Czy stać mnie na pozytywne myślenie?
Wszystkim nam jest ciężko. Piszę to w chwili, gdy inflacja od lat nie była na takim poziomie, gdy rata mojego kredytu hipotecznego wzrosła o tysiąc czterysta złotych miesięcznie i ze świadomością, że jeszcze wzrośnie. Piszę to, myśląc o bliskich mi kobietach, które zmagają się z dorosłością. Dorosłość boli, dorosłość jest droga, dorosłość jest zadłużona. Czasem nie ma na paliwo i z kim zostawić dziecka. Dorosłość jest niewyspana i poirytowana. Dorosłość boi się iść po podwyżkę, ale też boi się po nią nie iść. Dorosłość to uporczywe wypatrywanie drobnych przebłysków szczęścia wśród codzienności usłanej rachunkami, telefonami ze szkoły, że dziecko źle się czuje, mniejszym złem i większą odpowiedzialnością. Jesteśmy dorosłe, wszystkie to znamy. Nawet jeśli na koncie pełno, to worek ze wspierającymi emocjami świeci pustkami. Jeśli z kolei w miłości wszystko pięknie gra, przychodzi choroba. Gdy zdrowie dopisuje, plajtuje firma i rośnie zadłużenie. To tylko pokazuje, że każda z nas ma ogromne pole do trenowania pozytywnego myślenia. Każda z nas ma w swoim życiu przestrzeń, którą można nazwać cmentarzyskiem słoni (tak, zapożyczam to określenie z Disnejowskiego Króla Lwa). Miejsce, do którego nie zagląda się bez potrzeby, z obawy przed tym, że można znaleźć tam coś niefajnego lub że coś niefajnego znajdzie nas.
Gdy mówię, żeby włączyć pozytywne myślenie, wcale nie mam na myśli głupkowatego uśmiechu i nieszczerego szczerzenia zębów podczas opowiadania, że wszystko jest cudownie, choć w oczach zbierają się łzy. Pozytywne myślenie to szukanie rozwiązań, to pielęgnowanie w sobie poczucia, że dam sobie radę, nawet jeśli teraz nie widzę wyjścia z sytuacji. Pozytywne myślenie zakłada plany B, C i D. Pozytywne myślenie pozwala zaczerpnąć powietrza, często zmieszanego z odrobiną odwagi, by dokonać jakiejś zmiany. Pozytywne myślenie to analizowanie swojego życia w poszukiwaniu chwil, w których było ciężko, a mimo to dałyśmy radę, odbiłyśmy się od dna, wytrwałyśmy. A skoro zdarzyło się to raz, może zdarzyć się ponownie, przecież historia lubi się powtarzać.
Gdy patrzę wstecz na siebie licealistkę i na siebie studentkę, zastanawiam się, gdzie było ukryte to moje pozytywne myślenie. Bo gdzieś musiało być. Gdyby go nie było, dziś nie byłabym tu, gdzie jestem, w miejscu, w którym jest mi dobrze. A przecież było mnóstwo sytuacji, po których śmiało mogłabym się poddać, zawrócić z obranej ścieżki i nie dawać sobie szans ze strachu przed kolejnym potknięciem.
Gdy nie dostałam się na filologię polską (a to dlatego, że nie powiedziałam dosłownie nic na egzaminie ustnym, stres po prostu mnie przerósł), czułam się beznadziejna, głupia, leniwa. Zawiodłam wszystkich, nie spełniłam oczekiwań. Zwątpiłam w siebie, w swoje intencje. Już nie pamiętałam, że przecież korepetytorka mnie chwaliła (swoją drogą była w komisji egzaminacyjnej i widziałam na jej twarzy rozczarowanie, gdy nie mogłam wydusić z siebie ani słowa), a z języka polskiego zawsze byłam dobra. Było mi wstyd, czułam się gorsza od innych. Nie dość, że nie dostałam od innych zrozumienia w tej trudnej dla mnie chwili, to jeszcze sama tego wszystkiego nie rozumiałam (dopiero po dwudziestu latach przyszła refleksja, którą potem opisałam w książce Wrażliwiec to ja2). Czy było wtedy miejsce na pozytywne myślenie? Nie, ani milimetra, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie sądziłam wtedy, że mogłabym być do tego zdolna. Okazało się, że pozytywnym myśleniem było po prostu szukanie rozwiązania, kolejnej opcji, wymyślanie nowego planu na siebie. Nie było to satysfakcjonujące, nie czułam podekscytowania, ale coś trzeba było wymyślić, trzeba było zrobić krok w którymś kierunku. Teraz wiem, że tak miało być i że na filologii polskiej nie byłabym szczęśliwa. Wtedy jednak byłam zdruzgotana, że nie dostałam się na studia, które były dla mnie ważne. Choć może po prostu byłam nieszczęśliwa, bo znowu zrobiłam coś nie tak i nie zasłużyłam na uznanie. Nie wiem.
2 Monika Pryśko, Magdalena Juchniewicz, Wrażliwiec to ja. Jak radzić sobie w życiu, będąc wysoko wrażliwą osobą, Pascal, Bielsko-Biała 2022.
Pozytywne myślenie absolutnie nie kojarzy mi się z hurraoptymizmem. Nie jest dla mnie entuzjastycznym odpowiadaniem "TAK!", gdy tak naprawdę masz ochotę schować się pod kocem i przespać najbliższą dekadę. Pozytywne myślenie to danie sobie szansy. To taka malutka iskra wiary tląca się w głowie. Wiary w to, że może los się odmieni, że może jeszcze będzie inaczej, lepiej. Że jeszcze trochę wysiłku, trochę cierpliwości i będzie dobrze, stabilnie.
I, jak się okazuje, jedna iskra wystarczy, by jutro rozpocząć nowy dzień.
Samo pozytywne myślenie nic jednak nie da. Tu trzeba działania, decyzji, wstania z kanapy. A gdy jest trudno, gdy ciało odmawia współpracy, bo rozum się buntuje i nie chce dać Ci "antybiotyku" z nadziei, wystarczy jedna myśl: "Życzę sobie wszystkiego najlepszego".
Życzę sobie wszystkiego najlepszego. Życzę sobie wszystkiego najlepszego. Życzę sobie wszystkiego najlepszego. Życzę sobie wszystkiego najlepszego. Życzę sobie wszystkiego najlepszego. Życzę sobie wszystkiego najlepszego. Życzę sobie wszystkiego najlepszego. I tak w kółko, aż w końcu cokolwiek Ci się zachce.
Chce, czy nie chce mi się, oto jest pytanie! Pozytywne myślenie to nie recepta na sukces. Samo myślenie nie ma mocy sprawczej, aby coś się zadziało, potrzebny jest człowiek i jego decyzja oraz działanie. Ale to właśnie myślenie może dodać sił, by postarać się jeszcze raz. Może podsunąć wizję lepszego życia, która zachęci do tego, by wydobyć z siebie resztki zaangażowania i energii.
Pozytywne myślenie to nie recepta na sukces. Samo myślenie nie ma mocy sprawczej, aby coś się zadziało, potrzebny jest człowiek i jego decyzja oraz działanie. Ale to właśnie myślenie może dodać sił, by postarać się jeszcze raz. Może podsunąć wizję lepszego życia, która zachęci do tego, by wydobyć z siebie resztki zaangażowania i energii.
Dokończ zdanie: Co byś zrobiła, gdyby...
Lubię tę grę. Często gram w nią z moimi Czytelniczkami na Instagramie. One pytają: "Monika, co byś zrobiła, gdyby..." (i tu ich historie), a ja odpowiadam. Lubię tę zabawę, bo pozwala spojrzeć na problem z innej perspektywy, a także zorientować się w możliwych rozwiązaniach.
Gdy jest mi źle, gdy mam problem, gdy czuję, że utknęłam i nie mam pojęcia, co robić, biorę kartkę i zapisuję najgorszy scenariusz, jaki może się wydarzyć. Taki, którego się boję, a który gdzieś z tyłu głowy bardzo mi ciąży i przeszkadza. I wtedy szukam rozwiązania. Zadaję sobie pytanie, co bym zrobiła, gdyby moje obawy stały się realne.
Okazuje się, że zawsze jest jakieś rozwiązanie. Zawsze jest ktoś, kogo można zapytać o wskazówkę, poprosić o pomoc. Zawsze znajdzie się historia osoby, która już wcześniej przeszła podobną sytuację, i to suchą stopą. Mamy zasoby, znajomości, talenty, doświadczenie, które pozwalają nam radzić sobie z problemami. Ja wiem, że trudności sprawiają, że człowiekowi opadają ręce i że nie ma się wtedy ochoty nawet nastawić wody na herbatę ani z nikim rozmawiać. Ale zrozumiałam też, że trudności są po to, by je przezwyciężać, a pozytywne myślenie bardzo w tym pomaga. I nie chodzi o to, by na siłę ignorować znaki ostrzegawcze, by nie reagować na zbliżające się burzowe chmury, by bagatelizować zagrożenie. Chodzi o szukanie uchylonych drzwi, przez które, w razie trudności, możesz się prześlizgnąć.
Kilka tygodni temu jadłam obiad z bliską mi kobietą, Klaudią. Cud, że zapamiętałam jej słowa, bo nie miałam gdzie zapisać notatki, by w tej właśnie książce jej myśl rozwinąć. Ale to było tak ważne, że po prostu utkwiło mi w głowie. Opowiedziała mi o tym, jak kilka lat temu miała wewnętrzny miłosny kryzys. Brakowało jej uczucia, związku, czułości, przynależności. Chciała się zakochać, być kochaną, podzielić się uczuciem, ale, jak pewnie sama wiesz, miłość nigdy nie jest prosta i nie przychodzi na zawołanie. I wtedy dopadły ją pytania, bardzo niewygodne: "A co, jeśli nigdy nie poznam miłości życia? A co, jeśli już do końca życia będę sama?". I co sobie odpowiedziała? Jeśli zdarzy się tak, że już nigdy nie będzie w żadnym związku (dodam, że były to słowa trzydziestolatki), to będzie wychowywała córkę, będzie artystką, będzie podróżowała, jeździła na warsztaty, będzie się rozwijała i będzie szczęśliwa. Będzie taka, jaka chce być, i będzie żyć tak, jak zawsze marzyła. Ale bez faceta. Czy taka opcja jest satysfakcjonująca? Musi być, nie ma innej możliwości. Co więcej, nie tylko musi być, ale też może być. To jest właśnie moc pozytywnego myślenia. Kreujesz swoje życie, myśląc o najlepszej możliwej opcji. Jak mawia moja przyjaciółka, Basia Szmydt, grasz kartami, które masz. Możesz przegrać, ale możesz też wygrać, a to wszystko zależy w dużej mierze od Ciebie.
To właśnie z Basią zorganizowałam siedem lat temu pierwsze warsztaty kreatywne, w dodatku w hangarze na lotnisku w Modlinie. Brzmi świetnie, prawda? Ale geneza tej akcji wcale nie była pozytywna.
Rok 2015. Byłam na wpół samotną mamą dwuletniej dziewczynki, utrzymywałam się sama. Właśnie złożyłam wypowiedzenie w firmie, w której zarabiałam dwa tysiące osiemset złotych na rękę, co wtedy było sumą całkiem niezłą, a na pewno zadowalającą. Nie miałam oszczędności, nie miałam pracy, nie miałam porządnego zlecenia, na którym mogłabym się oprzeć. Na koncie miałam czterysta złotych i brałam drobne fuchy, żeby uzbierać tysiąc sto złotych na czynsz. To był ten czas, gdy zjadałam wszystkie zapasy, jakie miałam w kuchennych szafkach, a kaszę gryczaną jadłam z kiszonymi ogórkami od rodziców. Nikt nie wiedział, w jakiej jestem sytuacji, bo nie było się czym chwalić. Wtedy postanowiłyśmy razem z Basią, że zrobimy warsztaty. Sprzedałam na Allegro ciuchy, w których już nie chodziłam, a także książki i biżuterię, i za te pieniądze pojechałam do Lublina. W kilka dni przygotowałyśmy plan warsztatów, zorganizowałyśmy wszystkie materiały, narzędzia i firmy do współpracy. Dziś mogę stwierdzić, że byłyśmy beztroskie, szalone i po prostu zrobiłyśmy coś tylko dlatego, że nikt nam nie powiedział, że się nie da. W każdym razie zarobiłyśmy na tym po parę stów na głowę, więc luksusu nie było, ale jednak zdobyłam nowe doświadczenie, nowe znajomości, nową energię i chwilę potem sprawy finansowe jakoś się poprawiły. W tamtej sytuacji po prostu zadałam sobie pytanie, co mogę zrobić, jakie mam pole manewru, jakie mam wyjścia, możliwości. Chwyciłam się tego, co w tamtym czasie było dla mnie osiągalne i miłe emocjonalnie, co dawało mi komfort psychiczny i co oddalało gryzącą myśl, że nie wszystko układa się tak, jak bym chciała.
Co zrobisz, gdy potwierdzą się Twoje obawy i znajdziesz się w trudnej sytuacji? Jakie masz opcje do wyboru, jakie masz wyjścia ewakuacyjne? Kogo możesz zapytać o drogę? Do kogo możesz zadzwonić?
Odpowiedzi na te pytania przyniosą ulgę.
Lubię myśleć, że coś znika z mojego życia, by zrobić miejsce czemuś jeszcze lepszemu
Myślenie w ten sposób przyniosło mi w życiu dużo ulgi, a przy okazji głaskało moją nadszarpniętą cierpliwość. Dzięki temu zdaniu mogłam sobie wiele spraw wytłumaczyć, uporządkować. Dzięki temu zdaniu czekałam na dobre rzeczy w moim życiu i to zdanie pomagało mi zawsze życzyć sobie wszystkiego, co najlepsze. Dzięki niemu po prostu czekałam na to, co najlepsze.
I to lepsze przychodziło. Prędzej czy później, ale przychodziło.
A życie dało mi wiele okazji, by trawić to zdanie w głowie, choć uwierz, nie było to ani łatwe, ani przyjemne. Było trudne i często żałosne. Czułam się jak skończona idiotka, gdy powtarzałam sobie to zdanie miesiąc po tym, jak zostawił mnie mąż. Czułam się jak oszustka, która powtarza sobie naiwne hasło, udając, że w nie wierzy. Ale ja tak bardzo chciałam, żeby to była prawda, że mieliłam te słowa w kółko jak wariatka. Mąż znika z mojego życia, żeby zrobić miejsce komuś lepszemu? Łapałam się tej myśli, żeby dać sobie radę, żeby wytrwać do następnego tygodnia, do następnego miesiąca. I wiesz co? To była prawda. Najprawdziwsza, dorodna, jędrna, szczerozłota prawda. Życie dało mi wyraźny dowód na to, że warto życzyć sobie dobrych rzeczy i warto na nie czekać. Ja czekałam na tę "lepszą" miłość wiele lat. Po drodze było we mnie wiele żalu, poczucia niesprawiedliwości, zwątpienia - przerobiłam chyba wszystkie stany, od samotności do zobojętnienia. Doczekałam się. Znalazłam miłość, taką w złotym pudełku obwiązanym czerwoną wstążką, z dedykacją: "Chciałaś, to masz".
Chciałam i mam.
Jak już jest źle, to chociaż niech będzie ładnie.
Często mówię, że bycie w kryzysie wciąga. Coś na zasadzie: jestem niedysponowana, więc nie muszę iść na WF. Jest mi źle, więc nie muszę się starać. Jestem samotna, więc mogę się schować. Wygodnie jest tak rozkokosić się w tym swoim życiowym dramacie i cierpieć, pielęgnować to, że jest średnio, a może nawet i kiepsko. Bo to nie wymaga niczego więcej poza byciem tu i teraz. To nie wymaga niczego więcej poza robieniem tego, co się robiło przedwczoraj i wczoraj. A żeby wyjść z tej stagnacji, trzeba wykonać ruch, zobaczyć coś pozytywnego w paśmie frustracji, bezsilności i złości. Poszukać czegoś dobrego, czego można się złapać, chwycić niczym tonący brzytwy.
Rozwód to dla wielu osób moment graniczny. Dla mnie też takim był. Wracam do tego tematu, bo pamiętam zdanie, które sobie powtarzałam, gdy musiałam wyprowadzić się z córką z mieszkania mojego byłego męża. A mówiłam sobie, że skoro muszę znaleźć dla siebie nowe miejsce, to będzie to najlepsze lokum, w jakim kiedykolwiek mieszkałam. Odnalazłam w tym ekscytację i nadzieję, czasem wydawało mi się nawet, że się cieszę, bo dużo radości sprawiało mi wyobrażanie sobie nowego miejsca, wymyślanie, jak w nim będzie, jak je urządzę. Tak ogólnie, życiowo, było mi bardzo smutno, ale zaczęły się pojawiać przebłyski normalności. A wszystko dlatego, że życzyłam sobie zmiany, życzyłam sobie czegoś miłego, czegoś, co byłoby tylko moje i co kojarzyłoby mi się wyłącznie z nowym, świeżym etapem życia.
Dramat to moje drugie imię. Twoje też?
Uwielbiam seriale obyczajowe. Lubię to, że trwają po kilka sezonów, a to dlatego, że... mam przy czym pracować! Gdy przygotowuję sobie plan pracy, materiały, robię research, piszę coś krótkiego, odpisuję na wiadomości, lubię, gdy coś mi szumi w tle. I rzadko wybieram muzykę - wolę dialogi, rozmowy. Lubię, gdy w ciągu dnia pracy towarzyszy mi jakaś historia, na której nie muszę się szczególnie skupiać, ponieważ już ją znam. Znam, bo już od jakiegoś czasu oglądam ten serial, więc wiem, jaka jest dynamika akcji i nawet podejrzewam już, jak wszystko się skończy. Ale nie piszę tego po to, by namawiać Cię na oglądanie seriali, chcę Ci tylko coś pokazać. Seriale (ja lubię te dostępne w serwisie Player, które jeszcze kilka lat temu można było obejrzeć w TVN, jak Prawo Agaty, Lekarze czy Druga szansa) zawsze zaczynają się od dramatu, kryzysu, upadku. Bohaterki często są na przykład porzucane przez narzeczonych, którzy okazują się oszustami i zostawiają je z długami, bez pracy i z wilczym biletem. Albo ktoś wrabia je w handel narkotykami. Albo przyłapują narzeczonego na zdradzie. Co serial, to inny dramat. I tutaj główną rolę gra pozytywne myślenie, jakiś zew natury pomagający tym kobietom znów wypłynąć na powierzchnię, uruchamiający w nich motywację do tego, by dać sobie radę. Gdyby nie to pozytywne myślenie, sezon nie miałby trzynastu odcinków, a jedynie pilota, który kończyłby się za każdym razem tak samo: bohaterka siada, załamuje ręce i płacze samotna, pozostawiona bez miłości, bez pieniędzy i bez perspektyw.
Twoje życie na pewno też jest pełne potknięć, błędów, fakapów i innych wydarzeń, które sprawiają, że oglądasz się za siebie, szukając ukrytych kamer. Nie jesteś w tym odosobniona. Pociechę daje jednak myśl, że nasze życie to serial niczym Moda na sukces - trwa i trwa, i trwa, i trwa. Wciąż coś się dzieje, wciąż trzeba sobie z czymś radzić i gasić pożary, ale kamera nadal nagrywa, nadal toczy się akcja.
Byle tylko nie myśleć negatywnie. Byle tylko nie myśleć negatywnie. Byle tylko...
Negatywne myśli są jak piłka plażowa - im bardziej chcesz je ukryć pod powierzchnią, z tym większą siłą wyskakują i uderzają Cię w czoło. Dlatego już dawno przestałam udawać, że nie mam dziwnych, niewspierających, pełnych wątpliwości myśli w głowie, bo gdy udaję, że ich nie ma i robię wszystko, by je zagłuszyć, jedynie częściej o nich myślę. Za każdym razem, gdy powtarzam sobie, żeby o nich zapomnieć, paradoksalnie "odgrzewam" je w mojej głowie. I tak w kółko.
Psycholog Daniel Wegner postanowił sprawdzić, dlaczego świadome odsuwanie od siebie jakiejś myśli wymaga tak dużego wysiłku. Zrobił badanie3 opierające się na reakcjach dwóch grup uczestników. Pierwsza grupa miała przez pięć minut referować to, o czym aktualnie myśli, z zaznaczeniem, by próbować myśleć o białych niedźwiedziach. Za każdym razem, gdy biały niedźwiedź pojawiał się w czyichś myślach, uczestnik miał zadzwonić dzwonkiem. Druga grupa dostała podobne zadanie, choć tym razem uczestnicy mieli nie myśleć o białych niedźwiedziach. Najwyraźniej nie było to proste, skoro dzwoniono dzwonkiem średnio raz na minutę. Następnie psycholog poprosił członków drugiej grupy, by jeszcze raz wykonali to ćwiczenie, tym razem zaznaczył jednak, że mają myśleć o niedźwiedziach. Tym razem uczestnicy dzwonili dzwonkiem częściej niż pierwsza grupa, która nie dostała na wstępie żadnego zakazu. To znaczy, że jeśli zmuszasz mózg, by o czymś nie myślał, to on, jak na złość, właśnie to będzie robił.
3 Robby Berman, Dlaczego tak trudno pozbyć się obsesyjnych myśli - i jak im zaradzić, tłum. Jan Dzierzgowski, "Przekrój", data publikacji: 12.03.2021, https://przekroj.pl/nauka/dlaczego-tak-trudno-pozbyc-sie-obsesyjnych-mysli-big-think-robby-berman [dostęp: 21.10.2022].
Dlatego absolutnie nie namawiam nikogo do...
.
.
.
...(fragment)...
Całość dostępna w wersji pełnej