p

Wychowanie przy ekranie. Jak przygotować dziecko do życia w sieci? - Magdalena Bigaj

Kup ebooka

43.99 zł
36.51 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Koniec świata wirtualnego

Poręcz barierki na moście miała szerokość mojej dziewięcioletniej stopy. To musiał być jakiś rodzaj natręctwa, jak wtedy, kiedy próbujesz nie nadepnąć na łączenie płyt chodnikowych albo stajesz tylko na co drugi schodek. W każdym razie lubiłam stawiać sobie wyzwania w rodzaju "jeśli teraz zdążę przebiec przed tym samochodem, to w moim życiu uda mi się to lub tamto".

Nie wiem, jaka obietnica była na końcu mostu nad rzeką, po którym postanowiłam wtedy przejść inaczej niż typowy człowiek. Ten obraz wraca do mnie do dzisiaj jak scena z filmu. Moja stopa w brudnych białych czeszkach na barierce mostu. Pod wąską, zardzewiałą wstążką poręczy, na której tu i ówdzie zostały jeszcze białe strupy starej farby z czasów świetności, widzę po lewej stronie chropowaty asfalt zniszczonego mostu, a po prawej, kilka metrów niżej, spienioną rzekę. Biała Przemsza nie jest bardzo głęboką rzeką, za to dziką, miejscami rwącą, nierówną, pełną śliskich kamieni. Upadek z mostu może się dla dziewięcioletniej dziewczynki skończyć co najmniej szpitalem. Spoza kadru dobiegają głosy koleżanek: "Nie wygłupiaj się, wracamy na osiedle, zaraz rodzice zaczną nas szukać, będzie lanie, że poszłyśmy tak daleko".

Zeskoczyłam na lewą stronę. Nic więcej nie pamiętam. Widocznie zdążyłyśmy dobiec na osiedle, zanim matki, niczym zegarowe kukułki, zaczęły się wychylać z okien kolejowych bloków, wołając "Ooobiaaad!". Wielu z nas podejmowało wtedy równie ryzykowne wyzwania. Stawanie na niestrzeżonym przejeździe między torami dokładnie o 18.15, gdy mijały się pociągi relacji Katowice-Kielce- Katowice. Ich pęd, nasze krzyki, przytulanie się z całych sił do drugiej osoby. Wracaliśmy potem na osiedle, gdzie ojcowie zmęczeni po dziennej zmianie doglądali zza firanek naszego bezpieczeństwa. Rzucaliśmy sobie później porozumiewawcze spojrzenia w kościelnych ławkach albo na sobotnim targu. Byliśmy małymi buntownikami. Jak wszystkie dzieci i nastolatki od zarania dziejów, potajemnie poszerzaliśmy granice świata, który mieliśmy do dyspozycji. I sięgały one zdecydowanie dalej, niż wydawało się naszym rodzicom.

Współczesne dzieci robią dokładnie to samo. I nie sięgają po nic, co nie kusiłoby kiedyś nas. Mają tylko więcej do dyspozycji - internet rozszerzył granice ich świata w zasadzie do nieskończoności. Sieć dawno przestała być dodatkiem do codziennego życia, stała się częścią naturalnego środowiska rozwoju współczesnego człowieka. Problem polega na tym, że jesteśmy do tego kompletnie nieprzygotowani, poczynając od poziomu biologicznego, a na społecznym kończąc. Żaden człowiek nie ma mózgu, który byłby w stanie bezkosztowo sprostać tempu rozwoju nowych technologii, ich mechanizmom i zwiększającemu się napływowi informacji. Zrozumienie tego faktu stanowi podstawę higieny cyfrowej, czyli używania urządzeń ekranowych1 w sposób chroniący zdrowie. Wyjaśnieniu tej kwestii poświęcam pierwszą część książki.

Wychowanie przy ekranie bez końca

Pierwsze wydanie Wychowania przy ekranie pisałam w latach 2021-2022. Jego narodziny, o ironio, zbiegły się w czasie z narodzinami ChatGPT - pierwszego bezpłatnego i łatwego w obsłudze dużego modelu językowego (LLM). Upowszechnienie się narzędzi wykorzystujących sztuczną inteligencję stało się rewolucją na miarę upowszechnienia się internetu. Nie chodzi tu bowiem o ten czy inny popularny serwis, lecz o wynalazek, który w tempie dotąd niespotykanym zalał szeroką falą niemal wszystkie dziedziny życia, pozostawiając nas zupełnie na to nieprzygotowanymi. Dlatego uznaliśmy z Wydawcą, że Wychowaniu... należy się wydanie drugie, rozszerzone o kwestie związane z przygotowywaniem naszych dzieci do korzystania z narzędzi codziennego użytku opartych o sztuczną inteligencję. Wzbogaciłam także wszystkie rozdziały o wiedzę na temat przełomowych badań i wydarzeń, które miały miejsce od premiery wydania pierwszego. Konieczność tych aktualizacji pokazuje, jak wielkim wyzwaniem dla każdego rodzica i opiekuna jest pełnienie swojej funkcji w czasach nowych technologii cyfrowych.

W wydaniu tym więcej miejsca poświęcam kwestiom zakazom dostępu do mediów społecznościowych dzieciom i młodszym nastolatkom, które w 2025 roku zaczęto wprowadzać w kolejnych krajach w Europie i poza nią. Staram się wyjaśnić, na czym polega to zadanie i od czego zależy jego skuteczność. Rozwijam także zagadnienie tak zwanego zakazu telefonów w szkołach, który dla placówek w wielu krajach świata stał się jednym z najistotniejszych problemów do rozwiązania.

To nie jest książka o świecie wirtualnym

Od wielu lat zajmuję się badaniem wpływu nowych technologii2 na społeczeństwo i świat wokół nas. Na co dzień prowadzę Fundację Instytut Cyfrowego Obywatelstwa, która działa na rzecz ochrony ludzi przed negatywnymi konsekwencjami rozwoju gospodarczego opartego na produktach i usługach cyfrowych. Moje życie wypełnione jest wykładami, spotkaniami eksperckimi na poziomie ministerstw, ale także rozmowami z uczniami, ich rodzicami i nauczycielami w różnej wielkości miejscowościach. Weryfikuję w ten sposób w praktyce to, czego równolegle dowiaduję się z badań, i w ostatnich latach mam okazję obserwować wzrost społecznej świadomości - że coś poszło grubo nie tak. Rodzice niepokoją się o zachowanie dzieci przed ekranem, nauczyciele frustrują walką o uwagę uczniów, a dzieci i nastolatki coraz częściej mówią: "Na pewno nie wpuszczę swojego dziecka do internetu tak wcześnie, jak zrobili to nasi rodzice". Możliwość obserwowania tej zmiany i rozmów z ludźmi uważam za wielki przywilej mojej pracy.

Zanim jednak zajęłam się zawodowo ochroną ludzi przed negatywnymi konsekwencjami funkcjonowania w przestrzeni cyfrowej, przez kilkanaście lat w ramach pracy psułam to, co dzisiaj naprawiam. Miałam dwadzieścia dwa lata, gdy w 2006 roku rozpoczęłam pracę w branży mediów internetowych i marketingu. Trafiłam na wspaniałe czasy w polskim internecie, który rósł w tempie, o jakim dzisiaj możemy tylko marzyć. Dość powiedzieć, że od razu dostałam etat, a do czasu mojego odejścia z branży liczba internautów w Polsce wzrosła o 28 milionów! Pierwsza rzecz dziś byłaby dość trudna, a druga niemożliwa do osiągnięcia.

Przez większą część zawodowego życia miałam za zadanie sprawić, by ludzie spędzali jak najwięcej czasu w serwisach i aplikacjach moich pracodawców. Codziennie rano wstawałam i sprawdzałam w narzędziach analitycznych, ile czasu poświęciliście na internet i dlaczego znowu tak mało. Kreowałam strategie komunikacji marek, współtworzyłam serwisy i aplikacje, odpowiadałam za wzrost liczby użytkowników i ich zaangażowanie w serwisach społecznościowych. Pracowałam także przez wiele lat z organizacjami branżowymi, dzięki czemu poznałam ducha tego środowiska i priorytety, które mu przyświecały. W tamtym czasie bez wątpienia byłam również osobą nadużywającą smartfona i internetu. Na większości zdjęć z tamtego okresu, do których nie pozuję, mam głowę charakterystycznie pochyloną nad telefonem.

Doświadczenie współtworzenia środowiska cyfrowego stało się bardzo cenne, gdy postanowiłam zacząć badać jego wpływ na kondycję człowieka. Dzięki temu, gdy realizuję dzisiaj projekty badawcze lub rozmawiam z ludźmi na temat ich problemów z internetem, rozumiem doskonale, jakie działania twórców nowych technologii za tym stoją. I jak bardzo wszyscy jesteśmy wobec nich bezbronni. Dlatego nie ma we mnie zgody na obarczanie odpowiedzialnością za problemy wynikające z korzystania z internetu wyłącznie jego użytkowników; nie zgadzam się na obwinianie rodziców za to, że nie potrafią ustrzec dzieci przed wszystkimi niebezpieczeństwami w sieci. Oczywiście bardzo się cieszę, że coraz więcej mówi się o higienie cyfrowej. To jednak nieprawda, że samo jej zachowywanie rozwiąże wszystkie nasze problemy z przestrzenią online. Ponieważ w drugim ćwierćwieczu XXI wieku wiemy już doskonale, że Facebook, TikTok i wszystko, z czego korzystamy w sieci, nie jest wytworem natury, którą możemy okiełznać, lecz produktem zaprojektowanym przez konkretne firmy. I tak jak nie jesteśmy w stanie zdrowo karmić dzieci, mając do dyspozycji wyłącznie niezdrową żywność, tak nie jesteśmy w stanie zadbać o cyfrową dietę w sytuacji, w której znaleźliśmy się dzisiaj: najpopularniejsze aplikacje w sieci tworzone są tak, że niosą ryzyko dla użytkowników, a na dodatek o tym ryzyku nie informują. W takiej sytuacji sama higiena cyfrowa nie wystarczy. Potrzebujemy czegoś więcej: stać się świadomymi konsumentami internetu.

Dlatego nie możemy się zgadzać na brak społecznej odpowiedzialności twórców nowych technologii, ale także współtwórców, czyli ludzi i firm, które komunikują się z nami w internecie. Nasze prawa i prawa naszych dzieci, jak choćby prawo do prywatności czy bezpiecznego rozwoju, muszą być szanowane w każdym wymiarze.

Nawet w świecie wirtualnym? - zapytuje nas branża technologiczna.

Nie, w świecie wirtualnym nie. Bo on nie istnieje.

Wpojenie nam, że jest coś takiego jak świat wirtualny, to jeden z największych sukcesów twórców nowych technologii. Wielu ludzi dało się przekonać, że dla owego świata wirtualnego trzeba stworzyć osobne prawo, bo to przestrzeń, której nie dotyczy na przykład Konwencja o prawach dziecka. Świat wirtualny, czyli nie ten realny. Mniej prawdziwy, nie na serio. Nie zawracajcie sobie nim głowy. Zajmijcie się poważnymi, a nie wirtualnymi rzeczami, my zaś tu sobie będziemy spokojnie robić internety.

Cóż, na szczęście mamy już 2026 rok i doprawdy, trzeba chłopców i dziewczyny wygonić z piaskownicy. Nie da się już nie zauważyć, że może siedzą tam w klapkach, ale bawią się dużymi pieniędzmi, a na plac zabaw przyjeżdżają Teslami. Ponieważ język kształtuje rzeczywistość, zamiast świata wirtualnego proponuję używać zamiennie określeń bardziej adekwatnych: przestrzeń cyfrowa, przestrzeń online czy po prostu internet. Sama staram się pilnować, by nie używać nawet określenia "świat cyfrowy". Bo słowo "świat" sugeruje nam, że mamy do czynienia z czymś równoległym do "prawdziwego życia". A tak przecież nie jest. Przestrzeń cyfrowa już dawno stała się integralną częścią funkcjonowania współczesnego człowieka. I nie może być spod prawa wyjęta.

Uwagę na nieadekwatność przymiotnika "wirtualny" do współczesnych dóbr technologii komunikacyjnych od lat zwraca Jacek Pyżalski, autor wielu polskich i międzynarodowych badań nad wpływem technologii na dzieci i młodzież3. Zgadzam się z nim. Nie mamy wirtualnych uczuć, nie odczuwamy wirtualnego smutku i radości. Owszem, nasze życiowe aktywności możemy podzielić na te podejmowane online i offline, ale żadna z nich nie jest wirtualna. Czas więc zacząć wychowywać dzieci online i offline właśnie.

Twoje dziecko ma dodatkowe obywatelstwo. Ty zresztą też

Z mojego buntu wobec obarczania nas, użytkowników, wyłączną winą za problemy, które wynikają z korzystania z ekranów, zrodził się Instytut Cyfrowego Obywatelstwa, fundacja, którą powołałam, aby skutecznie wspierać nas w dążeniu do upodmiotowienia człowieka w świecie nowych technologii. Wierzę w ideę personalizmu cyfrowego, czyli takiego podejścia do postępu technologicznego, którego centrum stanowi człowiek, a nie biznes. Potrzebujemy tylko przywrócić światu właściwe proporcje i zrozumieć, że ta nowa, fascynująca przestrzeń jest naszym wspólnym dobrem: użytkowników nowych technologii i ich twórców. I że wszystkie strony są odpowiedzialne za to, co w tej przestrzeni się dzieje.

Jeśli wzdychacie teraz, że kupiliście książkę jakiejś marzycielki, to zwracam uwagę, że tę samą drogę przeszliśmy w innych branżach. Przemysły spożywczy i kosmetyczny musiały zacząć umieszczać składy produktów na opakowaniach, a firmom odzieżowym na początku tego wieku nie śniło się, że będą się musiały tłumaczyć, gdzie, przez kogo i w jakich warunkach produkowane są ich ubrania. W świecie nowych technologii jesteśmy na etapie raju producentów: jeszcze nam się wmawia, że cyfrowa dieta nie ma żadnego znaczenia, a jeśli sobie zaszkodzimy, no to nasza wina, bo się nażarliśmy bez umiaru. Z takiego założenia być może wyszedł sąd w Stanach Zjednoczonych, który na początku 2023 roku oddalił wniosek rodziców dziewięcioletniej dziewczynki, która poniosła śmierć przez uduszenie wskutek udziału w internetowym wyzwaniu na TikToku (zadaniem było wstrzymanie oddechu jak najdłużej). Rodzice oskarżali chińską platformę o dopuszczenie takich materiałów oraz umożliwienie dzieciom korzystania z serwisu. Sąd uznał, że to wyłącznie wina rodziców. To tak jakby winą wyłącznie rodziców było to, że dziewięciolatek, wychodząc z domu, spotyka w bramie dilera i kupuje od niego narkotyki, a następnie je zażywa. Owszem, dostał pieniądze od rodziców i to oni wypuścili go samego z domu, ale kto, do cholery, pozwolił rozstawić stragan z dragami na osiedlu?

Któregoś razu zeznawałam na komisariacie policji w sprawie materiałów CSAM (ang. Child Sexual Abuse Materials), czyli treści przedstawiających krzywdzenie seksualne dzieci, które jeden z chłopców wysłał na grupę klasową. Przechowywanie i udostępnianie takich materiałów jest przestępstwem. Przesłuchująca mnie policjantka mruknęła pod nosem: gdzie byli rodzice? Ale przecież rodzice w tym przypadku mieli ograniczone możliwości. Dzieci miały piętnaście lat i pełne prawo używać WhatsAppa. To właściciel komunikatora powinien posługiwać się technologią hash, która pozwala w sposób anonimowy zweryfikować, czy na zdjęciu są materiały CSAM, a następnie je blokować. Właściwe pytanie powinno zatem brzmieć: gdzie była Meta? I gdzie jest nasze państwo i europejska wspólnota?

Jesteśmy pierwszym pokoleniem rodziców, których dzieci mają od urodzenia drugie obywatelstwo: cyfrowe, przysługujące nam jako członkom społeczeństwa informacyjnego. Ma je każde nasze dziecko oraz każde z nas, nawet jeśli jeszcze nie potrafimy z niego korzystać. Cyfrowe obywatelstwo to postawa świadomego oraz odpowiedzialnego tworzenia i używania nowych technologii, z korzyścią dla siebie i społeczeństwa. Odpowiedzialność ta dotyczy nie tylko nas, użytkowników technologii informacyjnych, ale także ich twórców i współtwórców, tak jak obywateli państwa łączy związek z władzami oraz podmiotami gospodarczymi.

Koncepcja cyfrowego obywatelstwa4, którą zaproponowałam w 2022 roku, powołując do życia Instytut, jest w gruncie rzeczy bardzo praktyczna. Mówi o tym, że każde z nas do zdrowego funkcjonowania we współczesnym świecie potrzebuje wiedzieć, jaki wpływ na ludzi wywierają nowe technologie, znać dotyczące ich prawa i obowiązki oraz mieć umiejętności pozwalające na zachowanie higieny cyfrowej, czyli używanie urządzeń ekranowych w sposób chroniący zdrowie. Żeby to, co cyfrowe, zaczęło służyć społeczeństwu informacyjnemu, cyfrowe obywatelstwo musi zaistnieć w trzech wymiarach: (1) systemowym (struktury państwowe i międzynarodowe muszą dbać o bezpieczeństwo obywateli w przestrzeni cyfrowej, wprowadzając odpowiednie rozwiązania prawne i edukacyjne); (2) społecznym (wpływ nowych technologii na ludzkie życie musi funkcjonować w świadomości zbiorowej jako temat społecznie ważny, aby grupa, w której dorasta człowiek, przekazywała mu dobre wzorce w sposób naturalny); (3) indywidualnym (obywatel musi mieć podstawową wiedzę w zakresie higieny cyfrowej oraz swoich praw w świecie online).

Internet i smartfony NIE są jak nóż

Czy to znaczy, że nowe technologie są złe i w tej książce będę was straszyć? Bardzo bym nie chciała osiągnąć takiego efektu. Wystarczająco wielu ludzi zbudowało całe biznesy na straszeniu internetem lub odwrotnie, na podkreślaniu wyłącznie pozytywnych stron technologicznego rozwoju. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej zniuansowana.

Za neutralne technologie możemy uznać narzędzia takie jak kod programistyczny i możliwości współczesnych urządzeń cyfrowych. Ale to, z czego korzystamy my, zwykli zjadacze internetu, to nic innego jak produkty i usługi cyfrowe, wyprodukowane dzięki neutralnym technologiom, ale zaprojektowane w jakimś konkretnym celu. I z samego tego faktu wynika brak ich neutralności, zwłaszcza gdy - jak w przypadku mediów społecznościowych, gier czy komunikatorów - celem tym jest pozyskanie naszej uwagi i sprawienie, byśmy używali tych produktów jak najdłużej. Jeśli podaję ci ciastko, które lubisz, i jeszcze je zachwalam, trudno powiedzieć, że jesteś w sytuacji neutralnej, w której nic na twój wybór nie wpływa.

Dlatego produkty i usługi cyfrowe nie są neutralnymi narzędziami, które można wykorzystać dobrze lub źle. Owo wyświechtane porównanie do noża od dawna jest nieadekwatne, za to chętnie powtarzają je ludzie związani z firmami technologicznymi, bo odciąża ono te firmy z odpowiedzialności ("My dajemy tylko nóż!"), a przerzuca ją na użytkowników ("Nożem można zrobić kanapkę, ale można też kogoś zabić"). Gdy jednak przyjrzymy się konkretnym obszarom internetu, zobaczymy, że prawda wcale nie leży pośrodku. Oczywiście trudno zrobić sobie krzywdę Wikipedią czy stroną banku (choć mi czasem robi się przykro po zalogowaniu). Jednak wielu produktów cyfrowych wcale nie tworzy się jako neutralnych, którym dopiero użytkownik nadaje znaczenie. Przeciwnie, to precyzyjnie zaprojektowane narzędzia do ssania naszej uwagi i zamieniania jej w przychody z reklam. Trzeba dzisiaj włożyć naprawdę dużo świadomego wysiłku, aby uczynić z internetu i urządzeń ekranowych przestrzeń sprzyjającą naszemu zdrowiu.

Jednak spory, czy nowe technologie to błogosławieństwo czy zło wcielone, są dzisiaj bezcelowe. Kiedy postęp technologiczny pozwala chirurgom wykonywać zdalnie operacje, a Rosjanom terroryzować Ukrainę dronami, naprawdę trudno oszacować koszty społeczne tak zwanej czwartej rewolucji przemysłowej. Co miałby nam dać taki "wyrok na internet"? Nie możemy zupełnie się odciąć od tych zdobyczy, ale przyjmowanie ich z dobrodziejstwem inwentarza również nie jest bezpieczne. Produkty i usługi cyfrowe są współczesnymi narzędziami codziennego użytku, ale to narzędzia wysokiego ryzyka, dlatego należy wybierać je i używać świadomie i z zachowaniem ostrożności. W świecie o dwóch wymiarach - online i offline - musimy więc na nowo nauczyć się chodzić. I to na przyspieszonym kursie, bo przecież mamy do odegrania ważną rolę w życiu naszych dzieci: ich cyfrowych przewodników.

Najważniejszą broń, by chronić swoje dziecko, już masz

Zaczekaj, powiedziałaś: przewodników? Dziecka w internecie? To jakby przyjechać do obcego kraju i zacząć oprowadzać po nim tubylców - na pewno wiele i wielu z was ma teraz tego typu myśli. Mimo wszystko nie wolno nam się wyrzekać tej roli, podobnie jak nie rezygnujemy z zachęcania naszych dzieci do nauki, choć wiem doskonale, jak trudne są wieczory przed sprawdzianami z "tego głupiego przedmiotu".

To zresztą znamienne, że zdaniem tak wielu dorosłych sam fakt, że dzieci urodziły się w czasach powszechnego dostępu do internetu, sprawia, że cała mądrość życiowa rodziców na nic się zda. Jeśli się nad tym zastanowić, to naprawdę dziwne. Kto z was, widząc dwie kreski na teście ciążowym, pomyślał, że czas zapisać się na kurs żywienia czy dietetyki? Nie przychodzą nam takie rzeczy do głowy, bo wiemy, że jakoś damy radę. Coś doradzą przyjaciele, coś rodzice, a ostatecznie i tak większość z nas dochodzi do etapu parówek. Dlaczego więc tracimy wiarę w to, że chociaż nie znamy internetowych idoli naszych dzieci i ich ulubionych aplikacji, to nadal nasza życiowa mądrość, troska i po prostu miłość są im bardzo potrzebne? Może nawet bardziej niż wszystkim poprzednim pokoleniom.

Elementem dobrego życia jest równowaga i dążenie do niej jest wpisane w naturę człowieka. Gdy się odwodni, czuje pragnienie. Gdy nagromadzi emocje, ma potrzebę dać im ujście. W podejściu do korzystania z urządzeń ekranowych i internetu ważniejsze niż twarde wytyczne czy pomiar czasu ekranowego są świadomość wpływu tych wynalazków na nasze zdrowie i umiejętność zastosowania odpowiednich środków, by utrzymać równowagę. I nie mam tu na myśli cyfrowego balansu rozumianego jako proporcja czasu online i offline, lecz równowagę w naszym zdrowiu fizycznym, psychicznym i społecznym. Nie wierzę w sztywny zestaw zasad higieny cyfrowej, który działa na wszystkich i cudownie uzdrawia życie rodzinne. Nie sposób ich wytyczyć choćby z powodu szybkich zmian, jakie zachodzą w życiu społecznym. Czy osiem godzin przed ekranem podczas zdalnej edukacji to te same osiem godzin co po pandemii? Czy dwie godziny w grze Minecraft to to samo co dwie godziny na TikToku?

Zatem co oprócz zasad? Wierzę, że każde z nas potrzebuje wykształcić w sobie opartą na wiedzy intuicję, która pozwala dokonywać rozsądnych codziennych wyborów i regulować korzystanie z sieci.

Któregoś razu po premierze pierwszego wydania Wychowania przy ekranie jedna z popularnych influencerek napisała na swoim instagramowym profilu: "Przeczytałam tą całą Bigaj, porozmawiałam z moją dwunastoletnią córką i TO NIE DZIAŁA. Ona się buntuje i nie chce".

Cóż, to zupełnie zdrowa reakcja dziecka! W naturze dorastającego osobnika leży skłonność do buntowania się. Powód do zmartwienia, że coś nie działa, będzie wtedy, gdy wasze dzieci na wieść o wprowadzeniu kontroli rodzicielskiej powiedzą: mamusiu, tatusiu, to wspaniały pomysł!

Dlatego w drugim wydaniu postanowiłam uprzedzić tych z was, dla których to może nie być oczywiste: tak, waszym dzieciom to się nie spodoba. Ba! Moim dzieciom też się to nie podoba! Gdybyście tylko mogli słyszeć te burzliwe dyskusje, które muszę regularnie odbywać z całą trójką, przebywającą w dodatku na różnych etapach "cyfrowej wolności". Czasami czuję się jak tama, na którą napiera wielka siła - "bo przecież wszyscy to mają". A ja mam łatwiej niż moi czytelnicy i czytelniczki, wszak mogę sypać argumentami z rękawa. Któregoś razu jednak, gdy mój syn po raz kolejny prosił mnie o założenie mu WhatsAppa, na co nadal jest zdecydowanie za młody, po wykorzystaniu wszystkich argumentów zamilkłam na chwilę, a potem, spoglądając mu w oczy, powiedziałam: "Jak myślisz, dlaczego nie chcę się na to zgodzić? Co mną kieruje?".

Młody skapitulował i zaserwował mi ten swój rozbrajający uśmiech z dwoma dołeczkami, po czym odszedł lekko sfochowany do pokoju. Bo wiedział dobrze, że kieruje mną miłość i troska o niego. I wie to każde dziecko wychowywane przez kochających rodziców i opiekunów.

Dlatego musicie wierzyć w sens higieny cyfrowej tak mocno, jak wierzycie w sens zdrowej diety, aktywności fizycznej, chronienia dziecka przed alkoholem i używkami. Zapamiętajcie, że to praca na zawsze, czego nie rozumiała tamta influencerka. Wychowywanie to proces, a higiena cyfrowa jest jego elementem. Stawianie granic rzadko się dzieciom podoba, ale to dzięki granicom one czują się przy nas bezpieczne. Ponadto i my, i nasze dzieci będziemy niejednokrotnie zaliczać wzloty i upadki. Etapy wzorowej higieny cyfrowej i wielotygodniowe internetowe ciągi. Ważne, by mieć własne strategie regulacji.

Każdy, kto uczył się matematyki, wie, że zamiast wykuć wzór na pamięć, lepiej umieć go wyprowadzić. Dlatego aby wesprzeć waszą intuicję, w pierwszej części książki skupiam się przede wszystkim na tym, by wyjaśnić, jak internet i urządzenia ekranowe wpływają na nas i na nasze dzieci. W drugiej części zaś opisuję najważniejsze zagadnienia, z którymi prawdopodobnie zetkniecie się na różnych etapach rozwoju dziecka. Uznałam, że podział według wieku będzie dla was bardziej intuicyjny, dlatego rozdziały poświęcone są maluchom, starszakom, nastolatkom, a nawet życiu płodowemu! Jeśli wasze dzieci to już młodzież, nie omijajcie wcześniejszych rozdziałów - może się okazać, że znajdziecie w nich odpowiedź na jakieś pytanie, które od dawna was nurtuje.

Zamień poczucie winy na działanie

Zanim jednak napisałam pierwsze słowo tej książki, postanowiłam się dowiedzieć, czego potrzebują moi przyszli czytelnicy i czytelniczki. W grudniu 2021 roku wystosowałam w internecie apel do rodziców z prośbą o udział w ankiecie zawierającej trzy pytania: "Jakie widzisz korzyści z tego, że twoje dziecko ma dostęp do internetu lub urządzeń ekranowych typu smartfon, komputer czy TV? Czy w związku z tym dostępem napotkałaś/-łeś jakieś trudności? Czy w tym obszarze jest jakieś nurtujące cię pytanie, na które nie znalazłaś/-łeś dotąd odpowiedzi?".

Na mój apel odpowiedziało 313 osób. Dwadzieścia siedem z nich zgodziło się na przeprowadzenie z nimi wywiadów pogłębionych. Dziękuję każdej i każdemu z tych, którzy odpowiedzieli wtedy na moją prośbę. Było to doświadczenie ważne w pracy nad tą książką i kluczowe dla jej formy. Niektóre wypowiedzi lub historie postanowiłam przytoczyć, dbając oczywiście o anonimowość ich bohaterek i bohaterów, między innymi przez zmianę imion.

W wypowiedziach rodziców poruszyło mnie przebijające się przez nie poczucie winy. Pisali: "Daję smartfona dziecku, żeby odpocząć. Tak, wiem". Albo: "Wiem, co się o tym mówi, ale jakbym nie puszczała gier, to bym nic w domu nie zrobiła". A nawet: "Pewnie pani sobie pomyśli o mnie źle, ale sama też siedzę przy dziecku w telefonie".

Zrozumiałam, że podobnie jak w przypadku wielu innych aspektów wychowania, tak i w kwestii bezpieczeństwa dzieci w sieci jesteśmy wpędzani w poczucie winy. Wytyka nam się błędy i wskazuje trudno osiągalne cele. A do tego mamy jeszcze tyle sprzecznych koncepcji i na każdą jakieś "badania" - oczywiście najlepiej, jeśli pochodzą od przysłowiowych amerykańskich naukowców.

Gdy pytałam rodziców podczas wywiadów, czy szukali wiedzy w książkach lub innych źródłach, najczęściej okazywało się, że owszem, nawet ktoś coś kupił, nawet zaczął czytać, ale hermetyczny język - czasem zbyt naukowy, a czasem zbyt technologiczny - sprawiał, że książka lądowała na kupce wstydu, czyli stosiku książek, które kupujemy, ale potem mamy wyrzuty sumienia, że ich nie czytamy. Też mam taki stosik! I Bóg mi świadkiem, nawet te najbardziej zakurzone książki z niego nabywałam z żarliwym zamiarem przeczytania.

Dlatego nie będę udawać przed wami Magdy Boskiej od Higieny Cyfrowej i wygłaszać wam wykładu naszpikowanego danymi i wykresami. Sama zaliczam wychowawcze porażki, a moje życie rodzinne stale weryfikuje rady, których udzielam innym.

Na marginesie, pamiętam jeden z komentarzy o książce, który brzmiał mniej więcej tak: "Nie polecam. Żadnych wykresów, tabel czy diagramów!". Co za wspaniała recenzja! Świetnie nadawałaby się na tylną okładkę. Bo chociaż musimy się opierać na nauce, na co dzień potrzebujemy uczciwej rozmowy, a nie akademickich wykładów. Co prawda w niniejszym drugim wydaniu nie oparłam się dodaniu dwóch wykresów - nadal jednak uważam, że potrzeba nam czułego narratora, a nie erudycyjnych popisów.

To wszystko nie oznacza, że czeka nas lekka rozmowa, podczas której poklepiemy się po ramieniu, powiemy: "spoooko, też tak mam", i pójdziemy dalej. Owszem, znajdziecie tu wyrazy zachwytu nad nowymi technologiami, ale także niepokoju i smutku. Zdaję sobie sprawę, że to rozczaruje osoby, które oczekiwałyby książki skupionej wyłącznie na korzyściach płynących z internetu. Nie mam jednak wątpliwości, że korzyści te są dość dobrze znane rodzicom, nauczycielom i naszym dzieciom. Łatwość dostępu do informacji, rozwijania zainteresowań, możliwość załatwienia mnóstwa spraw bez wychodzenia z domu - te zalety wymieniają bez problemu nawet dzieci z zerówki. Ale jeśli wychylimy się poza bańkę entuzjastów, zobaczymy, jak wielu rodziców nie ma pojęcia o górach lodowych, które trzeba umieć namierzyć i pomóc dziecku je ominąć. Skąd niby mamy to wiedzieć? Od naszych rodziców? Z doświadczeń dzieciństwa? Nowe technologie przerwały międzypokoleniowy transfer doświadczeń. Nie mieliśmy skąd czerpać wzoru, jak wprowadzać dzieci w przestrzeń cyfrową. Przechodzimy więc rozpoznanie bojem, na ciągle zmieniających się zasadach. Czy to nas usprawiedliwia? I tak, i nie.

Nie powinniśmy się kajać, że popełniamy błędy. Ani dlatego, że dziecko koleżanki to w ogóle komputera nic a nic, a nasze siedzi w grach od kilku lat. Z punktu widzenia współczesnej nauki nie ma jednej miary, którą możemy przyłożyć do wszystkich. Istnieją jedynie ramy, które sami musimy wypełnić zasadami dostosowanymi do naszego dziecka i stylu życia rodziny. Nie możemy jednak pozwolić sobie na brawurę, którą obserwuję u wielu rodziców wręczających dzieciom ekrany od najmłodszych lat. Internet jest jak świat, w którym możemy spotkać rzeczy dobre i złe, piękne i straszne. Podarowanie dziecku smartfona czy tabletu bez przygotowania i towarzyszenia mu jest jak wręczenie kluczyków do samochodu bez wysłania go wcześniej na kurs prawa jazdy.

Na wykładach często także przyrównuję przestrzeń cyfrową do supermarketu, w którym mamy dostęp do przeróżnych produktów. Mają one różny skład, jedne bezpieczny, inne niosący ryzyko. Jedne alejki zawierają produkty dla dzieci, inne wyłącznie dla dorosłych. To my, dorośli, dokonujemy pierwszych wyborów zakupowych. W internecie powinniśmy zachowywać się tak samo. Problem w tym, że ten sklep dzisiaj wygląda nie jak supermarket, lecz jak wielkie targowisko rodem z Ś.P. Stadionu X-lecia w Warszawie, gdzie obok pirackich kaset z porno można było kupić dziecięcą odzież, podrabiane leki, a któregoś dnia, gdy studenciem będąc, przechodziłam tam targową alejką, ktoś szepnął mi do ucha osobliwy sprzedażowy slogan: "Bogaty dziadziuś, bogaty dziadziuś". Tak że tak - bogatego dziadziusia można było znaleźć i wówczas na Stadionie, i dzisiaj w internecie. Z tym że Stadionem zajęły się regulacje państwowe, a w gospodarce cyfrowej wciąż idzie to opornie.

Wiem, że jesteście przeciążeni. Ja też

Pisząc pierwsze wydanie tej książki, byłam jednocześnie pracującą zdalnie matką trójki dzieci: jedenastolatki, siedmiolatka i niemowlaka. W trakcie pisania przeżywałam COVID-19, ząbkowanie, odstawianie od piersi, bunt dwulatka oraz dwumiesięczne wyzwanie logistyczno-kulturalne, czyli tak zwane wakacje. Jak większość rodziców małych dzieci, którzy nie zażywają luksusu regularnej pomocy ze strony dziadków czy niani, cierpiałam na chroniczny brak czasu dla siebie, stałe przełączanie się między obowiązkami zawodowymi a domowymi, nie dosypiałam, jadałam na stojąco. Wielokrotnie do frustracji doprowadzała mnie myśl, że ta książka mogłaby być lepsza, gdyby nie te wszystkie pieluchy, zadania z matematyki i materiały na plastykę, które zawsze przypominają się dzień przed o północy. Aż w którymś momencie zrozumiałam, że napisanie jej nie mogło przyjść w lepszym czasie.

Tempo życia, w jakim dzisiaj funkcjonujemy, jest nieporównywalne z doświadczeniami poprzednich pokoleń. Godziny pracy wypełniające w zasadzie cały dzień, mnogość możliwości, z których często nie potrafimy zrezygnować, utrzymywanie kontaktów z nadmierną liczbą osób, praca, której nie da się zostawić, odbijając kartę na zakładzie, bo dostęp do niej mamy zawsze pod ręką w telefonie, przeciążenie informacyjne i jeszcze uwierająca świadomość, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy, o czym nieustannie się przekonujemy, obserwując wyidealizowaną rzeczywistość mediów społecznościowych. Nie kwestionuję dobrych intencji internetowych edukatorek i edukatorów z rozmaitych dziedzin, ale skumulowani w masę stają się czasem wielkim wyrzutem sumienia grzmiącym: jesteś za mało jakiś, powinnaś być bardziej jakaś! Po takim codziennym kołowrotku jedyne, na co nas stać wieczorem po uśpieniu dzieci, to padnięcie ze zmęczenia na kanapę. Rodzic w takim stanie naprawdę nie potrafi skupić się na lekturze, w której czyta o "adolescentach w technologiach informacyjno-komunikacyjnych", a zwroty typu "penetracja cyfrowych dobrodziejstw" mogą mu niechcący przegrzać zwoje.

Prawda jest taka, i ktoś wreszcie musi to powiedzieć, że przeciętnemu rodzicowi (nierodzicowi również!) nie jest potrzebny doktorat z neurobiologii, praktyka psychologa dziecięcego i tytuł inżyniera od cyberbezpieczeństwa. Podobnie jak nie musimy kończyć dietetyki oraz czytać naukowych opracowań z dziedziny żywienia, aby zdrowo się odżywiać. Potrzebujemy za to prostych wskazówek i wyjaśnienia, na czym są oparte. Dzięki temu możemy już sami układać sobie i dzieciom "jadłospis" codziennego korzystania z internetu, by uniknąć niestrawności. Żeby tak działać, musimy najpierw o paru rzeczach pogadać jak osoba dorosła z dorosłą, więc zróbcie mi trochę miejsca na tej waszej kanapie i porozmawiajmy.