p

Więzy ciała - David Herbert Lawrence

Kup ebooka

3.41 zł
2.93 zł (2,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

 

Stała bez ruchu na środku przestronnego pokoju, a w jej niewymuszonej pozie wyczuwało się napięcie. Blask świecy wysmuklał jej wspaniałą sylwetkę odzianą w czerwoną suknię, opadającą miękko aż do samej ziemi. Ciemnoblond włosy dziewczyny były luźno spięte w koronę na głowie, a młoda, uniesiona do góry twarz przypominała świeży pąk kwiatu. Elegancka jedwabna suknia barwy przyćmionego szkarłatu podkreślała doskonałość jej urody: tylko miłość mogła doprowadzić do tak pełnego, a zarazem niezwykłego rozkwitu. Płaszcz i kapelusz leżały obok, niedbale rzucone na stół.

Sama w pokoju, zamyślona, stała targana sprzecznymi uczuciami. Palce opuszczonych wzdłuż ciała dłoni poruszały się niespokojnie, ocierając nerwowo o siebie. Ściągnięte brwi zdradzały napięcie.

Bielone ściany i imponujący, bielony strop lśniły łagodnie w blasku świec. Pokój mieścił się na poddaszu: miał dwa okna i beczkowate sklepienie, które sprawiało, że przeciwległe ściany były dość niskie. Przy jednej z nich stało wąskie, posłane już na noc łóżko; złożona biała kapa leżała obok. Nieco dalej stał żelazny piec. Przy oknie, tym bliższym łóżka, znajdowało się biurko z przyborami do pisania i wspaniałym kaktusem z czerwonymi kwiatami, którego fantazyjny cień padał na ścianę. Pod drugim oknem, naprzeciw drzwi, na których wisiał płaszcz wojskowy, stał stolik. Na kołkach powbijanych w czwartą ścianę wisiała broń, sprzęt wędkarski oraz odzież - była to odzież męska, a ściślej: wojskowa. Pokój niewątpliwie należał do mężczyzny, prawdopodobnie do młodego porucznika.

Po pewnym czasie dziewczyna w długiej, dodającej jej powagi, czerwonej sukni otrząsnęła się z zadumy i jakby mimochodem podeszła do biurka. Usta miała mocno zasznurowane, może ze złości, może z bólu. Podniosła dużą pieczęć wykonaną z agatu i spojrzała na wyryty w kamieniu herb, po czym kilka razy pogładziła go palcem. Odłożyła pieczęć i popatrzyła na inne przedmioty: na piękny stary kufel służący do przechowywania tytoniu, na srebrną, podobną do urny szkatułkę, bardzo starą, o niezwykle oryginalnym kształcie, na miseczkę z kawałkami wosku. Wzięła kilka do ręki. O, taką ciemnozieloną grudką zapieczętowała swój ostatni list. Zresztą, czy to ważne? Bezmyślnie przekręciła na drugą stronę notes z bibułą, na którym również widniał herb właściciela. Podeszła do okna. Stanęła we wnęce okiennej i wyjrzała na zewnątrz. Otworzyła jedno skrzydło i odetchnęła głęboko zimnym, nocnym powietrzem. Co za rozkosz! Daleko w dole ciągnęła się ulica, złocista droga mleczna, troszkę niewyraźna, pełna miniaturowych, czarnych postaci idących, skręcających lub zawracających z marionetkowym, mrówczym zaaferowaniem. W pewnym momencie przejechała z turkotem dorożka - z tej wysokości śmiesznie mała. Życie toczyło się normalnie... a on nie przychodził.

Spojrzała na niebo. Miała wrażenie, że białe, migoczące gwiazdy są mniej odległe niż ulica, że są jej bliższe i jakby bardziej prawdziwe. Stała z twarzą uniesioną do gwiazd, z rękami przyciśniętymi do piersi i czekała w dłużącej się, bolesnej niepewności. Odgłosy uliczne, które docierały na górę, były stłumione i brzmiały jak brzęczenie owadów. Natomiast gwiazdy lśniące nad głową połyskiwały jasno, niepokonane i niezawodne. W sercu czuła chłód podobny do ich zimnego blasku.

Nagle drgnęła. Usłyszała głośne stukanie do drzwi oraz kobiecy głos, który pytał:

- Jest tam kto?

- Otwarte - powiedziała.

Z żalem odwróciła się od migoczących gwiazd, wzdrygając się na myśl o intruzie, o tym, że ktoś zakłóci jej spokój.

W drzwiach ukazała się szczupła, atrakcyjna dziewczyna o ciemnych włosach, odziana w ekstrawagancką suknię z ciemnofioletowego jedwabiu i granatowego aksamitu. Za nią stał niski, niepozorny podporucznik o smagłej cerze, ubrany w błękitny mundur.

- A to ty! - zawołała Teresa, wchodząc do pokoju. - Jesteś sama, Marto? A gdzie twój wojak?

Dziewczyna w czerwonej sukni wzruszyła ramionami i spojrzała w bok, nie odzywając się ani słowem.

- Nie ma go tu? Nie wiesz, gdzie jest? Ach, co za dureń! Co za potwór! Gdzie on się podziewa? - zwróciła się do swojego towarzysza.

On również wzruszył ramionami.

- Powiedział, że wyjdzie za pół godziny - odparł.

- Ha! Za pół godziny? Ładne mi rzeczy! A ile już minęło, dwie godziny?

Mężczyzna ponownie wzruszył ramionami. Miał piękne, czarne rzęsy i duże, spokojne oczy. Rozglądał się po pokoju z dezaprobatą, podczas gdy Teresa, o skórze złocistej niczym sierść młodej lamparcicy, żądała od niego wyjaśnień.

- Nietrudno zgadnąć, gdzie przebywa - rzekła, siadając na posłanym łóżku.

Dziewczyna w czerwieni poczuła, jak coś ściska ją w sercu.

- Wino, kobiety i karty! - ciągnęła donośnym głosem Teresa. - Ale od kart wolą kobiety. Mój ukochany ma cztery damulki, cztery damulki ma mój ukochany - zaśpiewała, po czym nagle przerwała i znów zwróciła się do swojego towarzysza: - Czy przynajmniej wygrywał? Jak mu szło, kiedy odchodziłeś, Karl?

- Tant pis que mai - odparł enigmatycznie młody baron, Karl Podewils, po raz trzeci wzruszając ramionami.

- Och, ty i to twoje tant pis que matt Sam jesteś tant pis que mali - Parsknęła gardłowym śmiechem. - Nie martw się, Marto. Wróci z fortuną.

Nastała martwa, krępująca cisza.

- Wiem, jak to się zwykle kończy - westchnęła Marta.

- Tak, masz ty z tym huncwotem krzyż pański! - rzekła Teresa poważniejąc. - Powiedz, droga Matzen, co masz zamiar robić? Chyba nie będziesz dłużej na niego czekać? Nie, to absolutnie wykluczone! Nie pozwolę, żebyś czekała jak wierna żona! Wkładaj, złotko, kapelusz i chodź z nami... Karl, niemowo jedna, dokąd idziemy? Co? Do Geiera? Idziemy do Geiera, Marto. No, pospiesz się, dość już się nacierpiałaś, moja męczennico. Wkładaj kapelusz i chodź.

Teresa gwałtownie zerwała się z łóżka, żeby czym prędzej ruszyć w drogę.

- Nie, poczekam na niego - mruknęła posępnie Marta.

- Nie bądź dzieckiem! - sprzeciwiła się grubym głosem jej przyjaciółka. - Po co masz czekać? Myślisz, że ja bym czekała? Od razu wyfrunęłabym z gniazdka. - Podniosła rękę i lekko dmuchnęła. - Frrr! - zawołała śpiewnie, jakby z jej palców sfrunął ptak.

Młody podporucznik stał w milczeniu, patrząc z rozbawieniem na Teresę. Była pełna energii i złocista jak lamparcica.

- Marto, kochanie, to naprawdę nie ma sensu! Nie baw się w Penelopę, jesteś zbyt piękna. No, a teraz bądź grzeczna i włóż kapelusz.

- Nie. - W jej twarzy, świeżej jak kwiat róży, malował się upór.- Poczekam. Kiedyś przecież się zjawi.

Zapadła krótka, uciążliwa cisza.

- Jak chcesz - odparła Teresa, wkładając trzymany przez Karla płaszcz. - Bylebyś tylko nie czekała tak długo jak Leonora, fuhr ums Morgenrot! Adio, moja droga. Niech Bóg cię ma w opiece.

Młody podporucznik skłonił się współczująco i oboje wyszli, zostawiając dziewczynę samą.

Podeszła do biurka i starannym, gotyckim pismem zaczęła zapełniać pustą kartkę papieru swoim imieniem i nazwiskiem:

Marta Hohenest

Marta Hohenest

Marta Hohenest.

Z ulicy wciąż dochodził cichy gwar. Wiatr był chłodny. Dziewczyna wstała z krzesła i podeszła do okna. Zamknęła je, po czym znów usiadła.

Wreszcie drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł młody oficer. Miał na sobie zapięte pod szyję granatowe palto z podwójnym rzędem dużych, srebrnych guzików. Wszedł szybkim krokiem, ogarniając spojrzeniem Martę, która siedziała odwrócona do niego plecami. Pisała coś ołówkiem na papierze. Zamknął drzwi, po czym z wdziękiem, płynnymi ruchami rozpiął guziki, zdjął palto i, nie spiesząc się, powiesił je. Jakże znajomy był Marcie jego chód, te lekkie żwawe kroki! Ale nie zareagowała: bezmyślnie rysując na kartce krzyżyki, siedziała z głową pochyloną między dwiema świecami, które rzucały delikatny blask na jej wymykające się, niesforne kosmyki; była bardzo piękna. Mężczyzna zauważył to i poczuł, jak przenika go wzruszenie. Jednakże nie mógł już sobie pozwalać na żadne emocje.

(...)