Rozdział 1
Madison
Madison Ford kwiaciarka z Madison's Flowers z Maine, wnuczka Madison, wtopiła się w miasteczko, poznając jego struktury i ludzi, którzy mieli tu coś do powiedzenia. Jojo znała ich lepiej i dzięki niej mogłam wejść w rozpoznanie z miejsca. Mogłam sobie pozwolić na powrót do stylu z college'u, który uwielbiałam, czyli czarne, dziurawe dżinsy, czarny T-shirt z napisem "Dary natury" znaleziony w starych rzeczach - cud, że zmieścił się na moje cycki - i czarną ramoneskę z okresu bycia złą dziewczynką włóczącą się po lokalach Indianapolis.
Miałam świra na punkcie butów i srebra, dlatego że jako agent za biurkiem nie mogłam sobie na to pozwolić. Lubiłam ten dźwięk, który wydawały moje długie koła w uszach i bransoletki, gdy prowadziłam mojego cadillaca XT6 i wystukiwałam rytm palcami. Jojo zabrała busa z kwiaciarni i od rana stroiłyśmy salę balową w Hotelu Paradise. Czułam się dziko i dobrze.
Włosy rozpuściłam, tak rzadko miałam okazję tak chodzić. Udawałam, że nie muszę nikomu niczego udowadniać ani na nikim zrobić wrażenia. Ale myliłam się, musiałam zyskać przychylność członków Dogs of Hell i Savage Croupiers. Powinnam była włożyć sukienkę i buty na wysokim obcasie, ale to mogło być podejrzane.
Nie wspominając już o tym, że powinnam była mieć podsłuch, ale nie odważyłam się na to w hotelu, gdzie mieli tyle sprzętu sprawdzającego i kamer, przez które mogłam łatwo wpaść.
Niech to szlag trafi.
Będę bez obstawy, broń miałam tylko w schowku a i tak wolałam się na razie nie ujawniać. Od dwóch miesięcy wtapiałam się w otocznie. Jojo poznawała mnie z moimi sąsiadami i mieszkańcami, którzy uwielbiali moją babcię.
Zaparkowałam na parkingu podziemnym i skierowałam się do windy, zabrawszy ze sobą dwa pudła świec i kryształowych wazonów, których zabrakło nam do udekorowania sali. Gdy tylko otworzyły się drzwi windy prowadzące do hotelu, od razu na serio zaczęłam się zastanawiać, czy odpowiednio się prezentowałam. Hamptons, Hilton, Paradise to jedne z najlepszych hoteli. Piękna lokalizacja na rzece Dix, wielkie tereny, pole golfowe, lądowisko dla helikopterów, własne jeziora i szkoła jeździecka.
David Brand wiedział, co zrobić, aby przyciągnąć tu wielkich graczy, a kasyno nawet na takim zadupiu ściągało wielkie ryby. Thanaka Doyle był wielkim wizjonerem. Patrząc teraz na to, co stworzył, mogłam uwierzyć, że oprócz zamiłowania do hazardu i łowienia ryb miał również szósty zmysł do robienia pieniędzy. Tu przepływały miliony dolarów. Biało-złote płytki, drewniane boazerie, lustrzane ściany i bogactwo.
Ujrzałam kosztowne kanapy ze skóry stojące w rogu. Nie musiałam mijać lobby, wiedząc, w której części odbywało się prywatne przyjęcie zaręczynowe Annabelle Bonet i Davida Breaka Jacksona. Urządziła je sama właścicielka hotelu - Reese Kazov. Poznałam ją, gdy rano przyjechałyśmy z Jojo dekorować salę, a ona właśnie sprawdzała, czy wszyscy byli gotowi na ten wielki dzień.
Reese była gorącą Latynoską, z długimi i czarnymi jak noc włosami. Włożyła czerwoną sukienkę od Narcisa Rodrigueza, czółenka od Jimmy'ego Choo, i nie był to jej strój na imprezę, a zaledwie outfit, który wkładała do pracy.
Wskazywała mi stoły, na których miałam poukładać kompozycje.
Ta kobieta, sięgająca mi zaledwie do ramienia, zwracała na siebie uwagę. Zastanowiłam się przez moment, czy nie lepiej będzie stąd zwiewać, ale potem wzięłam głęboki wdech i się jej przysłuchiwałam. Chciała, aby wszystko było gotowe przed przyjazdem gości. Spodziewała się około siedemdziesiątki. Członkowie klubów też się tu kręcili. Zdołałam rozpoznać kilka twarzy z akt Dogs of Hell. Poznałam Rona, który wszedł tu przed pierwszą i poprosił na rozmowę Sugar, jak zwracali się do niej wszyscy. Gdy tym razem wkroczyłam do sali, kelnerzy zaopatrywali barek w przystawki, na scenie trwała próba zespołu, a faceci w garniturach stali pod oknem i rozmawiali.
Szłam ostrożnie z pudłami, szukając Jojo. Wysoka kobieta w czarnej sukni przyglądała się mi uważnie, a ja się do niej uśmiechnęłam. Melody "Molly" Kazov, żona prezydenta Dogs of Hell starszej gwardii.
- Dzień dobry, jestem Madison Ford. Jojo gdzieś zniknęła.
Molly zmarszczyła brwi i dopiero jej uśmiech się powiększył.
- A... tak, kwiaciarnia. Sugar ukradła ją do udekorowania tarasu. Podobno zostało dużo białej wstążki.
- Naprawdę?! - zawołałam szybko, bo poczułam ulgę, że Molly nie patrzyła już na mnie. - Mogłam dowieźć więcej, jakbym wiedziała, że będziemy coś jeszcze dekorować.
Postawiłam pudła na podłodze i zaczęłam wyjmować brakujące elementy.
Dobiegł mnie zachwycająco czysty głos. Zerknęłam na estradę, dostrzegłam tam Everly Kamakurę w czerwonej sukni podkreślającej zaawansowaną ciążę.
Jeśli była tu Everly... Popatrzyłam w stronę okien i od razu poznałam Storma. Nashville Cava był kłopotem. Kurwa, on jedyny był w stanie mnie zdemaskować w kilka chwil; jeśli wrzuciłby moje zdjęcie do systemu, mógłby wywęszyć więcej, niż zamieściło tam FBI. Ale liczyłam, że nie byłam na tyle ważna, aby wzbudzić jego podejrzenia.
Stał w garniturze obok MP5, Timothy'ego Kazova, ich szefa, i Adama Brockmana, czyli Brocka. O to chodziło, bogowie dali mi znak, że musiałam ich poznać. Być blisko, aby wiedzieć, jakie interesy prowadzili, oprócz tych, które wietrzyło FBI. Najwyższy czas. Choć nie oni byli moim kłopotem, musiałam znać ich szeregi i struktury.
Pracowałam szybko, poprawiając kompozycje i niemal jęcząc z zachwytu, że Jojo miała do tego dar, a Park nauczył się czegoś o prowadzaniu oranżerii i kwiaciarni. Mógł mieć niezłą emeryturkę, sadząc sobie rabatki i słuchając narzekań Franca, gdy Jojo gotowała im te pyszne posiłki.
Podniosłam pudełko i przeniosłam rzeczy na stół najbliżej klubu. Starając się nie dotykać zastawy, wyjęłam świece niepasujące kolorem do koncepcji i zaczęłam wykładać biało złote. Miałam właśnie obejrzeć się na mężczyzn, chcąc ich podsłuchać, gdy do sali weszła piękność w zielonej sukni z satyny, która podkreślała jej szerokie biodra i ogniste włosy splecione w kłos. Zatrzaskiwała akurat torebkę ze złotych kamieni i jej wzrok spoczął na mnie. Widocznie zaskoczona uśmiechnęła się delikatnie, podchodząc bliżej.
Lynn Bronsky, dziewczyna Aarona Benedicta, prezydenta młodszej gwardii i makijażystka. Ona miała najbardziej zastanawiające akta, bo czyste jak nikt. Wychowana w domu dziecka w Nowym Jorku, nigdy nienotowana, ani jednego zapisu, który wzbudziłby czyjekolwiek podejrzenia. Była zbyt... przeciętna, jeśli patrzyło się na jej przeszłość, ale gdy człowiek zaglądał w te oczy, dostrzegał tam coś jeszcze. Drugą twarz - taką, którą przywdziewała, nakładając makijaż.
- Cześć. Sugar nie mówiła, że to wasze dzieło. - Lynn wskazała na stoły i całą salę. - Boskie.
- Dzięki. Jojo niemal już płakała mi kilka dni, że chciała czegoś spekulatywnego.
- Ta dziewczyna ma talent - zauważyła, zatrzaskując torebkę z siłą. - Odwiedziłam ją w piątek i prosiłam o kosz dla nowożeńców. Byłam pod wrażeniem, jak zobaczyłam kosz nie z kwiatów, ale z szampana. Rozumiesz? Gdy ludzie się zakochują, mają zawsze okazję do świętowania... W dniu ślubu, urodzenia pierwszego dziecka, pierwszej kłótni. To po prostu... był niesamowity pomysł.
- Słyszałam... Sugar już powiedziała Jojo, że musi wymyślić dla niej coś równie odjechanego.
Lynn zachichotała, a zatrzask w jej torebce znów się otworzył.
- Kłopoty? - zapytałam, wskazując torebkę.
- Proszę... tak się śpieszyłam... Jeszcze Sugar musiałam umalować i dopiero zeszłam. Torebka mi wypadła z rąk w windzie. Przepraszam cię na chwilę. Ron!
Patrzyłam, jak Lynn podchodziła do swojego wielkiego faceta niewyglądającego na kogoś, kto zajmował się naprawianiem damskich torebek, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Właśnie zastanawiałam się, czy mądrze zrobiłam, zaprzyjaźniając się z tą kobietą, ale ona uśmiechnęła się szeroko, jakby nie było problemu, kim byłam.
Jasna cholera!
Drzwi się otworzyły i do sali wszedł kolejny mężczyzna. Wystarczyło na niego spojrzeć, by odpłynąć. Cash Armstrong. Ten facet był wysoki, jasnowłosy, miał przeszywające niebieskie oczy i smukłe, umięśnione ciało. Nie był klasycznym przystojniakiem, ale wiedział, jakie wzbudzał zainteresowanie.
Był akurat czymś niewiarygodnie rozbawiony, zapinając marynarkę.
Jego wzrok spoczął na mnie. Spojrzenie było zachęcające, zaraz pojawiły się w oczach iskierki rozbawienia, jakby właśnie pomyślał o seksie i go to bawiło.
Odniosłam wrażenie, że facet zawsze o tym myślał, jego kroki skierowały się do mnie, gdy tworzyłam kolejną kompozycję. Pomyślałam z roztargnieniem, że musi być pewny siebie, jeśli miał zaraz do mnie podbijać.
- Cash! Pomóż mi zejść ze sceny! - Usłyszałam donośne wołanie.
Everly Kamakura wyciągnęła dłonie w jego kierunku, stojąc na schodkach.
- Księżniczko, masz tu swojego faceta.
- Ale ty jesteś najbliżej!
Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem.
Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego kiedy potrzebowała pomocy, przywołała Casha. Musiałam jej chyba za to podziękować. Chwyciłam pudło i wsuwając ciężkie krzesło pod stolik, odwróciłam się, chcąc pójść po drugie. Zbyt późno dostrzegłam, że inny gość szedł tą samą alejką i gdy się odwracałam, uderzyłam prosto w niego. Nie upadłam, bo to pudełko w niego walnęło.
Cholera.
Wszystkie świece w kolorze łososiowym się wyspały. Jojo z nieznanych mi powodów kazała mi je wymienić w kryształowych wazonach.
Niech to szlag!
Jeśli narobią plam na płytkach, będzie sprzątanie.
Spojrzałam na świece, a potem uniosłam wzrok na intruza. W mgnieniu oka dostrzegłam, że klatka piersiowa w białej koszuli była... ogromna. Nie opasła, tylko szeroka jak u zawodnika MMA. Potem zobaczyłam szyję pokrytą czarnym tuszem. Stał przede mną wysoki, przynajmniej o kilkanaście cali wyższy ode mnie, wielki, dobrze zbudowany facet w obcisłej kamizelce, bo marynarkę trzymał pod pachą. Do tego czarne spodnie podkreślały umięśnione uda. Gęsta, brązowa, może ciemny blond broda i wąsy. Włosy krótko przycięte. Wygolone po bokach, na górze dłuższe, lekko zakręcone. W uszach i w brwi kolczyki, w nosie mała podkowa.
O matko święta! Jego oczy nie miały jednej barwy, nie były ani zielone, ani brązowe, ani niebieskie - to taka unikalna mieszanka. W tym właśnie momencie zapragnęłam oczyścić umysł i przypomnieć sobie, z kim mam do czynienia, ale nie mogłam.
Uklęknęłam bez słowa, bo głos uwiązł mi w gardle, i zaczęłam zbierać świece.
- Przepraszam - bąknęłam cicho.
- Dragon! Punkt dla ciebie - ucieszyła się Everly. - Pomogłabym... ale nie mogę się schylić. Cash, złotko, pomóż pani i Dragonowi.
- Jesteś tak bardzo upierdliwa, księżniczko.
Jezu, ten olbrzym faktycznie zbierał te świeczki i wrzucał je do pudełka.
Odwróciłam się przez ramię. To był Dragon, czyli Jay Kenneth Shivers lub J.K. Shivers. Wszyscy go tu znali. Artysta. Miał swój warsztat i sklep z samochodami Dragon's Car, a także swoje czasopismo i strony internetowe. Był miejscową legendą, jeśli chodziło o samochody i dzieła, które rysował i podpisywał jako Dragon bądź J.K. Shivers.
Jego wzrok spoczął na mnie, przesunął się na Casha z tyłu i wrócił do mnie.
- Przepraszam - powiedziałam, gdy znalazłam świece pod krzesłem. - Nie patrzyłam, czy ktoś za mną jest.
- A on jest tak szeroki, że łatwo go przegapić, skarbie.
Po tej uwadze Casha zauważyłam, jak policzki Dragona nabierają różowego koloru, a koniuszek ust wędruje w górę w zakłopotanym półuśmiechu.
- Nie, zamurowało mnie na jego widok - powiedziałam sucho i uśmiechnęłam się do olbrzyma. - Muszę przyznać, że robisz wrażenie.
Wstałam z pudełkiem świec, odwracając się do Casha, ale obok mnie oprócz niego stali Everly, która jadła jogurt małą łyżeczką, Storm, który jej ten jogurt trzymał, i Lynn. Wszyscy wyglądali na rozbawionych moją uwagą.
- Dwa zero dla Dragona - obwieściła zadowolona Everly. - Cash, zabierz od pani pudełko, bądź dżentelmenem.
I pudełko zostało odebrane mi siłą.
- Jaka ty jesteś dziś upierdliwa, Everly. - Cash odwrócił się do mnie z szerokim uśmiechem. - Przepraszam za ciężarną. Jestem Cash, skarbie, a ty?
- Madison. Madison Ford.
- Słodka.
- Znowu się spóźniłeś - mruknęła nieco rozbawionym tonem Lynn i wskazała za mnie. - To Dragon, a to Nash i Everly.
Nash nie spuszczał ze mnie wzroku, ale odniosłam wrażenie, że nie byłam pierwszą, którą te oczy tak śledziły.
Zapoznałam się ze wszystkimi członkami klubu, podając im dłoń, nim odwróciłam się i pokazałam Cashowi, że potrzebuję drugiego pudełka.
- Przepraszam, ale muszę się śpieszyć, już mało czasu zostało do imprezy. Jojo mnie zabije, jak nie wymienię świec - odparłam w taki sposób, jakbym bardzo starała się nie wybuchnąć śmiechem.
Ta wymiana zdań nieco zbiła mnie z tropu, gdyż oni byli mili, nie szczędząc złośliwości tylko sobie. Dragon trzymał dwie świeczki w dłoni. Oderwał ode mnie wzrok i rozejrzał się po pomieszczeniu. Najwyraźniej zastanawiał się, co miał z nimi zrobić, więc jego spojrzenie prześlizgnęło się na mnie. Stanęłam obok niego, wyglądając niemal jak przed zawodnikiem bokserskim, i wyciągnęłam dłonie, aby sięgnąć po świeczki.
- Ja tylko... - Urwałam i zerkając na niego, podjęłam decyzję, że pora być poważną. - Dziękuję. To moja niezgrabność, ale dzięki za pomoc.
Czy to nie było uprzejme? Było, ale koleś mi nie odpowiedział, tylko skinął głową.
W porządku.
Zabrałam świece i odeszłam do Casha, który niósł drugie pudełko.
- Gdzie ci je zanieść, piękna?
- Dam sobie radę, możesz mi je oddać. - Chwyciłam za nie, ale on je trzymał pewnie.
- Cash - powiedział i mrugnął szelmowsko.
O rany! On tak na poważnie?
- Cash... dzięki, ale mam pracę.
- I skończysz ją szybciej, jak ci pomogę.
Podryw.
Nie byłam odporna na miłych facetów, ale nie lubiłam się angażować z niskich pobudek. Mój tryb życia wyrzucał z mojego otoczenia facetów, którzy byli płytcy bądź zainteresowani tylko moim tyłkiem. A on na niego zerkał, gdy szedł za mną.
- No cóż, Cash, jak chcesz pomóc, to zacznij wyjmować świece w tej partii stołów - odezwałam się.
Gapiłam się na niego, przypuszczając, że chyba mnie nie usłyszał.
- Chciałeś pomóc - powtórzyłam.
- Pomogę... Obawiam się, że to coś może tego nie wytrzymać... - Zerknął na szklany wazon wyglądający na kruchy w otoczeniu białych kwiatów.
- Dasz radę, to zabawa dla dużych chłopców.
Zerknęłam na salę. Dragon stał z rękoma skrzyżowanymi na piersi i odniosłam wrażenie, że z jakiegoś powodu był zirytowany. Nie patrzył tu, a może tylko kątem oka... Wydawało mi się, że rozmawiał z Lynn.
Postanowiłam jednak więcej nie zaprzątać sobie tym głowy, zjawiłam się tu w konkretnym celu. Dragon był potężnym facetem i nie wyglądał na takiego, którego łatwo mi będzie usunąć z drogi. A mogłam potrzebować się go pozbyć.
Cholera, to nie Nash był moim kłopotem. Patrzyłam ukradkiem, jak wysuwał Everly krzesło, aby usiadła i poprawiał jej włosy na karku. Ta kobieta musiała być superszczęśliwa z takim facetem. Nie dyskryminowałam tych dziewczyn za to, że lubiły złych facetów, kto ich nie lubił? Nawet ja, wsadzając ich niejednokrotnie za kratki, czasem zastanawiałam się, jakby to było mieć takiego kochanka.
Z powrotem odwróciłam się do Casha.
- Hm... Ja naprawdę nie chcę cię wykorzystywać. Dam sobie radę, dziękuję, Cash.
Zareagował wybuchem śmiechu.
- Naprawdę - upierałam się.
- Nie ma problemu - odparł, męcząc się ze świecami.
- Obyś nie kazał mi zapłacić.
- Dziewczyno, tak bardzo chcę zobaczyć, jak się uśmiechasz, że robię to z przyjemnością.
W porządku. Chyba spokojnie mogłam zaryzykować stwierdzenie, że właśnie wkroczyłam na normalny, bezpieczny tor prowadzący do ich świata, i zaczęłam z nim flirtować. A potem ujrzałam Lucasa Kazova, Thima, męża Sugar, który ubrany w czarny frak, zachowując nienaganny wygląd włoskiego playboya, przeniósł spojrzenie ze mnie na Casha.
- No dobrze, co tu się dzieje? - spytał.
- Panie Kazov. - Grzecznie się ukłoniłam. - Już kończę pracę, jeszcze pięć minut, oprawię tylko wstążki...
- Po pierwsze, nazywam się Thim albo Lucas - powiedział, do mnie unosząc dłoń.
- Hm... Cześć?
- Dlaczego Sugar kazała mi tu zbiec i uchronić jej kwiaciarkę przed podstępnymi zakusami Casha, zanim zrujnuje jej przyjęcie?
- Ja jej zrujnuję? - przerwał Cash. - Będzie to powód zakończenia tego cyrku i noszenia strojów dla pajaców.
Zerknęłam na niego przez ramię, czując, jak ogarnia mnie całkowite rozbawianie, i znów zwróciłam się do Thima.
- Siedź cicho, Cash - mówił Lucas. - Wiesz, że to dla niej ważne, więc bądź tak miły i nie jęcz jak cipka.
- Przepraszam, nic się nie zepsuje, nie ma prawa - dodałam. - Ja już kończę, a goście zaraz będą zajmować stoliki. Zatem nie będzie dość czasu.
- Cholera, przyjęcie... - mruknął, pokazując Cashowi, aby siedział cicho.
- Kazov!
Thim się odwrócił.
Między rzędami krzeseł szedł niski Latynos w kamizelce Krupierów z naszywką Prezydenta na piersi. Rick Gonzales. Pokazał na niego palcem.
- Mamy do pogadania, ważniaku. Kto, kurwa, kupił ten pierdolony zajazd na Pięćdziesiątej Siódmej?
Thim podrapał się po brodzie całkiem rozbawiony, a ja starałam zająć się stolikiem, przy którym stali.
- Faktycznie, chyba powiedziałem o tym Sugar.
- Miałeś trzymać gębę na kłódkę - warknął Rick.
- Nie wiedziałem, że spienięży to, zanim w ogóle skończę zdanie. Pierdolone przelewy telefoniczne.
Rick spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Ona właśnie mi pisze, że robimy tam kolejny lokal ze striptizem - zerknął na mnie.
Jego ciemne oczy były czujne, więc przeniosłam się na kolejny stolik.
- Nie potrzebujemy kolejnego lokalu, to kiepska klientela. Tu są cztery kluby. Myślałem o czymś innym, może o motelu, to przy drodze.
- Powiem jej.
- Kurwa, twoje jaja zawsze robią problemy.
- Moje jaja? Rick, twoje są zawsze opóźnione.
- Moje przynajmniej nie są złote, skurwielu. - Nie brzmiało to jak groźba, raczej jak ostrzeżenie.
- A chcesz, aby były? Poproszę ładnie Sugar. Ona cię bardzo lubi.
Rick się chyba zawahał, a ja byłam ciekawa.
- No weź... nie strasz mnie - dodał rozbawiony, klepiąc go po plecach. - I pamiętaj, jak urządzi taką fetę któremuś z moich chłopców, to będę musiał całkiem nieelegancko kazać jej się odpieprzyć. Mniej to na uwadze.
Nie usłyszałam reszty, musząc przenieść się na kolejny stolik. Rick został prezydentem mianowanym przez Sugar. Thim, co było dziwne, włożył ich kamizelkę. Syn MP5 nosił Krupiera na piersi i sądząc po pojawieniu się tu Ricka, ich stosunki uległy poprawie.
Ja nie miałam z tym problemów, ale Hoyt Boyar już tak. Zbyt skorumpowany, aby docenić, że dwa kluby na jednym terenie nie wyrzynają się nawzajem.
Odwróciłam się, zabierając pudła, gdy wróciła Jojo, by pomóc mi ze wstążkami. Ruszałyśmy się sprawnie, niemal mając to wszystko opanowane. Nie mogli przecież mnie o nic podejrzewać. Byłam całkiem pewna, że to przejdzie.
Jojo zerknęła na mnie.
- Powoli goście się zbierają - zauważyła zdenerwowana. - Sugar była zachwycona zdjęciem tarasu, kazała sobie wysłać.
- Wiedziałam, że jej się spodoba - powiedziałam. - Jojo, jesteś moją supermocą. To jest piękne.
- Wiem. Franco wrzucił już fotki na naszą stronę internetową.
- Ten dzieciak ma hopla na twoim punkcie.
Zarumieniła się.
- Tak, zrobił nam wczoraj kolację i wybył z domu - dodała, gdy zszywałyśmy wstążki do kotary na podium dla orkiestry.
- Dzieciak chce, abyś została jego macochą. Park jest tylko osłem, daruj mu.
Gdy motocykliści się zbliżali, moje ciało od razu się spięło, zachowując czujność, ale nie podeszli do nas.
- Park chce tu zostać - oznajmiła bez ogródek Jojo. - Widzę to, jak wstaje rano i uśmiecha się do ekspresu, zaparza nam kawę, a potem staje na schodach i bezceremonialnie drze się na Franca, aby nie zaspał do szkoły. Chyba odżywa; powoli, ale to już coś.
Przesunęłam się jeszcze o dwa kroki do niej.
- Tak, wiem. Przynajmniej dzieciak nie nosi już bransoletki na nodze, miejmy nadzieję, że znajdzie sobie tu przyjaciół.
- Dwa domy dalej mieszka Moiya, w jego wieku, wiem, że wspominał o niej, gdy jechaliśmy do kwiaciarni.
Nieźle.
- Lubi cię.
- Bo powiedział mi o sąsiadce? - spytała.
- Nie. Bo przychodzi nam pomagać po szkole, a to już coś znaczy - dodałam.
Storm wskazał coś Ronowi, a ja podążyłam za jego wzrokiem. W kącie pomieszczenia pod sufitem wisiała kamera, a światełko na niej połyskiwało na zielono. Cholera. Ubezpieczyli się, choć wiedziałam, że podsłuch tutaj nie wchodził w grę. Nie sądziłam jednak, że załatwili tu swoje sprawy.
Odwróciłam wzrok na Jojo.
- Nie możesz się poddać, Jojo. Park cię lubi, udawanie pary to świetny pomysł, aby cię tutaj zatrzymać - powiedziałam stanowczo.
Potrząsnęła głową na znak, że byłam w błędzie.
- Udawanie to tylko udawanie - podkreśliła.
- Nawet on nie udaje tak doskonale. Zarządź wspólną sypialnię i po nim.
- Tak, umrze na zawał serca, jak tylko znajdę się w jego łóżku.
Miała niezły temperament, właśnie tego potrzebował Park, aby emerytura nie odbiła się na jego zdrowiu psychicznym.
- To twardy facet, wierz mi. Podoła.
- Tak, kolacja kończy się przed telewizorem na kanapie, a jak tylko się przybliżę, to zaraz ucieka pod pretekstem robienia popcornu.
- Romantycznie.
- Tak, jakby robił go nago.
Dałam jej kuksańca.
- Niedobra dziewczynka.
Uśmiechnęła się słabo. Pomogłam jej sprzątać i pożegnawszy się ze wszystkimi, wymknęłyśmy się na parking. Zamówienie było opłacone z góry; nie mogłam narzekać, kwiaciarnia dawała sobie radę. Wsiadłam do samochodu, wpatrując się w parking. Ruszyłam z impetem. Po drodze mijałam motocykle, to musieli być Krupierzy i Dogs of Hell, bo na kamizelce widniał pies śmierci z rozszerzonymi kłami gotowymi do ataku.
*
Wróciłam na Maine i zaparkowałam na parkingu. Jojo pojechała do siebie ciężarówką. Okna w kwiaciarni były kolorowe, zachęcając do wejścia do środka. Jojo przystroiła niemal każdy kąt kwiaciarni babci. Miałyśmy tu mały składzik na tyłach i parking na dostawczaka dla hurtowników.
Weszłam bocznymi drzwiami i wspinałam się klatką schodową na górę, nie włączywszy światła. Byłam zmęczona i głodna, ale najbardziej pragnęłam kąpieli. Nad kwiaciarnią było małe mieszkanie babci, które mi pasowało. Moje pudła może tarasowały salon i korytarz, choć i tak upychałam je, gdzie się dało. W mieszkaniu znajdowały się mała kuchnia z białymi meblami, zachodnia ściana z czerwonych cegieł, chromowana lodówka, suszarka z pralką wciśnięte w kąt i wąski stolik przy oknie wychodzącym na Maine. Uroczo się piło tu kawę.
Do biura szeryfa miałam kilka kroków, byłam tam tylko raz - by złożyć zeznanie o wybiciu okna w kwiaciarni przez silny wiatr, który oderwał kosz od ramy i rzucił go na wystawę. Salon był wygodny i w stylu babci - z oknami zasłoniętymi roletami, wychodzącymi na przeciwną stronę budynku. Mała, bardziej ozdobna kanapa z kolorowymi poduszkami i beżowe ściany z obrazkami Danville z dawnych lat. Podłoga z twardego drewna, z wyjątkiem miniaturowego brązowego dywanu w kwiatki. To, co najbardziej mi się podobało, to minimalizm. Babcia miała tu kominek z białego gipsu, a na nim kilka zdjęć rodzinnych.
Była tu jedna sypialnia z łazienką, nic ekskluzywnego. Okna wychodziły na parking, ale i tak trzymałam żaluzje zasunięte. Urządzona w tym samym stylu co salon. Wielkie łóżko, wygodny fotel, komoda. Właściwie nie potrzebowałam wiele.
Ten segment znajdował się w rejestrze budynków historycznych. Sąsiedztwa nie było za wiele, ale restauracje wokół i ruch działały na mnie uspokajająco. Miałam dwie kamery i ich podgląd, gdybym spodziewała się gości, na schodach był czujnik ruchu, w kwiaciarni również.
Poczułam się, jakby Danville było moim domem, małe miasteczko z kulturą sięgającą kilkudziesięciu pokoleń, dobre jezdnie, mała przestępczość i miła atmosfera. Moja mama się tu wychowała, nadal wspominała ten okres z sentymentem.
Przeszłam przez mieszkanie w ciemności i rzuciłam się od razu na łóżko przytulając do poduszki, jak do kochanka.
Właściwie to byłam szczęściarą. Pracując w policji, nie raz widziałam zaniedbywane dzieciaki, przerażające czyny małżeńskie i patologie, które wprost wylewały się z domów.
Martin, mój tata, był świetnym facetem, rozpieszczał mnie do szaleństwa jak Lonni, a gdy wstąpiłam do szkoły policyjnej, płakał na rozdaniu świadectw. Zrobił to z radości albo strachu, że będę teraz narażona na niebezpieczeństwo, gdy on starał się mnie chronić.
Moi rodzice naprawdę się kochali. I okazywali to, zbyt często jak na mój gust. Dlatego moje dorastanie było łatwe, mogłam wybrać drogę, jaką chciałam.
Mama co rusz dzwoniła, aby zapytać, czy kupić mi na walentynki bieliznę taką dla faceta, czy na samotny wieczór.
Moja siostra, z którą często się kłóciłam w dzieciństwie, jako pierwsza wyszła za mąż i wyprowadziła się z domu rodzinnego. Urodziła dwóch chłopców i dziewczynkę.
Kochałam ich wszystkich.
Spęd rodzinny w moim domu był tłoczny, ja zabierałam Jojo, uważając ją za siostrę, a tata zapraszał Bena Jonesa. Mama nigdy nie oceniała; nawet wtedy, kiedy przyprowadziłam do jej domu zlęknioną siedemnastolatkę, mówiąc, że potrzebuję, aby z tatą złożyli wniosek o adopcję, zrobili to bez sprzeciwów. W kartotece Jojo Yosra była moją siostrą, i tyle.
Kilkanaście lat temu nawet nie przyszłoby mi do głowy, że będę musiała ich o cokolwiek prosić w związku z Jojo. Oni sami do niej przywykli, nawet Lonni podrzucała jej dzieci.
Dorastałam w przeświadczeniu, że najpierw praca, a potem znajdę faceta. Oczywiście na posterunku trudno było mówić o romansach - nocne zmiany i odsypanie ich temu nie sprzyjały. Miałam wibratory, które kupowałam chyba już w hurcie, a potem zapominałam dokupić baterii.
Było kilka randek i związków. W Illinois byłam barmanką w klubie nocnym i sypiałam z Charlesem, facetem o świetnym ciele, właścicielem siłowni. Nie to, że byłam ambitna, nic z tych rzeczy, po prostu moja praca rzucała mnie w różne miejsca, a nawet będąc zakochaną, nie czułam więzi na tyle, aby zostać gdzieś dłużej dla jakiegoś faceta. Nie zalazłam tego, co mieli moi rodzice.
Ben twierdził, że byłam sprytna, więc może moje długie nogi się do czegoś przydały. Mama zaś mówiła, że uroda to nie wszystko, musiałam być mądra. I owszem, miała rację, ale Ben również. Cóż, tata nie miał rad, on mnie przytulał i podkreślał, jaki był dumny ze swojej córeczki. Byłam agentką FBI. Mój dziadek dzwonił tylko po to, by zapytać, czy żyłam, czy miałam się dobrze, i przypomnieć, abym pamiętała, że to jego pogrzeb miał się odbyć pierwszy. Dobrze, że babcia Talia go nie słyszała.
Więc tak... rodzinę miałam udaną.
Usiadłam na łóżku, zdjęłam kurtkę i botki, włączyłam lampkę i położyłam się na poduszce, wpatrując w sufit. Mogłam wyjąć akta z sejfu, ale miałam je w głowie. Przygotowałam się do tego przez miesiące. Paxton dał mi to zlecenie, a ja znalazłam tu coś dla siebie. Możliwość. Agenci się wypalali po niepowodzeniu. Ja jeszcze byłam u szczytu sił i kariery.
Plotki o Hoycie Boyarze i skorumpowanych gliniarzach w Danville dotarły do kilku źródeł, które chciały poruszyć ten temat. Były jednak dwa kluby i mafia, a sprawdzanie, z kim Boyar współpracował i od kogo brał kasę, było do rozpatrzenia. Miałam podsłuch w biurze szeryfa, kilku jego lokalizacjach i radiowozie. Macmillan również go miał. Nie było mu łatwo się przystosować. Śledzenie Boyara mogło mnie sporo kosztować, ale biuro szeryfa było niedaleko. Park miał na niego oko, jak Jojo, a Franco monitorował resztę. Byłam tajnym agentem i lubiłam pracować z nimi. Mogłam również zawsze zadzwonić do Roxi i Nalana w Saint Louis, ale chciałam na razie znać swój teren.
Boyar miał konszachty z wieloma ciemnymi typami, już za straszenie i branie łapówek od Lanca - kandydata na senatora - powinnam była go przyskrzynić, ale mógł się z tego wywinąć, mając dobrych adwokatów. Ja potrzebowałam niezbitych dowodów. Była lista ludzi, z którymi ten drań współpracował. Duże pieniądze i zachłanność, widziałam to w jego oczach. Byłam tylko zaskoczona, że przekupił do tego czwórkę swoich ludzi z zastępcą i dwójką innych funkcjonariuszy. Uważał się za nietykanego, a takich ludzi zawsze gubiła nie tylko pazerność, ale również zbyt duża pewność siebie. Jego układy były jak nitka prowadząca do kłębka, on wciągnął tam wszystkich: od burmistrza, przez radnych, po biznesmenów. Miał jedną przeszkodę w szybkiej karierze.
MP5.
Timothy Kazov był weteranem, służył w Libii i Afganistanie, nim osiadł w Danville, zasłużony żołnierz. Każdy z moich informatorów w FBI kazał mi na niego uważać. MP5 był szefem, który bronił swojego terenu, a jeśli Boyar pociągnie go za mocno, pewnego dnia nie znajdę jego ciała.
Dlatego gdy pierwszy raz ujrzałam go w kwiaciarni, kiedy kupował kwiaty dla żony, byłam zaskoczona. Na zdjęciach nie prezentował się tak imponująco jak na żywo. I spodziewałam się kamizelki, w końcu był prezydentem klubu. Siwa broda, modnie przystrzyżone włosy i ciemnoniebieskie oczy. Był prawie tak szeroki, jak wysoki i miał wytatuowane dłonie. Wielka klatka piersiowa kryła się pod koszulą w kratę, spod kołnierza również wystawał kolorowy tusz, a do kowbojskiego paska przy dżinsach przytwierdzony był pęk kluczy, pewnie od harleya.
Ten facet był intrygujący.
Akurat pakowałam róże, równo pięćdziesiąt trzy. Skrzyżowałam spojrzenie z MP5, którego oczy zlustrowały mnie od stóp do głów.
Ewidentnie mnie oceniał, denerwowałam się, ale wtedy on zapytał o moją babcię, okazało się, że doskonale ją znał. Jego żona ją uwielbiała. Czułam się, jakbym była intruzem, którego nikt nie zapraszał na swoje terytorium, ale nie był niegrzeczny. Miałam takie wrażenie, dlatego że spojrzenie MP5 z ciepłego, kiedy patrzył na Jojo, stało się zupełnie pozbawione wyrazu, gdy przeniósł wzrok na mnie. Nie, nie mógł wiedzieć, że byłam agentem. To było niemożliwe.
Nashville Cava nie był w stanie mnie prześwietlić tak szybko. A przecież MP5 nie był jakimś idiotą. Rozmawiał ze mną swobodnie, nie miał broni ani noża, co często widziałam u innych motocyklistów. Obraz z naszywki miał wytatuowany na dłoni, dostrzegłam to, gdy płacił. Musiałam się skupić, a już jedno spojrzenie na niego dawało mi znać, że to będzie trudny przeciwnik. Niewątpliwe obaj z Aaronem Benedictem uprzykrzą mi życie. To było pewne jak to, że moim ulubionym smakiem lodów były czekoladowy z orzechami.
Zasnęłam, analizując moją akcję.
Obudził mnie dźwięk komórki. Zamrugałam, zerknęłam na zegar cyfrowy, było przed północą. Cholera, znowu zasnęłam w ubraniach, przekręciłam się i znalazłam telefon na materacu.
Franco. Niedobrze.
- Co tam? - zapytałam, zaspanym głosem.
- Przepraszam, Mads... Zasnąłem i dopiero teraz się zorientowałem - mówił z przejęciem.
- O czym?
- Boyar i jego zastępca aresztowali Nashville'a Cavę przed domem Everly Kamakury. Nie zabrali wozu Boyara, więc nie wiedziałem, co planują, i gdy zajrzałem do kamer, oni już wprowadzili go do biura szeryfa.
Zerwałam się z miejsca.
- Melduj!
Rzuciłam się do szafy, gdzie miałam sprzęt i ekrany, mogłam więc podłączyć się pod monitoring.
- Jest w celi, skuty. A Kamakura dzwoni po kogoś, to starsza kobieta, to chyba mama Everly... Wprowadza ją do domu.
- Dobra, podłącz mnie pod jego biuro, gdzie teraz jest Boyar?
- Poczekaj... - Słyszałam szuranie. - Na korytarzu rozmawia z Macmillanem, nie są w biurze, więc nic nie usłyszysz.
Cholera!
- Obudź tatę.
- Już do niego dzwonię - zapewnił Franco.
Podsuwając sobie fotel, włączyłam monitory, które zainstalował mi tu razem z klawiaturą Franco, i zadzwoniłam do Paxtona.
Odebrał równie zaspany.
- Lancaster?
- Zaczęło się, szefie. Boyar sprzątnął Cavę, jak przypuszczałam. Będzie brał się do Dogs of Hell.
- Dobrze - ziewnął, ale czułam, że jest przytomny. - Ile ludzi?
- Daj mi piętnastkę. Chcę mieć ich tu rano. Niech Noah ich przygotuje, on wie, co się święci - rozkazywałam, widząc już podgląd z biura szeryfa.
Boyar z Macmillanem dyskutowali w korytarzu pod okiem kamery, a dwóch jego skorumpowanych gliniarzy było w środku, co znaczyło, że się zabunkrował, gdyby klub chciał odbić Nasha.
- Chcesz posiłki z Louisville? - zapytał Paxton, gdy powiększyłam podgląd spod domu Everly.
Światło było włączone tylko na dole, a audi a8 stało przed garażem.
- Nie, szefie. Naszych. I chcę wiedzieć, co planuje dla Cavy. Będzie chciał się go szybko pozbyć.
- Bądź czujna, Lancaster. Zbieram ludzi.
To w nim uwielbiałam, był szefem, który zawsze wiedział, że lepiej pracowało się bez kurewskich narzekań i braku zaufania. Noah już będzie działał. Włożyłam słuchawki do uszu, widząc zielone światło, co znaczyło, że miałam połączenie z piwnicą Franca.
- Jesteś?
- Tak, i tata też jest - odparł chłopak.
- Co mamy? - spytał przytomnie Park, siorbiąc pewnie kawę, od której był uzależniony.
- Sprzątnął Cavę.
- Tak, więc Boyar planuje ruszyć, jeśli związał ręce psom.
- Nie mam podsłuchu - wkurzył się Franco. - Cholera, mogliśmy go założyć w całym biurze szeryfa.
- Spokojnie, jeszcze ich usłyszymy - pocieszył go ojciec.
- I tak mamy sporo, a on będzie chciał coś ugrać. Podrzuć mi listę i podsłuch jego rozmów. Posłucham, do kogo i po co dzwonił, może się czegoś dowiemy.
Słuchałam kilku - gdy dzwonił do Macmillana i kazał mu się zbierać oraz gdy jechali na akcję; dzwonił też do prokurator Kenneth, by poinformować o zarządzeniu nakazu.
- Widzisz to, Mads? - zapytał Franco, a ja spojrzałam na ekrany.
Pod dom Everly podjechała kawalkada motocyklistów, zsiadali z motorów i wysiadali z samochodów, a kilku z nich parkowało właśnie przed biurem szeryfa.
- Klub przyjechał po swojego - relacjonował Park. - Boyar się zorientował, więc ich tam nie wpuści.
- Mają prawnika.
- Ale Boyar coś wymyślił, wie, że niedopuszczanie Thomsona będzie na jego rękę.
Widziałam również kobiety, które wysiadały z samochodów i pędziły do domu. Na pewno były tam Molly Kazov, Stella Benedict i Lynn. Motocykliści - Ron, Lee-jin Thomson, Cash, MP5, kojot i inni - zostali zatrzymani już na dole przez uzbrojonych funkcjonariuszy. Nie słyszałam, co mówił do nich Boyar, ale rozmowa musiała przebiegać dość nieciekawie.
- Jak myślisz, za co go przyskrzynił? - zapytał Franco.
- Pewnie coś mu podrzucili - dodał Park. - On obecnie jest mało ważny. Jeśli Boyar czegoś chce, to zrobi to teraz.
- Noah jest w drodze. Musimy śledzić Boyara i ruszamy, chłopaki; muszę wiedzieć, co planuje.
- Na pewno pozbycie się Dogs of Hell, są mu nie na rękę, bo nie robią układów ze skorumpowanymi gliniarzami - dodał Park. - Tylko dlatego że mieli nauczkę.
- Lubisz ich, cwaniaczku. Dobra, Franco, moja miłości, pamiętaj, że jutro masz być w domu, więc napiszę ci zwolnienie do szkoły.
- Jutro jest sobota.
- Och, okej, zapomniałam.
Park zachichotał, gdy ja akurat oglądałam podgląd z kamer. Boyar szedł z Macmillanem do biura na piętrze.
- Dobrze, chłopcy, zaczynamy akcję. Franco, wszystko nagrywamy, wyślij to do naszych ludzi, do Roxanne, musimy mieć pełną dokumentację. Bez żadnych wykrętów.