p

Wyczerpani. Jak odzyskać radość życia w świecie, który przytłacza - Corey Keyes

Kup ebooka

41.99 zł
37.79 zł (37,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Książkę tę dedykuję mojej Babci i Dziadziowi, Evie Marie (Pilon) Keyes i Herbertowi Keyesowi Seniorowi, którzy na emeryturze adoptowali mnie i moją siostrę i stworzyli nam dom, w którym zostało zasiane ziarno rozkwitu.

 
 
[ WSTĘP ]
BIEGNĘ DONIKĄD

Jako małomówny, ciekawy świata nastolatek dorastający w małym miasteczku, w północnej części stanu Wisconsin, ustawiałem radio na częstotliwość FM, żeby w niedzielne wieczory słuchać audycji King Biscuit Flower Hour. Pewnego wieczoru, patrząc na mokrą plamę na suficie, usłyszałem piosenkę, która stała się moim licealnym hymnem: Running on Empty (Biegnę na oparach) Jacksona Browne'a. Nie użył słów samotny, smutny ani zaniepokojony, ale wyraził emocję tak bardzo mi znaną - brnięcia ze smutkiem przez życie, które wydaje się coraz bardziej pozbawione koloru:

 

Nie mam pojęcia, dokąd biegnę, po prostu biegnę dalej

Biegnę na oparach

Biegnę na oślep

 

Wciśnięty w łóżko po raz pierwszy w życiu poczułem, że wreszcie ktoś mnie zobaczył do samego rdzenia. Oto ja, szesnastolatek, który właśnie miał zacząć kurs prawa jazdy. Z pozoru wszystko układało się zaskakująco dobrze po moim skomplikowanym okresie dzieciństwa. Miałem świetne oceny. Miałem pełną miłości relację z dziadkami, z którymi już wtedy mieszkałem. Jednak nie mogłem otrząsnąć się z wrażenia, że nadal coś było nie tak. Bez względu na to, czy miałem dobry czy zły dzień w szkole, w domu moja klatka piersiowa przypominała napompowany balon - pełen, a jednak całkowicie pozbawiony treści.

Jeśli brzmi to jak depresja, to mogę cię zapewnić, że tym nie była, chociaż miałem się z nią zmagać na późniejszym etapie życia. Byłem beznadziejnie smutny. Właściwie nie miałem problemu z tym, żeby rano wstać z łóżka. Przypominało to bardziej stan funkcjonowania na autopilocie, bycia zmuszonym do tego, by dalej coś robić, by rzucać się od jednej aktywności do drugiej, pozostawiając niewiele przestrzeni na myśli, które pojawiały się, kiedy zostawałem sam na sam ze sobą. To poczucie pełnej niepokoju pustki przyćmiło wszystkie aspekty mojego skądinąd spokojnego życia. W dzieciństwie, mówiąc oględnie, było to dezorientujące.

To widmo poczucia stagnacji i pustki prześladowało mnie nadal, kiedy dorastałem, i weszło ze mną w dorosłość - jeśli nawet nie samo uczucie, to lęk przed tym, że znowu się pojawi. W końcu doprowadziło do tego, że zostałem profesorem socjologii i wyruszyłem w długą podróż, by zrozumieć, o co chodziło w tym doświadczeniu "biegania donikąd", i żeby się dowiedzieć, czy prześladowało ono także innych ludzi.

Siła nazwy

Po roku od wybuchu światowej epidemii COVID-19 Adam Grant, psycholog organizacji i bestsellerowy pisarz, opublikował w "New York Timesie" artykuł, w którym opisał dokładnie ten termin, który sam od lat po kryjomu badałem. Nosił on tytuł Istnieje nazwa na to poczucie przygnębienia, które odczuwasz: to poczucie stagnacji i pustki. Rozpoczynał się słowami: "Z początku nie rozpoznałem objawów, które są powszechnie znane. Przyjaciele zwierzali mi się, że mają problemy z koncentracją uwagi. Koledzy donosili, że pomimo majaczących na horyzoncie szczepionek nie cieszyli się na nadchodzący 2021 rok. Jedna z kobiet z mojej rodziny siedziała do późna, by po raz kolejny obejrzeć Skarb narodów, chociaż znała ten film na pamięć. A ja, zamiast wyskakiwać z łóżka o 6.00, leżałem do 7.00, grając z przyjaciółmi w Words". U Granta i wielu innych osób poczucie stagnacji i pustki wkradło się po okresie silnego stresu, żalu albo samotności - lekkiego znużenia psychicznego, które łatwo zignorować, ponieważ jednym z jego objawów jest obojętność.

Poczucie stagnacji i pustki pojawia się powoli i niepostrzeżenie, a potem nagle czujesz się nim przytłoczona/przytłoczony. Proste "jak się masz?" można odebrać, jak pytanie egzaminacyjne, które sprawia, że gorączkowo szukasz społecznie akceptowalnej odpowiedzi, chociaż nie do końca ją znasz.

Publikacja Granta zyskała ogromną popularność, stając się najczęściej czytanym artykułem roku "New York Timesa". Najwyraźniej istniała głęboka potrzeba stworzenia słownictwa opisującego walkę, którą toczyły miliony ludzi - nastolatków, pracowników obsługi klienta, rodziców, przepracowanych fachowców wszystkich profesji oraz tych, którzy opłakiwali stratę bliskich osób - ale trudno im było wyrazić ją słowami. Celebryci i członkowie rodzin królewskich na równi z nimi tweetowali o napadach poczucia stagnacji i pustki. Trevor Noah podzielił się tym doświadczeniem w Madison Square Garden podczas show, na który wyprzedano wszystkie bilety. W dwudziestotysięcznym tłumie zapadła głucha cisza.

Czy cierpisz na poczucie stagnacji i pustki?

Czy twierdząco kiwasz głową, rozpoznając objawy z poniższej listy?

 

- Czujesz przygnębienie emocjonalne. Trudno ci wykrzesać z siebie ekscytację z powodu zbliżających się wydarzeń i kamieni milowych w twoim życiu.

- Zalewa cię poczucie nieuchronności. Sytuacja życiowa wydaje się coraz bardziej uwarunkowana czynnikami zewnętrznymi.

- Łapiesz się na tym, że odwlekasz na później zadania w pracy i w życiu prywatnym i coraz częściej pojawia się u ciebie nastawienie "po co w ogóle próbować".

- Coraz więcej rzeczy wydaje ci się nieistotnych, płytkich albo nudnych.

- Nieustannie towarzyszy ci niepokój, że brakuje ci czegoś, dzięki czemu znowu poczujesz się kompletna/kompletny, ale nie wiesz, co to miałoby być.

- Czujesz się oderwana/oderwany od swojej społeczności i/albo wyższego celu.

- Kiedyś twoja praca dawała ci poczucie sensu, a przynajmniej spełnienia, ale teraz, w szerszej perspektywie, sprawia wrażenie niepotrzebnej.

- Regularnie doświadczasz mgły mózgowej (na przykład stojąc pod prysznicem, kiedy usiłujesz sobie przypomnieć, czy już umyłaś/umyłeś włosy).

- Drobne komplikacje, z którymi kiedyś radziłaś/radziłeś sobie bez wysiłku, teraz sprawiają, że czujesz się przegrana/przegrany. Czujesz się tak, jakby pozbawiono cię korzeni.

- Czujesz się osaczona/osaczony przez ludzi o zdecydowanych poglądach, ponieważ jesteś coraz bardziej niepewna/niepewny swoich własnych.

- Trudno ci znaleźć w sobie motywację, by zwrócić się do przyjaciół i rodziny, by podtrzymać relacje, które kiedyś były dla ciebie ważne. Coraz rzadziej czujesz bliskość z ludźmi.

- Nie potrafisz zobaczyć i rozpoznać swoich silnych i słabych stron. Nie umiesz określić, z czym sobie dobrze radzisz, a co powinnaś/powinieneś poprawić. Twoje poczucie własnej wartości wyraźnie słabnie albo gwałtownie spada.

 

Za parę stron będziesz mieć okazję, by dokonać bardziej formalnej oceny. Ale jeśli kilka spośród powyższych stwierdzeń brzmi prawdziwie w odniesieniu do ciebie albo kogoś, kogo kochasz, to dzięki tej książce zrozumiesz dlaczego - i co zrobić, kiedy utkniesz w błędnym kole, z którego nie możesz się wyrwać.

Czym nie jest poczucie stagnacji i pustki

Poczucie stagnacji i pustki może przypominać depresję, bo w obu przypadkach pojawia się utrata zainteresowania życiem, ale te dwa stany zasadniczo się od siebie różnią. Depresję charakteryzuje uporczywe poczucie beznadziei albo smutku, które pojawia się codziennie albo prawie codziennie przez co najmniej dwa tygodnie z rzędu i któremu często towarzyszą napady płaczu, zbyt długie spanie albo problemy ze snem i myśli samobójcze. Jednak miliony ludzi cierpi na poczucie stagnacji i pustki, które nie spełnia tych kryteriów. Możesz stracić sens życia i nie mieć objawów depresji. Osoby, które wpadają w stan stagnacji i pustki, są bardziej narażone na poczucie utraty kontroli nad swoim życiem, niepewność, czego chcą od przyszłości, i paraliż w obliczu konieczności podjęcia decyzji, dużych i małych.

A co z wypaleniem, pojęciem, po które możesz sięgnąć, gdy wysyłasz ostatniego maila o 00.01, przyglądasz się, jak twój dwulatek ma kolejny napad złości, albo przewijasz aplikacje randkowe, aż poczujesz, że zesztywniały ci palce? Poczucie wypalenia może być nastrojem dominującym w pewnym pokoleniu albo w pewnym środowisku, ale technicznie rzecz biorąc, nie jest to stan umysłu, lecz "zjawisko zawodowe", które opisuje rozbieżność pomiędzy twoim nakładem pracy a zasobami, jakimi dysponujesz, by ją wykonać. Ta rozbieżność powoduje narastanie długotrwałego stresu. Te dwa stany mogą czasami wydawać się podobne, ale wypalenie to znacznie węższe pojęcie.

Niemniej poczucie wypalenia zawodowego może sprawić, że będziesz tak zniechęcona/zniechęcony, że ogarnie cię poczucie stagnacji i pustki. Przy skrajnym zmęczeniu pracą trudno odnaleźć radość albo sens w aktywnościach, które kiedyś przynosiły ci dużą satysfakcję. Wieczorne czytanie Tam, gdzie żyją dzikie stwory swojemu czteroletniemu dziecku (a może nawet wcielanie się w głosy wszystkich postaci, ku rozkoszy dziecka) zakłócane jest przez natrętne myśli o niekończącej się liście rzeczy do zrobienia. To sprawia, że nie jesteśmy w stanie być obecni tu i teraz. Podekscytowanie kampanią reklamową mija i zamienia się w odległe wspomnienie, gdy siedzimy przykuci do komputera do późna w nocy, produkując nudne projekty banerów dla wymagającego klienta.

Nasze społeczeństwo lubi nas napominać, żebyśmy "brali osobistą odpowiedzialność" za nasze działania. Jeśli nie jesteśmy szczęśliwi, to powinniśmy wstawać wcześniej, ćwiczyć więcej, spać dłużej! Ale socjologów, takich jak ja, bardziej interesuje, w jaki sposób zawodzą nas systemy, niż obwinianie o wszystko jednostek. Jeśli odczuwamy rekordowe poziomy stresu, lęku, wypalenia i oczywiście poczucia stagnacji i pustki, to jakim sposobem może to być wyłącznie nasza wina? Tak naprawdę to sam system okrada nas z naszej sprawczości tworzenia sobie lepszego życia, a nawet działania zgodnie z naszymi wartościami i tożsamością.

Pewien młody lekarz doszedł do następującego wniosku: wymagania, które nasz system opieki zdrowotnej stawia przed nim i jego kolegami, zmuszają ich do poświęcania wartości zawodowych. Opublikował felieton w "New York Timesie" o czymś, co można by określić mianem upadku moralnego zawodu lekarza, argumentując, że szpitale "celowo utrzymują braki kadrowe i obcinają środki na opiekę nad pacjentem, jednocześnie siedząc na miliardach dolarów rezerw gotówkowych". Tajemny system rozliczeń medycznych zaprojektowany tak, by zmaksymalizować zyski, tworzy wypaczoną strukturę premii (nie mówiąc już o górach pracy administracyjnej) dla wykonawców tych usług, którzy odpowiadają za podejmowanie kluczowych decyzji terapeutycznych dotyczących pacjentów, co czyni nadzwyczaj trudnym przestrzeganie standardów opieki, które przysięgali utrzymywać. Nic dziwnego, że pracownicy służby zdrowia masowo zgłaszają, że mają poczucie bezsilności i tracą poczucie sensu. "Nasza demoralizacja nie jest reakcją na jakiś stan chorobowy, ale raczej na chore systemy, dla których pracujemy", napisał stanowczo ów lekarz. Wykonywanie zawodu wykańcza lekarzy do imentu.

Nietrudno sobie wyobrazić, że podobny scenariusz rozgrywa się również w innych profesjach. Nauczycielka w niedofinansowanej szkole z brakami kadrowymi być może zawsze kochała swoją pracę i uczniów, szczycąc się swoją gotowością, by dawać z siebie wszystko dla dobra swoich podopiecznych. Jednak tego rodzaju etyka zawodowa może motywować tylko przez jakiś czas. Potem może się zacząć pojawiać uczucie znużonej obojętności. To nie wina tej nauczycielki. Błędy systemu zniszczyły jej mechanizmy obronne.

W miarę upływu czasu nasza autonarracja - opowieść, którą tworzymy, by nadać sens swojemu życiu i światu wokół nas - zaczyna się w takich warunkach rozpadać. To osłabione poczucie własnej wartości czasami bywa opisywane jako "uczucie bycia martwym w środku". Mamy głęboką potrzebę psychologiczną nie tylko bycia akceptowanym przez rodzinę i społeczność, ale także akceptowania samego siebie i darzenia siebie szacunkiem. Co się dzieje, kiedy przestajemy lubić osobę, którą widzimy w lustrze? Zapewne potrafisz dostrzec, jak powstaje tego typu błędne koło.

Czy zadajemy niewłaściwe pytania?

Przez krótki okres pod koniec lat dziewięćdziesiątych byłem zaangażowany w tworzenie ruchu psychologii pozytywnej, a nawet zostałem jednym z gospodarzy pierwszego szczytu psychologii pozytywnej w 1999 roku. Ale w miarę jak ten ruch się rozwijał, dostrzegałem, że podobnie jak wiele innych filozofii samodoskonalenia nadmiernie skupiał się na stanach emocjonalnych: poczuciu optymizmu, poczuciu szczęścia, poczuciu siły. Co by się stało, zapytałem siebie, gdybyśmy przestali mierzyć nasz dobrostan na podstawie obecności przyjemnych albo nieprzyjemnych uczuć? Co, jeśli ukierunkowalibyśmy naszą energię na zaspokojenie zestawu głębszych potrzeb?

Moje badania naukowe nad stanami, które prowadzą do dobrego zdrowia psychicznego - które nazywam rozkwitem - wykazały, że poprawa naszego funkcjonowania psychicznego, relacyjnego i społecznego buduje dobrostan od podstaw. Nauczenie się, jak traktować nasze emocje z większym dystansem, jak zmieniać opowieści, które sobie opowiadamy, jak bardziej akceptować samą/samego siebie i inne osoby oraz jak budować społeczności oparte na trosce i przynależności, tworzy koło ratunkowe, a to zwiększa naszą tolerancję na stres, przeciwności losu i presje współczesnego życia. Z czasem poprawa naszego funkcjonowania przynosi poczucie głębszej satysfakcji z życia i ogólnego dobrostanu emocjonalnego. Innymi słowy, to drugie wypływa z tego pierwszego.

Niełatwe zadanie, możesz pomyśleć! Skupienie się na zdrowym funkcjonowaniu może wymagać zmiany priorytetów, ale w drugiej części książki odkryjesz zestaw prostych i jednocześnie bardzo skutecznych metod, by codziennie na nowo osadzać się w sobie i skupiać się na sobie, dając sobie szanse na rozkwit.

Kilka lat temu skontaktował się ze mną przedstawiciel pewnego czasopisma, proponując, żebym napisał recenzję artykułu przesłanego przez grupę moich kolegów z Włoch, którzy między innymi przeprowadzali badania nad zdrowiem psychicznym pracowników służby zdrowia w Lombardii. W tym regionie zanotowano prawie połowę spośród blisko trzydziestu tysięcy zgonów w ciągu trzech miesięcy początkowej fazy pandemii COVID-19 we Włoszech.

Wówczas system opieki zdrowotnej i personel medyczny w Lombardii były w stanie oblężenia. Naukowcy odkryli, że poczucie stagnacji i pustki trzykrotnie zwiększyło ryzyko diagnozy zespołu stresu pourazowego (PTSD) u pracowników służby zdrowia działających na pierwszej linii frontu. Ci spośród nich, którzy mieli ciężkie objawy poczucia stagnacji i pustki, byli najbardziej zagrożeni. Ale naukowcy odkryli również, że u pracowników, którzy byli w stanie osobistego rozkwitu, istniało niemalże czterokrotnie mniejsze prawdopodobieństwo zachorowania na PTSD niż u tych, którzy mieli umiarkowane poczucie stagnacji i pustki.

Podczas gdy poczucie stagnacji i pustki sprawia, że stajemy się bardziej podatni na szeroki wachlarz zagrożeń takich jak rozwinięcie się PTSD, osobisty rozkwit buduje silną odporność na tego typu problemy i wiele innych, zapewniając nam odporność niezbędną do życia w świecie, który aż nazbyt często nas gnębi i zbyt wiele nam zabiera.

Trzynaście powodów

Potrzebujesz więcej argumentów? W trakcie czytania poniższej listy do każdego wersu dodaj następujące stwierdzenia:

 

Osobisty rozkwit chroni przed... Poczucie stagnacji i pustki naraża na...

 

- zachowania przestępcze gimnazjalistów i licealistów (palenie, wąchanie narkotyków wziewnych, picie alkoholu, wagary etc.)

- próby samobójcze i zachowania samobójcze (planowanie samobójstwa i poważne myśli na ten temat)

- samookaleczanie poza samobójstwem (bicie albo cięcie siebie, wyrywanie sobie włosów etc.)

- chęć porzucenia szkoły

- depresja

- lęk

- zespół stresu pourazowego (PTSD)

- nawrót choroby psychicznej (nawrót choroby po osiągnięciu klinicznego wyleczenia po terapii)

- zaburzenie psychiczne na skutek pracy w środowisku o wysokim natężeniu konfliktów albo stresu

- zmniejszona produktywność w pracy (nieobecności w pracy)

- częste wizyty u lekarza (z powodu dolegliwości fizycznych i psychicznych/emocjonalnych)

- aktywowanie zestawu genów o nazwie geny utrwalonej reakcji transkrypcyjnej na przeciwności[1], które zwiększają stan zapalny i zmniejszają produkcję przeciwciał

- przedwczesna śmierć

 

Te odkrycia są oparte na badaniach naukowych, które prowadziłem przez dziesiątki lat. Poczucie stagnacji i pustki nie tylko utrudnia nasze codzienne funkcjonowanie, zamykając nas w "pętlach" nieelastycznych zachowań, ale stanowi również bramę do poważnej choroby psychicznej i wczesnej umieralności. Nie możemy sobie pozwolić na to, by tę bramę otwierać.

Nikt nie chce dodawać kolejnego elementu do menu problemów ze zdrowiem psychicznym, którymi się martwimy. Zanim i po tym jak temat poczucia stagnacji i pustki stał się popularny, media w dużej mierze traktowały go obojętnie, pozwalając, by zszedł na dalszy plan. Jednak nie możemy ulec pokusie, żeby bagatelizować fakt, że stan poczucia stagnacji i pustki może doprowadzić do "prawdziwej" diagnozy choroby psychicznej i "poważniejszych problemów".

Choroba psychiczna stanowi ogromne obciążenie indywidualne i społeczne. Około połowy całej populacji doświadczy jej w trakcie swojego życia. Jednak świetnie wyszkoleni lekarze psychiatrzy, którzy mają dobre chęci, zbyt długo skupiają się na diagnozowaniu i leczeniu negatywnych objawów choroby psychicznej. Pomimo zainwestowania miliardów dolarów w tę dziedzinę wiedzy wiele najważniejszych leków nadal ma mniejszą skuteczność w leczeniu objawów depresji, lęku i cierpienia psychicznego niż proste ćwiczenia fizyczne.

Jako osoba, która leczyła się na depresję i PTSD, która rozważała popełnienie samobójstwa, która zażywała leki psychiatryczne, poświęciłem swoje życie zawodowe studiowaniu pozytywnych elementów zdrowia psychicznego. Mój model osobistego rozkwitu uznaje, że choroba psychiczna i zdrowie psychiczne to dwa powiązane ze sobą, ale różne wymiary. Zdrowie nie oznacza jedynie braku choroby. To również obecność dobrostanu. A medycyna często pomija możliwość, że można nauczyć się dobrze funkcjonować w życiu, a nawet rozkwitać, bez całkowitego "wyleczenia" lęku, PTSD, złożonego PTSD, ADHD, OCD[2] albo innych chorób psychicznych lub zaburzeń.

Być może zastanawiasz się, jak to możliwe, żeby być jednocześnie chorą/chorym psychicznie i zdrową/zdrowym psychicznie? Rzeczywiście brzmi to dziwnie, niemalże nieprawdopodobnie. Faktycznie stan poczucia stagnacji i pustki częściej występuje u osób leczących się z powodu choroby psychicznej. Jednak nawet wśród pacjentów leczonych na tak poważne schorzenia jak schizofrenia osobisty rozkwit może się zdarzyć i się zdarza. Przeprowadzone niedawno badania pacjentów z Hongkongu cierpiących na schizofrenię wykazały, że 28 procent spośród nich spełniło kryteria osobistego rozkwitu pomimo walki z jedną z najcięższych chorób psychicznych, jakie istnieją. Wielkość próby nie była duża i być może niereprezentatywna dla wszystkich schizofreników, ale to całkiem dobra wiadomość dla nas wszystkich, którzy zmagamy się ze swoimi większymi czy mniejszymi demonami.

Nie chcę popaść w stan poczucia stagnacji i pustki i zdecydowanie nie chcę być psychicznie chory. Mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że ty też tego nie chcesz. Ale musimy sobie zadać pytania, jakiej miary powinniśmy użyć, by ocenić zdrowie psychiczne, jak zdefiniować swój cel końcowy, w jaki sposób mamy go osiągnąć i które metody są najbardziej skuteczne.

W miarę jak dzieliłem się wynikami swojej pracy ze światem, rozkwit zaczął również mnie odnajdywać. Pewnego wieczoru w Glasgow wygłosiłem odczyt na temat swoich badań naukowych. Potem podeszła do mnie grupa osób drżących z podekscytowania, by pogadać. Oznajmili, że należą do ruchu Mad Pride[3], grupy osób, które doświadczyły choroby psychicznej, działających na rzecz tego, co nazwali "pełnym" z niej wyzdrowieniem. Chcą nie tylko uwolnić się od swojej choroby, ale też nie być przez nią definiowani ani stygmatyzowani.

"Ten stan osobistego rozkwitu może być dla niektórych osób czymś nowym, ale dla nas niczym nowym nie jest". Przez kilka sekund naukowiec we mnie poczuł się nieco zasmucony. Potem uświadomiłem sobie, jak ekscytujące, jak głęboko znaczące było nastawienie się na wizję wyzdrowienia: przynależeć, mieć swój wkład, mieć cel, pewnie formułować i wyrażać idee i opinie, być akceptowanym i akceptować samego siebie. Ogarnęło mnie poczucie dumy - ja również byłem żywym dowodem na to, że istnieją Dumni Obłąkani.

Pomimo największych wysiłków, by poradzić sobie z tą niezwykle wymagającą dolegliwością, i mimo że może ona okresowo schodzić na dalszy plan, w przypadku wielu z nas choroba psychiczna pozostanie z nami w jakiejś postaci (często w takiej, którą można opanować) przez całe życie. Ale możemy rozwinąć swoje słownictwo, a razem z nim swój potencjał. Możemy skupić się na zdrowym funkcjonowaniu i na pozytywnych krokach, które każdy może podjąć, by stworzyć pozytywny cykl osobistego rozkwitu.

Holistyczna miara zdrowia psychicznego

Pewnie chciałabyś/chciałbyś wiedzieć, w którym miejscu skali pozytywnego zdrowia psychicznego się znajdujesz. Poniżej możesz zerknąć na opracowany przeze mnie kwestionariusz składający się z czternastu punktów, stosowany przez klinicystów od dziesięcioleci jako holistyczna i niezawodna metoda oceny dobrostanu. (Jeśli wolałabyś/wolałbyś zaczekać do końca książki, zanim przejrzysz się w tym konkretnym lustrze, możesz pominąć teraz tę ewaluację).

Każde z poniższych pytań bada jakiś ważny i kluczowy aspekt dobrostanu. Pierwsze trzy oceniają dobrostan emocjonalny. Kolejne pięć pytań sprawdza dobrostan społeczny, a ostatnie sześć pytań mierzy dobrostan psychiczny. Jak zobaczysz, nie musimy mieć tego wszystkiego pod kontrolą, by iść przez życie z zadowoleniem i spełniać kryteria osobistego rozkwitu, a niektóre elementy dobrostanu są ważniejsze niż inne.

Odpowiadając na poniższe pytania, pomyśl o sobie i o swoim życiu w ciągu ostatniego miesiąca:

I znów, celem nie jest sprawdzanie każdego okienka dzień w dzień, ale rozkwitanie na swój własny, indywidualny sposób.

Chociaż poczucie stagnacji i pustki może być często rozpoznane za pomocą zestawu typowych, właściwie rozumianych objawów, nie jest to diagnoza, ale raczej brak dobrostanu. Jeśli nie rozkwitasz, to oznacza, że - w jakimś stopniu - masz poczucie stagnacji i pustki. Niektóre osoby mają silne poczucie stagnacji i pustki, a inni jedynie umiarkowane. Możesz w przybliżeniu ustalić, w którym miejscu spektrum się znajdujesz, podliczając całkowity wynik (sumując wszystkie cyfry, które zakreśliłaś/zakreśliłeś). Jeśli twój wynik jest w przedziale 0-25, możesz mieć silne poczucie stagnacji i pustki. Wynik 26 punktów wskazuje na średni stopień.

Ale pozwól, że ci przypomnę. Niezależnie od tego, gdzie jesteś dzisiaj, nie oznacza to, że musisz w tym miejscu pozostać.

Nowy hymn naszych czasów

Zeszłego lata, kiedy siedziałem, pisząc tę książkę, wśród nastolatków królował nowy hymn. Numb Little Bug Em Beihold stał się sensacją, a kiedy po raz pierwszy go usłyszałem, nie mogłem przestać sobie wyobrażać dzisiejszych nastolatków leżących w swoich łóżkach, którzy czują się widziani, jakby przejrzeli się w lustrze. Najmocniej zapadające w pamięć odniesienie do stanu stagnacji i pustki i towarzyszącego mu wrażenia bycia niewidocznym pojawiło się w wersie: "Jakby twoje ciało było w tym pokoju, ale tak naprawdę ciebie tam nie ma".

W piosence Beihold pyta, czy ktoś jeszcze czuje się podobnie jak ona. "Tak jakbyś tak naprawdę nie była szczęśliwa, ale jednocześnie nie chciała umrzeć". Tak, Em, też tak się czujemy. Bardzo wielu spośród nas tak się czuje.

Nazwanie czegoś daje temu moc - i daje nam moc panowania nad tym. Musimy odpowiednio dobrać słowa, żeby opisać jakieś bolesne doświadczenie, zanim w pełni je rozpoznamy w sobie, a tym bardziej poczujemy się utwierdzeni w naszym cierpieniu. Ale potrzebujemy czegoś więcej niż słowo, by zrobić krok ku wyzdrowieniu. Musimy zrozumieć psychologię poczucia stagnacji i pustki, przyczyny leżące u jego podstaw i poznać ścieżkę prowadzącą do trwałego dobrostanu.

Pierwsza część książki pomoże ci zrozumieć, dlaczego mamy poczucie stagnacji i pustki i jaki wpływ ono na nas wywiera, indywidualnie i na nas jako społeczeństwo. Wciąż słyszymy, że pandemia pomnożyła problemy społeczne i ekonomiczne, które istniały już wcześniej. I to prawda. Jak napisał historyk z Uniwersytetu Harvarda Niall Ferguson w artykule opublikowanym na początku 2023 roku w "Washington Post": "Zaskakujące byłoby, gdyby nagłe odcięcie od sieci społecznych w prawdziwym świecie nie miało negatywnego wpływu na zdrowie psychiczne gatunku stadnych nagich małp człekokształtnych". W trakcie tych aż nazbyt trudnych lat pandemii miliardy ludzi odizolowały się od siebie nawzajem, znikając w norach swojego życia. W miarę jak pogrążali się w stanie masowej samotności, niepewność, lęk, żal i brak snu zbierały tragiczne w skutkach psychologiczne żniwo w naszym kraju i na całym świecie.

W skali świata stres emocjonalny rośnie, a najsilniej dotyka społeczności znajdujące się w najbardziej niekorzystnej sytuacji społeczno-ekonomicznej i osoby w przedziale wiekowym 15-35 lat. W 2021 roku odsetek licealistek zgłaszających "uporczywe uczucie smutku albo rozpaczy" wzrósł do 57 procent, co oznacza trzydziestosześcioprocentowy wzrost w porównaniu z 2011 rokiem. I nie tylko nastoletnie dziewczęta mają problemy. W 2021 roku rekordowa liczba dorosłych osób przyznała, że doświadczyła "mnóstwo stresu" (41 procent) i "dużo zmartwień" (42 procent) poprzedniego dnia.

Niestety nie chodzi tylko o pandemię. Idziemy tą drogą już od jakiegoś czasu. Gdybyśmy celowo zaplanowali stworzenie takiego świata po to, by promować stan poczucia stagnacji i pustki, zapewne nie wyszłoby nam to lepiej. Podobnie jak tyle innych stanów zdrowotnych rozkłada się on nierówno pod względem rasy, przynależności etnicznej, orientacji seksualnej, płci i wieku.

Wielu spośród nas pragnie poczuć, że nasze życie ma znaczenie. Pragniemy przynależeć. Pragniemy bardziej serdecznych, bardziej opartych na zaufaniu relacji. Pragniemy żyć w społeczeństwie, które akceptuje nas takimi, jacy jesteśmy. Wszystko, czego pragniemy, musi pochodzić od tych, którzy pragną tego samego. W jaki sposób w społeczeństwie wygłodniałych ludzi mogą się oni nawzajem nakarmić tym, czego potrzebują?

W części drugiej niniejszej książki szukam odpowiedzi na to pytanie. Wyznaczę w niej ścieżkę w kierunku rozkwitania, kreśląc historie ludzi w różnym wieku, różnych ras, tożsamości etnicznej, o różnych poziomach dochodów, harmonogramach zajęć i typach osobowości, którzy wyrwali się ze starych kolein, poprawiając swoje codzienne funkcjonowanie. We wszystkich warstwach społecznych i niezależnie od diagnoz zdrowia psychicznego tych samych pięć praktyk - pomyśl o nich jak o pięciu codziennych witaminach - zaszczepia nowe poczucie sensu, połączenia i rozwoju osobistego. Pokażę ci, jak wygospodarować choćby kilka minut w trakcie dnia albo tygodnia, jeśli masz tylko tyle czasu, by zacząć iść tą ścieżką.

Rozkwit działa jak alternatywna forma medycyny. Jeśli kiedykolwiek zdiagnozowano u ciebie anemię, która oznacza niski poziom żelaza we krwi, to wiesz, że wtedy czujesz się słaby, ospały, zmęczony - to swego rodzaju fizyczny odpowiednik poczucia stagnacji i pustki. W podobny sposób, w jaki można leczyć anemię za pomocą suplementów żelaza, można również leczyć poczucie stagnacji i pustki za pomocą tego, co nazywam pięcioma witaminami rozkwitu.

A co jest w tym najlepsze? Badania naukowe dowodzą, że każdy ruch na spektrum dobrego zdrowia psychicznego ma wartość. Jeśli silnemu poczuciu stagnacji i pustki przypiszemy 1, a rozkwitowi 10, to zanim przewrócisz ostatnią stronę tej książki, będziesz wiedzieć, jak przejść od 1 do 10. Każdy wskaźnik życia, zdrowia i umiejętności funkcjonowania danej osoby jest zdecydowanie gorszy, kiedy ma ona poczucie stagnacji i pustki na najniższym poziomie. Przesuwanie się w kierunku rozkwitu, niezależnie od tempa, może mieć głęboki wpływ na twoje życie.

A teraz dowiedzmy się, jak to zrobić.

[ CZĘŚĆ I ]
Spektrum zdrowia psychicznego: od poczucia stagnacji i pustki do rozkwitu
 
 
[1]
NA CZYM POLEGA POCZUCIE STAGNACJI I PUSTKI

Paul był w siódmej klasie[4], kiedy zaczęły się kłopoty - a przynajmniej, kiedy częstotliwość telefonów od dyrektora do jego rodziców mocno wzrosła. Rok wcześniej wraz z kolegami i koleżankami z klasy rozpoczęli naukę w middle school, ale tylko przez kilka godzin co drugi tydzień zgodnie z nowymi restrykcjami związanymi z epidemią COVID-19 w tym regionie kraju. Z powodu szalejącej wokół pandemii ominęły ich ważne momenty w życiu - ukończenie podstawówki i beztroskie lato przed pójściem do middle school. Większość kolegów i koleżanek z klasy Paula nie poznała nawet głównego budynku nowej szkoły, zanim nadszedł wrzesień.

Szansa nawiązania przyjaźni z osobami z innych miejscowych szkół podstawowych przepadła w ciągu pierwszych kilku tygodni szóstej klasy. Niektórzy uczniowie uczestniczyli w zajęciach stacjonarnych, ale wszyscy nosili maseczki i wychodzili do domu przed przerwą obiadową. Kiedy mieli zajęcia na Zoomie, przez cały dzień ani jedno dziecko nie włączało kamery. W realu nigdy nie widzieli, jak ich nowi nauczyciele się uśmiechali. Nawiązywanie kontaktów z nowymi osobami i zaczynanie wszystkiego od nowa wydawało się z góry skazane na porażkę.

Kiedy zaczęła się siódma klasa, Paul i jego przyjaciele, których większość znał ze szkoły podstawowej, zaczęli sprawiać problemy. Z początku niewielkie - wydurnianie się na korytarzu, odzywanie się nie w porę w klasie, zwykłe wygłupy typowe dla siódmoklasistów, a przynajmniej tak wydawało się ich rodzicom. Ale potem sprawy zaczęły przybierać coraz gorszy obrót. Różne destrukcyjne trendy z TikToka nasilały się w szkołach w całym kraju - zrywano ze ścian dozowniki na ręczniki papierowe, wygłupy na korytarzu zmieniły się w bijatyki, a łazienki regularnie demolowano. Paula wciąż przyłapywano na drobnych aktach wandalizmu, przemocy o niskim stopniu szkodliwości postrzeganej jako coś zabawnego. Miał coraz gorsze oceny. Niby nie działo się nic takiego dramatycznego, typu regularne wagarowanie, ale podczas gdy wcześniej Paul miał piątki i czwórki, teraz jego karta ocen była upstrzona ocenami dostatecznymi.

W domu sprawy też nie wyglądały zbyt optymistycznie. Paul spędzał całe godziny w swoim pokoju, a jeśli już wyszedł, snuł się po domu w kapturze na głowie i nie chciał rozmawiać z rodzicami poza lakonicznym "cześć" albo "na razie". To milczenie ich niepokoiło. Przy kolacji ledwo patrzył im w oczy. Kiedy wracał do domu ze szkoły, pakował się z laptopem prosto do łóżka, mówiąc, że ma zadania do zrobienia, ale najwyraźniej zadań domowych też notorycznie nie odrabiał. Przez cały czas był tak niemrawy, jak mówiła jego mama, jakby nie miał energii, żeby poruszać kończynami. To było bardzo niepokojące. Ambitni rodzice Paula byli zrozpaczeni - to nie było dziecko, które znali!

Dzieci zwykle odczuwają na tym etapie swojego życia coś w rodzaju osamotnienia (typowe problemy nastolatków w tym wieku mają przeważnie podłoże hormonalne, wprawiają je w zakłopotanie, powodują cierpienie, wywołują stres i lęk), co spowodowało, że Paul zachowywał się tak jak nigdy przedtem. Pewnego dnia rodzice z przerażeniem odkryli, że kupił bardzo przekonującą atrapę broni i napisał post w mediach społecznościowych, że przyniesie ją do szkoły. Koledzy z klasy natychmiast powiedzieli o tym nauczycielom, więc przed dziewiątą rano zamknięto szkołę i wrócono do trybu pracy jak podczas lockdownu. Oczywiście to był tylko żart. Na miłość boską, przecież ta broń była atrapą i nawet jej ze sobą nie przyniosłem! - powiedział matce, która odchodziła od zmysłów. Ale ten żart sprawił, że jeszcze przed południem wydalono go ze szkoły.

Po co zachował się tak skandalicznie? - zastanawiali się zrozpaczeni rodzice Paula. Mimo że chował twarz w kapturze, wyraźnie było widać, że domagał się, by ktoś go zobaczył. Rodzice Paula zaczęli sobie zdawać sprawę, że pod maską arogancji ich syn tak naprawdę czuł się bezsilny, pozbawiony celu, bardziej wyobcowany niż wewnętrznie zintegrowany. Jakim sposobem w tym świecie online, który nieustannie pędzi, wprawia w dezorientację, ma obsesję na punkcie statusu społecznego, ten chłopak mógłby poczuć, że lubi większą część swojej osobowości, uwierzyć, że może mieć jakiś ważny wkład w społeczeństwo (poza szokującym postem na Snapchacie albo durnym wybrykiem na szkolnym korytarzu), albo nawiązać serdeczne i pełne zaufania relacje z innymi ludźmi? To elementy składowe osobistego rozkwitu, które nazbyt często pozostają całkowicie poza zasięgiem młodzieży dorastającej w dzisiejszych czasach.

Ma to zatem sens, że nastolatek z poczuciem stagnacji i pustki woli doświadczyć gniewu dyrektora szkoły, dezaprobaty rodziców i upokorzenia bycia wyrzuconym ze szkoły niż przytępiającego uczucia nieodczuwania niczego.

Kto jeszcze cierpi na poczucie stagnacji i pustki?

Poczucie stagnacji i pustki może pojawiać się szczególnie na trzech etapach życia, dotykając aż 50-60 procent spośród nas. Pierwszym etapem jest okres dojrzewania (w wieku od dwunastu do dziewiętnastu lat) - trudny okres transformacji. Drugim etapem jest wczesna dorosłość, między dwudziestym piątym a trzydziestym czwartym rokiem życia, kiedy ludzie rozpoczynają karierę zawodową i zakładają rodzinę. Wreszcie, po siedemdziesiątym piątym roku życia poczucie stagnacji i pustki znowu się do nas zakrada. Wiele starszych osób nie tylko opłakuje stratę bliskich osób, ale również utratę swojej wcześniejszej mobilności i niezależności. Nęka je także sporo dolegliwości i doznają wielu upokorzeń.

W tym rozdziale przyjrzymy się dokładnie, w jaki sposób poczucie stagnacji i pustki wpływa na nas na różnych etapach życia. Jakie czynniki ryzyka pojawiają się, a jakie znikają w miarę rozwoju naszego środowiska społecznego i fizycznego.

Czy małe dzieci mogą mieć poczucie stagnacji i pustki?

Trudno sobie wyobrazić dwulatka, który odczuwa wewnętrzną pustkę - być może odmawiając drzemki. Jakim sposobem na tak wczesnym etapie rozwoju małe dziecko mogłoby być na tyle dojrzałe pod względem emocjonalnym i poznawczym, by przejawiać oznaki jakiegoś poważniejszego problemu ze zdrowiem psychicznym? Jednak jeśli rozumiemy poczucie stagnacji i pustki jako brak emocjonalnego, psychologicznego albo społecznego dobrostanu, to smutna prawda jest taka, że nawet małe dzieci mogą wykazywać to, co naukowcy nazywają "brakiem rozkwitu".

W ostatnich latach, w miarę jak stan zdrowia psychicznego młodych dorosłych pogarsza się w zatrważającym tempie, klinicyści i naukowcy zaczęli badać dokładniej wczesne objawy przygnębienia u małych dzieci. Coraz większa część środowiska medycznego skłania się również ku stosowaniu holistycznych mierników zdrowia, takich jak osobisty rozkwit, który obejmuje nie tylko zdrowie fizyczne i poznawcze, ale także czynniki społeczne i środowiskowe mające wpływ na dobrostan.

W badaniu naukowym przeprowadzonym w 2022 roku przez amerykański urząd statystyczny, w którym brało udział ponad osiemnaście tysięcy dzieci, przebadano występowanie stanu osobistego rozkwitu - i jego czynników prognostycznych - u dzieci w wieku od roku do pięciu lat. Rodzicom zadano cztery pytania na temat zdrowia emocjonalnego i funkcjonowania ich dzieci. Po pierwsze, czy twoje dziecko szybko dochodzi do siebie, kiedy sprawy nie układają się po jego albo jej myśli? Po drugie, czy opisałabyś/opisałbyś swoje dziecko jako kochające i czułe w stosunku do ciebie? Po trzecie, czy twoje dziecko wykazuje zainteresowanie uczeniem się nowych rzeczy? Po czwarte, czy twoje dziecko uśmiecha się i śmieje? Uznawano, że dziecko jest w stanie rozkwitu, jeśli odpowiedzi na wszystkie cztery pytania brzmiały "zawsze" albo "zazwyczaj".

Dobra wiadomość jest taka, że 63 procent badanych dzieci spełniło te kryteria. Ale u prawie czterech spośród dziesięciorga dzieci stwierdzono brak osobistego rozkwitu: brakowało im odporności, odczuwały brak więzi z rodzicami i innymi osobami, nic ich nie ciekawiło, nie były w nic zaangażowane albo rzadko się śmiały i uśmiechały. Dzieci, u których zdiagnozowano chorobę fizyczną, niepełnosprawność rozwojową albo problem emocjonalny lub behawioralny, były bardziej narażone na brak osobistego rozkwitu. Naukowcy odkryli również, że brak rozkwitu częściej występował wśród dzieci, które pochodzą z rodzin wykluczonych społecznie - zwłaszcza wśród dzieci doświadczających niedożywienia albo niedoboru snu, których rodzice zgłosili brak wsparcia społecznego.

Małe dzieci, w większym stopniu niż pozostałe grupy wiekowe, mają naturalny potencjał do rozkwitania. Ale rodziny potrzebują społeczeństwa, które je wspiera, jeśli my jako społeczeństwo oczekujemy od nich, że będą karmić ten naturalny potencjał. Gdy rodzice są zmuszeni pracować na wielu etatach za minimalne wynagrodzenie w nienormowanym czasie pracy; jeśli nie mają dostępu do urlopów rodzicielskich, co ogranicza czas na tworzenie więzi w pierwszych miesiącach życia dziecka (a później możliwości współdziałania z opiekunami i nauczycielami zajmującymi się ich dziećmi); gdy dalsza rodzina, przyjaciele i inne osoby należące do lokalnej społeczności są wyczerpani i nie dysponują odpowiednimi środkami, co ogranicza ich zdolność do pomagania rodzicom, którzy rozpaczliwie tej pomocy potrzebują; i kiedy w najbliższej okolicy nie ma placów zabaw, bibliotek i innych przestrzeni wspólnych dla rodzin, żeby spędzały czas razem i tworzyły silne sieci wzajemnego wsparcia, to zawodzimy nie tylko całe nasze społeczności, ale również nasze najmłodsze dzieci.

Nastoletnie pustkowia

Stoimy u progu nowego tysiąclecia. Szczytowym osiągnięciem ubiegłego wieku było podniesienie średniej długości życia średnio o trzydzieści lat. W ciągu ostatnich stu lat dodaliśmy do naszej średniej długości życia więcej lat niż we wszystkich poprzednich wiekach razem wziętych. Naprawdę należą się wyrazy uznania.

Ale odziedziczyliśmy także świat nękany przez niepewność. A presja, by temu wszystkiemu nadać jakiś sens i żyć w nim uczciwie, stanowi ogromne obciążenie dla naszych nastolatków, podkopując ich poczucie własnego "ja" tak istotne dla zdrowego funkcjonowania. Odkryłem, że w Stanach Zjednoczonych brak stanu rozkwitu stale rośnie - od 37 procent wśród pięciolatków do 51 procent wśród nastolatków w wieku od dwunastu do czternastu lat, a następnie do 60 procent wśród nastolatków w wieku licealnym.

 

Osaczają ich trudne pytania, na które nie są w stanie odpowiedzieć:

 

"Jakim źródłom informacji na temat aktualnych wydarzeń mogę zaufać?"

"W jaki sposób mogę wyrazić swoje opinie, nie obrażając innych osób ani nie zrażając ich do siebie?"

"Dlaczego czuję się inaczej niż moi rówieśnicy?"

"A jeśli bycie autentycznym oznacza utratę przyjaciół albo statusu społecznego?"

"Czy jestem dobrym przyjacielem/dobrą przyjaciółką?"

"Jaką mam orientację seksualną? Czy jestem hetero, bi, czy mam jeszcze inną orientację seksualną?"

"Dlaczego czuję odpowiedzialność za depresję moich rodziców?"

"Czy muszę iść na studia, żeby mieć udaną karierę?"

"Jak mogę uratować Ziemię przed ociepleniem klimatu, skoro wydaje się, że pojedynczy człowiek nie ma na nic wpływu?"

 

Nasze najmłodsze nastolatki - od dwunastego do czternastego roku życia - wysyłają subtelne sygnały ostrzeżenia do wszystkich w otoczeniu, których może to obchodzić, że coś jest nie tak. Jednym z tych sygnałów jest zamierzone samookaleczenie. Najnowsze badania nad węgierską młodzieżą w wieku od dwunastu do dwudziestu lat dowodzą, że kiedy stopień nasilenia poczucia stagnacji i pustki wzrastał, zwiększała się również częstotliwość wyrywania sobie włosów, cięcia się, szczypania się, gryzienia się, przypalania się i zachowań samobójczych.

Kolejnym sygnałem ostrzegawczym jest wczesne występowanie problematycznych zachowań, takich jak używanie substancji psychoaktywnych i przestępczość nieletnich. Ten ostatni problem zazwyczaj pojawia się i nasila u starszych nastolatków w szkole średniej. Ale dzieci w wieku od dwunastu do czternastu lat, które mają poczucie stagnacji i pustki, już na tym etapie popełniają więcej przestępstw, czego dorośli nie zawsze są świadomi. Nie zawsze robiły coś, za co mogły zostać aresztowane, ale zaczynały wagarować, pić alkohol, palić papierosy i marihuanę, a także eksperymentować ze środkami wziewnymi.

Brak wsparcia społecznego ze strony rówieśników sprawia, że dzieci są szczególnie narażone na poczucie stagnacji i pustki. W ciągu ostatniej dekady liczba nastolatków zgłaszających nasilone poczucie samotności niemalże się podwoiła. Mniejsza liczba uczniów liceum przyznaje, że ma przyjaciół, którzy zapraszają ich do swoich domów, tęsknią za nimi, kiedy nie ma ich w szkole, mówią im otwarcie, że są przyjaciółmi, zwierzają im się ze swoich sekretów i wybraliby ich do swojej drużyny w szkole. I chociaż nastolatki usiłują się odnaleźć, radzą sobie z kwestiami dotyczącymi poczucia własnej wartości i mają coraz większą samoświadomość, to często są pozbawione energii emocjonalnej niezbędnej do karmienia i utrzymywania bliskich przyjaźni.

W 1999 roku amerykańska sieć PBS wyemitowała film dokumentalny dokładnie o takim niepokojącym trendzie w życiu nastolatków na przedmieściach Atlanty w stanie Georgia. Chociaż wydaje się, że to było całe wieki temu, to w ostatnich dziesięcioleciach siły, które wtedy działały, jeszcze bardziej się zintensyfikowały. Między 1996 rokiem, kiedy Atlanta przygotowywała się do bycia gospodarzem igrzysk olimpijskich, a wiosną 1999 roku w hrabstwie Rockdale doszło do serii niepokojących wydarzeń. Szesnastoletni chłopak został zamordowany w bójce na parkingu galerii handlowej. Nastolatek z bronią w ręce rozpętał strzelaninę w Heritage High School w Conyers w stanie Georgia - zranił sześciu rówieśników. U innych siedemnastolatków w wieku od czternastu do siedemnastu lat w hrabstwie Rockdale zdiagnozowano kiłę, a w sumie dwustu nastolatków zostało narażonych na tę bakterię przenoszoną drogą płciową.

Hrabstwo Rockdale jest małe, zamożne i zamieszkane głównie przez białe rodziny należące do klasy średniej i wyższej, żyjące na przedmieściach. Dzieci z tego hrabstwa prowadziły wygodne, uprzywilejowane życie. Heritage High School, w której miała miejsce strzelanina i pojawiło się kilka przypadków zarażenia kiłą, należała do najlepszych szkół w stanie Georgia. Ale dochodzenie instytucji zdrowia publicznego w sprawie wybuchu epidemii kiły pokazało, jak naprawdę wyglądało funkcjonowanie tych uprzywilejowanych nastolatków: było pełne seksu grupowego, alkoholu i narkotyków.

Przerażeni eksperci szukali wyjaśnienia tego stanu rzeczy. Producentka programu Frontline sieci PBS powiedziała, że razem z kolegami postrzegają epidemię kiły w hrabstwie Rockdale jako wyraz dużo głębszego problemu dotykającego nastolatków. Wszędzie, gdzie pojechali, spotykali dzieci, które były samotne, snuły się bez celu, miały poczucie pustki i szukały czegoś, co by tę wewnętrzną pustkę wypełniło.

Czyż to nie brzmi boleśnie znajomo? Te nastolatki odczuwały pustkę i jałowość życia, ale nikt tego nie widział, dopóki nie zaczęły się źle zachowywać. Brak znaczących relacji w życiu młodzieży z Rockdale był - jak na ironię - odzwierciedleniem ekonomicznego sukcesu ich rodziców. Te dzieci, na ogół, miały rodziców, którzy odnosili sukcesy, byli zajęci i ciężko pracowali. Chociaż rodzice byli w stanie zaspokoić materialne potrzeby swoich dzieci, to jednak pozostawało im niewiele czasu, energii, a niekiedy chęci, żeby zaspokoić ich potrzeby emocjonalne i egzystencjalne.

Najnowsze badania na ponad trzydziestu siedmiu tysiącach dzieci w wieku od jedenastu do trzynastu lat wykazały, że poczucie stagnacji i pustki jest ściśle powiązane z jakością relacji rodzice - dziecko. Nastolatkom zadano pięć pytań: Czy w twojej rodzinie są osoby, którym na tobie zależy? Czy ktoś z twojej rodziny pomoże ci, kiedy będziesz mieć jakiś problem? Czy dorośli w twoim życiu cię słuchają i biorą pod uwagę twoje opinie? Czy twoi rodzice konsultują się z tobą, podejmując decyzje dotyczące twojego życia albo te, które mają na ciebie wpływ? Czy czujesz się w domu bezpiecznie?

Nastolatki, które odpowiadały "nie" na większość spośród tych pięciu pytań, miały silniejsze poczucie stagnacji i pustki. (Pamiętam, jak nieprzyjemnie jest, kiedy nie masz po co wracać do domu. Kiedy byłem w ich wieku, też musiałbym odpowiedzieć "nie" na wszystkie pięć pytań).

Z drugiej strony, pozytywne relacje z rodzicami mogą służyć jako ochrona przed problemami ze zdrowiem psychicznym, sprzyjają większej empatii, panowaniu nad sobą, poprawiają umiejętność rozwiązywania problemów i stawiania jaśniej sprecyzowanych celów oraz wpływają na przejawianie wyższych aspiracji w przyszłości.

Wielu rodziców walczy o przełamanie niewidzialnej bariery pomiędzy ich światem a światem ich dziecka - co, przyznaję, nie jest łatwym zadaniem - jednak czasami są zbyt głęboko pogrążeni we własnym cierpieniu, by w pełni nawiązać kontakt ze swoimi dziećmi.

Kiedy młodzi idą na studia

Kiedy Taral miał jakieś dziewiętnaście lat i był na studiach licencjackich, przeszedł przez coś, co nazywam "etapem YouTube'a". Niekoniecznie umiał to nazwać, ale po prostu wiedział, że nie chce wstawać z łóżka. Przyznał, że tamte dni "wyluzowania" tak naprawdę nigdy nie sprawiły, że poczuł się lepiej. Głównie czuł się winny z powodu marnowania czasu i tego, że "tak naprawdę nie robi niczego produktywnego".

Taral zwrócił uwagę, że nie popadł wtedy w depresję. Pamiętał swoje okresy depresji i lęków w liceum, kiedy zdiagnozowano u niego ten stan, ale tym razem było inaczej. W tamtym czasie rodzice wywierali na niego dużą presję, pragnąc ułożyć mu "jego przyszłość". Kiedy w końcu poszedł na studia, myślał, że robi dobrze. Ale wciąż odczuwał tę presję, by poukładać sobie życie, i najwyraźniej nie potrafił zmusić się do dokonania wyboru. Nadal nie wiedział, co chce zrobić ze swoją przyszłością - w astrofizyce było zbyt dużo matematyki, a wydział informatyki był pełen dzieciaków, które już od szkoły podstawowej zajmowały się programowaniem. Najczęściej był zdezorientowany, nie widział, na czym powinien skupić swoją uwagę i energię. Czasami się zastanawiał, czy w ogóle istniała jakaś droga życiowa, która była dla niego. Dlatego odkładał podejmowanie jakichkolwiek decyzji i utknął w jakimś punkcie pomiędzy, niezdolny do tego, by się stamtąd ruszyć. Jednocześnie nic ani nikt nie był go w stanie popchnąć do przodu.

Taral czuł się sparaliżowany swoim brakiem decyzyjności i unikami. Na trzecim roku studiów zaczął mieszkać sam, chociaż rok wcześniej cieszył się z tego, że miał współlokatora. Ale to życie w pojedynkę wcale mu nie pomogło. Chłopak odkrył, że mógł przez dzień albo dwa, czasami dłużej, wytrzymać bez wychodzenia ze swojego pokoju w akademiku. Jeśli nie odzywał się przez kilka dni, niektórzy spośród jego znajomych wpadali na pomysł, żeby sprawdzić, co się z nim dzieje. Zwykle jednak, gdy Taral sam się do nikogo nie odezwał, mógł tak siedzieć bez kontaktu z ludźmi przez wiele dni. Zamawiał sobie jedzenie, brał udział w zajęciach online i spędzał cholernie dużo czasu, oglądając YouTube'a.

* * *

Rodzice, niezależnie od tego, czy ich dzieci opuszczają szkołę z poczuciem stagnacji i pustki czy rozkwitu, za swoje największe marzenie dotyczące dziecka w wieku studenckim uważają zdobycie przez nie dobrego wykształcenia i odnalezienie szczęścia. Zresztą badania naukowe pokazują, że im bardziej rodzice byli przekonani, że udało im się osiągnąć te cele, tym większy był ich własny psychologiczny dobrostan.

Ta nasza obsesja na punkcie szczęścia to coś, czemu warto się przyjrzeć. Dobre samopoczucie, jeśli jednocześnie nie funkcjonujesz dobrze, nie chroni przed poczuciem stagnacji i pustki. Rodzic nadmiernie skoncentrowany na wywoływaniu pozytywnych emocji u swoich dzieci, zamiast na ich ogólnym dobrostanie, może przegapić coś ważnego.

Co się dzieje, gdy aspiracje rodziców narażają na niebezpieczeństwo zdrowie psychiczne dziecka? Gdy rodzinne oczekiwania co do wysokiej średniej ocen na świadectwie szkolnym wywierają zbyt dużą presję na i tak już wrażliwe nastolatki? W ciągu ostatnich trzydziestu lat studenci zgłaszają czterdziestoprocentowy wzrost oczekiwań rodziców przy jednoczesnym wzroście poziomu ich krytycyzmu. Skoczyły też w górę wskaźniki perfekcjonizmu. Studenci, którzy dążą do osiągnięcia niedorzecznie wysokich standardów, mogą zacząć postrzegać życie jako pasmo przedsięwzięć typu sukces-porażka, podkopujących ich poczucie własnej wartości oraz zawężających indywidualne cele i zainteresowania. Perfekcjonizm ma związek z zaburzeniami odżywiania, lękiem, samookaleczaniem i depresją, a kiedy już raz się zakorzeni, może towarzyszyć człowiekowi przez całe życie.

Współcześni studenci chwieją się pod naciskiem morderczej presji wewnętrznej i zewnętrznej. Pomiędzy 2013 a 2021 rokiem wskaźnik depresji w kampusach studenckich wzrósł o 135 procent, a wskaźnik lęku o 110 procent. Rzeczywiście, ogólna liczba studentów, którzy spełniają kryteria jednego albo wielu problemów ze zdrowiem psychicznym, się podwoiła. Zaledwie 38 procent spośród nich spełniło kryteria pozytywnego stanu zdrowia psychicznego. Nie trzeba być studentem matematyki, żeby zrozumieć, co to oznacza - 62 procent studentów wyższych uczelni nie rozkwita.

Kiedy zapytaliśmy studentów, jak często mają poczucie, że brakuje im towarzystwa, 64 procent odpowiedziało, że "czasami" albo "często", a 68 procent "czasami" albo "często" czuje osamotnienie. Możesz mieć każdego rodzaju więzi społeczne, nawet przyjaźnie, i nadal odczuwać głęboką samotność. W dalszej części książki przyjrzę się bliżej temu, co sprawia, że więź staje się bliska i znacząca.

Chciałem głębiej przeanalizować, co wynika z tych danych, żeby podjąć próbę zrozumienia, jak studenci myślą o zdrowiu psychicznym. W moich badaniach naukowych przeprowadzonych na reprezentatywnej próbie studentów w Stanach Zjednoczonych odkryłem, że uznali pięć aspektów dobrostanu społecznego - wkład w życie społeczne, integralność, nadawanie światu sensu, akceptowanie innych ludzi i rozwój społeczny - za najmniej ważne. Natomiast za najważniejszy uznali dobrostan emocjonalny: poczucie szczęścia, zadowolenia i zainteresowania życiem. Właśnie tego pragnęli najbardziej.

Dobrostan psychiczny - posiadanie celu życiowego, budowanie serdecznych, opartych na zaufaniu relacji, akceptacja siebie - został uznany za ważniejszy niż dobrostan społeczny, ale nadal mniej ważny niż dobre samopoczucie. Innymi słowy, gdyby to była ceremonia wręczenia medali olimpijskich, dobre samopoczucie zdecydowanie zdobyłoby złoty medal; dobre funkcjonowanie pod względem psychologicznym ("ja") musiałoby się zadowolić srebrnym, a dobre funkcjonowanie pod względem społecznym ("my") musiałoby przystać na brązowy.

Nie jestem zaskoczony, że moi studenci uznali dobrostan emocjonalny za ważniejszy niż wszystko inne. Przez kilka ostatnich dziesięcioleci stał się on głównym - jeśli nie wyłącznym - tematem, na którym skupiała się większość dostępnych prac naukowych w dziedzinie psychologii pozytywnej. Ale ta obsesja przygotowuje grunt pod poczucie stagnacji i pustki, a dzieci mają teraz tyle innych spraw, którymi się martwią.

Na samym szczycie emocjonalnych, społecznych i psychologicznych zmartwień studentów znajduje się całe mnóstwo stresorów społecznych i ekonomicznych, które ich przytłaczają: najpierw wymagania, żeby dostali się na "dobre studia", a od razu potem cztery lata[5] bezlitosnej rywalizacji i lęku związanego z presją osiągnięć, co odbija się na nich bardzo niekorzystnie. Lęk pojawia się już w momencie, kiedy nastolatki muszą się skupić na tym, żeby dostać się na studia. Wskaźniki depresji i nadużywania substancji psychoaktywnych rosną około dwudziestego pierwszego roku życia, kiedy młodzież już na tyle długo funkcjonuje w systemie szkolnym, żeby pojawił się przewlekły niepokój o stopnie i możliwości na rynku pracy po ukończeniu studiów. Wielu studentów, których poznałem w trakcie mojej dwudziestopięcioletniej pracy jako wykładowca, opuściło uczelnię z tą samą liczbą pytań pozostawionych bez odpowiedzi i z podobnym stopniem niepewności co do swojej przyszłości jak wtedy, kiedy rozpoczynali studia.

Oczywiście większość rodziców wywiera nacisk na swoje dzieci, żeby osiągnęły sukces, kierując się autentyczną troską. To zrozumiałe, że są zaniepokojeni współczesnym ekstremalnie konkurencyjnym rynkiem pracy i zdeterminowani, by mieć pewność, że ich dziecko nie spadnie z drabiny społecznej albo ekonomicznej. Obecnie uzyskanie dyplomu ukończenia studiów jest postrzegane jako ekwiwalent bezpieczeństwa ekonomicznego na całe życie, które kiedyś zapewniało ukończenie publicznej szkoły średniej i zdanie matury. Coraz więcej dzieci poświęca dzieciństwo, by stworzyć życiorys, który zapewni im dostanie się do "najlepszych" szkół. Edukacja wyższa uszczupla również oszczędności wielu rodzin, jednocześnie wywołując stres i lęk wśród wszystkich członków gospodarstwa domowego.

Zgodzimy się wszyscy, że bycie dzieckiem i spędzanie beztroskich popołudni na pływaniu, łowieniu ryb, jeździe na rowerze i na zwykłej zabawie przynosi więcej szczęścia większej liczbie młodzieży niż uczestnictwo w kolejnej dodatkowej lekcji matematyki online albo w zajęciach przygotowujących do matury. Ale czy jeszcze mamy jakiś wybór, skoro zabawa na świeżym powietrzu niezbyt się liczy w rekrutacji na uniwersytety?

A jednak studia na prestiżowym uniwersytecie mają mniejsze znaczenie dla długoterminowej stabilności finansowej, niż uważa wielu zatroskanych rodziców. Przedsiębiorcy już otwarcie mówią, że mniej skupiają się na wysokich stopniach naukowych, a bardziej - na umiejętnościach miękkich, takich jak umiejętność poprawnego pisania, dobrej komunikacji i rozwiązywania problemów. Niektóre największe firmy, takie jak Google, wręcz rezygnują z wymagania posiadania stopni naukowych. Bardziej wartościowe byłoby więc, gdyby uczniowie szkół średnich mieli ambicję, żeby poświęcić swój czas i energię na wybranie uczelni ze środowiskiem sprzyjającym rozkwitaniu, miejsca, które dbałoby w równym stopniu o wydajność i rozwój umysłu swoich uczniów, co o ich zdrowie psychiczne.

Jedno wydaje mi się jasne. Gdybyśmy na jakimś uniwersytecie zaczęli mierzyć sukces studentów, biorąc pod uwagę osiągnięcie stanu rozkwitu, a także średnią ocen, moglibyśmy rzeczywiście nazwać go edukacją "wyższą".

Jakie wskaźniki byłyby ważne na takim uniwersytecie "rozkwitu"? Studenci, przechodząc przez ten etap, nie tylko dostają dyplom i kończą studia, ale też czują się szczęśliwi i zaangażowani w swoje życie, mają poczucie kierunku i osobistego rozwoju, akceptują siebie i innych oraz chcą wnieść wkład nie tylko do funkcjonowania swojej społeczności, ale też do społeczeństwa jako całości. Czyż to nie byłby godny efekt kosztownej edukacji na studiach?

Dlaczego wśród publikowanych corocznie rankingów znajdują się proporcje liczby profesorów do liczby studentów, koszty nauki, wskaźniki darowizn absolwentów i wpływy uczelni na pierwszym roku, a nie na przykład proporcja liczby specjalistów zdrowia psychicznego do liczby studentów? Statystyki na temat zdiagnozowanych chorób psychicznych i prób samobójczych? A gdyby tak umieścić tam rubrykę z danymi na temat odsetka studentów porzucających studia z powodu problemów ze zdrowiem psychicznym? Czy takie informacje nie powinny być dostępne? A jeśli nie są, to czy zatroskani rodzice nie powinni się ich domagać?

Rosnąca zamożność wielu uniwersytetów i uczelni wyższych nie przyczyniła się do poprawy zdrowia psychicznego i szczęścia uczęszczających tam studentów. Prestiżowe uczelnie kładą nacisk na rekrutację - "podkupywanie" - najbardziej utalentowanych pracowników naukowych na świecie. Ale ci prestiżowi wykładowcy spędzają ze studentami coraz mniej czasu, zarówno w sali wykładowej, jak i poza nią.

Jeśli nadal będziemy wychodzić z założenia, że ukończenie czteroletniego college'u będzie niezbędnym wymogiem zdobycia dobrej pracy, uniwersytety nie będą miały problemów z zapełnieniem swoich miejsc. Czy możemy przynajmniej zgodzić się, że więcej studentów powinno osiągać stan rozkwitu w wyniku ukończenia college'u w porównaniu z momentem, kiedy rozpoczęli tam naukę? To właśnie tacy absolwenci studiów przyczynią się do rozwoju społeczeństwa, o którym wszyscy powinniśmy marzyć.

Podliczanie kosztów poczucia stagnacji i pustki

Poczucie stagnacji i pustki pod wieloma względami upośledza zdolność studentów do funkcjonowania. W badaniu przeprowadzonym wśród studentów medycyny odkryto, że poczucie stagnacji i pustki zwiększyło u nich prawdopodobieństwo występowania myśli samobójczych, porzucenia studiów oraz zaangażowania się w nieetyczne zachowania, kiedy już zostaną dopuszczeni do udziału w obchodach lekarskich na czwartym i piątym roku studiów, w tym:

 

- pozwalanie innemu studentowi na ściąganie w trakcie egzaminu bez dostępu do podręczników;

- przypisywanie sobie efektów pracy innego studenta;

- zgłaszanie testu laboratoryjnego albo zdjęcia rentgenowskiego jako oczekującego na realizację, podczas gdy w ogóle nie zostały one zlecone;

- zgłaszanie wyników badań jako będących w normie, w sytuacji kiedy student zapomniał zapytać o potrzebę ich przeprowadzenia w trakcie badania pacjenta;

- mówienie, że student zlecił badanie, podczas gdy go nie zlecił;

- nieprzepraszanie albo niebranie odpowiedzialności za swoje błędy.

 

W środowisku medycznym poczucie stagnacji i pustki oraz nieetyczne zachowania mogą iść ze sobą w parze, ponieważ jedno i drugie to objawy głębszych problemów, jak przepracowanie, rywalizacja i stawianie na pierwszym miejscu zysku. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że poczucie stagnacji i pustki powoduje, że studenci medycyny popełniają błędy, a potem nie chcą się do nich przyznać albo za nie przeprosić. Gdy tracimy poczucie celu i przynależności, nie wierzymy, że mamy wkład w życie społeczności, sama myśl o tym, żeby przyznać się do błędu, może być przytłaczająca. Owo przyznanie się mogłoby jeszcze bardziej nadszarpnąć czyjeś poczucie przynależności albo wkładu w rozwój szpitala i zespołu lekarskiego. Poprawne zlecenie testu laboratoryjnego, którego wynik pomoże rozwiązać problem pacjenta, student medycyny cierpiący na poczucie stagnacji i pustki traktuje zapewne jak swój prywatny sukces.

Ci studenci ciężko pracowali, żeby dojść do tego miejsca, a mimo to poczucie stagnacji i pustki sprawia, że myślą o porzuceniu studiów i odebraniu sobie szansy na karierę zawodową. A skoro studenci medycyny byli gotowi zaangażować się w tak ryzykowne zawodowo zachowania, to czy możesz sobie wyobrazić, jakie skutki może mieć poczucie stagnacji i pustki w przypadku niezliczonych zastępów innych osób, które dopiero rozpoczynają swoją karierę zawodową?

Młodzi wyruszają w świat

A więc przebrnąłeś przez obowiązkowy system kształcenia i zaliczyłeś start w "prawdziwym świecie". Młodzi dorośli w wieku dwudziestu paru lat, po trzydziestce i po czterdziestce znowu mierzą się z nieznanym terytorium, w tym z budowaniem kariery zawodowej, małżeństwem i może z najbardziej niezbadanym terenem - nauczeniem się, jak być rodzicem. To jeden spośród trzech etapów życia, kiedy poczucie stagnacji i pustki osiąga apogeum.

Powtarzając słynne słowa Tołstoja: "każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój własny sposób", nasze indywidualne stresory, traumy, społeczności i osobowości wykręcają nas i wyginają na różne sposoby. W kolejnym rozdziale przeanalizujemy wpływ rasizmu i dyskryminacji na poczucie stagnacji i pustki. Oczywiście w tych naszych doświadczeniach są również cechy wspólne. Codzienne czynniki stresogenne wydają się nieustannie gromadzić i nigdy nie słabnąć.

Podczas pandemii, w trakcie tych miesięcy odizolowania, szczególnie matki doświadczyły ogromnego nasilenia poczucia stagnacji i pustki, bo musiały "matkować" jeszcze bardziej, a dostały tylko niewielkie wsparcie albo żadnego.

Depresja poporodowa[6] jest obecnie uważana za poważny problem i monitorowana u wielu kobiet po porodzie. Na całym świecie szacunkowy odsetek przypadków PPD wynosi 17 procent. Ale może powinniśmy również zwracać uwagę na mniej widoczne, ale groźne skutki poporodowego poczucia stagnacji i pustki?[7]. W badaniu naukowym nad matkami w Hiszpanii odkryto nie tylko, że 40 procent uczestniczek cierpiało na poczucie stagnacji i pustki, ale też że były one częściej narażone na poczucie mniejszej "matczynej pewności siebie" niż matki cierpiące na depresję poporodową. Miały wątpliwości, czy potrafią opiekować się swoim dzieckiem tak, jak ono tego potrzebuje. Niskie poczucie "matczynej pewności siebie" wywołuje ogromny stres, ale może również upośledzać zdolność do nawiązania zdrowej więzi z nowo narodzonym dzieckiem, do odczuwania silnego instynktu macierzyńskiego oraz czerpania satysfakcji z roli opiekunki malucha. Badanie ujawniło kilka ważnych czynników chroniących przed poporodowym stanem poczucia stagnacji i pustki: wyższy poziom współczucia dla samej siebie, psychologiczna elastyczność, odporność i wsparcie społeczne (w tym ze strony partnera).

Kiedy myślimy o niewidzialnej pracy, natychmiast przychodzi nam na myśl opieka nad dzieckiem i zajmowanie się domem. W ciągu ostatnich dziesięciu lat na dorosłych zostaje nałożona coraz większa liczba niewidocznych, niepłatnych obowiązków, jak pisze Craig Lambert w książce Shadow Work [Niewidzialna praca]. Na przykład stres w szkole niekorzystnie odbija się i na rodzicach, i na uczniach. Wybieranie najlepszej szkoły dla dziecka przy ograniczonej ilości danych może wymagać niezliczonych godzin poszukiwań, analizy kosztów i korzyści, a także ogólnie zamartwiania się. Mamy również za zadanie poruszać się po coraz bardziej zawiłym systemie podatkowym, podejmować próby wyselekcjonowania aktualnych danych, którym możemy zaufać (wystawiając się na przytłaczający nadmiar informacji), instalować aktualizacje programów, jedną po drugiej, spieszyć się, żeby zmienić hasła po wyciekach danych, i zajmować się wieloma innymi kwestiami. Wymaga się od nas, żebyśmy robili coraz więcej, podczas gdy zasobów mamy coraz mniej, aż w końcu czujemy, że wyczerpały się do zera.

Nic dziwnego, że dorośli osaczeni przez tak wiele czynników stresogennych zgłaszają, że mają trudności z delektowaniem się doświadczeniami i ze znajdowaniem spełnienia w zamęcie codzienności. Wielu spośród nas podaje w wątpliwość wybory, których dokonali, gdy już zda sobie sprawę, jak wygląda rzeczywistość. Czy wybraliśmy właściwe miejsce do życia? Właściwą osobę na partnera/partnerkę w relacji? Właściwą karierę zawodową? Właściwych przyjaciół? Właściwą równowagę między pracą a życiem oraz między przyjaciółmi a rodziną? Czy zaniedbaliśmy ważne więzi emocjonalne na rzecz naszej pracy, naszych portfeli, naszych planów emerytalnych? Jest już za późno, żeby zaczynać wszystko od początku, podpowiada nam głos w głowie. Niektórzy spośród nas muszą stanąć oko w oko z faktem, że dokonali wszystkich "właściwych" wyborów - mają wszystko, czego zawsze pragnęli - a jednak wciąż czują się niespełnieni. Okazało się, że wyznaczniki sukcesu, na który tak ciężko pracowaliśmy, nie mają tutaj nic do rzeczy.

Kiedy tracimy poczucie sensu w życiu, czasami bywa trudno mentalnie przewinąć czas do momentu, kiedy wszystko miało znaczenie - do tej chwili w naszym życiu, w której czuliśmy ekscytację wywoływaną uczeniem się nowych rzeczy, doświadczaniem czegoś po raz pierwszy albo poszerzaniem naszego światopoglądu - co sprawia, że wpadamy w coraz większe tarapaty.

Kiedy praca nie działa

W ostatnich latach socjologowie obserwują dziwny trend rozwojowy związany z pracą zawodową - wszyscy, niezależnie od płacy czy liczby przepracowanych godzin, zgłaszają większy stres związany z pracą niż kiedykolwiek przedtem. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne, bo średnia liczba godzin przepracowanych tygodniowo aż tak bardzo się nie zmieniła. Obecnie w porównaniu z latami siedemdziesiątymi XX wieku ludzie nadal pracują średnio od trzydziestu pięciu do czterdziestu godzin tygodniowo.

Jednak średnie wartości mogą być mylące. Te dane liczbowe ukrywają fakt, że część ludzi poświęca na pracę o wiele więcej godzin tygodniowo, podczas gdy inni pracują znacznie mniej. Odsetek osób pracujących ponad pięćdziesiąt godzin tygodniowo wzrósł, podobnie jak odsetek osób pracujących trzydzieści godzin i krócej.

Osoby, które wykonują zawody wymagające wysokich kwalifikacji (lekarze, prawnicy, doradcy finansowi i inni profesjonaliści), mają więcej pracy i wyższe płace niż kiedyś, podczas gdy ludzie, którzy wykonują pracę niewymagającą wysokich kwalifikacji (dozorcy, kelnerzy, barmani, pracownicy instytucji sprawujących opiekę i inni), pracują nieco mniej, często dlatego, że nie mogą znaleźć wystarczającej ilości pracy albo wystarczającej ilości wysokopłatnej pracy, żeby związać koniec z końcem. Jednak różnica jest stosunkowo niewielka. W Stanach Zjednoczonych 10 procent najlepiej zarabiających osób pracuje średnio 46,6 godziny tygodniowo, a tymczasem 10 procent najgorzej zarabiających osób pracuje zaledwie o nieco ponad cztery godziny krócej, czyli 42,2 godziny tygodniowo. W skali międzynarodowej sytuacja wygląda już trochę inaczej. Badanie naukowe przeprowadzone w dwudziestu siedmiu krajach wykazało, że 10 procent najlepiej zarabiających pełnoetatowych pracowników tak naprawdę pracuje o godzinę krócej niż 10 procent osób zarabiających najmniej.

Niezależnie od dokładnej liczby przepracowanych godzin obie grupy pracowników są zestresowane. Jedni dlatego, że zbyt dużo pracują i przynoszą pracę do domu, siedząc nad nią także wieczorami i w weekendy. Natomiast drudzy dlatego, że nie mogą liczyć na stabilną, ciągłą pracę, znaleźć wystarczająco dużo pracy albo pracują na więcej niż jeden etat i często są przy tym jedynymi żywicielami rodziny, samotnie wychowującymi co najmniej jedno dziecko.

Moje badania naukowe wykazały, że w Stanach Zjednoczonych dorośli, którzy mają poczucie stagnacji i pustki, opuszczają rocznie o sześć dni pracy więcej - to zjawisko nazywa się absenteizmem - niż ogół społeczeństwa, co w sumie daje rocznie dwadzieścia trzy lata utraconej efektywności ekonomicznej. Ale jeśli chodzi o prezenteizm[8], kiedy ktoś wychodzi wcześniej do domu albo pracuje mniej efektywnie z powodu przyczyn psychicznych albo emocjonalnych, w Stanach Zjednoczonych poczucie stagnacji i pustki odpowiada za ponad pięćdziesiąt dwa lata utraconej pracy rocznie.

Ochrona przed stresem związanym z pracą

Wcześniej wspomniałem o tym, jak rozkwit buduje silną odporność na bardzo stresujące środowisko. Najbardziej niezbity dowód tego odkrycia pochodzi z badania podłużnego australijskich pracowników, które wykazało, że zdrowie psychiczne może być albo słabym punktem, albo źródłem odporności, w zależności od jego stanu. W badaniu przeanalizowano wpływ wysoce stresujących lub konfliktowych miejsc pracy na cierpienie psychiczne pracowników - uczucie zdenerwowania, poczucie beznadziei, niepokoju, nerwowość, brak poczucia własnej wartości, przygnębienie albo przekonanie, że "wszystko jest takie trudne". W jaki sposób środowisko pracy wpłynęło na ich poziom dobrego stanu zdrowia psychicznego?

Zapewne nie będziesz zaskoczona/zaskoczony tym, że pracownicy, którzy mieli poczucie stagnacji i pustki, wykazywali wyższy poziom stresu. Ale mnie interesowało inne odkrycie, które uznałem za naprawdę wyjątkowe. Naukowcy stwierdzili, że ci pracownicy, którzy mieli wysoki poziom dobrego stanu zdrowia psychicznego - byli w stanie rozkwitu - mieli z czasem najniższy poziom stresu niezależnie od stresu związanego z pracą.

Tak naprawdę wpływ na zdrowie psychiczne tych osób miał poziom wsparcia, które dostawali w pracy od swoich kolegów i koleżanek. Potrzebujemy współpracowników, z którymi się dogadujemy, którzy są dla nas, którzy rozumieją, że każdy może mieć zły dzień, i tworzą atmosferę jedności - ciepła, zaufania i otwartości.

Innymi słowy - praca w środowisku o wysokich wymaganiach i wysokim poziomie stresu, które na dodatek nie jest wspierające, podkopie twój dobrostan i zwiększy prawdopodobieństwo, że pojawi się poczucie stagnacji i pustki.

Czy stres stanowi przesłankę wystąpienia poczucia stagnacji i pustki?

Pamiętam, jak wiele lat temu włączyłem telewizor na sam początek The Oprah Winfrey Show, akurat w chwili gdy Oprah zadała pytanie, które kompletnie zbiło mnie z tropu: "Przez ile dni odczuwałaś wdzięczność za swój ładny dom, zdrowe dzieci, troskliwego męża, ale wciąż miałaś poczucie, jakby w tej całej układance brakowało jeszcze jakiegoś elementu? Masz poczucie, że gdzieś tu jest jakaś dziura i myślisz sobie: "Czy to wystarczy?". To dlatego, że twoje serce tęskni za czymś więcej. Jeśli znasz to uczucie, nie jesteś sama, ponieważ aż trudno uwierzyć, jak wiele kobiet zmaga się z tym w milczeniu".

Kobiety, które wystąpiły w tym programie, opisały wyzwania, jakie stawia przed nimi poczucie stagnacji i pustki w życiu. Opowiadały o poczuciu pustki, które przepełniało ich dni. Nawet te, które miały udane małżeństwa, zdrowe dzieci, dobre zawody i ładne domy w zamożnych dzielnicach, czuły się zagubione. Jedna z kobiet wyznała: "Oprah, jestem szczęśliwą mężatką i matką dwójki dzieci. Mam dar zdrowia i stabilizacji finansowej. Jednak szukam sposobów, by zaspokoić to niepokojące uczucie. Przypomina otchłań w samym środku mojej duszy".

Kolejna kobieta powiedziała, że zapytała samą siebie: "Po co tutaj jestem? Moja dusza wciąż mi powtarza: w życiu chodzi o coś więcej".

Jeszcze inna stwierdziła, że "szukała kierunku w życiu, poczucia celu, czegoś, co zdefiniowałoby, kim jest; Chcę czegoś więcej. Tylko nie wiem, jak mam do tego dotrzeć".

Potem jakaś kobieta opowiedziała, jak poczucie stagnacji i pustki wywołało w niej pragnienie czegoś jeszcze, uczucie, które znałem aż nazbyt dobrze. Ujawniła, że próbowała odnaleźć i wypełnić tę przepaść jedzeniem, pieniędzmi, miłością, seksem, dobytkiem, grupami wsparcia. "Wciąż miałam to poczucie, że gdzieś musi być coś jeszcze".

Ten odcinek programu, który przypadkiem obejrzałem wiele lat temu, wydaje się teraz wyjątkowo aktualny i ważny. Niedawno skontaktowałem się z moją znajomą, Andreą, która powiedziała mi, że ma poczucie stagnacji i pustki. Kiedy poprosiłem, żeby opowiedziała coś więcej na ten temat, Andrea - zajęta matka dwóch małych chłopców - znalazła czas, by napisać elokwentną odpowiedź, opisując w skrócie doświadczenie, które Oprah mogłaby przedstawić w tym samym programie:

 

Poczucie stagnacji i pustki przypomina latanie na pokładzie samolotu, który krąży nad lotniskiem, ale nie może wylądować. Nie jest to poczucie, że grozi mi jakieś bezpośrednie niebezpieczeństwo. Siedzę przypięta pasami na swoim miejscu i ogólnie czuję się dobrze, ale jednocześnie mam wrażenie, że czekam na jakieś rozwiązanie i że to trwa wieki. Dziwne, bo nawet nie jestem pewna, co to jest. Pojawiają się lęki, których nigdy wcześniej nie było. (Czy jakiś inny samolot rozbił się na pasie startowym? Czy skończy nam się paliwo?). Poczucie stagnacji i pustki stawia cię w samym środku teraźniejszości i sprawia, że stajesz się świadomy wszystkiego, co dzieje się wokół ciebie, ale to nie jest mindfulness. To nadmierna czujność[9].

W chwilach zatrzymania zaczynasz mieć poczucie, że tak naprawdę nie żyjesz tak jak kiedyś, i wrażenie, że zbyt wiele rzeczy wymyka ci się spod kontroli. (Kiedy ten samolot w końcu wyląduje, żebym mogła zająć się swoim życiem?). Jednak wszystkie te uciążliwe obowiązki codziennego życia piętrzą się przed tobą. (Wciąż jestem tak cholernie zajęta! I zmęczona!). Masz wrażenie, jakbyś codziennie gasiła sto małych pożarów i nigdy nie robiła rzeczy, które naprawdę mają znaczenie, tych dających poczucie spełnienia, rzeczy, które pamiętasz, że robiłaś przed pandemią. Świat w dużej mierze wrócił do normalności, ale ja jakimś sposobem utknęłam w tym pandemicznym stanie umysłu.

 

Zarówno moja przyjaciółka Andrea, jak i kobiety z programu Oprah zrozumiały, że wiele aspektów ich życia było obiektywnie do pozazdroszczenia, ale brakowało w nim elementów rozkwitu. Czy oczekiwały zbyt wiele od samych siebie i od swojego życia? Czy wszyscy zbyt wiele oczekujemy? Czy to naiwność myśleć, że prawdziwy rozkwit jest osiągalny w tym skomplikowanym, chaotycznym świecie? Słowo "rozkwit" może malować obraz błogiego spokoju i permanentnego szczęścia, ale tak naprawdę potrzebujesz tylko od siedmiu do czternastu oznak dobrostanu, by rozkwitnąć.

Mało tego, wiele elementów rozkwitu - np. cel życiowy, akceptacja siebie i innych, poczucie przynależności - to podstawowe ludzkie potrzeby godziwego życia. Nie. Nie uważam, żeby głównym problemem były wysokie oczekiwania. Solidny zbiór badań naukowych potwierdza argument, że rozkwit jest dostępny dla ludzi z różnych środowisk, którzy mają odmienne doświadczenia życiowe.

Poczucie stagnacji i pustki pod koniec życia

Rozkwit osiąga swój szczytowy poziom między sześćdziesiątym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia, kiedy wiele czynników stresogennych zanika, ale słabnie też poczucie życiowego celu i wkładu społecznego. Zarówno rodzicielstwo, jak i praca zawodowa zapewniają ochronę przed poczuciem, że życie jest bezsensowne. Jeśli żyjesz wystarczająco długo po siedemdziesiątym piątym roku życia, a coraz częściej się to zdarza, poczucie stagnacji i pustki znowu powraca.

Wyniki moich badań naukowych przeprowadzonych wśród osób z tej grupy wiekowej dowodzą, że wzrost występowania chorób zagrażających życiu, takich jak cukrzyca, nadciśnienie, udar, rak i choroba serca, nie były znaczącą przyczyną nasilenia poczucia stagnacji i pustki. Natomiast winę za to ponosi całkiem inny zestaw dolegliwości fizycznych, które stwarzają mniejsze ryzyko dla zdrowia, ale mogą wywoływać cierpienie, zażenowanie i ograniczać niezależność danej osoby: na przykład zaparcia, hemoroidy, ból pleców, kłopoty ze snem i kontuzje stóp.

Mam bliskiego członka rodziny, który ma teraz osiemdziesiąt osiem lat. Nie lata już samolotami i dlatego przestał przyjeżdżać ze stanu Minnesota, żeby odwiedzić mnie i moją żonę w Atlancie. Dlaczego? Ponieważ ma epizody nietrzymania moczu i ze zrozumiałych powodów obawia się, że mu się to przydarzy w trakcie dwugodzinnego lotu, co bardzo by go zawstydziło. W rezultacie nie odwiedzamy się nawzajem tak często jak kiedyś i wszyscy tęsknimy za tą formą kontaktu. Zmniejszenie liczby takich kontaktów jest tak duże, że według niektórych szacunkowych danych po siedemdziesiątym piątym roku życia możemy spędzać średnio zaledwie 10 procent całego naszego czasu na bezpośrednich kontaktach z innymi ludźmi, nie mówiąc już o spędzaniu czasu z kimś, kogo kochamy i na kim nam zależy.

I to jest prawdziwy powód do niepokoju. Ale istnieje jakiś promyk nadziei. Kiedy się starzejemy, dzieje się coś bardzo interesującego - człowiek zaczyna traktować relacje jako bliższe i bardziej satysfakcjonujące. Tak naprawdę w niektórych przypadkach ograniczenie liczby kontaktów społecznych to celowa próba poprawy jakości tych kontaktów.

Zakończenia są ważne. Kiedy mamy poczucie, że czasu jest w bród, mamy również skłonność, by traktować to jak pewnik, i nie zastanawiamy się głębiej nad tym, czy nasze życie i zachowanie są zgodne z naszymi priorytetami. Ale kiedy zbliżamy się do końca swojej historii, zaczynamy skupiać się na tym, co naprawdę ma dla nas znaczenie. Produktem ubocznym starzenia się jest zmiana prawie nieograniczonej ramy czasowej na bardziej skondensowaną, subiektywną. W miarę jak się starzejemy, jesteśmy skłonni oceniać innych, opierając się na tym, czy potrafią nam zapewnić bliski i satysfakcjonujący kontakt pod względem emocjonalnym. Nie tolerujemy już z radością głupców i postanawiamy spędzać coraz mniej czasu z ludźmi, których nie podziwiamy, na których nam nie zależy albo do których nic nie czujemy. Istnieją również dowody na to, że w miarę upływu czasu mamy większą umiejętność zapobiegania nieprzyjemnym kontaktom interpersonalnym. Pary uczą się rozmawiać o delikatnych tematach w sposób, który zapobiega wywoływaniu i okazywaniu negatywnych emocji.

W rozdziale ósmym odkryjemy, jak karmić takie relacje, które przyczyniają się do rozkwitu i charakteryzują się wzajemnym poczuciem równości i bliskości emocjonalnej oraz są niezależne od wieku i podziałów klasowych. Jak pokazują nam dobitnie dane dotyczące śmiertelności, osoby starsze, które nadal rozkwitają, które wciąż mają cel w życiu i silne poczucie, że wnoszą wkład w społeczeństwo, nie tylko żyją dłużej, ale także bardziej sensownie. Wzbogacają długość życia, jaka została im dana, o jakość.

Poczucie stagnacji i pustki: dawny grzech śmiertelny powraca

Jako chłopiec wychowany w wierze katolickiej spędziłem większą część młodości przy konfesjonałach. W soboty przyznawałem się i pokutowałem za wszystkie grzechy, które popełniłem w tygodniu. Szczęście, jak mnie uczono, spotka mnie dopiero po tym, jak oczyszczę się z wszelkiego zła, które w sobie nosiłem, i odmówię różaniec.

Nigdy nie wyznałem podczas spowiedzi, że odczuwałem pustkę, marazm, że czułem się zdołowany. Ale może trzeba było tak zrobić. W trakcie szczególnie "niegrzecznych" tygodni zacząłem odczuwać wewnętrzną pustkę, ponieważ nie uszanowałem ani siebie, ani Boga dobrymi uczynkami i dobrym zachowaniem. W dobre tygodnie czułem się zadowolony i przepełniała mnie duma, a w niedzielę promieniałem szczęściem, pracując u boku ojca Henry'ego jako ministrant.

Kiedyś poczucie stagnacji i pustki było ósmym grzechem śmiertelnym, chociaż oczywiście nie ma niczego grzesznego w tym bardzo realnym poczuciu cierpienia. Wszyscy znamy pychę, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew i lenistwo. Ale wiele wieków temu znużenie duchowe - historyczny odpowiednik poczucia zdołowania albo poczucia stagnacji i pustki - również było na tej liście.

Pojęcie znużenia duchowego pochodzi od greckiego słowa ak?día oznaczającego obojętność w odniesieniu do życia albo do siebie. Wpływowy wczesnochrześcijański mnich Ewagriusz z Pontu (345-399) opisał to uczucie jako pełną niepokoju nudę, która go kusiła, żeby przestał angażować się w życie religijne. Wczesnosyryjscy pisarze utożsamiali znużenie duchowe z przygnębieniem ducha, a Jan Kasjan, chrześcijański mistyk żyjący w IV wieku, opisał znużenie duchowe jako zmęczenie serca. Niezależnie od tego, jak nazwiemy to uczucie - znużeniem duchowym czy poczuciem stagnacji i pustki - uniemożliwia ono osiągnięcie najlepszego samopoczucia i najlepszych wyników działania i żeby uczynić to podwójnie trudnym, sprawia, że nie masz siły, by zmienić swoją sytuację.

Znużenie duchowe zostało usunięte z listy grzechów śmiertelnych w VI wieku dzięki papieżowi Grzegorzowi Wielkiemu i zniknęło w pomroce dziejów z pola widzenia myśli Zachodu. (Najwyraźniej zostało przypisane do kategorii lenistwa). Niemniej na przestrzeni wieków znużenie duchowe nadal nękało ludzi z różnych warstw społecznych.

Poczucie stagnacji i pustki jest równie szkodliwe dla ciebie, jak było w zamierzchłej przeszłości dla innych ludzi, chociaż przestało już być postrzegane (na szczęście) jako grzeszne. Właściwie rozumiane poczucie stagnacji i pustki nie jest żadnym grzechem. Jak przekonamy się w kolejnym rozdziale, to indywidualny i globalny problem zdrowia publicznego.

 

[...]

Tytuł oryginału: Languishing. How to Feel Alive Again in a World That Wears Us Down.

 

Redakcja: Agnieszka Passendorfer

Konsultacja merytoryczna: Magdalena Bogdan

Korekta: Agata Nastula

Projekt okładki: Joanna Kosk-Florczak

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktorka prowadząca: Magdalena Kosińska

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? 2024 by Corey Keyes

First Published by Crown, an imprint of the Crown Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC, New York

Copyright ? for the Polish translation by Dorota Pomadowska, 2024

Copyright ? for Polish edition by Agora Książka i Muzyka Sp. z o.o, 2024

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2024

 

ISBN: 978-83-8380-107-0

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej