[ CZĘŚĆ I ]
Spektrum zdrowia psychicznego: od poczucia stagnacji i pustki do rozkwitu
[1]
NA CZYM POLEGA POCZUCIE STAGNACJI I PUSTKI
Paul był w siódmej klasie[4], kiedy zaczęły się kłopoty - a przynajmniej, kiedy częstotliwość telefonów od dyrektora do jego rodziców mocno wzrosła. Rok wcześniej wraz z kolegami i koleżankami z klasy rozpoczęli naukę w middle school, ale tylko przez kilka godzin co drugi tydzień zgodnie z nowymi restrykcjami związanymi z epidemią COVID-19 w tym regionie kraju. Z powodu szalejącej wokół pandemii ominęły ich ważne momenty w życiu - ukończenie podstawówki i beztroskie lato przed pójściem do middle school. Większość kolegów i koleżanek z klasy Paula nie poznała nawet głównego budynku nowej szkoły, zanim nadszedł wrzesień.
Szansa nawiązania przyjaźni z osobami z innych miejscowych szkół podstawowych przepadła w ciągu pierwszych kilku tygodni szóstej klasy. Niektórzy uczniowie uczestniczyli w zajęciach stacjonarnych, ale wszyscy nosili maseczki i wychodzili do domu przed przerwą obiadową. Kiedy mieli zajęcia na Zoomie, przez cały dzień ani jedno dziecko nie włączało kamery. W realu nigdy nie widzieli, jak ich nowi nauczyciele się uśmiechali. Nawiązywanie kontaktów z nowymi osobami i zaczynanie wszystkiego od nowa wydawało się z góry skazane na porażkę.
Kiedy zaczęła się siódma klasa, Paul i jego przyjaciele, których większość znał ze szkoły podstawowej, zaczęli sprawiać problemy. Z początku niewielkie - wydurnianie się na korytarzu, odzywanie się nie w porę w klasie, zwykłe wygłupy typowe dla siódmoklasistów, a przynajmniej tak wydawało się ich rodzicom. Ale potem sprawy zaczęły przybierać coraz gorszy obrót. Różne destrukcyjne trendy z TikToka nasilały się w szkołach w całym kraju - zrywano ze ścian dozowniki na ręczniki papierowe, wygłupy na korytarzu zmieniły się w bijatyki, a łazienki regularnie demolowano. Paula wciąż przyłapywano na drobnych aktach wandalizmu, przemocy o niskim stopniu szkodliwości postrzeganej jako coś zabawnego. Miał coraz gorsze oceny. Niby nie działo się nic takiego dramatycznego, typu regularne wagarowanie, ale podczas gdy wcześniej Paul miał piątki i czwórki, teraz jego karta ocen była upstrzona ocenami dostatecznymi.
W domu sprawy też nie wyglądały zbyt optymistycznie. Paul spędzał całe godziny w swoim pokoju, a jeśli już wyszedł, snuł się po domu w kapturze na głowie i nie chciał rozmawiać z rodzicami poza lakonicznym "cześć" albo "na razie". To milczenie ich niepokoiło. Przy kolacji ledwo patrzył im w oczy. Kiedy wracał do domu ze szkoły, pakował się z laptopem prosto do łóżka, mówiąc, że ma zadania do zrobienia, ale najwyraźniej zadań domowych też notorycznie nie odrabiał. Przez cały czas był tak niemrawy, jak mówiła jego mama, jakby nie miał energii, żeby poruszać kończynami. To było bardzo niepokojące. Ambitni rodzice Paula byli zrozpaczeni - to nie było dziecko, które znali!
Dzieci zwykle odczuwają na tym etapie swojego życia coś w rodzaju osamotnienia (typowe problemy nastolatków w tym wieku mają przeważnie podłoże hormonalne, wprawiają je w zakłopotanie, powodują cierpienie, wywołują stres i lęk), co spowodowało, że Paul zachowywał się tak jak nigdy przedtem. Pewnego dnia rodzice z przerażeniem odkryli, że kupił bardzo przekonującą atrapę broni i napisał post w mediach społecznościowych, że przyniesie ją do szkoły. Koledzy z klasy natychmiast powiedzieli o tym nauczycielom, więc przed dziewiątą rano zamknięto szkołę i wrócono do trybu pracy jak podczas lockdownu. Oczywiście to był tylko żart. Na miłość boską, przecież ta broń była atrapą i nawet jej ze sobą nie przyniosłem! - powiedział matce, która odchodziła od zmysłów. Ale ten żart sprawił, że jeszcze przed południem wydalono go ze szkoły.
Po co zachował się tak skandalicznie? - zastanawiali się zrozpaczeni rodzice Paula. Mimo że chował twarz w kapturze, wyraźnie było widać, że domagał się, by ktoś go zobaczył. Rodzice Paula zaczęli sobie zdawać sprawę, że pod maską arogancji ich syn tak naprawdę czuł się bezsilny, pozbawiony celu, bardziej wyobcowany niż wewnętrznie zintegrowany. Jakim sposobem w tym świecie online, który nieustannie pędzi, wprawia w dezorientację, ma obsesję na punkcie statusu społecznego, ten chłopak mógłby poczuć, że lubi większą część swojej osobowości, uwierzyć, że może mieć jakiś ważny wkład w społeczeństwo (poza szokującym postem na Snapchacie albo durnym wybrykiem na szkolnym korytarzu), albo nawiązać serdeczne i pełne zaufania relacje z innymi ludźmi? To elementy składowe osobistego rozkwitu, które nazbyt często pozostają całkowicie poza zasięgiem młodzieży dorastającej w dzisiejszych czasach.
Ma to zatem sens, że nastolatek z poczuciem stagnacji i pustki woli doświadczyć gniewu dyrektora szkoły, dezaprobaty rodziców i upokorzenia bycia wyrzuconym ze szkoły niż przytępiającego uczucia nieodczuwania niczego.
Kto jeszcze cierpi na poczucie stagnacji i pustki?
Poczucie stagnacji i pustki może pojawiać się szczególnie na trzech etapach życia, dotykając aż 50-60 procent spośród nas. Pierwszym etapem jest okres dojrzewania (w wieku od dwunastu do dziewiętnastu lat) - trudny okres transformacji. Drugim etapem jest wczesna dorosłość, między dwudziestym piątym a trzydziestym czwartym rokiem życia, kiedy ludzie rozpoczynają karierę zawodową i zakładają rodzinę. Wreszcie, po siedemdziesiątym piątym roku życia poczucie stagnacji i pustki znowu się do nas zakrada. Wiele starszych osób nie tylko opłakuje stratę bliskich osób, ale również utratę swojej wcześniejszej mobilności i niezależności. Nęka je także sporo dolegliwości i doznają wielu upokorzeń.
W tym rozdziale przyjrzymy się dokładnie, w jaki sposób poczucie stagnacji i pustki wpływa na nas na różnych etapach życia. Jakie czynniki ryzyka pojawiają się, a jakie znikają w miarę rozwoju naszego środowiska społecznego i fizycznego.
Czy małe dzieci mogą mieć poczucie stagnacji i pustki?
Trudno sobie wyobrazić dwulatka, który odczuwa wewnętrzną pustkę - być może odmawiając drzemki. Jakim sposobem na tak wczesnym etapie rozwoju małe dziecko mogłoby być na tyle dojrzałe pod względem emocjonalnym i poznawczym, by przejawiać oznaki jakiegoś poważniejszego problemu ze zdrowiem psychicznym? Jednak jeśli rozumiemy poczucie stagnacji i pustki jako brak emocjonalnego, psychologicznego albo społecznego dobrostanu, to smutna prawda jest taka, że nawet małe dzieci mogą wykazywać to, co naukowcy nazywają "brakiem rozkwitu".
W ostatnich latach, w miarę jak stan zdrowia psychicznego młodych dorosłych pogarsza się w zatrważającym tempie, klinicyści i naukowcy zaczęli badać dokładniej wczesne objawy przygnębienia u małych dzieci. Coraz większa część środowiska medycznego skłania się również ku stosowaniu holistycznych mierników zdrowia, takich jak osobisty rozkwit, który obejmuje nie tylko zdrowie fizyczne i poznawcze, ale także czynniki społeczne i środowiskowe mające wpływ na dobrostan.
W badaniu naukowym przeprowadzonym w 2022 roku przez amerykański urząd statystyczny, w którym brało udział ponad osiemnaście tysięcy dzieci, przebadano występowanie stanu osobistego rozkwitu - i jego czynników prognostycznych - u dzieci w wieku od roku do pięciu lat. Rodzicom zadano cztery pytania na temat zdrowia emocjonalnego i funkcjonowania ich dzieci. Po pierwsze, czy twoje dziecko szybko dochodzi do siebie, kiedy sprawy nie układają się po jego albo jej myśli? Po drugie, czy opisałabyś/opisałbyś swoje dziecko jako kochające i czułe w stosunku do ciebie? Po trzecie, czy twoje dziecko wykazuje zainteresowanie uczeniem się nowych rzeczy? Po czwarte, czy twoje dziecko uśmiecha się i śmieje? Uznawano, że dziecko jest w stanie rozkwitu, jeśli odpowiedzi na wszystkie cztery pytania brzmiały "zawsze" albo "zazwyczaj".
Dobra wiadomość jest taka, że 63 procent badanych dzieci spełniło te kryteria. Ale u prawie czterech spośród dziesięciorga dzieci stwierdzono brak osobistego rozkwitu: brakowało im odporności, odczuwały brak więzi z rodzicami i innymi osobami, nic ich nie ciekawiło, nie były w nic zaangażowane albo rzadko się śmiały i uśmiechały. Dzieci, u których zdiagnozowano chorobę fizyczną, niepełnosprawność rozwojową albo problem emocjonalny lub behawioralny, były bardziej narażone na brak osobistego rozkwitu. Naukowcy odkryli również, że brak rozkwitu częściej występował wśród dzieci, które pochodzą z rodzin wykluczonych społecznie - zwłaszcza wśród dzieci doświadczających niedożywienia albo niedoboru snu, których rodzice zgłosili brak wsparcia społecznego.
Małe dzieci, w większym stopniu niż pozostałe grupy wiekowe, mają naturalny potencjał do rozkwitania. Ale rodziny potrzebują społeczeństwa, które je wspiera, jeśli my jako społeczeństwo oczekujemy od nich, że będą karmić ten naturalny potencjał. Gdy rodzice są zmuszeni pracować na wielu etatach za minimalne wynagrodzenie w nienormowanym czasie pracy; jeśli nie mają dostępu do urlopów rodzicielskich, co ogranicza czas na tworzenie więzi w pierwszych miesiącach życia dziecka (a później możliwości współdziałania z opiekunami i nauczycielami zajmującymi się ich dziećmi); gdy dalsza rodzina, przyjaciele i inne osoby należące do lokalnej społeczności są wyczerpani i nie dysponują odpowiednimi środkami, co ogranicza ich zdolność do pomagania rodzicom, którzy rozpaczliwie tej pomocy potrzebują; i kiedy w najbliższej okolicy nie ma placów zabaw, bibliotek i innych przestrzeni wspólnych dla rodzin, żeby spędzały czas razem i tworzyły silne sieci wzajemnego wsparcia, to zawodzimy nie tylko całe nasze społeczności, ale również nasze najmłodsze dzieci.
Nastoletnie pustkowia
Stoimy u progu nowego tysiąclecia. Szczytowym osiągnięciem ubiegłego wieku było podniesienie średniej długości życia średnio o trzydzieści lat. W ciągu ostatnich stu lat dodaliśmy do naszej średniej długości życia więcej lat niż we wszystkich poprzednich wiekach razem wziętych. Naprawdę należą się wyrazy uznania.
Ale odziedziczyliśmy także świat nękany przez niepewność. A presja, by temu wszystkiemu nadać jakiś sens i żyć w nim uczciwie, stanowi ogromne obciążenie dla naszych nastolatków, podkopując ich poczucie własnego "ja" tak istotne dla zdrowego funkcjonowania. Odkryłem, że w Stanach Zjednoczonych brak stanu rozkwitu stale rośnie - od 37 procent wśród pięciolatków do 51 procent wśród nastolatków w wieku od dwunastu do czternastu lat, a następnie do 60 procent wśród nastolatków w wieku licealnym.
Osaczają ich trudne pytania, na które nie są w stanie odpowiedzieć:
"Jakim źródłom informacji na temat aktualnych wydarzeń mogę zaufać?"
"W jaki sposób mogę wyrazić swoje opinie, nie obrażając innych osób ani nie zrażając ich do siebie?"
"Dlaczego czuję się inaczej niż moi rówieśnicy?"
"A jeśli bycie autentycznym oznacza utratę przyjaciół albo statusu społecznego?"
"Czy jestem dobrym przyjacielem/dobrą przyjaciółką?"
"Jaką mam orientację seksualną? Czy jestem hetero, bi, czy mam jeszcze inną orientację seksualną?"
"Dlaczego czuję odpowiedzialność za depresję moich rodziców?"
"Czy muszę iść na studia, żeby mieć udaną karierę?"
"Jak mogę uratować Ziemię przed ociepleniem klimatu, skoro wydaje się, że pojedynczy człowiek nie ma na nic wpływu?"
Nasze najmłodsze nastolatki - od dwunastego do czternastego roku życia - wysyłają subtelne sygnały ostrzeżenia do wszystkich w otoczeniu, których może to obchodzić, że coś jest nie tak. Jednym z tych sygnałów jest zamierzone samookaleczenie. Najnowsze badania nad węgierską młodzieżą w wieku od dwunastu do dwudziestu lat dowodzą, że kiedy stopień nasilenia poczucia stagnacji i pustki wzrastał, zwiększała się również częstotliwość wyrywania sobie włosów, cięcia się, szczypania się, gryzienia się, przypalania się i zachowań samobójczych.
Kolejnym sygnałem ostrzegawczym jest wczesne występowanie problematycznych zachowań, takich jak używanie substancji psychoaktywnych i przestępczość nieletnich. Ten ostatni problem zazwyczaj pojawia się i nasila u starszych nastolatków w szkole średniej. Ale dzieci w wieku od dwunastu do czternastu lat, które mają poczucie stagnacji i pustki, już na tym etapie popełniają więcej przestępstw, czego dorośli nie zawsze są świadomi. Nie zawsze robiły coś, za co mogły zostać aresztowane, ale zaczynały wagarować, pić alkohol, palić papierosy i marihuanę, a także eksperymentować ze środkami wziewnymi.
Brak wsparcia społecznego ze strony rówieśników sprawia, że dzieci są szczególnie narażone na poczucie stagnacji i pustki. W ciągu ostatniej dekady liczba nastolatków zgłaszających nasilone poczucie samotności niemalże się podwoiła. Mniejsza liczba uczniów liceum przyznaje, że ma przyjaciół, którzy zapraszają ich do swoich domów, tęsknią za nimi, kiedy nie ma ich w szkole, mówią im otwarcie, że są przyjaciółmi, zwierzają im się ze swoich sekretów i wybraliby ich do swojej drużyny w szkole. I chociaż nastolatki usiłują się odnaleźć, radzą sobie z kwestiami dotyczącymi poczucia własnej wartości i mają coraz większą samoświadomość, to często są pozbawione energii emocjonalnej niezbędnej do karmienia i utrzymywania bliskich przyjaźni.
W 1999 roku amerykańska sieć PBS wyemitowała film dokumentalny dokładnie o takim niepokojącym trendzie w życiu nastolatków na przedmieściach Atlanty w stanie Georgia. Chociaż wydaje się, że to było całe wieki temu, to w ostatnich dziesięcioleciach siły, które wtedy działały, jeszcze bardziej się zintensyfikowały. Między 1996 rokiem, kiedy Atlanta przygotowywała się do bycia gospodarzem igrzysk olimpijskich, a wiosną 1999 roku w hrabstwie Rockdale doszło do serii niepokojących wydarzeń. Szesnastoletni chłopak został zamordowany w bójce na parkingu galerii handlowej. Nastolatek z bronią w ręce rozpętał strzelaninę w Heritage High School w Conyers w stanie Georgia - zranił sześciu rówieśników. U innych siedemnastolatków w wieku od czternastu do siedemnastu lat w hrabstwie Rockdale zdiagnozowano kiłę, a w sumie dwustu nastolatków zostało narażonych na tę bakterię przenoszoną drogą płciową.
Hrabstwo Rockdale jest małe, zamożne i zamieszkane głównie przez białe rodziny należące do klasy średniej i wyższej, żyjące na przedmieściach. Dzieci z tego hrabstwa prowadziły wygodne, uprzywilejowane życie. Heritage High School, w której miała miejsce strzelanina i pojawiło się kilka przypadków zarażenia kiłą, należała do najlepszych szkół w stanie Georgia. Ale dochodzenie instytucji zdrowia publicznego w sprawie wybuchu epidemii kiły pokazało, jak naprawdę wyglądało funkcjonowanie tych uprzywilejowanych nastolatków: było pełne seksu grupowego, alkoholu i narkotyków.
Przerażeni eksperci szukali wyjaśnienia tego stanu rzeczy. Producentka programu Frontline sieci PBS powiedziała, że razem z kolegami postrzegają epidemię kiły w hrabstwie Rockdale jako wyraz dużo głębszego problemu dotykającego nastolatków. Wszędzie, gdzie pojechali, spotykali dzieci, które były samotne, snuły się bez celu, miały poczucie pustki i szukały czegoś, co by tę wewnętrzną pustkę wypełniło.
Czyż to nie brzmi boleśnie znajomo? Te nastolatki odczuwały pustkę i jałowość życia, ale nikt tego nie widział, dopóki nie zaczęły się źle zachowywać. Brak znaczących relacji w życiu młodzieży z Rockdale był - jak na ironię - odzwierciedleniem ekonomicznego sukcesu ich rodziców. Te dzieci, na ogół, miały rodziców, którzy odnosili sukcesy, byli zajęci i ciężko pracowali. Chociaż rodzice byli w stanie zaspokoić materialne potrzeby swoich dzieci, to jednak pozostawało im niewiele czasu, energii, a niekiedy chęci, żeby zaspokoić ich potrzeby emocjonalne i egzystencjalne.
Najnowsze badania na ponad trzydziestu siedmiu tysiącach dzieci w wieku od jedenastu do trzynastu lat wykazały, że poczucie stagnacji i pustki jest ściśle powiązane z jakością relacji rodzice - dziecko. Nastolatkom zadano pięć pytań: Czy w twojej rodzinie są osoby, którym na tobie zależy? Czy ktoś z twojej rodziny pomoże ci, kiedy będziesz mieć jakiś problem? Czy dorośli w twoim życiu cię słuchają i biorą pod uwagę twoje opinie? Czy twoi rodzice konsultują się z tobą, podejmując decyzje dotyczące twojego życia albo te, które mają na ciebie wpływ? Czy czujesz się w domu bezpiecznie?
Nastolatki, które odpowiadały "nie" na większość spośród tych pięciu pytań, miały silniejsze poczucie stagnacji i pustki. (Pamiętam, jak nieprzyjemnie jest, kiedy nie masz po co wracać do domu. Kiedy byłem w ich wieku, też musiałbym odpowiedzieć "nie" na wszystkie pięć pytań).
Z drugiej strony, pozytywne relacje z rodzicami mogą służyć jako ochrona przed problemami ze zdrowiem psychicznym, sprzyjają większej empatii, panowaniu nad sobą, poprawiają umiejętność rozwiązywania problemów i stawiania jaśniej sprecyzowanych celów oraz wpływają na przejawianie wyższych aspiracji w przyszłości.
Wielu rodziców walczy o przełamanie niewidzialnej bariery pomiędzy ich światem a światem ich dziecka - co, przyznaję, nie jest łatwym zadaniem - jednak czasami są zbyt głęboko pogrążeni we własnym cierpieniu, by w pełni nawiązać kontakt ze swoimi dziećmi.
Kiedy młodzi idą na studia
Kiedy Taral miał jakieś dziewiętnaście lat i był na studiach licencjackich, przeszedł przez coś, co nazywam "etapem YouTube'a". Niekoniecznie umiał to nazwać, ale po prostu wiedział, że nie chce wstawać z łóżka. Przyznał, że tamte dni "wyluzowania" tak naprawdę nigdy nie sprawiły, że poczuł się lepiej. Głównie czuł się winny z powodu marnowania czasu i tego, że "tak naprawdę nie robi niczego produktywnego".
Taral zwrócił uwagę, że nie popadł wtedy w depresję. Pamiętał swoje okresy depresji i lęków w liceum, kiedy zdiagnozowano u niego ten stan, ale tym razem było inaczej. W tamtym czasie rodzice wywierali na niego dużą presję, pragnąc ułożyć mu "jego przyszłość". Kiedy w końcu poszedł na studia, myślał, że robi dobrze. Ale wciąż odczuwał tę presję, by poukładać sobie życie, i najwyraźniej nie potrafił zmusić się do dokonania wyboru. Nadal nie wiedział, co chce zrobić ze swoją przyszłością - w astrofizyce było zbyt dużo matematyki, a wydział informatyki był pełen dzieciaków, które już od szkoły podstawowej zajmowały się programowaniem. Najczęściej był zdezorientowany, nie widział, na czym powinien skupić swoją uwagę i energię. Czasami się zastanawiał, czy w ogóle istniała jakaś droga życiowa, która była dla niego. Dlatego odkładał podejmowanie jakichkolwiek decyzji i utknął w jakimś punkcie pomiędzy, niezdolny do tego, by się stamtąd ruszyć. Jednocześnie nic ani nikt nie był go w stanie popchnąć do przodu.
Taral czuł się sparaliżowany swoim brakiem decyzyjności i unikami. Na trzecim roku studiów zaczął mieszkać sam, chociaż rok wcześniej cieszył się z tego, że miał współlokatora. Ale to życie w pojedynkę wcale mu nie pomogło. Chłopak odkrył, że mógł przez dzień albo dwa, czasami dłużej, wytrzymać bez wychodzenia ze swojego pokoju w akademiku. Jeśli nie odzywał się przez kilka dni, niektórzy spośród jego znajomych wpadali na pomysł, żeby sprawdzić, co się z nim dzieje. Zwykle jednak, gdy Taral sam się do nikogo nie odezwał, mógł tak siedzieć bez kontaktu z ludźmi przez wiele dni. Zamawiał sobie jedzenie, brał udział w zajęciach online i spędzał cholernie dużo czasu, oglądając YouTube'a.
* * *
Rodzice, niezależnie od tego, czy ich dzieci opuszczają szkołę z poczuciem stagnacji i pustki czy rozkwitu, za swoje największe marzenie dotyczące dziecka w wieku studenckim uważają zdobycie przez nie dobrego wykształcenia i odnalezienie szczęścia. Zresztą badania naukowe pokazują, że im bardziej rodzice byli przekonani, że udało im się osiągnąć te cele, tym większy był ich własny psychologiczny dobrostan.
Ta nasza obsesja na punkcie szczęścia to coś, czemu warto się przyjrzeć. Dobre samopoczucie, jeśli jednocześnie nie funkcjonujesz dobrze, nie chroni przed poczuciem stagnacji i pustki. Rodzic nadmiernie skoncentrowany na wywoływaniu pozytywnych emocji u swoich dzieci, zamiast na ich ogólnym dobrostanie, może przegapić coś ważnego.
Co się dzieje, gdy aspiracje rodziców narażają na niebezpieczeństwo zdrowie psychiczne dziecka? Gdy rodzinne oczekiwania co do wysokiej średniej ocen na świadectwie szkolnym wywierają zbyt dużą presję na i tak już wrażliwe nastolatki? W ciągu ostatnich trzydziestu lat studenci zgłaszają czterdziestoprocentowy wzrost oczekiwań rodziców przy jednoczesnym wzroście poziomu ich krytycyzmu. Skoczyły też w górę wskaźniki perfekcjonizmu. Studenci, którzy dążą do osiągnięcia niedorzecznie wysokich standardów, mogą zacząć postrzegać życie jako pasmo przedsięwzięć typu sukces-porażka, podkopujących ich poczucie własnej wartości oraz zawężających indywidualne cele i zainteresowania. Perfekcjonizm ma związek z zaburzeniami odżywiania, lękiem, samookaleczaniem i depresją, a kiedy już raz się zakorzeni, może towarzyszyć człowiekowi przez całe życie.
Współcześni studenci chwieją się pod naciskiem morderczej presji wewnętrznej i zewnętrznej. Pomiędzy 2013 a 2021 rokiem wskaźnik depresji w kampusach studenckich wzrósł o 135 procent, a wskaźnik lęku o 110 procent. Rzeczywiście, ogólna liczba studentów, którzy spełniają kryteria jednego albo wielu problemów ze zdrowiem psychicznym, się podwoiła. Zaledwie 38 procent spośród nich spełniło kryteria pozytywnego stanu zdrowia psychicznego. Nie trzeba być studentem matematyki, żeby zrozumieć, co to oznacza - 62 procent studentów wyższych uczelni nie rozkwita.
Kiedy zapytaliśmy studentów, jak często mają poczucie, że brakuje im towarzystwa, 64 procent odpowiedziało, że "czasami" albo "często", a 68 procent "czasami" albo "często" czuje osamotnienie. Możesz mieć każdego rodzaju więzi społeczne, nawet przyjaźnie, i nadal odczuwać głęboką samotność. W dalszej części książki przyjrzę się bliżej temu, co sprawia, że więź staje się bliska i znacząca.
Chciałem głębiej przeanalizować, co wynika z tych danych, żeby podjąć próbę zrozumienia, jak studenci myślą o zdrowiu psychicznym. W moich badaniach naukowych przeprowadzonych na reprezentatywnej próbie studentów w Stanach Zjednoczonych odkryłem, że uznali pięć aspektów dobrostanu społecznego - wkład w życie społeczne, integralność, nadawanie światu sensu, akceptowanie innych ludzi i rozwój społeczny - za najmniej ważne. Natomiast za najważniejszy uznali dobrostan emocjonalny: poczucie szczęścia, zadowolenia i zainteresowania życiem. Właśnie tego pragnęli najbardziej.
Dobrostan psychiczny - posiadanie celu życiowego, budowanie serdecznych, opartych na zaufaniu relacji, akceptacja siebie - został uznany za ważniejszy niż dobrostan społeczny, ale nadal mniej ważny niż dobre samopoczucie. Innymi słowy, gdyby to była ceremonia wręczenia medali olimpijskich, dobre samopoczucie zdecydowanie zdobyłoby złoty medal; dobre funkcjonowanie pod względem psychologicznym ("ja") musiałoby się zadowolić srebrnym, a dobre funkcjonowanie pod względem społecznym ("my") musiałoby przystać na brązowy.
Nie jestem zaskoczony, że moi studenci uznali dobrostan emocjonalny za ważniejszy niż wszystko inne. Przez kilka ostatnich dziesięcioleci stał się on głównym - jeśli nie wyłącznym - tematem, na którym skupiała się większość dostępnych prac naukowych w dziedzinie psychologii pozytywnej. Ale ta obsesja przygotowuje grunt pod poczucie stagnacji i pustki, a dzieci mają teraz tyle innych spraw, którymi się martwią.
Na samym szczycie emocjonalnych, społecznych i psychologicznych zmartwień studentów znajduje się całe mnóstwo stresorów społecznych i ekonomicznych, które ich przytłaczają: najpierw wymagania, żeby dostali się na "dobre studia", a od razu potem cztery lata[5] bezlitosnej rywalizacji i lęku związanego z presją osiągnięć, co odbija się na nich bardzo niekorzystnie. Lęk pojawia się już w momencie, kiedy nastolatki muszą się skupić na tym, żeby dostać się na studia. Wskaźniki depresji i nadużywania substancji psychoaktywnych rosną około dwudziestego pierwszego roku życia, kiedy młodzież już na tyle długo funkcjonuje w systemie szkolnym, żeby pojawił się przewlekły niepokój o stopnie i możliwości na rynku pracy po ukończeniu studiów. Wielu studentów, których poznałem w trakcie mojej dwudziestopięcioletniej pracy jako wykładowca, opuściło uczelnię z tą samą liczbą pytań pozostawionych bez odpowiedzi i z podobnym stopniem niepewności co do swojej przyszłości jak wtedy, kiedy rozpoczynali studia.
Oczywiście większość rodziców wywiera nacisk na swoje dzieci, żeby osiągnęły sukces, kierując się autentyczną troską. To zrozumiałe, że są zaniepokojeni współczesnym ekstremalnie konkurencyjnym rynkiem pracy i zdeterminowani, by mieć pewność, że ich dziecko nie spadnie z drabiny społecznej albo ekonomicznej. Obecnie uzyskanie dyplomu ukończenia studiów jest postrzegane jako ekwiwalent bezpieczeństwa ekonomicznego na całe życie, które kiedyś zapewniało ukończenie publicznej szkoły średniej i zdanie matury. Coraz więcej dzieci poświęca dzieciństwo, by stworzyć życiorys, który zapewni im dostanie się do "najlepszych" szkół. Edukacja wyższa uszczupla również oszczędności wielu rodzin, jednocześnie wywołując stres i lęk wśród wszystkich członków gospodarstwa domowego.
Zgodzimy się wszyscy, że bycie dzieckiem i spędzanie beztroskich popołudni na pływaniu, łowieniu ryb, jeździe na rowerze i na zwykłej zabawie przynosi więcej szczęścia większej liczbie młodzieży niż uczestnictwo w kolejnej dodatkowej lekcji matematyki online albo w zajęciach przygotowujących do matury. Ale czy jeszcze mamy jakiś wybór, skoro zabawa na świeżym powietrzu niezbyt się liczy w rekrutacji na uniwersytety?
A jednak studia na prestiżowym uniwersytecie mają mniejsze znaczenie dla długoterminowej stabilności finansowej, niż uważa wielu zatroskanych rodziców. Przedsiębiorcy już otwarcie mówią, że mniej skupiają się na wysokich stopniach naukowych, a bardziej - na umiejętnościach miękkich, takich jak umiejętność poprawnego pisania, dobrej komunikacji i rozwiązywania problemów. Niektóre największe firmy, takie jak Google, wręcz rezygnują z wymagania posiadania stopni naukowych. Bardziej wartościowe byłoby więc, gdyby uczniowie szkół średnich mieli ambicję, żeby poświęcić swój czas i energię na wybranie uczelni ze środowiskiem sprzyjającym rozkwitaniu, miejsca, które dbałoby w równym stopniu o wydajność i rozwój umysłu swoich uczniów, co o ich zdrowie psychiczne.
Jedno wydaje mi się jasne. Gdybyśmy na jakimś uniwersytecie zaczęli mierzyć sukces studentów, biorąc pod uwagę osiągnięcie stanu rozkwitu, a także średnią ocen, moglibyśmy rzeczywiście nazwać go edukacją "wyższą".
Jakie wskaźniki byłyby ważne na takim uniwersytecie "rozkwitu"? Studenci, przechodząc przez ten etap, nie tylko dostają dyplom i kończą studia, ale też czują się szczęśliwi i zaangażowani w swoje życie, mają poczucie kierunku i osobistego rozwoju, akceptują siebie i innych oraz chcą wnieść wkład nie tylko do funkcjonowania swojej społeczności, ale też do społeczeństwa jako całości. Czyż to nie byłby godny efekt kosztownej edukacji na studiach?
Dlaczego wśród publikowanych corocznie rankingów znajdują się proporcje liczby profesorów do liczby studentów, koszty nauki, wskaźniki darowizn absolwentów i wpływy uczelni na pierwszym roku, a nie na przykład proporcja liczby specjalistów zdrowia psychicznego do liczby studentów? Statystyki na temat zdiagnozowanych chorób psychicznych i prób samobójczych? A gdyby tak umieścić tam rubrykę z danymi na temat odsetka studentów porzucających studia z powodu problemów ze zdrowiem psychicznym? Czy takie informacje nie powinny być dostępne? A jeśli nie są, to czy zatroskani rodzice nie powinni się ich domagać?
Rosnąca zamożność wielu uniwersytetów i uczelni wyższych nie przyczyniła się do poprawy zdrowia psychicznego i szczęścia uczęszczających tam studentów. Prestiżowe uczelnie kładą nacisk na rekrutację - "podkupywanie" - najbardziej utalentowanych pracowników naukowych na świecie. Ale ci prestiżowi wykładowcy spędzają ze studentami coraz mniej czasu, zarówno w sali wykładowej, jak i poza nią.
Jeśli nadal będziemy wychodzić z założenia, że ukończenie czteroletniego college'u będzie niezbędnym wymogiem zdobycia dobrej pracy, uniwersytety nie będą miały problemów z zapełnieniem swoich miejsc. Czy możemy przynajmniej zgodzić się, że więcej studentów powinno osiągać stan rozkwitu w wyniku ukończenia college'u w porównaniu z momentem, kiedy rozpoczęli tam naukę? To właśnie tacy absolwenci studiów przyczynią się do rozwoju społeczeństwa, o którym wszyscy powinniśmy marzyć.
Podliczanie kosztów poczucia stagnacji i pustki
Poczucie stagnacji i pustki pod wieloma względami upośledza zdolność studentów do funkcjonowania. W badaniu przeprowadzonym wśród studentów medycyny odkryto, że poczucie stagnacji i pustki zwiększyło u nich prawdopodobieństwo występowania myśli samobójczych, porzucenia studiów oraz zaangażowania się w nieetyczne zachowania, kiedy już zostaną dopuszczeni do udziału w obchodach lekarskich na czwartym i piątym roku studiów, w tym:
- pozwalanie innemu studentowi na ściąganie w trakcie egzaminu bez dostępu do podręczników;
- przypisywanie sobie efektów pracy innego studenta;
- zgłaszanie testu laboratoryjnego albo zdjęcia rentgenowskiego jako oczekującego na realizację, podczas gdy w ogóle nie zostały one zlecone;
- zgłaszanie wyników badań jako będących w normie, w sytuacji kiedy student zapomniał zapytać o potrzebę ich przeprowadzenia w trakcie badania pacjenta;
- mówienie, że student zlecił badanie, podczas gdy go nie zlecił;
- nieprzepraszanie albo niebranie odpowiedzialności za swoje błędy.
W środowisku medycznym poczucie stagnacji i pustki oraz nieetyczne zachowania mogą iść ze sobą w parze, ponieważ jedno i drugie to objawy głębszych problemów, jak przepracowanie, rywalizacja i stawianie na pierwszym miejscu zysku. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że poczucie stagnacji i pustki powoduje, że studenci medycyny popełniają błędy, a potem nie chcą się do nich przyznać albo za nie przeprosić. Gdy tracimy poczucie celu i przynależności, nie wierzymy, że mamy wkład w życie społeczności, sama myśl o tym, żeby przyznać się do błędu, może być przytłaczająca. Owo przyznanie się mogłoby jeszcze bardziej nadszarpnąć czyjeś poczucie przynależności albo wkładu w rozwój szpitala i zespołu lekarskiego. Poprawne zlecenie testu laboratoryjnego, którego wynik pomoże rozwiązać problem pacjenta, student medycyny cierpiący na poczucie stagnacji i pustki traktuje zapewne jak swój prywatny sukces.
Ci studenci ciężko pracowali, żeby dojść do tego miejsca, a mimo to poczucie stagnacji i pustki sprawia, że myślą o porzuceniu studiów i odebraniu sobie szansy na karierę zawodową. A skoro studenci medycyny byli gotowi zaangażować się w tak ryzykowne zawodowo zachowania, to czy możesz sobie wyobrazić, jakie skutki może mieć poczucie stagnacji i pustki w przypadku niezliczonych zastępów innych osób, które dopiero rozpoczynają swoją karierę zawodową?
Młodzi wyruszają w świat
A więc przebrnąłeś przez obowiązkowy system kształcenia i zaliczyłeś start w "prawdziwym świecie". Młodzi dorośli w wieku dwudziestu paru lat, po trzydziestce i po czterdziestce znowu mierzą się z nieznanym terytorium, w tym z budowaniem kariery zawodowej, małżeństwem i może z najbardziej niezbadanym terenem - nauczeniem się, jak być rodzicem. To jeden spośród trzech etapów życia, kiedy poczucie stagnacji i pustki osiąga apogeum.
Powtarzając słynne słowa Tołstoja: "każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój własny sposób", nasze indywidualne stresory, traumy, społeczności i osobowości wykręcają nas i wyginają na różne sposoby. W kolejnym rozdziale przeanalizujemy wpływ rasizmu i dyskryminacji na poczucie stagnacji i pustki. Oczywiście w tych naszych doświadczeniach są również cechy wspólne. Codzienne czynniki stresogenne wydają się nieustannie gromadzić i nigdy nie słabnąć.
Podczas pandemii, w trakcie tych miesięcy odizolowania, szczególnie matki doświadczyły ogromnego nasilenia poczucia stagnacji i pustki, bo musiały "matkować" jeszcze bardziej, a dostały tylko niewielkie wsparcie albo żadnego.
Depresja poporodowa[6] jest obecnie uważana za poważny problem i monitorowana u wielu kobiet po porodzie. Na całym świecie szacunkowy odsetek przypadków PPD wynosi 17 procent. Ale może powinniśmy również zwracać uwagę na mniej widoczne, ale groźne skutki poporodowego poczucia stagnacji i pustki?[7]. W badaniu naukowym nad matkami w Hiszpanii odkryto nie tylko, że 40 procent uczestniczek cierpiało na poczucie stagnacji i pustki, ale też że były one częściej narażone na poczucie mniejszej "matczynej pewności siebie" niż matki cierpiące na depresję poporodową. Miały wątpliwości, czy potrafią opiekować się swoim dzieckiem tak, jak ono tego potrzebuje. Niskie poczucie "matczynej pewności siebie" wywołuje ogromny stres, ale może również upośledzać zdolność do nawiązania zdrowej więzi z nowo narodzonym dzieckiem, do odczuwania silnego instynktu macierzyńskiego oraz czerpania satysfakcji z roli opiekunki malucha. Badanie ujawniło kilka ważnych czynników chroniących przed poporodowym stanem poczucia stagnacji i pustki: wyższy poziom współczucia dla samej siebie, psychologiczna elastyczność, odporność i wsparcie społeczne (w tym ze strony partnera).
Kiedy myślimy o niewidzialnej pracy, natychmiast przychodzi nam na myśl opieka nad dzieckiem i zajmowanie się domem. W ciągu ostatnich dziesięciu lat na dorosłych zostaje nałożona coraz większa liczba niewidocznych, niepłatnych obowiązków, jak pisze Craig Lambert w książce Shadow Work [Niewidzialna praca]. Na przykład stres w szkole niekorzystnie odbija się i na rodzicach, i na uczniach. Wybieranie najlepszej szkoły dla dziecka przy ograniczonej ilości danych może wymagać niezliczonych godzin poszukiwań, analizy kosztów i korzyści, a także ogólnie zamartwiania się. Mamy również za zadanie poruszać się po coraz bardziej zawiłym systemie podatkowym, podejmować próby wyselekcjonowania aktualnych danych, którym możemy zaufać (wystawiając się na przytłaczający nadmiar informacji), instalować aktualizacje programów, jedną po drugiej, spieszyć się, żeby zmienić hasła po wyciekach danych, i zajmować się wieloma innymi kwestiami. Wymaga się od nas, żebyśmy robili coraz więcej, podczas gdy zasobów mamy coraz mniej, aż w końcu czujemy, że wyczerpały się do zera.
Nic dziwnego, że dorośli osaczeni przez tak wiele czynników stresogennych zgłaszają, że mają trudności z delektowaniem się doświadczeniami i ze znajdowaniem spełnienia w zamęcie codzienności. Wielu spośród nas podaje w wątpliwość wybory, których dokonali, gdy już zda sobie sprawę, jak wygląda rzeczywistość. Czy wybraliśmy właściwe miejsce do życia? Właściwą osobę na partnera/partnerkę w relacji? Właściwą karierę zawodową? Właściwych przyjaciół? Właściwą równowagę między pracą a życiem oraz między przyjaciółmi a rodziną? Czy zaniedbaliśmy ważne więzi emocjonalne na rzecz naszej pracy, naszych portfeli, naszych planów emerytalnych? Jest już za późno, żeby zaczynać wszystko od początku, podpowiada nam głos w głowie. Niektórzy spośród nas muszą stanąć oko w oko z faktem, że dokonali wszystkich "właściwych" wyborów - mają wszystko, czego zawsze pragnęli - a jednak wciąż czują się niespełnieni. Okazało się, że wyznaczniki sukcesu, na który tak ciężko pracowaliśmy, nie mają tutaj nic do rzeczy.
Kiedy tracimy poczucie sensu w życiu, czasami bywa trudno mentalnie przewinąć czas do momentu, kiedy wszystko miało znaczenie - do tej chwili w naszym życiu, w której czuliśmy ekscytację wywoływaną uczeniem się nowych rzeczy, doświadczaniem czegoś po raz pierwszy albo poszerzaniem naszego światopoglądu - co sprawia, że wpadamy w coraz większe tarapaty.
Kiedy praca nie działa
W ostatnich latach socjologowie obserwują dziwny trend rozwojowy związany z pracą zawodową - wszyscy, niezależnie od płacy czy liczby przepracowanych godzin, zgłaszają większy stres związany z pracą niż kiedykolwiek przedtem. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne, bo średnia liczba godzin przepracowanych tygodniowo aż tak bardzo się nie zmieniła. Obecnie w porównaniu z latami siedemdziesiątymi XX wieku ludzie nadal pracują średnio od trzydziestu pięciu do czterdziestu godzin tygodniowo.
Jednak średnie wartości mogą być mylące. Te dane liczbowe ukrywają fakt, że część ludzi poświęca na pracę o wiele więcej godzin tygodniowo, podczas gdy inni pracują znacznie mniej. Odsetek osób pracujących ponad pięćdziesiąt godzin tygodniowo wzrósł, podobnie jak odsetek osób pracujących trzydzieści godzin i krócej.
Osoby, które wykonują zawody wymagające wysokich kwalifikacji (lekarze, prawnicy, doradcy finansowi i inni profesjonaliści), mają więcej pracy i wyższe płace niż kiedyś, podczas gdy ludzie, którzy wykonują pracę niewymagającą wysokich kwalifikacji (dozorcy, kelnerzy, barmani, pracownicy instytucji sprawujących opiekę i inni), pracują nieco mniej, często dlatego, że nie mogą znaleźć wystarczającej ilości pracy albo wystarczającej ilości wysokopłatnej pracy, żeby związać koniec z końcem. Jednak różnica jest stosunkowo niewielka. W Stanach Zjednoczonych 10 procent najlepiej zarabiających osób pracuje średnio 46,6 godziny tygodniowo, a tymczasem 10 procent najgorzej zarabiających osób pracuje zaledwie o nieco ponad cztery godziny krócej, czyli 42,2 godziny tygodniowo. W skali międzynarodowej sytuacja wygląda już trochę inaczej. Badanie naukowe przeprowadzone w dwudziestu siedmiu krajach wykazało, że 10 procent najlepiej zarabiających pełnoetatowych pracowników tak naprawdę pracuje o godzinę krócej niż 10 procent osób zarabiających najmniej.
Niezależnie od dokładnej liczby przepracowanych godzin obie grupy pracowników są zestresowane. Jedni dlatego, że zbyt dużo pracują i przynoszą pracę do domu, siedząc nad nią także wieczorami i w weekendy. Natomiast drudzy dlatego, że nie mogą liczyć na stabilną, ciągłą pracę, znaleźć wystarczająco dużo pracy albo pracują na więcej niż jeden etat i często są przy tym jedynymi żywicielami rodziny, samotnie wychowującymi co najmniej jedno dziecko.
Moje badania naukowe wykazały, że w Stanach Zjednoczonych dorośli, którzy mają poczucie stagnacji i pustki, opuszczają rocznie o sześć dni pracy więcej - to zjawisko nazywa się absenteizmem - niż ogół społeczeństwa, co w sumie daje rocznie dwadzieścia trzy lata utraconej efektywności ekonomicznej. Ale jeśli chodzi o prezenteizm[8], kiedy ktoś wychodzi wcześniej do domu albo pracuje mniej efektywnie z powodu przyczyn psychicznych albo emocjonalnych, w Stanach Zjednoczonych poczucie stagnacji i pustki odpowiada za ponad pięćdziesiąt dwa lata utraconej pracy rocznie.
Ochrona przed stresem związanym z pracą
Wcześniej wspomniałem o tym, jak rozkwit buduje silną odporność na bardzo stresujące środowisko. Najbardziej niezbity dowód tego odkrycia pochodzi z badania podłużnego australijskich pracowników, które wykazało, że zdrowie psychiczne może być albo słabym punktem, albo źródłem odporności, w zależności od jego stanu. W badaniu przeanalizowano wpływ wysoce stresujących lub konfliktowych miejsc pracy na cierpienie psychiczne pracowników - uczucie zdenerwowania, poczucie beznadziei, niepokoju, nerwowość, brak poczucia własnej wartości, przygnębienie albo przekonanie, że "wszystko jest takie trudne". W jaki sposób środowisko pracy wpłynęło na ich poziom dobrego stanu zdrowia psychicznego?
Zapewne nie będziesz zaskoczona/zaskoczony tym, że pracownicy, którzy mieli poczucie stagnacji i pustki, wykazywali wyższy poziom stresu. Ale mnie interesowało inne odkrycie, które uznałem za naprawdę wyjątkowe. Naukowcy stwierdzili, że ci pracownicy, którzy mieli wysoki poziom dobrego stanu zdrowia psychicznego - byli w stanie rozkwitu - mieli z czasem najniższy poziom stresu niezależnie od stresu związanego z pracą.
Tak naprawdę wpływ na zdrowie psychiczne tych osób miał poziom wsparcia, które dostawali w pracy od swoich kolegów i koleżanek. Potrzebujemy współpracowników, z którymi się dogadujemy, którzy są dla nas, którzy rozumieją, że każdy może mieć zły dzień, i tworzą atmosferę jedności - ciepła, zaufania i otwartości.
Innymi słowy - praca w środowisku o wysokich wymaganiach i wysokim poziomie stresu, które na dodatek nie jest wspierające, podkopie twój dobrostan i zwiększy prawdopodobieństwo, że pojawi się poczucie stagnacji i pustki.
Czy stres stanowi przesłankę wystąpienia poczucia stagnacji i pustki?
Pamiętam, jak wiele lat temu włączyłem telewizor na sam początek The Oprah Winfrey Show, akurat w chwili gdy Oprah zadała pytanie, które kompletnie zbiło mnie z tropu: "Przez ile dni odczuwałaś wdzięczność za swój ładny dom, zdrowe dzieci, troskliwego męża, ale wciąż miałaś poczucie, jakby w tej całej układance brakowało jeszcze jakiegoś elementu? Masz poczucie, że gdzieś tu jest jakaś dziura i myślisz sobie: "Czy to wystarczy?". To dlatego, że twoje serce tęskni za czymś więcej. Jeśli znasz to uczucie, nie jesteś sama, ponieważ aż trudno uwierzyć, jak wiele kobiet zmaga się z tym w milczeniu".
Kobiety, które wystąpiły w tym programie, opisały wyzwania, jakie stawia przed nimi poczucie stagnacji i pustki w życiu. Opowiadały o poczuciu pustki, które przepełniało ich dni. Nawet te, które miały udane małżeństwa, zdrowe dzieci, dobre zawody i ładne domy w zamożnych dzielnicach, czuły się zagubione. Jedna z kobiet wyznała: "Oprah, jestem szczęśliwą mężatką i matką dwójki dzieci. Mam dar zdrowia i stabilizacji finansowej. Jednak szukam sposobów, by zaspokoić to niepokojące uczucie. Przypomina otchłań w samym środku mojej duszy".
Kolejna kobieta powiedziała, że zapytała samą siebie: "Po co tutaj jestem? Moja dusza wciąż mi powtarza: w życiu chodzi o coś więcej".
Jeszcze inna stwierdziła, że "szukała kierunku w życiu, poczucia celu, czegoś, co zdefiniowałoby, kim jest; Chcę czegoś więcej. Tylko nie wiem, jak mam do tego dotrzeć".
Potem jakaś kobieta opowiedziała, jak poczucie stagnacji i pustki wywołało w niej pragnienie czegoś jeszcze, uczucie, które znałem aż nazbyt dobrze. Ujawniła, że próbowała odnaleźć i wypełnić tę przepaść jedzeniem, pieniędzmi, miłością, seksem, dobytkiem, grupami wsparcia. "Wciąż miałam to poczucie, że gdzieś musi być coś jeszcze".
Ten odcinek programu, który przypadkiem obejrzałem wiele lat temu, wydaje się teraz wyjątkowo aktualny i ważny. Niedawno skontaktowałem się z moją znajomą, Andreą, która powiedziała mi, że ma poczucie stagnacji i pustki. Kiedy poprosiłem, żeby opowiedziała coś więcej na ten temat, Andrea - zajęta matka dwóch małych chłopców - znalazła czas, by napisać elokwentną odpowiedź, opisując w skrócie doświadczenie, które Oprah mogłaby przedstawić w tym samym programie:
Poczucie stagnacji i pustki przypomina latanie na pokładzie samolotu, który krąży nad lotniskiem, ale nie może wylądować. Nie jest to poczucie, że grozi mi jakieś bezpośrednie niebezpieczeństwo. Siedzę przypięta pasami na swoim miejscu i ogólnie czuję się dobrze, ale jednocześnie mam wrażenie, że czekam na jakieś rozwiązanie i że to trwa wieki. Dziwne, bo nawet nie jestem pewna, co to jest. Pojawiają się lęki, których nigdy wcześniej nie było. (Czy jakiś inny samolot rozbił się na pasie startowym? Czy skończy nam się paliwo?). Poczucie stagnacji i pustki stawia cię w samym środku teraźniejszości i sprawia, że stajesz się świadomy wszystkiego, co dzieje się wokół ciebie, ale to nie jest mindfulness. To nadmierna czujność[9].
W chwilach zatrzymania zaczynasz mieć poczucie, że tak naprawdę nie żyjesz tak jak kiedyś, i wrażenie, że zbyt wiele rzeczy wymyka ci się spod kontroli. (Kiedy ten samolot w końcu wyląduje, żebym mogła zająć się swoim życiem?). Jednak wszystkie te uciążliwe obowiązki codziennego życia piętrzą się przed tobą. (Wciąż jestem tak cholernie zajęta! I zmęczona!). Masz wrażenie, jakbyś codziennie gasiła sto małych pożarów i nigdy nie robiła rzeczy, które naprawdę mają znaczenie, tych dających poczucie spełnienia, rzeczy, które pamiętasz, że robiłaś przed pandemią. Świat w dużej mierze wrócił do normalności, ale ja jakimś sposobem utknęłam w tym pandemicznym stanie umysłu.
Zarówno moja przyjaciółka Andrea, jak i kobiety z programu Oprah zrozumiały, że wiele aspektów ich życia było obiektywnie do pozazdroszczenia, ale brakowało w nim elementów rozkwitu. Czy oczekiwały zbyt wiele od samych siebie i od swojego życia? Czy wszyscy zbyt wiele oczekujemy? Czy to naiwność myśleć, że prawdziwy rozkwit jest osiągalny w tym skomplikowanym, chaotycznym świecie? Słowo "rozkwit" może malować obraz błogiego spokoju i permanentnego szczęścia, ale tak naprawdę potrzebujesz tylko od siedmiu do czternastu oznak dobrostanu, by rozkwitnąć.
Mało tego, wiele elementów rozkwitu - np. cel życiowy, akceptacja siebie i innych, poczucie przynależności - to podstawowe ludzkie potrzeby godziwego życia. Nie. Nie uważam, żeby głównym problemem były wysokie oczekiwania. Solidny zbiór badań naukowych potwierdza argument, że rozkwit jest dostępny dla ludzi z różnych środowisk, którzy mają odmienne doświadczenia życiowe.
Poczucie stagnacji i pustki pod koniec życia
Rozkwit osiąga swój szczytowy poziom między sześćdziesiątym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia, kiedy wiele czynników stresogennych zanika, ale słabnie też poczucie życiowego celu i wkładu społecznego. Zarówno rodzicielstwo, jak i praca zawodowa zapewniają ochronę przed poczuciem, że życie jest bezsensowne. Jeśli żyjesz wystarczająco długo po siedemdziesiątym piątym roku życia, a coraz częściej się to zdarza, poczucie stagnacji i pustki znowu powraca.
Wyniki moich badań naukowych przeprowadzonych wśród osób z tej grupy wiekowej dowodzą, że wzrost występowania chorób zagrażających życiu, takich jak cukrzyca, nadciśnienie, udar, rak i choroba serca, nie były znaczącą przyczyną nasilenia poczucia stagnacji i pustki. Natomiast winę za to ponosi całkiem inny zestaw dolegliwości fizycznych, które stwarzają mniejsze ryzyko dla zdrowia, ale mogą wywoływać cierpienie, zażenowanie i ograniczać niezależność danej osoby: na przykład zaparcia, hemoroidy, ból pleców, kłopoty ze snem i kontuzje stóp.
Mam bliskiego członka rodziny, który ma teraz osiemdziesiąt osiem lat. Nie lata już samolotami i dlatego przestał przyjeżdżać ze stanu Minnesota, żeby odwiedzić mnie i moją żonę w Atlancie. Dlaczego? Ponieważ ma epizody nietrzymania moczu i ze zrozumiałych powodów obawia się, że mu się to przydarzy w trakcie dwugodzinnego lotu, co bardzo by go zawstydziło. W rezultacie nie odwiedzamy się nawzajem tak często jak kiedyś i wszyscy tęsknimy za tą formą kontaktu. Zmniejszenie liczby takich kontaktów jest tak duże, że według niektórych szacunkowych danych po siedemdziesiątym piątym roku życia możemy spędzać średnio zaledwie 10 procent całego naszego czasu na bezpośrednich kontaktach z innymi ludźmi, nie mówiąc już o spędzaniu czasu z kimś, kogo kochamy i na kim nam zależy.
I to jest prawdziwy powód do niepokoju. Ale istnieje jakiś promyk nadziei. Kiedy się starzejemy, dzieje się coś bardzo interesującego - człowiek zaczyna traktować relacje jako bliższe i bardziej satysfakcjonujące. Tak naprawdę w niektórych przypadkach ograniczenie liczby kontaktów społecznych to celowa próba poprawy jakości tych kontaktów.
Zakończenia są ważne. Kiedy mamy poczucie, że czasu jest w bród, mamy również skłonność, by traktować to jak pewnik, i nie zastanawiamy się głębiej nad tym, czy nasze życie i zachowanie są zgodne z naszymi priorytetami. Ale kiedy zbliżamy się do końca swojej historii, zaczynamy skupiać się na tym, co naprawdę ma dla nas znaczenie. Produktem ubocznym starzenia się jest zmiana prawie nieograniczonej ramy czasowej na bardziej skondensowaną, subiektywną. W miarę jak się starzejemy, jesteśmy skłonni oceniać innych, opierając się na tym, czy potrafią nam zapewnić bliski i satysfakcjonujący kontakt pod względem emocjonalnym. Nie tolerujemy już z radością głupców i postanawiamy spędzać coraz mniej czasu z ludźmi, których nie podziwiamy, na których nam nie zależy albo do których nic nie czujemy. Istnieją również dowody na to, że w miarę upływu czasu mamy większą umiejętność zapobiegania nieprzyjemnym kontaktom interpersonalnym. Pary uczą się rozmawiać o delikatnych tematach w sposób, który zapobiega wywoływaniu i okazywaniu negatywnych emocji.
W rozdziale ósmym odkryjemy, jak karmić takie relacje, które przyczyniają się do rozkwitu i charakteryzują się wzajemnym poczuciem równości i bliskości emocjonalnej oraz są niezależne od wieku i podziałów klasowych. Jak pokazują nam dobitnie dane dotyczące śmiertelności, osoby starsze, które nadal rozkwitają, które wciąż mają cel w życiu i silne poczucie, że wnoszą wkład w społeczeństwo, nie tylko żyją dłużej, ale także bardziej sensownie. Wzbogacają długość życia, jaka została im dana, o jakość.
Poczucie stagnacji i pustki: dawny grzech śmiertelny powraca
Jako chłopiec wychowany w wierze katolickiej spędziłem większą część młodości przy konfesjonałach. W soboty przyznawałem się i pokutowałem za wszystkie grzechy, które popełniłem w tygodniu. Szczęście, jak mnie uczono, spotka mnie dopiero po tym, jak oczyszczę się z wszelkiego zła, które w sobie nosiłem, i odmówię różaniec.
Nigdy nie wyznałem podczas spowiedzi, że odczuwałem pustkę, marazm, że czułem się zdołowany. Ale może trzeba było tak zrobić. W trakcie szczególnie "niegrzecznych" tygodni zacząłem odczuwać wewnętrzną pustkę, ponieważ nie uszanowałem ani siebie, ani Boga dobrymi uczynkami i dobrym zachowaniem. W dobre tygodnie czułem się zadowolony i przepełniała mnie duma, a w niedzielę promieniałem szczęściem, pracując u boku ojca Henry'ego jako ministrant.
Kiedyś poczucie stagnacji i pustki było ósmym grzechem śmiertelnym, chociaż oczywiście nie ma niczego grzesznego w tym bardzo realnym poczuciu cierpienia. Wszyscy znamy pychę, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew i lenistwo. Ale wiele wieków temu znużenie duchowe - historyczny odpowiednik poczucia zdołowania albo poczucia stagnacji i pustki - również było na tej liście.
Pojęcie znużenia duchowego pochodzi od greckiego słowa ak?día oznaczającego obojętność w odniesieniu do życia albo do siebie. Wpływowy wczesnochrześcijański mnich Ewagriusz z Pontu (345-399) opisał to uczucie jako pełną niepokoju nudę, która go kusiła, żeby przestał angażować się w życie religijne. Wczesnosyryjscy pisarze utożsamiali znużenie duchowe z przygnębieniem ducha, a Jan Kasjan, chrześcijański mistyk żyjący w IV wieku, opisał znużenie duchowe jako zmęczenie serca. Niezależnie od tego, jak nazwiemy to uczucie - znużeniem duchowym czy poczuciem stagnacji i pustki - uniemożliwia ono osiągnięcie najlepszego samopoczucia i najlepszych wyników działania i żeby uczynić to podwójnie trudnym, sprawia, że nie masz siły, by zmienić swoją sytuację.
Znużenie duchowe zostało usunięte z listy grzechów śmiertelnych w VI wieku dzięki papieżowi Grzegorzowi Wielkiemu i zniknęło w pomroce dziejów z pola widzenia myśli Zachodu. (Najwyraźniej zostało przypisane do kategorii lenistwa). Niemniej na przestrzeni wieków znużenie duchowe nadal nękało ludzi z różnych warstw społecznych.
Poczucie stagnacji i pustki jest równie szkodliwe dla ciebie, jak było w zamierzchłej przeszłości dla innych ludzi, chociaż przestało już być postrzegane (na szczęście) jako grzeszne. Właściwie rozumiane poczucie stagnacji i pustki nie jest żadnym grzechem. Jak przekonamy się w kolejnym rozdziale, to indywidualny i globalny problem zdrowia publicznego.
[...]