ROZDZIAŁ 3
Alessandra
Nie wrócił.
Siedziałam w salonie, a moja skóra była lodowato zimna, gdy patrzyłam, jak obracają się wskazówki zegara. Było już po dwudziestej. Mieliśmy lecieć do Waszyngtonu dwie godziny temu, ale Dominic nie dał żadnego znaku życia, odkąd rano wyszedł do pracy. Gdy dzwoniłam, włączała się poczta głosowa, a nie chciałam iść do jego biura jak jakiś przypadkowy znajomy błagający o chwilę uwagi wspaniałego Dominica Davenporta.
Byłam jego żoną, do cholery. Nie powinnam go ścigać ani zgadywać, gdzie się znajduje. Z drugiej strony nie trzeba być geniuszem, by się domyślić, co teraz robił.
Pracował. Zawsze pracował. Nawet w dziesiątą rocznicę naszego ślubu. Nawet po tym, jak podkreślałam, jak ważna była ta podróż.
W końcu miałam dobry powód do płaczu, ale łzy nie popłynęły. Czułam się... odrętwiała. Po części spodziewałam się, że zapomni lub odłoży to na później, i to było chyba najsmutniejsze.
- Pani Davenport! - Nasza gosposia, Camila, weszła do pokoju z naręczem świeżego prania. Wróciła z wakacji zeszłej nocy i cały dzień sprzątała penthouse. - Myślałam, że już pani wyszła.
- Nie. - Mój głos brzmiał dziwnie i pusto. - Nie sądzę, żebym gdziekolwiek pojechała w ten weekend.
- Dlaczego... - Urwała, a jej sokoli wzrok padł na bagaże obok kanapy i moje ręce zaciśnięte na kolanach. Okrągła, poczciwa twarz gosposi złagodniała i odmalowała się na niej mieszanka współczucia i litości. - W takim razie przygotuję dla pani kolację. Moquecę. Pani ulubiona, prawda?
Jak na ironię gulasz rybny był tym, co przygotowała mi moja dawna opiekunka z dzieciństwa, kiedy jakiś chłopak złamał mi serce. Nie byłam głodna, ale nie miałam siły się kłócić.
- Dzięki, Camilo.
Podczas gdy ona odeszła do kuchni, ja próbowałam uporządkować chaos w głowie.
Anulować wszystkie nasze rezerwacje czy poczekać? Po prostu się spóźni czy w ogóle nie pojedzie? Czy w ogóle mam teraz ochotę na ten wyjazd, nawet jeśli on ma zamiar jechać?
Dominic i ja planowaliśmy spędzić weekend w Waszyngtonie, gdzie się poznaliśmy i pobraliśmy. Miałam wszystko zaplanowane - kolację w restauracji, w której byliśmy na pierwszej randce, apartament w przytulnym hotelu butikowym, żadnych telefonów ani pracy. To miał być wyjazd tylko dla nas, a ponieważ nasz związek z każdym dniem stawał się coraz trudniejszy, miałam nadzieję, że znów nas do siebie zbliży. Sprawi, że zakochamy się w sobie tak jak przed laty.
Ale dotarło do mnie, że to niemożliwe, ponieważ żadne z nas nie było tą samą osobą co kiedyś. Dominic nie był już chłopakiem, który ciął sobie ręce papierem, robiąc mi na urodziny bukiet origami z moich ulubionych kwiatów, a ja nie byłam dziewczyną, która płynęła przez życie z głową w chmurach.
- Nie mam jeszcze pieniędzy, by kupić ci wszystkie kwiaty, na które zasługujesz - powiedział, brzmiąc tak uroczyście i formalnie, że nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu z powodu kontrastu między jego tonem a bukietem kolorowych papierowych kwiatów w jego rękach. - Więc zrobiłem to.
Oddech uwiązł mi w gardle.
- Dom...
Musiał się składać z setek kwiatów. Wolałam nie myśleć, ile czasu zajęło mu zrobienie ich.
- Wszystkiego najlepszego, amor. - Jego usta złączyły się z moimi w długim, słodkim pocałunku. - Pewnego dnia kupię ci tysiąc prawdziwych róż. Obiecuję.
Dotrzymał tej obietnicy, ale od tego czasu złamał tysiąc innych.
Słona strużka w końcu spłynęła po moim policzku i wyrwała mnie z odrętwienia.
Wstałam, mój oddech spłycał się z każdym krokiem, gdy szłam szybko do najbliższej łazienki. Camila i personel byli zbyt zajęci, by zauważyć moje ciche załamanie, ale nie mogłam znieść myśli o samotnym płaczu w salonie, otoczona bagażem, który nigdzie nie dotrze, i nadziejami, które zostały zniszczone zbyt wiele razy.
Byłam taka głupia.
Dlaczego sądziłam, że dzisiejszy wieczór okaże się inny? Nasza rocznica prawdopodobnie znaczyła dla Dominica tyle, co przypadkowa piątkowa kolacja.
Tępy ból zaostrzył się, gdy zamknęłam za sobą drzwi łazienki. Spojrzałam na własne odbicie. Brązowe włosy, niebieskie oczy, opalona skóra. Wyglądałam tak samo jak zawsze, ale z trudem się rozpoznałam. Zupełnie jakbym patrzyła na obcą osobę noszącą moją twarz.
Gdzie była dziewczyna, która odrzuciła marzenia swojej matki o modelingu i nalegała na naukę w college'u? Która żyła z nieskrępowaną radością, nieokiełznanym optymizmem i która kiedyś rzuciła chłopaka za to, że zapomniał o jej urodzinach? Ta dziewczyna nigdy nie siedziałaby i nie czekała na mężczyznę. Miała cele i marzenia, ale te zniknęły gdzieś po drodze, pochłonięte przez ciężar ambicji jej męża.
Jeśli go zadowolę, jeśli zorganizuję odpowiednie kolacje z odpowiednimi ludźmi, jeśli nawiążę odpowiednie kontakty, będę dla niego przydatna.
Lata pomagania mu w spełnianiu jego marzeń oznaczały, że nie żyłam - służyłam celowi.
Alessandra Ferreira odeszła, zastąpiona przez Alessandrę Davenport. Żonę, gospodynię, bywalczynię salonów. Kogoś definiowanego tylko przez małżeństwo z Dominikiem Davenportem. Wszystko, co robiłam przez ostatnią dekadę, robiłam dla niego, a on nie dbał o mnie nawet na tyle, by zadzwonić i powiedzieć, że się spóźni na pieprzoną dziesiątą rocznicę naszego ślubu.
Tama pękła.
Pojedyncza łza zamieniła się w dwie, potem trzy, a później w całą powódź, gdy z płaczem opadłam na podłogę. Każdy zawód, każde rozczarowanie, każda cząstka smutku i urazy, które w sobie nosiłam, wylały się w rzece żalu przeplatanego gniewem. Przez lata zamknęłam w sobie tak wiele, że bałam się utonięcia pod falami własnych emocji.
Zimna, twarda posadzka wbiła się w moje uda. Po raz pierwszy od dawna pozwoliłam sobie czuć, a wraz z tym przyszło oślepiające zrozumienie.
Nie mogłam tego dłużej ciągnąć.
Nie mogłam spędzić reszty moich dni na autopilocie, udając, że jestem szczęśliwa. Musiałam odzyskać kontrolę nad swoim życiem - nawet jeśli oznaczało to zniszczenie tego, które miałam obecnie.
Byłam pusta i krucha, milion rozbitych kawałków, które bolały zbyt mocno, by je pozbierać.
Moje szlochy w końcu straciły na sile, a potem całkowicie ustąpiły i zanim zdążyłam się zastanowić, podniosłam się z podłogi i wyszłam z powrotem na korytarz. W penthousie przez cały rok panowała idealna temperatura dwudziestu trzech stopni, ale drobne dreszcze wstrząsały moim ciałem, gdy brałam z sypialni to, czego potrzebowałam. Reszta niezbędnych rzeczy była już spakowana i czekała w salonie.
Nie pozwoliłam sobie na myślenie. Gdybym to zrobiła, stchórzyłabym, a na tym etapie nie mogłam do tego dopuścić.
Kiedy złapałam za rączkę walizki, mój wzrok został przykuty przez znajomy błysk. Wpatrywałam się w obrączkę ślubną, czując świeży ból rozdzierający moją klatkę piersiową, gdy mrugała do mnie i zdawała się błagać o zastanowienie.
Wahałam się przez ułamek sekundy, zanim zacisnęłam zęby, zsunęłam obrączkę z palca i położyłam ją obok naszego zdjęcia ślubnego stojącego na kominku.
Potem w końcu zrobiłam to, co powinnam była zrobić dawno temu.
Odeszłam.