3
Też Warszawa i też wiosna
To pójdę już do domu, panie majstrze... - Kazik Walaszek niepewnie spojrzał na Józefa Konieczka.
Chłopak czuł respekt przed swoim szefem. Odkąd skończył jedenaście lat, pracował jako jego pomocnik i nigdy nie doczekał się od niego ani uśmiechu, ani pochwały, choć się o to starał. Stary był ponury, za lada co potrafił wytarmosić porządnie za uszy albo i przylać solidnie, bo rękę miał ciężką. Był jednak sprawiedliwy. Kazik zawsze wiedział, za co obrywa. Teraz Konieczek też tylko popatrzył na niego pochmurnie i pokiwał głową. Sam jeszcze chwilę chciał zostać. Starannie wysmarował bukfel[12] towotem, poukładał na półce wytarte do sucha brzeszczoty, musnął jeszcze smarem imadła i resztę narzędzi, rozłożył je pedantycznie w skrzynkach. Warsztat Józefa Konieczka był oazą ładu. Nigdzie nie dało się zauważyć śladu pajęczyny, nawet okna, w innych warsztatach tak zakurzone, że ledwie się przez nie przedzierało światło, tu były prawie całkiem czyste.
Dziś stary najwyraźniej się ociągał. Jakby czekał, aż zostanie sam. Kiedy już się pozbył chłopaka, otworzył najstarszą z narzędziowych skrzynek i wyjął pistolet, który przyniosła mu ta niezrównoważona pannica. Obejrzał go krytycznie.
- No, jak tak można! - mruknął do siebie. Rozebrał go i starannie wyczyścił, naoliwił i zawinął w irchę. Dopiero teraz można było tę broń złożyć w składziku pod ciężkim warsztatowym stołem, gdzie już leżała amunicja. Dojście do niego zastawione zostało skrzynkami na narzędzia. Należało je wszystkie odsunąć. Majstrowi Józefowi się nie spieszyło. Nigdy mu się nie spieszyło do domu i dlatego miał czas na partyjną robotę.
Sama nazwa partii niewiele mu mówiła. Gdyby ktoś go zapytał, co znaczy socjaldemokracja[13], pewnie powiedziałby, że to takie urządzenie świata, że każdy ma po równo. Tak sobie wyobrażał świat, o który chciał walczyć. Wszyscy pracują, każdy dostaje taką samą płacę. Miasta urządzone są jednakowymi domami stojącymi w równych rzędach. W tych domach są suche i widne mieszkania, dla każdego takie same. Obok robotnika mieszka prezes, dyrektor czy inżynier. Dopiero, kiedy się to urzeczywistni, będzie można mówić, zdaniem Konieczka, że zwyciężyło hasło "Wolność, równość, braterstwo". Konieczek wiedział, że już kiedyś była rewolucja, która walczyła o ten cel, ale jak widać się nie udało. Podobno wszystkie inne państwa się zjednoczyły, by z nią walczyć. Dlatego teraz trzeba zrobić rewolucję we wszystkich krajach naraz. Po to jest ta broń, ta amunicja, którą przechowuje w skrytce pod stołem w swoim warsztacie.
- Wolność, równość, braterstwo - mruknął sobie głośno, zadowolony patrząc na porządek w swoim warsztacie. Kiedy to się już ziści, będzie można tak samo porządnie poukładać wszystkich ludzi. Nie będzie miejsca na występek, złodziejstwo czy inne niegodziwości.
Westchnął ciężko, bo przypomniały mu się jego domowe kłopoty, zebrał się w sobie i wyszedł wreszcie z budynku tak miło pachnącego towotem i metalem na świat pełen bałaganu. Ten potworny bajzel zaczynał się już za murem ogradzającym Filtry. Na porośniętym chaszczami i pokrzywami placu stała rozgrzebana budowa kościoła[14], a za nim, już na Grójeckiej, ciągnęły się ponure czynszowe kamienice. Kiedy majster Konieczek wszedł do jednej z nich, ogarnął go smród szczyn i gotowanej kapusty.
- Józiu, Józiu! - dobiegł go słaby głos żony, gdy tylko otworzył drzwi swojego mieszkania.
Wszedł przez kuchnię do pokoju. Leżała w łóżku. W miednicy stojącej koło niego, na pościeli i w kącikach ust widać było ślady niedawnego krwotoku.
- Znowu? - odezwał się trochę mniej gburowato niż zazwyczaj.
- Już niedługo, Józiu, ja czuję, że już niedługo.
- Aj, takie gadanie, jeszcze tylko trochę zarobię i pojedziesz do Otwocka. Tam leczą takich jak ty. Cierpliwości...
Tak naprawdę nie miał Konieczek tej cierpliwości. Czasem myślał sobie, że chciałby, by to się wreszcie skończyło. By nie musiał wracać do domu, martwiąc się, co w nim zastanie. Że wolałby, by ona już umarła i przestała go dręczyć swoją chorobą. Ale ilekroć o tym pomyślał, tyle razy ogarniały go wyrzuty sumienia. To było niegodne człowieka, który chciał walczyć o nowy, wspaniały świat.
- Jak to się już stanie, to zajmij się Stasiem. On nie jest zły, tylko zagubił się. Tak boję się, że kiedy mnie zabraknie, odsuniesz się od niego, zostawisz, a to dziecko jeszcze...
- Dziecko... - mruknął.
Złodziej i bandyta - dodał w myślach, nie chcąc denerwować chorej żony. Nie rozumiał, jak jemu właśnie mógł urodzić się taki syn. Nie miał pojęcia, co robił Staszek, ale nie pracował, a pieniądze na wódę i kurwy miał. Nic innego jak bandytą był i koniec. Tylko jego Bóg obdarzył zdrowiem i urodą. Inne dzieci marły im jedno za drugim. Tak jakby ten jeden, najstarszy, wyciągnął z matki wszystko co najlepsze, a dla tamtych nie zostało już nic. I jak tu Józef Konieczek miał wierzyć w miłosierdzie i sprawiedliwość boską?
- Po co się martwisz o niego? Da sobie radę.
Chciała coś mu na to odpowiedzieć, ale znowu dopadł ją atak ciężkiego kaszlu wyrywającego z piersi resztki płuc.
*
Małe mieszkanie było już pełne ludzi, kiedy Irenka wreszcie przyszła. Siedzieli wokół stołu, na łóżku, a inni jeszcze w kucki pod ścianami. Dziewczyna stanęła zdziwiona w progu. Nigdy ich tak wielu nie było. Przecież tak się nie da pracować! Znała jednak wszystkich oprócz jednego starego, chuderlawego człowieka, który siedział pod oknem na ławie, zwieszając między szeroko rozstawionymi nogami wielkie, sękate odciskami ręce.
- My tu przyszli wszyscy, by panience podziękować. - Jan Lityński kierował oddziałem SDKPiL na Ochocie. - Moja żona mówi, że to powinno się panience spodobać.
Wręczył jej dosyć grubą książkę.
- Helena Mniszchówna, "Trędowata", nie znam, nie czytałam. - Irenka uśmiechnęła się, kiedy zajrzała na stronę tytułową. - Ale dla mnie najcenniejsze jest to, że wszyscy jesteście tu podpisani!
- Bo to pani zasługa! - Kazik Walaszek uścisnął jej dłonie i z zachwytem wpatrywał się w Irenkę. Prawdę powiedziawszy ani mu w głowie były literki i gdyby panna Irenka nie była taka śliczna, taka dobra, taka serdeczna... No, jednym słowem, gdyby Kazik nie zakochał się w pannie Irence, to pewnie nie nauczyłby się czytać i pisać. A teraz ona wyjeżdża...
- Jest nowy numer "Czerwonego sztandaru"[15] - zagaił Lityński. - Może zechce nam pani jeszcze poczytać?
Irenka wzięła pismo do ręki. Wiele razy już czytała na głos tę gazetę i nie wydawała się nią zachwycona. Widać było wyraźnie, że powstawała gdzieś za granicą, więc sporo znajdowało się tam artykułów teoretycznych, a mało odnoszących się do problemów warszawskich robotników. Rewolucja rewolucją, ale Irenka uważała, że należało działać konkretnie i natychmiast, bo ich życie było zbyt ciężkie.
- Towarzysze! - czytała. - Z woli proletariatu i na rozkaz klasy robotniczej, silni solidarnością musimy wykoleić życie burżuazyjne! Niech burżuazja i rząd ugną się przed robotniczą dyktaturą!
Przerwał jej szloch. To ów nieznany jej cherlawy staruszek głośno płakał, niezdarnie ocierając łzy płynące po policzkach.
- Co się stało, Alojzy?
- Nie przeszkadzajcie!
- Beczycie jak baba! - rozległy się głosy.
- Bo czy ja kiedy pomyślał, że to do mnie tak będą po pańsku mówić? Towarzysz będą mówić? Do mnie?
- Jak po pańsku? - obruszył się Kazik. - To po robotniczemu jest!
- Po pańsku - upierał się stary i, by udowodnić swoją rację, zaskrzypiał drżącym głosem - "Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój!" Po robotniczemu to jak u nas na wsi po chłopsku: ty chamie, matole, ty...
- Cichaj! Panienka tu jest! - zganił go ktoś.
Irenka siedziała spłoszona, na dodatek jedna myśl wylazła jej na twarz ciemnym rumieńcem. Rzeczywiście nikt nie szanował tych ludzi z samego dołu społeczeństwa. Bo czy ona kiedy pomyślała, że Genowefcia może być zmęczona? Zmęczony bywał tylko papcio. Czy przyszło jej do głowy, że Genowefcia może mieć migrenę? To wręcz nieprawdopodobne zestawienie słów: Genowefcia i migrena! Ale mama miewała migrenę nawet często, więc dlaczego nie mogła jej mieć Genowefcia? Albo czy naprawdę Genowefci zawsze się chciało gotować, dbać o Irenkę, myć, wycierać kurze? Jej samej przecież często nie chciało się nic i wtedy też nic nie robiła! Ona, Irena, najwyraźniej była ślepa! Tak przyzwyczaiła się do tysięcznych usług Genowefci, że przez moment nawet nie pomyślała, że ona może mieć jakieś ludzkie potrzeby, ludzkie dolegliwości, ludzkie marzenia...
Myśląc o tym wszystkim, Irena czytała najpierw jedną gazetę, potem drugą, choć to był tylko mniej popularny "Robotnik" wydawany przez PPS.
Żegnała się nieco roztargniona, kiedy podszedł do niej Kazik.
- Ja panią odprowadzę...
Już miała powiedzieć, że nie, nie trzeba, ale zobaczyła na buzi tego chłopaka wyraz napięcia i podniecenia.
- Stało się coś?
- Wyjdźmy - odpowiedział tylko, a mina starego konspiratora zabawnie kontrastowała z jego piegowatą, urwisowatą twarzą.
- Zgubiła to pani - rzekł, kiedy znaleźli się już na schodach i wyciągnął do niej niezbyt czystą pięść, w której trzymał nabój.
Poznała go natychmiast.
- Ktoś jeszcze o tym wie?
- Pani się nie boi...
- Daj, odniosę, gdzie trzeba!
- Sam mógłbym!
Widać było, że chłopak pali się do jakiejś działalności poważniejszej niż chodzenie na zebrania, na których czytało się konspiracyjne gazetki.
- Nie martw się, przyjdzie i na ciebie kolej, tobie też kiedyś dadzą karabin i naboje.
Ledwie wybrzmiały te słowa, jakiś głos ukryty w jej głowie dopowiedział: "... byś zabijał i ginął!". Wzdrygnęła się na tę myśl.
- A gdzie pozostałe? Dawaj je tu szybko!
Stary Konieczek przyjął ją bez słowa, kiedy przyniosła mu resztę amunicji. Był ponury jeszcze bardziej niż zwykle. Wziął pakunek i stanął bez ruchu, dając jej do zrozumienia, że powinna wyjść.
- Do widzenia.
Wzruszył tylko ramionami, kiedy odwróciła się do wyjścia.
Panna dobrze je, dobrze śpi, służąca wokół niej wszystko zrobi, a jej się nudzi i dlatego bawi się w rewolucję - pomyślał, ciągle mając przed oczami umierającą żonę. - Dobrze powiedział kiedyś towarzysz Lityński, że ten, który nie rozbije sobie kolana, nie wie, jak to boli. Mówił też, że dlatego nie wierzy takim inteligencikom, którzy udają współczucie dla ludu. On, Józef Konieczek, też nie wierzył.
[12] Dawne narzędzie ślusarskie, rodzaj piłki o możliwych wielu brzeszczotach.
[13] Józef Konieczek był członkiem Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy - polskiej marksistowskiej partii robotniczej dążącej do wybuchu rewolucji, obalenia kapitalizmu, likwidacji państw narodowych i wprowadzenia rządów proletariatu. SDKPiL wrogo odnosiła się do polskich działań niepodległościowych.
[14] Chodzi o dzisiejszy plac Narutowicza i kościół Niepokalanego Poczęcia Maryi Panny.
[15] Prasowy organ SDKPiL.