ROZDZIAŁ 3
Dante
- Ślub odbędzie się za pół roku - oznajmił Francis. - Tyle wystarczy, żeby zaplanować stosowną ceremonię i zanadto nie przeciągać sprawy. Ale do wiadomości trzeba to podać od razu. - Uśmiechnął się, w żaden sposób nie zdradzając, że łagodny ton głosu i miły wyraz twarzy skrywają zwiniętego w kłębek węża.
Wkrótce po moim przybyciu przenieśliśmy się do jadalni i rozmowa natychmiast przeszła na plany ślubne.
Poczułem wzbierający niesmak. To oczywiste, że Francis chce, żeby świat jak najszybciej dowiedział się, że jego córka usidliła Dantego Russo.
Ktoś taki jak on był gotów zrobić wszystko dla statusu, nawet zjawić się u mnie w biurze dwa tygodnie temu, tuż po śmierci mojego dziadka, żeby postawić mnie pod ścianą.
W piersi znów zapłonęła mi wściekłość. Gdybym tylko mógł to rozegrać po swojemu, porachowałbym mu kości na miejscu. Niestety, ręce - metaforycznie rzecz ujmując - miałem związane i dopóki nie znajdę sposobu, żeby je rozwiązać, musiałem być grzeczny.
Do pewnego stopnia.
- Nie, nie za pół roku. - Otoczyłem palcami nóżkę kieliszka, wyobrażając sobie, że to szyja Franka. - Jeśli weźmiemy ślub w pośpiechu, ludzie zaczną podejrzewać, że coś jest nie tak. - Na przykład, że twoja córka jest w ciąży i to małżeństwo pod przymusem.
Ta niewypowiedziana sugestia sprawiła, że wszyscy poprawili się na siedzeniach, ja jednak twarz miałem nieprzeniknioną, a ton głosu znudzony.
Powściągliwość nie była dla mnie czymś naturalnym. Jeśli kogoś nie lubiłem, wyraźnie dawałem mu to odczuć, ale wyjątkowe okoliczności wymagały wyjątkowych środków.
Francis zacisnął usta.
- To co proponujesz?
- Moim zdaniem rozsądniej będzie zaczekać rok.
A jeszcze lepiej całe życie, ale niestety, to nie wchodziło w grę. Rok wystarczy. Termin był na tyle bliski, żeby Francis się zgodził, i wystarczająco daleki, żebym zdołał odnaleźć i zniszczyć to, czym mnie szantażował. W każdym razie taką miałem nadzieję.
- Z upublicznieniem tej wiadomości też nie ma się co spieszyć - powiedziałem. - Wstrzymajmy się z miesiąc, bo to pozwoli nam spreparować odpowiednią historię, zwłaszcza że nigdy publicznie nie pokazywałem się z pańską córką.
- Nie potrzebujemy miesiąca, żeby wymyślić odpowiednią historię - odparł.
Choć aranżowane małżeństwa były w dobrym towarzystwie czymś powszechnym, obie strony robiły, co w ich mocy, żeby ukryć prawdziwy powód ślubu. Przyznanie, że dana rodzina łączyła się z inną ze względu na pozycję, uchodziło za wulgarne.
- Dwa tygodnie - oznajmił. - Ogłosimy, że w weekend Vivian się do ciebie wprowadzi.
Zacisnąłem szczękę. Siedząca obok Vivian zesztywniała. Wieść o tym, że będzie musiała ze mną zamieszkać przed ślubem, wyraźnie ją zaskoczyła.
To był jeden z warunków koniecznych, żeby Francis trzymał gębę na kłódkę, a mnie skóra cierpła na samą myśl o tym. Nie znosiłem, jak ludzie naruszali moją prywatną przestrzeń.
- Twoja rodzina na pewno też by wolała, żeby ogłosić zaręczyny jak najwcześniej - ciągnął, lekko akcentując słowo "rodzina". - Prawda?
Patrzyłem mu w oczy, aż poprawił się na krześle i odwrócił wzrok.
- W porządku, dwa tygodnie.
Data zaręczyn nie miała znaczenia. Chciałem po prostu jak najbardziej pokrzyżować mu plany.
Liczyła się jedynie data ślubu.
Rok.
Tyle czasu miałem, żeby zniszczyć zdjęcia i zerwać zaręczyny. To będzie wielki skandal, ale moja reputacja go zniesie. Gorzej z reputacją państwa Lau.
Po raz pierwszy tego wieczoru na mojej twarzy zagościł uśmiech.
Francis znowu poprawił się na siedzeniu i odchrząknął.
- Znakomicie. Będziemy musieli razem zaplanować...
- Ja się tym zajmę. Co dalej? - Zignorowałem jego gniewne spojrzenie i upiłem łyk merlota.
Rozmowa zamieniła się w odmóżdżającą litanię gości, kwiatów i miliona innych spraw, które miałem gdzieś.
Ignorowałem głosy Francisa i jego żony, pod skórą buzował mi niesłabnący gniew.
Zamiast pracować nad umową z Santerim albo odpoczywać w klubie Valhalla, musiałem tkwić tu w piątkowy wieczór i zajmować się bzdurami.
Obok mnie Vivian jadła w milczeniu, wydawała się pogrążona w myślach.
Po kilku minutach pełnej napięcia ciszy w końcu się odezwała:
- Jak minęła panu podróż?
- W porządku.
- Doceniam, że znalazł pan czas, żeby tu przylecieć, skoro nie mogliśmy się spotkać w Nowym Jorku. Wiem, że jest pan bardzo zajęty.
Ukroiłem kawałek cielęciny i podniosłem do ust.
Przeżuwałem leniwie, a wzrok Vivian wypalał mi dziurę w policzku.
- Słyszałam, że im więcej zer ma na koncie człowiek, tym jest mniej rozmowy. - Jej głos był zwodniczo miły, niczym nóż tnący masło. - Pan, jak widzę, stanowi potwierdzenie tej reguły.
- Myślałem, że w kulturalnym towarzystwie dobrze wychowane panny, takie jak pani, nie rozmawiają o pieniądzach.
- Kluczowe jest tu słowo "kulturalne".
Cień uśmiechu przemknął mi przez usta.
W zwykłych okolicznościach mógłbym polubić Vivian.
Była piękna i zaskakująco dowcipna, miała inteligentne, brązowe oczy i subtelne rysy twarzy, których nie da się kupić za żadne pieniądze. Ale w perełkach i garsonce Chanel wyglądała jak wierna kopia swojej matki - nie do odróżnienia od całej reszty zasznurowanych po szyję dziedziczek, które interesowała wyłącznie pozycja.
W dodatku była córką Francisa. Wprawdzie to nie jej wina, że miała za ojca kanalię, nic mnie to jednak nie obchodziło. Żadna uroda nie mogła zmazać tej skazy.
- A kulturalnie jest w ten sposób rozmawiać z gościem? - zakpiłem lekko. Sięgnąłem po sól. Rękawem musnąłem jej rękę, a ona wyraźnie zesztywniała. - Co by na to powiedzieli pani rodzice?
Nie minęła godzina, odkąd się poznaliśmy, a ja już zdążyłem odkryć jej słabości. Perfekcjonizm, niechęć do konfrontacji, rozpaczliwe pragnienie aprobaty ze strony rodziców.
Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.
Zmrużyła oczy.
- Powiedzieliby, że goście powinni się stosować do zasad grzeczności tak samo jak gospodarze i starać się prowadzić miłą konwersację.
- Tak? A czy to zasady grzeczności wymagają stroju, w którym kobieta wygląda, jakby ją wypuścili z fabryki żon ze Stepford przy Piątej Alei?
Nie obchodziło mnie, że Cecelia tak się ubierała, ale Vivian w tym pozbawionym polotu wdzianku wyglądała jak diament w wojłokowym worku. Z niewyjaśnionych przyczyn strasznie mnie to wkurzało.
- Nie, ale z pewnością wymagają, żeby nie psuć atmosfery przy kolacji nieuprzejmymi uwagami - odparła chłodno Vivian. - Powinien pan sobie dokupić zestaw dobrych manier, panie Russo. Taki, który by pasował do garnituru. Jako osoba działająca w branży towarów luksusowych powinien pan lepiej niż ktokolwiek inny wiedzieć, że brzydki dodatek potrafi zrujnować każdy outfit. - Znowu uśmiech, słaby, ale tym razem jakby bardziej namacalny.
Czyli może nie jest aż tak nudna.
Iskierki rozbawienia zgasły jednak z sykiem, zmieniając się w trujący dym, gdy do naszej rozmowy włączyła się jej matka:
- Dante, czy to prawda, że wszyscy członkowie pańskiej rodziny biorą ślub w rodowej posiadłości nad jeziorem Como? Słyszałam, że remont ma się skończyć przed upływem roku.
Ta uwaga sprawiła, że mięśnie mi się napięły, a uśmiech zgasł. Oderwałem wzrok od Vivian i przeniosłem go na Cecelię. Na jej twarzy malowało się przejęcie.
- Tak - odparłem. - Począwszy od osiemnastego wieku, wszyscy członkowie rodziny Russo biorą ślub w Villa Serafina.
Willę zbudował mój praprzodek i nazwał ją imieniem swojej żony. Moja rodzina wywodzi się z Sycylii, z czasem jednak przeniosła się do Wenecji, gdzie zbiła majątek na handlu luksusowymi tkaninami. Kiedy czasy świetności weneckiego handlu minęły, moi przodkowie zdywersyfikowali działalność, dzięki czemu mieli pieniądze, za które mogli kupować nieruchomości w całej Europie.
Dziś, setki lat później, moi krewni byli rozrzuceni po całym świecie - Nowy Jork, Rzym, Szwajcaria, Paryż - Villa Serafina pozostała jednak ulubioną rodzinną rezydencją. Wolałbym się utopić w Morzu Śródziemnym, niż zbrukać ją tą farsą.
Moja wściekłość gwałtownie powróciła.
- Cudownie! - rozpromieniła się Cecelia. - Och, tak się cieszę, że wkrótce wejdzie pan do naszej rodziny. Oboje z Vivian idealnie do siebie pasujecie. Wie pan, że ona mówi w sześciu językach, gra na pianinie, skrzypcach i...
- Przepraszam. - Przerwałem Cecelii w pół słowa, odsuwając krzesło, jego nogi przejechały po podłodze ze stosownym piskiem. - Natura wzywa.
Ta szokująca niegrzeczność sprawiła, że zapadła głucha cisza.
Nie czekałem, aż ktoś się odezwie, tylko wyszedłem, zostawiając gotującego się Francisa, zdenerwowaną Cecelię i czerwoną Vivian w jadalni.
Wprawdzie gniew w moim wnętrzu płonął niezmiennie, ale z każdym krokiem dzielącym mnie od rodziny Lau był coraz słabszy.
Dawniej ludziom, którzy wchodzili mi w drogę, bezzwłocznie odpłacałem pięknym za nadobne. Pieprzyć pomysł, że zemsta najlepiej smakuje na zimno. Moje motto zawsze brzmiało: uderzaj szybko, mocno i naprawdę.
Świat zmieniał się zbyt szybko, żebym mógł pozostać w tyle. Zajmowałem się problemami z bezwzględnością, która gwarantowała, że w przyszłości nie będzie dalszych, i zapominałem o wszystkim.
Tymczasem sprawa rodziny Lau wymagała cierpliwości. Ta cnota była mi obca i miałem wrażenie, że opina mnie ciasno niczym źle dopasowany garnitur.
Echo moich kroków umilkło, gdy miejsce marmuru zajął dywan. Widziałem już dość rezydencji o podobnym układzie, żeby wiedzieć, gdzie znajdę łazienkę, ale minąłem ją, dając pierwszeństwo ciężkim mahoniowym drzwiom na końcu korytarza.
Przekręciłem gałkę i zobaczyłem gabinet stylizowany na bibliotekę w stylu angielskim. Drewniane panele, wyściełane skórzane sofy i fotele, do tego ciemnozielone akcenty.
Sanktuarium Francisa.
Na szczęście nie kipiało od złota jak reszta domu, bo od tego szkaradzieństwa zaczęły mi już krwawić oczy.
Zostawiłem otwarte drzwi i niespiesznie podszedłem do biurka. Gdyby się okazało, że Francisowi nie podoba się moje wścibstwo, nie miałbym nic przeciwko konfrontacji.
Nie był na tyle głupi, by trzymać zdjęcia na wierzchu, skoro spodziewał się mnie dziś wieczorem. Zresztą, nawet gdybym je znalazł, i tak pewnie miał kopię schowaną w innym miejscu.
Rozsiadłem się w fotelu, wyjąłem z pudełka w szufladzie kubańskie cygaro i zapaliłem, obrzucając badawczym wzrokiem pokój. Gniew ustąpił miejsca kalkulacji.
Ciemny ekran komputera spoglądał na mnie kusząco, ale hakowanie zostawiłem Christianowi, który już tropił cyfrową wersję zdjęć.
Przeniosłem wzrok na fotografię przedstawiającą Francisa z rodziną w Hamptons. Wystarczyło trochę poszperać, żeby się dowiedzieć, że ma letni dom w Bridgehampton, i mógłbym się założyć o nowo zakupionego Renoira, że przynajmniej jeden komplet odbitek trzymał właśnie tam.
Gdzie jeszcze...
- Co pan tu robi? - Dym z cygara przesłonił twarz Vivian, ale dezaprobatę w jej głosie słychać było głośno i wyraźnie.
Szybko poszło. Spodziewałem się, że minie jeszcze co najmniej pięć minut, zanim rodzice każą jej mnie szukać.
- Rozkoszuję się przerwą na dymka. - Zaciągnąłem się leniwie cygarem.
Papierosów nie tykałem, ale od czasu do czasu pozwalałem sobie na cohibę. Przynajmniej jeśli chodzi o tytoń, Francis miał dobry gust.
- W gabinecie mojego ojca?
- Jak widać. - Mroczna satysfakcja wypełniła mi pierś, gdy dym się rozwiał i ukazał gniewnie zmarszczone brwi Vivian.
Nareszcie. Jakieś emocje.
Bo już myślałem, że całe to śmieszne narzeczeństwo będę skazany na robota.
Podeszła do biurka, wyjęła mi cygaro z ręki i wrzuciła je do stojącej na blacie szklanki z wodą, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Rozumiem, że przywykł pan robić, co się panu podoba, ale takie wymykanie się z kolacji i palenie w gabinecie gospodarza to przejaw wyjątkowego braku kultury. - Jej wytworne rysy stężały. - Proszę wrócić do jadalni. Jedzenie panu stygnie.
- To mój problem, nie pani. - Rozparłem się w fotelu. - Może ma pani ochotę dołączyć? Obiecuję, że będę milszym kompanem niż pani matka załamująca ręce nad kompozycjami kwiatowymi.
- Sądząc po tym, jak zachowywał się pan do tej pory, śmiem wątpić - odparowała.
Z rozbawieniem patrzyłem, jak robi głęboki wdech i wypuszcza powoli powietrze.
- Nie rozumiem, co pana tu sprowadza - powiedziała już spokojniej. - Widać, że nie w smak panu ta umowa, nie potrzebuje pan pieniędzy ani koneksji z moją rodziną i może mieć pan każdą kobietę, jaką tylko zechce.
- Czyżby? - spytałem przeciągle. - A co, jeśli chcę mieć panią?
Zwinęła dłonie w pięści.
- Nieprawda.
- Ma pani o sobie zbyt niskie mniemanie.
Wstałem i okrążyłem biurko. Stanąłem tak blisko, że widziałem żyłkę pulsującą jej na szyi. Jak bardzo ten puls przyspieszy, jeśli złapię ją za włosy, owinę je wokół pięści i pociągnę? Jeśli zacznę ją całować, aż spuchną jej wargi, podwinę spódnicę, aż będzie mnie błagała, żebym ją wypieprzył?
Poczułem ciepło w kroczu.
Tak naprawdę wcale nie miałem na to ochoty, ale była taka poukładana i pozapinana, że aż się prosiła o zepsucie.
Gdy uniosłem dłoń i musnąłem kciukiem jej dolną wargę, zapadła ogłuszająca cisza. Vivian oddychała płytko, ale się nie cofnęła.
Patrzyła na mnie wyzywająco, a ja niespiesznie badałem pyszną krzywiznę jej ust. Były pełne, miękkie i w porównaniu ze sztywną resztą niepokojąco uwodzicielskie.
- Jest pani piękną kobietą - odparłem leniwie. - Może zauważyłem panią na jakiejś imprezie i tak się zakochałem, że poprosiłem o pani rękę.
- Jakoś trudno mi w to uwierzyć. - Poczułem na skórze jej oddech. - Ciekawe, co za umowę zawarł pan z moim ojcem.
Wzmianka o układzie z Francisem sprawiła, że cała zmysłowość prysła w mgnieniu oka.
Mój kciuk zatrzymał się pośrodku wargi Vivian. Klnąc w duchu, zabrałem rękę. Skóra mrowiła mnie na wspomnienie jej miękkości.
Nie znosiłem Francisa, bo mnie szantażował, a Vivian, jako jego pionek, budziła we mnie nienawiść. Dlaczego więc, do kurwy nędzy, zabawiałem się z nią w jego gabinecie?
- O to powinna pani zapytać kochanego ojca. - Odzyskałem panowanie i na mojej twarzy zagościł okrutny, pozbawiony wesołości uśmiech. - Szczegóły są nieistotne. Ważne jest tylko to, że gdybym miał wybór, na pewno bym się nie żenił. Ale interes to interes, a pani... - Wzruszyłem ramionami. - Pani jest po prostu częścią układu.
Vivian nie miała pojęcia o manipulacjach ojca. Francis mnie ostrzegł, że mam jej nic nie mówić - zresztą i tak bym tego nie zrobił. Im mniej osób wiedziało o szantażu, tym lepiej.
Udało mu się odkryć jeden z moich nielicznych słabych punktów i prędzej sczeznę, niż ujawnię go światu.
W oczach Vivian zapłonął gniew.
- Kutas z pana.
- Owszem. I lepiej, niech się pani do tego przyzwyczai, mia cara[1], bo jestem też pani przyszłym mężem. A teraz, jeśli mi pani wybaczy... - Obciągnąłem marynarkę z rozmyślną starannością. - Muszę wracać do stołu. Jak pani zauważyła, stygnie mi kolacja.
Minąłem Vivian, upajając się jej oburzeniem.
Nadejdzie dzień, kiedy jej niewypowiedziane życzenie się spełni i zaręczyny zostaną zerwane.
Do tego czasu jednak będę udawał, że na wszystko się godzę, bo ultimatum, które postawił mi Francis, było jasne.
Mam się ożenić z Vivian, inaczej mój brat zginie.