p

Wspaniałe, cudowne życie - Emily Henry

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (32,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Jest takie stare powie­dze­nie o histo­riach i o tym, że zawsze ist­nieją trzy wer­sje: twoja, moja i praw­dziwa. Gość, który powie­dział to po raz pierw­szy, pra­co­wał w prze­my­śle fil­mo­wym, ale jego słowa spraw­dzają się też w dzien­ni­kar­stwie.

Nie powin­ni­śmy opo­wia­dać się po żad­nej stro­nie. Mamy zaj­mo­wać się fak­tami. A z fak­tów buduje się prawdę.

Fakt: Robert Evans -?pro­du­cent, kie­row­nik stu­dia fil­mo­wego i aktor, który ukuł tę chwy­tliwą man­trę na temat prawdy -?sie­dem razy był żonaty.

Fakt: Ja, Alice Scott, dzien­ni­karka w "The Scratch", aspi­ru­jąca bio­grafka, i w sumie to wszystko -?nie jestem jesz­cze nawet ofi­cjal­nie dziew­czyną faceta, z któ­rym spo­ty­kam się od sied­miu mie­sięcy.

Fakt: Robert Evans miał metr sie­dem­dzie­siąt pięć, czyli był dokład­nie tego samego wzro­stu co ja.

Fakt: Całe moje życie praw­do­po­dob­nie wkrótce się zmieni, a zamiast biec chod­ni­kiem w stronę sta­ro­świec­kiego płotu ze szta­che­tami, który oddziela mnie od mojego naj­więk­szego życio­wego marze­nia, sie­dzę w wyna­ję­tym samo­cho­dzie, mam klimę włą­czoną na maksa i czy­tam na IMDb o czło­wieku, któ­rego nazwi­ska nie zna­łam jesz­cze przed trzema minu­tami, a robię to, ponie­waż przy­po­mniał mi się cytat z niego o histo­riach, a także dla­tego, że gram na czas.

Jestem raczej prze­jęta niż zde­ner­wo­wana, ale tak naprawdę pul­suje we mnie sporo emo­cji. Wzdy­cham po raz ostatni, gaszę sil­nik i otwie­ram drzwi.

Od razu ude­rza mnie upał w połu­dnie let­niego dnia w Geo­r­gii, to zna­jome i uko­chane uczu­cie, które staje się jesz­cze lep­sze dzięki sło­nej bry­zie wie­ją­cej znad oce­anu ota­cza­ją­cego wyspę Lit­tle Cre­scent.

Jesz­cze raz spraw­dzam, czy mam przy sobie notes, dyk­ta­fon i dłu­go­pis, a potem zatrza­skuję drzwi i schy­lam się, żeby w bocz­nym lusterku spraw­dzić, jak wygląda moja szybko łapiąca wil­goć grzywka.

Pró­buję zdu­sić uśmiech i zamie­nić go w neu­tralny wyraz twa­rzy. To ważne, żebym nie zdra­dzała się z emo­cjami.

Fakt: Jesz­cze ni­gdy w życiu nie udało mi się nie zdra­dzać z emo­cjami.

Otwie­ram bramę, stu­kam san­da­łami po kamien­nym chod­niku, gdy skrę­cam wzdłuż ściany zie­leni: sit roeme­ria­nus i palma kabacz­kowa, opun­cja i soli­ród oraz -?mój ulu­biony -?dąb wir­gi­nij­ski.

Od jede­na­stu lat miesz­kam w Los Ange­les, ale za każ­dym razem, kiedy widzę połu­dniowy dąb wir­gi­nij­ski, myślę: dom.

Przede mną wyła­nia się tur­ku­sowy dom na drew­nia­nych palach, wspi­nam się po paru pod­nisz­czo­nych drew­nia­nych stop­niach i staję przed jaskra­wo­ró­żo­wymi drzwiami, ręcz­nie wyma­lo­wa­nymi w białe zawi­jasy.

W nagrodę znaj­duję odpo­wied­nio eks­cen­tryczny dzwo­nek do drzwi. To zna­czy, wygląda jak nor­malny, ale kiedy go wci­skam, roz­lega się taki dźwięk, jakby wiatr poru­szał dzwon­kami.

Jesz­cze nabie­ram powie­trza, zbie­ra­jąc się na odwagę, kiedy drzwi się otwie­rają, a niska, siwo­włosa kobieta w wybla­kłej fla­ne­lo­wej koszuli patrzy na mnie z gniewną miną.

-?Dzień dobry. -?Wycią­gam do niej dłoń. -?Jestem Alice. Scott.

Przy­gląda mi się jasno­nie­bie­skimi oczami, włosy ma krótko ostrzy­żone.

-?Z "The Scratch" -?dodaję na wypa­dek, gdyby to jej się z czymś sko­ja­rzyło.

Nawet nie mruga.

-?To zna­czy, nie przy­szłam w imie­niu "The Scratch". Pra­cuję tam, ale tutaj przy­szłam w spra­wie książki.

Jej twarz pozo­staje nie­wzru­szona. Przez sekundę roz­wa­żam ewen­tu­al­ność, że to wszystko jest tylko jakimś bar­dzo skom­pli­ko­wa­nym pod­stę­pem, być może zaaran­żo­wa­nym przez syna tej kobiety, faceta w śred­nim wieku, pla­nu­ją­cego to na swoim kom­pu­te­rze w piw­nicy, gdzie spę­dza całe dnie, wysy­ła­jąc mejle i dzwo­niąc po takich łatwo­wier­nych dzien­ni­kar­kach jak ja -?wtedy mówi wyso­kim gło­sem i dodaje mu lek­kie drże­nie, żeby ucho­dzić za kobietę po osiem­dzie­siątce.

To nawet nie byłby pierw­szy raz.

Odchrzą­kuję i uśmie­cham się.

-?Bar­dzo prze­pra­szam. Czy pani Mar­ga­ret?

W ogóle jej nie przy­po­mina, ale ostat­nie zdję­cia kobiety, z którą mam się spo­tkać, muszą mieć spo­koj­nie ze trzy­dzie­ści lat. Więc z tego, co mi wia­domo, mogłaby to być ta daw­niej wytworna, nie­mal legen­darna (przy­naj­mniej dla pew­nej pod­grupki ludzi, do któ­rej należę) Mar­ga­ret Grace Ives.

Księż­niczka Tablo­idów. Tak ją nazy­wano zarówno dla­tego, że odzie­dzi­czyła impe­rium mediowe Ives, jak i ze względu na te lata, kiedy jej cele­brycki sta­tus budził nie­mal nie­ustanne zain­te­re­so­wa­nie papa­raz­zich i dzia­łów plot­kar­skich.

Kobieta wybu­cha gło­śnym, szcze­rym śmie­chem i otwiera drzwi sze­rzej.

-?Jestem Jodi -?odzywa się z cie­niem jakie­goś nie­okre­ślo­nego akcentu, może nie­miec­kiego. -?Zapra­szam do środka.

Wcho­dzę do chłod­nego kory­ta­rza, w powie­trzu uno­szą się aro­maty mięty i cytryny. Jodi się nie zatrzy­muje ani nawet nie zwal­nia ze względu na mnie, tylko idzie pro­sto w głąb domu, pozo­sta­wia­jąc mnie w tyle, żebym zamknęła za sobą drzwi.

-?Jaki piękny dom -?świer­go­czę.

-?Gorę­cej tu niż w pie­kle, a do tego komary są gor­sze od wam­pi­rów - odpo­wiada.

Myślę o Rober­cie Evan­sie i jego: twoja, moja i praw­dziwa.

Z wąskiego kory­ta­rza skręca do dru­giego; cały ten dom jest prze­stron­nym, jasnym labi­ryn­tem zbu­do­wa­nym z bie­lo­nych desek oraz dodat­ków w kolo­rze mor­skiego szkła; na jego końcu znaj­duje się ogromny salon, a w nim ściany w sie­dem­dzie­się­ciu pro­cen­tach skła­da­jące się z okien.

-?Pro­szę tu zacze­kać, a ja pójdę po panią -?oznaj­mia Jodi z wyczu­wal­nym roz­ba­wie­niem w gło­sie.

Otwiera jedne ze szkla­nych drzwi na tyłach i wycho­dzi na podwó­rze, do więk­szego i bar­dziej dzi­kiego ogrodu niż ten z przodu, z małym base­nem po jed­nej stro­nie.

Korzy­stam z oka­zji, żeby przejść się powoli po pokoju. Wciąż jesz­cze we mnie buzuje i uśmie­cham się tak sze­roko, że zaczyna mnie boleć szczęka. Kładę swoje rze­czy na niskim rat­ta­no­wym sto­liku do kawy i krzy­żuję ręce na piersi, żeby powstrzy­mać się od doty­ka­nia rze­czy wokół mnie. Ściany obwie­szone są sztuką, rośliny wiszą całymi kępami naprze­ciwko okien, a jesz­cze wię­cej rośnie w gli­nia­nych doni­cach sto­ją­cych na pod­ło­dze. Ple­ciony wia­trak wiruje leni­wie pod sufi­tem, a książki -?w więk­szo­ści o ogrod­nic­twie -?leżą w nie­ła­dzie sto­sami, pootwie­rane, z popę­ka­nymi grzbie­tami, pokry­wa­jąc każdą dostępną powierzch­nię drew­nia­nych anty­ków.

Prze­pięk­nie tu. W myślach już ukła­dam sobie, jak bym to opi­sała. Jedyny pro­blem w tym, że nie jestem pewna, czy w ogóle będę miała jakiś powód, by to opi­sy­wać.

Jak do tej pory nie dostrze­głam jesz­cze niczego, co wska­zy­wa­łoby na to, że jestem w domu Mar­ga­ret Ives. Żad­nych zdjęć jej wspa­nia­łej rodziny. Żad­nych egzem­pla­rzy, sta­rych czy nowych, dzie­siąt­ków wyda­wa­nych przez nich maga­zy­nów i gazet. Żad­nych opra­wio­nych obra­zów wystaw­nego Domu Ive­sów, w któ­rym Mar­ga­ret wycho­wy­wała się na wybrzeżu Kali­for­nii. Na kominku nie ma sta­tu­etek Grammy jej zmar­łego męża. Nic kon­kret­nego, co łączy­łoby ją z upa­dłym już medial­nym molo­chem ani też z rado­ściami i tra­ge­diami rodziny Ive­sów opi­sy­wa­nymi przez kon­ku­ren­cyjne gazety, z któ­rych wycinki Mar­ga­ret tak lubiła zbie­rać, kiedy była u szczytu popu­lar­no­ści.

Drzwi znów się otwie­rają, odwra­cam się i widzę Jodi. Zbie­ram się, by się dowie­dzieć, kto wła­ści­wie zapro­sił mnie, bym odbyła tę jede­na­sto­go­dzinną podróż samo­lo­tem, a potem jesz­cze czter­dzie­ści pięć minut wyna­jętą Kią Rio.

I wtedy dostrze­gam kobietę sto­jącą tuż za nią.

Skur­czyła się o kilka cen­ty­me­trów, przy­brała tro­chę na wadze - podej­rze­wam, że w więk­szo­ści są to mię­śnie -?a jej kie­dyś kru­czo­czarne włosy są teraz mie­szanką mysiego brązu i siwi­zny.

Nie widać po niej daw­nej wytwor­no­ści ani aury dużych pie­nię­dzy i wła­dzy, ale w błę­kit­nych oczach ma ten sam prze­bie­gły błysk co na wszyst­kich zdję­ciach, na jakich ją widzia­łam -?to nie­uchwytne, nie­na­zy­walne coś, co zmie­niło ją z dzie­dziczki pra­so­wej for­tuny w księż­niczkę z pierw­szych stron gazet.

-?Dzień dobry. -?Zaska­kuje mnie cie­pło głosu Mar­ga­ret, podob­nie jak wcze­śniej pod­czas naszych kilku krót­kich roz­mów tele­fo­nicz­nych w tygo­dniach poprze­dza­ją­cych tę wyprawę. -?Pew­nie jesteś Alice.

Ściąga ręka­wice ogro­dowe i rzuca je na pod­ło­kiet­nik naj­bliż­szego bia­łego rat­ta­no­wego krze­sła, idąc boso w moją stronę. Wyciera ręce o far­tuch, a potem wyciąga do mnie dłoń.

-?Pani jest Mar­ga­ret -?odzy­wam się.

Wszel­kie elo­kwentne, czy choćby składne zda­nia, jakie kie­dy­kol­wiek skon­stru­owa­łam, pisane były powoli. Te, które padają z moich ust, zwy­kle brzmią raczej wła­śnie w ten spo­sób.

Ona się śmieje.

-?Wyda­wało mi się, że tego pani ocze­ki­wała.

Lekko ści­ska moją dłoń, potem opusz­cza rękę i pro­po­nuje mi gestem, żebym usia­dła.

-?Tak, tego. -?Opa­dam na kanapę, ona zaj­muje fotel naprze­ciw mnie. - Sta­ra­łam się na nic nie nasta­wiać. Nie udało się. Ni­gdy się nie udaje. Ale nie prze­staję się sta­rać.

-?Naprawdę? -?Wydaje się roz­ba­wiona. -?Ja raczej mam prze­ciwny pro­blem. Nie umiem nie spo­dzie­wać się po ludziach naj­gor­szego.

Uśmie­cha się. Wygląda jed­no­cze­śnie pro­mien­nie i smutno. Smu­ten­nie.

To na przy­kład nie tra­fi­łoby do ofi­cjal­nie spi­sa­nego i zre­da­go­wa­nego zda­nia. Ale cho­dzi o to, co widzę ukryte gdzieś w tych jej błysz­czą­cych oczach: prawdę. Taką, jakiej jesz­cze dotąd nie sły­sze­li­śmy.

Jak to było uro­dzić się w świe­cie srebr­nych łyże­czek i zło­tych tale­rzy, peł­nym akto­rów pły­wa­ją­cych po pijaku w base­nie w twoim domu i poli­ty­ków przy­pie­czę­to­wu­ją­cych uści­skiem ręki zaku­li­sowe poro­zu­mie­nia przy twoim zabyt­ko­wym stole.

Jak to było zako­chać się w królu rock and rolla, i to z dziką wza­jem­no­ścią.

I oczy­wi­ście o tych wszyst­kich innych rze­czach. O skan­dalu, o sek­cie, o pro­ce­sie, o wypadku.

I wresz­cie o znik­nię­ciu Mar­ga­ret przed dwu­dzie­stu laty.

O tym, co się stało, ale też dla­czego.

I dla­czego teraz, po tak dłu­gim cza­sie, wresz­cie jest gotowa opo­wie­dzieć swoją histo­rię.

Za Mar­ga­ret otwie­rają się ze skrzyp­nię­ciem drzwi i Jodi wraca do domu z koszem cytryn.

-?Dzię­kuję, Jodi! -?woła Mar­ga­ret, nie odwra­ca­jąc głowy.

Jodi chrząka. Nie mam poję­cia, czy te dwie kobiety są przy­ja­ciół­kami, part­ner­kami, pra­cow­nicą i pra­co­daw­czy­nią, czy może śmier­tel­nymi wro­gami, któ­rzy przy­pad­kiem miesz­kają razem.

Mar­ga­ret zakłada nogę na nogę.

-?Uro­cze paznok­cie -?zauważa, wska­zu­jąc brodą moją dłoń na kola­nie.

Ten moment poro­zu­mie­nia przy­pra­wia mnie nie­mal o zawrót głowy.

-?Przy­kle­jane. -?Pochy­lam się, żeby mogła się lepiej przyj­rzeć drob­nemu wzo­rowi w tru­skawki.

-?Mogła­bym się zało­żyć -?stwier­dza -?że jesteś takim typem osoby, która stara się we wszyst­kim odnaj­do­wać piękno.

-?A pani nie? -?pytam zain­try­go­wana deli­kat­nym, smut­nym uśmie­chem, który drży na jej ustach.

Odpo­wiada mi nie­peł­nym wzru­sze­niem ramion, zna­czą­cym nie tyle "Nie wiem", ile: "Nie podoba mi się to pyta­nie".

A potem, jak przy­stało na panią Ives, zgrab­nie prze­kie­ro­wuje roz­mowę na inny temat.

-?To jak mia­łoby to dzia­łać? Gdy­bym wyra­ziła zgodę.

Nie daję się znie­chę­cić. Wiem, że ona jesz­cze nie jest pewna na sto pro­cent, i wcale jej się nie dzi­wię.

-?Jak tylko pani zechce -?mówię.

Unosi jedną brew.

-?A gdy­bym chciała, żeby dzia­łało to tak, jak zwy­kle się to robi?

-?No, cóż -?odpo­wia­dam. -?Sama jesz­cze nie robi­łam dokład­nie cze­goś takiego. Zwy­kle zaj­muję się cha­rak­te­ry­sty­kami i syl­wet­kami. Spę­dzam z daną osobą kilka dni albo tygo­dni. Spi­suję moje obser­wa­cje, sypię dow­ci­pami. To jest zawsze per­spek­tywa z zewnątrz. W tym wypadku byłoby ina­czej. Cho­dzi­łoby o uchwy­ce­nie pani doświad­cze­nia. Z wewnętrz­nej per­spek­tywy. To zaję­łoby dużo wię­cej czasu, pew­nie kilka mie­sięcy, i to na pierw­szą turę zbie­ra­nia mate­ria­łów, żebym mogła napi­sać szkic i okre­ślić, czego mi bra­kuje. Wyna­ję­ła­bym sobie coś w pobliżu, usta­li­ły­by­śmy gra­fik, wydzie­li­ły­by­śmy czas na roz­mowy, ale też czas dla mnie, żebym mogła panią śle­dzić.

-?Śle­dzić -?powta­rza z roz­my­słem.

-?Towa­rzy­szyć pani w zwy­czaj­nym życiu -?wyja­śniam. -?Spraw­dzić, co pani hoduje w ogro­dzie, z kim spę­dza pani czas. Pobyć z panią, z Jodi i innymi przy­ja­ciółmi, któ­rych ma pani w pobliżu.

Mar­ga­ret wysuwa brodę i zaci­ska oczy w reak­cji na swoje szyb­kie, szczere par­sk­nię­cie.

-?Zrób mi, pro­szę, tę przy­jem­ność i powtórz to, kiedy tu wróci.

Led­wie parę sekund póź­niej Jodi wpada do pokoju, nio­sąc dwie szklanki lemo­niady. Sta­wia je gło­śno na sto­liku kawo­wym.

-?Dzię­kuję, Jodi -?odzy­wam się, chcąc zdo­być jej sym­pa­tię.

A ona masze­ruje z powro­tem tam, skąd przy­szła.

-?Co ja bym bez cie­bie zro­biła! -?woła za nią żar­to­bli­wie Mar­ga­ret.

-?Nie mam poję­cia! -?odkrzy­kuje Jodi, a potem znika za drzwiami.

Biorę mały łyk lemo­niady, który zmie­nia się w ogromny, bo jest prze­pyszna, świeża i orzeź­wia­jąca, liście mięty wirują w niej razem z kost­kami lodu.

Odsta­wiam szklankę i zmu­szam się, by wró­cić do sedna sprawy.

-?Wie pani, jest wielu dużo bar­dziej doświad­czo­nych pisa­rzy, z któ­rymi mogłaby się pani spo­tkać. Setki ludzi byłyby zdolne wepchnąć mnie pod auto­bus, byle dostać tę pracę, i szcze­rze mówiąc, w pełni ich rozu­miem.

-?Przy­kre -?odpo­wiada Mar­ga­ret.

-?Cho­dzi mi o to, że jeśli jest pani gotowa opo­wie­dzieć swoją histo­rię, to zasłu­guje pani na przed­sta­wie­nie jej w dokład­nie taki spo­sób, jak pani sobie wymy­śli. Ona musi nale­żeć do pani, do nikogo innego. A to się może udać tylko w takim wypadku, jeśli zrobi to pani z kimś, komu cał­ko­wi­cie pani ufa. Obie­cuję jed­nak, że jeśli będzie pani chciała napi­sać tę książkę ze mną, pani głos znaj­dzie się w samym cen­trum. To dla mnie naj­waż­niej­sze. Dopil­no­wać, żeby to była pani histo­ria.

Jej uśmiech bled­nie, twarz poważ­nieje. Zmarszczki w kąci­kach oczu i zagię­cia w kąci­kach ust pogłę­biają się -?to ślady jej prze­ży­tego życia, całego, nie tylko tych trzy­dzie­stu trzech lat spę­dzo­nych na świecz­niku, ale też trzy­dzie­stu póź­niej­szych, spę­dzo­nych samot­nie, oraz dwu­dzie­stu od chwili, w któ­rej znik­nęła.

-?A co jeśli... -?zaczyna powoli -?ja wcale tego nie chcę?

Kręcę głową.

-?Nie jestem pewna, czy rozu­miem.

-?Jeśli nie chcę, żeby to była moja wer­sja tej histo­rii? -?pyta. -?Jeśli nie chcę całej tej okrop­nej prawdy? Jeśli mam już dość życia z wła­sną wer­sją wyda­rzeń, w któ­rej to ja jestem boha­terką? Jeśli chcę usiąść i choć raz obej­rzeć to wszystko w czarno-bia­łych bar­wach?

Jej pyta­nie mnie zaska­kuje. Jestem raczej przy­zwy­cza­jona do zapew­nia­nia moich roz­mów­ców, że nie zamie­rzam prze­krę­cać wszyst­kiego, co powie­dzą, w jakąś bru­talną roz­kła­dówkę. Że chcę poznać pełny obraz, dowie­dzieć się, jakimi są ludźmi.

W reak­cji na moje waha­nie Mar­ga­ret unosi brwi.

-?Czy to pro­blem?

Prze­su­wam się na skraj kanapy.

-?Jeżeli pani chce, żeby zostało to tak opo­wie­dziane... -?powta­rzam. - Jeżeli pani tego chce, to tak wła­śnie zro­bimy.

Zasta­na­wia się długą chwilę.

-?Jesz­cze jedno pyta­nie.

-?Oczy­wi­ście.

Mogłaby zapy­tać o moje naj­bar­dziej zawsty­dza­jące doświad­cze­nie sek­su­alne, a ja bym wszystko jej wyśpie­wała. Muszę dać jej do zro­zu­mie­nia, że jest przy mnie bez­pieczna.

Znów unosi szel­mow­sko szare brwi.

-?Zawsze jesteś taka dziar­ska?

Wzdy­cham. To zbyt dłu­gie i poważne zle­ce­nie, żeby zała­twić to kłam­stwem.

-?Tak -?odpo­wia­dam. -?Tak, taka wła­śnie jestem.

Jej chi­chot prze­rywa dźwięk wia­tru poru­sza­ją­cego szkla­nymi dzwo­necz­kami. Mar­ga­ret zerka na zegar ze sta­rego drewna, sto­jący na kominku bez sta­tu­etek Grammy.

-?To będzie mój kolejny gość, z czter­na­stej. -?Zrywa się na nogi. - Dałaś mi dużo do myśle­nia, Alice Scott.

Też się pod­ry­wam, biorę mój nie­wy­ko­rzy­stany notes i dyk­ta­fon.

-?Mimo wszystko dzię­kuję. Naprawdę.

-?Za cóż takiego? -?pyta, szcze­rze zdu­miona, gdy pro­wa­dzi mnie przez labi­rynt kory­ta­rzy.

-?Za dzi­siaj -?odpo­wia­dam. -?Za to, że dała mi pani szansę.

Szcze­rze mówiąc, naresz­cie mam jakiś temat zwią­zany z pracą, który mogę poru­szyć przy mamie i któ­rym jej od razu nie zanu­dzę.

-?To tylko szansa -?przy­po­mina mi Mar­ga­ret, kiedy docie­ramy do drzwi wej­ścio­wych. -?Nie dzię­kuj mi za to. Każ­demu się tyle należy. A ja muszę jesz­cze potrzą­snąć kil­koma gałę­ziami, spraw­dzić, co z nich spad­nie.

-?Abso­lut­nie rozu­miem, ale...

Ury­wam, bo ona otwiera jaskra­wo­ró­żowe drzwi, a ja zdaję sobie sprawę, jak bar­dzo się myli­łam.

Niczego nie rozu­mia­łam.

Gość Mar­ga­ret z czter­na­stej stoi na górze scho­dów w ciem­no­po­pie­la­tych chi­no­sach i bia­łym T-shir­cie.

Jed­nak to nie strój spra­wia, że tru­chleję i krew odpływa mi z twa­rzy - cho­ciaż sam pomysł wło­że­nia dłu­gich spodni w taką pogodę z pew­no­ścią daje mi do myśle­nia.

Cho­dzi o dobrze zbu­do­wa­nego, ciem­no­okiego męż­czy­znę z soko­lim nosem, który w nich przy­szedł.

Hay­den Ander­son.

Cztery lata temu można by powie­dzieć: "Hay­den Ander­son, ten dzien­ni­karz muzyczny" i byłoby to cał­kiem sto­sowne pod­su­mo­wa­nie. Ale gdyby on na­dal był dzien­ni­karzem muzycz­nym, nie zna­ła­bym jego nazwi­ska, a już na pewno nie wie­dzia­ła­bym, jak wygląda. Mam dobrą pamięć, ale nie zwy­kłam zapa­mię­ty­wać nagłów­ków doty­czą­cych Rol­ling Sto­ne­sów.

W każ­dym razie.

On nie jest już tylko "Hay­de­nem Ander­so­nem, dzien­ni­ka­rzem muzycz­nym".

Jest "Hay­de­nem Ander­so­nem, lau­re­atem Nagrody Pulit­zera za bio­gra­fię". Tym, który napi­sał tę opa­słą, wstrzą­sa­jącą opo­wieść o pio­sen­ka­rzu ame­ri­cany z demen­cją.

A teraz jest tym Hay­de­nem Ander­so­nem, któ­rego Mar­ga­ret wła­śnie okre­śliła jako kolejną gałąź do potrzą­śnię­cia. Gałąź z więk­szymi suk­ce­sami, bar­dziej znaną, bar­dziej wszystko.

Jego ciemne oczy zer­kają na mnie (cał­ko­wi­cie bez wyrazu, nie poznaje mnie; zresztą dla­czego by miał? Jestem naprawdę nie­cie­kawą gałę­zią), potem na Mar­ga­ret (wobec któ­rej oka­zuje tylko odro­binę mniej braku zain­te­re­so­wa­nia), po czym odzywa się niskim, dud­nią­cym gło­sem:

-?Przy­sze­dłem za wcze­śnie?

-?W samą porę -?odpo­wiada ser­decz­nie Mar­ga­ret. -?Alice wła­śnie wycho­dzi.

Wyraz twa­rzy Hay­dena opi­sa­ła­bym jako prze­lotne "kim do dia­bła jest Alice", jakby już zapo­mniał, że tuż przed nim stoi jakiś inny czło­wiek albo może w ogóle mnie nie zauwa­żył za pierw­szym razem, kiedy spoj­rze­li­śmy sobie w oczy.

-?Dzień dobry. -?Otrzą­sam się na tyle, żeby moje organy wró­ciły do pracy, serce znów zaczęło pom­po­wać krew, płuca pobie­rają tlen, a moja dłoń wyciąga się w jego kie­runku.

On unosi powoli swoją, jakby ocze­ki­wał wię­cej infor­ma­cji, zanim zgo­dzi się na kon­takt fizyczny.

-?Wła­śnie wycho­dzi­łam -?mówię, i to na szczę­ście działa.

W końcu jego bar­dzo duża, bar­dzo cie­pła i bar­dzo sucha dłoń ota­cza moją, poru­sza się raz, a potem wraca do jego boku.

-?Jesz­cze raz dzię­kuję -?rzu­cam przez ramię do Mar­ga­ret i wybie­gam na chod­nik.

-?Ode­zwę się -?odpo­wiada, a ja zmu­szam się do uśmie­chu, jakby moje serce wcale nie pękało i jak­bym w ogóle nie miała się zaraz roz­pła­kać z powodu tej wyma­rzo­nej oferty pracy, co do któ­rej jestem na dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent pewna, że ucie­kła mi sprzed nosa.

Rozdział 2

2

Pierw­szy wie­czór spę­dzam w hotelu Grande Lucia, jedząc Twiz­zlery i szu­ka­jąc w inter­ne­cie infor­ma­cji o Hay­de­nie Ander­so­nie, a jed­no­cze­śnie prze­ko­nu­jąc samą sie­bie, że jego poja­wie­nie się to nie koniec świata.

Naj­pierw czy­tam kil­ka­na­ście entu­zja­stycz­nych recen­zji jego książki. Potem naty­kam się na arty­kuł w "Publi­shers Weekly", który sza­cuje, że w pierw­szym roku w Sta­nach Zjed­no­czo­nych jego książka sprze­dała się w ponad milio­nie egzem­pla­rzy. Osta­tecz­nie, żeby sobie jesz­cze dowa­lić, oglą­dam wywiad z Hay­de­nem i z boha­te­rem jego książki, Lenem Stir­lin­giem, pod­czas któ­rego Len infor­muje pro­wa­dzą­cego wywiad, że roz­wa­żał powie­rze­nie swo­jej histo­rii dzie­wię­ciu pisa­rzom, zanim Hay­den poja­wił się na hory­zon­cie. Hay­den bez cie­nia żartu czy iro­nii pochy­lił się i dodał: "Lubię rywa­li­za­cję".

Wydaję z sie­bie krótki jęk.

Na­dal ist­nieje jakaś szansa, że Mar­ga­ret będzie wolała pra­co­wać ze mną.

Może wola­łaby pra­co­wać z kobietą. Może zawsze kibi­cuje słab­szemu gra­czowi. Może po pro­stu z natury nie lubi wyso­kich, umię­śnio­nych, uta­len­to­wa­nych męż­czyzn piszą­cych takie bio­gra­fie, które nie tylko nikogo nie usy­piają przy czy­ta­niu, ale też potra­fią wie­lo­krot­nie dopro­wa­dzić czy­tel­nika do łez pod­czas samot­nego czy­ta­nia przy barze w naj­bliż­szej knaj­pie z taco­sami w High­land Park.

Ist­nieje wiele powo­dów, dla któ­rych Mar­ga­ret może nie chcieć współ­pra­co­wać z Hay­de­nem i na pewno jest też choćby kilka, dla któ­rych mogłaby chcieć pra­co­wać ze mną.

Powta­rzam to sobie, choć mój entu­zjazm nie jest taki szczery, kiedy wyglą­dam przez okno, głową w dół, w kie­runku plaży roz­cią­ga­ją­cej się za hote­lo­wym dzie­dziń­cem.

Powin­nam wie­dzieć, że taki sekret jak miej­sce zamiesz­ka­nia Mar­ga­ret nie będzie trwał wiecz­nie.

Wszystko zaczęło się cztery mie­siące temu, kiedy opu­bli­ko­wano moją syl­wetkę byłej dzie­cię­cej gwiazdy Belli Girardi. To arty­kuł, z któ­rego byłam abso­lut­nie naj­bar­dziej dumna w całej mojej dotych­cza­so­wej karie­rze. Mia­łam cały plik uro­czych mejli od daw­nych zna­jo­mych z pracy oraz piękne zrzuty z ekranu doku­men­tu­jące inter­ne­towe zachwyty nad tą histo­rią po jej publi­ka­cji.

I to wszystko samo w sobie było już wię­cej niż wystar­cza­ją­cym powo­dem, dla któ­rego dłu­gie tygo­dnie pisa­nia i popra­wia­nia tek­stu w tę i z powro­tem z moimi rese­ar­che­rami i redak­torką miały sens.

Jed­nak na końcu jed­nego krót­kiego mejla było coś jesz­cze.

LindaTakesBackHerLifeAt53 napi­sała: "Podoba mi się ten arty­kuł. PS Ta pio­senka Cosmo Sinc­la­ira o Mar­ga­ret Ives, o któ­rej roz­ma­wia­ły­ście z Bellą, jest jedną z moich ulu­bio­nych. Wie­dzia­łaś, że Mar­ga­ret mieszka teraz na wyspie w Geo­r­gii i sprze­daje sztukę pod fał­szy­wym nazwi­skiem?".

I tyle. Żad­nych dodat­ko­wych infor­ma­cji. A kiedy odpi­sa­łam Lin­dzie, nie ode­zwała się już.

Dwa tygo­dnie spę­dzi­łam na poszu­ki­wa­niu związ­ków, jakie Mar­ga­ret może mieć z Geo­r­gią (żad­nych nie zna­la­złam), a także na wyszu­ki­wa­niu połą­czeń jej nazwi­ska ze "sztuką" i "wyspą", bez­sku­tecz­nie. Mar­ga­ret Ives cał­ko­wi­cie zniknę-ła z życia publicz­nego we wcze­snych latach dwu­ty­sięcz­nych, a krą­żące na jej temat plotki dono­siły, że wyszła za jakie­goś wło­skiego plan­ta­tora oli­wek młod­szego od niej o połowę i zamiesz­kała po dru­giej stro­nie Atlan­tyku.

Począt­kowo byłam na dzie­więć­dzie­siąt pro­cent pewna, że Linda kła­mała lub miała fał­szywe infor­ma­cje.

Nie­moż­liwe, żeby Mar­ga­ret Ives miesz­kała w Geo­r­gii, na maleń­kiej wyspie utrzy­mu­ją­cej się z tury­styki, dzień jazdy samo­cho­dem od rodzin­nego domu swo­jego zmar­łego męża, Cosmo Sinc­la­ira, w zachod­nim Ten­nes­see.

Jed­nak ta sprawa nie dawała mi spo­koju. Taka plotka musiała mieć jakieś źró­dło, myśla­łam, mimo że jed­no­cze­śnie pró­bo­wa­łam uci­szyć w sobie wro­dzony opty­mizm.

Zaczę­łam prze­trzą­sać fora inter­ne­towe. Wszystko, co zwią­zane z muzyką Cosmo, ze zdję­ciami rodziny Ive­sów, ze znik­nię­ciem Mar­ga­ret.

Nic. Ni­gdzie.

A potem zna­la­złam teo­rie spi­skowe. Ludzi wrzu­ca­ją­cych zdję­cia "Elvisa" w cen­trum han­dlo­wym w Tusca­lo­osa. Albo Johna F. Ken­nedy'ego ubra­nego w węd­kar­ski kape­lu­sik i pra­wie cał­kiem roz­piętą koszulę, odsła­nia­jącą białe włosy na kla­cie i złoty łań­cuch na szyi, w Miami. Chwilę mi zajęło, zanim zna­la­złam wątek o Mar­ga­ret, tylko dla­tego, że zwią­zana z jej histo­rią tajem­nica zdą­żyła z cza­sem zbled­nąć.

Ludzie wie­dzieli o fir­mie Ives Media, wie­dzą też o rodzin­nej oka­za­łej rezy­den­cji (będą­cej teraz w posia­da­niu pań­stwa i otwar­tej dla tury­stów). Wie­dzieli też oczy­wi­ście o całym tym bała­ga­nie zwią­za­nym z sio­strą Mar­ga­ret i jej sektą, potra­fili pew­nie przy­wo­łać w pamięci słynne czarno-białe zdję­cie Mar­ga­ret i Cosmo bie­gną­cych za rękę po scho­dach urzędu w dniu, kiedy zde­cy­do­wali się na spon­ta­niczny, cichy ślub, jego blond włosy przy­li­zane do tyłu, a jej uło­żone w modne w tam­tych cza­sach upię­cie w stylu Bri­gitte Bar­dot.

Jed­nak po tra­gicz­nej śmierci Cosmo wdowa w dużej mie­rze wyco­fała się z bla­sków fle­szy. Dla­tego, kiedy zupeł­nie znik­nęła przed dwu­dzie­stu laty, nikt już nie był nią aż tak bar­dzo zain­te­re­so­wany.

Więk­szość po pro­stu zaak­cep­to­wała fakt, że ni­gdy się nie dowiemy, jak poto­czyły się jej losy. Niczym kolejna Ame­lia Ear­hart, kobieta, która znik­nęła.

Jed­nak wciąż ist­niały pewne aktywne inter­ne­towe spo­łecz­no­ści gro­ma­dzące się wokół Mar­ga­ret Ives, zaan­ga­żo­wane w plotki krą­żące wokół jej znik­nię­cia. Pró­bo­wali je oba­lać albo ich dowo­dzić, w zależ­no­ści od punktu widze­nia. Trak­to­wano ich podob­nie jak spo­łecz­no­ści świ­rów od true crime, któ­rzy w kółko powta­rzają frag­menty sta­rych wywia­dów, uży­wa­jąc ich jako dowo­dów popie­ra­ją­cych ich ulu­bione teo­rie lub im zaprze­cza­ją­cych.

Te kon­kretne fora do niczego mnie nie dopro­wa­dziły.

Jed­nak forum Nie-Takie-Umarłe-Gwiazdy zawio­dło mnie aż tutaj, na wysepkę Lit­tle Cre­scent.

A jeżeli mnie udało się ją odna­leźć dzięki temu wpi­sowi, nie wia­domo, ilu kolej­nych Hay­de­nów Ander­so­nów leci w tej chwili lotem kra­jo­wym na Lit­tle Cre­scent.

Komórka brzę­czy obok mnie na mate­racu i macam chwilę ręką wkoło, zanim ją znajdę. Ści­ska mnie w żołądku -?może to Mar­ga­ret pod­jęła już decy­zję -?ale potem patrzę na ekran.

Theo. Tym razem czuję w brzu­chu coś zupeł­nie innego, to nie­spo­kojne trze­po­ta­nie, które towa­rzy­szy mi za każ­dym razem, kiedy odzywa się mój to obecny, to dawny, to znów obecny nie-chło­pak. "Jak poszło z dzie­dziczką?" -?pyta w ese­me­sie.

Jestem wzru­szona, że pamię­tał. Zapewne zbyt wzru­szona. Przez ostat­nich kilka tygo­dni nie mówi­łam o niczym innym. Ale mimo wszystko! Ode­zwał się, żeby zapy­tać -?to już coś!

Waham się, jak to ująć, i osta­tecz­nie decy­duję się na: "Jest intry­gu­jąca, dom ma wspa­niały i tak bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo chcia­ła­bym to zle­ce­nie".

Sama prawda. Na nic by się nie przy­dało, gdy­bym dodała: "I jestem prze­ra­żona, że go nie dostanę, bo do gry dołą­czył potężny facet wysoki na metr dzie­więć­dzie­siąt, z Nagrodą Pulit­zera i mro­żą­cym krew w żyłach wzro­kiem Gor­gony".

Przez minutę wpa­truję się w tele­fon, potem jesz­cze dwie, trzy. Odkła­dam go na bok. Theo przy­cią­gnął mnie swoją swo­bodną pew­no­ścią sie­bie i wylu­zo­wa­nym, bez­tro­skim spo­so­bem poru­sza­nia się po świe­cie. Jest coś pocią­ga­ją­cego w czło­wieku, który niczego nie trak­tuje zbyt poważ­nie. Dopóki nie trzeba się z nim wymie­niać ese­me­sami. Theo jest w tym okropny. Szcze­rze mówiąc, sama nie jestem za dobra, ale on jest kró­lem wysy­ła­nia wia­do­mo­ści, na które odpo­wia­dam natych­miast, a potem cze­kam cały dzień, aż moja odpo­wiedź zosta­nie odczy­tana.

Moż­liwe, że do tej pory moż­liwe stracę już wyma­rzone zle­ce­nie, cał­ko­wi­cie wto­pię się w to łóżko i pozo­sta­nie ze mnie kałuża znana daw­niej jako pisarka Alice Scott.

-?Ogar­nij się, Scott! -?wołam, zry­wa­jąc się na równe nogi i zatrza­sku­jąc gło­śno lap­top. -?Jesteś na pięk­nej wyspie, bur­czy ci w brzu­chu i nie masz nic do roboty -?mówię, chwy­tam komórkę i wci­skam stopy w san­dały. - Rów­nie dobrze można to jakoś wyko­rzy­stać.

* * *

Lit­tle Cre­scent jest waka­cyjną wysepką, ale nie toczy się tu modne nocne życie. Przy­jeż­dżają tu głów­nie albo eme­ryci, albo rodziny z dziećmi, a że jest dwu­dzie­sta pierw­sza, wtor­kowy wie­czór, przy głów­nym dep­taku naprawdę nie­wiele się dzieje.

Pierw­sza otwarta restau­ra­cja, jaką napo­ty­kam, nazywa się Fish Bowl i wywie­szone przed drzwiami menu naj­wy­raź­niej składa się w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach z alko­holu i w dzie­się­ciu z owo­ców morza.

W środku jest cia­sno i cudow­nie kiczo­wato, ściany wyło­żono bam­bu­sową boaze­rią, z sufitu zwi­sają sieci rybac­kie, w które wplą­tano wszel­kiego rodzaju kolo­rowe pla­sti­kowe ryby oraz świe­cące w ciem­no­ści wodo­ro­sty. Kel­nerka z kucy­kiem, w cia­snej bia­łej koszuli i krót­kich szor­tach, prze­cho­dzi ener­gicz­nie obok mnie z tacą w dłoni i zaga­duje pogod­nie:

-?Sia­daj, gdzie chcesz, kochana. Nie mamy dzi­siaj ruchu.

Jest wiele wol­nych sto­li­ków, ale przy barze sie­dzi dwóch star­szych dżen­tel­me­nów w takich samych koszul­kach do gry w krę­gle, a ja jestem w roz­mow­nym nastroju, więc idę w ich stronę. Jed­nak kiedy sia­dam na stołku dwa miej­sca od nich, kładą pie­nią­dze na lśnią­cym, ciem­nym drew­nia­nym bla­cie i szy­kują się do wyj­ścia.

Jeden z nich zauważa moje spoj­rze­nie, uśmie­cham się do niego.

On też się uśmie­cha.

-?Bar­dzo pole­cam Miskę Kapi­tań­ską!

-?Wezmę to pod uwagę -?obie­cuję, a on przy­kłada palce do nie­wi­dzial­nego kape­lu­sza, po czym rusza w ślad za swoim towa­rzy­szem. Przy wyj­ściu obaj się zatrzy­mują, żeby poroz­ma­wiać z kel­nerką z kucy­kiem, a ona daje miło­śni­kowi Miski Kapi­tań­skiej całusa w poli­czek, więc albo wszy­scy się tu znają, albo po pro­stu mają obsługę naj­wyż­szej klasy.

Wra­cam do prze­glą­da­nia menu, wzna­wia­jąc wła­ści­wie swój odwieczny dyle­mat: czy zamó­wić tacos z rybą, czy rybę z fryt­kami.

Wciąż jesz­cze się nad tym zasta­na­wiam, kiedy ktoś gło­śno sta­wia tuż przede mną ogromną miskę pełną zadzi­wia­jąco nie­bie­skiego płynu, lodu, i jakieś pięć owo­co­wych szasz­ły­ków. Zasko­czona pod­no­szę wzrok, zza baru uśmie­cha się do mnie kel­nerka z kucy­kiem.

-?Miska Kapi­tań­ska -?oznaj­mia. -?Dzięki uprzej­mo­ści samych kapi­ta­nów.

-?Och. -?Zer­kam w stronę drzwi wej­ścio­wych, ale tam­tych panów już nie ma. -?Czego są kapi­ta­nami?

-?Wujek Ralph jest kapi­ta­nem dru­żyny krę­gla­rzy, a Cecil kapi­ta­nem tej restau­ra­cji -?wyja­śnia. -?Obaj cie­szą się dużym powa­ża­niem, cho­ciaż Cecil oczy­wi­ście jest tu, co zro­zu­miałe, na tro­chę wyż­szej pozy­cji.

-?Jasne, to pro­szę mu podzię­ko­wać następ­nym razem, kiedy go pani zoba­czy -?odpo­wia­dam.

Kiwa głową, raz.

-?Tak zro­bię. A pani będzie dziś coś jadła czy tylko pły­wała? -?Wska­zuje brodą na gar­gan­tu­iczną miskę wście­kle nie­na­tu­ral­nie nie­bie­skiej cie­czy, a ja wybu­cham śmie­chem.

-?Co w tym w ogóle jest? -?pytam.

-?Wszystko -?odpo­wiada. -?I jesz­cze tro­chę coca-coli.

Biorę malutki łyk przez neo­nową, różową słomkę, i mam wra­że­nie, jak­bym wła­śnie wcią­gnęła cukier, a potem wlała sobie do gar­dła ben­zynę, ale w przy­jemny spo­sób.

-?Coś do jedze­nia? -?pyta ponow­nie dziew­czyna z pla­kietką z imie­niem Sheri.

Mówię jej o moim dyle­ma­cie: taco czy ryba z fryt­kami.

-?Taco -?odpo­wiada zde­cy­do­wa­nie. -?Pro­szę zawsze wybie­rać taco.

-?Dosko­nale.

Odkła­dam na bok menu, a ona znika w drzwiach za barem. Zer­kam na mojego drinka i znowu wybu­cham śmie­chem. Ni­gdy nie zna­łam się za bar­dzo na drin­kach, ale tę mik­sturę ocie­ni­ła­bym dzie­sięć na dzie­sięć, za sam spo­sób poda­nia. Robię zdję­cie i wysy­łam je Theo, po czym zaczy­nam sku­bać pierw­szy owo­cowy szasz­łyk. "To ty jako drink -?odpo­wiada natych­miast. - Baw się dobrze!".

"Dzięki!" -?odpo­wia­dam mu, odkła­dam komórkę i jesz­cze raz roz­glą­dam się po restau­ra­cji. Poza mną jest tu nie­wiele osób: pię­cio­oso­bowa rodzina przy sto­liku koło witryny i jakiś facet sie­dzący nad wodą z lodem i jedzący sałatkę w maleń­kim bok­sie na tyłach, przy przej­ściu do łazienki.

Dokład­nie w tym momen­cie pod­nosi wzrok znad swo­jej wody.

Pra­wie czarne włosy, zakrzy­wiony nos, surowa brew.

Odwra­cam się przo­dem do baru, pra­wie przy tym wywra­cam sto­łek. Chwy­tam się kra­wę­dzi blatu, żeby zła­pać rów­no­wagę, serce wali mi jak osza­lałe. To pew­nie nawet nie jest on. Pew­nie moja głowa i świe­cący w ciem­no­ści sufit spła­tały mi figla, two­rząc z cieni postać Hay­dena Ander­sona.

Biorę kolejny mały łyk Miski Kapi­tań­skiej, żeby się uspo­koić, a potem powoli, nie­zo­bo­wią­zu­jąco zer­kam przez ramię w kie­runku tam­tego boksu.

On już tu nie patrzy. Wpa­truje się w coś przed sobą z mocno zmarsz­czo­nymi brwiami. Zgar­biony nad maleń­kim sto­li­kiem, spra­wia wra­że­nie niedź­wie­dzia na dzie­cię­cym przy­ję­ciu, wszystko wokół niego wydaje się tro­chę za małe i zbyt kru­che.

To na pewno on.

A teraz, kiedy go widzę, mam cał­kiem sporą ochotę uciec i się scho­wać. Co w ogóle nie ma sensu.

On nie jest niedź­wie­dziem griz­zly. Jest gościem, który przy­pad­kiem pra­cuje w tym samym zawo­dzie co ja. Auto­rem książki, którą się zachwy­ci­łam!

Absur­dem byłoby trak­to­wa­nie go jak jakie­goś wroga tylko dla­tego, że oboje chcemy spi­sać histo­rię Mar­ga­ret. I absur­dem jest sie­dze­nie tu i igno­ro­wa­nie go, skoro znaj­du­jemy się w odle­gło­ści trzech metrów od sie­bie.

Powin­nam się przy­wi­tać.

Jesz­cze jeden łyk Miski Kapi­tań­skiej na szczę­ście, a potem zeska­kuję ze stołka, prze­cho­dzę przez restau­ra­cję i staję przed sto­li­kiem Hay­dena.

On nie pod­nosi głowy. Daję mu sekundę na dokoń­cze­nie strony, ale nawet kiedy stuka w czyt­nik i prze­cho­dzi na następną, nie odrywa od niego oczu.

-?Dzień dobry! -?świer­go­czę.

On się wzdryga na dźwięk mojego głosu, a potem powoli, bar­dzo powoli pod­nosi wzrok i przy­gląda mi się spod zmarsz­czo­nych brwi.

-?Spo­tka­li­śmy się wcze­śniej -?przy­po­mi­nam mu. -?Jestem Alice.

-?Pamię­tam -?odpo­wiada, a jego głos jest dud­niący i bez wyrazu.

-?W sumie od razu wie­dzia­łam, kim pan jest -?dodaję.

Jedna z jego ciem­nych brwi wygina się w łuk.

Wsu­wam się do boksu, sia­dam naprze­ciwko niego, stu­kamy o sie­bie kola­nami. Zawsze się zasta­na­wia­łam, dla­czego tak czę­sto wyjąt­kowo wysocy męż­czyźni uma­wiają się z uro­czymi, drob­nymi kobie­tami, i teraz już wiem -?naj­wy­raź­niej osoba tak wysoka jak Hay­den Ander­son nie może wygod­nie sie­dzieć naprze­ciw kogoś o wzro­ście powy­żej metra sześć­dzie­się­ciu. Jestem o pięt­na­ście cen­ty­me­trów za wysoka.

Obra­cam się więc, żeby przy­cup­nąć bokiem. On wciąż się we mnie wpa­truje z tą unie­sioną brwią, która wygląda jak znak zapy­ta­nia.

-?Ze względu na pań­ską książkę -?wyja­śniam. -?Nasz przy­ja­ciel Len. Byłam nią zachwy­cona. To zna­czy, oczy­wi­ście. Wszy­scy, któ­rzy ją czy­tają, są zachwy­ceni. Po Pulit­ze­rze taka infor­ma­cja od przy­pad­ko­wej kobiety w barze pew­nie wydaje się tro­chę roz­cza­ro­wu­jąca, ale mimo wszystko chcia­łam to panu powie­dzieć.

Jego ramiona się roz­luź­niają, tylko odro­binę.

-?Należy pani do krew­nych czy rodziny?

-?Słu­cham?

-?Mar­ga­ret -?wyja­śnia.

-?Och, ani jedno, ani dru­gie. -?Macham dło­nią. -?Ja też jestem dzien­ni­karką.

Ponow­nie wbija we mnie wzrok, tym razem mi się przy­gląda, skoro już ma tę nową infor­ma­cję. Jego tęczówki są jaśniej­sze niż myśla­łam. Brą­zowe, ale w jasnym odcie­niu.

-?Jakiego rodzaju rze­czy pani pisze? -?pyta.

-?Prze­różne -?odpo­wia­dam. -?Dużo o kwe­stiach oby­cza­jo­wych, ale o popkul­tu­rze też. Pra­cuję w "The Scratch".

Jego twarz pozo­staje cał­ko­wi­cie nie­wzru­szona. Pró­buję z innej strony.

-?Był pan wcze­śniej w Geo­r­gii?

-?To mój pierw­szy raz.

-?Naprawdę? -?Zasko­czył mnie. -?Skąd pan pocho­dzi?

-?Z Nowego Jorku.

-?Z mia­sta czy ze stanu?

-?Z mia­sta.

-?Uro­dził się pan tam i wycho­wał?

-?Nie.

-?To gdzie pan dora­stał?

-?W India­nie.

-?Podo­bało się tam panu?

Robi nachmu­rzoną minę, jego sze­ro­kie usta wciąż ukła­dają się w cał­ko­wi­cie pro­stą linię.

-?Dla­czego?

Śmieję się.

-?Może pan roz­wi­nąć to "dla­czego"?

-?Dla­czego chce pani wie­dzieć, czy podo­bało mi się dora­sta­nie w India­nie? -?odpo­wiada, a jego twarz i głos są w rów­nym stop­niu gbu­ro­wate.

Powstrzy­muję uśmiech.

-?Bo zasta­na­wiam się nad zaku­pem.

Jego oczy się zwę­żają, tęczówki jakby ciem­nieją.

-?Zaku­pem czego?

-?Indiany.

Wpa­truje się we mnie.

Już nie mogę się dłu­żej powstrzy­my­wać. Roz­ba­wie­nie mnie poko­nuje i znowu się śmieję.

-?Po pro­stu pró­buję pana poznać -?wyja­śniam.

On kła­dzie przed­ra­miona na stole, wygląda tak, jakby rzu­cał mi wyzwa­nie. Jego głowa prze­chyla się w lewo, a potem mówi coś, czego chyba w ogóle się nie spo­dzie­wa­łam:

-?To nie zadziała.

Odsu­wam się, zasko­czona i zakło­po­tana.

-?Co nie zadziała?

-?Te pani próby zbi­cia mnie z tropu -?odwar­kuje.

-?O jakim tro­pie mówimy? -?pytam, roz­glą­da­jąc się po opu­sto­sza­łej już zupeł­nie Fish Bowl. -?Chwi­leczkę, cho­dzi o Sheri? -?Odwra­cam się znów przo­dem do niego, a nasze kolana raz jesz­cze się zde­rzają.

-?Co za Sheri? -?pyta z pew­nym nie­sma­kiem.

-?Nasza kel­nerka. -?Zni­żam głos na wypa­dek, gdyby wyszła z kuchni. - Jeśli pró­buje pan zaga­dać, wystar­czy­łoby, żeby mi pan powie­dział, a ja wró­ci­ła­bym pro­sto do mojej miski...

-?Nie cho­dzi o kel­nerkę -?prze­rywa mi. -?Tylko o książkę.

-?O książkę? -?powta­rzam.

I wtedy do mnie dociera. Cho­dzi mu o tę książkę. O książkę Mar­ga­ret.

Hay­den mówi dalej.

-?Nie wiem, co to... -?Macha mię­dzy nami swoją wielką dło­nią. -?Co to mia­łoby na celu, ale mówimy o Mar­ga­ret Ives. Chcę tę robotę i nie zamie­rzam się wyco­fy­wać, więc może pani prze­stać.

W pierw­szej chwili nie jest to przy­jemne, kiedy obcy czło­wiek mówi do mnie w ten spo­sób. Ktoś, czyją pracę podzi­wia­łam, oskar­żył mnie wła­śnie o to, że pró­buję jakoś pokrzy­żo­wać mu zawo­dowe plany, pod­czas gdy ja naprawdę po pro­stu pró­bo­wa­łam się z nim poznać.

Jed­nak pod tym ukłu­ciem nara­sta jesz­cze inne uczu­cie, prze­ni­ka­jące powoli wszyst­kie moje koń­czyny.

Nadzieja.

Życie nauczyło mnie, że pra­wie wszystko ma swoje dobre strony. I to jedna z nich.

Hay­den marsz­czy czoło, zsuwa ręce ze stołu.

-?Dla­czego pani to robi?

-?Co robię?

-?Uśmie­cha się pani -?odpo­wiada cierpko.

Par­skam śmie­chem i wysu­wam się z boksu, żeby wstać, po czym pra­wie uno­szę się w powie­trzu w dro­dze do baru, bo jego reak­cja zdra­dziła mi jedną ważną rzecz -?to zna­czy poza tym, że on jest nie­uf­nym cyni­kiem.

-?Ponie­waż -?wołam do niego -?teraz już wiem, że mam jesz­cze szansę!

On prze­wraca oczami, a ja sia­dam na moim stołku, pod­eks­cy­to­wana, dokład­nie w momen­cie, kiedy Sheri otwiera drzwi kuchenne jed­nym bio­drem i wycho­dzi z koszy­kiem sma­żo­nych taco z rybą.

-?Widzę, że Miska Kapi­tań­ska zadbała o pani uśmiech -?zaga­duje.

-?Jest świetna -?odpo­wia­dam, bio­rąc kolejny, pełen wdzięcz­no­ści łyk. Szcze­rze mówiąc, pew­nie jeden z ostat­nich, jakie jestem w sta­nie wypić, o ile nie pla­nuję dziś wizyty w szpi­talu albo aresz­cie.

-?Miło mi to sły­szeć -?odpo­wiada. -?Nie przy­je­chała pani autem, mam nadzieję?

-?Nie, nocuję w Grande Lucia, więc dziś idę pie­szo -?odpo­wia­dam.

-?Oooo, spę­dzi­łam tam mio­dowy mie­siąc z moim mężem Rob­biem.

Sheri nie wygląda na wiek, w któ­rym mogłaby być zamężna, ale oce­niam chyba po stan­dar­dach Los Ange­les. Więk­szość dziew­czyn, z któ­rymi cho­dzi­łam do liceum, ma już mężów, a moi rodzice pobrali się w wieku dwu­dzie­stu trzech lat, choć moja sio­stra i ja uro­dzi­ły­śmy się dużo póź­niej.

-?Podać coś jesz­cze? -?pyta z jedną ręką na bio­drze.

-?W sumie -?odpo­wia­dam. -?Chcia­ła­bym posłać komuś drinka, jeśli mogę.

Coś drob­nego, żeby popra­wić mu humor, podob­nie jak on przed chwilą popra­wił mój.

Wzrok Sheri podąża za moim ramie­niem w róg i zatrzy­muje się na jedy­nym poza mną gościem w restau­ra­cji.

-?Co możemy zapro­po­no­wać? Whi­skey? Piwo?

-?A macie coś jesz­cze więk­szego albo bar­dziej nie­bie­skiego od tego? - pytam, wska­zu­jąc swoją miskę.

-?Nie, to musia­łaby być już tylko świeżo umyta toa­leta -?odpo­wiada. - Ale mogę jesz­cze dorzu­cić tro­chę kan­dy­zo­wa­nego hibi­skusa dla pod­krę­ce­nia, jeśli pani sobie życzy.

-?Tak -?odpo­wia­dam. -?To będzie ide­alne.

Rozdział 3

3

Budzę się i pęka mi głowa. Nie ma mowy, żeby to był kac -?może i mam słabą głowę, ale te pięć łyków alko­holu poprzed­niego wie­czoru nie mogło wywo­łać takiego efektu.

Nie, to jest taki ból głowy, z któ­rym znam się aż za dobrze -?głód kofe­inowy.

Zanim wczo­raj wie­czo­rem padłam na moją świeżo wypraną hote­lową pościel, wyłą­czy­łam budzik, usta­wi­łam dźwięk dzwonka na maksa -?na wypa­dek, gdyby Mar­ga­ret posta­no­wiła zadzwo­nić -?i zasu­nę­łam zasłony.

Zegar na sto­liku przy łóżku wska­zuje dzie­wiątą trzy­dzie­ści dwie. To całą godzinę póź­niej, niż zazwy­czaj piję swoją pierw­szą fili­żankę espresso. Zwle­kam się z łóżka, roz­su­wam zasłony i wita mnie piękne słońce, czy­ste, nie­bie­skie niebo oraz tur­ku­sowe fale roz­bi­ja­jące się o brzeg w dole.

To cie­kawe, że posia­dłość Mar­ga­ret znaj­duje się na prze­ciw­le­głym brzegu wyspy, przy błot­ni­stym trak­cie wod­nym oddzie­la­ją­cym Lit­tle Cre­scent od reszty Geo­r­gii na kon­ty­nen­cie, a nie w tym miej­scu, które -?wno­sząc po sze­regu hoteli wzdłuż głów­nego dep­taka i rezy­den­cjach dalej na wschód oraz zachód -?ewi­dent­nie pre­fe­rują wszy­scy tury­ści i milio­ne­rzy.

Może to dla­tego, że chce uni­kać ludzi, a może cho­dzi o coś wię­cej. W każ­dym razie robię notatkę w komórce, żeby dopi­sać to do listy pytań, jakie zadam, kiedy i jeśli zgo­dzi się na książkę.

Moja ostat­nia notatka, którą zro­bi­łam jakoś późno w nocy, brzmi "baw się struk­turą???". Po kilku sekun­dach grze­ba­nia w pamięci przy­po­mi­nam sobie, o co mi cho­dziło.

Ten pomysł poja­wił się w Naszym przy­ja­cielu Lenie, książce Hay­dena.

Len Stir­ling posta­no­wił wydać auto­ry­zo­waną bio­gra­fię nie­długo po tym, jak zdia­gno­zo­wano u niego demen­cję. Miał nadzieję, że to pomoże spo­wol­nić postęp cho­roby, ale przede wszyst­kim myślał, że będzie to pocie­sze­nie dla jego przy­ja­ciół i rodziny po jego odej­ściu. Nie­ko­niecz­nie po śmierci, ale gdy o nich zapo­mni.

Każda część książki sku­pia się na Lenie z innego okresu, jego histo­ria jest opo­wie­dziana od tyłu, od teraź­niej­szo­ści do prze­szło­ści, ponie­waż Len naj­pierw tra­cił pamięć krót­ko­trwałą, a potem, stop­niowo, także dawne wspo­mnie­nia.

Pod­czas jed­nej z ich ostat­nich roz­mów, kiedy Len jesz­cze pamię­tał Hay­dena, podzie­lił się z nim lękiem przed utratą sie­bie, przed tym, że docho­dzi do punktu, w któ­rym nie tylko nie roz­po­zna daw­nego zespołu, żony albo córek, ale nie będzie też wie­dział, kim jest.

Hay­den był cie­kaw, co powi­nien mu powie­dzieć, jeśli Len zapyta kie­dyś: "Kim ja jestem?".

I na swój spo­sób to pyta­nie stało się rusz­to­wa­niem całej książki, któ­rej tema­tem jest legen­darny Len Stir­ling. Co osta­tecz­nie jest naj­waż­niej­sze w przy­padku toż­sa­mo­ści czło­wieka.

Po namy­śle Len udzie­lił Hay­de­nowi takiej odpo­wie­dzi: "Powiedz mi, że jestem twoim przy­ja­cie­lem, Lenem".

Wtedy praca nad książką trwała już cztery lata i tylko mene­dżer Lena oraz jego naj­bliżsi zna­jomi wie­dzieli o dia­gno­zie, która się do niej przy­czy­niła.

W tej ostat­niej czę­ści, sku­pio­nej na dzie­ciń­stwie Lena w del­cie Mis­si­sippi, Hay­den pięk­nie odzie­rał go z legend i mitów, przed­sta­wia­jąc po pro­stu czuły por­tret przy­ja­ciela, chło­paka, który rato­wał tor­tu­ro­wane węże z rąk oko­licz­nych dzie­cia­ków, który zawsty­dzony zwie­sił głowę z powodu kra­dzieży cią­gu­tek ze sklepu w dniu uro­dzin młod­szego brata, bar­dziej ludz­kiego niż kie­dy­kol­wiek póź­niej.

Oczy­wi­ście nie naśla­do­wa­ła­bym tej struk­tury w książce Mar­ga­ret, ale zna­le­zie­nie jakie­goś innego narzę­dzia w tym stylu mogłoby mi pomóc w osią­gnię­ciu podob­nego celu, w zdra­pa­niu wszel­kich ety­kie­tek, plo­tek i histo­rii przy­gnia­ta­ją­cych tę osobę, by odkryć pod nimi praw­dzi­wego czło­wieka.

Ale zanim będę mogła się nad tym głę­biej zasta­no­wić, potrze­buję kawy.

Biorę szybki prysz­nic i ubie­ram się w różową spód­nicę, która w sumie jest odro­binę za krótka, i biały, szy­deł­kowy top, wkła­dam duże kol­czyki w kształ­cie arbu­zów. Wsu­wam san­dały, biorę torebkę, oku­lary prze­ciw­sło­neczne, klucz do pokoju i wycho­dzę w chłodny, wietrzny pora­nek, a moją skórę nie­mal natych­miast pokrywa war­stwa soli.

Zbie­gam po scho­dach, wsia­dam do auta. Wczo­raj przed spo­tka­niem z Mar­ga­ret kupi­łam kawę w Main Street Bean i pozo­sta­wiała wiele do życze­nia, ale zna­la­złam już w necie miej­sce z entu­zja­stycz­nymi recen­zjami, dużo bli­żej mostu pro­wa­dzą­cego na stały ląd.

Wpi­sa­łam jego nazwę do komórki -?Lit­tle Cro­is­sant -?i uru­cho­mi­łam auto. Auto­ma­tycz­nie włą­czyła się pio­senka The Cran­ber­ries, któ­rej słu­cha­łam wczo­raj w dro­dze z domu Mar­ga­ret; uchy­li­łam okna, wyjeż­dża­jąc z hote­lo­wego par­kingu.

Po paru minu­tach palmy rosnące przy dro­dze w regu­lar­nych odstę­pach zastę­puje bar­dziej dzika roślin­ność: cyprysy, dęby wir­gi­nij­skie i agawy ame­ry­kań­skie, a pod nimi krza­cza­sta trawa pokryta cęt­kami cieni rzu­ca­nych przez słońce.

Skrę­cam w lewo w dwu­pa­smową drogę pro­wa­dzącą do wyjazdu z mia­sta i z wyspy, zer­kam to na GPS, to na wąskie, poprzeczne uliczki, które mijam.

Przede mną poja­wia się odbi­ja­jąca od głów­nej ulicy sze­roka droga grun­towa, oto­czona kolej­nymi pal­mami, a przy niej zestaw cukier­ko­wych drew­nia­nych szyl­dów zawie­szo­nych pod więk­szą tablicą oznaj­mia­jącą, że znaj­duje się tu Enklawa Lit­tle Cre­scent.

Lit­tle Cro­is­sant Cof­fee Bar Two Dudes Pizza Turqu­oise Tur­tle Anti­ques Esme­ralda's Fine Art & Jewelry Sisters o' the Sea Booze Hound

Skrę­cam tam i nagle ota­czają mnie bliź­nia­cze rzędy niskich skle­pi­ków, każdy poma­lo­wany na jasny kolor, z wła­snym szyl­dem. Wszyst­kie zostały zbu­do­wane na posza­rza­łych drew­nia­nych pode­stach -?to zabez­pie­cze­nie przed powo­dziami -?i każdy ma sze­roko otwarte drzwi, a klienci wcho­dzą i wycho­dzą z kubecz­kami kawy w dło­niach.

Droga koń­czy się okrą­głym, wysy­pa­nym bia­łymi kamy­kami par­kin­giem, pośrodku któ­rego rośnie ogromne, sękate drzewo. Zaj­muję naj­bliż­sze miej­sce, jakie udaje mi się zna­leźć, i zosta­wiam uchy­lone okna, żeby auto mi się nie zago­to­wało. Wysia­dam, podzi­wia­jąc przez chwilę uro­czy zaką­tek oto­czony drze­wami, a potem ruszam w kie­runku Lit­tle Cro­is­sant.

Kolejka cią­gnie się aż na sam dół schod­ków pro­wa­dzą­cych na podest, ale mija tylko kilka minut i już skła­dam zamó­wie­nie, a ponie­waż wybra­łam kawę z eks­presu, cze­kam zale­d­wie chwilę koło sto­li­ków na wyżej poło­żo­nej weran­dzie osło­nię­tej żaglami prze­ciw­sło­necz­nymi (na niż­szej czę­ści pode­stu znaj­duje się też kamienny taras) i nasto­letni bari­sta zaraz woła moje imię przez okienko.

-?Dzięki! -?wołam do środka i biorę kubek.

Dwa­dzie­ścia lat popa­rzeń języka i na­dal jesz­cze się nie nauczy­łam ostroż­no­ści przy pierw­szym łyku -?wła­śnie dla­tego teraz stoję z bar­dzo peł­nymi ustami cze­goś, co zde­cy­do­wa­nie nie jest kawą, a więc dość ohyd­nego.

Pra­wie to wyplu­wam, ale w ostat­nim przy­tom­nym odru­chu udaje mi się utrzy­mać to w ustach na tyle długo, by obró­cić kubek i odczy­tać imię oraz zamó­wie­nie naskro­bane na jego boku.

Zie­lona her­bata. (Od razu robi się mniej ohydna, kiedy już wiem, co to takiego).

Hay­den. (Od razu robi mi się bar­dziej wstyd).

-?A więc to musi być pani -?odzywa się za mną niski, dud­niący głos; odwra­cam się i widzę przed sobą wielką powierzch­nię klatki pier­sio­wej z przy­kle­jo­nym do niej od wil­goci T-shir­tem Pur­due.

Uno­szę głowę i widzę naj­pierw oboj­czyk, potem jabłko Adama, silną szczękę, kan­cia­sty nos i groźne, jasno­brą­zowe oczy.

To cud, że pamię­tam, by prze­łknąć ten łyk her­baty.

-?Dla­czego jest pan taki mokry? -?wyrywa mi się.

On spo­gląda na mnie jesz­cze groź­niej, wyciąga w moją stronę papie­rowy kubek z wyraź­nie wypi­sa­nym na boku moim imie­niem.

-?To się nazywa pot. Zda­rza się czło­wie­kowi, kiedy biega.

Biorę od niego kubek i podaję mu ten, który sama trzy­mam.

-?Przed czym pan ucie­kał? -?pytam naiw­nie.

-?Przed nudą -?odpo­wiada cierpko. -?I przed leni­stwem.

-?Nie mia­łam poję­cia, że tu są leniwce!

Gapi się na mnie, pró­bu­jąc okre­ślić, czy mówię poważ­nie. Czuję, że się uśmie­cham.

Tak czy ina­czej, nie ma czasu na ocenę tego, co powie­dzia­łam, bo jego zega­rek zaczyna dzwo­nić. Zerka na ekran i widzę w jego oczach błysk jakby zado­wo­le­nia, zanim opusz­cza rękę i znów spo­gląda mi w oczy.

-?Miłego poranka -?rzuca uprzej­mie, a potem się odwraca i odbiera połą­cze­nie na słu­chaw­kach, scho­dząc po scho­dach w kie­runku par­kingu.

-?Do zoba­cze­nia! -?wołam za nim i sta­ram się nie oglą­dać za jego tył­kiem. Ani nogami. Ani ple­cami.

On ogląda się przez ramię, jakby czy­tał mi w myślach, a ja odwra­cam wzrok, kiedy sły­szę, jak się wita przez tele­fon:

-?Dzień dobry, pani Ives.

* * *

Wma­wiam sobie, że to dobrze, że naj­pierw zadzwo­niła do niego.

Oczy­wi­ście chce naj­pierw poroz­ma­wiać z tym, kogo nie zwolni, ale też nie zatrudni, zanim prze­każe dobre wie­ści dru­giemu.

Jed­nak mimo wszystko całą drogę powrotną do hotelu czuję serce w gar­dle, a moje śpie­wa­nie na cały głos Lin­ger wydaje się raczej roz­pacz­liwe niż rado­sne. Jak robie­nie paja­cy­ków, żeby odgo­nić atak paniki.

"Będzie dobrze -?powta­rzam sobie. -?Tak czy ina­czej, będzie dobrze".

Zda­rzały mi się już dużo gor­sze rze­czy niż utrata wyma­rzo­nej pracy. A ponie­waż pra­wie nikomu o tym nie powie­dzia­łam, poza moim agen­tem, paroma zna­jo­mymi z pracy i Theo, pra­wie nikogo nie zawiodę.

Dzięki Bogu, że nie powie­dzia­łam mamie. Pra­wie mi się wymsknęło, i to kilka razy. Ta pokusa, że wresz­cie pra­co­wa­ła­bym nad czymś, co mogłoby ją choć w nie­wiel­kim stop­niu zain­te­re­so­wać, pra­wie mnie prze­ro­sła.

Kocham moją mamę i zde­cy­do­wa­nie ją sza­nuję, ale lista rze­czy, które nas łączą, nie jest długa. Na wykre­sie zależ­no­ści mię­dzy zbio­rami spraw, które jej zda­niem są warte opi­sa­nia, oraz tymi, o któ­rych rze­czywiście mia­ła­bym szansę napi­sać, histo­ria naj­bar­dziej wpły­wo­wej ame­ry­kań­skiej rodziny mediów mogłaby zna­leźć się gdzieś pośrodku.

Jej zda­niem byłby to mój wkład w histo­rię, a moim -?szansa na odna­le­zie­nie miło­snego wątku w samym środku rodzin­nych tra­ge­dii Mar­ga­ret.

Naprawdę żałuję, że nie mogłam powie­dzieć tacie. To od niego dowie­dzia­łam się, kim jest Mar­ga­ret, kiedy byłam mała. Pusz­czał pio­senki Cosmo, gdy goto­wali z mamą kola­cje, ale szcze­gól­nie uwiel­biał te, które naj­więksi fani nazy­wali "Kwar­te­tem Peggy". Były to cztery pie­śni miło­sne, które Cosmo napi­sał dla Mar­ga­ret.

Mój ojciec, jedyny roman­tyk w tej rodzi­nie poza mną, podzi­wiał histo­rię ich potęż­nej miło­ści. Nazy­wał Cosmo "wiel­kim ame­ry­kań­skim gawę­dzia­rzem". "On zosta­wia czło­wieka w takim sta­nie, że nie można się docze­kać, co będzie dalej".

Pio­senkę pły­nącą z samo­cho­do­wych gło­śni­ków prze­rywa tele­fon, a ja krzy­czę, jakby ktoś mnie nagle zła­pał od tyłu, wrzu­cam kie­run­kow­skaz i wjeż­dżam na par­king pod nie­du­żym cen­trum han­dlo­wym, a przez otwarte okna wpada zapach roz­grza­nego asfaltu.

Spraw­dzam, kto dzwoni: Mar­ga­ret!

Czy to dobrze, że zadzwo­niła tak szybko po roz­mo­wie z Hay­de­nem?

Albo może jego roz­mowa nie wyma­gała sto­sow­nych prze­pro­sin wią­żą­cych się z odmową? A może to było tylko szyb­kie "do zoba­cze­nia w ponie­dzia­łek, współ­au­to­rze"?

"Pora­dzisz sobie" -?mówię do sie­bie. Cokol­wiek to zna­czy. To tylko praca.

Biorę głę­boki wdech i odbie­ram połą­cze­nie na gło­śno­mó­wią­cym.

-?Alice Scott, słu­cham.

-?Dzień dobry, Alice -?roz­lega się szorstki głos, w ogóle nie­przy­po­mi­na­jący głosu Mar­ga­ret. -?Tu Jodi.

-?Och! Dzień dobry! -?Docho­dzę do sie­bie. -?Co sły­chać?

Igno­ruje moje pyta­nie.

-?Mar­ga­ret chcia­łaby wie­dzieć, czy mogłaby pani wpaść dziś na kolejne spo­tka­nie. Może w porze kola­cji?

-?Tak! Oczy­wi­ście! -?odpo­wia­dam. -?Jakoś koło sie­dem­na­stej, osiem­na­stej?

Par­ska.

-?Rany boskie, chcia­ła­bym. Ona jest po osiem­dzie­siątce i na­dal je kola­cje jak dwu­dzie­sto­pię­cio­latka w Rzy­mie. Na dwu­dzie­stą. Ale drinki poda­jemy o wpół. Pro­szę nie przy­cho­dzić wię­cej niż pięć minut wcze­śniej. Ani póź­niej.

Szcze­rze mówiąc, nie wyobra­żam sobie, żeby Mar­ga­ret zawra­cała sobie głowę, jak się usto­sun­kuję do tego pre­cy­zyj­nego, dzie­się­cio­mi­nu­to­wego okienka, ale podej­rze­wam, że Jodi musi na tym zale­żeć, a to wystar­cza­jący powód.

-?Będę dokład­nie... -?Tele­fon klika, zanim zdążę dokoń­czyć zda­nie. - Halo?

Zero odpo­wie­dzi. Już się roz­łą­czyła.

The Cran­ber­ries zaczyna z powro­tem ryczeć z gło­śni­ków, a tym razem, kiedy śpie­wam razem z nimi, prze­peł­nia mnie czy­sta radość.

Rozdział 4

4

O dzie­więt­na­stej dwa­dzie­ścia dzie­więć prze­kła­dam butelkę wina i bukiet kwia­tów, które przy­nio­słam, do jed­nej ręki, a drugą naci­skam dzwo­nek przy drzwiach Mar­ga­ret.

Z daleka roz­brzmie­wają cięż­kie kroki, a potem wście­kle różowe drzwi otwie­rają się i uka­zują Jodi w innej, ale pra­wie iden­tycz­nej fla­ne­lo­wej koszuli, T-shir­cie i dżin­sach.

-?Jest pani na czas -?oznaj­mia.

-?I nie przy­szłam z pustymi rękami! -?Podaję jej wino i kwiaty.

Przy­gląda im się scep­tycz­nie.

-?Mar­ga­ret nie cierpi cię­tych kwia­tów. Zasmu­cają ją.

-?Och. -?Przy­glą­dam im się ze zmarsz­czo­nymi brwiami, a potem patrzę jej w oczy. -?A pani?

Jej kwa­dra­towa twarz tro­chę łagod­nieje.

-?Ja nie mam nic prze­ciwko.

-?W takim razie są dla pani -?oznaj­miam. -?A jeżeli powie mi pani, że ona nie cierpi też wina, to także będzie dla pani -?dodaję, skoro wyświad­czyła mi taką przy­sługę.

Jej usta wykrzy­wiają się pra­wie w uśmie­chu.

-?Nie­stety, nie umiem kła­mać. Uwiel­bia wino.

-?No, to w takim razie pro­szę jej prze­ka­zać, że to wino jest do podziału -?odpo­wia­dam i wrę­czam jej butelkę. -?Ale muszę panią ostrzec, że ja za bar­dzo nie piję, więc może się oka­zać obrzy­dliwe.

Jodi prze­chyla głowę na bok.

-?Pro­szę wejść -?mówi znów rze­czo­wym tonem. -?Są już z tyłu.

Są. Zało­ży­łam, że to będzie po pro­stu kola­cja zapo­znaw­cza. Jeśli Mar­ga­ret zapro­siła przy­ja­ciół, powin­nam była wziąć ze sobą dyk­ta­fon. Zawsze uży­wam i jego, i komórki, na wypa­dek, gdyby coś się zepsuło pod­czas nagry­wa­nia, i teraz żałuję, że przed wyj­ściem z hotelu nie wrzu­ci­łam dyk­ta­fonu do torby.

Na swoją obronę mam tylko to, że roz­pro­szyło mnie prze­glą­da­nie ume­blo­wa­nych miesz­kań na wyna­jem krót­ko­ter­mi­nowy na Lit­tle Cre­scent. Tak na wszelki wypa­dek.

W głębi domu Jodi wypro­wa­dza mnie przez podwójne szklane drzwi na kamienną ścieżkę wijącą się wzdłuż ściany krze­wów, przy dźwię­kach cykad, koni­ków polnych i świersz­czy, tęt­nią­cych w ciem­no­ści wie­czoru.

Przede mną roz­ciąga się sze­roki kamienny taras, pośrodku któ­rego stoi długi drew­niany stół. Nad sto­łem zwi­sają kule świetlne, a jesz­cze wię­cej zostało spi­ral­nie zawi­nię­tych wokół wiel­kiego drzewa, które czę­ściowo pochyla się nad prze­ciw­le­głym koń­cem stołu.

Mogłoby tu spo­koj­nie usiąść dwa­na­ście osób, ale teraz stoją tylko trzy krze­sła z wyso­kimi opar­ciami, dwa są zajęte.

-?O, dobry wie­czór, Alice! -?woła rado­śnie Mar­ga­ret i wstaje, a sztywny, ogromny męż­czy­zna sie­dzący obok niej idzie w jej ślady.

Hay­den nie wydaje się zasko­czony na mój widok, ale też się nie cie­szy.

Oczy­wi­ście rozu­miem tę reak­cję -?sama nie jestem zachwy­cona jego obec­no­ścią -?ale i tak budzi to we mnie dawny instynkt, potrzebę nie tylko spra­wie­nia, by mnie polu­bił, ale też kopa­nia tak długo, aż się prze­ko­nam, co kryje się pod tą jego chłodną maską.

Cho­wam głę­boko moje coraz więk­sze roz­cza­ro­wa­nie i idę za Jodi do stołu.

W końcu będę jadła kola­cję na świe­żym powie­trzu z jedy­nym żyją­cym człon­kiem ame­ry­kań­skiej rodziny, o któ­rej krąży chyba naj­wię­cej opo­wie­ści -?z kimś, kto fascy­no­wał mnie od dziecka.

-?Dobrze was widzieć! -?rzu­cam i wycią­gam rękę do Mar­ga­ret.

Ona na chwilę ujmuje moją dłoń w dwie swoje, otula mnie jej cie­pły, cia­stecz­kowy zapach, a jej oczy błysz­czą jak zwy­kle. Czyli wyjąt­kowo.

-?Cie­bie także, skar­bie -?odpo­wiada. -?Dzię­kuję, że zgo­dzi­łaś się przyjść tak na ostat­nią chwilę.

-?Dzię­kuję za zapro­sze­nie.

Zerka w bok na Jodi i jej uśmiech przy­gasa.

Jodi ją uspo­kaja.

-?Kwiaty są dla mnie, więc nawet sobie nie myśl.

-?A wino dla wszyst­kich -?wtrą­cam.

-?O, to uro­cze z two­jej strony. -?Mar­ga­ret deli­kat­nie ści­ska moje ramię. -?Pamię­tasz Hay­dena, pozna­li­ście się wczo­raj.

-?Oczy­wi­ście. Jestem wielką fanką. Jego prac -?uści­ślam nie­po­trzeb­nie.

-?Bar­dzo mi miło -?odpo­wiada Hay­den, a potem opada sztywno na krze­sło.

-?Sia­daj, sia­daj. -?Mar­ga­ret macha w kie­runku wol­nego krze­sła naprze­ciw Hay­dena. -?Czego się napi­jesz? Jodi jest świetną bar­manką -?dodaje, kiedy już sie­dzę.

-?Wystar­czy woda -?odpo­wia­dam.

Wygląda na to, że ani Mar­ga­ret, ani Jodi nie są zado­wo­lone z takiej odpo­wie­dzi.

-?Pozwól dziew­czy­nie się wyka­zać połu­dniową gościn­no­ścią -?nama­wia Mar­ga­ret. -?Poproś przy­naj­mniej o słodką her­batę albo coś takiego.

Spo­glą­dam na Jodi.

-?Kawę? -?pytam. -?Jeśli jest, to bez­ko­fe­inową, a jeśli nie, zwy­kłą.

Jodi kiwa głową i odcho­dzi ścieżką, zosta­wia­jąc nas, żeby­śmy, zakło­po­tani, roz­go­ścili się przy stole.

-?A więc! -?Mar­ga­ret składa dło­nie i opiera łok­cie na stole. -?Założę się, że zasta­na­wia­cie się, co tu się wła­ści­wie wypra­wia. A przy­naj­mniej ty, Alice. Mówi­łam wła­śnie mojemu Hay­de­nowi, co mi cho­dzi po gło­wie.

"Mój Hay­den" bie­rze bar­dzo krótki łyk wody ze szklanki, wystrze­ga­jąc się na razie ciem­nego drinka, któ­rzy także przed nim stoi.

-?Jestem tro­chę zasko­czona -?przy­znaję.

-?Wiem, wiem. Wierz mi, pró­bo­wa­łam pod­jąć szybką decy­zję, Alice, ale cią­gle wra­ca­łam myślami do tego, co powie­dzia­łaś.

-?Co ja powie­dzia­łam?

-?Że to zadziała tylko wtedy, kiedy wybiorę kogoś, komu cał­ko­wi­cie ufam. -?Wzru­sza ramio­nami. -?A ponie­waż nie jestem zbyt ufnym czło­wie­kiem, może to chwilę zająć, zanim zde­cy­duję, kim będzie ta osoba.

Zer­kam na Hay­dena. On wpa­truje się w swoją wodę, jakby pró­bo­wał roz­bić szklankę siłą woli.

Odchrzą­kuję krótko i znów spo­glą­dam na Mar­ga­ret.

-?Oczy­wi­ście, to jak naj­bar­dziej ma sens. Powin­ni­śmy poświę­cić jesz­cze kilka dni na pozna­nie się, zanim zde­cy­duje...

-?Mie­siąc -?prze­rywa mi.

-?Mie­siąc -?powta­rzamy jed­no­gło­śnie ja i Hay­den.

Ona uśmie­cha się pogod­nie, ale mina jej rzed­nie, kiedy wyczy­tuje coś z mojej twa­rzy.

-?Nie, nie mar­tw­cie się! -?woła. -?Oczy­wi­ście zapłacę wam za ten czas. Jodi wła­śnie koń­czy przy­go­to­wy­wać doku­menty dla was to pod­pi­sa­nia.

Znów zer­kam na Hay­dena, widzę jego zmarsz­czone brwi i napięte czoło.

-?Na­dal nie jestem pewna, czy rozu­miem -?przy­znaję.

-?Cho­dzi o to... -?Mar­ga­ret bie­rze łyk z oszro­nio­nego kie­liszka mar­tini i dopiero potem wyja­śnia. -?Zapłacę wam za ten mie­siąc i zapew­nię roz­sądne fun­du­sze na zakwa­te­ro­wa­nie. Jodi może wysłać oferty naj­pierw waszym agen­tom, jeśli tak woli­cie. Jestem skłonna do nego­cja­cji, w gra­ni­cach roz­sądku, a na koniec oboje dosta­nie­cie takie samo wyna­gro­dze­nie. Pod­pi­sze­cie klau­zulę pouf­no­ści, a ja w ciągu tego mie­siąca będę się spo­ty­kać z każ­dym z was. Na koniec poka­że­cie mi, co udało wam się przez ten czas napi­sać. Na tej pod­sta­wie wybiorę jedno z was, żeby napi­sać wspól­nie książkę, po czym pój­dziemy i sprze­damy ją temu, kto naj­wię­cej zapłaci.

-?Pani Ives... -?zaczyna Hay­den.

-?Mów mi Mar­ga­ret -?prze­rywa, macha­jąc ręką. -?Wystar­czy Mar­ga­ret. Albo Irene. Pod takim imie­niem mnie tu wszy­scy znają. Zmie­ni­łam ini­cjały. Pew­nie powin­nam była pocze­kać do pod­pi­sa­nia klau­zuli pouf­no­ści, zanim to zdra­dzi­łam.

Mruga do mnie i jakby za sprawą jakie­goś magicz­nego zaklę­cia ula­tuje ze mnie nie­po­kój doty­czący tego układu.

-?Nie myślisz, że łatwiej byłoby po pro­stu...

-?Może -?prze­rywa Hay­de­nowi Mar­ga­ret, cały czas się uśmie­cha­jąc. -?Ale jeśli czło­wiek chce coś zro­bić porząd­nie, nie idzie na łatwi­znę. Prze­my­śla­łam sprawę i wła­śnie tak chcę to zro­bić.

-?A co jeśli jedno z nas się wycofa? -?pyta Hay­den.

Ona sztyw­nieje, z oczu znika blask roz­ba­wie­nia.

-?No cóż, nie zamie­rzam wybie­rać nikogo z przy­padku. Chcę mieć wybór. Więc jeśli jedno z was się wycofa, do czego oczy­wi­ście macie prawo, to i tak zamie­rzam prze­pro­wa­dzić tę mie­sięczną próbę z drugą osobą, zanim do cze­go­kol­wiek się zobo­wiążę. Jeśli spodoba mi się to, co zro­bi­cie, zaczniemy współ­pracę.

-?Czyli chcesz powie­dzieć -?wypala Hay­den -?że oboje wło­żymy w to mie­siąc pracy i osta­tecz­nie możesz nawet w ogóle nie zde­cy­do­wać się na napi­sa­nie tej książki?

Zasko­czył mnie tą bez­po­śred­nio­ścią, nie­mal bojową, ale do oczu Mar­ga­ret wraca blask, a kąciki jej natu­ral­nie różo­wych ust się uno­szą.

-?Taka jest umowa.

Po raz pierw­szy, odkąd usia­dłam, Hay­den prze­nosi wzrok na mnie.

-?W porządku -?mówi tylko.

Ani słowa wię­cej, ale jego ton spra­wia jakoś, że ewi­dent­nie nie cho­dzi mu o "W porządku, rozu­miem" ani "W porządku, prze­my­ślę to", tylko o "W porządku, wcho­dzę w to".

Mar­ga­ret uśmie­cha się sze­roko i odwraca do mnie.

-?A ty, Alice, co myślisz?

Zasta­na­wiam się, zadaję sobie pyta­nie, czy jest jaki­kol­wiek powód, dla któ­rego nie mia­ła­bym tu zostać na parę tygo­dni i spró­bo­wać.

Kogo ja chcę nabrać?

Zgo­dzi­ła­bym się, nawet gdyby mi nie zapła­ciła. Wycią­gnę­ła­bym oszczęd­no­ści, zary­zy­ko­wa­ła­bym pracę w "The Scratch" i sta­nę­ła­bym na gło­wie, jed­no­cze­śnie tań­cząc nogami YMCA, gdyby mnie popro­siła.

Dla takiej moż­li­wo­ści zro­bi­ła­bym wszystko.

-?Wcho­dzę w to -?odpo­wia­dam.

Mar­ga­ret klasz­cze w dło­nie.

-?Cudow­nie! Trzeba wznieść za to toast!

Pod­nosi swój kie­li­szek mar­tini. Hay­den, wyraź­nie scep­tyczny, pod­nosi szklankę whi­skey, a ja wła­śnie mam zauwa­żyć, że nie dosta­łam jesz­cze drinka, kiedy z cie­nia wyła­nia się Jodi i sta­wia na stole tacę.

Srebrny czaj­ni­czek do kawy. Paru­jąca fili­żanka. Dzba­nu­szek śmie­tanki i maleńka biała miseczka z kost­kami cukru. A obok stos pozszy­wa­nych doku­men­tów.

Umowy.

Biorę fili­żankę i deli­kat­nie stu­kam się nią z Mar­ga­ret i Hay­de­nem.

Mar­ga­ret wzdy­cha, orzeź­wiona po swoim łyku.

-?No, dobrze -?oznaj­mia. -?To kto jest głodny?

* * *

Po dese­rze -?cytry­no­wej bezie -?Mar­ga­ret odpro­wa­dza mnie i Hay­dena przez dom do drzwi. Pali się tylko kilka lamp, nie widać ni­gdzie Jodi, co tro­chę potwier­dza moją teo­rię, że ona pra­cuje u Mar­ga­ret.

-?Dobrze, macie swoje doku­menty? -?upew­nia się, otwie­ra­jąc nam drzwi.

-?Tak.

Poka­zuję teczkę, którą mi dała, a Hay­den kiwa głową. Przy kola­cji też się nie odzy­wał, tylko patrzył ponuro w swoje jedze­nie. Nie wiem, czy to przez moją obec­ność, czy też zawsze taki jest, ale trudno sobie wyobra­zić, żeby taki czło­wiek wyci­snął z Lena Stir­linga jego zapie­ra­jącą dech w pier­siach, łapiącą za serce opo­wieść, a co dopiero dopra­co­wał tę jej piękną wer­sję, którą czy­ta­łam.

Ale jed­nak sama naj­le­piej wiem, że rzadko da się powie­dzieć, kim naprawdę jest dany czło­wiek albo przez co prze­cho­dzi, kiedy patrzy się na niego z zewnątrz.

Prze­cież Hay­den mógł przyjść na tę kola­cję zaraz po tym, jak dotarły do niego jakieś przy­kre oso­bi­ste wie­ści albo przy­je­chał na Lit­tle Cre­scent zaraz po roz­sta­niu. Doświad­cze­nie mówi mi, że lepiej dawać ludziom kre­dyt zaufa­nia.

-?A cia­sto?

Teraz i ja, i Hay­den na potwier­dze­nie pod­no­simy małe pudełka Tup­per­ware z kawał­kami puszy­stej bezy.

-?No to dobrze -?stwier­dza Mar­ga­ret, mru­ga­jąc okiem. -?Moi ludzie się z wami skon­tak­tują.

-?Nie mogę się docze­kać! -?odpo­wia­dam i bez zasta­no­wie­nia rzu­cam się na nią z uści­skiem.

Na szczę­ście odwza­jem­nia go, ści­ska­jąc mi mocno plecy.

-?Wiele przed nami, wiele przed nami -?mówi, a potem odwraca się z sze­roko roz­po­star­tymi ramio­nami, żeby przy­tu­lić Hay­dena.

Tylko że on zdą­żył już pod­nieść dłoń na poże­gna­nie.

Ona się śmieje, ale ser­decz­nie ujmuje jego rękę w obie swoje dło­nie.

-?Wra­caj­cie bez­piecz­nie -?dodaje. -?Gdzie się zatrzy­ma­li­ście?

-?W Grande Lucia -?odpo­wia­dam.

Hay­den zerka na mnie z ukosa, jego usta wygi­nają się prze­lot­nie w dół, a potem odwraca się z powro­tem do Mar­ga­ret.

-?Grande Lucia -?rzuca przez zęby.

-?Och, świet­nie! Cie­szę się, że w razie potrzeby będzie­cie mieli w pobliżu przy­ja­ciela.

Uśmie­cham się do Hay­dena. On na mnie nie patrzy.

-?W każ­dym razie -?rzu­cam pogod­nie -?nie będziemy cię tu dłu­żej trzy­mać.

-?I dostarcz­cie mi te doku­menty, żeby­śmy mogli zaczy­nać!

Wypro­wa­dza nas przez drzwi wej­ściowe i macha nam, kiedy scho­dzimy ścieżką w stronę drogi, więc co parę kro­ków macham jej przez ramię. To taka gra w połu­dniową ciu­ciu­babkę gościn­no­ści, obie wycze­ku­jemy, która pierw­sza się zła­mie.

Tym­cza­sem Hay­den wypruł naprzód, jest sku­piony na celu (a tym celem jest naj­wy­raź­niej ucieczka jak naj­da­lej ode mnie).

Macham przez ramię po raz ostatni i skrę­cam za zakręt pro­wa­dzący do bramy.

Hay­den zosta­wił mi ją otwartą, a ja pędzę za nim na cichą, oświe­tloną księ­ży­co­wym bla­skiem wiej­ską drogę w dole.

-?To co -?zaga­duję. -?Może poroz­ma­wiamy o har­mo­no­gra­mie?

-?Har­mo­no­gra­mie? -?Nawet nie zwal­nia kroku.

Pod­bie­gam i doga­niam go przy naszych samo­cho­dach, zapar­ko­wał naprze­ciw mojego.

-?Pomy­śla­łam, że mogli­by­śmy podzie­lić dni mię­dzy sobą, tak żebyś mógł z nią pra­co­wać od ponie­działku do środy, a ja wzię­ła­bym dni od czwartku do soboty.

Zatrzy­muje się i odwraca do mnie tak nagle, że pra­wie zde­rzam się z jego klatką pier­siową. Jed­nak gwał­tow­nie hamuję na tyle bli­sko, że muszę zadzie­rać głowę, by spoj­rzeć mu w oczy.

-?Wtedy ty dosta­ła­byś week­end, a ja tylko dni pra­cu­jące.

-?Okej. To ja w takim razie mogę wziąć od ponie­działku do piątku, a ty od czwartku do soboty.

-?Wtedy ty mia­ła­byś tylko dni pra­cu­jące -?zauważa.

Śmieję się.

-?I to ci nie opo­wiada?

-?Podej­rze­wam, że na­dal będziesz pisać dla "The Scratch", a ja potrze­buję czasu na moje zle­ce­nia. Oboje potrze­bu­jemy jakichś wol­nych dni w tygo­dniu pracy. Poza tym, żeby mieć pełny obraz w tej kwe­stii, potrze­bo­wa­li­by­śmy wglądu do jej całego har­mo­no­gramu.

Czuję, że brwi uno­szą mi się tro­chę w stronę grzywki.

-?Czyli co, mar­twisz się o mnie? Zamiast dać sobie fory?

To tylko kolejny dowód, że nie da się poznać czło­wieka na pod­sta­wie pierw­szego wra­że­nia.

On prze­wraca oczami, odwraca się ode mnie i idzie do swo­jego auta.

-?Wierz mi! -?woła, kiedy zatrzy­muje się, by otwo­rzyć auto, a ja widzę tylko jego ogromny cień na tle księ­życa. -?Nie potrze­buję żad­nych forów.

Rozdział 5

5

Mimo że Hay­den sie­dzi już w aucie z zamknię­tymi drzwiami, włą­czo­nymi świa­tłami i z war­czą­cym sil­ni­kiem, nie odjeż­dża, dopóki ja nie wsiądę do swo­jego samo­chodu.

Może mar­twi się, żebym nie została zamor­do­wana na ciem­nej wiej­skiej dro­dze nad bagnami, a może to tylko przy­pa­dek, ale wolę myśleć pozy­tyw­nie.

Nie może być taki zły, na jakiego wygląda. A nawet jeśli jest, to prze­cież nie będziemy spę­dzać razem czasu.

Otwie­ram okna i odjeż­dżam spod domu Mar­ga­ret, słu­cha­jąc koją­cych pomru­ków wie­czoru w Geo­r­gii.

Przez chwilę roz­wa­żam, czy nie zadzwo­nić do mamy, żeby prze­ka­zać jej dobre wie­ści. Ale jest już po dwu­dzie­stej dru­giej, a ona zawsze była raczej skow­ron­kiem niż sową. Poza tym pew­nie lepiej zacze­kać, aż dowiem się, co z tego wynik­nie. Dam jej znać, że jestem w pobliżu z powodu pracy, umó­wię się z nią na odwie­dziny, ale pocze­kam ze zdra­dza­niem szcze­gó­łów, aż będę wie­działa, w którą stronę prze­chyli się szala.

Zjeż­dżam z powro­tem na pra­wie pustą dwu­pa­smówkę łączącą stały ląd z Lit­tle Cre­scent i zwal­niam, żeby zatrzy­mać się na czer­wo­nym świe­tle. Hay­den sie­dzi w aucie obok. Też mnie zauważa. Macham mu. On marsz­czy brwi.

Zapala się zie­lone i oboje ruszamy.

Mam wra­że­nie, że sta­ramy się nie jechać obok sie­bie, ale świa­tła nam to cią­gle unie­moż­li­wiają. Mijamy Lit­tle Cro­is­sant i inne skle­piki, pusz­czam go przo­dem, żeby­śmy przy­naj­mniej nie wyprze­dzali się co chwilę nawza­jem.

Na skrzy­żo­wa­niu z Main Street jadę za nim w prawo, w kie­runku tury­stycz­nej czę­ści wyspy i na par­king hotelu Grande Lucia.

On skręca w alejkę w lewo, więc ja skrę­cam w prawo. Osta­tecz­nie lądu­jemy odda­leni od sie­bie o trzy miej­sca.

On idzie w kie­runku tych samych scho­dów, któ­rymi ja cho­dzę do mojego pokoju.

Zwal­niam krok, ale ku mojemu zasko­cze­niu on zatrzy­muje się w poło­wie pierw­szego pię­tra, kiedy zauważa, że idę za nim.

Nie tylko się zatrzy­muje, ale nawet odwraca się w moją stronę i nawią­zuje kon­takt wzro­kowy. To ogromny postęp w naszej rela­cji. Pew­nie nie­długo wymie­nimy się bran­so­let­kami przy­jaźni.

-?Ponie­dzia­łek, środa, pią­tek -?bur­czy.

-?Dobre dni -?odpo­wia­dam.

-?Albo -?dodaje -?wto­rek, czwar­tek, sobota. Możesz wybrać, które chcesz. W ten spo­sób będziesz mogła spę­dzać z nią piąt­kowe albo sobot­nie wie­czory, jeśli będziesz chciała, a do tego możemy wymie­niać się nie­dzie­lami lub zro­bić z nich dni wolne, w zależ­no­ści od tego, jak ona posta­nowi.

Zatrzy­muję się na tym samym stop­niu co on, zasta­na­wiam się nad tą pro­po­zy­cją.

-?Kiedy mie­li­by­śmy zacząć?

-?Zamie­rzam zała­twić to wszystko jutro. -?Pod­nosi doku­menty, które dosta­li­śmy od Mar­ga­ret. -?Pią­tek i sobota to mogą być nasze pierw­sze dni pracy.

-?Jak ją zna­la­złeś? -?pytam.

Marsz­czy brwi.

-?Nie zamie­rzam ci tego mówić.

-?Naprawdę? Dla­czego?

-?Bo na nic ci się ta infor­ma­cja nie przyda.

-?Powiem ci, jak ja ją zna­la­złam -?obie­cuję, kusząc go tą pro­po­zy­cją jak mar­chewką.

-?Nie jestem cie­kaw.

Rusza w górę, a ja za nim.

Docie­ramy na pierw­sze pię­tro i oboje idziemy dalej.

-?Już tu prze­cież jesteś -?zauwa­żam. -?Wie­dza o tym, jak się tu dosta­łam, na nic ci się nie przyda. Tak samo jeśli ja będę wie­działa, jak ty się dowie­dzia­łeś o Mar­ga­ret, nie zyskam tym żad­nej prze­wagi.

-?Naprawdę nie rozu­miem, dla­czego ci na tym zależy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki