Rozdział 1
Faith Madison nakryła starannie do stołu
, wymieszała sałatę i zajrzała do kurczaka w piekarniku. Drobna i szczupła, w szykownym czarnym kostiumie, w wieku czterdziestu siedmiu lat była równie smukła jak w dniu, kiedy dwadzieścia sześć lat temu poślubiła Aleksa Madisona. Poruszała się zwinnie i z gracją, a zielone oczy i długie blond włosy upięte w ciasny koczek upodabniały ją do tancerki z obrazu Degasa. Zakończyła przygotowania do kolacji i z westchnieniem przysiadła na jednym z kuchennych krzeseł.
W eleganckim domu na Wschodniej Siedemdziesiątej Czwartej ulicy Nowego Jorku panowała martwa cisza. Czekając na powrót męża, Faith słyszała tykanie zegara. Zamknęła oczy, jeszcze raz przeżywając w myślach dzisiejsze popołudnie. Po chwili dobiegł ją szczęk drzwi frontowych, po którym nie nastąpił żaden inny dźwięk - ani odgłos kroków na dywanie w holu, ani okrzyk powitania. Alex zawsze wracał w ten sposób. Zamykał za sobą drzwi, odkładał teczkę, wieszał płaszcz w szafie i przeglądał pocztę. Dopiero później szedł witać się z żoną. Zaglądał do jej małego studia, a w końcu do kuchni.
Alex Madison miał pięćdziesiąt dwa lata. Poznała go, kiedy była w college'u Barnard, a on studiował ekonomię i zarządzanie na Uniwersytecie Columbia. Wtedy sprawy między nimi wyglądały inaczej. Alex był oczarowany otwartością Faith, jej ciepłem, energią, radością. Sam zawsze był raczej zamknięty w sobie i małomówny. Pobrali się, jak tylko skończyła college, a on zrobił dyplom. Od tej pory pracował w banku inwestycyjnym. Ona przez rok praktykowała jako początkująca redaktorka w "Vogue", co bardzo jej się podobało, ale zarzuciła to na rzecz studiów prawniczych. Po roku, kiedy urodziła się im pierwsza córka, przerwała studia. A teraz Eloise miała już dwadzieścia cztery lata i od września mieszkała w Londynie. Pracowała w domu aukcyjnym Christie's i pogłębiała wiedzę o antykach. Młodsza córka, Zoe, miała osiemnaście lat i rozpoczęła studia na Uniwersytecie Browna. Po dwudziestu czterech latach pracy na pełnym etacie jako matka, Faith od dwóch miesięcy czuła się bezrobotna - dziewczęta wyfrunęły z domu, a ona i Alex nagle zostali sami.
- Cześć, jak poszło? - spytał Alex znużonym głosem, wchodząc do kuchni.
Omiótł ją przelotnie wzrokiem i usiadł. Był zmęczony, ostatnio ciężko pracował nad dwoma projektami emisji papierów wartościowych. Nie przyszło mu nawet do głowy, żeby ją przytulić albo pocałować. Nie było w tym żadnej demonstracji, po prostu nie czuł takiej potrzeby. Przeważnie mówił do niej wyłącznie z drugiego końca pokoju. Faith nawet nie zauważyła, kiedy przestał ją całować po powrocie z pracy. Była tak zajęta opieką nad dziećmi, że uszło to jej uwagi, aż któregoś dnia zdała sobie sprawę, że Alex już jej nawet nie dotyka. Zawsze kiedy wracał wieczorem do domu, odrabiała lekcje z dziewczynkami albo kąpała którąś z nich. Od bardzo dawna nie okazywał jej czułości. Od tak dawna, że żadne z nich nie pamiętało ostatniego razu. Niepostrzeżenie rozdzieliła ich przepaść, co oboje milcząco zaakceptowali, i nalewając mu teraz kieliszek wina, Faith czuła się, jakby patrzyła na niego z bardzo daleka.
- Dobrze. Ale to wszystko było bardzo przygnębiające - powiedziała i kiedy sięgnął po gazetę, wyjęła kurczaka z piekarnika. Alex wolał rybę, ale nie miała czasu jej kupić w drodze powrotnej. - Wyglądał tak drobno i krucho - dodała.
Mówiła o swoim ojczymie, Charlesie Armstrongu. Umarł dwa dni temu, w wieku osiemdziesięciu czterech lat. Tego popołudnia rodzina i przyjaciele zebrali się przy otwartej trumnie, żeby go pożegnać.
- Był już stary, Faith. I od dawna chorował.
Jakby to nie tylko wszystko tłumaczyło, ale odsuwało w niebyt. Alex taki właśnie był. Rzeczy mu niemiłe odsuwał w niebyt. A teraz odsunął także i ją. Faith czuła się, jakby spełniła swoje zadanie, wykonała należną pracę i została zwolniona nie tylko przez dzieci, ale i przez męża. Córki miały już własne życie i opuściły dom. A Alex żył w świecie, w którym nie było dla niej miejsca oprócz rzadkich okazji, kiedy oczekiwał od niej, że podejmie jego klientów albo pójdzie z nim na oficjalne przyjęcie. Resztę czasu miała sobie wypełnić sama. Spotykała się czasem ze swoimi przyjaciółkami, ale większość z nich nadal zajmowała się dziećmi i miała niewiele wolnego czasu. W ciągu ostatnich miesięcy, odkąd Zoe wyjechała na studia, Faith spędzała całe dnie sama, zastanawiając się, co zrobi z resztą życia.
Natomiast Alex miał własne życie wypełnione co do godziny. Od wieków nie przesiadywali już razem przy stole po kolacji, rozmawiając na ważne dla nich tematy. Od lat nie chodzili na długie spacery podczas weekendów ani nie siedzieli w kinie, trzymając się za ręce. Nie pamiętała już nawet, jak to kiedyś było z Aleksem. Teraz rzadko ją dotykał i prawie się nie odzywał. Zapewne ją kochał, przynajmniej starała się w to wierzyć, ale stracił potrzebę komunikowania się z nią. Mówił monosylabami lub krótkimi, urywanymi zdaniami - wolał siedzieć w milczeniu, jak teraz, kiedy postawiła przed nim kolację i odgarnęła za ucho kosmyk niesfornych jasnych włosów. Zdawał się w ogóle jej nie dostrzegać, pogrążony w jakimś artykule w gazecie. Kiedy się odezwała, zareagował dopiero po dłuższej chwili.
- Weźmiesz jutro udział w pogrzebie? - spytała cicho.
Spojrzał na nią znad gazety i pokręcił głową.
- Nie mogę. Jadę do Chicago. Mam spotkanie z Unipamem.
Od jakiegoś czasu miał kłopoty z ważnym klientem, a interesy od dawna stawiał na pierwszym miejscu. Był człowiekiem sukcesu. Pozwoliło mu to kupić dom w Nowym Jorku, zapewnić córkom odpowiednią edukację i ofiarować Faith życie w luksusie, przerastające jej oczekiwania. Ale ona wyżej ceniła co innego. Ciepło, poczucie bliskości, śmiech. Miała wrażenie, że od wieków się nie śmiała, chyba tylko czasem z córkami. Nie to, żeby Alex źle ją traktował - po prostu w ogóle jej nie zauważał. Miał inne sprawy na głowie i nie wahał się dawać jej tego jasno do zrozumienia. Nawet teraz jego przedłużające się milczenie mówiło, że wolałby raczej nie ciągnąć tej rozmowy.
- Byłoby miło, gdybyś się pokazał - powiedziała Faith ostrożnie, siadając po drugiej stronie stołu.
Mimo pięćdziesięciu dwóch lat nadal był przystojnym mężczyzną, wiek i szpakowate włosy dodały mu tylko dystynkcji. Miał przenikliwe, niebieskie oczy i młodzieńczą sylwetkę. Dwa lata temu jeden z jego wspólników zmarł nagle na atak serca i od tej pory Alex regularnie ćwiczył i przestrzegał diety. Dlatego też najchętniej jadł na kolację rybę i przesuwał teraz kurczaka po talerzu bez entuzjazmu. Faith nie miała czasu ugotować czegoś atrakcyjniejszego. Całe popołudnie spędziła w zakładzie pogrzebowym ze swoją siostrą przyrodnią, Allison, przyjmując ludzi, którzy przyszli pożegnać zmarłego. Obie kobiety nie widziały się od pogrzebu matki Faith przed rokiem, a poprzednio chyba przez dziesięć lat. Allison nie przyjechała na pogrzeb brata Faith, Jacka, dwa lata przed śmiercią matki. W ostatnich latach było za dużo pogrzebów, zbyt wielu ludzi odeszło, pomyślała Faith. Jej matka, Jack, a teraz Charles. I chociaż nie była z ojczymem szczególnie zżyta, darzyła go szacunkiem i jego odejście napełniło ją smutkiem. Miała wrażenie, że z jej życia znikają wszystkie bliskie osoby.
- Muszę być jutro na spotkaniu w Chicago - powtórzył Alex ze wzrokiem wbitym w talerz. Dłubał w kurczaku, ledwo biorąc go do ust, ale nie zadawał sobie trudu, żeby narzekać.
- Inni ludzie chodzą na pogrzeby rodziny - zauważyła Faith spokojnie.
Nie miała w sobie wojowniczego ducha. Nie kłóciła się, nie walczyła. Rzadko mu się sprzeciwiała, zresztą to by nic nie dało. Alex umiał się izolować. Robił, co chciał, zwykle nie pytając jej o zdanie, i tak było już od lat. Sam podejmował decyzje, kierując się wymogami swojej pracy, nie życzeniami Faith. Znała jego zwyczaje i przekonania. Trudno było przebić się przez mur, którym się otoczył. Nie umiała odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to odruch obronny, czy wygodnictwo. Kiedy byli młodzi, wszystko wyglądało inaczej, ale to było dawno temu. Czuła się w małżeństwie z nim bardzo samotna, chociaż już do tego przywykła. Jednakże odkąd dziewczęta odeszły z domu, odczuwała swoją samotność w dwójnasób. Przez lata to one dawały jej tak potrzebne ciepło i czułość, i teraz ich nieobecność doskwierała jej bardziej niż nieobecność męża. Po drodze zgubiła też wielu przyjaciół z młodości. Życie rodzinne i upływ czasu nie sprzyjały kultywowaniu przyjaźni.
Zoe wyjechała na studia do Providence dwa miesiące temu. Dobrze się czuła w nowym środowisku i jeszcze ani razu nie przyjechała na weekend do domu, chociaż to nie było daleko. Miała nowe towarzystwo, liczne obowiązki i cieszyła się życiem uniwersyteckim. Podobnie jak Eloise radowała się swoją pracą w Londynie. Faith nie mogła się oprzeć wrażeniu, że cała jej rodzina ma bogatsze życie niż ona, i biła się z myślami, co dalej. Chętnie poszłaby do pracy, ale nie miała pojęcia, co mogłaby robić. Minęło dwadzieścia pięć lat, odkąd pracowała w "Vogue", przed przyjściem na świat Eloise. Myślała też, żeby podjąć na nowo studia prawnicze i wspomniała nawet o tym raz czy dwa Aleksowi. Uznał to za absurdalny pomysł, niewart dalszej dyskusji.
- W twoim wieku, Faith? Nie zaczyna się studiować prawa w wieku czterdziestu siedmiu lat. Zanim przystąpisz do końcowych egzaminów, będziesz miała pięćdziesiątkę.
Powiedział to z taką pogardą, że nie poruszała więcej tego tematu. Alex uważał, że powinna kontynuować działalność dobroczynną i spotykać się w wolnych chwilach z przyjaciółkami. Zarówno jedno zajęcie, jak i drugie wydawało jej się jałowe i mało znaczące jak na nadmiar czasu, którym teraz dysponowała. Chciała robić coś ambitniejszego, coś, co nadałoby sens jej życiu, ale musiała wymyślić jakiś rozsądny plan, do którego zdołałaby przekonać męża.
- Nikomu nie będzie mnie brakowało na pogrzebie Charlesa - oświadczył Alex kategorycznie, ucinając temat.
Faith sprzątnęła ze stołu i zaproponowała na deser lody, lecz odmówił. Dbał o linię, szczycił się szczupłą i wysportowaną sylwetką. Kilka razy w tygodniu grał w squasha, a podczas weekendów w tenisa, kiedy pozwalała na to pogoda w Nowym Jorku. Gdy dziewczynki były małe, wynajmowali domek weekendowy w Connecticut, ale to było lata temu. Teraz Alex wolał być blisko miejsca pracy, żeby w razie potrzeby iść do biura.
Chciała mu powiedzieć, że jej będzie go brakowało na pogrzebie ojczyma, ale wiedziała, że to nie ma sensu. Kiedy raz coś postanowił, nie było odwołania. Nawet nie przyszło mu do głowy, że żona może go potrzebować w takiej chwili. A ich związek z natury nie dopuszczał, żeby Faith przedstawiała mu się jako istota słaba i wymagająca opieki. Była samodzielna i zdolna zadbać o siebie. Rzadko oczekiwała od niego pomocy, nawet kiedy dzieci były małe. Potrafiła sobie radzić i umiała podjąć odpowiednie decyzje. Była dla niego idealną żoną. Nigdy nie "marudziła", jak to Alex ujmował. Teraz też nic nie powiedziała. Jednak była rozczarowana, że nie chciał jej wesprzeć. Rozczarowanie towarzyszyło jej od lat. Alex prawie nigdy nie był u jej boku, kiedy go potrzebowała. To prawda, był odpowiedzialny, godny szacunku, inteligentny i pracowity, ale wiał od niego chłód. Skończyli w takim samym związku jak jego rodzice. Kiedy ich poznała, była zaszokowana, że są tacy zimni i niezdolni do okazania czułości. Zwłaszcza jego ojciec był człowiekiem oschłym i zamkniętym w sobie, a Alex z czasem stał się do niego podobny. Nigdy nie był wylewny, a wszelka demonstracja uczuć wprawiała go w zakłopotanie, nawet między Faith i Zoe. Ich ciągłe pocałunki i uściski wyraźnie go irytowały; nie szczędził im krytyki i coraz bardziej się od nich oddalał.
Z dwóch dziewcząt to Zoe była bardziej podobna do matki, ciepła, spontaniczna, pogodna, skłonna do żartów, jak Faith w młodości. Doskonale się uczyła i miała żywy, inteligentny umysł. Ale to Eloise miała lepszy kontakt z ojcem, łączyła ich cicha więź, która mu bardziej odpowiadała. Od dziecka była spokojniejsza od młodszej siostry, a także bardziej krytyczna wobec matki, czemu głośno dawała wyraz, może za przykładem ojca. Zoe zawsze trzymała stronę matki i stawała w jej obronie. Chciała nawet pojechać na pogrzeb Charlesa, chociaż ledwo go znała. Nigdy nie interesował się córkami Faith. Ale jak się okazało, właśnie wypadł jej egzamin i nie mogła się wyrwać. Eloise też nie miała powodu przyjeżdżać z Londynu na pogrzeb człowieka, który nigdy nie poświęcił jej cienia uwagi. Faith nie oczekiwała, że córki wybiorą się na pogrzeb, miała jednak nadzieję, że Alex zdobędzie się na odrobinę wysiłku, żeby jej towarzyszyć.
Nie wspomniała już jednak o tym ani słowem. Jak w wielu innych przypadkach, wolała nie wdawać się w niepotrzebną dyskusję. I tak nic by to nie dało. Z jego punktu widzenia mogła równie dobrze iść sama. Wiedział, podobnie jak córki, że niewiele ją łączyło z ojczymem. Jego strata była dla niej raczej symboliczna. A Faith nie widziała sensu wyjaśniać, że odczuwa ją tak boleśnie, bo przypomina jej o odejściu innych bliskich osób. Matki i brata, którego śmierć przed trzema laty pogrążyła ją w nieutulonej rozpaczy, kiedy jego samolot runął do morza podczas lotu na wyspę Martha's Vineyard. Jack miał wtedy czterdzieści sześć lat, był doskonałym pilotem, ale silnik zapalił się w powietrzu i samolot eksplodował. Był to dla niej szok, z którego długo nie mogła się otrząsnąć, dopiero niedawno zaczęła dochodzić do siebie. Jack był jej bratnią duszą i najlepszym przyjacielem. Zawsze wspierał ją i pocieszał, zarówno w dzieciństwie, jak i w dorosłym życiu. Wszystko jej wybaczał, nigdy nie krytykował i był wobec niej bez reszty lojalny. Dzieliła ich tylko dwuletnia różnica wieku i matka zawsze powtarzała, że są jak bliźniacy. Ich więź zacieśniła się jeszcze po śmierci ojca, który umarł na atak serca, gdy Faith miała dziesięć lat, a Jack dwanaście.
Jej stosunki z ojcem były trudne, a właściwie przypominały koszmar. Nigdy o tym nie mówiła i upłynęło wiele lat, zanim w dorosłym życiu uporała się z tym problemem. Chodziła na psychoterapię i włożyła wiele wysiłku, żeby pogodzić się z przeszłością. Odkąd sięgała pamięcią, jej ojciec molestował ją seksualnie. Jego niewłaściwe i odrażające zachowanie wobec niej zaczęło się, gdy miała cztery czy pięć lat. Nigdy nie odważyła się powiedzieć o tym matce, ojciec zagroził, że zabije ją i brata, jeśli piśnie choć słówko. Miłość do brata zamknęła jej usta aż do chwili, gdy Jack sam odkrył, co się dzieje. Miał wtedy jedenaście lat, a ona dziewięć, i zrobił ojcu straszną awanturę. Jemu ojciec też zagroził śmiercią, jeśli nie będą trzymać języka za zębami. Był bardzo chorym człowiekiem. Te przejścia były dla nich obojga tak traumatyczne, że nigdy więcej o tym nie rozmawiali, aż do czasu terapii Faith w dorosłym życiu, ale połączyły ich nierozerwalną więzią, miłością zrodzoną ze współczucia oraz skrywaną rozpaczą. Jack cierpiał męki, nie mogąc wyzwolić Faith z fizycznego i emocjonalnego koszmaru, jaki jej zgotował ojciec. Torturował się myślą, że wie, co się dzieje, i nic nie może na to poradzić. Ale był tylko dzieckiem. Rok później ojciec zmarł.
Po latach Faith próbowała opowiedzieć o wszystkim matce, lecz ta nie chciała przyjąć prawdy do wiadomości. Nie chciała słuchać, uwierzyć ani o niczym wiedzieć i uparcie powtarzała, że to złośliwe pomówienia, które szkalują pamięć ojca i robią krzywdę całej rodzinie. Jak Faith się zawsze obawiała, matka zwaliła całą winę na nią i skryła się w świecie własnych fantazji i urojeń. Utrzymywała, że ich ojciec był dobrym i kochającym mężem, który uwielbiał swoją rodzinę i nosił żonę na rękach. Niemal go kanonizowała po śmierci. Faith nie pozostawało nic innego niż jak zwykle zwrócić się do Jacka, który wziął ją do psychoterapeuty, gdzie razem mogli wyrzucić bolesne wspomnienia. Godzinami łkała potem w ramionach brata.
W końcu jego miłość i wsparcie pomogły jej uporać się z marami przeszłości i gnębiącym ją wspomnieniem ojca potwora, który zbezcześcił jej niewinność i pogwałcił czystość życia dziecka. A Jackowi zajęło to całe lata, żeby pogodzić się z faktem, że nie mógł jej pomóc. Ta bolesna więź i wspólna rana, którą starali się zagoić, połączyły ich na całe życie. I w dużej mierze z pomocą brata Faith zdołała odzyskać spokój i równowagę.
Ale blizny pozostały, a ich dzieciństwo odbiło się na wyborach życiowych, jakich dokonali. Oboje wylądowali w niedobranych związkach z ludźmi, którzy byli zimni i krytyczni. Dorównywali chłodem ich matce i obwiniali ich za wszystkie problemy. Żona Jacka była neurotyczna i trudna we współżyciu, a ponadto z niezrozumiałych względów kilkakrotnie od niego odchodziła. Alex zaś trzymał Faith na odległość i obarczał odpowiedzialnością za każde niepowodzenie. Często zastanawiała się z Jackiem, dlaczego wybrali takich, a nie innych partnerów, ale samo zrozumienie przyczyn nie mogło już zmienić biegu wypadków. Wyglądało na to, że oboje szukają sytuacji powielających niejako złe chwile z dzieciństwa, żeby tym razem je odwrócić, wygrać i doprowadzić do szczęśliwego końca. Ale z ludźmi, których wybrali, nie mogli wygrać i ich dorosłe życie okazało się równie nieszczęśliwe jak dzieciństwo, choć przynajmniej nie tak traumatyczne. Jack radził sobie, łagodząc konflikty i tolerując wszystkie wybryki żony, łącznie z jej ciągłym odchodzeniem, żeby tylko jej nie rozzłościć i nie stracić. Faith robiła to samo. Rzadko, jeśli w ogóle, kłóciła się z Aleksem i prawie nigdy mu się nie sprzeciwiała. Nauka, którą odebrała od ojca, zapadła głęboko. W głębi serca wiedziała, że to ona jest wszystkiemu winna. To jej grzech, nie jego, i jej wina. Ojciec jej to wpoił. A jego ostateczną karą było odejście z tego świata. Przeczuwała z trwogą, że to też mogła być jej wina i bardzo się starała nie narazić niczym Aleksowi, żeby również jej nie opuścił. W jakiś sposób całe życie starała się być grzeczną małą dziewczynką, żeby odkupić grzechy, o których wiedział tylko jej brat. Na początku małżeństwa myślała o tym, żeby wyznać prawdę o swoim dzieciństwie mężowi, ale jakoś nigdy do tego nie doszło. Podświadomie bała się, że jeśli Alex się dowie, co ojciec jej zrobił, przestanie ją kochać.
A teraz, po latach, zastanawiała się, czy w ogóle kiedykolwiek ją kochał. Może na swój sposób darzył ją uczuciem, ale było to uczucie uwarunkowane jej uległością i gwarancją spokoju. Trafnie wyczuła, że nie zniósłby prawdy o jej ojcu. Toteż jej mroczny sekret znał tylko Jack i tylko on ofiarowywał jej bezwarunkową miłość, co w pełni odwzajemniała. Tym ciężej jej było, kiedy zginął. Jego śmierć była dla niej niepowetowaną stratą, zwłaszcza wobec braku ciepła we własnym domu.
Miała dwanaście lat, a Jack czternaście, gdy matka poślubiła Charlesa, co oboje mocno przeżyli. Faith z początku odnosiła się do niego nieufnie, przekonana, że będzie robił z nią to samo co ojciec. Tymczasem Charles kompletnie ją ignorował, co uznała za błogosławieństwo. Był mężczyzną, który źle się czuł w towarzystwie dziewcząt i kobiet. Nawet własna córka była dla niego kimś obcym. Jako zawodowy wojskowy wyżywał się na Jacku, ale przynajmniej okazywał mu nieco zainteresowania. Jeśli chodzi o Faith, to podpisywał tylko jej dzienniczek ucznia i narzekał na stopnie, co zapewne uważał za swój obowiązek. To była jego jedyna rola. Poza tym Faith dla niego nie istniała, co jej w zupełności odpowiadało. Była zdumiona, że nie usiłuje inicjować z nią praktyk seksualnych, czego się spodziewała, i czuła ulgę, że nie zwraca na nią żadnej uwagi. To rekompensowało jej w pełni chłód, jaki wokół siebie roztaczał.
Charles nawiązał w końcu kontakt z Jackiem, ucząc go różnych męskich zajęć, ale Faith, jako dziewczynka, pozostawała poza kręgiem jego zainteresowań. Ledwo ją zauważał. Toteż w jej oczach to brat stanowił wzorzec mężczyzny i był jedynym normalnym przedstawicielem męskiego świata. W przeciwieństwie do matki i Charlesa, Jack był otwarty, serdeczny i spontaniczny, podobnie jak Faith. Natomiast kobieta, którą poślubił, jota w jotę przypominała ich matkę - była wyniosła, zimna i powściągliwa. Nie umiała okazać mu ciepłych uczuć. Rozstawali się kilka razy i mimo piętnastu lat małżeństwa nie mieli dzieci, bo Debbie nie chciała. Faith nigdy nie mogła zrozumieć, co Jack w niej zobaczył. Jednak był do niej przywiązany, zawsze ją usprawiedliwiał i dostrzegał w niej zalety, których nikt inny nie widział. Na jego pogrzebie stała z kamienną twarzą i nie uroniła ani jednej łzy. A w pół roku po jego śmierci wyszła ponownie za mąż i przeniosła się do Palm Beach. Nigdy więcej się nie odezwała. Nie przysłała nawet kartki na Boże Narodzenie. I choć Faith nie przepadała za bratową, odczuła to jako kolejną stratę, bo w pewnym sensie wraz z Debbie zniknęła z jej życia też cząstka Jacka.
Miała teraz tylko Aleksa i dziewczynki. Czuła, że jej świat coraz bardziej się kurczy. Ludzie, których znała i kochała, jeden po drugim odchodzili. Nawet jeśli nie byli jej bardzo bliscy, należeli jednak do rodziny, jak Charles. A jego stateczność i normalność, mimo chłodu i wyniosłości, zapewniły jej niegdyś bezpieczną przystań. Teraz wszyscy odeszli. Rodzice, Jack, a nawet ojczym. To sprawiało, że mąż i córki stali się dla niej jeszcze ważniejsi i cenniejsi.
Bała się jutrzejszego pogrzebu. Wiedziała, że każe jej to na nowo przeżywać pogrzeb Jacka, co będzie ciężkie do zniesienia. Myślała o tym, mijając drzwi do gabinetu Aleksa, gdzie lubił czytać wieczorami. Siedział nad jakimiś papierami i nie podniósł głowy, kiedy stanęła w progu. Umiał się izolować, dawać do zrozumienia, żeby mu nie przeszkadzano. Był nieosiągalny, nawet gdy przebywał z nią w jednym pokoju. Dystans, jaki ich dzielił, był nie do pokonania. Niepostrzeżenie oddalili się od siebie jak dwie kry lodowe na ściętej mrozem rzece. Nie było już sposobu, żeby się zbliżyć. Alex z powodzeniem odseparował się od niej, żyjąc pod tym samym dachem. A ona dawno przestała z tym walczyć i pogodziła się z losem. Tylko że teraz, po odejściu dziewczynek z domu, odczuwała druzgocącą pustkę. I nadal nie wiedziała, czym ją wypełnić. Przez chwilę patrzyła na Aleksa, który przekładał papiery, nie odzywając się do niej słowem, i cicho poszła w kierunku schodów.
Przyszedł za nią do sypialni pół godziny później. Leżała już w łóżku, czytając książkę, którą poleciła jej Zoe. Była to zabawna powieść i Faith uśmiechała się do siebie, kiedy Alex wszedł do pokoju. Ledwo rzucił na nią okiem, idąc do łazienki i po kilku minutach wślizgnął się obok do łóżka. Czuła się, jakby między nimi biegła niewidzialna barykada. Linia Maginota, której żadne z nich nie przekraczało oprócz sytuacji, gdy zaistniała pilna potrzeba, raz na kilka tygodni lub raz na miesiąc. Kiedy się kochali, zawsze czuła mu się nieco bliższa, ale nawet to było teraz złudne. Stanowiło raczej wspomnienie niegdysiejszych uczuć niż podkreślenie obecnych. Ich akt miłosny był szybki i powierzchowny, choć czasem przyjemny. Był odbiciem ich rzeczywistości, nie spełnieniem marzeń, jakie kiedyś dzielili. Był tylko tym, czym był, niczym więcej. Na szczęście Faith dzięki przebytej terapii nie miała problemów seksualnych, mimo krzywdy, jaką wyrządził jej ojciec. Ale z powodu braku komunikacji i ciepła pomiędzy nią a Aleksem, zanik ich życia seksualnego był dla niej czasem ulgą.
Także tego wieczoru Alex położył się po swojej stronie łóżka i odwrócił tyłem. Był to znak, że dziś już nic od niej nie chce. Zjedli razem kolację, opowiedział jej, co będzie robić nazajutrz. Wiedział, co ona będzie robić. I uprzedził ją wcześniej, że musi pójść z nim jutro wieczorem, po pogrzebie, na służbową kolację. To wszystko, co mieli sobie do powiedzenia, co byli w stanie sobie przekazać. Jeśli Faith pragnęła czegoś więcej, serdecznego gestu, ciepłego słowa, musiała tego szukać u córek i już się z tym pogodziła. Ale tym bardziej brakowało jej Jacka. Oboje skazani na samotność w małżeństwie, potrzebowali siebie nawzajem, dawali sobie wsparcie i pociechę.
Faith kochała brata całym sercem i myślała, że umrze, kiedy zginął. Nie umarła, lecz jakaś jej cząstka od tej pory błąkała się bez celu niczym zagubiona dusza, która straciła dom. Nie umiała opowiedzieć córkom ani nikomu innemu o uczuciach, jakie łączyły ją z bratem. Był dla niej kimś niezastąpionym. Nigdy jej nie zawiódł, nie odmówił pomocy. Zawsze starał się wywołać na jej twarzy uśmiech, zawsze jej powtarzał, jak bardzo ją kocha. Był słońcem jej życia, ostoją, która pozwalała jej przetrwać złe chwile. A teraz została sama, nawet dziewczynki odeszły z domu. Słuchając cichego pochrapywania Aleksa, Faith z ciężkim sercem i poczuciem pustki zgasiła światło, starając się przywołać sen.