p

Wszystkie nasze tajemnice - Melissa Wiesner

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (32,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

JE­SIEŃ, PIĘT­NA­ŚCIE LAT TEMU

Anna wzięła głę­boki od­dech, żeby uspo­koić serce, które wa­liło w jej piersi mło­tem, kiedy pro­fe­sorka od­czy­ty­wała z pul­pitu li­stę na­zwisk. Chło­pak sie­dzący po pra­wej zmie­rzył zna­czą­cym spoj­rze­niem jej po­prze­cie­rane trampki, a ona przy­ci­snęła dłoń do nogi, aby za­trzy­mać jej ner­wowe po­dry­gi­wa­nie.

Osoba, któ­rej na­zwi­sko mo­gła lada chwila od­czy­tać pro­fe­sorka, nie miała po­ję­cia, że na jej bar­kach spo­czywa od­po­wie­dzial­ność za przy­szłość Anny. Była jedną z nie­licz­nych uczen­nic li­ceum, które za­kwa­li­fi­ko­wały się do bez­płat­nego pro­gramu uczel­nia­nego, a ten pro­jekt sta­no­wił jej szansę na sty­pen­dium, na ży­cie bez wiecz­nego oglą­da­nia się za sie­bie.

Sze­lest pa­pieru w dłoni dok­tor McGo­vern po­niósł się echem po sali wy­kła­do­wej, kiedy jej pa­lec prze­su­nął się po li­ście i za­trzy­mał.

Anna za­ci­snęła dłoń na ma­te­riale T-shirtu z se­cond handu, kiedy cze­kała w ner­wach na wy­czy­ta­nie na­zwi­ska osoby, która bę­dzie jej part­ne­ro­wać w pro­jek­cie.

- Ga­briel We­athe­rall.

Spoj­rzała na wy­so­kiego ciem­no­wło­sego chło­paka, który roz­wa­lił się na krze­śle i bez­myśl­nie ba­wił się pió­rem.

Ski­nął lekko głową, da­jąc An­nie znak, że ją wi­dzi, po czym od­wró­cił wzrok. Nie mi­nęła se­kunda, gdy po­de­rwał głowę, a jego szczęka opa­dła w nie­mal ko­me­dio­wym stylu.

Cóż, by­łoby to ko­miczne, gdyby na szali nie le­żało jej ży­cie.

Zmu­siła się, by bły­snąć przy­ja­ciel­skim uśmie­chem.

Kiedy uniósł brwi i po­gar­dli­wie wy­giął wargi, po­czuła, że sty­pen­dium wy­myka się jej z rąk.

Dok­tor McGo­vern sko­ja­rzyła w pary pro­jek­towe po­zo­stałe osoby na li­ście, po czym roz­po­częła wy­kład, z któ­rego Anna nie usły­szała ani słowa. Oparła się na łok­ciu i po­zwo­liła, by brą­zowe włosy opa­dły jej na twarz... Jakby ob­cho­dziły ją ta­kie dro­bia­zgi jak roz­dwo­jone koń­cówki. Po­przez za­słonę dłu­giej grzywki tak­so­wała wzro­kiem gę­ste czarne włosy Gabe'a, T-shirt zdra­dza­jący jego przy­na­leż­ność do jed­nego ze stu­denc­kich bractw i ra­miona skrzy­żo­wane na sze­ro­kiej piersi w ge­ście wy­ra­ża­ją­cym bez­gra­niczną pew­ność sie­bie. Po­łowa dziew­cząt w jej gru­pie za­bi­łaby za moż­li­wość współ­pracy z Gabe'em przez na­stępne dwa se­me­stry, ale, Boże, Anna tak bar­dzo ża­ło­wała, że nie tra­fił się jej ktoś inny.

To były jej dru­gie za­ję­cia z nim, nie, żeby kie­dy­kol­wiek zwró­cił na nią uwagę. Ona za to wie­działa, kim on jest. Gabe był przy­kła­dem osoby, któ­rej wszystko przy­cho­dzi zbyt ła­two. Po­ru­szał się i mó­wił z pew­no­ścią sie­bie świad­czącą, że ni­gdy nie na­po­tkał żad­nych trud­no­ści, że ro­dzice od po­czątku po­wta­rzali mu, jaki jest mą­dry i wy­jąt­kowy. Prze­ja­wiało się to we wszyst­kim, co ro­bił - od tego, jak bez wa­ha­nia ini­cjo­wał dys­ku­sję z wy­kła­dowcą, po spo­sób, w jaki stu­dentki uczelni lgnęły do niego, a on po­świę­cał im tyle uwagi, aby za­wsze wra­cały, ale nie dość, by ogra­ni­czyć so­bie wy­bór.

Do­bra, może i był by­stry - nie­raz w du­chu zga­dzała się z tym, co mó­wił pod­czas za­jęć. Był też jed­nak zbyt atrak­cyjny, zbyt aro­gancki i zbyt osten­ta­cyjny. Po­trze­bo­wała part­nera, który nie bę­dzie się wy­chy­lać, nie bę­dzie przy­cią­gać uwagi i zgo­dzi się za­su­wać. Albo jesz­cze le­piej: wy­cofa się i po­zwoli za­su­wać jej. Gabe We­athe­rall nie wy­glą­dał na ta­kiego typa.

Po za­ję­ciach ru­szył do drzwi oto­czony grupą, z którą za­wsze sie­dział, na­wet się na Annę nie obej­rzał. Nie spie­szyła się, po­woli pa­ko­wała książki do ple­caka. Miała na­dzieję, że Gabe bę­dzie zbyt za­jęty, by o niej pa­mię­tać - wtedy uda­łoby się jej wy­mknąć ukrad­kiem i skon­tak­to­wa­łaby się z nim w spra­wie pro­jektu w póź­niej­szym ter­mi­nie. Gdyby naj­pierw stwo­rzyła plan, wie­dzia­łaby, co do­kład­nie po­wie­dzieć, kiedy już doj­dzie do roz­mowy.

Kiedy jed­nak wy­szła z sali, oka­zało się, że Gabe stoi sam, oparty o ścianę, i wpa­truje się w drzwi. Spoj­rzał An­nie w oczy, a jej żo­łą­dek wy­ko­nał po­wolne salto. Chło­pak miał tę­czówki w od­cie­niu naj­ja­śniej­szego błę­kitu, nie­mal srebrne. Osoby z tak ciem­nymi wło­sami nie po­winny mieć ta­kich oczu, a on miał. Wy­glą­dały jak bu­rzowe chmury, zza któ­rych prze­ziera słońce. Jak to moż­liwe, że ni­gdy wcze­śniej tego nie za­uwa­żyła? Wy­mie­rzyła so­bie w my­ślach kuk­sańca.

Bu­rzowe chmury? Daj spo­kój!

Gabe mach­nął na nią nie­dbale, a ona zwol­niła.

- Cześć. - Sta­nęła przed nim i zmu­siła się do uśmie­chu. - Wy­gląda na to, że ra­zem ro­bimy pro­jekt.

Nie od­wza­jem­nił uśmie­chu. Za­miast tego zmie­rzył ją wzro­kiem od stóp do głów.

- Ile ty masz lat?

Przy­ci­snęła ze­szyt do piersi, aby ukryć za duży T-shirt z logo sklepu z na­rzę­dziami. Chło­pak mamy go zo­sta­wił, za­nim mama go wy­ko­pała. Był hy­drau­li­kiem i Anna ża­ło­wała, że od­szedł. Na­le­żał do nie­licz­nych mi­łych chło­pa­ków matki, w trak­cie trwa­nia tego związku nie trzeba było wa­lić puszką groszku w grzej­niki, żeby dzia­łały. T-shirt był za duży, ale to wła­śnie w nim lu­biła. Ła­twiej było się w nim ukryć.

Te­raz jed­nak ża­ło­wała, że nie pa­mię­tała, iż to wła­śnie tego dnia będą do­bie­rać się w pary pro­jek­towe. Mo­głaby się tro­chę bar­dziej po­sta­rać. Była bo­le­śnie świa­doma, że wręcz pływa w ogrom­nym pod­ko­szulku, tym bar­dziej że ostat­nio znów stra­ciła na wa­dze. To, że miała pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, w ni­czym nie po­ma­gało, a wręcz po­tę­go­wało wra­że­nie nie­zręcz­no­ści. Ko­lega z li­ceum po­wie­dział kie­dyś, że Anna przy­po­mina mu je­lonka Bambi z tymi chu­dymi no­gami i wiel­kimi brą­zo­wymi oczami. Był prze­ko­nany, że to kom­ple­ment.

Cóż, naj­le­piej bę­dzie uda­wać pew­ność sie­bie. Na szczę­ście co­raz ła­twiej jej to przy­cho­dziło. Od­chrząk­nęła.

- Na­zy­wam się Anna Camp­bell. Miło mi.

Gabe za­mru­gał.

- Pierw­szy rok?

- A... a ty jak się na­zy­wasz? - Wy­pro­sto­wała się na całą swoją wy­so­kość. To za­wsze dzia­łało, kiedy miała do czy­nie­nia z roz­gnie­wa­nym klien­tem w skle­pie, w któ­rym pra­co­wała. Niech to szlag. Gabe był o pięt­na­ście cen­ty­me­trów wyż­szy i wcale nie wy­da­wał się onie­śmie­lony. Ra­czej... roz­ba­wiony.

- Ga­briel We­athe­rall. Dla przy­ja­ciół Gabe.

- Cóż, Ga­brielu, wy­gląda na to, że bę­dziemy współ­pra­co­wać przez naj­bliż­sze dwa se­me­stry. Może więc wy­mie­nimy się ad­re­sami ma­ilo­wymi i ja­koś umó­wimy?

Gabe wa­hał się do­sta­tecz­nie długo, by za­częła się de­ner­wo­wać. Czyżby du­mał, jak się z tego wy­plą­tać? W końcu się­gnął po no­tes, który przy­ci­skała do piersi, i otwo­rzył go na pu­stej stro­nie. Na­pi­sał na niej swoje na­zwi­sko, ad­res ma­ilowy i nu­mer te­le­fonu, po czym mruk­nął:

- Naj­ła­twiej się ze mną skon­tak­to­wać SMS-em.

Od­dał jej no­tes, a ona po­woli za­pi­sała na kartce swój ad­res i nu­mer. Wy­cią­gnął po nią rękę, ale się za­wa­hała.

Nie mo­gła wy­słać mu SMS-a. Nie miała ko­mórki, tylko bez­na­dziejny te­le­fon sta­cjo­narny, który już był w miesz­ka­niu, kiedy się do niego prze­pro­wa­dziły. Pod­wi­nęła palce w tramp­kach, za­po­mi­na­jąc o uda­wa­niu pew­no­ści sie­bie.

- To, hm... Ła­twiej bę­dzie mi na­pi­sać ma­ila, je­śli mogę... - Kom­pu­tera też nie miała. Ani in­ter­netu. Ale prze­cież prak­tycz­nie miesz­kała w bi­blio­tece i mo­gła ko­rzy­stać z tam­tej­szej pra­cowni kom­pu­te­ro­wej.

Wziął od niej kartkę z da­nymi kon­tak­to­wymi i za­czął się jej przy­glą­dać, jakby świ­stek mógł zdra­dzić, kim jest Anna.

- Ja­sne, jak wo­lisz. No to kiedy się spo­tkamy?

Za­ci­snęła wargi. To mu się nie spodoba.

- Cóż, w ty­go­dniu nie mogę. Je­stem na kam­pu­sie tylko we wtorki.

Prze­cze­sał włosy pal­cami tak, że aż się na­stro­szyły. Przy­naj­mniej nie na­le­żał do fa­ce­tów, któ­rzy uży­wali hek­to­li­trów żelu do wło­sów.

- Spoko, mam sa­mo­chód - od­parł. - Gdzie miesz­kasz? Mogę pod­je­chać w twoje oko­lice albo mo­żemy się umó­wić u cie­bie.

Od­dech uwiązł jej w gar­dle na myśl, że ten atrak­cyjny, pewny sie­bie, wy­raź­nie za­możny stu­dent miałby przyjść do jej miesz­ka­nia pra­co­wać nad pro­jek­tem. Po­my­ślałby... Jej po­liczki za­pło­nęły. Nie po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić, co mógłby po­my­śleć. Zresztą, nie miało to zna­cze­nia, bo ni­gdy się nie wy­da­rzy. Wspólny pro­jekt ozna­czał jed­nak, że spę­dzą wiele czasu ra­zem przez te dwa se­me­stry. Mu­siała po­wie­dzieć mu o so­bie co­kol­wiek, na­wet je­śli to bo­lało.

- Po­słu­chaj, nie mogę się spo­tkać w ty­go­dniu. Cały dzień je­stem w szkole, a po szkole pra­cuję.

Na jego twa­rzy ma­lo­wała się co­raz więk­sza kon­ster­na­cja.

- Je­steś cały dzień w szkole. A ta szkoła to...

- No szkoła śred­nia, li­ceum.

- Li­ceum? - Po­de­rwał głowę, jakby Anna się na niego za­mach­nęła. - To co ro­bisz na wy­kła­dzie z go­spo­darki świa­to­wej? To za­ję­cia dla stu­den­tów ostat­nich lat. - Ro­ze­śmiał się, ale minę miał na­dal po­sępną. - Ostat­nich lat stu­diów.

- Biorę udział w bez­płat­nym pro­gra­mie dla obie­cu­ją­cych uczniów szkół śred­nich. - Nie do­dała, że pro­gram jest po­my­ślany dla osób "o ni­skich do­cho­dach" i tych "ze śro­do­wisk dys­funk­cyj­nych". Nie­na­wi­dziła okre­śle­nia "śro­do­wi­sko dys­funk­cyjne". Nie mu­siano jej przy­po­mi­nać o ry­zyku zwią­za­nym z jej obecną sy­tu­acją. - To bar­dzo am­bitny pro­gram. Biorę udział w za­ję­ciach uni­wer­sy­tec­kich od dru­giej klasy. Kiedy skoń­czę li­ceum, będę mo­gła wy­ko­rzy­stać punkty do uzy­ska­nia li­cen­cjatu.

Nie wspo­mi­na­jąc już na­wet o tym, że je­śli otrzyma naj­wyż­szą notę za ten pro­jekt, zo­sta­nie za­uwa­żona przez całe grono pro­fe­sor­skie, kiedy przyj­dzie się ubie­gać o sty­pen­dium za wy­niki.

Osoby po­kroju Gabe'a nie mu­siały za­wra­cać so­bie głowy sty­pen­diami.

- By­łaś w dru­giej kla­sie... A te­raz je­steś...?

Wes­tchnęła.

- W trze­ciej. Mam szes­na­ście lat.

Ga­briel był na ostat­nim roku, pew­nie skoń­czył już dwa­dzie­ścia je­den. Mo­gła mu tylko współ­czuć wy­lą­do­wa­nia w pro­jek­cie z li­ce­alistką. Na pewno wie­dział jed­nak, że dok­tor McGo­vern nie przy­ję­łaby jej na swoje za­ję­cia, gdyby uwa­żała, że Anna so­bie nie po­ra­dzi.

Ode­rwał się od ściany i zro­bił krok w jej stronę.

- Szes­na­ście? Se­rio? Naj­waż­niej­szy pro­jekt w ca­łej mo­jej uczel­nia­nej ka­rie­rze, a moja part­nerka jesz­cze nie we­szła w okres doj­rze­wa­nia?

Może miała tylko szes­na­ście lat, ale wszystko bo­lało ją jak se­niorkę. Po­przed­niego wie­czoru do dzie­sią­tej roz­pa­ko­wy­wała kar­tony w skle­pie, a za­da­nie do­mowe skoń­czyła od­ra­biać po pół­nocy. Każdy wie­czór w tym ty­go­dniu wy­glą­dał tak samo. Nie za­mie­rzała tu stać i tego wy­słu­chi­wać.

Oparła ręce na bio­drach i zmie­rzyła go gniew­nym spoj­rze­niem. Z bli­ska te jego oczy wcale nie były ta­kie wy­jąt­kowe. Prze­sa­dziła, kiedy okre­śliła je mia­nem srebr­nych. Były zwy­czaj­nie szare. Mętne jak po­myje.

- Wiem, co ro­bię. Do­sta­łam szóstki ze wszyst­kich za­jęć, w któ­rych do­tąd bra­łam udział. Ciężko pra­cuję. Nie ocze­kuję spe­cjal­nego trak­to­wa­nia. Bę­dziesz więc mieć mnó­stwo czasu na znę­ca­nie się nad pierw­szo­rocz­nia­kami, upi­ja­nie dziew­czyn z brac­twa ta­nim pi­wem i inne ulu­bione roz­rywki tego two­jego Theta Chi.

Po­ża­ło­wała tych słów, kiedy tylko pa­dły z jej ust.

Gabe cof­nął się o krok.

- Wow.

Czy to mo­gło się po­to­czyć jesz­cze go­rzej? Nie zdzi­wi­łaby się, gdyby po­szedł do dok­tor McGo­vern do­ma­gać się zmiany part­nerki. Anna bła­gała o moż­li­wość udziału w tych za­ję­ciach, a je­śli Gabe na nią na­skarży, bę­dzie miała po­ważne kło­poty.

Zmarsz­czył brwi.

- Mu­szę cię roz­cza­ro­wać. Coś ci się po­my­liło.

Już miała wy­mam­ro­tać prze­pro­siny, kiedy ką­ciki jego ust unio­sły się w uśmie­chu.

- Theta Chi mają za dużo klasy na upi­ja­nie dziew­czyn ta­nim pi­wem. Sta­wiamy im drinki.

Wbiła wzrok w swoje trampki, aby ukryć uśmiech.

Wes­tchnął.

- Wy­gląda na to, że utknę­li­śmy w tym ra­zem, więc po pro­stu to zróbmy. W nie­dziele też pra­cu­jesz?

Po­krę­ciła głową.

- No to spo­tkajmy się w bi­blio­tece. W po­łu­dnie?

Po­tak­nęła, na­dal prze­ra­żona, że Gabe za­raz spró­buje pod­mie­nić ją na ko­goś in­nego.

- Zro­bię, co w mo­jej mocy, aby mimo kaca zwlec się z łóżka. - Ru­szył ko­ry­ta­rzem przed sie­bie, ale po kilku kro­kach za­wo­łał jesz­cze: - A ty pa­mię­taj, żeby nic nie prze­skro­bać, bo do­sta­niesz szla­ban.

Od­pro­wa­dziła go wzro­kiem, do­póki nie znik­nął za ro­giem, po czym oparła się o ścianę. Jak mieli na­pi­sać ra­zem pro­jekt i się przy tym nie po­za­bi­jać?

Już pięć mi­nut roz­mowy su­ge­ro­wało, że to bę­dzie długi rok.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

LATO, TE­RAZ

Dok­tor Anna Camp­bell od pięt­na­stu lat ro­biła, co mo­gła, by nie wra­cać do domu. A te­raz tuż za drzwiami lot­ni­ska roz­po­ście­rał się Pit­ts­burgh w sta­nie Pen­syl­wa­nia, mia­sto, z któ­rego przez całe dzie­ciń­stwo pró­bo­wała uciec.

Aby do­dać so­bie od­wagi, za­ci­snęła palce na zło­tym wi­siorku, który no­siła od dwu­dzie­stu lat, i po­tarła kciu­kiem de­li­katny wzór. Nie była już prze­ra­żo­nym, zroz­pa­czo­nym dzie­cia­kiem, a ta po­dróż mo­gła dać jej od­po­wie­dzi, któ­rych szu­kała przez pół swo­jego ży­cia.

Mo­gła po­móc jej w końcu na do­bre zo­sta­wić za sobą prze­szłość.

Wy­pro­sto­wała się i po­szła za in­nymi zmę­czo­nymi pa­sa­że­rami do windy, po czym przy­sta­nęła, kiedy ko­lejka roz­dzie­liła się na osoby zmie­rza­jące po od­biór ba­gażu i do au­to­ma­tycz­nych drzwi, za któ­rymi cze­kali już przy­ja­ciele i zna­jomi. Nie miała żad­nego ba­gażu. Wszystko, co było jej po­trzebne, zmie­ściło się w ple­caku, nikt też za­pewne nie cze­kał na nią o tak póź­nej po­rze. Za­częła więc szu­kać zna­ków, które za­pro­wa­dzi­łyby ją do miej­sca, skąd od­jeż­dżał uber.

Już miała po­dejść do drzwi, kiedy za jej ple­cami roz­legł się ni­ski głos:

- Po­trze­bu­jemy le­ka­rza!

Okrę­ciła się na pię­cie, za­po­mi­na­jąc o zde­ner­wo­wa­niu, i jej wzrok padł na jed­nego z naj­pięk­niej­szych męż­czyzn, ja­kich w ży­ciu wi­działa. Stał kilka kro­ków od niej i ob­ser­wo­wał ją. Znie­ru­cho­miała, ple­cak zsu­nął się z jej ra­mie­nia i wy­lą­do­wał na pod­ło­dze.

Męż­czy­zna po­woli się uśmiech­nął.

- Gabe! - za­wo­łała i po­bie­gła w jego stronę. Spo­tkali się w pół drogi, męż­czy­zna chwy­cił ją w ra­miona i okrę­cił.

Ga­briel We­athe­rall, jej naj­lep­szy przy­ja­ciel.

- Nie mogę uwie­rzyć, że tu je­steś - po­wie­działa, kiedy w końcu od­sta­wił ją na zie­mię.

Sa­mo­lot wy­lą­do­wał po pół­nocy, uprze­dziła więc Gabe'a, że prze­no­cuje w ho­telu przy lot­ni­sku. Mo­gła prze­wi­dzieć, że jej nie po­słu­cha.

- Chyba nie są­dzi­łaś, że dys­kret­nie wśliź­niesz się do kraju po tak dłu­giej nie­obec­no­ści, co?

- Nie za­mie­rza­łam się wśli­zgi­wać. - Po­słała mu krzywy uśmiech. - Co naj­wy­żej za­kraść się na pa­lusz­kach.

Po­krę­cił głową i wes­tchnął z roz­ba­wie­niem wy­mie­sza­nym z nutą cze­goś jesz­cze. Pew­nie iry­ta­cji.

- Wiesz, że cała moja ro­dzina od­li­czała dni do two­jego przy­jazdu?

Po­czuła nie­ocze­ki­wany ucisk w sercu: ro­dzina Gabe'a, We­athe­ral­lo­wie. Ta wielka, gło­śna, uro­cza, ko­cha­jąca, nie­zno­śna fa­mi­lia. Byli obecni w jej ży­ciu od cza­sów dzie­ciń­stwa, nie mo­gło jej spo­tkać nic lep­szego niż to, że ją przy­gar­nęli. W ta­kie dni jak dziś wy­raź­nie jed­nak czuła, że ni­gdy nie bę­dzie taka jak oni. Każdą zmianę w ży­ciu po­strze­gali jako oka­zję do świę­to­wa­nia, im gło­śniej­szego i lud­niej­szego, tym le­piej. Ona wo­la­łaby ukryć się gdzieś, do­póki nie ob­my­śli na­stęp­nego kroku.

- Masz szczę­ście, że cała ro­dzina nie po­ja­wiła się w punk­cie od­bioru ba­gażu z or­kie­strą dętą i fa­jer­wer­kami - mruk­nął, jakby czy­tał w jej my­ślach. Uniósł brwi i spoj­rzał na nią z ukosa. - Za­su­ge­ro­wa­łem, że to mo­głoby cię przy­tło­czyć.

Prze­sa­dzał, ale tylko odro­binę. Znał ją le­piej niż kto­kol­wiek, za­wsze tak było. Ro­zu­miał jej prze­szłość, jej dzie­ciń­stwo i po­wody, dla któ­rych tak trudno było się jej otwo­rzyć na lu­dzi z taką swo­bodą, jaką wy­ka­zy­wała jego ro­dzina.

Ro­zu­miał wiele. Były też jed­nak rze­czy, któ­rych ni­gdy ni­komu nie po­wie­działa.

Na­wet je­śli miała świa­do­mość, że jej skry­tość cza­sami go fru­struje.

Zer­k­nęła na niego ukrad­kiem, kiedy się­gał po jej ple­cak. Nie wi­działa go od czte­rech lat. Był już po trzy­dzie­stce, w ką­ci­kach jego oczu po­ja­wiły się zmarszczki od śmie­chu i choć na­dal był szczu­pły, tro­chę się za­okrą­glił od ich ostat­niego spo­tka­nia. Oczy­wi­ście wy­glą­dał przez to jesz­cze atrak­cyj­niej.

Od­wró­cił się i przy­ła­pał ją na tym spoj­rze­niu.

Jakby z od­dali do­bie­gło ją ni­skie mru­cze­nie, z po­czątku ci­che, lecz na­bie­ra­jące siły. Przez chwilę wy­da­wało się jej, że to pas trans­por­towy ru­szył w punk­cie od­bioru ba­gażu, ale nie. Źró­dłem po­mru­ków była ona, to ro­ze­dr­gane bu­zo­wa­nie obej­mo­wało jej koń­czyny, kiedy znaj­do­wała się bli­sko Gabe'a.

Drże­nie ką­cika jego oka zdra­dzało, że on też je po­czuł.

Na­gle znów prze­nio­sła się do ich ostat­niego spo­tka­nia, tego wie­czoru na po­czątku czerwca cztery lata temu. Stali na we­ran­dzie domu jego ro­dzi­ców, dzie­liło ich za­le­d­wie kilka de­sek, ale wy­da­wało się, że to więk­szy dy­stans niż ocean, który wła­śnie po­ko­nała. Gabe był osłu­piały, a w jego oczach od­bi­jał się za­wód, bo sta­now­czo cof­nęła się za gra­nicę, którą nie­omal prze­kro­czyli.

Te­raz rów­nież się wy­co­fała, po­chy­liła się, by wziąć kurtkę, po czym prze­szu­kała kie­sze­nie, jakby nie było w tej chwili nic waż­niej­szego niż zna­le­zie­nie pasz­portu. Gabe wes­tchnął ci­cho, znów w wy­ra­zie fru­stra­cji.

Po raz ty­sięczny od tam­tej burz­li­wej wio­sen­nej nocy, kiedy wy­jeż­dżała z kraju, za­sta­na­wiała się, w jaki spo­sób czas i od­le­głość wpły­nęły na uczu­cia Gabe'a. Czy tak samo jak ona cie­szył się, że za­trzy­mali się, za­nim coś się mię­dzy nimi wy­da­rzyło? Czy było mu z tego po­wodu rów­nie przy­kro? Ni­gdy nie za­py­tała.

Roz­ma­wiali o wszyst­kim. Poza tym nie­zwy­kłym na­pię­ciem po­mię­dzy nimi. To te­mat tabu. Bo je­śli coś li­czyło się dla niej naj­bar­dziej, jedna rzecz, w obro­nie któ­rej by­łaby go­towa rzu­cić się pod nad­jeż­dża­jący po­ciąg, była to jej przy­jaźń z Gabe'em.

Je­dyne, na co mo­gła w ży­ciu li­czyć za­wsze.