p
PROLOG
Piękna kobieta o smagłej cerze - ni to Indianka, ni Europejka, taka, którą Meksykanie zowią Morenita, stojąca na szczycie góry spoglądała na wielkie, wspaniałe, urzekające miasto rozciągające się u jej stóp. Miasto budziło podziw. Ogromne, przecudne, zbudowane na obszernej wyspie rozłożonej pośrodku jeziora Texcoco, wgryzające się w toń jeziora pływającymi sztucznymi trzcinowymi wysepkami-ogrodami. Od miasta ku brzegom, ku stałemu lądowi, prowadziło kilka grobli. Był to bajecznie bogaty Tenochtitlan, stolica imperium Azteków.
Gwarne było i ludne, zasiedlone przez ponad dwieście tysięcy mieszkańców... Pełne zasobnych domów, pałaców i świątyń. Rezydował tu cesarz, a był nim podówczas Montezuma II1 . Władca świecki i najwyższy kapłan zarazem.
Kobieta stała nieporuszona, tylko łagodny wiatr szarpał lekko kosmykiem jej ciemnokasztanowych włosów, który niesfornie wysunął się spod brzegu ciemnobłękitnego płaszcza obszytego ciężką złotą lamówką, który miała narzucony na głowę niczym welon. Płaszcz okrywał suknię w kolorze delikatnego różu zdobną kwiatami, a przepasaną w talii szarfą czarną, jak to u indiańskich ciężarnych mężatek było w zwyczaju.
Naraz, skądś zza rozłożystego i dość pokracznego drzewka jukki o ciemnozielonych, twardych, mieczowatych liściach i dzwonkowatych kremowobiałych kwiatach, rosnącego niedaleko potężnego świętego drzewa ceiby2 , gęsto pokrytego różowym wonnym kwieciem, a wspierającego kolosalny pień na deskowatych korzeniach podporowych, drzewa zwanego przez tubylców pochote albo yaxché, wysunął się mężczyzna. Cerę, choć również smagłą, miał jednak zdecydowanie jaśniejszą niż kobieta, w której stronę zmierzał, przedzierając się przez zarośla złożone z krzewów białej szałwi, która nie wiadomo skąd się wzięła w tym miejscu, bo to nie były jej ojczyste strony, więc zapewne musiał ją ktoś przywieźć i celowo tu zasadzić, oraz rosnącej w cieniu tej pierwszej, szałwi wieszczej, która również nie była tutejszą rośliną3 , obydwie owe krzewinki wydzielały upajające i odurzające aromaty, a to, że tu się znajdowały, mogło wskazywać tylko na jedno - mimo iż okolica była dzika i nie wyglądała na zbyt często odwiedzaną, sądząc po ledwie zarysowanej w chaszczach wąziuchnej ścieżynie, musiała posiadać charakter sakralny. Mężczyzna ubrany był w czarny płaszcz uszyty z najdelikatniejszej tkaniny bawełnianej, narzucony na gołe ciało i przepasany czymś w rodzaju powroza uplecionego z surowych włókien agawy. We włosach, nad lewym uchem, niczym zastygła stróżka krwi zwieszało mu się karmazynowe pióro świętego kwezala4 .
- Podziwiasz moje królestwo? - zagadnął kobietę.
- Twoje, Quetzalcoatlu?
- A i owszem. Moje. Czyż nie jestem księciem tego świata? Bogiem tego świata? Patronem wszelkiej wiedzy, nauki, sztuki, rzemiosła, stanu kapłańskiego? Czyż nie do mnie przynależy Gwiazda Zaranna, Jutrzenka? Czyż nie jestem pierzastym wężem? Panem grzechotnikiem przystrojonym w pióra kwezala i ary? Czyż nie jestem władcą wichru? Czyż nie jestem panem deszczu? Czyż nie władam światem z centrum mojego wspaniałego miasta Cholula, gdzie ze szczytu poświęconej mi piramidy spadają tysiące i dziesiątki tysięcy trupów? Gdzie na moją cześć tryska krew przeobficie, gdzie wyrywa się gorące i bijące jeszcze serca z ludzkich piersi? Czy to nie tam żywych ludzi obdziera się skóry i czyż kapłani nie ubierają się w te skóry, by modlitewnie tańczyć na moją cześć? Czyż to nie tam wyrywa się paznokcie maleńkim dzieciom, kiedy kraj dotyka susza, by ich płacz, by ich łzy przebłagały mnie, iżbym zesłał deszcz, który napoi ziemię, a ta wyda plon złocistych kukurydzianych kaczanów, pękatych strąków fasoli, pomidorów o delikatnym miąższu, mięsistych owoców papryki, złotych jagód uchuva5 , bulw ziemniaczanych i nie będzie głodu i smutku, a sytość i radość? Widzisz? Kto jest potężniejszy ode mnie? Kto mnie pokona? Kto by się zresztą ośmielił?
- Ja.
- Ty??? A kimże ty jesteś?... Cóż ty możesz?... Kobieto... - słowa te wypowiedział z nieskrywaną pogardą.
- Twierdzisz, żeś jest bogiem, a nie rozpoznałeś mnie?
Quetzalcoatl cofnął się o krok i teraz wyjątkowo bacznie zlustrował pytającą, zamilkł na chwilę, a potem nieswoim głosem zapytał:
- A jakie jest twoje imię? Zdradzisz mi je?...
- Coatlaxopueh.
- Coatlaxopueh... Ta, która zmiażdży węża... - Quetzalcoatl aż skulił się ze strachu i wyszeptał w przerażeniu. To ty... Lecz przecie nie tak do tej pory się ukazywałaś... Pani Coatlaxopueh... Dziewico-Matko... - zawiesił głos, a potem nieomal krzyknął: - Ale ja nie poddam się bez walki. Nie poddam!...
- Przegrasz... starodawny wężu... morderco i łgarzu, wiesz o tym doskonale...
- Może jako Pierzasty Wąż przegram tę batalię. Tę tutaj. Ale jako diuk Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio6 , bo tak się teraz nazwę - dla nowych panów, dla nowych władców tego czasu i tego wymiaru - popróbuję jeszcze sił. I pewnie nie raz się spotkamy. Chociaż, przyznam to szczerze, wolałbym cię już nigdy więcej nie oglądać.
Dopowiedziawszy tych słów, Pierzasty Wąż gwałtownie cofnął się w chaszcze, a potem oddalił śpiesznym krokiem, kierując się w stronę miasta. Jeszcze tylko przez krótki czas słychać było trzask uschłych gałązek, łamanych jego stopami, a potem wszystko ucichło. Ptaki zaś, które zamilkły, gdy się tu pojawił, znów zaczęły śpiewać.
* * *
Letni dzień roku Pańskiego 1517 szarzał i ciemniał spowijany delikatną opończą zmierzchu.
Francisco Hernández de Córdoba7 , hiszpański hidalgo, postawny, prosty niczym świeca, szeroki w barach i wąski w biodrach, o twarzy pociągłej, pokrytej czarnym zarostem i dość krótko przyciętych włosach, stał wsparty o burtę karaweli i wpatrywał się w horyzont, na którym majaczył zarys lądu.
Oto właśnie przecierał nowy szlak morski wiodący od Antyli do nieznanego wcześniej Jukatanu...
* * *
Poranek 31 października 1517 roku był szary, zimny, zamglony nieco i przesycony mikroskopijnymi kropelkami wody. Katolicki niemiecki zakonnik w augustiańskim habicie energicznie wywijał młotkiem. Jeszcze jedno, ostatnie uderzenie, wbity ostatni gwóźdź i na drzwiach kościoła zamkowego w Wittemberdze odznaczył się jasną prostokątną plamą dokument, który wówczas może nie wydawał się zbyt ważny, bo też i nikomu by do głowy nie przyszło, jakiej to rewolucji i kościelnej i z czasem społecznej da on początek.
Mnichem z młotkiem był wielebny ojciec doktor Marcin Luter, OSA, a owym dokumentem jego słynne 95 tez, zwanych potocznie przeciw odpustom.
Lecz w głowie Lutra wylęgły się i inne poglądy, te odpusty, czy raczej publiczne wystąpienie przeciwko nim, to było już tylko ostateczne przekroczenie granicy, przed której przekroczeniem wcześniej się wzdragał i rozpoczęcie rozgłaszania nauk, jakich do tej pory żaden chrześcijanin nie odważyłby się głosić. Ba! Nie tylko chrześcijanin, ale i wyznający dualizm gnostyk! Żaden bogomił, żaden albigens! Żaden "pełnokrwisty" manichejczyk8 nawet!
Doktor Luter wszelako się odważył, oznajmiając:
"Nie życzę sobie, iżby ktokolwiek naukę moją osądzał - ni ludzie, ni też i wszyscy aniołowie. Albowiem pewien jestem i chcę także przez tę naukę swoją, iżbym był nie tylko waszym, lecz również i aniołów sędzią... Tedy więc, kto mojej nauki nie przyjmie, ten niech nie stanie się błogosławionym, a to dlatego, iż moja nauka boska jest, nie moja. Dlatego też i sąd mój jest również boski, a nie mój"9 .
A ponieważ owa nauka była - jak twierdził - boska, to bez szemrania należało przyjmować wszystko, co głosił ów niemiecki doktor w augustiańskim habicie.
Nielicho musiał zaskoczyć i zwolenników i oponentów, kiedy ujawnił się i z takim poglądem, że:
Bóg nie może być Bogiem; On najpierw musi stać się diabłem... Muszę przyznać boskość diabłu na krótką godzinę i niech szatańskość będzie przypisana do naszego Boga. Ale to wczesne dni jeszcze. W końcu rzeczywiście możemy powiedzieć: Jego dobroć i sprawiedliwość trwa nad nami10 .
A zatem? Z Szatana wyewoluował Bóg? Więc to Szatan jest tym Odwiecznym? Pierwotnym? Pierwszym i Przedwiecznym? Ale czy przeistaczając się w Boga, przestał być Szatanem? Bo skoro tak, to...
...żaden grzech nie może mi zaszkodzić... Grzech nie może cię oderwać od Niego [Chrystusa], nawet jeśli cudzołożysz sto razy dziennie i tyleż morderstw popełniasz...11 Czyż bowiem i sam Jezus nie cudzołożył? Cudzołożył! I to nie raz: Chrystus był cudzołożnikiem: pierwszy raz z kobietą przy studni, gdy było mówione: "Nikt nie wie, co On z nią robi". Ponownie, z Marią Magdaleną i jeszcze raz z kobietą przyłapaną na cudzołóstwie, którą oddalił tak lekko. Zatem i sprawiedliwy Chrystus musiał przed śmiercią stać się cudzołożnikiem...12
Ta boska nauka nie mogła tedy nie być atrakcyjna... więc boska nauka jęła się szerzyć niczym pożar dotkniętego suszą lasu, i to po całej Europie... a że ani cudzołóstwo, ani morderstwo nie mogło wierzącego oderwać od Chrystusa, to, chociaż i wcześniej niezbyt mocno się przed takimi uczynkami wzdragano, to teraz i cudzołożono i jeszcze więcej mordowano - nader ochoczo, rzec by można.
Uczynki przecie nie miały żadnego znaczenia, albowiem sprawiedliwy z wiary żyć będzie, co akcentował niemiecki doktor w augustiańskim habicie... a ponieważ jego zwolennicy pamiętali i o pozostałej części zdania: jeśli się cofnie, nie upodoba sobie dusza moja w nim13 , nie cofali się tedy i cofać się nie zamierzali - w niczym...
A kiedy jeszcze drugi z patriarchów reformacji, zda się jeszcze żarliwszy od Lutra zwolennik wyleczenia chrześcijaństwa z jego półtora tysiąca lat trwającej tradycji i wiary od czasów apostolskich licząc, niejaki Kalwin, jął głosić, że Bóg z góry przeznaczył niektórych do zbawienia, a niektórych skazał na potępienie, to już nikt nie musiał się w niczym krępować - bo i tak niebieskie podwoje stały dla niego otworem... pod warunkiem oczywiście, że został przez Boga wybrany... a jeśli nie został wybrany, to i tak było mu już wszystko jedno...
Jako że jednak nie wszyscy podzielali te światłe i postępowe opinie, więc Europa znów spłynęła potokami krwi...
* * *
8 sierpnia 1535 roku w Genewie zapanowało niezwykłe podniecenie. Zgraja młodzieniaszków, pełna uniesienia, pragnąca zasłużyć się Bogu, podekscytowana wspaniałym kazaniem Kalwina ruszyła na miasto.
- Do najbliższego kościoła! Gdzie najbliższy papistowski kościół14 ? - słychać było ich krzyki i nawoływania.
- Jest, jest!
- Wyrąbać drzwi!
Lecz wyrąbywać ich nie było potrzeby. Stały otworem.
Gromada młodzieniaszków wpadła do środka, ale gdy przeszli przez kruchtę i znaleźli się w nawie, mimo wszystko zatrzymali się onieśmieleni. Powaga i dostojeństwo wieków, pełgający czerwonawo płomyk wiecznej lampki i ta cisza, cisza wręcz paraliżująca.
Krótko to jednak trwało. Jeden z napastników ruszył ku prezbiterium.
- Chodźcie, nie ma się czego bać!
Inni ruszyli za nim.
Kopniakiem otworzył zamknięte na zasuwkę drzwiczki balustrady, przy której wierni komunikowali15 , w kilku susach dopadł ołtarza, rozbił drzwiczki tabernakulum, z pozłocistej puszki na ołtarzową mensę wytrząsnął Najświętszy Sakrament, sam nabrał pełną garść komunikantów i zachęcił innych, by poszli w jego ślady.
A później, tak jak wpadli do wnętrza, tak i wypadli na ulicę - nieomal pędem.
A potem szli jej środkiem, pewni siebie, butni, odważni - bo w tłumie.
- Hej, ludzie! Luuudzie!!! Mamy tu sporo katolickich bogów! Kto ich chce trochę? Nikomu nie poskąpimy!
Ale nie było odzewu.
Któryś z owych zacnych i pobożnych kalwińskich młodzieńców swoją porcję komunikantów rzucił w górę, a wiatr je rozniósł. Pospadały na ziemię niczym ogromne śniegowe płatki.
- Nie marnuj tego dobra, lepiej niech ktoś z niego skorzysta! - zaprotestował jeden z kompanów. - O! Spójrz, może on?
Pod nadjedzonym liszajami grzyba murem kamienicy siedział bezdomny wynędzniały pies. Zaczęli go wabić. Pies w pierwszej chwili próbował się ratować ucieczką, ale otoczony ze wszystkich stron nie miał na to szansy. Dał za wygraną, bezradnie tylko szczerzył wykruszone ze starości i niedożywienia zęby. Wtedy jeden z najbardziej gorliwych w swej wierze młodzieńców, przykucnął przed nim i wprost przed pysk cisnął mu zabrane z kościoła hostie.
- Na! Żryj!
Było ich dużo. Bardzo dużo. Kilkadziesiąt. Pies nieufnie obwąchał ów dziwny Chleb, a potem ostrożnie, jakby z niejakim nabożeństwem, delikatnie zbierając językiem, zjadł to, co przed niego rzucono. I po raz pierwszy od wielu, wielu tygodni poczuł się szczęśliwy i syty... Zaskomlił radośnie i, zległszy na ziemi, wsparł łeb na łapach i przymknął powieki...
* * *
Rześki ranek 20 sierpnia 1566 roku zapowiadał bardzo upalny dzień. Mrowie protestanckich mieszkańców Antwerpii w religijnym zapale wędrowało przez miasto, wznosząc wrogie antypapieskie okrzyki, szukając pretekstu, aby pobić, a jeszcze lepiej zakatować na śmierć jakiegoś katolickiego klechę, ale miasto wyglądało na wyludnione. Trzeźwiejsi i rozsądniejsi mieszkańcy poukrywali się w domach i bali się nawet zerkać przez okna. Protestantów jednakże rozsadzała energia i ogromne pragnienie przypodobania się Bogu. I oto naraz na ich drodze znalazła się cudowna niczym senne marzenie, ogromna świątynia. Katolicka!
- Katedra... Tfu... Najświętszej Maryi Panny... Tfu!
Jakiś dryblas o czerwonym od opilstwa, nalanym pysku i nieomal filetowym nosie, perorował zawzięcie, wygłaszając swoje mądrości do zebranego wokół niego tłumu, równie zajadłych, co i on sam, prymitywnych ludzi. Bluźnił przy tym, przeklinał i potrząsał solidną dębową pałą, którą dzierżył w garści.
- Czy my, kur..., pozwolimy, żeby coś, kur..., takiego, to siedlisko papistowskich, kur..., diabłów, ściągało nędzę i Boskie, kur....., przekleństwo, na kur..., nasze, kur..., sławne miasto, kur...?
- Nie! - ryknął tłum. - Nie! Niedoczekanie ich!
- Więc co nam, kur..., czynić trzeba? - zakrzyknął dryblas, a, iż zakrzyknął tak głośno, że aż mu gardło odmówiło posłuszeństwa, musiał je od razu przepłukać winem, co też i uczynił i, nie skąpiąc sobie, pociągnął tęgi łyk, a potem drugi i trzeci. Wino było dobre, mszalne, zrabowane onegdaj w zakrystii, któregoś z wcześniej sprofanowanych kościołów.
- Spalić! Spalić! - wrzeszczeli ci najgorliwsi.
- Nie! Budynek zająć, a tylko bałwany powyrzucać! - wrzeszczeli inni.
Ostatecznie opinia tych drugich zwyciężyła.
Solidne dębowe drzwi katedry ustąpiły pod ciosami, rozpękły się na kilka części i rozwarło się wejście dla dzikiego tłumu. A ów rzucił się w kierunku wielkiego ołtarza, nad którym wisiał ogromny krucyfiks z rozpiętym na nim Chrystusem Panem, zaś po lewej i prawej jego stronie mniejsze krzyże, na których wisiało dwóch łotrów. Tych ostatnich nie ruszano, widać bliżsi byli sercom pobożnych protestantów, niźli ów Pan Jezus gwoździami do Drzewa przybity. Nie darowali Mu, zarzucili powróz na szyję i zwalili na posadzkę, a potem rzucili się na Niego, z czym kto miał - z drągami, siekierami, kamieniami, młotami i tłukli, i walili, i cięli, aż rozpadł się w drzazgi, a potem i te drzazgi deptali stopami, jakby chcąc je zetrzeć na pył. A dwóch łotrów spokojnie, z wysokości, przyglądało się tej nabożności. Temu przydawaniu chwały Bogu. Temu zacnemu czynowi gorliwych Jego czcicieli.
Gdy jedni zajmowali się unicestwianiem krucyfiksu, inni wydarli drzwiczki do tabernakulum, z puszek i cyboriów wytrząsnęli na podłogę konsekrowane hostie i komunikanty, deptali stopami i na nie pluli. Naczyń liturgicznych, a jakże, nie potrzaskali bynajmniej, a pochowali za pazuchy i do worów. Cóż, wszak były one ze szlachetnych kruszców, to nie godziło się z nimi źle obchodzić, a nie daj Boże, uszkodzić, iżby nie straciły na wartości, bo Żyd mógłby za nie zapłacić tylko cenę kruszcu, a nie wyrobu...
Jeszcze inni zaś wdarłszy się do zakrystii, powywlekali z szuflad komód i kredencji16 pyszne, złotem i srebrem tkane bądź haftowane ornaty, kapy, dalmatyki, welony kielichowe, ubierali się w nie i z wrzaskiem obłąkańców biegali po ulicach.
Jakiś filut i żartowniś poupychał trochę konsekrowanych komunikantów po kieszeniach i wypatrzywszy stadko gołębi, karmił je nimi... Zasłyszał był bowiem, że ongiś jakiś pobożny niemiecki luteranin karmił hostiami swoją papugę.
Tego dnia bez wątpienia była wielka radość w niebie i sam Pan Bóg klaskał w dłonie z ogromnej uciechy. A już szczególnie się uradował, gdy jakiemuś przypadkowemu przechodniowi, który nie chciał się przyłączyć do tych gorliwych chrześcijan, wybito wszystkie zęby i skopano go po nerkach, aż zamiast moczu oddał krew...
Marzyło się pobożnym mężom, aby złowić jakąś zakonnicę, iżby ją zgwałcić, ale tego dnia nie mieli szczęścia do zakonnic... Pech jakiś, czy coś?...
Na koniec, bo zmierzch nadchodził, pomyślano i o modlitwie, więc zaczęto śpiewać psalmy na ponurą nutę...
* * *
Jak psy wściekłe, jak zajadłe brytany, gryźli się między sobą członkowie protestanckich denominacji. Luteranie nienawidzili kalwinistów, kalwiniści luteran, jedni i drudzy antytrynitarzy17 , a najsławetniejszego z tych ostatnich, Miguela Serveta18 , kazał spalić na stosie nie byle kto, bo sam Kalwin przecie! Ale oni wszyscy w jednym byli zgodni - w nienawiści do katolików. Czemu dawali wyraz w napaściach na ludzi, bezczeszczeniu świątyń, profanacjach, bluźnierstwach i znieważaniu wszystkiego, co do tej pory uważane było za święte.
Katolicy byli tymczasem w wyraźnej defensywie. W krajach urzędowo protestanckich musieli się kryć lub ponosili śmierć męczeńską, w innych, jak choćby we Francji, kalwińscy protestanci - hugenoci, śmiało i bez zahamowań, z jakąś diabelską zajadłością, prześladowali katolików, burzyli kościoły, klasztory, a nawet - nie wiedzieć czemu - szpitale, które przecie i im samym służyły. Lubowali się w mordach popełnianych na zakonnikach i gwałceniu zakonnic. Tak! Ci sami hugenoci, których się daje za przykład katolickiego okrucieństwa i nietolerancji. Na domiar szczycili się tymi czynami.
Aż wreszcie... nadeszła noc krwi i grozy...
Hugenockie poczynania - hugenockie mordy, hugenockie bluźnierstwa i świętokradztwa, katolickie odpowiedzi na nie - nie mniej okrutne, ale w początkowej fazie konfliktu nie aż tak okrutne. Inaczej bowiem jest, gdy ktoś się broni przed agresorem, a inaczej, gdy sam tym agresorem się staje.
Francja pogrążona w chaosie, niepewność, co dalej będzie z państwem, niechęć protestantów do domu panującego, pogłębiająca się nienawiść mogąca Francję ostatecznie doprowadzić do ruiny, szczególnie gdyby - tak, jak tego pragnęli hugenoci - udało się sprowokować króla do wojny z Hiszpanią. To wszystko ani nie wyglądało, ani nie wróżyło dobrze.
A hugenoci rośli w siłę. W większości miast, szczególnie tych dużych, liczących się, nie mieli co prawda przewagi, lecz w mniejszych, w miasteczkach i na wsiach, sytuacja wyglądała już inaczej. Ich liczba rosła - było ich w kraju kilkaset tysięcy i przybywało, a w miarę, jak ich siła rosła, rosła też i bezczelność, a szczególnie ciekła im ślinka na zawładnięcie Paryżem. Nie byli to bowiem anieli w ludzkiej skórze, jak to później oświeceniowi prorocy i wszelkiej maści lewactwo wmówiło tak zwanym ludziom, inaczej masom, niegdyś określanymi prostymi, trafnymi słowy: pospólstwem, gawiedzią, czy też jeszcze trafniej - motłochem.
Ale król, chociaż pozostający pod dużym wpływem admirała Gasparda de Coligny19 , protestanta, którego nawet wyjątkowo zaszczycał, nazywając go ojcem, nie miał raczej zbyt wiele do powiedzenia, więc choćby i przejawiał wolę, iżby mocniej poprzeć kalwinistów, nie bardzo dysponował taką siłą, by to przeprowadzić. Ponad królem, chociaż nie formalnie, to przecież faktycznie, stała jego matka, Katarzyna Medycejska ciesząca się zdecydowanie złą sławą.
A ona nie życzyła sobie bynajmniej żadnych wojen, wręcz przeciwnie, na rękę by jej było uspokojenie nastrojów w królestwie i osiągnięcie równowagi między katolikami a hugenotami.
Katoliczką była tylko z nazwy, naprawdę chrześcijaństwo, w jakimkolwiek wydaniu, raczej jej nie obchodziło. Miała za to niepohamowane ambicje zdobycia królewskiego tronu dla każdego ze swych dzieci i prowadziła własną twardą politykę zmierzającą w tym kierunku.
Do tego zaś potrzebowała pokoju, nie zaś wojny, albo, jeśli na pokój nie mogła liczyć... wyeliminowania przeciwnika, wyrugowania go ze sceny politycznej.
To było dla niej ważne, a nie, w co kto wierzy. A niechby i wierzył w kopkę siana, póki nie zagrażał jej planom oraz interesom dynastycznym, to mógł sobie wierzyć...
Franciszek II i Karol IX zasiadali po kolei na tronie Francji, trzeci z braci podle starszeństwa, Henryk, raczej nie miał widoków na koronę, no, chyba żeby i Karol IX umarł przedwcześnie i bezpotomnie, ale na to przecie liczyć nie można było.
Zatem katolicka władczyni, królowa-matka Katarzyna, chciała go najpierw ożenić z protestancką królową Anglii, Elżbietą Tudor, nie bacząc na to, że byłby wówczas zmuszony przejść na protestantyzm, a kiedy nic z owych planów nie wyszło, próbowała osadzić go na tronie Algierii, co byłoby równoznaczne, gdyby się owo zamierzenie powiodło, z przejściem przez Henryka na islam. A kiedy i tego nie udało się przeprowadzić, zaczęła się starać dla niego o tron polski, a w Polsce musiałby być katolikiem...
Taki to właśnie katolicyzm fanatyczny i bezkompromisowy, jak się można dowiedzieć z licznych opinii protestanckich, a i nie tylko protestanckich także, tak zwanych historyków, panował na paryskim dworze Walezjuszy.
Lecz to, że chrześcijaństwo - w żadnym wydaniu, ani ortodoksyjnym, ani heterodoksyjnym - nie miało dla Katarzyny żadnego znaczenia, nie oznacza bynajmniej, iż w nic nie wierzyła, o nie, była bowiem żarliwą wyznawczynią innego kultu. Jakiego? O tym będzie później.
Tymczasem, chcąc uspokoić nastroje panujące w królestwie, Medyceuszka wpadła na pomysł, iżby swoją jedyną córkę Marguerite, po naszemu Małgorzatę, de Valois, zdrobniale nazywaną Margot, wydać za hugenockiego króla Nawarry, Henryka.
Była co prawda potrzebna do tego dyspensa papieska, jako że Henryk był nie tylko innej wiary, ekskomunikowanym heretykiem, ale na dodatek także i krewniakiem Margot, lecz Katarzyna ową dyspensę lekceważyła.
Podobnie lekceważyła ją Margot, no i narzeczony, król Henryk też, ale przynajmniej w jego przypadku nie może budzić to zdziwienia ani potępienia, albowiem uważał papieża rzymskiego za antychrysta.
Co więc postanowiono, to i przeprowadzono.
Mimo drobnej przeszkody, jaką była śmierć matki pana młodego, która ślub odsunęła nieco w czasie, to przecie plan Katarzyny się ziścił. I chociaż kontrakt ślubny podpisano już w kwietniu, to oficjalne zaręczyny nastąpiły dopiero 17 sierpnia 1572 roku, zaś sam ślub w dzień później, 18 sierpnia.
Dziwaczne to było widowisko, albowiem ceremonia, po zapewnieniu kardynała Karola de Bourbon, wuja pana młodego, iż dyspensa papieska lada chwila dotrze do Paryża, w co on udawał, że wierzy, bo inaczej nie mógłby legalnie Henrykowi i Margot udzielić ślubu, odbyła się nie w kościele, ale na placu przed nim, konkretnie przed paryską katedrą Notre-Dame.
A czemu tak? Ano, bo gorliwy protestant, hugenot, Henryk z Nawarry zdecydowanie odmówił wejścia do świątyni i uczestniczenia we Mszy. Sumienie mu na to, jak twierdził, nie pozwalało.
Zatem młodą parę jęto wiązać węzłem małżeńskim na placu przed katedrą. Henryk podczas ceremonii ślubnej nie robił już żadnych trudności, natomiast Margot i owszem.
Śmierdziało jej owo polityczne małżeństwo bardzo - to w przenośni. Śmierdział jej też przyszły małżonek - czosnkiem i kozami - a to już bez przenośni. Brzydziła się nim jako mężczyzną. I to okrutnie. Już chyba wolałaby parzyć się z capem niż z nim.
Chyba więc dlatego, gdy kardynał zadał jej rytualne pytanie, czy chce pojąć Henryka za męża, nie odpowiedziała na nie. Milczała. Pytanie ponowił, milczała uparcie.
Ten i ów zaczął chrząkać.
W takiej sytuacji nie wiadomo było, co robić. Pytać po raz kolejny i kolejny, z nadzieją, że w końcu coś powie? A jak nie powie? Pewności nie było.
Plan matrymonialny Katarzyny Medycejskiej ocalił i sytuację uratował książę Henryk, brat Margot i późniejszy król Polski, który w nagłym olśnieniu, stojąc z tyłu, palnął pannę młodą z całej siły pięścią w tył głowy tak, że musiała nią kiwnąć, co kardynał z ulgą odczytał jako znak wyrażający zgodę.
Ślub dobiegł końca.
Po zakończeniu ceremonii nastały dni zabaw, które trwały do 21 sierpnia, a więc, jak na królewskie weselisko, raczej skromnie i krótko.
* * *
Równocześnie z Henrykiem z Nawarry przybyło do Paryża, iżby uczestniczyć w ślubie, całe mrowie hugenotów. Zachowywali się butnie. Jakby dając w ten sposób do zrozumienia, że dzięki owemu mariażowi, odczytywanemu przez wielu, nie ważne czy słusznie, czy nie, za kapitulację katolików przed protestantami, że teraz oni są górą, że trzeba się z nimi liczyć, bynajmniej nie pozornie, ale naprawdę.
Królową Katarzynę ogarnęła wściekłość. Nie dość, iż plan pogodzenia i zjednoczenia Francuzów - katolików i protestantów, wydawał się zagrożony, to i równowaga sił na samym szczycie była zachwiana na korzyść hugenotów.
Stało się to zaraz po zamordowaniu François de Guise20 , skrytobójczo, strzałem z pistoletu, przez Jeana de Poltrot21 , 24 lutego 1563 roku. A mówiło się przy tym, choć on sam się tego wypierał, że wydarzyło się owo z poduszczenia admirała de Coligny.
Wtedy Katarzyna uznała, że miarka się przebiera i admirał stał się jej solą w oku, paląc je niemiłosiernie.
Nie czuła się panią we własnym państwie. A to Hiszpanie bezpardonowo mieszali się w wewnętrzne sprawy Francji, a to hugenoci coraz wyżej podnosili głowy, a to wreszcie jej syn, jej ukochany Karol IX, zaczął wierzgać i wyrywać się z matczynych pęt, zaraz po tym, jak poślubił Elżbietę Austriacką i, mimo że żona była katoliczką, sam rzucał się w objęcia znienawidzonego protestanta, admirała Coligny'ego, ulegając jego wpływom.
Nie, tak być nie mogło! Jej plany, marzenia, zamierzenia lada moment mogły obrócić się w perzynę. Więc?... Trzeba było zrobić z tym wszystkim porządek! W radykalny sposób! Dość już miała półśrodków, które niczego pozytywnego nie przynosiły. Dosyć!
Coligny... był to, wedle opinii nie tylko hugenotów, ale i katolików, człowiek uczciwy i stateczny... Ale może nie tak do końca? Wypierał się, ale czego innego można się było spodziewać? Że przyzna się do podżegania do skrytobójczego mordu na Gwizjuszu? Że choć nie osobiście, ale to jednak on pokierował ręką Jeana de Poltrot? To by może i przełknęła, ale Coligny wszedł na jej teren, zawłaszczając monarchę. Nie, nie monarchę, bo tak o nim nie myślała, wszak rzeczywistym królem była ona, zatem nie monarchę, ale jej syna!...
Wyrzucała nie raz Karolowi, iż ją zdradził, choć ocaliła go zarówno przed Gwizjuszami, jak i hugenotami, że posadziła go na tronie Francji, a doczekała się wyłącznie niewdzięczności i spiskowania z admirałem. Groziła mu, że wróci do Italii, a jego porzuci na pastwę losu. Lecz Karol, człowiek mocno niezrównoważony, mało się tym przejmował.
Wtedy podjęła decyzję. Kalwiński admirał Gaspard de Coligny będzie musiał zniknąć z tego świata. W sercu Katarzyny zapadł na niego wyrok. Ostateczny i nieodwołalny.
A uroczystości ślubne i zabawy i weselisko, dawały ku temu doskonałą okazję. Można przecież było upozorować wypadek... a w ostateczności, gdyby to nie wyszło - skrytobójstwo.
22 sierpnia Charles de Louviers de Maurevert22 , schowany w domu kanonika Villemur, czatował na pojawienie się admirała, który tamtędy zwykł był chadzać. I doczekał się. Wypatrzywszy Colignego na ulicy, po dwakroć wypalił doń z arkebuza. Marny był jednakowoż z niego strzelec. Jedna z kul naderwała bowiem admirałowi palec, druga utkwiła w ramieniu.
Gdy król dowiedział się przy śniadaniu o zamachu, czym prędzej odwiedził poszkodowanego w towarzystwie matki i braci, biorąc ze sobą najlepszego chirurga, którym wonczas uznawano pana Ambroise'a Paré23 . Król był wściekły i przyrzekł admirałowi, że znajdzie sprawców i srogo ich ukaże. Skończyło się jednak na słowach. Bo tyle tylko ten król mógł - gadać.
Ranny admirał natomiast, przeczuwając, że zbliżają się jego ostatnie chwile, że wyrok nań już został wydany, błagał władcę, iżby wyzwolił się spod wpływów matki i sam zaczął rządzić Francją.
Na jego nieszczęście owa matka wszystko to słyszała, co zapewne całą sprawę przyśpieszyło...
* * *
Nad Paryżem słońce zachodziło krwawo. W gabinecie Karola IX królowa Katarzyna i jej zaufani siedzieli nieruchomo, w ciszy. Król natomiast nerwowo przemierzał komnatę - od drzwi do jednego z okien i na powrót. Kręcił głową, jakby nie mogąc się pogodzić z tym, co usłyszał z ust matki. A ona poinformowała go, że hugenoci, w tym i Coligny, zawiązali spisek na jego życie.
- Nie, nie i nie! To podłe kłamstwa, to oszczerstwa. Nie! Nigdy w to nie uwierzę! Nigdy!!! Coligny? To jest po prostu niemożliwe!
Katarzyna zaczęła tracić cierpliwość, porwała się gwałtownie z fotela i, zastąpiwszy Karolowi drogę, spojrzała mu głęboko w oczy.
- Wychowałam cię, chroniłam, zapewniłam koronę, ustrzegłam od śmierci z rąk wrogów, a ty mi zarzucasz kłamstwo?! I to kiedy? W jakiej chwili? Wtedy, gdy znów chcę cię ocalić? Synu!...
Katarzyna prawie krzyczała. Król zaś poczerwieniał na twarzy, oczy mu się zwęziły, zaciśnięte wargi zaczęły drżeć. Dłonie zwierał w pięści i rozprostowywał je gwałtownie. Widać było, że z całych sił się hamuje, iżby nie rzucić się z tymi pięściami na matkę. A ona nie przestawała.
I tak się mocowali ze sobą i bez słów i krzycząc na siebie nawzajem. Czas płynął... minęła jedna godzina... druga... aż w końcu król uległ. Nie zdzierżył nacisku, nie wytrzymał napięcia. Rzucił się ku drzwiom, krzycząc:
- Skoro musicie, skoro tylko to was zadowoli, to zabijcie ich wszystkich... Słyszycie? Wszystkich! Niechże ten problem zniknie już ostatecznie! Raz na zawsze! Zamknąć bramy miejskie, aby nikt się nie wymknął!
Królowa i jej zaufani odetchnęli z ulgą.
* * *
Książę Henri de Guise24 ze zgrają żądnych krwi towarzyszy czym prędzej udał się pod dom, w którym leżał ranny admirał. Gwizjusz został na zewnątrz, reszta wbiegła do środka. Kilka sztyletów przebiło pierś de Colignego. Admirał zacharczał, ale po chwili umilkł już na zawsze.
- Co z nim? Co z admirałem? - wołał zza okna Gwizjusz.
- Koniec, panie, koniec.
- Tedy wyrzućcie go na ulicę.
Mordercy powlekli trupa ku oknu i wypchnęli na zewnątrz.
Trup upadł u stóp Gwizjusza, u stóp diuka Henri de Guise, który wreszcie zaspokoił pragnienie zemsty na starym admirale za to, że ów kazał zabić jego ojca... Rachunki wyrównane?... Nie, jeszcze nie...
- Odetnijcie mu głowę i zanieście królowej na dowód, że zadość się stało jej życzeniu - rozkazał.
- A ciało? - zapytał któryś z napastników.
- Ciało? - de Guise wzruszył ramionami. - Ciało? - de Guise kopnął trupa. Zróbcie z nim, co chcecie.
* * *
Śmierć admirała Gasparda de Coligny to był dopiero początek. Ludzie Gwizjusza rozpoczęli polowanie na przywódców hugenockich, a paryski tłum dzielnie im w tym pomagał. Zaskoczeni protestanci prawie nie stawiali oporu. Krew lała się strumieniami, trupy zaścielały ulice. Gwałty i rabunki. Miłosierdzie uciekło z Paryża... mimo zamkniętych miejskich bram...
Kto z hugenotów uszedł żywy z tej rzezi, jaka miała miejsce w noc 24 sierpnia, kiedy to przypadało wspomnienie Apostoła Bartłomieja, ten świętemu mógł był podziękować za to, iż doświadczył cudu...
Oszczędzono życie Henryka z Nawarry, bynajmniej nie dlatego, że był bliskim krewniakiem Walezjuszy, nie dlatego, że był zięciem królowej, bo ta usilnie namawiała córkę, iżby natychmiast wystąpiła o unieważnienie małżeństwa, ale z czystego politycznego wyrachowania, ponieważ jeśliby kazała zaszlachtować i tego Burbona, to Gwizjusze mogliby ponad miarę wzrosnąć w siłę. I co wówczas? Na to pytanie nie potrafiła znaleźć dobrej odpowiedzi, dlatego cuchnący czosnkiem i kozami Henryk przeżył...
* * *
Sytuacja we Francji powoli się uspokajała. Katarzyna koiła nerwy. Jej plany się ziszczały. Nadzieja na tron dla Henryka rosła. Z Polski dochodziły radosne dla niej informacje, bo od kiedy król Zygmunt August zgasł, szanse na tron krakowski dla jej syna stawały się coraz bardziej realne. A kiedy wreszcie posłaniec przybył z wieścią, że dnia 11 maja 1573 roku polscy elektorzy na swego pana wybrali jej Henryka, księcia Angoul?me, Orleanu i Andegawenii, mogła wreszcie odetchnąć z ulgą... Przynajmniej na razie...
WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY
Poselstwo
Koniec maja 1573 roku był bardzo ciepły i pogodny. Niebo nad Sandomierzem czyste, bez jednej, choćby najmniejszej chmurki, miało barwę głębokiego chabrowego błękitu. Choć jeszcze nie nadeszło południe, słońce przygrzewało dość mocno, nie na tyle jednak, by sprawiało to przykrość. Raczej odwrotnie. Było przyjemnie i sielsko, bo powietrze nie stało nieruchome, ale od czasu do czasu łagodny, ledwo wyczuwalny wietrzyk poruszał nim nieco.
Ścieżką przecinającą leniwie falujący i połyskujący srebrzyście łan żyta, który się ciągnął od strony Rokitka aż prawie po Wzgórze Świętopawelskie, szedł wolnym krokiem dość wysoki, foremnie zbudowany, prosty niczym świeca, a wyglądający na jakieś osiemnaście-dziewiętnaście lat, młodzieniec.
Ubrany był w ciemnopąsowy kontusz, ściągnięty w talii pasem, do którego przytroczona była demeszka, czyli szabla, zwana także damascenką. Pod kontuszem miał bladobursztynowy żupan, na nogach safianowe buty, głowę zaś okrywała mu czapka z czaplim piórem, spod której wymykała się niesforna grzywka koloru dojrzałej pszenicy.
Przemierzywszy pole porosłe zbożem, zagłębił się w płytki parów, biegnący wpierw ku kościołowi Nawrócenia Świętego Pawła, a potem skręcający w lewo i ciągnący się dalej, aż do podnóża następnego wzniesienia, którego płaski szczyt wieńczyły zabudowania zamku królewskiego.
W parowie ciepło odrobinę zelżało, jego zbocza bowiem, gęsto porosłe murawą, ziołami, krzakami nieokwitłych jeszcze głogów, a rozwijających się dopiero kwiatów dzikich róż i bzów czarnych, miejscami rzucały nieco cienia.
Piechur z lubością wciągnął powietrze, łowiąc nozdrzami aromaty, którymi przesycony był cały jar. Niektóre z nich rozpoznawał, niektórych nie.
Najpierw poczuł odurzający, aksamitny i gorzkokorzenny zapach rozgrzanych słońcem, głęboko powcinanych i jakby posrebrzanych po wierzchu, listków piołunu i wtórującą mu balsamiczną, korzenną, z odrobiną cierpkości, woń macierzanki i ciepłej, wilgotnej ziemi.
Później natomiast owionęła go chmura niezbyt miłego zapachu, który był mdły, ale z ledwo wyczuwalną słodkawoostrą i jakby odrobinę gorzkawockliwą, niezbyt przyjemną nutą, która emanowała z kremowobiałych kwietnych baldachów dzikiego bzu.
Intensywne wonie rozsnuwały się daleko, tak daleko, jak sięgał oddech rozpalonej słońcem sytnej ziemi, niosący się wraz z tchnieniem wietrzyku, a właściwie z leniwymi poruszeniami rozgrzanego powietrza, muskającego zioła, prawie nieruchome, mimo jego pieszczotliwych dotyków.
Młody człowiek minął następne dwa kościoły, zostawiając Świętego Jakuba po prawej i Świętego Jana po lewej swojej ręce i teraz szparko zmierzał ku podnóżu kolejnego wzniesienia. Na wprost niego pysznił się okazały, wspaniały zamek królewski wzniesiony z kamienia i czerwonej cegły, kryty takiej samej barwy dachówką, otoczony murem, za którym pysznił się zadbany ogród. Całe zaś zamkowe wzgórze było obwiedzione fosą, zasilaną krystalicznie czystą wodą strumienia zwanego Piszczelka. Nie miał ów kasztel co prawda tej okazałości, co monarsza siedziba na Wzgórzu Wawelskim w Krakowie, niemniej była to i tak budowla godna władców. Bywali w świecie powiadali, iż był to zamek nie gorszy niż paryski Luwr, tyle, że pozbawiony jego przepychu. Bogaty, lecz z umiarem, strojny, lecz powściągliwie.
I nie dziwota, wszak Sandomierz był, drugą po Krakowie, stolicą Małopolski i miastem stołecznym jednego z największych województw w Koronie. Na stu czterdziestu najważniejszych dostojników Rzeczypospolitej wojewoda sandomierski między senatorami świeckimi brał w Senacie trzecie miejsce, po kasztelanie krakowskim i wojewodzie krakowskim, któremu to przysługiwało drugie miejsce, ale na zmianę z wojewodami poznańskim i wileńskim. Zaś spośród trzydziestu jeden senatorów piastujących urzędy kasztelanów większych, sandomierski, jako drugi, szedł zaraz po poznańskim. Zaś stary król Zygmunt, a i jego poprzednicy również, tytułował się "z Bożej łaski królem Polski, Ziemi Krakowskiej, Sandomierskiej etc.". W tej właśnie kolejności.
Młodzieniec przyspieszył kroku, kierując się ku bramie prowadzącej na zamkowy dziedziniec. Strażnicy trzymający wartę przy wejściu nie zareagowali na jego widok, był im więc on najpewniej doskonale znany.
Z naprzeciwka, przecinając na ukos brukowany polnym szpatem25 plac, zbliżał się do przybysza jakiś starszy szlachcic. Kiedy spotkali się mniej więcej w połowie drogi, ten ostatni zawołał:
- Nareszcie! Gdzieżeś to waćpan bywał do tej pory? Właśniem wyszedł, aby cię odszukać!
- Z rana nabożnie słuchałem mszy u Świętego Pawła, a potem udałem się na przechadzkę, aby zażyć powietrza. A stało się coś?
- A i owszem. Panowie Kochanowscy specjalnie zjechali do Sandomierza w drodze z Warszawy, z pola elekcyjnego. I chcą cię widzieć.
- Dopiero dziś zjechali? Ja tu jestem od pozawczoraj. Acan zresztą też.
- Może ich coś zatrzymało. Ale nie ma co po próżnicy gadać i czas mitrężyć, bo i co nas to obchodzi. Pójdźmy, to prędzej się pan wywiesz, w czym rzecz.
- Racja.
Ruszyli szparko ku głównemu wejściu, nad którym wmurowana była prostokątna tablica z orłem zygmuntowskim o złoconych szponach i takiejż koronie oraz z łacińskim, także złoconym, napisem.
Pokonawszy kilkanaście stopni, weszli do wielkiej i wysokiej sieni z pociemniałą ze starości belkowaną, dębową powałą, a potem skierowali się w stronę jednej z komnat. Starszy szlachcic zakołatał do jej drzwi, a usłyszawszy zaproszenie, nacisnął klamkę i ze skrzypieniem je otworzył, po czym obaj z towarzyszem przekroczyli próg.
Przy ciemnomiodowym, jesionowym stole, o gładko wypolerowanym blacie, na krześle z wygiętym oparciem rzezanym w kiście winogradu i jabłka grantu26 oraz obitym oliwkowym złoconym flandryjskim kurdybanem, siedział wysoki i mocno zbudowany mężczyzna. Włosy miał krótko ostrzyżone i nie po sarmacku bynajmniej. Twarz zaś pociągłą, przyozdobioną długą brodą i sumiastymi wąsami. Był to pan Jan Kochanowski herbu Korwin, znakomity i szeroko już sławny w świecie poeta. Niedaleko, wpodle ściany, siedział jego młodszy brat, Andrzej, który także bawił się piórem, tyle że przekładając cudzoziemskie utwory na ojczystą mowę. Byli to synowie Piotra, sędziego sandomierskiego, sami też już zasłużeni dla rodzinnej Terra Sandomiriensis27 .
Na widok wchodzących podźwignęli się oba nieco, z uszanowania, a potem Andrzej, wskazawszy przybyłym zydle i gestem zapraszając, by spoczęli, zwrócił się do młodzieńca z pytaniem:
- Waćpan jesteś Jakub Białecki herbu Leszczyc?
- W rzeczy samej. Ale ja Waszą Miłość znam. I Wasza Miłość także mnie znać powinien.
- Jakbym twarz kojarzył... posturę... przypomnijże chłopcze.
- Parę miesięcy temu. Tu, w Sandomierzu. W Jarmark na świętą Pryskę...
- Ach tak! Teraz sobie przypominam. No nic. Nieważne. Posłuchaj młodzieńcze. Pan Jan Tomicki herbu Łodzia28 , ten sam, którego kandydaturę do tronu naszej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej panowie szlachta wysunęli na polach elekcyjnych, a z której zrezygnował i ostatecznie poparł francuskiego królewicza, formuje orszak, który uda się do Francji po nowego monarchę.
- Cóż z tego?
- A to, że chciałby cię mieć w onym orszaku.
- Mnie? - zdumiał się Jakub. - Wszak się nie znamy. Bo i skąd? Za wysokie progi na lisie nogi.
- Czemu ciebie? Tego nie wiem. Widać ktoś cię zaprotegował. Orszak ma liczyć ponad sto pięćdziesiąt osób, to może znalazł się między nimi ktoś, kto cię zna i wspomniał o tobie? A pan Tomicki prosił nas tylko, mnie i brata, cobyśmy cię odszukali, gdy będziemy w Sandomierzu, i wysłali do niego. Jak widzisz, posłannictwo spełniliśmy. Decyzja zaś należy do ciebie. Ja jednakowoż radziłbym ci skorzystać z zaproszenia. Coś takiego trafia się raz w życiu. Może też i zyskasz na tym nieco więcej niż tylko piękną przygodę? Może, jak cię ktoś ważny dostrzeże, postąpisz kiedyś na jakiś urząd, a nie tylko będziesz łany obsiewał żytem i pszenicą, a największym wydarzeniem w roku będzie kulig albo sandomierski Jarmark na św. Pryskę... Kto wie?... Zresztą... i to ma wartość, że kawałek świata zobaczysz!
Białecki niby słuchał w skupieniu, ale jednocześnie w oczach zaczęły mu pobłyskiwać iskierki radości, na twarzy pojawiły się lekkie wypieki i jął niespokojnie przestępować z nogi na nogę.
Pan Jan Kochanowski uśmiechnął się do chłopaka, wstał, zbliżył się do niego i poufale oparł mu dłoń na ramieniu.
- Widzę, iż zaproszenie padło na dobrą glebę. Jedź, młodzieńcze! Wolno mi sądzić, że nie pożałujesz. Jedną ci tylko dam radę. Pilnuj się! Pilnuj się cudzoziemskich pokus! Boga się bój i każdy swój dzień, skoro tylko z rana oczy otworzysz, Jemu polecaj. A czy władasz jaką obcą mową?
- Tak, władam.
- I jakąż to?
- Łaciną...
Kochanowski odął wargi i prychnął:
- Ba! Toż to oczywiste! Wszak szlachcicem jesteś, to jakże byś mógł po łacinie nie rozumieć?!
- Nieźle też italski język poznałem i dobrze się po francusku dogadać potrafię...
- Po francusku? - zdziwił się pan Jan. - A to ciekawe! A skądże to? Jakeś posiadł znajomość tej mowy?
- Trochę przypadkiem. Nie mogąc znieść niepewnego losu w ojczystej Francji, zjechał był do Polski jeden z hugenockich ministrów, czyli jak to inaczej mówią pastorów, coś jak u nas ksiądz. No i jakoś tak się stało, że znalazł gościnę pod dachem naszego dworu. Ojciec mój zaś nie omieszkał wykorzystać onej okazji i poprosił, by mnie ów przybysz po francusku wyuczył.
- No tak, zjechał tu do nas, w Sandomierskie, do tego matecznika kalwinów i arian... i znalazł dach nad głową we dworze katolika? Paradne! To tylko u nas w kraju możliwe! W innym królestwie by go po prostu zarżnęli - pan Jan Kochanowski burknął z wyraźną dezaprobatą i pokręcił głową, ale po chwili, spokojniejszym już tonem, zapytał - A jakże się on zwał, ów kacerz?
- Louis-Antoine Belmain.
- Ach! To już rozumiem! - wtrącił się do rozmowy młodszy z panów Kochanowskich, Andrzej. - Poznałem w Warszawie tego jegomościa i z rozmowy z nim wiem, iż wraz z orszakiem pana Tomickiego rusza do Francji. Pewnie to on cię zarekomendował, a jako atut podał, iż biegle mówisz po francusku! A tobie Janie dopowiem, że Lubelskie nie lepsze. Nie mniej tam kacerzy niż u nas.
- I nie ma się co dziwić, boć to przecie ta sama ziemia, sandomierska i to samo plemię, sztucznie przez Kazimierza IV w 1475 podzielone na dwoje, od czego jeszcze nawet i sto lat nie minęło29 . A co do tego tu młodego człowieka, to zapewne tak było, jak mówisz, nie inaczej - zgodził się pan Jan, a młody Białecki im przytaknął, znowu nerwowo przestępując z nogi na nogę.
- Tedy szykuj się chłopcze do drogi! Widzę, że ci bardzo pilno?
Jakub podziękował, skłonił się grzecznie i pośpiesznie opuścił komnatę. Na kwaterę, którą wynajął na mieście, pędził jak na skrzydłach, a skoro tylko przekroczył próg izby, rzucił pacholikowi, który bezmyślnie gapił się w okno i zawzięcie dłubał w nosie, od czasu do czasu, jakby dla urozmaicenia, drapiąc się po przyrodzeniu:
- Pakuj nas! Skoro świt ruszamy w drogę!
Pacholik skrzywił się niemiłosiernie:
- Jeszcze żeśmy, paniczu, ani krzty wywczasu nie zażyli, a już mamy gdzieś jechać?
- Nie marudź, nie marudź i bierz się do roboty.
Pacholik nic już nie odrzekł i zabrał się do pakowania tobołów.
- Koniom obroku nie poskąp! Owsa, owsa im sypnij, tak od serca! Niech sił nabiorą przed podróżą!
- Jak panicz każe... ale się szkapiny po owym owsie zapierdzą...
- Co tam burczysz pod nosem? - Jakub nie dosłyszał.
- Jak panicz każe! - głośniej powtórzył sługa.
- Ano właśnie! Tak zrobisz!
Zza okna do uszu młodzieńca doleciał spiżowy dźwięk zegara z ratuszowej wieży, który wybijał godzinę. Jakub zaczął liczyć. Najpierw cztery mocniejsze uderzenia, a potem słabsze, za to bardziej dźwięczne. Jeden... pięć... dziewięć... dwanaście...
Boże! - pomyślał. - To już południe! Nie wiadomo, kiedy upłynęło tyle godzin... A jutro w drogę! Z uciechy zatarł ręce.
* * *
Pan Tomicki przyjął młodego Białeckiego łaskawie i do formującego się orszaku przyłączył, proponując także, aby został na jego dworze, iżby w naukach bardziej mógł się wyćwiczyć, pańskiej ogłady nabyć, a dzięki temu z czasem może i na urząd jakiś postąpić. Tyle że nie przyjął go jako oficjalnego członka poselstwa, co chyba zrozumiałe, ale tak czy siak, było to dla młodzika, któremu ledwie co wąs się sypnął, znaczne wyróżnienie. A i ojciec, kiedy mu Jakub przez umyślnego przekazał tę nowinę, bardzo się uradował i przestał martwić, że syn coś nazbyt długo nie wraca z elekcji.
Jednakowoż cierpliwość młodziana, w gorącej wodzie kąpanego, została wystawiona na próbę. Zdawało mu się bowiem, iż ruszą do Francji, skoro tylko on się u pana Tomickiego zamelduje, tymczasem dni mijały, a orszak nie rozpoczynał podróży. Debatowano, roztrząsano, zastanawiano się, jaką trasę wybrać, obawiając się drogi przez kraje niemieckie, ostatecznie jednak usłuchano rady biskupa Walencji Jeana de Monluc i innych członków francuskiej delegacji i ruszono z Międzyrzecza na zachód, rozpoczynając tę daleką wyprawę.
Chociaż pierwsze emocje u pana Jakuba nieco już opadły, to jednak, gdy się jął rozglądać między członkami delegacji, wzrosły one na nowo, a i duma także go rozpierała, duma, iż znalazł się w tak zacnym towarzystwie, w którym nie brakowało licznych karmazynów z najpierwszych w Rzeczypospolitej rodów30 .
Poselstwu przewodził reverendissimus Adam Konarski, herbu Abdank, biskup poznański, a wcześniej sekretarz i zaufany zmarłego króla jegomości Zygmunta Augusta. Był to mąż poważny, o dość odpychającej powierzchowności, kościstej budowy, z wielką czarną brodą i takimi samymi wąsami, o twarzy pociągłej, zapadniętych policzkach i odstających uszach znacznych rozmiarów.
Między dygnitarzami świeckimi prym wodził, jak nietrudno się domyślić, pan Jan Tomicki, któremu towarzyszyli trzej synowie, a pośród innych najznaczniejszych wielmożów znalazły się takie osobistości jak Mikołaj Firlej, herbu Lewart, kasztelan wiślicki, syn Mikołaja, wojewody sandomierskiego i hetmana wielkiego koronnego; Jan Zborowski, herbu Jastrzębiec, hetman nadworny; Andrzej Górka, herbu Łodzia, kasztelan międzyrzecki, syn Andrzeja kasztelana kaliskiego i starosty generalnego Wielkopolski; Jan Herburt z Felsztyna, herbu Herburt, starosta sanocki; Jan Zamoyski, herbu Jelita, także były sekretarz zmarłego króla; czy wreszcie kniaź Aleksander Proński, herbu Pogoń Ruska31 . Były też i pomniejsze rangą, choć niekoniecznie urodzeniem, persony.
Kiedy przekroczono granicę Rzeczpospolitej i podróżowano przez Śląsk, nie było jeszcze tak najgorzej, bo bez przeszkód można się było porozumiewać polską mową, lecz kiedy wjechano do Saksonii, Jakub poczuł się niczym okaleczony, jakoby niemowa. Co prawda na Łużycach można się było jakoś dogadać z miejscowymi, bo ich język także był słowiański i bardzo podobny do lechickiej mowy, gdy jednak poselstwo znalazło się w rdzennych krajach niemieckich, młodzieniec nie rozumiał niczego ni w ząb. Próbował zagadywać po łacinie, po italsku, po francusku, ale nieodmiennie słyszał coś, jakby pies szczekał: Ich verstehe nicht!32 Wzruszał tedy ramionami i jeśli już koniecznie musiał - dogadywał się na migi.
To jednakowoż była błahostka, w porównaniu z utrudnieniami, z jakimi polskie poselstwo spotkało się ze strony Niemców. Oto bowiem elektor saski zaaresztował w Lipsku Polaków i towarzyszących im Francuzów, nie dozwalając dalszej podróży, a nadto straszył nieprzyjemnymi konsekwencjami, gdyby, nie zważając na jego zakaz, próbowali udać się w dalszą drogę przez kraje cesarskie, iżby przedostać się do Francji. Nie zawahał się nawet przed jawną pogróżką: "Jeśli ruszycie w dalszą drogę, wielkiemu poddacie się niebezpieczeństwu!". A mogło to oznaczać ni mniej, ni więcej tylko to, iż Niemcy ich po prostu wymordują. Co by i nie było dziwne, znając zbójecki charakter tego narodu.
Początkowo nie wiedziano zatem, co dalej czynić, w końcu jednakże, rada w radę, oddelegowano bezpośrednio na dwór księcia elektora jednego z panów, a mianowicie pana Jana Herburta z Felsztyna, który miał przekazać ostre w tonie oświadczenie, iż aresztowanie posłów, którzy udają się po swego króla, to nie tylko naruszenie praw narodów i dobrych obyczajów, lecz ponadto faktyczne zerwanie traktatów przyjaźni zawartych ongi między Rzeczpospolitą a Rzeszą Niemiecką, na których obydwu stronom winno zależeć. Dlatego też poselstwo polskie zabawi w Lipsku jeszcze przez dwa dni, a potem, nie zważając na zakazy księcia elektora, ruszy w dalszą drogę.
Nie w smak były księciu te słowa, lecz ugiął się i już ani nie straszył, ani też nie szkodził więcej. Niemniej dalsza podróż przez niemieckie kraje nie należała do najprzyjemniejszych, a droga do Francji niepomiernie się dłużyła.
* * *
Jakub odetchnął z niewysłowioną ulgą, gdy w końcu między delegatami rozeszła się wieść, iż w odległości niewielu już mil jest granica Rzeszy.
8 sierpnia wjechali do lotaryńskiego miasta, do Pont-Mousson. Niestety, ulga była przedwczesna, w Lotaryngii nadal bowiem, zamiast miłej dla ucha francuskiej mowy, słyszał przeważnie to niemieckie poszczekiwanie. Ale i ta przykrość wreszcie się skończyła, bo gdy minęło kolejnych jedenaście dni podróży, w końcu dotarli do Paryża.
* * *
Ścisk, ciżba, tłumy - wiwaty i dziwowanie się mieszczan, a i szlachty także - tak witano Polaków. Niebywały przepych poselstwa, egzotyczne stroje, dumne postawy, a na ostatek pełne odwagi przemówienie wygłoszone po francusku przez pana Tomickiego, wzywające króla, by zaprzysiągł pacta conventa, łącznie z gwarancją wolności sumienia i wyznania w Rzeczypospolitej - to wszystko zrobiło niebywałe wrażenie, dobrze tu bowiem jeszcze pamiętano hugenocką krew płynącą ulicami w noc św. Bartłomieja i trupy zalegające bruk, szarpane przez psy.
Jednakowoż elekt do przysięgania nie był skory i to nawet wtedy, gdy już niby uległszy polskim panom, niechętnie stanął przed ołtarzem paryskiej katedry Notre-Dame. Aż na ostatek głęboko poirytowany pan Jan Zborowski nie zdzierżył i mocno podniesionym głosem, nie bacząc, iż jest w kościele, ozwał się do przyszłego króla:
- Si non iurabis, non regnabis!33
Wtenczas dopiero Henryk skłonił głowę i na Krzyż Święty, na Mękę Pańską - przysiągł.
Nie było to jednak po myśli księdza biskupa Konarskiego, który ze wszech sił od składania tej przysięgi króla usiłował odwieść. Ostatecznie jednakże biskup poniósł porażkę, a Rzeczpospolita znów miała władcę...
W Luwrze
Ponieważ na wyjazd króla Henryka do Polski trzeba było poczekać jeszcze parę tygodni, bo niezwykle starannie przygotowywano się do tej podróży, młody pan Jakub Białecki, poza skromnymi obowiązkami, które mu wyznaczono, czasu wolnego miał co niemiara. Nie nudził się jednak bynajmniej, albowiem zwiedzał Paryż, który wzbudzał w nim nieco mieszane uczucia. Z jednej strony znaczne miasto tętniące życiem, jakiego jeszcze ani razu nie widział, bo poza Sandomierz zwykle się dalej nie wypuszczał, przyprawiało o zawrót głowy, z drugiej wszystko tu było inne i obce. Tęsknił więc za czymś swojskim, za czymś, co by mu przypomniało ojczyznę, ale kościoły, domostwa, ludzie, a nawet kramy przekupek były odmienne od tych, które znał z Polski. Ba! Nawet i sprzedajne dziewki uliczne były inne!
Któregoś jednak dnia zabłąkał się nad Sekwanę i natknął tam na okraweczek zapuszczonej łąki, gdzie po przejściu kilku kroków owionął go słodkawockliwy, z wyraźnym miodowym akcentem, jakby lekko lepki, pozostawiający jednak chropawy posmak, zapach żółtych kwiatów kozibrodu.
Przymknął oczy i wyobraził sobie gęstą murawę nieopodal rodzinnego dworu bogato poprzetykaną tym złocistym kwieciem, a później jeden z jego ulubionych sandomierskich parowów, gdzie w słoneczne i ciepłe letnie przedpołudnia pachniało tak samo, jak tutaj. Nie dane mu jednak było długo się delektować tymi wyobrażeniami. Szybko wrócił do rzeczywistości, kiedy posłyszał za plecami energiczne męskie kroki i pytanie, najwyraźniej skierowane do niego:
- Monsieur le Chevalier! Czy aby pan nie pobłądził, panie polski rycerzu?
Jakub przystanął i, obejrzawszy się, ujrzał francuskiego szlachcica w stroju gwardzisty królewskiego, na oko swojego rówieśnika, który prawą ręką dwornie uchylał kapelusza, lewą zaś wspierał na rękojeści szpady.
Zapytany odkłonił się grzecznie i odparł:
- Ano cóż, monsieur, z braku przewodnika błąkam się bez celu i planu. A może wręcz i bez sensu trochę. Zwiedziłem najważniejsze miejsca waszej stolicy, chociaż bynajmniej pewnie nie wszystkie, bo niewiele wiem o Paryżu.
- A czy w Luwrze pan byłeś? - zapytał Francuz.
- Ba! A niby jak? Czyż można tak komu bądź i kiedy bądź wchodzić do siedziby monarchy?
- A pan by chciał, panie kawalerze?
- A czy to możliwe?
- I owszem!
- Więc?
- Zawracaj zatem i chodźmy, monsieur! Pełnię dziś wartę w pałacu, więc ci to ułatwię.
- A nie obawiasz się, panie, że mogę być kimś, kto mógłby zagrozić bezpieczeństwu króla?
- Przecie należysz do oficjalnej polskiej delegacji, zatem musisz być osobą najwyższego zaufania. A poza tym w swoim niezwykłym stroju nie skryjesz się pomiędzy innymi, zawsze będziesz się wyróżniał. A to udaremnia jakiekolwiek próby zamachu. A... poza tym... poza tym... prędzej król tobie zagrozi niż ty królowi...
- W istocie - uśmiechnął się Jakub. - Poprawnie pan rozumujesz, chociaż pewności jednak nigdy mieć nie można. Wybacz, monsieur, ale zdajesz mi się być dosyć lekkomyślny. Gdybym ja się znajdował na pańskim miejscu, na pewno bym nie zaryzykował.
Francuz wzruszył ramionami i podkręcił wąsa:
- Więc idziesz pan, czy nie? Bo jeśli nie, to niech każdy z nas rusza w swoją stronę!
- Oczywiście, że idę. Nie przegapię takiej okazji!
Ostatecznie więc zawrócili i poszli. Po niewielu minutach marszu dotarli do Ogrodów Tuileries, a potem skierowali się w stronę królewskiej siedziby, do której dostali się bocznym wejściem. Znalazłszy się w budynku, polski szlachcic wyczuł jakiś niemiły odór, jakby starego moczu. Jednakowoż uznał, że może węch mu płata figle, że może to tylko jakiś rodzaj stęchlizny, albo skądś od rzeki przygnało ten smród. Tak czy inaczej, nie pachniało tu ładnie, chociaż wnętrze robiło duże wrażenie.
- A teraz panie kawalerze, kiedyś już w środku, możesz się rozpatrzeć, jak we Francji mieszkają władcy.
- Władcy? I skądże ta liczba mnoga?
- Jakże skąd? No przecież król Francji Karol, król Polski Henryk, królowa-matka Katarzyna, królowa Nawarry Margot...
- Prawda, umknęło mi to z pamięci. Ale jakżeś to pan wymienił te imiona? Zdaje się, że niezgodnie z precedencją34 ?
- Panie, kpisz pan ze mnie? - gwardzista chwycił za rękojeść szpady.
- A skądże! Nie obznajmiony jeszcze jestem z dworską etykietą, z protokołem... Korzystam więc, gdzie i jak się da, żeby się czegoś nauczyć.
Francuz słysząc takie słowa, nic już nie powiedział, zresztą nie musiał, bo jego bezbrzeżnie zdumiona mina wszystko powiedziała za niego.
- Zatem, monsieur, czy mam rację? - Jakub nie ustępował.
Gwardzista, potrząsając głową z niejaką dezaprobatą, w końcu dość gwałtownie ujął Jakuba za łokieć i poprowadził schodami w stronę jednego z korytarzy, wiodących w głąb gmachu. Nie uszli daleko, kiedy Francuz skierował się w stronę wnęki w ścianie, w której ustawiony był marmurowy tors jakiegoś mędrca czy greckiego bożka.
- Wybacz, panie kawalerze - przeprosił towarzysza, po czym bezceremonialnie rozpiął spodnie i odwróciwszy się w stronę postumentu, na którym była umieszczona rzeźba, zaczął oddawać mocz.
Skończył, otrzepał się, głośno wypuścił gazy, zapiął spodnie, odwrócił się z uśmiechem do kompana i jakby nigdy nic rzucił:
- No! Teraz mi lżej!
Jakub stał ze szczętem skonfundowany, bo czegoś takiego w życiu by się nie spodziewał. Jednocześnie dotarło do niego, że to, co wyczuł zaraz po wejściu do budynku, to naprawdę był stary, wyschły i zatęchły mocz.
- I cóżeś pan zrobił?... - wydusił z siebie z Polak.
- No jakże co? Ulżyłem naturalnej potrzebie, przecież pan widział, monsieur.
- Potrzeba może i naturalna, lecz nie miejsce, by sobie ulżyć - żachnął się Białecki.
- Nie rozumiem?... - Francuz zrobił tak zdziwioną i zarazem zakłopotaną minę, iż widać było, że naprawdę nie wie, o co rozmówcy chodzi. - A w owej waszej Polsce gdzie potrzebujący może ulżyć pęcherzowi? Bo nie wyobrażam sobie...
- W wychodku, czyli locum secretum, monsieur, w wychodku! - Jakub nie pozwolił mu dokończyć zdania.
- A i cóż to takiego?
- Osobne pomieszczenie, skąd nieczystości odprowadzane są od razu poza mury zamkowe! Drzwi ma zawsze zawarte to i smrody po korytarzach i komnatach się nie rozchodzą!
- Dziwne... i po cóż to? Nie łatwiej tak jak u nas?
Jakub aż złapał się za głowę:
- Bo to i nieprzystojnie, nieobyczajnie, to raz i żeby nie śmierdziało, to dwa.
- Może i jest w tym jakaś szczypta racji... może... tylko czy, u licha, warto komplikować proste sprawy? Przecież służba posprząta. Ale zakończmy ten temat, bo nie ma w nim niczego interesującego. Teraz zaś, monsieur, zostawię cię samego. Po pałacu możesz chodzić do woli. Jeśli byś jednak zapragnął gdzieś zerknąć za zamknięte drzwi, radzę ostrożność, iżbyś sobie jakiejś biedy nie napytał.
- A gdy mnie ktoś zaczepi i zacznie dochodzić, jakem tu wszedł, to jak się mam tłumaczyć?
- Nijak. Skoroś tu jest, to widać ci wolno. Nikt o nic pytać cię nie będzie. Zapamiętaj tylko drogę, byś trafił prosto do wyjścia, a nie pogubił się i potem nie błąkał.
* * *
Wnętrza Luwru zrobiły na Jakubie ogromne wrażenie. Bogactwo, przepych, okazałość... Rozległe, wysokie, ciągnące się hen korytarze i komnaty o krzyżowych i kolebkowych sklepieniach, pokrytych stiukami, przepysznymi malowidłami i złoceniami. Ściany z rzędami okien i drzwi, których wnęki były równie bogato zdobione, co i sufity. Fryzy, gzymsy, belkowania, kolumny, palmety, pilastry, stiuki, medaliony, wspaniałe meble ze szlachetnych gatunków drewna zdobione markietażem35 , inkrustowane, intarsjowane... Feeria barw, blask złota i srebra, macica perłowa, polerowane brązy, kość słoniowa, niezliczone obrazy i rzeźby, elegancja, wykwint i zbytek, ale zawsze pełen smaku... Przepych... przepych... przepych... Aż kręciło się w głowie...
Galerie i krużganki, tajemnicze schodki, zaciszne pokoiki i obszerne komnaty, tapety z bogato tłoczonych w fantazyjne wzory kolorowanych, złoconych i srebrzonych szlachetnych skór i tapiserie - arrasy ze scenami rodzajowymi i gobeliny zdobione werdiurami36 . Boazerie, w które wkomponowano obrazy w pysznych, bogato zdobionych ramach, cudowne rzeźby poustawiane w niszach, a wszystko to jak z fantastycznego snu...
* * *
Jakub, zwiedzając pałac, dotarł na ostatek do pewnej niewielkiej, lecz przytulnej komnaty, mającej nie więcej niż dziesięć kroków na długość i jakieś osiem na szerokość. Posiadała ona tylko jedno wąskie okno, za to dwoje drzwi umieszczonych w naprzeciwległych ścianach. Jej wyjątkowo skromne umeblowanie składało się z filigranowego stolika, równie filigranowej ozdobnej hebanowej szafki inkrustowanej srebrem, w której zamku tkwił kluczyk, kilku krzeseł oraz obszernego wygodnego łoża, które zajmowało nieomal połowę powierzchni pomieszczenia. Było to dziwne, ponieważ pokój nie wyglądał na sypialnię.
Pan Białecki ruszył ode drzwi, przez które wszedł i skierował się ku drzwiom znajdującym się po przeciwnej stronie komnaty, po czym położył rękę na klamce. Nie zdążył jednak jej nacisnąć, bo czyjaś inna dłoń otwarła je z drugiej strony i teraz zaskoczony młodzieniec znalazł się twarzą w twarz z wytwornie ubranym mężczyzną, z kolczykiem w uchu, obficie skropionym pachnidłami, w którym rozpoznał... króla Henryka.
Obydwaj, zdezorientowani nieco, przez chwilę zamarli w bezruchu, po czym Jakub cofnął się gwałtownie, blednąc i czerwieniąc się na przemian, następnie zaś skłonił się przed przybyłym, najdworniej jak umiał.
Król był równie zaskoczony, nie spodziewał się bowiem w tym miejscu zacisznym i skrytym, położonym z dala od serca pałacu, spotkać jednego ze swoich przyszłych polskich poddanych.
Jakub przez parę chwil nie potrafił wydobyć z siebie głosu, dopiero po dłuższej chwili, kłaniając się po raz kolejny, wydusił tylko te kilka słów:
- Wasza Królewska Mość! Sire!...
Król, widząc zakłopotanie intruza, natychmiast odzyskał rezon i z uśmiechem, siląc się na polski, powiedział:
- Dządobrhy, Monsieur le Chevalier!
Młodzik odetchnął z ulgą i, jednocześnie zginając się w ukłonie, po francusku odpowiedział królowi:
- Sa Majesté! Najjaśniejszy Panie!
Henryk wszedł do komnaty, a zaraz za nim jakiś jeszcze szlachcic, w którym Jakub rozpoznał drugiego z braci - króla Francji Karola IX. Skłonił się więc ponownie, lecz tym razem całkiem stracił już i głos i odwagę. Stał więc w milczeniu niczym skamieniały, bo nie wiedział jak wybrnąć z niezwykle kłopotliwej sytuacji.
Tymczasem władcy rozsiedli się na krzesłach i przyglądali Polakowi, z jakimiś dziwnymi wyrazami twarzy, lubieżnymi półuśmieszkami na ustach, drapieżnymi błyskami w oczach, trochę z drwiną, trochę z szyderstwem, a trochę z dziwnym jakowymś podnieceniem.
W końcu Henryk powstał i wyciągnął rękę w kierunku szafki, której wcześniej, siedząc, dotykał ramieniem. Przekręcił klucz, otwarł drzwiczki i wydobył ze środka flaszę o dziwnym kształcie, napełnioną jakimś złocistym i jakby lekko opalizującym płynem. A może to szkło flaszy opalizowało? Postawił flaszę na stoliku i sięgnął ponownie w głąb kredensiku, wyciągając tym razem wysmukły kielich z weneckiego szkła na kręconej nóżce.
Odkorkował butelkę, a następnie napełnił kielich po wręby płynem, który zawierała. Później przesunął delikatnie naczynie w stronę Jakuba i przywołał go gestem.
- Wypij, monsieur. Za nasze zdrowie. I za zdrowie naszego brata.
- I cóż to jest, Najjaśniejszy Panie?
- Wino, panie kawalerze, wino, a cóż by innego?!
- Nie ma u nas zwyczaju, by samemu pić...
- Lecz nie jesteśmy u was, lecz na razie jeszcze u nas. Monarsze się nie odmawia. I zapewniamy cię, że takiego wina nigdy w życiu nie kosztowałeś. Być może będziesz je wspominał przez długie lata?
Chłopak nic już nie rzekł, tylko chwycił nóżkę kielicha w palce, z szacunkiem pochylił głowę, potem podniósł go niezbyt wysoko i dobitnie wypowiedział słowa toastu:
- Vivat dux Henricus! Vivat rex Carolus!37 Dziękuję za niebywały zaszczyt, jakiego dostąpiłem, ze strony Waszych Królewskich Mości.
Przyłożył brzeg naczynia do ust i upił ze dwa łyki, a wtedy zdało mu się, że to jakowaś ambrozja bogów olimpijskich, rozkoszny nektar nieznany, specjał nieziemski wlewa mu się do wnętrza, a stamtąd przenika do żył i napełnia całe ciało cudownym, mistycznym niemal, nasyceniem! Już się więc nie ociągał, wypił wino kilkoma długimi łykami, aż mrużąc oczy z zachwytu. Kiedy zaś spełnił toast, postawił kielich na brzegu stoliczka i czekał, co będzie dalej. Ale nic nie było, Henryk ponownie napełnił puchar po wręby i znów delikatnie przesunął go w stronę młodzieńca...
* * *
Jakub był odurzony i bezsilny. Nie był skrępowany, lecz nie mógł się poruszyć. Przed oczami przesuwały mu się jakieś twarze, jedne realne, inne jakby z miłych baśniowych majaków, a jeszcze inne niczym dręczące widma ze snów koszmarnych. Nie odczuwał jednak lęku. Był obojętny na wszystko, co się wokół niego działo, a nawet na to, co jego samego spotykało. Uzmysłowił sobie, że leży na obszernym łożu, które zajmowało większą część komnaty, a tuż nad swoją twarzą ujrzał twarz króla, a właściwie księcia, bo przecież nie był jeszcze koronowany, Henryka. Władca zbliżył swoje usta do ust młodzieńca i jął całować je namiętnie. Potem zaś zaczął go rozbierać, nieomal zdzierając z niego przyodziewek. Gdy był już nagi, odwrócił go na brzuch i zaczął gładzić, a potem lekko kąsać w zadek, tak jednak, żeby go nie pokaleczyć, szepcząc coś przy tym, ale, mimo iż słowa docierały do uszu Jakuba, nie rozumiał ich, rozróżniał co prawda poszczególne dźwięki i sylaby, sensu jednak nie chwytał, mimo iż były to słowa znajome. To przez tę pustkę w głowie... Zamiast myśli - martwota, niemoc, otępienie...
Nie protestował, bo było mu obojętne, co się z nim dzieje. W końcu poczuł jeszcze intensywniejszą woń perfum Henryka, a potem jego ciężar na sobie. Smukłe i delikatne palce zaczęły rozsuwać mu pośladki...
- Henryku! Nie! - jakiś ostry, podniesiony młody kobiecy głos rozległ się komnacie. - Henryku!!! Ani się waż!
Czyjeś ręce zacisnęły się na ramionach księcia i poczęły go ściągać z Jakuba.
Henryk dźwignął się na nogi, podciągnął spodnie i z wściekłością schwycił napastniczkę w żelazny uścisk, a potem z całych sił pchnął ją na ścianę.
- Ferme ta gueule! Casse-toi!38 - wrzasnął ordynarnie.
Siedzący dotychczas bez ruchu i tylko przypatrujący się bratu i jego poczynaniom względem Polaka, Karol IX, teraz się odezwał:
- I czemuż to, Margot, wtrącasz się w nieswoje sprawy? A może zazdrościsz? Poproś Henryka to i tobie wygodzi, jak to już nie raz bywało - i począł się donośnie śmiać, ale zaraz zamilkł. Jakiś skurcz przebiegł mu przez twarz i wykrzywił usta w okropnym grymasie. Karol schwycił się za głowę i wyjęczał:
- Znów płonę... znów płonę... och! Niechże mi ktoś ulży...
Margot podeszła do niego, przytuliła głowę brata do piersi i zaczęła ją gładzić.
- Już dobrze braciszku, już dobrze... To minie, za parę chwil minie...
Król drżał jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu się uspokoił, kiedy jednak Margot chciała się od niego odsunąć, przytrzymywał ją z całych sił, błagając:
- Zostań, Margot, zostań...
Henryk, rozzłoszczony, rzucił się na krzesło, wyciągnął nogi jak najdalej przed siebie i założywszy ręce na piersiach, sapał z wściekłości.
- Henryku - Margot spokojnym głosem odezwała się do niego. - Henryku. Czy wiesz, jakie by mogły być konsekwencje tego, czegoś chciał się tu dopuścić?
- Żadne... - burknął książę i wzruszył ramionami.
- Nie, nie żadne. Polacy to nie Francuzi, z polską szlachtą nie można tak sobie poczynać, jak z francuską. To raz, a dwa - jeszcze jesteś w Paryżu, a nie w Krakowie i jeszcze nie zostałeś koronowany!
Henryk znów wzruszył ramionami.
- Gdyby wybuchł skandal, to polski tron mógłby cię ominąć. Wątpię, żeby Polacy puścili płazem taką zniewagę. Toż to poseł! Może nie magnat, nie arystokrata, ale poseł! Powinieneś to zrozumieć. I tak już cała nasza rodzina ma w świecie złą reputację, nie dokładajmy do niej kolejnych zgorszeń, braciszku. Raczej trzeba się nam zastanowić, jak zatuszować całą tę niemiłą historię. Ów młodzieniec w końcu dojdzie do przytomności i będzie chciał wrócić do swoich. I co się stanie, gdy im opowie o tym, co go tu spotkało? Oby niczego sobie nie przypomniał, lecz nie można mieć takiej pewności, bo a nuż wszystko zachowa w pamięci?
- Margot ma rację - zgodził się Karol, po czym wyswobodził się z jej objęć, sięgnął po sztylet i skierował w stronę wciąż półprzytomnego Polaka. Jego wąska i chuda szczurza twarz o chytrym wyrazie, w jednej chwili zmieniła się w twarz krwiożerczą, oczy mu płonęły żądzą mordu i drżał cały, jakby z pożądania.
- Co chcesz uczynić?! - zawołała Margot.
- Jakże co? Zabić! Rozwiązać problem. Usunąć przeszkodę. Tak będzie najprościej.
- Zaczną go szukać - Henryk pokręcił głową z dezaprobatą. - Nie bracie, nie można go tu zaszlachtować, co jak wiemy, emocjonuje cię, podnieca i uspokaja zarazem, chociaż zgadzam się, że tak by było najprościej i w innych okolicznościach bym cię nie powstrzymywał.
- Więc? - Karol spojrzał pytająco na Henryka.
- Może na początek przenieście go do mnie, do mojej komnaty? - wtrąciła Margot.
- A potem?
- Potem coś wymyślę. Czyż to raz ratowałam was z opresji?
Obydwaj Walezjusze ujęli młodzieńca mocno pod ramiona i poprzedzani przez Margot powlekli tajemnym korytarzem do jej sypialni.
Nad Paryżem poczynało zmierzchać...
* * *
Jakub Białecki obudził się zmęczony i nie całkiem przytomny. Czuł się otępiały i lekko zamroczony. W pierwszej chwili nie wiedział, gdzie się znajduje, ale spojrzawszy na bogato dekorowany sufit, ściany, sprzęty, zrozumiał, że wciąż jest w Luwrze. Jeszcze bardziej się zdumiał, gdy usiadł i dostrzegł leżącą obok, może nie uderzająco piękną, lecz za to bardzo pociągającą młodą kobietę, mogącą liczyć jakieś dwadzieścia lat, która spała wciąż głębokim snem. Nie pojmując, kiedy i jak tu się znalazł, zaczął przyglądać się jej z uwagą. Twarz miała miękko zaokrągloną, czoło wysokie, nos dość wydatny, podobnie uszy, usta duże, ale o szlachetnym wykroju, a ciemnoblond włosy ufryzowane w gęste drobne loczki.
Jakub uchylił przykrycia i zobaczył, iż oboje są całkiem nadzy, co go i przeraziło i do końca zbiło z tropu. Nie pojmował, jak mogło do tego dojść i dlaczego niczego nie pamięta. Miniony wieczór był dla niego czarną bezdenną studnią. Miał pustkę w głowie, a ostatnim, co mu przychodziło na myśl, było dość mgliste wspomnienie tego, jak wchodził do niewielkiej komnaty z obszernym łożem i dwojgiem drzwi. Lecz to nie była komnata, w której się teraz przebudził!
Chłopak pomyślał, że skoro leżą tu obnażeni, to musiał dopuścić się grzechu nieczystego... On, który do minionej nocy żył cnotliwie, a był tak skromny, iż nawet wstydził odzywać się do dziewcząt, nie mógł teraz pojąć, jak doszło do tego, że leży taki, jakim go Pan Bóg stworzył, obok rozebranej kobiety w jednej z królewskich komnat Luwru... I kimże jest jego towarzyszka?...
W głowie kłębiły mu się najróżniejsze myśli, jedna goniła drugą, lecz nijakiego rozsądnego rozwiązania sytuacji, w której się znalazł, żadna z nich nie przynosiła.
Nie wiedział, gdzie jest, poza tym, że w pałacu królów Francji, nie wiedział, z kim jest i - co najgorsza - nie miał pojęcia, jak się stąd wymknąć niepostrzeżenie i wydostać na zewnątrz. Może gdyby ktoś go podprowadził do owej niewielkiej komnatki, którą zapamiętał jako ostatnią, to pewnie jakoś by mu się udało trafić do wyjścia. Tyle, iż na coś takiego nie mógł przecież liczyć. A jeśli nawet chciałby spróbować odnaleźć drogę na własną rękę, to jak? Wszak był goły!
Więc raz jeszcze rozejrzał się, tym razem bardzo, bardzo uważnie, po sypialni i skonstatował, iż musi ona należeć do kogoś znacznie wyżej postawionego w hierarchii pałacowej, niż zwykła dwórka. Hrabina? Jakaś księżna? A może nawet... Czym prędzej zgasił tę myśl. Nie, nie! To nie byłoby możliwe... Żadną miarą... chociaż... chociaż bardzo mu kogoś przypominała. Tak jakby już ją kiedyś widział... W katedrze Notre-Dame? Gdy elekt zaprzysięgał pacta conventa? Nie!... To absurdalne przypuszczenie! Jakub przeraził się własnych myśli. Nie, nie! Inaczej się wygląda w ubraniu, pomiędzy ludźmi, w świetle dnia, a inaczej nago w pościeli, w cokolwiek mrocznej sypialni...
Tymczasem leżąca obok urocza nieznajoma w końcu otworzyła oczy, potem rozkosznie się przeciągnęła i uśmiechem powitała młodzieńca. Ten ostatni zaczerwienił się po samo czoło.
- Jakże ci się spało, panie kawalerze? - zapytała.
Jakub milczał.
- Pogniewałeś się na mnie? A fe! Nieładnie, panie kawalerze! Gdzież twoja dworność? I to po nocy spędzonej w jednym łożu?... - wyciągnęła wypielęgnowaną dłoń i pogładziła Jakuba po policzku. Potem zaś, wsparłszy się na łokciu, zajrzała mu głęboko w oczy i drapieżnie przywarła wargami do jego warg.
Młodzieńcowi aż zakręciło się w głowie i na chwilę stracił dech. Nieznajoma odsunęła się od niego i nadal na wpół siedząc, na wpół leżąc, z filuternym uśmieszkiem i diablikami w oczach zapytała:
- I cóż, mon cherie? Wciąż milczysz?
- Pani! Ani nie wiem, kim jesteś... ani też, kiedy i jak się tu znalazłem...
- Naprawdę nie pamiętasz, jak się tu znalazłeś? - spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Naprawdę.
- I nie zachowałeś żadnego wspomnienia?
- Niestety!
- A jakie ostatnie zdarzenie przetrwało w twej pamięci?
- To, że wchodzę do niewielkiej, zacisznej komnaty... a potem dopiero moje przebudzenie obok ciebie, pani. Gdybyś tylko zechciała mi przypomnieć... - złożył ręce w błagalnym geście.
- Może przypomnę... ale dopiero za chwilę... Musisz poczekać...
Wysunęła się zwinnie z pościeli i wydobywszy spod łoża porcelanowy, bogato zdobiony wytwornymi malunkami urynał, zwany bourdaloue usiadła na nim, by załatwić potrzebę naturalną.
- Jeśli i ty potrzebujesz sobie ulżyć, nie krępuj się, śmiało, zrób to do kominka.
Jakub wiedział już, że innej możliwości tu nie ma, zatem - chociaż bardzo się wstydził - opróżnił pęcherz w miejsce wskazane mu przez nieznajomą. Silny strumień moczu rozbryzgiwał się w miałkim popiele, który sklejając się w drobne bryłki, pryskał i osiadał na wszystkim dookoła.
Dama, skończywszy, głośno wypuściła gazy, przykryła nocnik, wsunęła go pod łóżko i ponownie rzuciła się na posłanie. Młodzieniec natomiast rozglądał się gorączkowo, wypatrując swojego ubrania.
- Nie ma go tu - rzekła nieznajoma. - Zabrano je do oczyszczenia. Lepiej wracaj do mnie - uśmiechnęła się zalotnie i kilka razy klepnęła otwartą dłonią w miejsce obok siebie. - No chodź! Jeszcze wcześnie! Chyba nie będziesz stał tu nagi, nie wiadomo jak długo i marzł?
Jakub, wstydliwie zakrywając sobie przyrodzenie dłońmi, usłuchał zaproszenia i wślizgnął się pod przykrycie, starając się jednak, aby nie dotykać swoim ciałem delikatnego, lecz i jędrnego ciała nieznajomej.
Ta jednak wybuchnęła śmiechem, odrzuciła nakrycie i objąwszy ramionami tors młodzieńca, przygarnęła go do siebie, a w końcu legła na nim... Chłopakowi aż tchu zabrakło i zmroczyło się w oczach. Próbował walczyć sam ze sobą, próbował, Bóg świadkiem, lecz żądza okazała się silniejsza... nie umiał jej opanować i... przegrał.
* * *
Nieznajoma, przytulając się do Jakuba, z zadumą wpatrywała się w jego na wpół dziecięcą, wciąż jeszcze niewinną twarz.
- Wybacz, mon cherie, nie wiedziałam, że to twój pierwszy raz... naprawdę mi przykro, że nie mogłam ofiarować ci tego samego... - pogładziła go czule po głowie, zagłębiając długie, delikatne, wypielęgnowane palce w jego miękkie jasne włosy, przeczesując je i bawiąc się nimi. Delikatnie ugryzła go w ucho. - Opowiedz mi coś o sobie.
Wsłuchała się w głos chłopaka, który z początku dość nieporadnie, potem jednak z coraz większą swobodą mówił o matce i ojcu, siostrzyczce, o rodzinnym dworze, o Polsce, o pięknie ojczystej ziemi... A kiedy już skończył, zebrał się na odwagę i zapytał:
- Kimże ty jesteś, cudna pani?
- Nie domyślasz się, panie kawalerze?
- Być może, ale myśl tę odpędzam, jako świętokradczą...
Dama uśmiechnęła się smutno.
- Świętokradczą... Tak... Niczego piękniejszego dotychczas w całym moim życiu nie usłyszałam... A jakże brzmi twoje imię w moim języku? - zmieniła temat.
- Jacques.
- Jacques... - zawiesiła głos na moment. - Jacques... Pora więc zaspokoić i twoją ciekawość, Jacques... Jestem Marguerite de Valois, przez najbliższych nazywana Margot, królowa Nawarry - mówiąc to, usiadła na łożu i energicznie pociągnęła za taśmę dzwonka, przywołując pokojową.
Jakub chwycił królową za rękę, chcąc jej przeszkodzić.
- Kocham cię, pani... - wyszeptał. - Całą swoją duszą, sercem, umysłem... Kocham!
Margot spojrzała na niego z czułością, ale też ze smutkiem i litością. Milczała.
- Musisz już iść - powiedziała w końcu, siląc się na oziębłość.
- Dlaczego?
- Przecież wiesz...
- Czy zobaczę cię kiedyś jeszcze?
- Pewnie tak... lecz co najwyżej z daleka...
- Margot!
- Nie zapominaj się, panie kawalerze!
- Najjaśniejsza Pani!...
- Już dosyć, dosyć... - położyła mu palec na ustach.
Weszła pokojowa z ubraniem Jakuba. Zakładał je w milczeniu, niezgrabnie, nerwowo, myląc części garderoby i potykając się o własne stopy...
- Pójdźmy, panie.
- Dokąd?
Lecz pokojowa nie odpowiedziała, tylko ujęła chłopaka za łokieć i powiodła w stronę ukrytego przejścia.
W milczeniu mijali puste jeszcze korytarze, budząc w nich ponure echa. Jakiś dziwny chłód ścisnął serce Jakuba. Pokojowa poprowadziła go ku kutym, kręconym schodom prowadzącym ostro w dół, bezpośrednio ku podziemiom. Na ostatek dotarli do lochu o chropawych ścianach, umurowanych z szarego kamiennego ciosu, nagich, zimnych i wilgotnych, ciągnącego się prosto, jak strzelił, kędyś w mrok. Dziewczyna przystanęła, skrzesała ognia i zapaliła świecę. A później powędrowali dalej, ostrożnie stawiając stopy. Po kilkunastu minutach na końcu tunelu pojawiły się niewielkie drzwiczki, które przewodniczka bez trudu otworzyła i gestem pokazała młodzieńcowi drogę. Bezwiednie jej usłuchał i wyszedł na zewnątrz. Był w Ogrodach Tuileries.
I dopiero teraz ocknął się z martwoty i zamyślenia, gwałtownie odwracając, aby zatrzymać dziewczynę. Tyle pytań kłębiło mu się pod czaszką! Lecz już jej nie było. Usłyszał tylko odgłos zatrzaskiwanych drzwiczek i stukot szybkich kroków oddalających się gdzieś w głąb podziemia... Usiadł na trawie i wtulił twarz w dłonie. Wszystko, co przeżył, zdało mu się przedziwnym snem, słodkim i jednocześnie bolesnym majakiem, cudownym i zarazem strasznym...
- Margot... - wyszeptał. - Margot... moja miłości... - w gardle poczuł ucisk i gorycz, a w kącikach oczu zaszkliły mu się łzy. - Margot!
Jeszcze nie minęło pół godziny, od chwili, gdy rozstał się z kochanką, a już przeraźliwa tęsknota za nią rozrywała mu serce, pożerała duszę i mąciła rozum.
* * *
Jakub po nocy spędzonej w Luwrze powrócił między swoich całkiem odmieniony. Ci, którzy znali go wcześniej, albo zaprzyjaźnili się z nim w czasie podróży do Francji, nie mogli go teraz poznać. W ciągu zaledwie paru dni stał się zamknięty w sobie, ciągle smutny i milczący. Już sam wygląd świadczył, iż cierpi. Twarz miał bladą, cerę ziemistą, oczy podkrążone i jakby nieobecne, utkwione w martwym punkcie, wzrok mętny. Białka oczu przekrwione z bezsenności. Prawie przestał jeść, więc chudł w oczach i to tak dramatycznie, że już po tygodniu ubrania wisiały na nim jak na kołku.
Gdy pytano, co mu dolega, nigdy nie odpowiadał, a tylko wzruszał ramionami. Czasem jednak wybuchał niepohamowanym śmiechem, a czasem kulił się w sobie i milcząc, chyłkiem uciekał w jakiś kąt, gdzie zanosił się łkaniem. Zachowywał się niczym obłąkany.
Za to każdego dnia z rana, kiedy to odprawiały się msze św., przesiadywał w kościele Saint Germain l'Auxerrois będącym w pewnym sensie królewską świątynią parafialną. Nikt jednak nie widział, żeby się tam kiedykolwiek modlił, za to wciąż rozglądał się niespokojnie, jakby kogoś wypatrywał, albo na kogoś czekał. Później zaś godzinami krążył wokół Luwru. Z nikim nie rozmawiał i na zaczepki nie reagował.
Tymczasem zbliżała się pora wyjazdu orszaku królewskiego do Polski, a młody szlachcic miał się coraz gorzej. W stanie, w jakim się znajdował, absolutnie nie nadawał się do podróży. Rada w radę, przyjaciele postanowili powiadomić o wszystkim pana Tomickiego, ten zaś zdecydował, że nie można dłużej tego bagatelizować i nakazał czym prędzej wezwać medyka.
Przyszło ich nawet dwóch - jeden Włoch, drugi Francuz. Obydwaj dość mocno już leciwi, pomarszczeni i zasuszeni. I obydwaj jednakowo nieprzyjemni w obejściu.
Jakub najpierw nie chciał się poddać oględzinom, ale lekarze, nie zważając na protesty pacjenta, nieomal fizycznie przełamując jego upór, zabrali się do badania tak zdecydowanie, że w końcu im uległ.
Obmacywali go, opukiwali, osłuchiwali, stwierdzając między innymi puls mocno nieregularny, palpitacje serca, dreszcze wywołane lekką gorączką, bóle brzucha zlokalizowane w okolicy żołądka, pieczenie i ucisk w klatce piersiowej.
Z wcześniejszego wywiadu, jaki zebrali w otoczeniu młodzieńca, dowiedzieli się, że jest sfrustrowany, że przeżywa skrajne emocje i zmiany nastroju - od zwykłego rozmarzenia i roztargnienia, po zawroty głowy, odrętwienie i czarną melancholię, nieomal stupor.
Medycy naradzali się długo. Potem raz jeszcze obejrzeli cierpiącego i ostatecznie zawyrokowali, że wymaga on dalszej obserwacji, a doraźnie mogą mu tylko zaoferować puszczenie krwi, co też i uczynili. Potem, a jakże, wzięli honorarium i skierowali się ku wyjściu, obiecując, że odwiedzą chorego rankiem następnego dnia.
* * *
Ledwo świt zaróżowił nieboskłon, obydwaj doktorzy pojawili się na kwaterze Jakuba. Towarzyszyło im dwóch polskich szlachciców, kalwinistów, przyjaciół młodzieńca, którzy przywiedli ze sobą hugenockiego ministra Louisa-Antoine Belmaina, iżby się pomodlił nad chorym, chociaż ten ostatni był katolikiem. Być może mieli też nadzieję, że jeśli pacierze poskutkują, to zyskają nowego współwyznawcę? A może i nie, może to naprawdę było ze szczerej troski i dobroci serca? Kto wie?
Po modłach, gdy medycy znów zajęli się badaniem Jakuba, wielebny Belmain zaczął ściszonym głosem opowiadać towarzyszom, jak to minionego popołudnia, bawiąc w Luwrze, niespodzianie się natknął na królową Nawarry, i że ta nawet zaszczyciła go spojrzeniem.
- Margot... - Belmain wymówił owo imię z rozmarzeniem i niejakim uczuciem. - Margot... choć nie cieszy się najlepszą reputacją, to przecież trudno nie docenić jej urody, wdzięku... Och! Margot... że też nie urodziłem się księciem krwi!
Słysząc to wyznanie, wszyscy się roześmiali.
- Ależ ona i lokajom daje! - ktoś zakrzyknął.
Ale gdy pastor wypowiedział imię królowej po raz trzeci, słabujący Jakub raptem mocno się ożywił, gwałtownie uniósł głowę i wpił oczyma w twarz mówiącego. W tym samym momencie medycy wyczuli nasilone kołatanie jego serca, a nierówny i dotychczas słaby puls gwałtownie przyspieszył, stając się mocny i miarowy. Lekarze spojrzeli po sobie.
- Le chagrin d'amour? - zapytał Francuz.
- Bez wątpienia - zgodził się Włoch i kiwnął głową.
- Co takiego? - zdziwił się pastor.
- To, co żeś pan usłyszał.
- Wytłumaczcie i nam, jakaż to dolegliwość - odezwał się jeden z Polaków. - Nasz druh choruje, to widać, ale na co?!
- Na miłość, monsieur, na miłość - odpowiedział mu ironicznie Włoch. A po chwili dorzucił, popisując się swoją erudycją: - Amor verus semper dolor est39 .
- Nieprawdopodobne! On nigdy nie miał kochanki! On nawet nie myślał o kochance! - polski szlachcic z niedowierzaniem kręcił głową.
- Objawy pokazują coś innego zgoła. I nawet odkryły nam jej imię.
- Jakież to?
- Margot... królowa Margot...
- Niemożliwe! Niby jak, skąd? Jakimż cudem? Może to uczcicie platoniczne?
- Nie sądzę, iżby miało być ono platoniczne. Objawy są jak najbardziej typowe. Cud zaś w tym przypadku nie byłby konieczny, panie kawalerze. Królowa jest rozwiązła, a w swojej rozwiązłości... jakby to ująć... mało powściągliwa i mało wybredna. Wasz przyjaciel, panowie, mógł spotkać ją przypadkiem. Ona go wykorzystała, a on... on zakochał się bez przytomności i bez wzajemności. Ona być może już o nim nie pamięta, tymczasem jego serce cierpi katusze większe, niż może udźwignąć. Ów brak wzajemności powoduje u waszego druha desperację mogącą doprowadzić nawet do tego, że sam na siebie rękę podniesie. Popatrzcie na niego: spocone dłonie i suchość w ustach, przygnębienie i łzy, bo nie jest przy obiekcie swoich uczuć, utrata apetytu, bóle żołądka, ale gdy usłyszał imię ukochanej, natychmiast przyspieszyła czynność serca, puls stał się mocny i regularny, rozbudziły emocje.
- A jak długo może trwać owa choroba? - zapytał hugenocki minister.
- To zależy. U każdego człowieka przebiega ona nieco inaczej. Jeden cierpi przez kilka dni, inny przez kilka miesięcy, a w skrajnych przypadkach nawet i przez kilka lat. Pięć, sześć lat... czasami zaś nawet i do końca życia...
- Lat?! Do końca życia?!
- I owszem.
- Czy da się to jakoś leczyć?
- Niby tak, ale łatwe to nie jest.
- A co by mogło w miarę szybko poskutkować?
- Chyba tylko schadzka z ukochaną.
- Ba! To przecież niemożliwe!
- No właśnie.
- Więc co robić? Czy ten młody człowiek będzie zdolny odbyć wielotygodniową podróż do Polski? I to na dodatek zimową porą?
- W żadnym razie. Nie w tym stanie.
- Zatem?...
- Zatem musi zostać we Francji. Spróbujemy kuracji. Może się nam poszczęści. A gdy już wyzdrowieje - o ile wyzdrowieje - to sam wróci do ojczystego kraju.
- Niechże i tak będzie - pastor ze strapioną miną zgodził się na ofertę medyków.
- A pieniądze? Kuracja nie będzie tania - ozwał się doktor Francuz.
Hugenocki predykat40 spojrzał na pytającego spode brwi i powiedział:
- Pewnie ma coś w mieszku, ja jednakowoż dołożę trochę złota od siebie. W Polsce odbiorę sobie tę pożyczkę od ojca tego młodego szlachcica.
- To i my coś dorzucimy - ozwali się prawie jednocześnie druhowie Jakuba i wyciągnęli sakiewki. - Ale zwrotu żądać nie będziem!
Obydwaj medycy z aprobatą i wyraźnym zadowoleniem skinęli głowami.
- Zważcie panowie, że tutaj, w tej kwaterze, chory nie może zostać - odezwał się Włoch.
- To kłopot - strapił się hugenot. - A czy da mu się jakoś zaradzić?
- Mogę go zabrać do siebie. Mam niekrepującą izdebkę na pięterku, za ów kąt i strawę nie policzę drogo, wręcz symbolicznie. A będzie to z korzyścią dla chorego, będę bowiem mógł go codziennie doglądać. Co wy na to panowie? - zwrócił się do przyjaciół Jakuba.
Jeden popatrzył na drugiego i zgodnie skinęli głowami.
- Przystajemy na to - odpowiedzieli zgodnie.
- Znakomicie.
- Czy to już wszystko?
- Nie... nie... Jeszcze trzeba mi go dostarczyć, w waszej panowie asystencji. Mnie nie zna, to i może protestować, nie godząc się na tę translokację.
Diuk Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio
Przyszły król Henryk, wraz z towarzyszącym mu ogromnym orszakiem, składającym się z ponad tysiąca dwustu jezdnych, niezliczonych powozów, którymi podróżowały niewiasty, i to zarówno damy dworu, jak i najpiękniejsze paryskie nierządnice i zgrabne cherubinki o gładkich twarzyczkach, których jeszcze nie zeszpecił zarost, wreszcie z taborów z prowiantem dla ludzi i koni, wyruszył do Polski, aby zasiąść na krakowskim tronie.
Tymczasem młody pan Jakub Białecki, wciąż dręczony chorobą duszy, pośrednio niszczącą mu również i ciało, zamieszkał w pokoju na piętrze, jego zaś pachoł w sionce przed drzwiami, sypiając na wiązce słomy, przykrytej byle jaką derką, tak aby ciągle znajdować się blisko pana i być gotowym na każde jego wezwanie.
Medyk, u którego młodzieniec zamieszkał, czyli uczony Giovanni Battista Negroni, magister artium et medicinae doctor, opiekował się cierpiącym, jak potrafił najlepiej - często upuszczał mu krwi, stosował odpowiednią dietę, faszerował pigułkami i proszkami, poił nastojami i naparami, kąpał w ziołowych wywarach i maceratach olejowych, oblewał ukropem, a potem obkładał lodem - słowem czynił wszystko to, co zalecała ówczesna wiedza medyczna. Rezultaty jednakowoż były nawet nie mizerne, ale wręcz żadne.
Doszedł tedy Negroni do wniosku, że sam nie podoła i wezwał na pomoc swojego serdecznego druha, niejakiego Girolama Fiorello, także doświadczonego konsyliarza. Lecz i ów nic nie wskórał, a jego leki i zabiegi również nie przyniosły pożądanego skutku. Tymczasem młodzieniec marniał w oczach. Chociaż co prawda ani Negroni, ani Fiorello nie przejmowali się zbytnio tym, czy ich pacjent wyzdrowieje, czy też zejdzie z tego padołu, jego bowiem leczenie było opłacone z góry, niemniej ich ciekawość została poruszona do tego stopnia, iż za wszelką cenę chcieli odnaleźć remedium na ów niematerialny, a przecież zabójczy toksykant, który zatruł duszę Jakuba i wyniszczał mu ciało.
I któregoś dnia zdało się medykom, że sprzyja im niebywałe szczęście, pojawili się bowiem jednocześnie w stolicy dwaj najwięksi francuscy lekarze owej doby - Michel Marescot i André du Laurens, nie licząc najgenialniejszego tamtoczesnego chirurga, którym uznawano pana Ambroise'a Paré41 , ale jego nie brano pod uwagę, cierpienia Jakuba były bowiem natury duchowej, nie zaś cielesnej. Gdyby na przykład został poszkodowany w pojedynku, to co innego, Paré byłby jak najbardziej pożądany, jednakowoż do leczenia ran dusznych akurat się nie nadawał.
Udali się tedy oba konsyliarze do sławnych doktorów i opowiedziawszy o owym trudnym przypadku, ubłagali znamienitych kolegów po fachu, iżby zgodzili się pofatygować do chorego, obejrzeć go i drobiazgowo przebadać, tak by można było zdecydować o dalszych poczynaniach i ewentualnych sposobach leczenia.
Po oględzinach pacjenta, jego gruntownym zbadaniu i szczegółowym przepytaniu dotyczącym dolegliwości, jakie odczuwa, Marescot i du Laurens zgodnie stwierdzili, iż dotychczasowe leczenie prowadzone było prawidłowo, oni sami niczego więcej by nie mogli zaordynować, dlatego zalecili jedynie kontynuację prowadzonej uprzednio kuracji i... oddanie chorego pod Bożą opiekę.
Pożegnali się tedy i wyszli z izby. Ale kiedy byli już na schodach, jeden z nich, bodaj du Laurens, zatrzymał się jeszcze na chwilę i rzucił przez ramię:
- Słyszałem, że niedawno przybył do Paryża jakiś nadzwyczajny cudzoziemski medicus, a powiada się, że doktor i diuk zarazem, chociaż nosi się raczej jak mnich. Podobno umie działać cuda. Może jego, panowie, poszukajcie?
- A jakże się on zwie? - zapytał Fiorello.
- Atanas. Diuk Atanas? Hrabia Atanas? Doktor Atanas? Opat Atanas? Czy jakoś tak... - odpowiedział du Laurens i oddalił się ku wyjściu. Po chwili dało się słyszeć trzaśnięcie drzwi prowadzących z sieni na ulicę, a później zapadła cisza.
Lekarze spojrzeli po sobie.
- Może warto spróbować?... - Negroni nieco niepewnym głosem zagadnął przyjaciela.
* * *
W mrocznej izbie, z pojedynczym wąskim oknem, wychodzącym na wewnętrzny dziedziniec starego, opuszczonego i na wpół zrujnowanego domostwa znajdującego się na jednym z odleglejszych przedmieść Paryża, przy prostym świerkowym stole, którego blat był dość mocno poznaczony przez korniki, siedział mężczyzna z wyglądu około czterdziestoletni, szczupły i zgrabny, o twarzy inteligentnej i szlachetnych arystokratycznych rysach.
Odziany był w rodzaj pątniczej opończy czy też habitu, z szerokimi rękawami uszytego z czarnej tafty, czyli drogiej tkaniny jedwabnej, gęstej i dość sztywnej, która mieniła się i szeleściła, kiedy mężczyzna się poruszał. Habit ów ściągnięty był w pasie grubym zgrzebnym sznurem, splecionym z surowych włókien konopnych, co dziwnie kontrastowało z tą bardzo kosztowną materią, z jakiej był uszyty. Niemniej dziwne było jeszcze i to, co nawet mało bystremu obserwatorowi od razu musiało rzucić się w oczy, że mężczyzna, z pozoru wyglądający na mnicha, nie miał na sobie, a i też przy sobie, żadnych przedmiotów religijnych - ni krzyża, ni różańca - nic. Zupełnie jak nie mnich. Bo może to i nie był mnich, chociaż taki pozór najwyraźniej chciał sprawiać. Tylko czemu jakiś diuk, czy hrabia, nawet i cudzoziemski, miałby się ubierać aż tak ekscentrycznie? I w izbie także nie można było wypatrzyć żadnych obiektów kultu, nawet prostego krucyfiksu.
We wszystkich kątach pomieszczenia porozsnuwane były za to zarówno dopiero co utkane, jak i stare, obrosłe już kurzem pajęczyny, a z tynku po wielokroć pobielanego wapnem, odpadły tu i ówdzie jego wielkie pecyny, odsłaniając zmurszałą i kruszącą się cegłę. Spróchniała i przeżarta grzybem podłoga pozapadała się była miejscami, tak iż strach było po niej mocniej stąpać. W powietrzu natomiast unosił niemiły odór wilgoci i duszącej stęchlizny.
Diuk, czy też opat miał gładko wygoloną brodę i policzki, głowę nakrytą kapturem dość głęboko naciągniętym na oczy, więc nie można było dostrzec jego włosów. Twarz zaś dziwnie bladą, wręcz białą, jakby z niej odpłynęła cała krew. Wysmukłe i delikatne palce z długimi, wypiłowanymi w szpic paznokciami, mocno kontrastowały z tym na poły zakonnym, na poły pielgrzymim strojem.
Mężczyzna siedział bez ruchu, zatopiony w rozmyślaniach. Od czasu do czasu tylko zerkał w stronę drzwi, jak gdyby spodziewał się odwiedzin.
* * *
Doktorowie Fiorello i Negroni z trudem odszukali oddalony od centrum Paryża zaułek i skryte w nim zatęchłe domostwo, w którym rzekomo miał mieszkać tajemniczy przybysz. Gdy przekroczyli niegdyś piękną, a teraz pogiętą i potrzaskaną kutą bramę i zapuścili się na podwórzec cały zarosły uschłymi już chwastami, miejscami sięgającymi im po pachy, zatrzymali się niezdecydowani, bo to, co ujrzeli, nie wskazywało bynajmniej, żeby owo siedlisko mogło być przez kogokolwiek, nie mówiąc już o jakimś sławnym medyku, zamieszkane.
- Nie, Negroni, ktoś, podając ten adres, wyraźnie z nas zadrwił. Zawracajmy! - powiedział Fiorello.
W tej samej jednak chwili od strony domostwa dobiegł dźwięk przypominający dwukrotne głośne trzaśnięcie drzwiami. Medycy wzdrygnęli się najpierw, ale zaraz potem zdecydowanym krokiem ruszyli w tamtym kierunku. Ruina nie mogła być pusta.
Po paru chwilach znaleźli się w ciemnej i zatęchłej, przesyconej odorem zbutwiałego drewna i zagrzybionej cegły, sieni, w której było kilkoro drzwi i schody prowadzące na wyższe kondygnacje. Rozglądali się trochę bezradnie, nie mając pojęcia, za którą klamkę ująć, gdy oto nagle do ich uszu dobiegł nieco chrapliwy i jakby znużony męski głos:
- Fiorello... Negroni... Zapraszam... tutaj... tutaj... drzwi z prawej...
Przybyłych ogarnęło niebywałe zdumienie. Skądże ów ktoś, kogo głos przed momentem usłyszeli, wiedział nie tylko, że znajdują się w sieni, ale na dodatek znał ich nazwiska!
Negroni nacisnął klamkę. Drzwi otwarły się nieomal bezszelestnie i doktorzy stanęli twarzą w twarz z dziwnym, mającym posturę zakonnika, osobnikiem.
Mężczyzna nie wstał, by powitać gości. Siedział, nadal opierając głowę na dłoni, i tylko intensywnie wpatrywał się w twarze przybyszów. A ci czuli się tak, jakby wwiercał się im w mózgi i wysysał z nich całą jego esencję... cały jego smak... całą jego zawiesistość... i całą jego trzeźwość. Poczuli się puści, zmięci, udręczeni. Poczuli się bezlotni i bezprzytomni niczym kukły poruszane sznurkami zbiegającymi się w palcach lalkarza...
- I cóż panów do mnie sprowadza? Moja niezwykła umysłowość? Bystrość? Geniusz? Polot?... - w jego głosie nie było drwiny, był on matowy i beznamiętny. - Przyprowadźcie do mnie chorego za tydzień... równo za tydzień... zaradzimy temu, co go trapi, niszczy, zabija...
- Doktorze... książę... hrabio Atanas... domniemywam bowiem, iż takie nazwisko pan nosi... A może mam się zwracać słowem "ojcze", a nie "panie"?... bo tak naprawdę to nie wiem z kim...
Fiorello próbował nawiązać rozmowę z ekscentrycznym nieznajomym. Ten jednak zbył go machnięciem ręki, po czym z pewnym trudem podźwignął się z zydla i skierował ku zarośniętemu brudem oknu.
- Jestem don Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio. A z panami porozmawiam za tydzień, panowie, za tydzień...
Zapatrzył się na zapuszczoną resztkę parku, na grupę grabowego starodrzewu, którego czarniawe konary oblepione były zbrązowiałymi uschniętymi liśćmi, na ogromny czerwony buk o nagich potężnych konarach i na rachityczną brzozę, niegdyś strzaskaną przez piorun i teraz pochyloną, jakby w kornym pokłonie, przed owym dostojnym olbrzymem. Tu i ówdzie, na jej wiotkich obwisłych rózeczkach, drżały na wietrze nieliczne nieopadłe do końca złocistożółte, romboidalne, ząbkowane i spiczasto zakończone listki.
Fiorello i Negroni postali jeszcze przez czas jakiś, mając nadzieję, że Atanas zechce jednak zamienić z nimi słowo. Chwile jednak mijały, cisza była taka, że można było usłyszeć, jak kornik drąży nowy korytarz w blacie stołu. A za oknem zaczynało mrocznieć.
Medycy ostatecznie ruszyli więc w kierunku drzwi.
- Dobrej nocy życzymy, ojcze opacie... doktorze... książę?...
Atanas ani drgnął.
* * *
Fiorello i Negroni wkroczywszy w znajomy im już zaułek i dotarłszy do domostwa, w którym przemieszkiwał Atanas, stanęli jak wryci. Oto bowiem na tle zimowych drzew o nagich konarach, gdzieniegdzie tylko ubarwionych żółtawozielonymi kępami wrośniętej w nie jemioły, rysowała się bynajmniej nie opuszczona rozwalina, ale zgrabny pałacyk, którego gładkie tynki lśniły na przemian czystą bielą i różem pompejańskim. Podworzec przed budynkiem wybrukowany był płytami z polerowanego, zielonkawego granitu kładzionymi naprzemiennie z różowym, również polerowanym, sjenitem. Ani śladu brudu, ani śladu chwastów, śmieci, zmurszałych zwałów cegieł i zwalonych na nieregularne kupy obrośniętych mchem kamieni. Żelazne ogrodzenie także zostało gruntownie wyremontowane, jego pręty poczerniono, a szpice pociągnięto pozłotą.
- Per Bacco!42 Czary... - wyszeptał jeden z medyków.
- Per tutti i Diavoli!43 Zaiste... - zgodził się z nim drugi.
Jedynie pan Jakub Białecki stał milczący i jakby zatopiony w sobie. Oczy miał puste i niewidzące. Usta wykrzywione w gorzkim, bolesnym grymasie, blade policzki i wyostrzone rysy.
- I owszem czary - zza ich pleców dobiegł znajomy im już głos diuka Atanasa. - Mają one nawet swoją nazwę.
- Jakąż to? - zapytał Negroni, wyraźnie mocno zaciekawiony.
- Złoto, venerabile dottore, złoto.
- Ech! Mając złoto, wiele można dokonać, wiele osiągnąć, nieomal prawie wszystko, ale nie w takim czasie! Oto bowiem ledwo tydzień minął, jakżeśmy ostatni raz tu byli i naprawdę doskonale pamiętamy jak owo miejsce, jak ten dom, wyglądały.
- Wierzcie albo i nie wierzcie. Wasza wola. Ja jednak powtórzę, te czary to złoto. Baaardzo dużo złota, baaardzo dużo najlepszych robotników, znakomita organizacja pracy... a doba liczy przecież dwadzieścia cztery godziny...
- To i w nocy pracowano?
- A jakże. Parę beczek z płonącą smołą i jest widno niczym w dzień.
- Nie powiesz nam, padre... - zawahał się na moment - padre abate44 , że cały dom, od piwnic po strych wygląda tak świeżo, jak jego zewnętrze?
- Nie, tego nie powiem. Jest jednak teraz kilka wygodnych komnat, w których i królów można by gościć. Ale nie stójmy tutaj, zapraszam do środka - powiedział po włosku.
Następnie zaś ujął pana Białeckiego za rękę, a on drgnął, jakby budząc się z letargu i zdumionymi oczyma spojrzał w twarz diuka. Ten ostatni zaś półgłosem odezwał się po polsku:
- Pójdź, młodzieńcze i nie lękaj się mnie... Nie taki diabeł straszny, jak go malują.
Medycy znów spojrzeli po sobie zdziwieni.
- Ile, ojcze, znasz języków?
- Ile mi tylko potrzeba - diuk się szczerze roześmiał.
* * *
- Zatem ustaliliśmy, że ten oto młody polski szlachcic, zostaje u mnie, a ja się zobowiązuję go wyleczyć? Tak? Zgadzacie się panowie, bo to przecie wam oddano go pod opiekę, a nie mnie.
- Cóż, skoro nasza wiedza okazała się za mała, a my całkiem nieskuteczni, to tak będzie dla słabującego najkorzystniej. Prawią o was, ojcze opacie, prawdziwe legendy, o waszej wiedzy medycznej, a i o cudach, jakich czasem dokonujecie... Opinię w środowisku lekarskim macie znakomitą, chociaż nie brakuje tam zawistników i zazdrośników... ale taki już los ludzi nadprzeciętnych... W lepsze niż wasze ręce nie mógłby chłopak trafić. Jedno tylko jeszcze chcielibyśmy wiedzieć - ile zażądacie, panie, za kurację... Nasze zasoby są skromne... większość kwoty, jaką nam pozostawiono, wydaliśmy na dotychczasowe, bezowocne zabiegi i na utrzymanie młodzieńca...
- Tym się nie trapcie. Nie potrzebuję waszych pieniędzy. Swoich mam aż nadto. A przypadek tego młodzieńca jest dla mnie tak ważny, że zajmę się nim za darmo. Teraz zaś żegnam panów.
Diuk wstał, a obydwaj lekarze wraz z nim. Wtedy podszedł do nich zdecydowanym krokiem i prawie napierając na obu ramieniem, pokierował ich ku drzwiom, otwarł je, gwałtownym gestem zaprosił do wyjścia, a gdy znaleźli się za progiem, przekręcił klucz w zamku.
- Per Diana!45 Co za cham i arogant! - wykrzyknął Negroni. - Prostak i gbur! - dodał wzburzony.
Fiorelii wzruszył tylko ramionami i pociągając towarzysza za ramię, rzekł:
- Idźmy już stąd. I nie wracajmy więcej, caro amico46 .
* * *
Jakub oczyma zbitego psa wdrążał się w zimne źrenice księcia. Ten ostatni zaś w końcu pochylił się nad nim i cedząc słowa, zapytał:
- Czy naprawdę... całą duszą... pragniesz zespolenia... z damą... przez którą... zmącił ci się rozum?
- Tak, panie, tak!
- A jeśli ci to ułatwię, to cóż będę miał z tego?
- Oddam ci wszystko, co posiadam... - Jakub sięgnął za pazuchę i wydobył całkiem jeszcze pękaty mieszek napełniony monetami.
Atanas uśmiechnął się kpiąco.
- Masz mnie za rajfura47 , a Margot za ulicznicę, którą można mieć za garść monet?
- Panie... ojcze! Ja ją kocham! Patrz, oto moja szabla, po pradziadach... rodzinna pamiątka... ze srebrną rękojeścią wysadzaną kamieniami... też jest wiele warta...
Diuk zjadliwie wykrzywił wargi, w czymś, co niby miało być uśmiechem, a potem cierpko powiedział:
- Nie o zapłatę tu chodzi, bo i co mi po tych błyskotkach?
- Więc czego chcesz?! Ja ją kocham! Jak ja ją strasznie kocham!
- Strasznie? Może to i najbardziej odpowiednie słowo... a że kochasz, to tylko ci się wydaje... Nic więcej... Ale niech i tak będzie... choć ona tego nie jest warta... Jeszcze gorzko pożałujesz, tyle że będzie już za późno. I obyś nie wyrzucał mi kiedyś, iż cię nie ostrzegałem... Skoro jednak takie to ważne dla ciebie, niechże się stanie wedle twej pożądliwości... Musisz mi jednak dać coś więcej niż tę przygarść złota i jakieś świecidełka...
- Wszystko, czego tylko zażądasz!
- Więc... daj mi... siebie...
- Jak to? Nie pojmuję...
- Swoją duszę, swój umysł, swą wierność, swe przywiązanie, swą lojalność... siebie... całego... Gotóweś na taką ofiarę? - diuk palącym spojrzeniem wwiercał się w oczy Jakuba, a ten nie mogąc znieść piekącego ogniem wzroku, opuścił na piersi głowę i powiedział cichym głosem:
- Tak... najdostojniejszy...
- Tak? Czy za te parę chwil błogostanu, za babranie się w wysiękach lepkiego śluzu, za smakowanie cuchnących miazmatów, wyziewów smrodliwego potu, za te parę chwil rzężeń, chrapań i parsknięć, jęków, mlaskań i kwileń, stękań i postękiwań?... Warto?...
- Warto...
- Zatem, panie Białecki, podpisz mi ten dokument.
Atanas wydobył z rękawa welinową kartę zwiniętą w rulon i podał szlachcicowi. Jakub wziął ją odruchowo, rozwinął i począł czytać łaciński tekst, wypisany brunatnym inkaustem.
Kiedy skończył na poły zakłopotany, na poły przerażony zapytał:
- Kimże ty jesteś, panie?...
- Właśnie tym, kim mniemasz.
Atanas podsunął młodzieńcowi świeżo zaostrzone gęsie pióro.
- A gdzie atrament? - zapytał szlachcic.
- Masz go w sobie.
- Jak to?
- Natnij żyłę, umocz pióro we krwi i podpisz. Innego inkaustu tu nie znajdziesz...
* * *
Jakub od bardzo dawna nie spał tak dobrze i spokojnie jak ostatniej nocy. Obudził się wypoczęty i spokojny. Na dworze szarzał już zimowy świt. Za oknem z nieba osypywały się grube płatki śniegu, bezszelestnie osiadając na okiennym parapecie, na rozległej płaszczyźnie podworca, na czarnych konarach nagich drzew.
Ktoś delikatnie zapukał do drzwi, po czym na zaproszenie Jakuba uchylił je i cichuchno wślizgnął się do środka. Był to jego pachoł, wystrojony w cudzoziemskie ubranie i na pierwszy rzut oka wyglądający niczym jakiś francuski panicz. Niósł kosz wiklinowy, mocno i gęsto pleciony i aż po wręby napełniony grubymi bukowymi szczapami. Podszedł do kominka, mosiężnym pogrzebaczem rozgarnął konający już żar, sypnął nań przygarść przesyconych żywicą sosnowych wiórów, kilkakroć dmuchnął w ledwo tlące się węgliki, a gdy buchnął płomień, delikatnie jął układać na nim najpierw najcieńsze drzazgi, potem smolne i pachnące żywicą szczapki sosnowe, a jeszcze potem całkiem już spore bierwiona. Gdy się zajęły i zewsząd ogarnął je ogień, chłopak wstał z kolan i nieśmiało zerknął w stronę łoża.
- A podejdź no tu, Michałku - odezwał się Jakub.
- Tak, jaśnie panie? - chłopak był wystraszony i speszony.
- A nie bójże się! Już mi lepiej.
- Bogu dziękować! Napaliłem, zaraz będzie tu ciepło, to panicz wstanie i się odzieje.
- A czemuż to zaraz mam wstawać?
- Ano, bo ojciec Atanas szykuje się do wyjazdu i chciał jeszcze z paniczem zamienić słowo.
- O?!
- No, taka to nowina!
- Właśnie, bo nic mi o tym wczoraj nie wspominał. Podaj mi, Michałku, przyodziewek.
Chłopak zbliżył się do posłania i podał Jakubowi, o co ten go prosił.
- Cóż mi to dajesz? To nie moje? Gdzie kontusz? Gdzie reszta?
- Nie ma. Jest tylko ten francuski strój paniczu. To mi kazali przynieść, a pańskie stare ubranie gdzieś, wczora jeszcze, zabrali.
- Kto niby?
- A taki jeden... Mędrek jakiś czy co. Ale po naszemu gada, choć jakoś tak po cudacku i dziwacznie się odziewa.
- A zwie się on jakoś?
- Nie pomnę, panie. Też jakoś tak, niczym cudak... Wiem ino, że on też doktór.
Pan Białecki z ciężkim westchnieniem podźwignął się odrobinę, wsparł na łokciu, chuchnął parę razy w powietrze, ale nie dojrzał wydychanej pary, co świadczyło, iż w komnacie jest już na tyle ciepło, że spokojnie można wyleźć spod przykrycia. Co też i uczynił. Później obejrzał dostarczone mu ubranie i stwierdziwszy, że jest nowiutkie, wprost spod krawieckiej igły, i to niezłej igły, przywdział je na siebie.
Ledwo skończył, a znów usłyszał pukanie do drzwi.
- Gość, gość poranny - z korytarza dobiegł jakiś męski głos, ale jakby trochę miękki i niepewny.
- Jużem się ubrał, więc zachodźcie, proszę.
Podwoje się otwarły i w progu stanął chudy jegomość nikczemnego wzrostu, na oko liczący jakieś niespełna pięćdziesiąt lat. Twarz miał szczupłą, cienkie sterczące jak u szczura wąsiki i capią bródkę rudawej barwy. Głowę zaś wygoloną do czysta i jakby wypolerowaną sadłem, bo się z dala nieco błyszczała. Chyba że to była iluzja, że może światło tak padało, wprowadzając obserwatora w błąd. Z tej odległości trudno to było panu Jakubowi orzec z całą pewnością.
- Kim jesteście, panie? - zagadnął Białecki.
- Proszę wybaczyć, iżem się dotychczas nie przedstawił. Jestem Cadaver Illuminatus de Sandomiria magister artium et philosophiae doctor48 .
- Że jak? Jak się nazywacie? - Jakub aż usta otwarł ze zdumienia i oczy wybałuszył.
- Cadaver Illuminatus de Sandomiria.
- A wyście, doktorze, aby zdrowi na umyśle? Bo sądząc po tym, jakoście się nazwali, można powątpiewać. Wszak każdy szlachcic zna łacinę i usłyszawszy wasze nazwisko, jak nic za wariata was weźmie! Nie będzie inaczej!
- Może w Polsce, przecie nie tu, nie we Francji, gdzie szlachta nieuczona, a prawdę rzekłszy ciemna bardzo, ciemna niczym ze trzy noce w kupie. A zresztą... ileż tej szlachty? Ze dwa-trzy procent? A reszta to motłoch jeszcze od swych panów ciemniejszy! A ci, co mogą zrozumieć, pojmą też i sens, albowiem nazwisko, jakie przybrałem, ma głębokie znaczenie mistyczne i symboliczne. Inszych tajemnic do objaśnienia tu nie ma... przynajmniej na razie...
- Hm... dziwne... Kimże zatem jesteście? Generosus49 ? Honoratus? Famatus? Honestus50 ?
- Och nie, laboriosus51 , niestety tylko laboriosus... chociaż z wolnych kmieciów, bo ojciec mieli ponad łan nadzwyczaj urodzajnej ziemi...
- To skąd owo de Sandomiria? To skąd ów magister artium et philosophiae doctor? Jakże waszego ojca wołali?
- Ojca? Cóż... Matejek Rypała alias Obibok... matkę zasię Kochna52 Rypalino... a całą resztę zaraz waszmości wyłuszczę, tylko po drodze. Pójdźmy już, pójdźmy czym prędzej, bo dostojny diuk Atanas czeka i pewnie się niecierpliwi.
I poszli. Najsampierw korytarzem na piętrze, potem wspięli się po schodach na kolejną kondygnację i wreszcie weszli w następny długi korytarz. Uczony Illuminatus miał zatem czas, iżby - chociaż w wielkim skrócie - opowiedzieć o sobie młodemu szlachcicowi.
- Jak pewnie, waszmość panie, wiecie, zawirowania, jakie nastały w Czechach po spaleniu na stosie księdza Jana Husa z Husinca w 1415 roku na soborze w Konstancji, doprowadziły do ostatecznego wyodrębnienia się z ruchu husytów umiarkowanych utrakwistów, kalikstynami53 też zwanych, którym Rzym, z bólem serca, zezwolił na liturgię w czeskim języku i przyjmowanie Komunii św. pod dwiema postaciami - chleba i wina. Cóż jednak z tego, że im zezwolił, kiedy nie było komu święcić dla nich księży. Ale to się zmieniło, gdy biskup santoryński, a po prawdzie episcopus vagans54 , Agostino Luciani Bessarione de Mirandola, powodowany litością (być może, a być może powód był inny) począł święcić czeskich kleryków, którzy odbywali studia teologiczne w Italii. Ci zaś wracali potem do ojczyzny i zasilali szeregi husyckiego duchowieństwa. Ale gdy się o tym dowiedział papież della Rovere, co to Sykstusa IV imię przybrał, zakazał prałatowi onych praktyk, grożąc mu suspensą, a to się ściśle wiązało z wyschnięciem wąskiego, bo wąskiego, niemniej spokojnie dotąd płynącego strumyczka dochodów z prebendy, jaką miał we Włoszech. Agostino Luciani wolał zatem nie ryzykować i czmychnął do Czech, gdzie zamieszkał w Kutnej Horze. Tu dopiero nareszcie był już całkiem spokojny o środki do życia, a panowie czescy z frakcji utrakwistów pewni, iż skończyły się ich problemy z wyświęcaniem nowych księży. Ponieważ jednak nikt nie jest wieczny, biskup Bessarione de Mirandola, którego zdrowie było mocno nadszarpnięte pijaństwem i niebywałą rozpustą, roku Pańskiego 1493 wyzionął ducha. Szybciutko jednak jego miejsce zajął inny biskup, także episcopus vagans, przybyły z Italii niejaki de Villanueva. Ten ostatni potajemnie pokonsekrował na biskupa pewnego kleryka z Sandomierza, niejakiego Andreasa Juliusa, skrycie sprzyjającego husytyzmowi, ów zaś - Bóg raczy wiedzieć czemu, bo bynajmniej nie był sodomitą - wziął mnie na utrzymanie, skorom się tylko urodził. W niemowlęctwie powierzył moje wychowanie miejscowym beginkom, a kiedym osiągnął stosowny wiek, oddał na naukę do sandomierskiej szkoły kolegiackiej, a gdym w niej przeszedł trivium i quadrivium i posiadł stopień magistra artium, posłał najpierw do Pragi, a potem do Salamanki na tameczne uniwersytety. I tym sposobem jestem i laboriosus, bom z chłopskiego stanu formalnie nie wyszedł, jako że mnie ów episcopus vagans Andreas Julius nie usynowił, ale i de Sandomiria, bom w Sandomierzu od urodzenia mieszkał i tu szkoły pokończył. A philosophiae doctor? To już wiadomo - Praga i Salamanka. Ot, i wszystko, waszmość panie...
- No dobrze, pojmuję, odpowiedzcie mi jednak, doktorze, na dwa pytania: po co żeście mi tu bajdurzyli o onym biskupie-wagancie Agostino Lucianim, z którym was nic nigdy nie łączyło ani nawet łączyć nie mogło, bo zmarł on, zanim o was wróble ćwierkać zaczęły - to primo, a secundo: czemuż głowę do gołej skóry golicie i czemu się wam ona tak świeci? Podobnego zjawiska, o tym świeceniu mówię, rzecz jasna, jak żyję, jeszcze nie widziałem.
- O biskupie wam opowiedziałem, bo primo: lubuję się w takich historiach, a secundo, dla wzmocnienia dramatyzmu całej opowieści, chociaż bynajmniej nie mam pewności czy nie był to zabieg chybiony, co mogę wnosić z miny waszmości. Co się zaś tyczy mojej głowy... Och, to rzecz banalna. Otóż posiadłszy tyle wiedzy i mądrości, moja głowa całej jej nie jest w stanie zatrzymać. A że coraz to i nowej nabywam, to musi się w czerepie robić miejsce dla niej. Ponieważ kość się nie nadciągnie, dlatego jej, to jest onej mądrości, naddatek, stale, w postaci oleum, wysącza mi się szwami w czerepie, a potem przez skórę, czaszkę powlekającą, przenika. A włosy zacząłem golić, iżby ich owo oleum nie sklejało. Można by co prawda nadmiar oleum wypuszczać nosem alboli też uszami, lecz wyglądałoby to nader obrzydliwie. A tak? Od czasu do czasu przetrę głowę biretem tudzież rękawem togi i po kłopocie. Ot i cała tajemnica.
- Drwisz ze mnie? Jeśli drwisz, to wypłazuję! - Jakub odruchowo sięgnął do boku, lecz nie namacał rękojeści szabli, bo i tę mu zabrano. Zazgrzytał tedy zębami i ręką się zamierzył na Illuminatusa, ów jednak zgrabnie zrobił unik, położył palec na wargach i szepnął:
- Sza! Strzeżmy się, iżby diuk nie usłyszał.
A potem delikatnie poskrobał paznokciami w drzwi, przed którymi akurat się zatrzymali.
- Zachodźcie - posłyszeli głos Atanasa.
Ręka Jakuba zawisła w powietrzu nie sięgnąwszy celu. A potem na poły ze złością, na poły z rezygnacją machnął nią tylko i podążył za doktorem, który otwarł podwoje i przestąpił próg.
Atanas w bezruchu tkwił przy oknie, wspierając się rękami o framugę. W komnacie unosił się dziwny zapach - jakby pomieszane wonie ziół wrotyczu, bagna i asafetydy i jeszcze końskiego potu i zgniłych jaj.
Białecki najpierw z przykrością wciągnął w nozdrza powietrze przesycone niemiłym fetorem, ale po jakimś czasie zdołał jakoś do niego przywyknąć. A odór ów raz słabł, a raz się nasilał, jakby w rytm ludzkiego oddechu. Albo jakby go ktoś dolnym otworem z kiszek upuszczał. Jakub nawet pomyślał, że Atanas najzwyczajniej w świecie popierduje, mając za nic ich obecność. Ostatecznie atoli doszedł do wniosku, że jednak nie, bo zapach był zdecydowanie inny od ludzkiej bździny, chociaż bardzo mocno ją przypominał.
Atanas ubrany był jak zawsze - w habit z drogiej czarnej materii, sznur konopny i kaptur nasunięty głęboko na oczy. Tylko stóp hrabiego nie można było wypatrzyć. Chociaż w pewnej chwili Jakubowi się zdało, jakby spod fałd powłóczystej szaty na mgnienie oka wysunęło się coś, jakby but dziwaczny, na kształt końskiego kopyta uszyty.
Pomyślał jednak, że w oczach mu się mieni. Z choroby zapewne, z osłabienia. Wypatrywał później pilnie, czy nie zauważy czegoś podobnego, ale już niczego nie dostrzegł. Poza ironicznym uśmieszkiem tylko, jaki błąkał się po wąskich i zaciśniętych wrogo wargach hrabiego, czyli też diuka.
- Ja dzisiaj usunę się z tego domu, bo pora mi gdzie indziej. Zostaniecie tutaj tylko wy dwaj i służba. Czy i kiedy mnie jeszcze zobaczycie - tego nie mogę wam zdradzić. Pamiętaj młodzieńcze, wycelował woskowożółty palec ze śpiczasto opiłowanym sinym paznokciem wprost w pierś pana Białeckiego - masz we wszystkim słuchać doktora. We wszystkim. Pojąłeś? Tak, jakbyś mnie słuchał!
- A wasza obietnica, dostojny panie?
- Będzie spełniona.
- Kiedy?
Nie doczekał się odpowiedzi...
* * *
Jakub usnął, ledwo tylko przyłożył głowę do poduszki. Jak długo spał? Nie wiedział. Gdy się obudził, był jednak całkiem przytomny i wypoczęty, choć nadal było ciemno. Smolisty mrok zalegający sypialnię był tak gęsty, że nieomal dotykalny. Jedyną jaśniejszą plamę stanowił prostokąt okna, za którym światło gwiazd, bo księżyca nie było tej nocy na niebie, rozjaśniało nieco zimną śnieżną połać rozciągającą się wokół domu.
Panowała niczym niezmącona cisza, cisza tak przerażająca, że słyszał gwałtowne i nierówne, przejęte drżeniem, chaotyczne bicie własnego serca.
Naraz poczuł, że czyjaś drobna dłoń, która dotknęła go jakby przypadkiem, odchyla kołdrę i nieokreślona gibka postać wślizguje się pod nią, jednocześnie ramionami oplatając jego tors i szyję. Najpierw zdrętwiał zaskoczony i nieco przerażony, lecz rychło rozpoznał po kształtach i zapachu, po fryzurze i słodkim oddechu tę, dla której zaprzedał swoją duszę.
- Margot... Margot... moja miłości...
Lecz kobieta położyła mu palec na ustach, a potem wpiła się w nie swoimi soczystymi, lecz lodowatymi wargami.
Świat zawirował, rozjarzyły się miriady słońc, jakby eksplodujących na granatowej i posępnej opończy nieba. Drażniąca, o ostrych i chropawych akordach, którym wtórowało tępe dudnienie, muzyka sfer spłynęła skądś z wysokości, spoza materialnego wymiaru, bynajmniej nie kojąc duszy Jakuba, natomiast jego umysł wprawiając w dziwne odrętwienie. Owe dźwięki zgrały się nie tylko z rytmem serca młodzieńca, lecz i z rytmem jego myśli. Już nie był w stanie się poruszyć. Leżał niczym sparaliżowany, łapczywie chwytając powietrze w płuca, a istota, o której przez tak długi czas marzył, przywołując ją w myślach i w snach, położywszy się wzdłuż, na jego ciele, zrazu przywarła do niego, a później powoli je przenikała, wgłębiając się w nie, aż w końcu zespolili się ze sobą tak, iż nawet mięśnie, żyły, mózgowie, włókna nerwów, kości, żółć, krew, limfa i z czego tam jeszcze składa się człowiek, zespoliły się ze sobą, tworząc jeden byt. Już nie było kobiety i mężczyzny. Ich miejsce zajęła androgyniczna istność...
Jakub wiele by dał, żeby móc ucieszyć oczy widokiem twarzy umiłowanej, ale ilekroć usiłował podnieść się z łoża, opanowywał go dziwny bezwład, a potem znów wpadał w wir orgiastycznego rozpasania... Dziwnego rozpasania, które nie miało cech relacji dwu płci, ale raczej czegoś, co można by przyrównać do potwornie bolesnego gwałtu na samym sobie. Ale przecież czuł tę żeńską istotę... przecież czuł! Kogo czuł? Margot? Była realna i nierealna jednocześnie, mógł jej dotknąć i nie mógł zarazem. Mógł oddawać pocałunki i nie był w stanie poruszyć wargami. Był sobą i nią jednocześnie. I ona była sobą i nim jednocześnie. Czuł jej kurczącą się i pulsującą macicę w sobie. I nie czuł siebie w niej, lecz siebie w sobie samym...
I tak mijały minuty, godziny... a może wręcz wieki całe?...
Gdy niebo na wschodzie poczynało szarzeć, młody szlachcic był już tak wyczerpany, że wreszcie zmroczony zwiądł i odpłynął gdzieś w niezmierzone dale...
* * *
W odległym Luwrze samotna Margot gwałtownie zadrżała i omdlała w ramionach mężczyzny, którego w ciemnościach co prawda nie widziała, lecz poczuwszy go w sobie, bezbłędnie rozpoznała. A przynajmniej zdało się jej, że rozpoznała. Nie wiedziała, skąd się tu wziął. Było jej to jednak obojętne.
Chociaż od czasu, gdy w wieku piętnastu lat stała się kochanką swoich trzech braci, czegoś takiego jak teraz nie przeżyła nigdy. Krzyknęła tylko jeden jedyny raz, a jej głos zawibrował, wzbudzając rezonans w potężnych murach pałacu, który śród drżeń i falowań poniósł ją niczym potężny hipogryf z mroku nocy wprost w eksplodującą kulę Czarnego Słońca.
Wylękniona pokojowa rozbudzona okrzykiem królowej wbiegła do jej komnaty ze świecą w ręku. Spojrzała na łoże i skamieniała ze zgrozy, to bowiem co zobaczyła, przerosło wszystko, co jako najgorszy koszmar mogłaby ją nawiedzić we śnie, co by w sennym majaku mogła ujrzeć...
Na zmiętej pościeli leżała męskokobieca istota złożona z dwóch ciał, niesplecionych ze sobą, a przenikających się wzajem, a u wezgłowia prężyło się cielsko wężowego potwora o ludzkiej głowie, który przez czas jakiś z wielkim zainteresowaniem przyglądał się androgynicznej istocie, a potem, owinąwszy ją swymi skrętami, jął pożerać własny ogon... Był to Uroboros, do którego wszystko się wlewa i z którego wszystko wypływa... Karmiący się samym sobą, siebie samego pożerający, a nie umierający nigdy...
Dziewczyna zachwiała się, ugięły się pod nią nogi i zemdlona runęła na marmurową posadzkę. Padając zaś, całą siłą bezwładności uderzyła potylicą w krawędź porfirowego blatu stolika.
Za oknem budził się świt... blady i nijaki... Z uszu i nosa służebnej pociekły zrazu wąskie, a później zbierające się w kałużę, strugi krwi...
Margot się ocknęła i otworzyła oczy. Ale w tejże chwili, z trzaskiem na oścież rozwierając drzwi, wkroczył poprzedzany przez myśliwskiego psa, jej brat, Karol IX. Tu, o tej porze, z psem? Taka myśl przemknęła królowej przez głowę. Nie zastanawiała się jednak dłużej nad tym i nie zapytała brata o powód niezwyczajnej wizyty, widząc bowiem, co robi, tak się zlękła, iż prawie przestała oddychać.
Karol, spostrzegłszy rozlaną krew, w której leżała służebna, przykucnął nad nią i zapatrzył się w tężejącą już posokę rozszerzonymi od pożądania i fascynacji oczami. Pies powąchał krew i zaczął ją chłeptać. Karol natomiast umoczył w niej palec i włożył go do ust. Raz... drugi... trzeci...
Margot usiadła i patrzyła w milczeniu na scenę rozgrywająca się tuż przy jej posłaniu. Chciała krzyczeć, lecz brat w porę to zauważył, rzucił się na nią, usta zakrył dłonią, kilkakroć uderzył tyłem jej głowy o zagłówek z twardego śliwkowego drewna, aż osunęła się bezwładnie, a potem zdarł z niej wszystko i po wielokroć, raz po raz, raz po raz, raz po raz, brutalnie gwałcił...
Gdy w końcu miał już dość wyczerpany opuścił sypialnię, Margot pociągnęła za taśmę dzwonka, wzywając służbę. Kiedy zaś ta się pojawiła, bez słowa wskazała na trupa leżącego na posadzce, a potem wstała i na drżących nogach udała się do sąsiedniego pomieszczenia...
Za oknem był już dzień, ciepły wiatr rozpuszczał resztki brudnego śniegu, słońce leniwie wspinało się na wyblakły firmament...
* * *
Pan Białecki obudził się, lecz nie miał siły, by powstać z łoża. W tej samej wszakże chwili - bez pukania - wszedł do jego sypialni doktor Cadaver Illuminatus. W jednej ręce trzymał kryształowy pucharek napełniony wodą, w drugiej flakonik misternie wyrzezany z jednego ogromnego, mierzącego co najmniej 3 cale najsoczystszej barwy i czystości szmaragdu. Naczyńko zatkane było rubinowym koreczkiem w kształcie filigranowej głowy kozła z oczami z oszlifowanych kęsków złocistego berylu zwanego heliodorem i rogami z elektrum55 - naturalnego białego złota.
Doktor otworzył flakonik, przechylił nad kielichem i uważnie odmierzył 6 kropli intensywnie zielonego płynu, który po zmieszaniu się z wodą, zmienił jej barwę na purpurową.
- Proszę, panie, wypij.
Lecz szlachcic nie kwapił się do tego, podejrzliwie spoglądając na Illuminatusa.
Wtedy doktor sam skosztował płynu i znów podał kielich Jakubowi.
- Nie otruję cię waszmość. Nie musisz się tego obawiać. Wypij i staniesz na nogi. Czas nagli, a wiele, wiele przed nami...
Jakub, jako że odczuwał pragnienie, chociaż z ociąganiem i nieufnością, przyjął kielich i duszkiem wypił jego zawartość. Nie minął kwadrans, a poczuł, jak krew burzy mu się w żyłach, a jakaś przedziwna energia wręcz zmusza go do działania. W kilka minut przyodział się i czekał, co dalej postanowi doktor.
Jednocześnie jednak przez głowę przemknęła mu myśl, aby z tego miejsca czmychnąć jak najdalej i jak najprędzej. I nawet nie chodziło o to, że zwykły cham ośmiela się dyrygować nim, szlachcicem, lecz raczej jakieś niejasne przeczucie podszeptywało mu, iż wpędza się w kłopoty, z których być może nie będzie się łatwo wywikłać.
To, co sprawiło, iż ongiś zapadł na miłosną niemoc, teraz gdzieś znikło, rozpływając się wraz z topniejącym śniegiem, który wątlał pod ciepłymi podmuchami wiatru niosącego odwilż.
Wszystkie cierpienia, wszystkie zdarzenia, wraz z ostatnim, tym z minionej nocy, zdały mu się jakimś sennym majakiem, który zblakł i rozwiał się wraz z brzaskiem dnia.
Już nie marzył o królowej Margot, już jej nie pragnął, nie pożądał, i nawet sama myśl, że przez tę kobietę prawie rozum stracił, zdała mu się śmieszna, a on sam sobie wydał się żałosnym.
Jednakowoż w tejże samej chwili uzmysłowił sobie, iż teraz nie ma już odwrotu. Bo coś komuś przysiągł, coś podpisał, na coś się zgodził. Na pewno dobrowolnie i raczej też świadomie... łudził się, iż może nie do końca świadomie, jakby szukając punktu zaczepienia do wycofania się z honorem z zawartego paktu, lecz nie mógł sam siebie okłamywać...
I wtedy dreszcz nieopisanej grozy przebiegł przez całe jego ciało, wprawiając w drżenie włókienko każdego mięśnia i każdego nerwu... Co przyniesie przyszłość?...
Doktor Illuminatus stał w pobliżu drzwi, mierząc pana Białeckiego drwiącym wzrokiem. Cyniczny uśmieszek błąkał mu się po wargach, a urągliwy wyraz twarzy mówił jasno: "jesteś dla mnie nikim... nikim... szlachetko..."
Na głos powiedział jednakowoż coś innego:
- Idźmy już. Idźmy...
* * *
Illuminatus rozniecił ogień pod alembikiem, do którego wlewał jakieś płyny, sypał jakieś proszki, zioła, korzenie. Uwijał się bez przestanku, a w naczyniu wrzało, bulgotało, skraplając się potem w odbieralniku o kształcie kulistej kolby z długą szyjką.
Jednocześnie doktor pracował i przy atanorze56 , w którym miarowym, spokojnym, słabym płomieniem, ledwo pełgającym nad żarem, spalał się węgiel drzewny, wydzielając stabilne i równe ciepło. Wewnątrz atanora, gdy otwarło się jego górne drzwiczki, można było dostrzec jajo filozoficzne, napełnione tynkturą, przybierająca już barwę czerwoną, ostatecznie mającą doprowadzić do transmutacji ołowiu w złoto.
Chociaż jednak proces trwał blisko cztery dni, nie przynosił spodziewanego efektu, co dowodziło, iż to, co uzyskał doktor, jednak prawdziwą tynkturą, czyli kamieniem filozoficznym, nie było, i owo wprawiało Illuminatusa w zły nastrój, żeby nie powiedzieć nawet, że we wściekłość.
Czegoś tu było brak... Jednego składnika... Jednego elementu... Tylko czego? I naraz maga olśniło! Ależ tak! W jego niedoskonałej tynkturze zbrakło współistnienia sprzeczności w wymiarze pozamaterialnym. A skąd owo można było pozyskać? Z doskonałego zjednoczenia się materialno-duchowych przeciwieństw: kobiety i mężczyzny - przeistoczonych w androgynie w idealną istność. W istność skupiającą w jedności zarówno pierwiastek męski, jak i kobiecy. I przez takową transmutację utworzyć, z dwu odrębnych i niepełnych istot, jedną, kompletną. I dopiero dodanie do tynktury po kropli wszystkich jej naturalnych wydzielin mogło sprawić, iż w jaju pojawi się prawdziwy kamień filozoficzny. A wówczas? Złota i srebra ile tylko dusza zapragnie, a na dodatek i elixir vitae... Czyli? Bogactwo i... śmierć pokonana!
Gdy tak Illuminatus miotał się od alembika do atanora, gdy mamrotał coś sam do siebie, obcierał pot, który obficie rosił mu czoło, podrzucał węgla do ognia, albo przystawał zamyślony, pan Jakub stał z boku, nie poruszając się nawet. Z początku to dzikie i dziwaczne, to tajemnicze przedstawienie intrygowało go nawet, ale ponieważ czas płynął i tak naprawdę nic się nie działo, począł się nudzić i coraz częściej spoglądać ku zaryglowanym na głucho drzwiom.
Zauważył to alchemik, czarownik, czy diabli wiedzą, kim on tam naprawdę był.
- Kończymy, rychło kończymy. Tyle że w nocy zajdziemy tu jeszcze raz, aby sfinalizować dzieło.
- I po cóż?
- Obaczysz waszmość, obaczysz! I nie pożałujesz, to ci mogę zagwarantować!
* * *
Wieczór nadszedł szybko, tak jak to bywa zimą. Kolację, którą w milczeniu spożywali szlachcic i czarownik, podała jakaś zakwefiona niewiasta, sądząc z postury i ruchów - młode dziewczę, lecz z niekontrolowanego drżenia rąk powleczonych pergaminową skórą - zgrzybiała staruszka.
Zanim zaczęli jeść, Jakub chciał się przeżegnać, jak to miał w zwyczaju, jak to widywał w domu rodzinnym, jak go matka uczyła. Nie udało mu się jednak podnieść ręki dalej niż na wysokość ust. Spróbował raz i drugi - nie wyszło. Dał tedy spokój i nałożył sobie na talerz solidny kawał wołowej pieczeni... A wino było wyśmienite... wino było... wyśmien... wyśm...
* * *
Jakub pędził gdzieś w głąb czarnego tunelu, mijając po drodze gromady skier, przypominających gwiazdy roziskrzone na czystym zimowym niebie. Nie był sam. A właściwie był sam. Był sobą i dziewczęciem, które go z wieczora nakarmiło i starcem zarazem - Adamem Kadmonem, który miał doświadczenie przeżytych wieków. Lecz wciąż odczuwał głód, straszliwy, zwierzęcy, szarpiący mu wnętrzności. Jął więc pożerać samego siebie, odradzać się i znów pożerać... Czuł, jak wchłania w swoją głębię istotę kobiecości Margot - owej Lilith, która zaistniała nim pojawiła się pramatka Ewa, jak stapia się ona z jego istotą męskości. Stał się wszechoceanem ducha i materii, zespolonych ze sobą i przemieszanych tak, iż nie było sposobu, aby je rozdzielić. I naraz ostry ból przeszył jego jaźń, która rozpadła się, zdezintegrowała, a kompletny został tylko jej cień, który wniknął w jajo filozoficzne, zaś niedonoszony płód, który się począł w androgynie, stał się zalążkiem homunkulusa, który ostatecznie zamknięty w butli, miał oczekiwać, aż ojciec/matka już na zawsze, a nie na chwilę błysku eksplodującej świadomości, staną się jednością duchową i fizyczną... in saecula saeculorum...
Jakub popadł w stupor. Margot rozpłynęła się w nicość. Alchemik zarżał z radości. Tynktura przybrała właściwą barwę...
Alchemik, niczym zaczarowany, szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w tynkturę, jednocześnie odliczając minuty i drżąc z lęku, iżby w pewnym określonym czasie nie powróciła do pierwotnego koloru. Czas minął. Właściwa barwa pozostała... Odetchnął z ulgą... Od ostatecznego efektu dzieliło go mniej niż grubość źdźbła trawy...
Kolejna noc zbliżała się ku końcowi. Gdzieś w oddali zapiał kogut. Raz... drugi... trzeci... Wiatr gwałtownie załomotał okiennicami... Przerażony szczur z piskiem skrył się w swej norze. Niebo przecięła błyskawica. Zagrzmiało i nastała cisza...