ROZDZIAŁ 1
Sloane
Nie miałam w planach na ten dzień włamania do greckiej willi, w której noc kosztowała dziesięć tysięcy dolarów, ale plany się zmieniały, a ludzie się dostosowywali, zwłaszcza gdy mieli klientów, którzy upierali się, aby utrudnić im życie tak bardzo, jak to możliwe.
Moje kolana otarły się o beton, gdy wciągnęłam się na gzyms tarasu i przeszłam przez barierkę. Jeśli moja nowiutka sukienka od Stelli Alonso się przez to zniszczy, zabiję go, wskrzeszę, żeby posprzątał bałagan, a potem zabiję go jeszcze raz.
Na szczęście dla niego wylądowałam na tarasie bez incydentów i założyłam z powrotem szpilki, które wcześniej zdjęłam. Serce biło mi mocno, kiedy zbliżałam się do przesuwanych szklanych drzwi. Przyłożyłam do czytnika kartę, którą "pożyczyłam" od jednej z pokojówek.
Weszłabym frontowymi drzwiami, ale były za bardzo na widoku. Taras z tyłu był jedyną sensowną opcją.
Czytnik kart warknął i przez sekundę z przerażeniem myślałam, że odmówi mi dostępu. Potem mignął na zielono, a ja pozwoliłam sobie na westchnienie ulgi, zanim ponownie zacisnęłam zęby.
Włamanie się było proste. Przetransportowanie mojego klienta do innego kraju przed zachodem słońca to zupełnie co innego.
Szybko ruszyłam do kuchni, a następnie przeszłam przez salon do głównego apartamentu. Wzdrygnęłam się na widok pustych butelek po piwie walających się na kuchennym blacie i całą siłą woli powstrzymałam się od wyrzucenia ich do kosza na śmieci, wysterylizowania marmuru i spryskania pomieszczenia odświeżaczem powietrza.
Skup się. Na szali leżała moja reputacja zawodowa i osobista.
W willi było chłodno i cicho pomimo wczesnopopołudniowego słońca wpadającego przez okna, a sypialnia była jeszcze chłodniejsza i cichsza.
Być może dlatego, kiedy podeszłam do łóżka i bezceremonialnie wylałam dużą miskę lodowatej wody na śpiącego w nim lokatora, szybkość jego reakcji sprawiła, że aż sapnęłam, co nie zdarzało mi się często.
Silna ręka wystrzeliła i chwyciła mnie za nadgarstek. Pusta miska stuknęła o ziemię, a pokój się przechylił, gdy mężczyzna szarpnął mnie, przewrócił i przygniótł do łóżka, zanim sapnięcie zdążyło w pełni opuścić moje usta.
Xavier Castillo wpatrywał się we mnie, a jego przystojna twarz była wykrzywiona grymasem.
Jedyny syn najbogatszego człowieka w Kolumbii i mój najmniej chętny do współpracy klient był zazwyczaj wyluzowany do granic możliwości, ale nie było żadnego luzu w sposobie, w jaki jego przedramię przyciskało się do mojego gardła, ani w ponad osiemdziesięciu kilogramach solidnych mięśni, które mnie pod nim więziły.
Jego twarz się wygładziła, gdy gniew ustąpił miejsca rozpoznaniu i odrobinie przestrachu.
- Sloane?
- Tak mam na imię. - Uniosłam podbródek, starając się nie skupiać na tym, jak ciepły się wydawał w porównaniu z wilgotnym materacem pod moimi plecami. - Byłabym wdzięczna, gdybyś natychmiast ze mnie zszedł. Niszczę sukienkę za siedemset dolarów.
- Mierda. - Zaklął i rozluźnił uścisk na mojej szyi, abym mogła się podnieść. - Co ty tu, do diabła, robisz?
- Pracuję. - Zepchnęłam go z siebie i wstałam. Czy tylko mi się wydawało, czy zrobiło się o wiele zimniej niż pięć minut temu? - Jest dwunasta. Wiesz, gdzie powinieneś być, i nie ma cię tam. - Posłałam mu wyzywające spojrzenie. Niech tylko spróbuje się kłócić.
- Wziąłem cię za intruza. Mogłem zrobić ci krzywdę. - Teraz, gdy ustaliliśmy, że nie znalazłam się tu, aby go okraść lub porwać, znajomy uśmiech zastąpił jego grymas. Xavier powrócił na swoje miejsce na łóżku niczym żywy obraz bezczelności. - Technicznie rzecz biorąc, jesteś intruzem, ale bardzo pięknym. Jeśli chciałaś dołączyć do mnie w łóżku, wystarczyło powiedzieć. Nie musiałaś zadawać sobie tyle trudu. - Uniósł brew, spoglądając na miskę leżącą na podłodze. - Jak w ogóle się tu dostałaś?
- Ukradłam kartę do pokoi i nie próbuj mnie rozpraszać. - Po trzech latach pracy z Xavierem byłam przyzwyczajona do jego sztuczek. - Jest pierwsza po południu. Twój odrzutowiec czeka na nas na lotnisku. Jeśli wyruszymy w ciągu pół godziny, dotrzemy do Londynu na czas, aby przygotować się przed dzisiejszą galą.
- Świetny plan. - Xavier wyciągnął ręce nad głowę i ziewnął. - Jest tylko jeden problem: nie idę.
Wbiłam paznokcie w dłonie, próbując się opanować. Oddychaj. Jeśli zamordujesz swojego klienta, wyjdziesz na nieprofesjonalną.
- Wstaniesz z łóżka - powiedziałam głosem tak zimnym, że mógłby zmrozić kropelki wody utrzymujące się na jego skórze. - Wejdziesz na pokład tego odrzutowca, z uśmiechem na twarzy weźmiesz udział w gali i zostaniesz na całym wydarzeniu jak przykładny przedstawiciel rodziny Castillo, bo w przeciwnym razie uczynię moją osobistą misję z tego, abyś nigdy nie zaznał spokoju. Zepsuję każdą imprezę, na której się pojawisz, ostrzegę każdą kobietę na tyle głupią, by się z tobą zadawała, i umieszczę na czarnej liście wszystkich twoich przyjaciół, którzy umożliwiają ci wygłupy. Mogę sprawić, że twoje życie stanie się piekłem, więc nie rób sobie ze mnie wroga.
Xavier ponownie ziewnął.
Tak wyglądała nasza dynamika, odkąd ojciec Xaviera zatrudnił mnie trzy lata temu, tuż przed przeprowadzką Xaviera z Los Angeles do Nowego Jorku, ale skończyłam z pobłażaniem mu.
- Więc jesteś moją nową PR-owczynią. - Xavier odchylił się na krześle i oparł stopy na moim biurku. Białe zęby błysnęły na tle opalonej skóry, gdy patrzył na mnie z przebiegłością, na którą się skrzywiłam.
Dziesięć sekund po spotkaniu z moim najbardziej dochodowym klientem już go nienawidziłam.
- Zdejmij nogi z mojego biurka i usiądź jak dorosły człowiek. - Nie obchodziło mnie, że Alberto Castillo płacił mi potrójną stawkę za opiekę nad jego synem. Nikt nie będzie mnie lekceważył w moim własnym biurze. - W przeciwnym razie możesz wyjść i wyjaśnić ojcu, dlaczego zostałeś porzucony przez swoją PR-owczynię już pierwszego dnia. Zapewne będzie to miało negatywny wpływ na przepływ gotówki.
- Ach, jesteś jedną z nich. - Ustąpił, ale jego uśmiech stwardniał na wzmiankę o ojcu. - Spięta wyznawczyni zasad. Rozumiem. Powinnaś była przedstawić się w ten sposób, a nie swoim imieniem.
Ulubiony długopis pękł mi w dłoni.
Nie byłam przesądną osobą, ale nawet ja mogłam stwierdzić, że nie wróżyło to dobrze przyszłości naszej relacji.
Miałam rację.
Pozwalałam mu na pewne rzeczy, ponieważ Castillowie to moi najwięksi klienci, ale moim zadaniem było utrzymanie nieskazitelnej reputacji jego rodziny, a nie podlizywanie się spadkobiercy.
Xavier był dorosłym mężczyzną. Nadszedł czas, by zaczął się tak zachowywać.
- Niezła groźba - mruknął. - Każda impreza i kobieta? Musisz mnie naprawdę lubić.
Zwlókł się z łóżka z leniwą gracją pantery budzącej się ze snu. Para szarych spodni dresowych wisiała nisko na jego biodrach, odsłaniając złotobrązową skórę i wycięcie w kształcie litery V, które zupełnie nie pasowało do kogoś, kto spędzał większość swoich dni na imprezowaniu i spaniu. Czarne tatuaże wiły się po jego nagiej klatce piersiowej i ramionach w skomplikowanych wzorach.
Gdyby to był ktoś inny, podziwiałabym jego surowe męskie piękno, ale to był Xavier Castillo. Dzień, w którym zacznę podziwiać cokolwiek poza jego zaangażowaniem w niezaangażowanie, będzie dniem, w którym jakimś cudem znów zapłaczę.
- Nie martw się, Luna - rzucił, przykuwając moją uwagę nieznacznym uśmiechem. - Nie powiem innym klientom, że jestem twoim ulubieńcem.
Czasami nazywał mnie moim prawdziwym imieniem. Innym razem nazywał mnie Luną. Nie było to moje przezwisko, drugie imię ani żadne imię zbliżone do Sloane, ale nie chciał mi powiedzieć, dlaczego tak na mnie mówi, a ja już dawno zrezygnowałam z nakłaniania go do zaprzestania lub wyjaśnienia.
- Choć raz bądź poważny - odparłam. - To wydarzenie ma na celu uhonorowanie twojego ojca.
- Kolejny powód, by nie iść. Przecież mój staruszek nawet się tam nie zjawi, żeby odebrać nagrodę. - Uśmiech Xaviera nie drgnął, ale w jego oczach błysnęła groźna iskra. - On umiera, pamiętasz?
Słowa wdarły się między nas i wyssały cały tlen z pokoju, gdy wpatrywaliśmy się w siebie, a jego niewzruszony spokój był niczym skała w starciu z moją narastającą frustracją.
Relacje między ojcem i synem Castillami były bardzo napięte, ale Alberto Castillo zatrudnił mnie do zajmowania się ich reputacją, a nie sprawami osobistymi - dopóki to, co działo się za zamkniętymi drzwiami, nie przedostawało się do opinii publicznej.
- Ludzie już uważają cię za bezwartościowego bachora z funduszem powierniczym, który uchyla się od obowiązków po zdiagnozowaniu swojego ojca. - Nie przebierałam w słowach. - Jeśli przegapisz wydarzenie, na którym zostanie uhonorowany tytułem Filantropa Roku, media zjedzą cię żywcem.
- Już to robią, a co do tego honorowania... - Xavier uniósł brwi. - Ojciec co roku wypisuje czek na kilka milionów i nie tylko otrzymuje odpis podatkowy, lecz także pochwały za bycie filantropem. Oboje wiemy, że ta nagroda gówno znaczy. Może ją dostać każdy, kto ma wystarczająco dużo kasy. Poza tym... - Oparł się o ścianę i skrzyżował ręce. - Mykonos jest o wiele zabawniejsze niż kolejna duszna gala. Powinnaś zostać. Morskie powietrze dobrze ci zrobi.
Cholera, znałam ten ton. To był ton pod tytułem "możesz przystawić mi pistolet do głowy, a ja i tak się nie ugnę, bo wiem, że cię to wkurzy". Słyszałam go już tyle razy, że straciłam rachubę.
Przeprowadziłam w myślach szybką kalkulację.
Nie doprowadziłam swojej kariery do miejsca, w którym się znajduje, tocząc przegrane bitwy. Musiałam być w Londynie dziś wieczorem, a nasze szanse na terminowy wyjazd szybko się kurczyły. Spóźnienie się na galę nie wchodziło w grę, ale jeśli Xavier miał zostać w Grecji, to moja praca wymagała, bym ja również została i się nim zaopiekowała.
Ponieważ nie miałam czasu na budzenie w nim wyrzutów sumienia, grożenie lub przekonywanie go do zrobienia tego, co chciałam, swoimi zwykłymi sposobami, pozostała mi ostatnia deska ratunku.
Dobicie targu.
Skrzyżowałam ramiona, naśladując jego postawę.
- No to strzelaj - rzuciłam.
Jego brwi powędrowały wyżej.
- Przedstaw swój warunek. Czego chcesz w zamian za udział w ceremonii wręczenia nagród? Wszystko, co wiąże się z seksem, narkotykami lub nielegalnymi działaniami, nie wchodzi w grę. Poza tym jestem skłonna się targować.
Zmrużył oczy. Nie spodziewał się, że tak łatwo się poddam, i gdybym nie musiała być w Londynie przed ósmą wieczorem, nie zrobiłabym tego. Ale nie mogłam się spóźnić na spotkanie, więc zdecydowałam się na układ z diabłem.
- W porządku. - Xavier uśmiechnął się w swój charakterystyczny sposób, choć na jego twarzy pozostał cień podejrzliwości. - Skoro jesteś taka otwarta, to ja też będę. Chcę wakacji.
- Właśnie jesteś na wakacjach.
- Nie mówię o sobie. Tylko o tobie. - Odepchnął się od ściany i leniwym, ale pewnym krokiem przeszedł przez pokój, by zatrzymać się zaledwie kilka centymetrów ode mnie. - Wezmę udział w gali, jeśli obiecasz dołączyć do mnie na wakacjach. Trzy tygodnie w Hiszpanii. Żadnej pracy, tylko zabawa.
Prośba była tak niespodziewana, że próbując za nią nadążyć, dostałam paraliżu mózgu.
- Chcesz, żebym wzięła trzy tygodnie wolnego?
- Tak.
- Oszalałeś.
Odkąd sześć lat temu założyłam Kensington PR, moją ekskluzywną firmę zajmującą się public relations, wzięłam w sumie dwa dni urlopu. Pierwszy na pogrzeb babci. Drugi, gdy trafiłam do szpitala z zapaleniem płuc (pogoń za paparazzi w środku zimy robi swoje). Nawet wtedy odpowiadałam na maile z telefonu.
Byłam pracą. Praca była mną. Myśl o porzuceniu jej choćby na minutę przyprawiała mnie o skurcz żołądka.
- Taki jest mój warunek. - Xavier wzruszył ramionami. - Możesz się zgodzić albo nie.
- Zapomnij. Nie ma opcji.
- W porządku. - Ponownie odwrócił się w stronę łóżka. - W takim razie wracam do spania. Możesz zostać lub lecieć do domu. Dla mnie bez różnicy.
Zacisnęłam zęby.
Co za drań. Wiedział, że nie polecę do domu i nie zostawię go tutaj, by siał chaos pod moją nieobecność. Z moim szczęściem urządziłby dziś wieczorem publiczną orgię na plaży tylko po to, by wywołać zamieszanie i zwrócić uwagę na fakt, że nie było go na gali, na której powinien być.
Zerknęłam na zegar na ścianie. Musieliśmy wyjść w ciągu najbliższych piętnastu minut, jeśli mieliśmy zdążyć na galę.
Gdybym nie musiała być o ósmej w Londynie, być może sprawdziłabym blef Xaviera, ale tak...
Cholera.
- Mogę się zgodzić na dwa dni - rzuciłam, ustępując. Jeden weekend mnie nie zabije, prawda?
- Dwa tygodnie.
- Tydzień.
- Zgoda.
Jego dołeczki znów mnie oślepiły i zdałam sobie sprawę, że zostałam oszukana. Od początku miał taki plan i celowo zaczął od trzech. Niestety, było już za późno na żale, a kiedy wyciągnął rękę, nie miałam innego wyjścia, jak ją uścisnąć, zgadzając się na zaproponowany warunek.
To było najgorsze w Xavierze. Był bystry, ale wykorzystywał to do niewłaściwych rzeczy.
- Nie patrz na mnie, jakbym zabił ci rybkę - mruknął. - Zabieram cię na wakacje. Będzie fajnie. Zaufaj mi.
Uśmiechnął się szerzej w odpowiedzi na moje lodowate spojrzenie.
Tydzień w Hiszpanii z jedną z najmniej lubianych przeze mnie osób na świecie. Co mogło pójść nie tak?