ściany ozdobionej betonowymi panelami, które królowały w ostatnim czasie, a projektanci wciskali ten element, gdzie się tylko dało. Ja również dałam się namówić na taki wystrój. Wszędzie panował nieskazitelny porządek, będący zasługą pani Gieni, która odwiedzała mnie dwa razy w tygodniu. Nie przeszkadzał mi aż tak nieład w domu, jednak wszyscy znajomi mieli gosposie. Poza tym uważałam, że w tym wieku nie wypada mieć niepozmywanych naczyń w zlewie. Prawda była taka, że nie lubiłam biegać z odkurzaczem, co oczywiście tłumaczyłam brakiem czasu na takie zajęcia. Skoro miałam możliwość przerzucenia na kogoś tych obowiązków, to dlaczego miałabym nie skorzystać?

Wróciłam do korytarza po papierowe torby, które zostawiłam przy drzwiach. Dziękowałam w duchu za dzisiejszą wizytę pani Genowefy. Przynajmniej przed przyjściem Dariusza nie będę musiała zaprzątać sobie głowy tym, czy nie natknie się gdzieś na pozostawione części mojej garderoby. Nie chciałam uchodzić w jego oczach za osobę niechlujną.

Weszłam do sypialni i wysypałam zawartość toreb wprost na równo pościelone łóżko. Przejrzałam swoje zakupowe łupy, zastanawiając się, co wybrać na dzisiejszy wieczór. W większości były to oczywiście kreacje do pracy. Eleganckie, ale lekkie sukienki, idealne na zbliżające się upały. Bawełniana, granatowa spódnica do kolan i kilka gładkich koszul. W tym sezonie stylistki polecały tkaniny w kolorowe kwiaty i inne motywy roślinne, ja jednak wolałam postawić na stonowane kolory, które wydawały mi się bardziej odpowiednie do biura. Z kupki ubrań wygrzebałam coś, co kupiłam specjalnie na ten wieczór - czerwony biustonosz i skąpo wycięte figi, w całości wykonane z prześwitującej czerwonej koronki. Miałam nadzieję, że ten zestaw spodoba się Darkowi.

Czas na kąpiel! Koniecznie muszę się odświeżyć. Zapaliłam światło w łazience, która przylegała do sypialni. Zastanawiałam się jeszcze, czy wziąć szybki prysznic, czy długą kąpiel. Postawiłam na drugą opcję i odkręciłam kurek z ciepłą wodą. Już rozebrana pobiegłam jeszcze do kuchni i wróciłam z kieliszkiem wina. Jak zwykle o mało co nie zapomniałam o olejku do kąpieli. Rzuciłam okiem na szklane buteleczki stojące na marmurowej półce przy wannie. Wybrałam ten o zapachu paczuli i drzewa sandałowego. Zamoczyłam stopę, by sprawdzić temperaturę, po czym zanurzyłam się cała w ciepłej, pachnącej wodzie. Odetchnęłam głęboko, wciągając do płuc kojącą mieszankę zapachów. Pociągnęłam mały łyk wina, cierpki smak pozostał przez chwilę na języku. Przymknęłam oczy i oparłam głowę na brzegu chłodnej, białej wanny.

Cały czas nachodziły mnie myśli o Kazimierzu. Jego śmierć była dla mnie ogromnym szokiem. Nie tylko był moim szefem, ale też w jakiś sposób zastępował mi ojca, troszczył się o mnie jak o własną córkę. W mieście byłam sama, nie miałam tu nikogo. Studia były moim sposobem na wyrwanie się z rodzinnej miejscowości. Nie mogłam powiedzieć, że życie na wsi było dla mnie katorgą, uważałam jednak, że stać mnie na więcej. Pragnęłam być kimś, obracać się wśród ludzi sukcesu. Byłam zdania, że życie w wielkim mieście i zawrotna kariera, którą sobie wróżyłam, muszą uczynić mnie szczęśliwą i lepszą. Lepszą od moich rówieśników, którzy zostali w rodzinnych domach, wychowywali dzieci i pracowali w pobliskim miasteczku na nic nieznaczących stanowiskach. Lepszą od moich rodziców, którzy całe życie urabiali się po łokcie, zajmując się swoim małym gospodarstwem, i odmawiali sobie wszelkich przyjemności. Nie miałam im tego za złe, najwyraźniej taki stan rzeczy im odpowiadał. Nie oznaczało to jednak, że i ja chciałam żyć jak oni. Ale czy moje życie faktycznie tak bardzo różniło się od ich życia?

Po tym, jak dostałam się na staż do Wysocki Art, coraz rzadziej odwiedzałam rodzinne strony. Liczyła się tylko praca, ciągły rozwój. Umowę miałam podpisaną na pół roku, jednak Kazimierz szybko docenił moje zaangażowanie i po niespełna czterech miesiącach zaproponował mi stałą posadę. Starałam się udzielać w każdym projekcie, czym irytowałam starszych kolegów i koleżanki. Wszędzie było mnie pełno. Byłam na tyle pewna siebie, że nieraz wytykałam błędy i niedociągnięcia innym. Opłaciłam to ciągłym stresem, małą ilością snu i wyobcowaniem. Zaskarbiłam sobie jednak przychylność Kazimierza, który pozwalał mi brać udział w pracy nad kampaniami reklamowymi dla najlepszych klientów, choć innym wydawało się to nie fair. Jako świeżak, który dopiero zaczynał przygodę z reklamą, i jako pupilka szefa nie byłam darzona przez współpracowników zbyt wielką sympatią.

Spytałam kiedyś Kazika, dlaczego pozwala mi na więcej niż innym. Usłyszałam wtedy, że zauważył we mnie to coś, pewną nieszablonowość w myśleniu, świeże i zaskakujące pomysły, które uważał za moją mocną stronę. Pomimo braku doświadczenia potrafiłam wyjść poza ramy utartych reklamowych schematów. Do tego pewność siebie i wytrwałość w dążeniu do celu bez względu na krzywe spojrzenia rzucane w moją stronę. Uważał, że są to idealne cechy w tej branży, i był pewien, że jeszcze nieraz ich zaskoczę. Na koniec dodał, że przypominam mu jego samego z dawnych lat, gdy pomimo przeciwności losu szedł po swoje i budował swoją silną pozycję na rynku.

Byliśmy do siebie podobni. Przez te wszystkie lata wspólnej pracy bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Mimo dzielącej nas różnicy wieku świetnie się dogadywaliśmy, rozumieliśmy się niemal bez słów. Oboje większość czasu spędzaliśmy w biurze. Myślałam, że znamy się jak łyse konie. Jednak testament, który pozostawił po sobie Kazimierz, był dla mnie wielkim zaskoczeniem...

Choć w sumie sama nie przyznałam mu się do tego, że umawiam się z Darkiem. Miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. Mimo że nie zależało mi na Darku, nie chciałam przyznać się przed szefem do romansu. Na pewno by tego nie pochwalił. Nie chciałam, żeby myślał, że przez to może pogorszyć się moja efektywność bądź co gorsza, że nasze prywatne relacje mogłyby się odbić na pracy.

Głośne bip, bip obwieściło nadejście wiadomości. Telefon leżał na pralce. Wyciągnęłam rękę i odczytałam SMS: Widzimy się za godzinę. Całuję. Darek. Zaśmiałam się z jego głupiego przyzwyczajenia podpisywania wiadomości. Przecież wiedział, że mam jego numer i wiem, że to on.

Zerknęłam na zegarek i zaklęłam:

- Cholera! Nie zdążę już przygotować żadnej kolacji!

Owinęłam się ręcznikiem i skrolując w aplikacji listę restauracji z jedzeniem na dowóz, ruszyłam do sypialni. Hm, może zamówię jakieś domowe jedzenie i będę udawać, że zrobiłam je sama? Nieee, Darek i tak w to nie uwierzy. Oprócz tostów na nasze pierwsze wspólne śniadanie nic mu jeszcze nie przyrządziłam. Kuchnia to nie było moje królestwo, nie miałam na to czasu. Przewijałam listę coraz bardziej niecierpliwie. O! Jest! Sushi. Tak, to dobry wybór. Szybko wystukałam na ekranie adres dostawy, zapłaciłam z góry i rzuciłam telefon na łóżko. Sprawa kolacji z głowy, czas wziąć się za siebie.

Godzina upłynęła mi niezwykle szybko. Nowa zmysłowa bielizna drapała mnie trochę pod chabrową dopasowaną sukienką z dekoltem w kształcie litery V. Postawiłam na lekki makijaż. Właśnie odkładałam na miejsce suszarkę, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

- Hej, piękna! Wpuścisz mnie do środka czy będziemy tak stać w progu? - przywitał mnie Darek.

- Tak, tak, oczywiście, wchodź. Trochę mnie zaskoczyłeś tymi kwiatami. - Spojrzałam na czerwone róże trzymane przez niego w dłoni, ukrywając lekkie rozczarowanie. Niestety, Darek chyba nie był najlepszym słuchaczem i umknęła mu informacja na temat moich ulubionych kwiatów. Nie chcąc wyjść na niewdzięczną, uśmiechnęłam się szeroko i dodałam: - Piękny bukiet. Dawno nikt nie podarował mi kwiatów.

- Dla pięknej kobiety piękne kwiaty - usłyszałam w odpowiedzi. - Poza tym zasłużyłaś. Twoja propozycja kampanii reklamowej wywarła duże wrażenie na kliencie.

No tak, mogłam się domyślić, że róże raczej nie był bez okazji...

- W przyszłym tygodniu mamy podpisać umowę. Chcieliśmy poczekać z tym na ciebie.

- To miło z twojej strony. - Postawiłam kieliszki do wina na stoliku, a korkociąg wręczyłam Darkowi. Rozpoczęłam poszukiwania wazonu. - Będę miała jeszcze chwilę, żeby popracować nad sposobem prowadzenia ich fanpage'a na Facebooku...

- Anka, nawet o tym nie myśl! - przerwał mi Darek. - Wszyscy byli zachwyceni. Nie musisz nic zmieniać.

Zerknęłam, jak siłuje się z korkiem, który w końcu wyskoczył z cichym pyknięciem. Wróciłam do poszukiwań wazonu.

- Ale zawsze może być lepiej - stwierdziłam. - Nie jestem do końca przekonana, czy częstotliwość wstawiania postów na stronę jest odpowiednia. Można by było równolegle prowadzić też konto na Instagramie.

- Sama wiesz, że właściciel firmy jest staroświecki. Trudno było go przekonać, że w tych czasach, jeśli nie ma cię w mediach społecznościowych, to nie istniejesz. Instagram to raczej dla niego za dużo, lepiej nic nie zmieniać. W końcu meble produkował jeszcze jego dziadek, firma działa od lat. To i tak cud, że zdołaliśmy go przekonać, że nas potrzebuje.

- Dobra, niech będzie. Projekt uważam za zamknięty. - Dałam za wygraną.

W końcu znalazłam odpowiednie naczynie na ogromny bukiet kwiatów i mogłam opaść na kanapę tuż obok Dariusza. Sięgnęłam po napełniony do połowy kieliszek z białym, pachnącym cytrusami winem. Idealne na tak ciepły wieczór. Pozwoliłam sobie na spory łyk i odstawiłam kieliszek. Darek posłał mi wyczekujące spojrzenie.

- No co? Czemu tak patrzysz? - Uniosłam brew.

- Czekam, aż w końcu zdasz mi relację z dzisiejszego spotkania.

No tak, przez dłuższą chwilę udało mi się zapomnieć o tej całej sytuacji związanej ze spadkiem. Była ona dla mnie tak abstrakcyjna, że aż nie do uwierzenia. W milczeniu wstałam z kanapy i poszłam do przedpokoju. Wróciłam z torbą i wysypałam jej zawartość na blat kuchenny. Darek, nie podnosząc się z miejsca, próbował dojrzeć, co robię. W końcu znalazłam to, czego szukałam. Wróciłam na kanapę, a na stolik rzuciłam pęk kluczy, które odbiły się od szklanego blatu ze specyficznym brzdękiem.

- Co to? - Popatrzył na mnie zdziwiony i posłał mi szelmowski uśmiech. - Dajesz mi klucze od swojego mieszkania? To spory krok dla nas, cieszy mnie twoja decyzja...

- Zwariowałeś? - prychnęłam.

Darek spojrzał na mnie spode łba, a ja zganiłam się w myślach za mój brak taktu. Szybko dodałam:

- Przepraszam. Oczywiście, na tę decyzję przyjdzie czas. Ale to jest to.

- To... To znaczy co? Nie rozumiem. To jakaś zagadka? Mieliśmy porozmawiać o tym tajemniczym spadku, a ty dalej trzymasz mnie w niepewności. Nie chcesz mówić, to nie mów. - W jego głosie słychać było poirytowanie.

Ja też denerwowałam się coraz bardziej. Myślałam, że jest bardziej błyskotliwy.

- TO jest ten spadek - powiedziałam powoli i opróżniłam kieliszek. Podsunęłam go Darkowi. Na szczęście tym razem dobrze odczytał moje intencje i uzupełnił go nową porcją wina.

- Nie rozumiem. Dostałaś jakieś mieszkanie? Dom? To ekstra! - zawołał z podnieceniem, gdy przetrawił tę informację.

- Nie do końca.

Darek zmarszczył czoło. Już otwierałam usta, aby mu wyjaśnić, co się wiąże z tymi kluczami, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

- Spodziewasz się kogoś?

No tak, jedzenie! Rzuciłam, że to nasza kolacja, i pobiegłam odebrać zamówienie. Szybka wymiana uprzejmości z dostawcą w drzwiach i po chwili byłam z powrotem w salonie. Rzuciłam Darkowi skruszone spojrzenie.

- Nie zdążyłam nic przygotować. Chyba nie masz mi tego za złe? - spytałam, rozkładając na stoliku opakowania z apetycznie wyglądającymi krążkami ryżu i dodatków owiniętych nori. Podsunęłam Darkowi małe opakowanie z diabelnie ostrym wasabi.

- Daj spokój, uwielbiam sushi. Poza tym jakoś specjalnie mnie nie zaskoczyłaś. Zdziwiłbym się, gdybym cię zastał przy garach.

Trochę ubodła mnie ta odpowiedź, choć była słuszna. Postanowiłam przemilczeć tę uwagę. Otworzyłam opakowanie z imbirem i ustawiłam je między nami. Przez chwilę delektowaliśmy się smakiem uramaki z krewetką w tempurze, serkiem i sosem z mango. Gdy zaspokoiłam pierwszy głód, wróciłam do rozmowy.

- Te klucze nie są ani od mieszkania, ani od domu. To znaczy od jakiegoś domku może i tak, ale prawnik nazwał to gospodarstwem. - Wzruszyłam ramionami. - Gospodarstwo kojarzy mi się z chlewem, polem, stodołami. Z całym tym syfiastym wiejskim życiem, od którego chciałam uciec.

- Kazimierz miał jakieś pole? I co, uprawiał tam ziemniaki? - spytał Darek z niedowierzaniem. - Przecież staruszek był mieszczuchem. Może to jakaś pomyłka?

- Też nie chciałam w to uwierzyć, wydaje mi się to absurdalne. Prawnik nie wyjaśnił mi do końca, co rozumie przez słowo "gospodarstwo". Przekazał mi tylko klucze wraz z adresem. Nie wiem nawet, czego mam się spodziewać. Kazimierz nigdy nie wspominał, że posiada jakąś ziemię. Pewnie to zrujnowane budynki, które sam dostał kiedyś w spadku.

- Może nie będzie tak źle. Daleko to? Zawsze chyba możesz odmówić przyjęcia spadku? Nie ciąży na tym żadne zadłużenie? Możesz to sprzedać w razie czego?

Za dużo pytań naraz. Wzięłam głęboki oddech. Za chwilę miałam przejść do sedna i wyjaśnić najbardziej pogmatwaną rzecz w całej tej historii.

- Sęk w tym, że Kazimierz w testamencie postawił pewne warunki.

- Warunki? - Darek zmarszczył brwi. - Wyjaśnij.

- Mam pewne... jak by to powiedzieć... ultimatum. Dwie opcje do wyboru. I to jest w tym wszystkim najdziwniejsze.

- No mów, co to za druga opcja! - ponaglał mnie Darek.

- Dostanę po Kazimierzu większość udziałów w Wysocki Art! I zostanę głównym członkiem zarządu. Oczywiście, jeśli się zgodzę - wyrzuciłam jednym tchem.

Twarz Darka stężała. Nie wiedziałam, czy z zachwytu, czy może z zaskoczenia. Rozdziawił usta, po chwili je zamknął i znów otworzył, jakby szukając właściwych słów. Wychylił się w moją stronę, złapał mnie za szyję i przyciągnął do siebie, składając na moich wargach soczysty pocałunek. Ciekawa reakcja, nie powiem. I bardzo przyjemna.

- Jeśli się zgodzisz? To chyba oczywiste! Wspaniała wiadomość! - wykrzyknął, odklejając się ode mnie.

Westchnęłam. Bardzo podobał mi się ten pocałunek.

- Będziesz miała decydujący głos w firmie. To niewyobrażalne. I ta kasa! Zasłużyłaś na to, bez wątpienia. Nawet nie wiesz, jak się cieszę. Co cię w tym wszystkim martwi? Będziesz miała stanowisko, o jakim marzyłaś. Zawsze tego chciałaś.

- Tak, tak. Ta opcja wydaje się bardzo kusząca. Ciężko pracowałam na to, żeby stać się kimś. Tylko czy to nie jest zbyt proste? I dziwne? Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach. Czekam, aż się obudzę i to wszystko okaże się tylko snem.

- Mam cię uszczypnąć? - Darek się zaśmiał i nie czekając na odpowiedź, uszczypnął mnie w udo.

- Auć! To bolało! - Zdzieliłam go w ramię i pomasowałam sobie nogę. Zbyt delikatny to on nie był.

- To kiedy przejmujesz stanowisko? - dopytywał z wypiekami na twarzy. Chyba był tym bardziej podekscytowany niż ja.

To faktycznie brzmiało jak spełnienie marzeń. W końcu po to tyle harowałam, żeby być kimś. Mając większość udziałów w firmie, mogłabym decydować o wszystkich istotnych sprawach. Czy poradzę sobie z tą całą biurokracją i zarządzaniem tak dużym zespołem ludzi? I czy moi współpracownicy podzielą radość Darka?

Cóż, pewnie nie uniknęłabym krzywych spojrzeń i komentarzy za moimi plecami, w końcu pracowali ze mną ludzie z dłuższym stażem w Wysocki Art. Niejedna osoba mogłaby uważać, że tak duże wyróżnienie należy się akurat jej. Jednak opinią innych już dawno przestałam się przejmować, a przynajmniej tak sobie wmawiałam. Wymazałam ze wspomnień szepty oburzenia, które się rozlegały, gdy dostawałam awanse przed bardziej doświadczonymi kolegami. Teraz, gdy nie ma już z nami Kazimierza, ktoś mógłby próbować rzucać mi kłody pod nogi. Brutalny świat reklamy i budowanie kariery nauczyły mnie być twardą i zawsze uważałam, że to, co dostaję, słusznie mi się należy. W końcu byłam najlepsza, prawda? Tak przynajmniej sądził Kazik. Nie mogłam sobie pozwolić ani na sentymenty, ani na wyrzuty sumienia. Ale przyjęcie tego stanowiska zapewne wiązałoby się także z odpuszczeniem sobie pracy nad reklamami, a w końcu to w tym byłam najlepsza.

- Muszę się nad tym wszystkim jeszcze zastanowić - odpowiedziałam w końcu.

- A nad czym się tu zastanawiać? Nie dość, że dostajesz szansę życia, pozycję, za którą wielu dałoby się pokroić, to jeszcze wpada ci jakieś gospodarstwo, które możesz sprzedać.

- I tu jest haczyk. - W duchu przeklęłam Kazimierza za to, w jakiej sytuacji mnie postawił.

Darek znowu posłał mi pełne wyczekiwania spojrzenie. Szybko pociągnęłam łyk wina i pospieszyłam z wyjaśnieniem:

- Otóż to jest właśnie ta druga opcja. To nie jest pełny pakiet. Nie dostaję i firmy, i majątku. Mam wybrać.

- Ale jaja! Kazimierza nieźle musiało pokręcić na stare lata. Wariat!

- Przestań! - warknęłam. Wkurzyło mnie to, że obraża naszego byłego szefa, chociaż fakt, że Kazimierz podjął takie dziwaczne kroki przed śmiercią, był szalony. - Wiesz, że do końca był sprawny na umyśle. Był trochę dziwny, ale z głową miał wszystko w porządku. Nieładnie jest mówić źle o zmarłych.

- Nie denerwuj się. Od kiedy jesteś takim obrońcą nieboszczyków? - parsknął Darek, czym jeszcze bardziej podniósł mi ciśnienie.

Wdech, wydech, policz do dziesięciu... Wepchnęłam do ust kolejny kawałek sushi, aby nie powiedzieć czegoś niemiłego. Po chwili kontynuowałam:

- Jeśli pozwolisz, dokończę to, co miałam powiedzieć.

Darek kiwnął głową i upił trochę ze swojego kieliszka. Nawet nie wiem kiedy, ale opróżniliśmy prawie całą butelkę.

- Mam zdecydować, czy chcę zostać głównym udziałowcem, czy może jednak wybieram gospodarstwo i całkowicie rezygnuję z pracy w firmie...

- To absurd! - Darek przerwał mi ze złością. - W takim razie chyba nawet nie masz się nad czym zastanawiać. Dzwoń do prawnika i powiedz, że wybierasz firmę. No co? - zapytał, spodziewając się chyba, że zerwę się i chwycę za telefon. - Przecież nie dopuszczasz w ogóle opcji opuszczenia firmy?

- Nie, oczywiście, że nie - odparłam, lecz bez wyraźnego przekonania. - Jednak Kazimierz w testamencie nalegał, abym nie podejmowała decyzji pochopnie. Muszę przychylić się do jego ostatniej woli.

- Debilizm. Przecież on i tak już nie żyje, nie będzie wiedział, jaką decyzję podjęłaś. Jakie to ma znaczenie?

- Nie wiem, po prostu Kazik dużo dla mnie znaczył. Chcę być w porządku wobec niego, nawet jeśli, jak to ująłeś, on nie będzie wiedział, co postanowiłam - obruszyłam się. Nie byłam wierząca, ale zawsze pozostawał cień wątpliwości. Może jednak zmarli patrzą na nas z góry? A co, jeśli Kazimierz się pogniewa, że nie wypełniłam jego woli, i będzie mnie nawiedzał? Wolałam nie kusić losu. - W każdym razie na podjęcie decyzji mam trzy miesiące. Akurat wtedy ma się odbyć zebranie zarządu. Pewnie będę musiała przed wszystkimi ogłosić, czy przejmuję stery w firmie.

- Czyli pod koniec sierpnia? Zamierzasz tyle czasu czekać z podjęciem decyzji? - zapytał Darek, odkładając telefon na stół.

- I tak nie mam innego wyjścia. Taki jest zapis w testamencie. Nawet jeśli zdecyduję wcześniej, to prawnie wszystko wejdzie w życie po upływie tego czasu. Tak przynajmniej tłumaczył mi Sadowski - wyjaśniłam. Podniosłam się z kanapy i złapałam za pustą już butelkę. - Masz ochotę na jeszcze?

Darek kiwnął ochoczo głową. Zastanawiałam się, czy będzie niegrzeczne, jeśli postawię na stole napoczętą butelkę wina. Co prawda upiłam z niej tylko pół kieliszka, ale nie chciałam popełnić jakiegoś faux pas.

- A kto się zajmie interesami firmy do tego czasu? Masz się już szykować do przejęcia stanowiska? Ktoś pokaże ci, co i jak? - spytał Dariusz, przerywając moje rozterki dotyczące dobrego wychowania. Wzruszyłam ramionami i chwyciłam za otwartą już butelkę.

- Wiesz co, nad tym się nie zastanawiałam. Sadowski wspominał o jakichś wykonawcach testamentu czy coś, ale nie do końca wiem, co to znaczy. Może w umowie spółki jest jakiś zapis, który przewiduje takie sytuacje, i będzie ktoś wyznaczony na ten czas.

- I co teraz zamierzasz?

- Nie wiem. Chyba pojadę na to gospodarstwo w ten weekend, zobaczę, co to za miejsce. Skończmy może na razie tę rozmowę. Mieliśmy świętować prawie że podpisaną umowę. - Uniosłam kieliszek.

- Po co będziesz sobie zaprzątać tym głowę i tam jeździć? - Darek nie dawał za wygraną. - Namieszasz sobie tylko niepotrzebnie w głowie. Olej to jakieś zadupie i szykuj się na przejęcie firmy.

- Tak bardzo zależy ci na tym, żebym została twoją szefową? - Zaśmiałam się. Miałam już dosyć tej rozmowy. Wyciągnęłam rękę i musnęłam go po gładkim policzku. Szybko podłapał, chwycił moją dłoń i zaczął całować jej wnętrze. Przeszedł mnie dreszcz.

- W sumie miałbym zapewnione chody w pracy - wymruczał, sunąc językiem w górę mojej ręki. - Moglibyśmy zostawać razem po godzinach i robić różne rzeczy na twoim biurku.

Darek zaczął gładzić mnie jedną dłonią po szyi, druga zaś nurkowała już między moimi udami. Ale gorąco! To przez to wino czy zaczynało mnie ogarniać podniecenie? Moja wyobraźnia zaczęła się rozkręcać. Przed oczami stanął mi obraz biura, mojego nowego biura, z mahoniowymi meblami i pięknym, nowoczesnym obrazem na ścianie. Widziałam, jak Dariusz jednym ruchem ręki strąca wszystko z blatu, nie zważając na moje udawane oburzenie, i rzuca mnie na mebel, podciągając mi sukienkę. Czułam, jak zaczynam płonąć między nogami.

Wróciłam do rzeczywistości. Darek właśnie popychał mnie lekko, abym ułożyła się wygodniej na kanapie, drugą ręką rozpinając spodnie. Nie wiem czemu, ale nagle wypaliłam:

- Pojedź tam ze mną!

- Co? - wychrypiał Darek, odsuwając się ode mnie. No i chyba czar prysł, jego pożądanie uleciało w jednej chwili.

- Przepraszam, przyszło do głowy, że mógłbyś mi towarzyszyć w ten weekend. Przydałby mi się twój trzeźwy osąd sytuacji tam, na miejscu. - Próbowałam przyciągnąć go z powrotem do siebie.

- Nie ma mowy. Nie pojadę na żadną wiochę zabitą dechami. Krowy, świnie i ten cały smród? Nie, to nie dla mnie - odpowiedział stanowczo.

- No dobrze, jak chcesz - westchnęłam zrezygnowana, szybko dając za wygraną.

Atmosfera nagle się ochłodziła. Cały ten żar, który był przed chwilą między nami, zniknął. Ja to mam wyczucie, nie ma co. Podniosłam się, obciągając materiał sukienki.

- Pozwolisz, że skoczę do łazienki. Napij się jeszcze - rzuciłam.

Nie spodziewałam się, że takim prostym pytaniem wywołam takie oburzenie. O co mu chodziło? Przecież to był tylko weekend, weekend we dwoje. Powinien się cieszyć, że będziemy mogli spędzić razem tyle czasu. Jeszcze godzinę temu zaświeciły mu się oczy na myśl, że daję mu klucze do mojego mieszkania. Fakt, że nie wiedziałam, czego możemy się spodziewać na miejscu, ale przecież moglibyśmy poszukać jakiegoś hotelu w pobliżu.

Gdy wracałam do salonu, usłyszałam, że Darek rozmawia z kimś przez telefon. Zatrzymałam się na chwilę, nie chcąc przeszkadzać, ale do mych uszu dotarło już tylko pospieszne pożegnanie. Czyli jednak potrafi nie kończyć rozmowy wyłącznie naciśnięciem czerwonej słuchawki, bez słowa pożegnania? Weszłam do pokoju.

- Kto dzwonił? - wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. W końcu nie jestem jego żoną, nie musi mi się tłumaczyć.

Darek stał już w połowie drogi do przedpokoju i upychał telefon w kieszeni.

- Dzwoniła matka - tłumaczył niezbyt pewnie. - Coś się stało, jakaś rura pękła jej w mieszkaniu czy coś.

Oho, ktoś tu chyba kręci. Dawno nie słyszałam tak słabej wymówki.

- Uciekasz?

- Tak, bardzo cię przepraszam. Muszę jej pomóc. Niestety, od kiedy odszedł ojciec, jestem jej złotą rączką. Chodź tu. - Przyciągnął mnie do siebie, próbując jednocześnie przesunąć się w stronę drzwi wyjściowych. Wepchnął mi język do ust, jakby próbując w ten sposób przeprosić mnie za to, że tak nagle wychodzi.

- W porządku, zdzwonimy się. - Odsunęłam go lekko od siebie. - Nic się nie stało. Matkę ma się tylko jedną i lepiej jej nie podpaść, bo przestanie cię zapraszać na niedzielne obiadki - zażartowałam, zdając sobie sprawę, że to był kiepski żart. - No leć, leć. Zobaczymy się w poniedziałek w firmie.

Darek pomachał mi jeszcze i zniknął za drzwiami. Oparłam się o ścianę. No cóż, moja zachwycająca bielizna będzie musiała poczekać na swój moment.