Rozdział 1
Judyta
Nie pamiętam, czy kiedykolwiek tak bardzo się bałam. Stres, owszem, towarzyszył mi w życiu nie raz, zresztą był nieodłącznym elementem mojej pracy, bywały sytuacje, kiedy najtwardszego zawodnika dopadało zdenerwowanie najwyższego stopnia, zwłaszcza w trudnych i często drogich bataliach sądowych, w których klient oczekiwał jednego - wygranej. Ale strach? Pamiętałam go tylko z dzieciństwa, pojawiał się wtedy, kiedy coś przeskrobałam, i martwiłam się, że zostanę ukarana. Ale nic, nawet obawa przed najsurowszą karą, nie mogło się równać z tym, co czułam teraz. Bo wcale nie bałam się o siebie. Po raz pierwszy bałam się o tego gnojka. O to, czy zdążę na czas.
Gnałam ulicami Warszawy, wyciskając z mojej mazdy niemal tyle, ile fabryka dała, i modląc się, żeby nie zgarnął mnie jakiś przypadkowy patrol policji. Bo o to, że dostanę mandat, mogłam być spokojna. Monitoring miejski jak na złość działał bez zarzutu, jeśli chodziło o ściąganie haraczy z łamiących przepisy podatników. I pewnie dlatego jechałam teraz na jakieś podejrzane praskie osiedle, bo akurat tam wszelkie bezpieczeństwo, a zwłaszcza monitoring, mocno kulało. Nie zastanawiałam się, czyj adres podał mi Michał, w ogóle nie myślałam za bardzo o tym, co zastanę na miejscu. Miałam jedynie nadzieję, że zobaczę mojego brata żywego. O ile sama nie uduszę go za to, że znów wpakował się w jakieś bagno, z którego znów to ja musiałam go wyciągać. Ja i moje dwadzieścia tysięcy.
Już na samo wyobrażenie, że siedział teraz z przyłożonym do skroni pistoletem, przechodziły mnie ciarki. Wiedziałam, że tamto pobicie nie wydarzyło się przypadkowo, i spodziewałam się ciągu dalszego. Nowe kłopoty były tylko kwestią czasu. Nie myliłam się, choć akurat tym razem mogłam. Bo nie sądziłam, że wyląduję w samym środku filmu akcji z gangsterką w roli głównej. I byłam pewna, że mój braciszek też maczał w tym palce, w innym wypadku nie prosiłby mnie, żebym nie informowała o niczym "swoich kolegów z policji". Tylko dlaczego nie poprosił o pomoc naszego tatusia? Zacisnęłam mocniej szczękę. Nie, nie dam się złamać, pomyślałam, a potem zahamowałam gwałtownie, bo o mały włos wpakowałabym się na czerwonym świetle pod jakiegoś dostawczego busa skręcającego z lewej. I prawie rozjechałam biegacza, który pojawił się na przejściu dla pieszych. To oni wieczorami też trenowali?
Dosłownie w tym momencie stanęła mi przed oczami scena, kiedy pierwszy raz spotkałam Piotra, gdy biegał. Stałam wtedy na światłach na rogu Sobieskiego i Hańczy. Jego wysportowana sylwetka... Trudno było nie zwrócić uwagi na kogoś tak zbudowanego, a w dodatku... Telefon od Michała skutecznie wyrwał mnie z zamyślenia. Akurat za to mogłam mojemu bratu podziękować, bo ostatnią rzeczą, o którą bym siebie podejrzewała, to umartwianie się nad tym, jak to wszystko się skończyło, a niestety, byłam tego bliska. Bo co do tego, że się skończyło, nie miałam żadnych wątpliwości. Już dawno nikt tak mnie nie wkurwił. Nikt tak perfidnie nie okłamał. Kostecki przekroczył granicę, za którą nie miał już czego szukać. Stracił moje zaufanie. I owszem, zabolało mnie to, dlatego teraz, wbrew temu, jak poważne kłopoty miał Michał, cieszyłam się, że mogłam skupić się na czymś innym niż rozpamiętywanie tego, co zaczęło się między mną a Piotrem dziać.
W końcu zaparkowałam pod jedną z sypiących się kamienic. W sumie nie byłam nawet zdziwiona: po krótkim opisie Michała nie spodziewałam się niczego innego, jak właśnie takiej meliny. Kiedy odpięłam pas i zaczęłam wysiadać z samochodu, poczułam dyskomfort, a po plecach przebiegł mi zimny dreszcz. Nie byłam pewna, czy kiedy wrócę, to zastanę tu jeszcze swój samochód. Zaczęłam mieć wątpliwości, czy w ogóle doniosę mojemu braciszkowi te pieniądze. Ścisnęłam mocniej torebkę pod pachą. Rozejrzałam się niepewnie dookoła. Było zaskakująco cicho, tylko z jednego z mieszkań na parterze dobiegały odgłosy jakiegoś argentyńskiego serialu, najwyraźniej ktoś pogłośnił dźwięk na maksa. Może po to, by zagłuszyć inne odgłosy, pomyślałam. Nie, moja wyobraźnia za bardzo galopowała, za dużo pracy, Judyta. Tylko jak niby miałam nie przedstawiać sobie tego wszystkiego, kiedy wiedziałam, że mój brat siedział właśnie w jednym z tych mieszkań z lufą przy skroni?! No jak?! Przyśpieszyłam kroku, żeby nie zdążyć się rozmyślić, i weszłam na dziedziniec, a potem skierowałam się w pierwsze drzwi po lewej stronie, na drugie piętro, tak, jak powiedział przez telefon Michał, i szłam długim balkonem do samego końca, aż znalazłam te cholerne zielone drzwi. Żołądek podskoczył mi do gardła.
Nie zdążyłam nawet wcisnąć dzwonka, bo gdy tylko podniosłam rękę, zawiasy skrzypnęły, a potem w progu zobaczyłam rosłego typa, ogolonego na łyso, w ortalionowym dresie i z potężnym krwiakiem na szyi. W pierwszej chwili chciałam parsknąć śmiechem, bo wyglądał jak karykatura gangstera z filmu z lat dziewięćdziesiątych, a nie ktoś, kogo mogłabym się przestraszyć, gdy zrobi groźną minę. Zaraz jednak spoważniałam, kiedy zmiarkowałam, że w splecionych dłoniach trzymał broń. Okej, czyli było ich więcej.
- Gdzie jest Michał? - zapytałam, starając się nie tracić pewności siebie.
Lewus tylko skinął głową, wskazując, żebym weszła do środka.
Dość pewnie czuł się w tym miejscu, odnotowałam, bo nawet nie rozejrzał się na zewnątrz, zupełnie nie zważając na to, czy ktoś go zauważył czy nie. Co to za miejsce, do cholery?!
Mieszkanie było niewielkie, ale nie wyglądało jak jakaś gangsterska meta, obstawiałabym raczej studenckie, tanie mieszkanie na wynajem. Tylko że tutaj naprawdę śmierdziało kryminałem, ale nikt nie zwracał na to uwagi, nie chcąc wchodzić w paradę typom spod ciemnej gwiazdy. Szłam wąskim, obdrapanym korytarzem w głąb mieszkania, cały czas czując czyjś chrapliwy oddech na plecach. Kiedy obejrzałam się za siebie, koleś, który mi otworzył, niemal wlazł na mnie, prawie odbiłam się od jego brzucha. Spojrzał na mnie z góry i cmoknął z niesmakiem. Cuchnęło od niego papierosami. Prawdę mówiąc, miałam ochotę go ofuknąć, ale wolałam nic nie mówić, żeby nie pogarszać sytuacji. Odwróciłam się i bez słowa zrobiłam kolejny krok, a potem, w największym pokoju, zobaczyłam Michała siedzącego na krześle przy biurku. Znów miał rozciętą wargę i rozkwaszony nos, ale na szczęście... żył. Obok niego, na tapczanie, siedział drugi mężczyzna podobnej postury do tego, którego obleśny oddech wciąż czułam na szyi, i też z pistoletem w dłoni, ale ten prezentował się elegancko. Miał na sobie ciemny, dobrze dopasowany garnitur. Dlaczego zakładałam, że Michał ma wycelowaną lufę w skroń?
Niemal nie zauważyłam innego młodego chłopaka siedzącego w kącie pokoju, wyraźnie wystraszonego tym, co się tutaj działo.
- Ty jesteś Judyta? - zapytał siedzący przy Michale mężczyzna całkiem spokojnym tonem.
- Zależy, kto pyta. I chyba się nie znamy, więc przechodzenie na "ty" jest w tej sytuacji co najmniej niegrzeczne. - Nie mogłam się powstrzymać.
Michał tylko przewrócił oczami, a mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, po czym podszedł w moją stronę. Był ode mnie dużo wyższy i byłam pewna, że pod garniturem skrywała się sylwetka kulturysty. Tak, teraz bałam się już o nas oboje, choć bardzo nie chciałam dać tego po sobie poznać.
- Bardzo chętnie bym się z tobą bliżej zapoznał - otaksował mnie wymownym spojrzeniem od stóp do głów, jeszcze bardziej się zbliżając - ale przyjechałem tu w interesach i, niestety, nie mam czasu na zabawy - dodał i przeniósł spojrzenie na Michała.
Wtedy i ja popatrzyłam na mojego brata. Jego wzrok zbitego psa widziałam chyba pierwszy raz w życiu. Sytuacja wyraźnie go przerosła, bo nawet nie próbował błaznować jak zwykle. Zresztą nie było ku temu warunków, atmosfera była, mówiąc delikatnie, napięta.
- Masz to, o co prosił twój brat przez telefon?
- Mogę się najpierw dowiedzieć, za co taka suma? - zapytałam.
- Judyta... - Michał pierwszy raz wtrącił się do rozmowy i ledwo zauważalnie pokręcił głową.
A wtedy mężczyzna, który stał obok mnie, odchrząknął i potarł sobie skroń dłonią, w której trzymał pistolet, z pewnością chciał mi przez to dać coś do zrozumienia. Wzięłam głęboki wdech, nie bardzo mając w tej chwili pomysł, jak inaczej to wszystko rozegrać. Gdybyśmy spierali się tylko na słowa, nie dałabym się tak łatwo, ale w tej sytuacji... Zacisnęłam usta, wyciągnęłam z torebki kopertę i podałam ją mojemu rozmówcy.
Zerknął tylko do środka, a potem znów zwrócił się do Michała:
- Kto wie, Michał, może następnym razem zwrócimy się bezpośrednio do twojej siostry? Z nią poszło nam jakoś łatwiej i... przyjemniej. - Uśmiechnął się do mnie, a potem skinął na swojego kompana i wyszedł powolnym krokiem z pokoju. Będąc w progu, jeszcze dorzucił: - Bo wiesz, młody, to tylko odsetki.
Łajdak zaśmiał się wtedy gardłowo, po czym kiwnął na swojego towarzysza i w końcu obaj wyszli z mieszkania, trzaskając za sobą wymownie drzwiami.
W moich żyłach nadal krążyła adrenalina i minęło kilka długich sekund, aż zebrałam się w sobie z zamiarem zrobienia Michałowi wyrzutów. Ale nie zdążyłam.
- Co to, kurwa, było?! - uprzedził mnie chłopak, o którego obecności niemal zapomniałam.
Wystrzelił z ciemnego kącika, w którym przykucał dotąd, i przeraźliwie rycząc, zaczął miotać się po pomieszczeniu, zupełnie ignorując to, że wciąż tu byłam.
- Sorry, stary, nie sądziłem, że mnie tu znajdą... - odpowiedział Michał, wycierając twarz i zerkając to na mnie, to na swojego kolegę spode łba.
- Kurwa, Michał! Oni cię za to zioło tak ścigają? Ileś ty od nich tego wziął, że cię z gnatami ganiają po mieście?!
O, czyli było tu więcej wtajemniczonych. Z czego ja najmniej. Świetnie, pomyślałam, czyli w takim towarzystwie obracał się mój braciszek. Ale w sumie czego innego mogłam się po nim spodziewać, od początku podejrzewałam, że ma na sumieniu nie tylko tę jedną sprawę z marihuaną... Obrzuciłam Michała złowrogim spojrzeniem, tym razem nie zbędzie mnie byle wymówkami i głupkowatymi żarcikami.
- A czy ja dowiem się w końcu, komu i za co oddałam sporą część swoich oszczędności? - zapytałam zirytowana, nie spuszczając z Michała wzroku.
Patrzył na mnie uważnie, ale się nie odezwał. No chyba gnojek nie myślał, że znowu spuści na to wszystko zasłonę milczenia. Już się we mnie gotowało.
- Posłuchaj... - zaczęłam ostro.
- Powiem ci wszystko. Tylko może... - urwał i popatrzył na kumpla. - Nie tutaj.
- Racja, nie tutaj - wycedził stanowczo chłopak. - Sorry, Michał, ale twoja meta tutaj się skończyła. Ja nie potrzebuję więcej problemów ponad te, co mam. Przekimałeś kilka dni, nic od ciebie za to nie chcę, mimo że inaczej się umawialiśmy, ale już się zbieraj, co? Jesteśmy kumplami, nic do ciebie nie mam, ale ta sprawa dla mnie to za dużo - dodał i sam zaczął zbierać rzeczy Michała do sportowej torby.
W sumie wcale mu się nie dziwiłam. Na jego miejscu zrobiłabym dokładnie to samo, tylko pewnie zamiast kulturalnie pakować mu bagaż, wyrzuciłabym wszystkie jego rzeczy przez okno.
Kiedy mój brat skończył zbierać swoje manatki, jeszcze raz przeprosił kumpla i zapewnił, że jakoś, no właśnie, JAKOŚ mu się odwdzięczy, a potem wyszliśmy z tej odstraszającej kamienicy i przemierzywszy dziedziniec, skierowaliśmy się na parking, gdzie zostawiłam swój samochód. Na szczęście był tam jeszcze. Obeszłam go wkoło, sprawdzając, czy wszystko w porządku. Odetchnęłam z ulgą dopiero, gdy oboje do niego wsiedliśmy.
- Nie dam ci więcej kasy - powiedziałam, dając Michałowi do zrozumienia, że nie odwdzięczy się koledze moim kosztem.
- O więcej bym nie poprosił, sam to jakoś ogarnę.
- Tak jak sam ogarnąłeś tych gangusów? - prychnęłam. - Kto to był, Michał? - Popatrzyłam na niego, żądając wyjaśnień, nim jeszcze odpaliłam silnik.
- No... Nieważne. - Zacisnął usta w wąską linię i wpatrzył się w przednią szybę. Wiedziałam, że będzie ciężko wyciągnąć z niego cokolwiek, ale na pewno nie miałam zamiaru tego tak zostawić.
- O nie, mój drogi. - Włączyłam silnik i ruszyłam. - Albo mi powiesz, co to byli za ludzie i za co wisisz im kasę, bo jak zrozumiałam, to nie było wszystko - zerknęłam na niego - albo zatrzymam się dopiero przed posterunkiem policji, gdzie mają swoje sposoby na prześwietlanie takich elementów jak ty czy tamte typy z mieszkania. - Zmieniło się światło i włączyłam się do ruchu.
- Nie zrobisz tego - syknął.
- A chcesz się założyć? - zaśmiałam się z ironią.
Doskonale wiedział, że jeśli w końcu nie porozmawia ze mną szczerze, bez skrupułów odstawię go na najbliższy komisariat, nawet za cenę jego wolności.
- Ale musisz mi obiecać, że nikomu się nie wygadasz. Ani policji, ani ojcu - odezwał się w końcu.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Szala zwycięstwa przechyliła się na moją korzyść. Naprawdę naiwnie wierzył, że tatuś nie wiedział o jego ekscesach? Chociaż... Biorąc pod uwagę to, czego zaczynałam się domyślać, mogłam raczej spodziewać się tego, że Michał poszedł w jego ślady.
- Posłuchaj, nie jesteś na takiej pozycji, by móc dyktować jakiekolwiek warunki. To ja zdecyduję, komu powiem, a komu nie - oznajmiłam twardo. - Albo mi wszystko wyśpiewasz, albo jedziemy na policję, rachunek jest prosty.
- Kurwa, wiedziałem... - syknął pod nosem.
- Co wiedziałeś?
- Że będziesz się jak zwykle czepiać!
- Czepiać?! - powtórzyłam poirytowana. - Czy ciebie do reszty pojebało?! - Uderzyłam dłońmi w kierownicę. - W ogóle do ciebie nie dotarło, co tam się wydarzyło? Już zapomniałeś, jak prawie z płaczem dzwoniłeś, żebym przywiozła ci dwadzieścia koła?! - Podniosłam głos. - Jeśli myślałeś, że dam ci tę kasę, a potem zapomnę o sprawie, a przede wszystkim o tym, że jakieś typy groziły ci bronią, to chyba naprawdę masz nie po kolei w głowie! - dodałam, po czym wzięłam głęboki wdech, żeby opanować emocje. Po chwili odezwałam się ponownie, tym razem spokojnie, ważąc każde słowo: - Masz ostatnią szansę, żeby powiedzieć prawdę. Jeśli tego nie zrobisz... znasz konsekwencje.
Michał zaklął tylko pod nosem, a potem oparł łokieć o boczną szybę i potarł palcami oczy.
- Marihuana to nie jest wszystko - wydusił z siebie w końcu, z trudem składając to marnie brzmiące zdanie.
- Tego akurat się domyśliłam. Za zioło nikt nie groziłby ci śmiercią. No chyba że zabrałeś sobie całą ciężarówkę.
- Gwoli ścisłości, nie grozili mi śmiercią, tylko że przestrzelą mi stopy - odpyskował.
- A, okej, w takim razie nie było tematu. Co tam stopy - rzuciłam z ironią, udając rozluźnioną, a potem zgromiłam go spojrzeniem.
- Potrzebowałem kasy, okej? Dużo więcej, niż daje mi ojciec, uprzedzając twoje kolejne pytanie. I to było już jakiś czas temu.
- Jaki?
Michał przewrócił oczami.
- Jakieś dwa lata temu.
- Ile?! - Zahamowałam gwałtownie z wrażenia. - Po co ci była ta kasa?
- A czy to ważne? - Skrzywił się.
- Nie wierzę. Nadal chcesz się licytować.
Michał znów westchnął.
- Wpadłem na studiach z koleżanką.
- Co, kurwa? - rzuciłam, choć miałam nadzieję, że się przesłyszałam.
- To, co usłyszałaś.
- Tylko mi nie mów, że masz dziecko. - Spojrzałam na niego ostrożnie.
- Nie mam. Po to potrzebna mi była kasa, na zabieg i pobyt w klinice na Słowacji.
- Żartujesz sobie?
- Nie jestem w nastroju do żartów - burknął.
- No właśnie dlatego się zastanawiam, czy na pewno jesteś moim bratem Michałem, czy jakimś przebierańcem, bo brzmisz zupełnie jak nie ty. No chyba że faktycznie ta sytuacja wreszcie tobą wstrząsnęła. Gdybym wiedziała, że spoważniejesz, sama wcześniej zagroziłabym, że przestrzelę ci stopy. Albo cokolwiek innego.
Upomniał mnie tylko spojrzeniem, a ja ponagliłam go gestem dłoni, by kontynuował tę intrygującą opowieść.
- Naprawdę muszę dalej mówić? Nie powinnaś być dobra w dedukcji?
- Jestem dobra w dedukcji, ale nie jestem jasnowidzem. Mogę się czegoś domyślać, ale potrzebuję potwierdzenia własnej wersji wydarzeń, z tego, co słyszę, mniej barwnej niż prawdziwa.
- Gdybym wiedział...
- To co? Do kogo byś zadzwonił po dwadzieścia tysięcy, mając nóż na gardle? Pardon, pistolet przy... stopie - prychnęłam. - Do ojca najwyraźniej nie chciałeś. Co, swoją drogą, mnie dziwi, w końcu on akurat miałby tyle, żeby...
- Nie chcę w to mieszać ojca, okej? - przerwał mi ostro, czym tylko podsycił moją ciekawość.
Ale na to przyjdzie jeszcze czas, teraz chciałam dowiedzieć się, w co dokładnie wpakował się Michał. Obawiałam się, że mój czarny scenariusz się ziści.
- No więc? - ponagliłam go.
- Podłapałem kontakt do takiego dilera... Już teraz nawet nie pamiętam, od kogo. I tak się zaczęło.
- Handlujesz?
- Handlowałem. Ale po tej sprawie, jak złapali mnie z maryśką, sprawy się trochę skomplikowały i już tego nie robię.
- To stosunkowo niedawno - skwitowałam z przekąsem. - Ale dobre i to. Tylko co to znaczy, że sprawy się skomplikowały?
- Nie rozliczyłem się z ostatniej partii.
Przewróciłam oczami. Nie wierzyłam, że mógł być taki głupi...
- Zgarnąłeś kasę dla siebie? - zapytałam rozczarowana. - Nie bałeś się konsekwencji?
- A skąd ty możesz wiedzieć, jakie są konsekwencje? - odpowiedział pytaniem.
- Przypominam, że robię trochę w tym interesie, tylko po drugiej stronie - upomniałam go, choć tak naprawdę z ostatnią grubszą sprawą o narkotyki miałam styczność jeszcze na aplikacji u Jezierskich. Niemniej było to bardzo ciekawe doświadczenie i kto wie, czy nie okaże się przydatne w świetle aktualnych wydarzeń... Wciąż trudno mi było uwierzyć, że to działo się naprawdę.
- Nie, nie zgarnąłem dla siebie - powiedział z przekąsem. - Wyrzuciłem wszystko tego dnia, kiedy zatrzymała mnie policja z trawką, musiałem działać szybko. - Popatrzył na mnie znacząco.
No dobra, tym mnie trochę zaskoczył. Co nie oznaczało, że zyskał w moich oczach. Wręcz przeciwnie, utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że był totalnie niedojrzały, choć na siłę chciał być dorosły, tylko w ogóle mu to nie wychodziło, bo chwytał się najgorszych rozwiązań. Zamiast poprosić, choćby ojca, o pomoc wtedy, postanowił działać na własną rękę... A może o to chodziło? Może chciał poradzić sobie bez niego? Zaimponować mu samodzielnością?, przeszło mi przez myśl. Może z tego samego powodu teraz nie chciał się wygadać przede mną? Albo zwyczajnie się wstydził? Wbrew całej otoczce, jaką stworzył na swój temat, wbrew wizerunkowi twardziela, po prostu bał się konsekwencji? Albo... dezaprobaty tatusia?, podpowiadało mi coś. Jakby on co najmniej był jakimś życiowym autorytetem...
- I co było dalej? Bo zakładam, że to nie koniec historii.
- Powiedziałem, że zwrócę równowartość towaru w ratach, bo akurat nie miałem wtedy tyle kasy. Ale Malczewski stwierdził, że to odpracuję. Bo byłem dla niego zbyt wartościowy i miałem dobre... kanały zbytu. No a kiedy zacząłem się stawiać, to wtedy trochę mnie pokiereszowali. - Popatrzył na mnie znacząco, a ja skrzywiłam się, przypominając sobie pobicie, po którym wylądował w szpitalu. - A potem potroili wartość tego towaru, który straciłem, i doliczyli sobie solidne odsetki - dokończył. - Nie miałem zamiaru spłacać niczego ponad to, co byłem im faktycznie winien, więc przyszli dzisiaj, żeby dać mi do zrozumienia, że nie mam nic do gadania. - Zawiesił na chwilę głos, po czym dodał: - Resztę historii widziałaś na własne oczy.
Mimo że zakładałam bardzo podobny scenariusz, w tej chwili odjęło mi mowę. Dotarło do mnie, że Michał miał kłopoty znacznie poważniejsze, niż mogłoby się wydawać. I już nawet nie chodziło o to, że był tak głupi, by wplątać się w handel narkotykami. Zadarł z ludźmi, od których lepiej trzymać się z daleka. Mój mózg automatycznie zaczął szukać rozwiązania. Niestety, zdawałam sobie sprawę z tego, że tym razem nie będę mogła mu pomóc jako adwokat.
- Jezus, Michał... W coś ty się władował... - westchnęłam i zrezygnowana pokręciłam głową, a dopiero po chwili zapytałam: - Malczewski to ten garniak, który był dziś u ciebie?
- To byli tylko jego ludzie, ochroniarze. Malczewski to biznesmen, który pod przykrywką legalnych interesów kieruje całym narkotykowym gangiem.
Świetnie, to właśnie potrzebowałam usłyszeć, przyznałam gorzko w duchu. Skinęłam głową, nie kryjąc niezadowolenia malującego mi się teraz na twarzy.
- A ten chłopak z mieszkania? - przypomniałam sobie.
- Kumpel, z tą sprawą nie ma akurat nic wspólnego, zatrzymałem się u niego po tym, jak wyprowadziłem się od matki.
- Myślałam, że ojciec finansuje ci utrzymanie.
- Bo finansuje, ale nie wnika w to, gdzie i z kim mieszkam.
- Tak ci się wydaje - zaśmiałam się z ironią. Miałam zapytać, co w takim razie robił z kasą, którą dostawał od tatusia, skoro pomieszkiwał u znajomych, ale ugryzłam się w język, chyba znałam odpowiedź. Podejrzewam, że pożytkował ją na "bieżące wydatki", jakiekolwiek one były. - Bierzesz? - zapytałam jeszcze i popatrzyłam uważnie na Michała, by sprawdzić jego reakcję. Akurat staliśmy na światłach.
- Spróbowałem raz czy dwa, ale zdecydowanie bardziej wolę stan po trawce. Przynajmniej nie przewija zwojów i da się kontaktować - odpowiedział już po staremu, z tym swoim głupkowatym uśmieszkiem.
Pokręciłam tylko głową i ruszyłam przed siebie. Byłam przygnębiona i wściekła jednocześnie, ale nie miałam już siły się z nim przepychać. Ten dzień był jakąś fatalną komedią pomyłek, niemal od samego początku. A teraz, gdy przekroczyliśmy próg mojego mieszkania, poczułam się jak balon, z którego momentalnie uszło powietrze. Marzyłam wyłącznie o tym, by położyć się spać, na zastanawianie się nad tym, co dalej, będzie czas jutro. Jednego tylko nie mogłam Michałowi odmówić - skutecznie odciągnął moje myśli od Piotra, za co byłam mu szczerze wdzięczna.