Adam przyjechał do domu i powiedział:
- Judyta, a gdybyśmy założyli biuro matrymonialne?
Pamiętam, że po raz pierwszy w życiu udało mi się zakrztusić mocną herbatą. Jak już przestałam się dławić, mogłam grzecznie zapytać:
- Biuro matrymonialne? Czyś ty oszalał?
- Biuro matrymonialne w starym stylu, poznajemy ludzi, robimy z nimi wywiad, rozmawiamy, a potem szukamy dla nich partnera, trzeba by zamówić u specjalistów ankietę, wiem nawet, z jakim kluczem... i dać szansę tym, którzy chcą się spotkać z drugim człowiekiem, a nie z jakimś wiralowym widmem... A ty byś je poprowadziła... Byłabyś świetna... - Rzucił kluczyki od samochodu na blat w kuchni i wyglądał jednocześnie na podekscytowanego i zmęczonego.
Usiadł przy stole i otworzył wino.
Brzmiało to tak, jakbym się cofnęła w czasie. W dobie internetu robić coś takiego?
- Nalej mi też. - Wyjęłam drugi kieliszek, mimo że nie pijam wina bez okazji. I w ogóle wino mi szkodzi. Jeszcze nie za bardzo, ale w porównaniu z tym, co było... Ech, ten upływający czas ma nawet wpływ na alkohol... - Skąd ci to przyszło do głowy? - Upiłam łyk i lekko się skrzywiłam.
- Myślisz, że dlaczego terapeuci mają ręce pełne roboty? Bo straciliśmy zdolność porozumiewania się, ludzie informują się o tym, co robią i co jedzą, na fejsie, dostają sto pięćdziesiąt lajków i myślą, że mają stu pięćdziesięciu znajomych. - Adam był niezrażony. - A gdy przychodzi co do czego, to nie umieją się dogadać z drugim człowiekiem... Ja myślę, że bylibyśmy dobrzy w tym...
- Może ty, ale ja???
- Twoje warsztaty z empatii na pewno by się przydały... Sama mówiłaś, że jeśli pomoże się choć jednemu człowiekowi, to tak, jakby ratowało się świat...
No owszem. Tak mówiłam. Ale to było dawno!
- Dopóki chcemy coś robić, to nie jest z nami tak źle...
- Ale jak ty to sobie wyobrażasz?
- Wynajęlibyśmy mieszkanie w Warszawie, dojazd kolejką mamy znakomity, rozmawiałem już z Mateuszem, oni wyjeżdżają na cztery lata do Stanów, cena nas nie zabije...
Najpierw oporowałam - to dziwne słowo, ale okazuje się, że bliskie mojemu stanowi ducha, a potem sobie pomyślałam, że to będzie fajnie mieć codzienny kontakt z ludźmi, jakimiś normalnymi, którzy chcą czegoś więcej niż miliona lajków.
Chociaż prawdę powiedziawszy, ja też oczekuję lajków, tyle że od życia. I jakoś tak się stało, że zgodziłam się na ten niedorzeczny pomysł.
Gadaliśmy do późna w nocy, co nam się od dawna nie zdarzyło. Wymyślaliśmy, o co pytać ludzi w ankiecie, jak to zrobić inaczej niż tylko: waga, wzrost, wykształcenie, i do pierwszej w nocy mieliśmy pustą butelkę, zapisane dwadzieścia kartek, dwa opakowania po hinduskim jedzeniu, cztery po mango lassi, za którym przepadam, bałagan na strychu, na którym przechowywałam stare roczniki pisma, w którym pracowałam, a które teraz stały się nieocenionym źródłem wiedzy.
Wycięłam z nich wszystkie ankiety, jakie kiedykolwiek opublikowano, wszystkie niedorzeczne i dorzeczne pytania w rodzaju:
- jaki był najlepszy prezent, który dostałeś,
- jaki był najbardziej hardcorowy prezent, który komukolwiek dałeś,
- jakie słowa chciałbyś usłyszeć, gdybyś stanął przed Bogiem,
- co chciałbyś powiedzieć bliskim tuż przed śmiercią,
- jakie zdanie przychodzi ci najtrudniej powiedzieć,
- jakie słowo jest dla ciebie nie do wymówienia,
- o co nigdy nie poprosiłeś, a chciałeś,
- czy rozmawiasz o seksie,
- czy wiesz, co to jest owulacja, polucja, menopauza, andropauza,
- jaki jest twój ulubiony film,
- jaka piosenka budzi w tobie ciepłe uczucia,
- czy kiedykolwiek zabiłeś zwierzę - nawet malutkie,
- jakie emocje budzą w tobie komary,
- czy masz więcej niż pięcioro bliskich przyjaciół,
- czy czujesz się samotny w towarzystwie,
- czy wchodząc do pokoju, w którym nikogo nie znasz, umiesz rozpoznać, kto jest parą,
- czy uprawiałeś seks z kimś innym, będąc w związku,
- czego boisz się najbardziej.
I oczywiście sztandarowe, pojawiające się w każdym quizie: co byś ze sobą wziął na bezludną wyspę?
Och, tych pytań były miliony, ale postanowiliśmy zebrać wszystkie do kupy i dać specjaliście, niech wybiera i stworzy najlepszą ankietę świata i program komputerowy do niej!
Ludzi podobnych do siebie przemieli algorytm, a my będziemy sprawdzać tylko, czy wszystko jest okej, czy nie przyplącze się jakiś psychopata czy psychopatka, bo jednak spotkanie w cztery oczy wyklucza oszustwa, przynajmniej na poziomie widokowym. Łysy pozostanie łysym, a pani z nadwagą nie będzie poprawiona przez Photoshopa.
Zeszliśmy ze strychu znacznie ostrożniej i wolniej, niż tam wchodziliśmy, ze stertą wycinków i niektórymi moimi odpowiedziami na listy - bo troszkę mnie wino rozkleiło i chciałam sobie przypomnieć, jaka byłam znakomita.