p

Wszystkiego najlepszego dla mnie - Monika Pryśko

Kup ebooka

49.99 zł
40.99 zł (40,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wierzę tylko w dobre horoskopy

Moim zna­kiem zo­dia­ku jest Strze­lec, uro­dzi­łam się 20 grud­nia 1985 roku. Prak­tycz­nie za­wsze, gdy w ja­kie­jś ga­ze­cie znaj­du­ję ho­ro­skop, po­świ­ęcam parę chwil, by go prze­czy­tać. Szu­kam w nim tych pe­łnych en­tu­zja­zmu ha­seł, że to będzie mój mie­si­ąc czy rok, że na­stąpi szczęśli­wy zwrot ak­cji, że do­ko­nam do­bre­go wy­bo­ru. Nie wiem, ja­kim cu­dem, ale w tym roku mój ho­ro­skop ca­ło­rocz­ny obej­rza­łam w ser­wi­sie YouTu­be do­pie­ro w mar­cu. Ja­kież było moje zdzi­wie­nie, gdy oka­za­ło się, że ten rok to będzie dla mnie pa­smo suk­ce­sów, bo­gac­twa, do­bro­by­tu i szczęścia. Oczy­wi­ście w mgnie­niu oka uzna­łam tę in­for­ma­cję za praw­dzi­wą i z za­my­słem w nią uwie­rzy­łam. Wie­czo­rem tego sa­me­go dnia opo­wie­dzia­łam o tym mo­je­mu part­ne­ro­wi, któ­ry jest bar­dzo scep­tycz­ny, je­śli cho­dzi o sfe­rę ezo­te­rycz­no-du­cho­wą. Na ko­niec na­szej roz­mo­wy do­da­łam, że ja wie­rzę tyl­ko w to, w co chcę wie­rzyć, w co uwie­rzyć jest mi przy­jem­nie. Ro­bię to po to, by do­dać so­bie mocy, by do­brze się na­sta­wić, by mieć wi­ęcej siły na mie­rze­nie się z wy­zwa­nia­mi. Nie je­stem igno­rant­ką, nie wie­rzę w śle­py los i nie cze­kam, aż coś spad­nie mi z nie­ba. Zda­ję so­bie spra­wę z tego, że od­bior­ca­mi ho­ro­sko­pu dla Strzel­ca są mi­lio­ny osób i mało praw­do­po­dob­ne, by wró­żba spraw­dzi­ła się u wszyst­kich, ale mimo wszyst­ko ja te do­bre ży­cze­nia przyj­mu­ję. Ka­żdą do­brą wró­żbę, któ­rą mogę uznać za skie­ro­wa­ną do mnie, od­bie­ram bar­dzo oso­bi­ście. Ro­bię to świa­do­mie, mo­żna po­wie­dzieć z pre­me­dy­ta­cją, bo ży­czę so­bie wszyst­kie­go naj­lep­sze­go.

Wszystko jest w naszych rękach, bo to my nadajemy znaczenie różnym przedmiotom, sytuacjom, zjawiskom.

Przez lata moja mama pil­no­wa­ła, by jej oso­bi­sta to­reb­ka ni­g­dy nie sta­ła na zie­mi. Gdy otwar­ta tor­ba stoi na zie­mi, to pie­ni­ądze z niej ucie­ka­ją, sły­sza­łaś o tym? Aż któ­re­goś dnia, ca­łkiem nie­daw­no, ze zdzi­wie­niem wska­za­łam ma­mie jej znaj­du­jącą się na podło­dze tor­bę, bo prze­cież nie może tak le­żeć z otwar­tym zam­kiem. Na co moja mama: "Jak pie­ni­ądze mają z niej ucie­kać, to rów­nie do­brze mogą do niej wsko­czyć". I o tym pi­szę w tym roz­dzia­le. Wszyst­ko jest w na­szych rękach, bo to my na­da­je­my zna­cze­nie ró­żnym przed­mio­tom, sy­tu­acjom, zja­wi­skom. Drew­nia­ne ko­ra­li­ki to tyl­ko ka­wa­łki drew­na, ale na­zwa­ne ró­ża­ńcem sta­ją się przed­mio­tem god­nym naj­wy­ższe­go sza­cun­ku, wręcz amu­le­tem. Po­dob­nie będzie z bud­dyj­ską malą - to tyl­ko sznur ko­ra­li, któ­re­go zna­cze­nie roz­sze­rza się wte­dy, gdy za­czy­na­my wi­dzieć w tym przed­mio­cie coś spe­cjal­ne­go. Ob­rącz­ka to ka­wa­łek zło­ta lub sre­bra, nic wi­ęcej, ale dla wie­lu par jest ona sym­bo­lem mi­ło­ści i jej przy­pad­ko­wa utra­ta od­bie­ra­na jest jako zły znak. Po­dob­nie jest z sa­mym zło­tem, któ­re jest prze­cież tyl­ko me­ta­lem, a jed­nak ka­żdy chce je mieć, bo w na­szych gło­wach zło­to to luk­sus, pie­ni­ądze, bo­gac­two, przy­szło­ść.

Te­raz py­ta­nie do Cie­bie: wo­lisz nada­wać rze­czom po­zy­tyw­ne zna­cze­nie, czy częściej ła­piesz się na tym, że my­śli ucie­ka­ją Ci w stro­nę pe­cha, nie­szczęścia i wy­pad­ków? Je­śli wo­lisz wi­dzieć same do­bre przy­pad­ki, to zo­ba­czysz je na­wet w nu­me­rach re­je­stra­cyj­nych przy­pad­ko­wo mi­ja­ne­go auta. Je­śli na­to­miast chcesz wi­dzieć pe­cha, to go przy­ci­ągniesz, gwa­ran­tu­ję Ci to. Dla­te­go nie na­da­ję złow­ro­gie­go zna­cze­nia czar­ne­mu kotu, któ­ry prze­bie­gnie mi dro­gę, bo też ni­g­dy po spo­tka­niu z ta­ko­wym nie spo­tka­ła mnie przy­kro­ść. A na­wet wi­ęcej! Ka­żdy taki czar­ny kot, któ­ry prze­bie­ga mi dro­gę, jest dla mnie za­po­wie­dzią cze­goś mi­łe­go. Tak so­bie wy­my­śli­łam. Nie uwa­żam rów­nież, że pi­ątek, któ­ry wy­pa­da trzy­na­ste­go dnia mie­si­ąca, jest dniem pe­cho­wym. Ale gdy­bym tak my­śla­ła, na pew­no ka­żdy taki dzień by­łby dla mnie pe­łen wy­zwań, bo wła­śnie tego bym ocze­ki­wa­ła, tego bym wy­pa­try­wa­ła. Ale już to­tal­nie wie­rzę w szczęście, któ­re przy­cho­dzi ra­zem z czte­ro­list­ną ko­ni­czy­ną i chu­cham na pod­nie­sio­ne z chod­ni­ka drob­nia­ki. Jak wi­dać, je­stem bar­dzo kon­se­kwent­na w szu­ka­niu zna­ków, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

To my wy­bie­ra­my, w co wie­rzy­my i cze­go so­bie ży­czy­my. Uwa­żam, że bar­dzo ła­two oto­czyć się do­bry­mi in­ten­cja­mi i przy­po­mi­naj­ka­mi, że wszyst­ko jest ta­kie, ja­kie być po­win­no. Ostat­nio na Jar­mar­ku Do­mi­ni­ka­ńskim w Gda­ńsku ku­pi­łam so­bie dwa szla­chet­ne ka­mie­nie, a ra­czej ka­wa­łki ka­mie­ni. Od razu bar­dzo spodo­ba­ły mi się ich ko­lo­ry, ale o za­ku­pie za­de­cy­do­wa­łam, gdy prze­czy­ta­łam w Go­ogle o zna­cze­niu owych ka­mie­ni. Pierw­szy, tur­ku­so­wy ama­zo­nit, po­ma­ga osi­ągnąć spo­kój i uko­ić układ ner­wo­wy, a ta­kże przy­wra­ca wia­rę. Dru­gi, cha­bro­wy azu­ryt, po­bu­dza kre­atyw­no­ść, czy­li jest ide­al­ny dla pi­sa­rzy. Przy­znam, że te opi­sy ja­koś ze mną za­gra­ły i ku­pi­łam oba ka­mie­nie. Mi­ęto­szę je w dło­niach, gdy nad czy­mś pra­cu­ję i po­trze­bu­ję się skon­cen­tro­wać. Wrzu­cam jej do tor­by, gdy idę na spo­tka­nie. Ale też nie za­rzu­cam so­bie za­nie­dba­nia, gdy przez dwa ty­go­dnie leżą w mi­secz­ce i cze­ka­ją na moją uwa­gę. Bo to tyl­ko ka­mie­nie, nie mają ma­gicz­nej mocy (a przy­naj­mniej nic o tym nie wiem), to ja na­da­ję im zna­cze­nie. A na­da­ję je wte­dy, gdy chcę, gdy mam ocho­tę, do­bry dzień i prze­strzeń, by o tym po­my­śleć.

Pa­mi­ętam dłu­gi week­end w Kra­ko­wie pod ko­niec sierp­nia 2021 roku. By­łam z przy­ja­ció­łką i na­szy­mi cór­ka­mi na tar­gu sta­ro­ci. Dłu­go nic nie wpa­da­ło mi w oko, nic nie wo­ła­ło do mnie: "zo­bacz mnie!". Aż w ko­ńcu na dru­giej hali, na sto­isku, gdzie było wszyst­ko i nic, zo­ba­czy­łam ule­pio­ną z ciem­no­ró­żo­wej gli­ny fi­gur­kę ko­bie­ty wy­gląda­jącej jak z po­cząt­ku ubie­głe­go wie­ku. Ucie­szy­łam się, że kosz­to­wa­ła tyl­ko dwa­dzie­ścia zło­tych i że mo­głam so­bie na nią po­zwo­lić. Po­trak­to­wa­łam ją jako sym­bol mo­jej ży­cio­wej zmia­ny, któ­rą już od ja­kie­goś cza­su prze­czu­wa­łam. Wy­my­śli­łam so­bie, że to znak, że ta zna­le­zio­na przy­pad­kiem ko­bie­ca fi­gur­ka przy­pie­częto­wa­ła moją de­cy­zję o tym, by opi­sy­wać ko­bie­ce hi­sto­rie, by jesz­cze moc­niej skon­cen­tro­wać się na tłu­ma­cze­niu ko­bie­cych emo­cji na język pol­ski, jak to ja­kiś czas temu na­zwa­łam. To tyl­ko fi­gur­ka, w do­dat­ku pew­nie uzna­na za nie­uda­ną, sko­ro wy­lądo­wa­ła na tar­gu sta­ro­ci, ale tra­fi­łam na nią w od­po­wied­nim miej­scu i w od­po­wied­nim cza­sie i po­sta­no­wi­łam nadać jej zna­cze­nie, by po­tem mieć się do cze­go od­nie­ść, by jed­no spoj­rze­nie na ten przed­miot przy­po­mi­na­ło mi tę pew­no­ść, któ­rą wte­dy czu­łam.

Ży­czyć so­bie do­brze to miły zwy­czaj. Jed­nak ja do­ce­niam coś jesz­cze. Mogę uzbro­ić się w do­bre in­ten­cje bez względu na to, czy czu­ję się pi­ęk­na, czy tyl­ko za­baw­na, czy mam nad­wa­gę, nie­do­wa­gę, czy może BMI w nor­mie. Nie ma wo­kół tego żad­nych prze­ko­nań do­ty­czących wie­ku, wy­glądu, po­zy­cji spo­łecz­nej, ży­cio­wych do­świad­czeń czy na­wet osi­ągni­ęte­go suk­ce­su. Ka­żda z nas może ży­czyć so­bie wszyst­kie­go naj­lep­sze­go na na­praw­dę wie­le spo­so­bów. I dla­te­go tak mi się to po­do­ba.

To my wybieramy, w co wierzymy i czego sobie życzymy.

Alek­san­dra Bur­dy­ńska

Gdy pa­trzę na sie­bie w lu­strze, wi­dzę ko­bie­tę po trzy­dzie­st­ce, któ­ra zro­zu­mia­ła, po wie­lu mie­si­ącach po­szu­ki­wań, że przede wszyst­kim i na pierw­szym miej­scu jest... sobą, Olą, ze wszyst­ki­mi swo­imi ma­rze­nia­mi, przez lata nie­na­zwa­ny­mi pra­gnie­nia­mi, ukry­ty­mi w ró­żnych re­la­cjach, skrępo­wa­ny­mi. Przez lata do­świad­cza­łam pust­ki, ale przy­sze­dł czas, gdy zro­zu­mia­łam, że chcę po­znać tę ko­bie­tę, któ­rą dziś je­stem.

Ży­cząc so­bie wszyst­kie­go naj­lep­sze­go, czu­ję, że czas na ak­cep­ta­cję, zwol­nie­nie tem­pa, prze­war­to­ścio­wa­nie co­dzien­no­ści, ży­cie we­dług war­to­ści, w któ­re na­praw­dę wie­rzę. Czas na do­bro­stan - i nie mam tu na my­śli pie­ni­ędzy, ale stan, w któ­rym dzie­je się do­bro, w któ­rym chcę tego do­bra do­świad­czać, nie­spiesz­nie i po swo­je­mu. Czu­ję to, gdy wy­pra­wiam dzie­ci do szko­ły i idę z mężem w środ­ku dnia do ka­wiar­ni. Czu­ję to, gdy w swo­jej pra­cy po­zna­ję fan­ta­stycz­ne oso­by, któ­re, choć to ja je wspie­ram, in­spi­ru­ją mnie i utwier­dza­ją w prze­ko­na­niu, że je­stem w do­brym miej­scu. Czu­ję to, gdy idę na po­po­łu­dnio­wy ma­saż. Czu­ję to też wte­dy, gdy mie­rzę się z cu­krzy­cą mo­je­go trzy­let­nie­go syn­ka, bo do­ce­niam to, że jest przy mnie, że mogę go przy so­bie czuć, choć było tak bli­sko...

Naj­lep­sze dla mnie jest wszyst­ko to, co praw­dzi­we, dla­te­go wła­śnie tego so­bie ży­czę. Nie za­wsze jest ła­two czy przy­jem­nie, częściej mo­żna po­czuć fru­stra­cję i trud­no­ść, ale to wszyst­ko, cze­go do­świad­czam, jest moje, oso­bi­ste.

A da­jąc so­bie przy­zwo­le­nie na by­cie sobą, na to, co praw­dzi­we, czu­ję i wiem, że chcę do­świad­czać tego do­bre­go sta­nu za­wsze, wy­ko­rzy­stu­jąc mak­sy­mal­nie za­so­by, któ­re mam.

 

Aleksandra Burdyńska, coach mocnych stron, doradczyni zawodowa, trenerka talentów. Razem ze swoimi klientami analizuje wyniki testów Gallupa, wyjaśnia im ich zasoby, zdolności i predyspozycje. Dodaje odwagi, motywuje i wierzy w moc talentów.

Ko­chaj i po­zwa­laj się ko­chać, bez kom­plek­sów, bez zga­szo­ne­go świa­tła, bez ta­jem­nic i ci­chych dni. Ko­chaj moc­no i bądź ko­cha­na za to, jaka je­steś dziś, tu i te­raz.

au­tor­kA

Czy stać mnie na pozytywne myślenie?

Wszyst­kim nam jest ci­ężko. Pi­szę to w chwi­li, gdy in­fla­cja od lat nie była na ta­kim po­zio­mie, gdy rata mo­je­go kre­dy­tu hi­po­tecz­ne­go wzro­sła o ty­si­ąc czte­ry­sta zło­tych mie­si­ęcz­nie i ze świa­do­mo­ścią, że jesz­cze wzro­śnie. Pi­szę to, my­śląc o bli­skich mi ko­bie­tach, któ­re zma­ga­ją się z do­ro­sło­ścią. Do­ro­sło­ść boli, do­ro­sło­ść jest dro­ga, do­ro­sło­ść jest za­dłu­żo­na. Cza­sem nie ma na pa­li­wo i z kim zo­sta­wić dziec­ka. Do­ro­sło­ść jest nie­wy­spa­na i po­iry­to­wa­na. Do­ro­sło­ść boi się iść po pod­wy­żkę, ale też boi się po nią nie iść. Do­ro­sło­ść to upo­rczy­we wy­pa­try­wa­nie drob­nych prze­bły­sków szczęścia wśród co­dzien­no­ści usła­nej ra­chun­ka­mi, te­le­fo­na­mi ze szko­ły, że dziec­ko źle się czu­je, mniej­szym złem i wi­ęk­szą od­po­wie­dzial­noś­cią. Je­ste­śmy do­ro­słe, wszyst­kie to zna­my. Na­wet je­śli na kon­cie pe­łno, to wo­rek ze wspie­ra­jący­mi emo­cja­mi świe­ci pust­ka­mi. Je­śli z ko­lei w mi­ło­ści wszyst­ko pi­ęk­nie gra, przy­cho­dzi cho­ro­ba. Gdy zdro­wie do­pi­su­je, plaj­tu­je fir­ma i ro­śnie za­dłu­że­nie. To tyl­ko po­ka­zu­je, że ka­żda z nas ma ogrom­ne pole do tre­no­wa­nia po­zy­tyw­ne­go my­śle­nia. Ka­żda z nas ma w swo­im ży­ciu prze­strzeń, któ­rą mo­żna na­zwać cmen­ta­rzy­skiem sło­ni (tak, za­po­ży­czam to okre­śle­nie z Di­sne­jow­skie­go Kró­la Lwa). Miej­sce, do któ­re­go nie za­gląda się bez po­trze­by, z oba­wy przed tym, że mo­żna zna­le­źć tam coś nie­faj­ne­go lub że coś nie­faj­ne­go znaj­dzie nas.

Gdy mó­wię, żeby włączyć po­zy­tyw­ne my­śle­nie, wca­le nie mam na my­śli głup­ko­wa­te­go uśmie­chu i nie­szcze­re­go szcze­rze­nia zębów pod­czas opo­wia­da­nia, że wszyst­ko jest cu­dow­nie, choć w oczach zbie­ra­ją się łzy. Po­zy­tyw­ne my­śle­nie to szu­ka­nie roz­wi­ązań, to pie­lęgno­wa­nie w so­bie po­czu­cia, że dam so­bie radę, na­wet je­śli te­raz nie wi­dzę wy­jścia z sy­tu­acji. Po­zy­tyw­ne my­śle­nie za­kła­da pla­ny B, C i D. Po­zy­tyw­ne my­śle­nie po­zwa­la za­czerp­nąć po­wie­trza, często zmie­sza­ne­go z odro­bi­ną od­wa­gi, by do­ko­nać ja­kie­jś zmia­ny. Po­zy­tyw­ne my­śle­nie to ana­li­zo­wa­nie swo­je­go ży­cia w po­szu­ki­wa­niu chwil, w któ­rych było ci­ężko, a mimo to da­ły­śmy radę, od­bi­ły­śmy się od dna, wy­trwa­ły­śmy. A sko­ro zda­rzy­ło się to raz, może zda­rzyć się po­now­nie, prze­cież hi­sto­ria lubi się po­wta­rzać.

Gdy pa­trzę wstecz na sie­bie li­ce­alist­kę i na sie­bie stu­dent­kę, za­sta­na­wiam się, gdzie było ukry­te to moje po­zy­tyw­ne my­śle­nie. Bo gdzieś mu­sia­ło być. Gdy­by go nie było, dziś nie by­ła­bym tu, gdzie je­stem, w miej­scu, w któ­rym jest mi do­brze. A prze­cież było mnó­stwo sy­tu­acji, po któ­rych śmia­ło mo­gła­bym się pod­dać, za­wró­cić z ob­ra­nej ście­żki i nie da­wać so­bie szans ze stra­chu przed ko­lej­nym po­tkni­ęciem.

Gdy nie do­sta­łam się na fi­lo­lo­gię pol­ską (a to dla­te­go, że nie po­wie­dzia­łam do­słow­nie nic na eg­za­mi­nie ust­nym, stres po pro­stu mnie prze­ró­sł), czu­łam się bez­na­dziej­na, głu­pia, le­ni­wa. Za­wio­dłam wszyst­kich, nie spe­łni­łam ocze­ki­wań. Zwąt­pi­łam w sie­bie, w swo­je in­ten­cje. Już nie pa­mi­ęta­łam, że prze­cież ko­re­pe­ty­tor­ka mnie chwa­li­ła (swo­ją dro­gą była w ko­mi­sji eg­za­mi­na­cyj­nej i wi­dzia­łam na jej twa­rzy roz­cza­ro­wa­nie, gdy nie mo­głam wy­du­sić z sie­bie ani sło­wa), a z języ­ka pol­skie­go za­wsze by­łam do­bra. Było mi wstyd, czu­łam się gor­sza od in­nych. Nie dość, że nie do­sta­łam od in­nych zro­zu­mie­nia w tej trud­nej dla mnie chwi­li, to jesz­cze sama tego wszyst­kie­go nie ro­zu­mia­łam (do­pie­ro po dwu­dzie­stu la­tach przy­szła re­flek­sja, któ­rą po­tem opi­sa­łam w ksi­ążce Wra­żli­wiec to ja2). Czy było wte­dy miej­sce na po­zy­tyw­ne my­śle­nie? Nie, ani mi­li­me­tra, a przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wa­ło. Nie sądzi­łam wte­dy, że mo­gła­bym być do tego zdol­na. Oka­za­ło się, że po­zy­tyw­nym my­śle­niem było po pro­stu szu­ka­nie roz­wi­ąza­nia, ko­lej­nej opcji, wy­my­śla­nie no­we­go pla­nu na sie­bie. Nie było to sa­tys­fak­cjo­nu­jące, nie czu­łam pod­eks­cy­to­wa­nia, ale coś trze­ba było wy­my­ślić, trze­ba było zro­bić krok w któ­ry­mś kie­run­ku. Te­raz wiem, że tak mia­ło być i że na fi­lo­lo­gii pol­skiej nie by­ła­bym szczęśli­wa. Wte­dy jed­nak by­łam zdru­zgo­ta­na, że nie do­sta­łam się na stu­dia, któ­re były dla mnie wa­żne. Choć może po pro­stu by­łam nie­szczęśli­wa, bo zno­wu zro­bi­łam coś nie tak i nie za­słu­ży­łam na uzna­nie. Nie wiem.

2 Monika Pryśko, Magdalena Juchniewicz, Wra­żli­wiec to ja. Jak ra­dzić so­bie w ży­ciu, będąc wy­so­ko wra­żli­wą oso­bą, Pas­cal, Biel­sko-Bia­ła 2022.

Po­zy­tyw­ne my­śle­nie ab­so­lut­nie nie ko­ja­rzy mi się z hur­ra­op­ty­mi­zmem. Nie jest dla mnie en­tu­zja­stycz­nym od­po­wia­da­niem "TAK!", gdy tak na­praw­dę masz ocho­tę scho­wać się pod ko­cem i prze­spać naj­bli­ższą de­ka­dę. Po­zy­tyw­ne my­śle­nie to da­nie so­bie szan­sy. To taka ma­lut­ka iskra wia­ry tląca się w gło­wie. Wia­ry w to, że może los się od­mie­ni, że może jesz­cze będzie ina­czej, le­piej. Że jesz­cze tro­chę wy­si­łku, tro­chę cier­pli­wo­ści i będzie do­brze, sta­bil­nie.

I, jak się oka­zu­je, jed­na iskra wy­star­czy, by ju­tro roz­po­cząć nowy dzień.

Samo po­zy­tyw­ne my­śle­nie nic jed­nak nie da. Tu trze­ba dzia­ła­nia, de­cy­zji, wsta­nia z ka­na­py. A gdy jest trud­no, gdy cia­ło od­ma­wia wspó­łpra­cy, bo ro­zum się bun­tu­je i nie chce dać Ci "an­ty­bio­ty­ku" z na­dziei, wy­star­czy jed­na myśl: "Ży­czę so­bie wszyst­kie­go naj­lep­sze­go".

Ży­czę so­bie wszyst­kie­go naj­lep­sze­go. Ży­czę so­bie wszyst­kie­go naj­lep­sze­go. Ży­czę so­bie wszyst­kie­go naj­lep­sze­go. Ży­czę so­bie wszyst­kie­go naj­lep­sze­go. Ży­czę so­bie wszyst­kie­go naj­lep­sze­go. Ży­czę so­bie wszyst­kie­go naj­lep­sze­go. Ży­czę so­bie wszyst­kie­go naj­lep­sze­go. I tak w kó­łko, aż w ko­ńcu co­kol­wiek Ci się za­chce.

Chce, czy nie chce mi się, oto jest py­ta­nie! Po­zy­tyw­ne my­śle­nie to nie re­cep­ta na suk­ces. Samo my­śle­nie nie ma mocy spraw­czej, aby coś się za­dzia­ło, po­trzeb­ny jest czło­wiek i jego de­cy­zja oraz dzia­ła­nie. Ale to wła­śnie my­śle­nie może do­dać sił, by po­sta­rać się jesz­cze raz. Może pod­su­nąć wi­zję lep­sze­go ży­cia, któ­ra za­chęci do tego, by wy­do­być z sie­bie reszt­ki za­an­ga­żo­wa­nia i ener­gii.

Pozytywne myślenie to nie recepta na sukces. Samo myślenie nie ma mocy sprawczej, aby coś się zadziało, potrzebny jest człowiek i jego decyzja oraz działanie. Ale to właśnie myślenie może dodać sił, by postarać się jeszcze raz. Może podsunąć wizję lepszego życia, która zachęci do tego, by wydobyć z siebie resztki zaangażowania i energii.

Do­ko­ńcz zda­nie: Co byś zro­bi­ła, gdy­by...

Lubię tę grę. Często gram w nią z mo­imi Czy­tel­nicz­ka­mi na In­sta­gra­mie. One py­ta­ją: "Mo­ni­ka, co byś zro­bi­ła, gdy­by..." (i tu ich hi­sto­rie), a ja od­po­wia­dam. Lu­bię tę za­ba­wę, bo po­zwa­la spoj­rzeć na pro­blem z in­nej per­spek­ty­wy, a ta­kże zo­rien­to­wać się w mo­żli­wych roz­wi­ąza­niach.

Gdy jest mi źle, gdy mam pro­blem, gdy czu­ję, że utknęłam i nie mam po­jęcia, co ro­bić, bio­rę kart­kę i za­pi­su­ję naj­gor­szy sce­na­riusz, jaki może się wy­da­rzyć. Taki, któ­re­go się boję, a któ­ry gdzieś z tyłu gło­wy bar­dzo mi ci­ąży i prze­szka­dza. I wte­dy szu­kam roz­wi­ąza­nia. Za­da­ję so­bie py­ta­nie, co bym zro­bi­ła, gdy­by moje oba­wy sta­ły się re­al­ne.

Oka­zu­je się, że za­wsze jest ja­kieś roz­wi­ąza­nie. Za­wsze jest ktoś, kogo mo­żna za­py­tać o wska­zów­kę, po­pro­sić o po­moc. Za­wsze znaj­dzie się hi­sto­ria oso­by, któ­ra już wcze­śniej prze­szła po­dob­ną sy­tu­ację, i to su­chą sto­pą. Mamy za­so­by, zna­jo­mo­ści, ta­len­ty, do­świad­cze­nie, któ­re po­zwa­la­ją nam ra­dzić so­bie z pro­ble­ma­mi. Ja wiem, że trud­no­ści spra­wia­ją, że czło­wie­ko­wi opa­da­ją ręce i że nie ma się wte­dy ocho­ty na­wet na­sta­wić wody na her­ba­tę ani z ni­kim roz­ma­wiać. Ale zro­zu­mia­łam też, że trud­no­ści są po to, by je prze­zwy­ci­ężać, a po­zy­tyw­ne my­śle­nie bar­dzo w tym po­ma­ga. I nie cho­dzi o to, by na siłę igno­ro­wać zna­ki ostrze­gaw­cze, by nie re­ago­wać na zbli­ża­jące się bu­rzo­we chmu­ry, by ba­ga­te­li­zo­wać za­gro­że­nie. Cho­dzi o szu­ka­nie uchy­lo­nych drzwi, przez któ­re, w ra­zie trud­no­ści, mo­żesz się prze­śli­zgnąć.

Kil­ka ty­go­dni temu ja­dłam obiad z bli­ską mi ko­bie­tą, Klau­dią. Cud, że za­pa­mi­ęta­łam jej sło­wa, bo nie mia­łam gdzie za­pi­sać no­tat­ki, by w tej właś­nie ksi­ążce jej myśl roz­wi­nąć. Ale to było tak wa­żne, że po pro­stu utkwi­ło mi w gło­wie. Opo­wie­dzia­ła mi o tym, jak kil­ka lat temu mia­ła we­wnętrz­ny mi­ło­sny kry­zys. Bra­ko­wa­ło jej uczu­cia, zwi­ąz­ku, czu­ło­ści, przy­na­le­żno­ści. Chcia­ła się za­ko­chać, być ko­cha­ną, po­dzie­lić się uczu­ciem, ale, jak pew­nie sama wiesz, mi­ło­ść ni­g­dy nie jest pro­sta i nie przy­cho­dzi na za­wo­ła­nie. I wte­dy do­pa­dły ją py­ta­nia, bar­dzo nie­wy­god­ne: "A co, je­śli ni­g­dy nie po­znam mi­ło­ści ży­cia? A co, je­śli już do ko­ńca ży­cia będę sama?". I co so­bie od­po­wie­dzia­ła? Je­śli zda­rzy się tak, że już ni­g­dy nie będzie w żad­nym zwi­ąz­ku (do­dam, że były to sło­wa trzy­dzie­sto­lat­ki), to będzie wy­cho­wy­wa­ła cór­kę, będzie ar­tyst­ką, będzie pod­ró­żo­wa­ła, je­ździ­ła na warsz­ta­ty, będzie się roz­wi­ja­ła i będzie szczęśli­wa. Będzie taka, jaka chce być, i będzie żyć tak, jak za­wsze ma­rzy­ła. Ale bez fa­ce­ta. Czy taka opcja jest sa­tys­fak­cjo­nu­jąca? Musi być, nie ma in­nej mo­żli­wo­ści. Co wi­ęcej, nie tyl­ko musi być, ale też może być. To jest wła­śnie moc po­zy­tyw­ne­go my­śle­nia. Kreu­jesz swo­je ży­cie, my­śląc o naj­lep­szej mo­żli­wej opcji. Jak ma­wia moja przy­ja­ció­łka, Ba­sia Szmydt, grasz kar­ta­mi, któ­re masz. Mo­żesz prze­grać, ale mo­żesz też wy­grać, a to wszyst­ko za­le­ży w du­żej mie­rze od Cie­bie.

To wła­śnie z Ba­sią zor­ga­ni­zo­wa­łam sie­dem lat temu pierw­sze warsz­ta­ty kre­atyw­ne, w do­dat­ku w han­ga­rze na lot­ni­sku w Mo­dli­nie. Brzmi świet­nie, praw­da? Ale ge­ne­za tej ak­cji wca­le nie była po­zy­tyw­na.

Rok 2015. By­łam na wpół sa­mot­ną mamą dwu­let­niej dziew­czyn­ki, utrzy­my­wa­łam się sama. Wła­śnie zło­ży­łam wy­po­wie­dze­nie w fir­mie, w któ­rej za­ra­bia­łam dwa ty­si­ące osiem­set zło­tych na rękę, co wte­dy było sumą ca­łkiem nie­złą, a na pew­no za­do­wa­la­jącą. Nie mia­łam oszczęd­no­ści, nie mia­łam pra­cy, nie mia­łam po­rząd­ne­go zle­ce­nia, na któ­rym mo­gła­bym się oprzeć. Na kon­cie mia­łam czte­ry­sta zło­tych i bra­łam drob­ne fu­chy, żeby uzbie­rać ty­si­ąc sto zło­tych na czynsz. To był ten czas, gdy zja­da­łam wszyst­kie za­pa­sy, ja­kie mia­łam w ku­chen­nych szaf­kach, a ka­szę gry­cza­ną ja­dłam z ki­szo­ny­mi ogór­ka­mi od ro­dzi­ców. Nikt nie wie­dział, w ja­kiej je­stem sy­tu­acji, bo nie było się czym chwa­lić. Wte­dy po­sta­no­wi­ły­śmy ra­zem z Ba­sią, że zro­bi­my warsz­ta­ty. Sprze­da­łam na Al­le­gro ciu­chy, w któ­rych już nie cho­dzi­łam, a ta­kże ksi­ążki i bi­żu­te­rię, i za te pie­ni­ądze po­je­cha­łam do Lu­bli­na. W kil­ka dni przy­go­to­wa­ły­śmy plan warsz­ta­tów, zor­ga­ni­zo­wa­ły­śmy wszyst­kie ma­te­ria­ły, na­rzędzia i fir­my do wspó­łpra­cy. Dziś mogę stwier­dzić, że by­ły­śmy bez­tro­skie, sza­lo­ne i po pro­stu zro­bi­ły­śmy coś tyl­ko dla­te­go, że nikt nam nie po­wie­dział, że się nie da. W ka­żdym ra­zie za­ro­bi­ły­śmy na tym po parę stów na gło­wę, więc luk­su­su nie było, ale jed­nak zdo­by­łam nowe do­świad­cze­nie, nowe zna­jo­mo­ści, nową ener­gię i chwi­lę po­tem spra­wy fi­nan­so­we ja­koś się po­pra­wi­ły. W tam­tej sy­tu­acji po pro­stu za­da­łam so­bie py­ta­nie, co mogę zro­bić, ja­kie mam pole ma­new­ru, ja­kie mam wy­jścia, mo­żli­wo­ści. Chwy­ci­łam się tego, co w tam­tym cza­sie było dla mnie osi­ągal­ne i miłe emo­cjo­nal­nie, co da­wa­ło mi kom­fort psy­chicz­ny i co od­da­la­ło gry­zącą myśl, że nie wszyst­ko ukła­da się tak, jak bym chcia­ła.

Co zro­bisz, gdy po­twier­dzą się Two­je oba­wy i znaj­dziesz się w trud­nej sy­tu­acji? Ja­kie masz opcje do wy­bo­ru, ja­kie masz wy­jścia ewa­ku­acyj­ne? Kogo mo­żesz za­py­tać o dro­gę? Do kogo mo­żesz za­dzwo­nić?

Od­po­wie­dzi na te py­ta­nia przy­nio­są ulgę.

Lu­bię my­śleć, że coś zni­ka z mo­je­go ży­cia, by zro­bić miej­sce cze­muś jesz­cze lep­sze­mu

Myśle­nie w ten spo­sób przy­nio­sło mi w ży­ciu dużo ulgi, a przy oka­zji gła­ska­ło moją nad­szarp­ni­ętą cier­pli­wo­ść. Dzi­ęki temu zda­niu mo­głam so­bie wie­le spraw wy­tłu­ma­czyć, upo­rząd­ko­wać. Dzi­ęki temu zda­niu cze­ka­łam na do­bre rze­czy w moim ży­ciu i to zda­nie po­ma­ga­ło mi za­wsze ży­czyć so­bie wszyst­kie­go, co naj­lep­sze. Dzi­ęki nie­mu po pro­stu cze­ka­łam na to, co naj­lep­sze.

I to lep­sze przy­cho­dzi­ło. Prędzej czy pó­źniej, ale przy­cho­dzi­ło.

A ży­cie dało mi wie­le oka­zji, by tra­wić to zda­nie w gło­wie, choć uwierz, nie było to ani ła­twe, ani przy­jem­ne. Było trud­ne i często ża­ło­sne. Czu­łam się jak sko­ńczo­na idiot­ka, gdy po­wta­rza­łam so­bie to zda­nie mie­si­ąc po tym, jak zo­sta­wił mnie mąż. Czu­łam się jak oszust­ka, któ­ra po­wta­rza so­bie na­iw­ne ha­sło, uda­jąc, że w nie wie­rzy. Ale ja tak bar­dzo chcia­łam, żeby to była praw­da, że mie­li­łam te sło­wa w kó­łko jak wa­riat­ka. Mąż zni­ka z mo­je­go ży­cia, żeby zro­bić miej­sce ko­muś lep­sze­mu? Ła­pa­łam się tej my­śli, żeby dać so­bie radę, żeby wy­trwać do na­stęp­ne­go ty­go­dnia, do na­stęp­ne­go mie­si­ąca. I wiesz co? To była praw­da. Naj­praw­dziw­sza, do­rod­na, jędr­na, szcze­ro­zło­ta praw­da. Ży­cie dało mi wy­ra­źny do­wód na to, że war­to ży­czyć so­bie do­brych rze­czy i war­to na nie cze­kać. Ja cze­ka­łam na tę "lep­szą" mi­ło­ść wie­le lat. Po dro­dze było we mnie wie­le żalu, po­czu­cia nie­spra­wie­dli­wo­ści, zwąt­pie­nia - prze­ro­bi­łam chy­ba wszyst­kie sta­ny, od sa­mot­no­ści do zo­bo­jęt­nie­nia. Do­cze­ka­łam się. Zna­la­złam mi­ło­ść, taką w zło­tym pu­de­łku ob­wi­ąza­nym czer­wo­ną wstążką, z de­dy­ka­cją: "Chcia­łaś, to masz".

Chcia­łam i mam.

Jak już jest źle, to cho­ciaż niech będzie ład­nie.

Często mó­wię, że by­cie w kry­zy­sie wci­ąga. Coś na za­sa­dzie: je­stem nie­dy­spo­no­wa­na, więc nie mu­szę iść na WF. Jest mi źle, więc nie mu­szę się sta­rać. Je­stem sa­mot­na, więc mogę się scho­wać. Wy­god­nie jest tak roz­ko­ko­sić się w tym swo­im ży­cio­wym dra­ma­cie i cier­pieć, pie­lęgno­wać to, że jest śred­nio, a może na­wet i kiep­sko. Bo to nie wy­ma­ga ni­cze­go wi­ęcej poza by­ciem tu i te­raz. To nie wy­ma­ga ni­cze­go wi­ęcej poza ro­bie­niem tego, co się ro­bi­ło przed­wczo­raj i wczo­raj. A żeby wy­jść z tej sta­gna­cji, trze­ba wy­ko­nać ruch, zo­ba­czyć coś po­zy­tyw­ne­go w pa­śmie fru­stra­cji, bez­sil­no­ści i zło­ści. Po­szu­kać cze­goś do­bre­go, cze­go mo­żna się zła­pać, chwy­cić ni­czym to­nący brzy­twy.

Roz­wód to dla wie­lu osób mo­ment gra­nicz­ny. Dla mnie też ta­kim był. Wra­cam do tego te­ma­tu, bo pa­mi­ętam zda­nie, któ­re so­bie po­wta­rza­łam, gdy mu­sia­łam wy­pro­wa­dzić się z cór­ką z miesz­ka­nia mo­je­go by­łe­go męża. A mó­wi­łam so­bie, że sko­ro mu­szę zna­le­źć dla sie­bie nowe miej­sce, to będzie to naj­lep­sze lo­kum, w ja­kim kie­dy­kol­wiek miesz­ka­łam. Od­na­la­złam w tym eks­cy­ta­cję i na­dzie­ję, cza­sem wy­da­wa­ło mi się na­wet, że się cie­szę, bo dużo ra­do­ści spra­wia­ło mi wy­obra­ża­nie so­bie no­we­go miej­sca, wy­my­śla­nie, jak w nim będzie, jak je urządzę. Tak ogól­nie, ży­cio­wo, było mi bar­dzo smut­no, ale za­częły się po­ja­wiać prze­bły­ski nor­mal­no­ści. A wszyst­ko dla­te­go, że ży­czy­łam so­bie zmia­ny, ży­czy­łam so­bie cze­goś mi­łe­go, cze­goś, co by­ło­by tyl­ko moje i co ko­ja­rzy­ło­by mi się wy­łącz­nie z no­wym, świe­żym eta­pem ży­cia.

Dra­mat to moje dru­gie imię. Two­je też?

Uwiel­biam se­ria­le oby­cza­jo­we. Lu­bię to, że trwa­ją po kil­ka se­zo­nów, a to dla­te­go, że... mam przy czym pra­co­wać! Gdy przy­go­to­wu­ję so­bie plan pra­cy, ma­te­ria­ły, ro­bię re­se­arch, pi­szę coś krót­kie­go, od­pi­su­ję na wia­do­mo­ści, lu­bię, gdy coś mi szu­mi w tle. I rzad­ko wy­bie­ram mu­zy­kę - wolę dia­lo­gi, roz­mo­wy. Lu­bię, gdy w ci­ągu dnia pra­cy to­wa­rzy­szy mi ja­kaś hi­sto­ria, na któ­rej nie mu­szę się szcze­gól­nie sku­piać, po­nie­waż już ją znam. Znam, bo już od ja­kie­goś cza­su oglądam ten se­rial, więc wiem, jaka jest dy­na­mi­ka ak­cji i na­wet po­dej­rze­wam już, jak wszyst­ko się sko­ńczy. Ale nie pi­szę tego po to, by na­ma­wiać Cię na ogląda­nie se­ria­li, chcę Ci tyl­ko coś po­ka­zać. Se­ria­le (ja lu­bię te do­stęp­ne w ser­wi­sie Play­er, któ­re jesz­cze kil­ka lat temu mo­żna było obej­rzeć w TVN, jak Pra­wo Aga­ty, Le­ka­rze czy Dru­ga szan­sa) za­wsze za­czy­na­ją się od dra­ma­tu, kry­zy­su, upad­ku. Bo­ha­ter­ki często są na przy­kład po­rzu­ca­ne przez na­rze­czo­nych, któ­rzy oka­zu­ją się oszu­sta­mi i zo­sta­wia­ją je z dłu­ga­mi, bez pra­cy i z wil­czym bi­le­tem. Albo ktoś wra­bia je w han­del nar­ko­ty­ka­mi. Albo przy­ła­pu­ją na­rze­czo­ne­go na zdra­dzie. Co se­rial, to inny dra­mat. I tu­taj głów­ną rolę gra po­zy­tyw­ne myś­le­nie, ja­kiś zew na­tu­ry po­ma­ga­jący tym ko­bie­tom znów wy­pły­nąć na po­wierzch­nię, uru­cha­mia­jący w nich mo­ty­wa­cję do tego, by dać so­bie radę. Gdy­by nie to po­zy­tyw­ne my­śle­nie, se­zon nie mia­łby trzy­na­stu od­cin­ków, a je­dy­nie pi­lo­ta, któ­ry ko­ńczy­łby się za ka­żdym ra­zem tak samo: bo­ha­ter­ka sia­da, za­ła­mu­je ręce i pła­cze sa­mot­na, po­zo­sta­wio­na bez mi­ło­ści, bez pie­ni­ędzy i bez per­spek­tyw.

Two­je ży­cie na pew­no też jest pe­łne po­tkni­ęć, błędów, fa­ka­pów i in­nych wy­da­rzeń, któ­re spra­wia­ją, że oglądasz się za sie­bie, szu­ka­jąc ukry­tych ka­mer. Nie je­steś w tym od­osob­nio­na. Po­cie­chę daje jed­nak myśl, że na­sze ży­cie to se­rial ni­czym Moda na suk­ces - trwa i trwa, i trwa, i trwa. Wci­ąż coś się dzie­je, wci­ąż trze­ba so­bie z czy­mś ra­dzić i ga­sić po­ża­ry, ale ka­me­ra na­dal na­gry­wa, na­dal to­czy się ak­cja.

Byle tyl­ko nie my­śleć ne­ga­tyw­nie. Byle tyl­ko nie my­śleć ne­ga­tyw­nie. Byle tyl­ko...

Nega­tyw­ne my­śli są jak pi­łka pla­żo­wa - im bar­dziej chcesz je ukryć pod po­wierzch­nią, z tym wi­ęk­szą siłą wy­ska­ku­ją i ude­rza­ją Cię w czo­ło. Dla­te­go już daw­no prze­sta­łam uda­wać, że nie mam dziw­nych, nie­wspie­ra­jących, pe­łnych wąt­pli­wo­ści my­śli w gło­wie, bo gdy uda­ję, że ich nie ma i ro­bię wszyst­ko, by je za­głu­szyć, je­dy­nie częściej o nich my­ślę. Za ka­żdym ra­zem, gdy po­wta­rzam so­bie, żeby o nich za­po­mnieć, pa­ra­dok­sal­nie "od­grze­wam" je w mo­jej gło­wie. I tak w kó­łko.

Psy­cho­log Da­niel We­gner po­sta­no­wił spraw­dzić, dla­cze­go świa­do­me od­su­wa­nie od sie­bie ja­kie­jś my­śli wy­ma­ga tak du­że­go wy­si­łku. Zro­bił ba­da­nie3 opie­ra­jące się na re­ak­cjach dwóch grup uczest­ni­ków. Pierw­sza gru­pa mia­ła przez pięć mi­nut re­fe­ro­wać to, o czym ak­tu­al­nie my­śli, z za­zna­cze­niem, by pró­bo­wać my­śleć o bia­łych nie­dźwie­dziach. Za ka­żdym ra­zem, gdy bia­ły nie­dźwie­dź po­ja­wiał się w czy­ichś my­ślach, uczest­nik miał za­dzwo­nić dzwon­kiem. Dru­ga gru­pa do­sta­ła po­dob­ne za­da­nie, choć tym ra­zem uczest­ni­cy mie­li nie my­śleć o bia­łych nie­dźwie­dziach. Naj­wy­ra­źniej nie było to pro­ste, sko­ro dzwo­nio­no dzwon­kiem śred­nio raz na mi­nu­tę. Na­stęp­nie psy­cho­log po­pro­sił człon­ków dru­giej gru­py, by jesz­cze raz wy­ko­na­li to ćwi­cze­nie, tym ra­zem za­zna­czył jed­nak, że mają my­śleć o nie­dźwie­dziach. Tym ra­zem uczest­ni­cy dzwo­ni­li dzwon­kiem częściej niż pierw­sza gru­pa, któ­ra nie do­sta­ła na wstępie żad­ne­go za­ka­zu. To zna­czy, że je­śli zmu­szasz mózg, by o czy­mś nie my­ślał, to on, jak na zło­ść, wła­śnie to będzie ro­bił.

3 Robby Berman, Dla­cze­go tak trud­no po­zbyć się ob­se­syj­nych my­śli - i jak im za­ra­dzić, tłum. Jan Dzierz­gow­ski, "Prze­krój", data pu­bli­ka­cji: 12.03.2021, https://prze­kroj.pl/na­uka/dla­cze­go-tak-trud­no-po­zbyc-sie-ob­se­syj­nych-my­sli-big-think-rob­by-ber­man [do­stęp: 21.10.2022].

Dla­te­go ab­so­lut­nie nie na­ma­wiam ni­ko­go do...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Tablica dobrych życzeń

Mamy za dużo, chce­my za dużo. Dzia­ła na nas za dużo bo­dźców i już same nie wie­my, czy to, cze­go chce­my, to na­sze wła­sne pra­gnie­nia, czy może przy oka­zji kon­sump­cji in­ter­ne­tu (jak lu­bię to na­zy­wać) wchło­nęły­śmy też pra­gnie­nia po­ło­wy spo­łe­cze­ństwa. Nie umie­my się zde­cy­do­wać i bywa, że na­sze ma­rze­nia i pla­ny zmie­nia­ją się co po­nie­dzia­łek. Trud­no jest skon­cen­tro­wać się na jed­nym, gdy wo­kół ty­si­ące mo­żli­wo­ści, dróg, opcji i drzwi. Ale też cza­sem bywa tak, że czu­je­my, że to­tal­nie nic nam się nie na­le­ży, że nie mamy wy­bo­ru, że nie za­słu­gu­je­my, że i tak nic się nie zmie­ni. Więc po co da­wać so­bie złud­ną na­dzie­ję?

Wła­śnie dla­te­go ta­bli­ca do­brych ży­czeń po­ja­wi­ła się na moim biur­ku. Tro­chę przy­pad­kiem, a tro­chę, żeby było ład­nie. Ale na pew­no po to, by po­móc mi pa­mi­ętać, co tak na­praw­dę jest dla mnie wa­żne. W tym ca­łym ży­cio­wych cha­osie chcę mieć na­pi­sa­ne czar­no na bia­łym, co w moim ży­ciu jest istot­ne.

Kie­dyś cho­dzi­ło tyl­ko o de­ko­ra­cję. Od za­wsze ro­bi­łam ko­la­że, wy­ci­na­łam z ga­zet wszyst­ko, co się dało. A po­tem, do­kład­nie po trzy­dzie­st­ce, przy­szła re­flek­sja, że te ta­bli­ce ma­rzeń, ta­bli­ce in­spi­ra­cji lub, jak lu­bię je na­zy­wać, ta­bli­ce do­brych ży­czeń, fak­tycz­nie dzia­ła­ją. Jak to od­kry­łam? Po pro­stu na­gle to, co było przy­kle­jo­ne w ze­szy­tach, na pla­ka­tach, w no­te­sach za­czy­na­ło być obec­ne w moim ży­ciu. Może nie od razu i nie w ca­łym pa­kie­cie, ale jed­nak było!

Pa­mi­ętam moją ta­bli­cę in­spi­ra­cji, któ­rą zro­bi­łam w po­przed­nim miesz­ka­niu. Zro­bi­łam ją tyl­ko po to, by po­wie­sić kil­ka ob­raz­ków wy­ci­ętych z ga­zet, by za­wie­sić na ścia­nie coś ład­ne­go, co będzie cie­szy­ło oko, gdy po ca­łym dniu pra­cy będę wra­ca­ła zmęczo­na do domu. Nie mia­łam in­nych in­ten­cji. Nie za­sta­na­wia­łam się, co tam na­kle­jam, wa­żne było tyl­ko to, jak ład­ne jest to, co wi­dzę, i jak bar­dzo mi się to po­do­ba. Na ta­bli­cę do­brych ży­czeń tra­fi­ło mi­ędzy in­ny­mi zdjęcie ogród­ka z pla­sti­ko­wym ogro­do­wym krze­słem sto­jącym gdzieś w rogu. Co zo­ba­czy­łam, gdy do­sta­łam klu­cze do wła­sne­go miesz­ka­nia i za­częła się moja przy­go­da z re­mon­tem? Zgad­nij, co sta­ło w rogu mo­je­go no­we­go ogród­ka. Sta­re, pla­sti­ko­we, bia­łe krze­se­łko. Iden­tycz­ne jak na wy­rwa­nym z ga­ze­ty zdjęciu. Mi­nęło już tyle lat, a ono na­dal tam stoi (już tro­chę za­py­zia­łe i brud­ne, więc ba­ła­bym się na nim usi­ąść), przy­po­mi­na­jąc mi o dro­dze, jaką prze­szłam od wy­ci­ęcia zdjęcia z ga­ze­ty do mi­ja­nia tego krze­sła za ka­żdym ra­zem, gdy wo­łam kota w ogród­ku. Może to przy­pa­dek, a może jed­nak przez mie­si­ące ogląda­nia mi­mo­cho­dem tego zdjęcia za­pi­sa­łam so­bie w gło­wie ów ob­raz i podświa­do­mie dąży­łam do tego, by od­wzo­ro­wać go w rze­czy­wi­sto­ści?

Chy­ba wła­śnie tak dzia­ła ta­bli­ca do­brych ży­czeń. Po­ma­ga Ci sku­pić się na celu, do któ­re­go dążysz. Nie ma w tym ma­gii - to my same re­ali­zu­je­my na­sze cele i pra­gnie­nia, a wy­cho­dzi nam to le­piej, gdy so­bie po­ma­ga­my. Gdy w jed­nym miej­scu zgro­ma­dzisz in­spi­ra­cje, któ­re na­praw­dę do Cie­bie tra­fia­ją, chęt­nie kie­ru­jesz tam wzrok. Gdy rzu­casz okiem na zgro­ma­dzo­ne zdjęcia i ha­sła, do­sta­jesz por­cję do­brych my­śli - tych, któ­re prze­cież sama ze­bra­łaś, wy­ci­ęłaś i na­kle­iłaś. A nie ma nic bar­dziej mo­ty­wu­jące­go niż zo­bra­zo­wa­ne ma­rze­nia. Jed­no spoj­rze­nie i już wiesz, cze­go w ży­ciu chcesz. Co­dzien­nie so­bie o tym przy­po­mi­nasz, co­dzien­nie ku temu dążysz.

Na­zy­waj­my na­sze ma­rze­nia, bo kie­dy coś jest na­zwa­ne, wte­dy po to si­ęga­my - ła­twiej zdo­być coś, co jest spre­cy­zo­wa­ne, co ma na­zwę, ha­sło, ko­lor, ob­raz. Trud­no dążyć do cze­goś, co nie ma for­my, co jest za­mglo­ne, nie­scha­rak­te­ry­zo­wa­ne.

Ale mam jesz­cze coś do do­da­nia. Tak na­praw­dę nie jest wa­żne, co z tej ta­bli­cy do­brych ży­czeń się spe­łni, co z tego się w Two­jej prze­strze­ni zre­ali­zu­je, co się uda, co do­sta­niesz, co będziesz mia­ła. Z mo­jej per­spek­ty­wy naj­wa­żniej­szy jest ten mo­ment two­rze­nia, kon­cen­tra­cji na tym, co wy­bie­ram, co chcę na tej ta­bli­cy umie­ścić, co na­kle­ję i w ja­kiej ko­lej­no­ści. Wie­le ra­do­ści spra­wia mi po­wol­ne kart­ko­wa­nie ko­lo­ro­wych ga­zet w po­szu­ki­wa­niu do­bre­go ha­sła albo zdjęcia, któ­re kie­dyś chcia­ła­bym sama zro­bić swo­im te­le­fo­nem, a po­tem ich wy­ci­na­nie. To jest taki dziw­ny, kre­atyw­ny czas, gdy tyl­ko wy­ci­nam i na­kle­jam, wy­ci­nam i na­kle­jam, i w tym wła­śnie cza­sie wy­my­ślam so­bie swo­je ży­cie. Do­brze so­bie ży­czę, do­brze so­bie wy­ci­nam i do­brze so­bie na­kle­jam.

Naj­wa­żniej­sze w tym pro­ce­sie są in­ten­cja oraz pew­na bez­tro­ska w wy­bie­ra­niu dla sie­bie do­bre­go pla­nu na ży­cie - bez ogra­ni­czeń, bez my­śle­nia, czy mnie na to stać albo czy będzie mnie na to stać kie­dy­kol­wiek. Wy­ci­na­jąc i na­kle­ja­jąc ró­żne skraw­ki, po pro­stu ży­czysz so­bie tego, co aku­rat w Two­jej gło­wie wy­da­je się naj­lep­szą opcją. Nie ana­li­zu­jesz tego, czy na to za­słu­gu­jesz, czy masz na to szan­sę, kto i kie­dy to sfi­nan­su­je i kto Ci w tym po­mo­że. Po pro­stu zbie­rasz do­bre ży­cze­nia, któ­re kie­ru­jesz w swo­ją stro­nę.

Nazywajmy nasze marzenia, bo kiedy coś jest nazwane, wtedy po to sięgamy - łatwiej zdobyć coś, co jest sprecyzowane, co ma nazwę, hasło, kolor, obraz.

Ży­czę Ci przy­ja­źni, ta­kiej, któ­ra bu­dzi za­ufa­nie i usy­pia strach. Ży­czę Ci przy­ja­źni na lata, ale też ta­kiej na chwi­lę, na jed­no do­świad­cze­nie, na pół roku.

Au­tor­ka

Wstęp

"Zostań najlepszą wersją siebie". "Za­ak­cep­tuj się w pe­łni". "Ko­chaj się, w ko­ńcu je­steś naj­wa­żniej­szą oso­bą na świe­cie". "Bądź pew­na sie­bie i swo­jej war­to­ści. Po­każ, na co Cię stać". "Je­steś pi­ęk­na, po­każ się". "Nie po­zwól in­nym prze­kra­czać Two­ich gra­nic, to Ty usta­lasz za­sa­dy". "Po­każ swo­ją moc!"

Jak się czu­jesz, czy­ta­jąc te po­le­ce­nia? Masz już ocho­tę wkle­ić mi gumę do żu­cia we wło­sy, czy jesz­cze nie? Mo­żli­we, że je­stem re­alist­ką. Ca­łkiem też mo­żli­we, że mam w so­bie dość od­wa­gi, by wi­dzieć rze­czy ta­ki­mi, ja­ki­mi są. Być może mam za sobą set­ki po­de­jść do praw­dzi­wej mi­ło­ści i ak­cep­ta­cji sie­bie, po­de­jść, któ­re częściej ko­ńczy­ły się przy­zna­niem, że uda­ję, niż praw­dzi­wą ulgą z osi­ągni­ęcia we­wnętrz­ne­go po­ro­zu­mie­nia. Dla­te­go wiem, że ko­cha­nie sie­bie nie jest pro­ste, nie jest in­tu­icyj­ne, często nie jest też na­tu­ral­ne (choć uwa­żam, że mi­ło­ść wła­sna to na­praw­dę do­bra rzecz i na­szą po­win­no­ścią jest dąże­nie do niej). Do tego stop­nia, że pierw­sze nie­po­wo­dze­nia nie­śmia­łych prób tzw. self-love, czy też sa­mo­mi­ło­ści lub ina­czej au­to­mi­ło­ści, spra­wia­ją, że nie mamy od­wa­gi spró­bo­wać po­now­nie. Tak jak­by­śmy do­sta­ły ko­sza, tyl­ko tym ra­zem nie od ko­goś, a od sa­mej sie­bie. To jak na­uka cho­dze­nia czy mó­wie­nia po­zba­wio­na dzie­ci­ęcej spon­ta­nicz­no­ści i na­tu­ral­nej ak­cep­ta­cji błędów. Bo gdy do­ro­śli cze­goś się uczą, czu­ją, że to od razu jest na oce­nę i zde­cy­do­wa­nie musi to być pi­ąt­ka. Ina­czej się nie li­czy. Dla­te­go częściej so­bie od­pu­ści­my, niż spró­bu­je­my po raz trzy­dzie­sty pi­ąty. A szko­da.

Ależ to skom­pli­ko­wa­ne! Wszy­scy mó­wią, że roz­wi­ąza­niem wszel­kich pro­ble­mów jest po­ko­cha­nie sie­bie. No tak, ale jak to zro­bić, gdy na­wet nie wie­my, czy sie­bie tak na­praw­dę zna­my? Jak to zro­bić, gdy utknęły­śmy na eta­pie: "chy­ba sie­bie lu­bię, ale nie wiem na pew­no"? Jak to zro­bić, gdy nie wie­my, od cze­go za­cząć, gdy nie wie­my, czy... nam wol­no? Bez ja­snej in­struk­cji ob­słu­gi i wspar­cia w po­sta­ci wspie­ra­jącej, ko­cha­jącej nas oso­by często bywa to zwy­czaj­nie nie­wy­ko­nal­ne.

Mi­ło­ść do sie­bie to pi­ęk­na, ale bar­dzo trud­na rzecz. Mi­ędzy in­ny­mi dla­te­go, że efek­ty chcia­ły­by­śmy wi­dzieć od razu, gdy tyl­ko po­dej­mu­je­my de­cy­zję o tym, że spró­bu­je­my. Chce­my spró­bo­wać i chce­my na­tych­miast do­strzec zmia­nę. Nie wi­dzi­my zmia­ny, więc ode­chcie­wa nam się trwać w na­szym po­sta­no­wie­niu. Wy­da­je mi się, że mo­żna ina­czej. Ja też je­stem nie­cier­pli­wa i ja też lu­bię wi­dzieć efek­ty na­tych­miast, choć prze­cież wiem, że to nie­mo­żli­we i że zmia­na to pro­ces. Wiem też, że nie trze­ba ży­cio­wych zmian do­ko­ny­wać sta­le, przez całą dobę - mo­żna je wpro­wa­dzać po­wo­li, nie­śmia­ło, przy­gląda­jąc się i pod­gląda­jąc, wy­chy­la­jąc się zza win­kla, wy­ściu­bia­jąc nos.

Przy­go­to­wu­jąc się do pi­sa­nia tego wstępu, za­częłam zwra­cać wi­ęk­szą uwa­gę na to, ja­kie tre­ści kon­su­mu­ję w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Za­uwa­ży­łam, że o mi­ło­ści do sie­bie naj­częściej mó­wią oso­by, któ­re wy­da­ją nam się ide­al­ne. Pa­trzy­my na nie i my­śli­my: "No, ła­two im mó­wić, bo ła­two je ko­chać". Są pi­ęk­ne, od­wa­żne, osi­ągnęły suk­ces, mają szczęśli­we ro­dzi­ny, pie­ni­ądze i bia­łe, pro­ste zęby. Gdy one mó­wią o mi­ło­ści do sie­bie, to ta mi­ło­ść wy­da­je się oczy­wi­sta. A co ze zwy­kłą Ko­wal­ską? Co ze zwy­kłą Pry­śko? A co z tymi wszyst­ki­mi ko­bie­ta­mi, któ­re się po­rów­nu­ją, któ­re zer­ka­ją przez ra­mię, któ­re cze­ka­ją na po­zwo­le­nie, któ­re pra­cu­ją z nie­śmia­ło­ścią, któ­re są zmęczo­ne, sfru­stro­wa­ne? Co z ko­bie­ta­mi, któ­re my­ślą o so­bie jak o prze­ci­ęt­nej, sta­ty­stycz­nej, ano­ni­mo­wej mat­ce Po­lce, przed­sta­wi­ciel­ce kla­sy śred­niej, jed­nej z wie­lu? Co z tymi, któ­re obu­dzo­ne w środ­ku nocy po­tra­fią wy­re­cy­to­wać z pa­mi­ęci rze­czy, za któ­re nie war­to ich ko­chać? Albo z tymi, któ­re nie wie­dzą, czym jest mi­ło­ść lub któ­rych ob­raz mi­ło­ści jest za­bu­rzo­ny, opar­ty je­dy­nie na tym, co wi­dzą w te­le­wi­zji? Czy prze­mó­wi do nich fil­mik w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, w któ­rym pi­ęk­na ko­bie­ta po­wie, że wy­star­czy po­ko­chać sie­bie? Czy zro­zu­mie­ją pro­wa­dzące do tego kro­ki, spo­so­by i zło­te rady?

Nie, nie prze­mó­wi i nie zro­zu­mie­ją. Po­czu­ją, pew­nie po raz ko­lej­ny w da­nym ty­go­dniu, że coś jest z nimi nie tak, że mu­szą się zmie­nić, że są nie­wy­star­cza­jące. I dla­te­go na­wo­ły­wa­nie do au­to­mi­ło­ści (ro­zu­mia­nej wła­śnie jako mi­ło­ść do sie­bie), za­miast być po­zy­tyw­ną mo­ty­wa­cją, zbi­ja z tro­pu i po­głębia po­czu­cie bra­ku. Bo zno­wu bra­ku­je Ci cze­goś do szczęścia, bo wci­ąż je­steś da­le­ka od ide­ału, bo wci­ąż nie spe­łniasz norm, bo nie podążasz za cy­ta­tem umiesz­czo­nym na opu­bli­ko­wa­nej w sie­ci gra­fi­ce.

Mier­zi mnie ten przy­mus ko­cha­nia sie­bie, bo tak trze­ba. Prze­cież wia­do­mo, że trze­ba, że do­brze by było. To jak mod­ne ha­sło, któ­re po­wta­rza się bez zro­zu­mie­nia. Nie daje szan­sy tym, któ­rzy nie ła­pią kro­ków albo po­trze­bu­ją wi­ęcej cza­su. Wy­klu­cza za­nie­dba­nych, smut­nych, sa­mot­nych. To nie­spra­wie­dli­we! To wpro­wa­dza­nie w błąd. Mówi Ci co, ale nie mówi jak. Po­win­naś się ko­chać. Ale jak to zro­bić? Gdy­byś umia­ła, to już byś się prze­cież ko­cha­ła.

Ale nie na­rze­kaj­my. Od na­rze­ka­nia jesz­cze ni­ko­mu nie żyło się le­piej. Sama nie lu­bię za często się nad sobą uża­lać, bo to tyl­ko za­bie­ra mi ży­cio­wą prze­strzeń, a ja prze­cież lu­bię, jak jest mi wy­god­nie. W te­ście Gal­lu­pa, któ­ry ujaw­nił i na­zwał moje ta­len­ty, wy­szło, że na pierw­szym miej­scu je­stem stra­te­giem, a to zna­czy, że szu­kam roz­wi­ązań i umiem łączyć krop­ki.

W słowach "wszystkiego najlepszego" nie ma nic konkretnego, a jednocześnie jest wszystko, czego nam trzeba. Są nadzieja i dobre życzenie.

Sko­ro więc moją do­me­ną jest sku­pia­nie się na roz­wi­ąza­niach, oto ono: WSZYST­KIE­GO NAJ­LEP­SZE­GO! Ha­sło, do któ­re­go nasz we­wnętrz­ny kry­tyk się nie przy­cze­pi, bo nie ma do cze­go.

Gdy­bym po­wie­dzia­ła so­bie do lu­stra: "Mo­ni­ka, je­steś naj­lep­sza!", w mo­jej gło­wie z pew­no­ścią po­ja­wi­ła­by się myśl, że chy­ba na łeb upa­dłam, prze­cież inni są lep­si. Ale myśl, że ży­czę so­bie wszyst­kie­go, co naj­lep­sze, to tyl­ko in­ten­cja, ocze­ki­wa­nie, przy­pusz­cze­nie, na­sta­wie­nie. To nic kon­kret­ne­go, to do­pie­ro nie­śmia­ła za­po­wie­dź, pre­lu­dium i pro­log.

W sło­wach "wszyst­kie­go naj­lep­sze­go" nie ma nic kon­kret­ne­go, a jed­no­cześ­nie jest wszyst­ko, cze­go nam trze­ba. Są na­dzie­ja i do­bre ży­cze­nie.

Z mi­ło­ścią jest jak z suk­ce­sem. Nie wszyst­ko za­le­ży od Cie­bie.

Gdy ktoś twier­dzi, że wszyst­ko za­wdzi­ęcza tyl­ko so­bie, za­sta­na­wiam się, w ilu pro­cen­tach jest to praw­da. Czy dwie oso­by z to­tal­nie ró­żnych świa­tów, z do­świad­cze­nia­mi o in­nym za­bar­wie­niu emo­cjo­nal­nym, z in­ny­mi re­la­cja­mi ro­dzin­ny­mi mogą osi­ągnąć to samo w myśl za­sa­dy, że dla chcące­go nic trud­ne­go?

Ma zna­cze­nie to, czy ro­dzi­ce się kłó­ci­li, czy nie. Ma zna­cze­nie, czy by­wa­li na szkol­nych przed­sta­wie­niach i bili bra­wo, czy za­po­mi­na­li przy­go­to­wać rano ka­nap­kę do szko­ły. Ma zna­cze­nie to, czy w domu były pie­ni­ądze, czy nie, ja­kie były prze­ko­na­nia na te­mat fi­nan­sów, a ta­kże na­sta­wie­nie do pra­cy, wy­si­łku, ży­cio­wych trud­no­ści. Ma zna­cze­nie śro­do­wi­sko, to, czy miesz­ka­ło się w du­żym mie­ście, gdzie mo­żli­wo­ści za­wsze jest wi­ęcej, czy na wsi, gdzie ży­cie pły­nie wol­niej i mo­żna od­dy­chać świe­żym po­wie­trzem. Ma zna­cze­nie to, czy były pie­ni­ądze na za­jęcia do­dat­ko­we, a ta­kże to, czy nasi ro­dzi­ce byli uta­len­to­wa­ni i czy tych ta­len­tów byli świa­do­mi. Ma zna­cze­nie to, czy jako dziec­ko sły­sza­łaś: "spró­buj!", czy może: "i tak nic z tego nie będzie".

Przede wszyst­kim ma zna­cze­nie, czy nasi ro­dzi­ce tak zwy­czaj­nie, po pro­stu lu­bi­li i ak­cep­to­wa­li sa­mych sie­bie. Czy pa­trząc na sie­bie w lu­strze, w oczach mie­li po­gar­dę, nie­za­do­wo­le­nie, od­ra­zę lub obo­jęt­no­ść, czy może ak­cep­ta­cję i ja­kiś nie­na­zwa­ny, ale po­zy­tyw­ny błysk?

To wszyst­ko ma zna­cze­nie. To jest wła­śnie to "coś", co spra­wia, że choć wy­da­je nam się, że do wszyst­kie­go w ży­ciu do­szły­śmy same (bo ro­dzi­ce nie ku­pi­li nam miesz­ka­nia ani nie prze­pi­sa­li na nas ro­dzin­nej fir­my, a prze­cież mamy i miesz­ka­nie, i pie­ni­ądze), nie­któ­re z nas mia­ły w ży­ciu lep­szy start.

Nie­któ­re z nas mia­ły zde­cy­do­wa­nie lep­szy start w mi­ło­ści do in­nych, do świa­ta, a przede wszyst­kim do sie­bie. Ak­cep­ta­cja pa­ko­wa­na w nas w dzie­ci­ństwie przez ro­dzi­ców kar­mi nas do syta, na­wet gdy mamy już swo­je ro­dzi­ny. Wte­dy ła­twiej spoj­rzeć na sie­bie z czu­ło­ścią i cier­pli­wo­ścią, ła­twiej jest lu­bić i ko­chać sie­bie, ła­twiej zdo­być się na sa­mo­ak­cep­ta­cję. Bo to już w nas jest, wy­star­czy to od­ku­rzyć. Jak po­wie­dzia­ła Anna Ma­ria Jo­pek w wy­wia­dzie dla "Two­je­go STY­LU": "Ktoś tak upa­sio­ny mi­ło­ścią z dzie­ci­ństwa może po­tem góry prze­no­sić"1.

1 "Ktoś tak upa­sio­ny mi­ło­ścią z dzie­ci­ństwa może góry prze­no­sić". Wy­wiad z Anną Ma­rią Jo­pek, bo­ha­ter­ką kwiet­nio­we­go "Two­je­go STY­LU" [tekst uka­zał się w ma­ga­zy­nie "Twój STYL" nr 04/2022)], Be­ata No­wic­ka, data pu­bli­ka­cji: 14.03.2022, https://twoj­styl.pl/ar­ty­kul/ktos-tak-upa­sio­ny-mi­lo­scia-z-dzie­cin­stwa-moze-gory-prze­no­sic-wy­wiad-z-anna-ma­ria-jo­pek-bo­ha­ter­ka-kwiet­nio­we­go-wy­da­nia-two­je­go-sty­lu,aid,3760 [do­stęp: 21.10.2022].

Je­śli te­raz ze smut­kiem kręcisz gło­wą, bo ro­dzin­ne re­la­cje Cię nie kar­mi­ły i nie kar­mią, chcia­ła­bym Cię po­cie­szyć i za­pew­nić, że na­dal masz w so­bie moc de­cy­zyj­no­ści i spraw­czo­ści, na­dal mo­żesz prze­ła­mać sche­mat i wy­do­stać się z sie­ci prze­ko­nań i za­le­żno­ści, któ­re do­sta­łaś w spad­ku.

I o tym wła­śnie jest ta ksi­ążka. O tym, że choć wie­le nie za­le­ży od Cie­bie... to jed­nak to Ty roz­da­jesz kar­ty. A naj­moc­niej­szy­mi z nich za­wsze są życz­li­wo­ść, czu­ło­ść i wspó­łczu­cie wo­bec sie­bie. To wspa­nia­ły punkt wy­jścia do mi­ło­ści i ak­cep­ta­cji sa­mej sie­bie.

Więc... Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go. Dla mnie. I wszyst­kie­go naj­lep­sze­go. Dla Cie­bie.

Ży­czę Ci mi­ło­ści, ta­kiej, że aż dech za­pie­ra. Ży­czę Ci mi­ło­ści bez wa­run­ków, bez przy­mu­sów, ta­kiej lek­kiej, pe­łnej zro­zu­mie­nia, ak­cep­ta­cji, ra­do­ści i tęsk­no­ty za sobą na­wza­jem.

au­tor­kA