p

Wielki potencjał. Jak zmiana podejścia do sukcesu zwiększa nasze osiągnięcia, szczęście oraz dobrostan - Shawn Achor

Kup ebooka

38.00 zł
30.40 zł (30,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

PO­TĘGA UKRY­TYCH PO­WIĄ­ZAŃ

Po­czą­tek ty­siąca la­sów jest w jed­nym żo­łę­dziu.

RALPH WALDO EMER­SON

CUD LA­SÓW NA­MO­RZY­NO­WYCH

Kiedy zmierzch po­woli wkra­dał się do lasu na­mo­rzy­no­wego po­ra­sta­ją­cego brzeg rzeki gdzieś w głę­bi­nach dżun­gli w po­łu­dniowo-wschod­niej Azji, znaj­du­jący się da­leko od ro­dzi­mego Wa­szyng­tonu bio­log spo­glą­dał na pe­łen buj­nej ro­ślin­no­ści obcy kra­jo­braz, gdzie w wo­dzie ro­iło się od węży. Dry­fu­jąc po­woli w ło­dzi, pro­fe­sor Hugh Smith z pew­no­ścią sły­szał na­wo­ły­wa­nia bu­dzą­cych się po zmroku zwie­rząt, które wy­ła­ziły z nor i wy­la­ty­wały z gniazd, by roz­po­cząć nocne po­lo­wa­nie. Mogę so­bie wy­obra­zić mi­go­tliwy blask wody od­bi­ja­ją­cej gwiazdy, nie­za­kłó­cony za­nie­czysz­cze­niem świetl­nym, które po­ja­wia się w od­le­głych mia­stach. To, co wy­da­rzyło się póź­niej tej par­nej nocy w 1935 roku, opi­sano w spra­woz­da­niach na­uko­wych. Smith spoj­rzał na jedno z drzew man­gro­wych, gdy na­gle cała jego ko­rona roz­bły­sła świa­tłem, jakby z drzewa wy­do­był się pio­run, za­miast weń ude­rzyć. Po­tem za­pa­dła ciem­ność, choć pod po­wie­kami wciąż miał świetlny ob­raz.

Wtedy pio­run, jak to cza­sem bywa, ude­rzył po raz drugi.

Całe drzewo znów się roz­świe­tliło, a na­stęp­nie znów zga­sło, dwu­krot­nie w ciągu trzech se­kund[1]. To, co na­stą­piło, było nie­mal sur­re­ali­styczne: wszyst­kie drzewa wzdłuż brzegu na­gle roz­bły­sły jed­no­cze­śnie. Wszyst­kie po jed­nej stro­nie rzeki na od­cinku około trzy­stu me­trów roz­świe­tlały się i ga­sły w tej sa­mej chwili.

Robi mi się cie­pło na sercu, gdy po­my­ślę o tym, że taki cier­pliwy, uważny i umie­jętny ob­ser­wa­tor, któ­rego cie­ka­wość świata za­pro­wa­dziła tak da­leko od jego nor­mal­nego ży­cia na pół­nocno-za­chod­nim Pa­cy­fiku, zo­stał tam­tej nocy na­gro­dzony ma­gicz­nym zja­wi­skiem przy­rod­ni­czym.

Kiedy już wró­ciła mu zdol­ność ro­zu­mo­wa­nia, Smith zdał so­bie sprawę, że w rze­czy­wi­sto­ści to nie drzewa świe­ciły, po­kry­wała je bo­wiem ogromna liczba bio­lu­mi­ne­scen­cyj­nych przed­sta­wi­cieli świe­tli­ko­wa­tych, co do jed­nego roz­bły­sku­ją­cych w tym sa­mym mo­men­cie. Po po­wro­cie do domu dr Smith na­pi­sał ar­ty­kuł o swoim od­kry­ciu syn­chro­nicz­nych bły­sków. Wy­da­wało się to jed­nak zbyt piękne, by było praw­dziwe - ni­czym opo­wiastka z książki dla dzieci. Nie­stety nie dziwi mnie ko­lejna część tej hi­sto­rii. Nikt nie dał wiary re­la­cji na­ukowca. Bio­lo­dzy drwili z jego spra­woz­da­nia, za­rzu­ca­jąc mu kłam­stwo. Dla­czego samce świe­tli­ków mia­łyby roz­bły­ski­wać jed­no­cze­śnie, skoro po­mniej­szało to ich szanse, by wy­róż­nić się przed po­ten­cjalną part­nerką? Ma­te­ma­tycy pre­zen­to­wali rów­nie scep­tyczne po­dej­ście. Jak to moż­liwe, że z cha­osu przy­rody zro­dził się po­rzą­dek, gdy brak było li­dera, aby nim po­kie­ro­wać? Na­to­miast ety­mo­lo­dzy za­sta­na­wiali się, jak przy ogra­ni­czo­nej wi­docz­no­ści w la­sach na­mo­rzy­no­wych mi­liony świe­tli­ków mo­gły do­strzec wy­star­cza­jącą liczbę in­nych świe­tli­ków, by wy­two­rzyć jed­no­rodny rytm roz­bły­sków. Wy­da­wało się to fi­zycz­nie, ma­te­ma­tycz­nie i bio­lo­gicz­nie nie­moż­liwe.

A jed­nak się wy­da­rzyło. Obec­nie dzięki no­wo­cze­snej na­uce wiemy dla­czego i jak. Oka­zuje się, że to za­dzi­wia­jące za­cho­wa­nie ma dla świe­tli­ków zna­cze­nie ewo­lu­cyjne. Ba­da­cze Mo­iseff i Co­pe­land opu­bli­ko­wali w pre­sti­żo­wym cza­so­pi­śmie "Science" ar­ty­kuł do­ku­men­tu­jący ich od­kry­cie. Gdy świe­tliki roz­bły­skują przy­pad­kowo, praw­do­po­do­bień­stwo re­ak­cji sa­micy na samca w ciem­nych cze­lu­ściach la­sów na­mo­rzy­no­wych wy­nosi trzy pro­cent. Jed­nak gdy świe­tliki roz­bły­skują jed­no­cze­śnie, praw­do­po­do­bień­stwo to wzra­sta do osiem­dzie­się­ciu dwóch pro­cent[2]. To nie po­myłka. Praw­do­po­do­bień­stwo suk­cesu wzra­sta o sie­dem­dzie­siąt dzie­więć punk­tów pro­cen­to­wych, kiedy bły­ski mają cha­rak­ter gru­powy, a nie in­dy­wi­du­alny.

Spo­łe­czeń­stwo uczy, że le­piej być je­dy­nym ja­snym świa­teł­kiem, niż znaj­do­wać się w le­sie ja­snych świa­te­łek. W końcu czyż nie tak my­ślimy o suk­ce­sie w na­szych szko­łach i fir­mach? Chcemy skoń­czyć szkołę jako naj­lepsi w rocz­niku, do­stać pracę w naj­lep­szej fir­mie i zo­stać wy­brani do naj­bar­dziej po­żą­da­nego pro­jektu. Chcemy, żeby na­sze dziecko było naj­mą­drzej­szym uczniem w szkole, naj­po­pu­lar­niej­szym dzie­cia­kiem w dziel­nicy i naj­szyb­szym za­wod­ni­kiem w dru­ży­nie. Kiedy ja­ki­kol­wiek za­sób - czy bę­dzie to miej­sce na naj­bar­dziej pre­sti­żo­wym uni­wer­sy­te­cie, roz­mowa o pracę z firmą zaj­mu­jącą czo­łową po­zy­cję na rynku czy obec­ność w naj­lep­szej dru­ży­nie spor­to­wej - jest ogra­ni­czony, uczy się nas, że mu­simy ry­wa­li­zo­wać, by wy­róż­nić się na tle reszty.

Jed­no­cze­śnie moje ba­da­nia wska­zują, że to tak nie działa. Uczeni zaj­mu­jący się świe­tli­kami od­kryli, że gdy owady zdo­łały zsyn­chro­ni­zo­wać roz­bły­ski z za­ska­ku­jącą do­kład­no­ścią (co do mi­li­se­kundy!), po­zwo­liło im to do­sko­nale się wy­eks­po­no­wać, co wy­eli­mi­no­wało ko­niecz­ność ry­wa­li­za­cji. Po­dob­nie gdy po­ma­gamy in­nym sta­wać się lep­szymi, mo­żemy po­sze­rzyć za­kres do­stęp­nych moż­li­wo­ści, za­miast o nie wal­czyć. Ni­czym świe­tliki, kiedy na­uczymy się, jak sko­or­dy­no­wać na­sze dzia­ła­nia i współ­pra­co­wać z oso­bami z oto­cze­nia, wszy­scy za­czy­namy świe­cić ja­śniej, za­równo jako jed­nostki, jak i eko­sys­tem.

Za­trzy­majmy się na chwilę, by po­my­śleć. Jak to jest w ogóle moż­liwe w przy­padku świe­tli­ków? Jak udało im się sko­or­dy­no­wać roz­bły­ski tak ide­al­nie, zwłasz­cza je­śli wziąć pod uwagę ogra­ni­czoną wi­docz­ność oraz ich słaby wzrok? Ba­da­cze Mi­rollo i Stro­gatz z Bo­ston Col­lege i MIT ar­gu­men­to­wali w cza­so­pi­śmie "Jo­ur­nal of Ap­plied Ma­the­ma­tics", że - co za­ska­ku­jące - świe­tliki nie mu­szą wi­dzieć wszyst­kich, by za­po­cząt­ko­wać zhar­mo­ni­zo­wane dzia­ła­nie. Wy­star­czy, że żadna z grup owa­dów nie po­zo­staje poza za­się­giem wzroku ja­kiejś in­nej grupy, a uda im się do­pa­so­wać rytm bły­sków[3]. In­nymi słowy, wy­star­czy kilka prze­kaź­ni­ków, by prze­kształ­cić cały sys­tem[4].

Nowe ro­zu­mie­nie sys­te­mów po­zy­tyw­nych uczy nas, że jest to praw­dziwe w od­nie­sie­niu do lu­dzi. Jak od­kry­je­cie w tej książce, sta­jąc się "po­zy­tyw­nym prze­kaź­ni­kiem" w miej­scu pracy, fir­mie czy spo­łecz­no­ści i wspie­ra­jąc osoby z wa­szego oto­cze­nia w do­sko­na­le­niu ich kre­atyw­no­ści, wy­daj­no­ści, umie­jęt­no­ści oraz sku­tecz­no­ści, nie tylko po­ma­ga­cie gru­pie sta­wać się lep­szą, ale wy­kład­ni­czo zwięk­sza­cie wła­sny po­ten­cjał suk­cesu.

Na ko­niec jesz­cze je­den ważny szcze­gół od­no­śnie do tej in­try­gu­ją­cej opo­wie­ści. Bio­lo­dzy, któ­rzy ba­dali te dżun­gle, wie­dzą już, że blask bi­jący od la­sów na­mo­rzy­no­wych jest wi­doczny z od­le­gło­ści wielu ki­lo­me­trów. Ozna­cza to, że in­nym świe­tli­kom jest ła­twiej od­na­leźć drogę do świa­tła. Za­tem im ja­śniej­szy blask, tym wię­cej po­ja­wia się in­nych chęt­nych, któ­rzy do­łą­czają ze swoim świa­tłem. Spraw­dza się to nie tylko w przy­padku świe­tli­ków, ale rów­nież lu­dzi: im bar­dziej po­ma­ga­cie in­nym oso­bom od­na­leźć świa­tło, tym ja­śniej świe­ci­cie ra­zem.

PO­TĘGA IN­NYCH

Kiedy Geo­rge Lu­cas two­rzył pier­wotny sce­na­riusz war­tej obec­nie mi­liardy do­la­rów se­rii Gwiezdne wojny, nie pa­dło w nim naj­bar­dziej kul­towe zda­nie w tej hi­sto­rii fil­mo­wej: "Niech Moc bę­dzie z tobą". Za­miast niego w naj­wcze­śniej­szych wer­sjach po­ja­wiło się: "Niech Moc in­nych bę­dzie z tobą". Cóż ten mało znany fakt ma wspól­nego z na­uką do­ty­czącą po­ten­cjału? Jak na­pi­sał au­tor ksią­żek dla dzieci Ro­ald Dahl: "Naj­więk­sze se­krety kryją się w naj­mniej praw­do­po­dob­nych miej­scach". Wie­rzę, że ten krótki cy­tat sta­nowi trafną dia­gnozę pro­blemu tra­wią­cego próżną po­goń na­szego spo­łe­czeń­stwa za po­ten­cja­łem, a także przy­bliża se­kret wy­kład­ni­czego zwięk­sze­nia na­szego suk­cesu, do­bro­stanu oraz szczę­ścia.

Na­sze spo­łe­czeń­stwo nad­mier­nie sku­piło się na po­tę­dze jed­nostki za­miast na po­tę­dze jed­nostki wzmac­nia­nej przez in­nych. Oczy­wi­ście Hol­ly­wood glo­ry­fi­kuje sa­motne gwiazdy; gdzież in­dziej ulice są do­słow­nie wy­bru­ko­wane ich imio­nami? Jed­nak gdy przyj­miemy taki sce­na­riusz w na­szych fir­mach i szko­łach, kon­cen­tru­jąc się je­dy­nie na in­dy­wi­du­al­nych osią­gnię­ciach i eli­mi­nu­jąc in­nych z tego rów­na­nia, na­sza praw­dziwa po­tęga po­zo­sta­nie ukryta. Na szczę­ście to, co ukryte, można od­kryć.

Trzy lata temu, gdy zaj­mo­wa­łem się ukry­tymi związ­kami tkwią­cymi u pod­staw suk­cesu i ludz­kiego po­ten­cjału, do­świad­czy­łem prze­ło­mo­wego wy­da­rze­nia. Zo­sta­łem oj­cem.

Kiedy mój syn Leo po­ja­wił się na świe­cie, był do­słow­nie bez­radny. Nie po­tra­fił się na­wet sam prze­krę­cić. Jed­nak w miarę, jak do­ra­stał, przy­by­wało mu umie­jęt­no­ści. A za każ­dym ra­zem, gdy się cze­goś na­uczył, ja, jak przy­stało na przed­sta­wi­ciela nurtu psy­cho­lo­gii po­zy­tyw­nej, chwa­li­łem go: "Leo, zro­bi­łeś to cał­kiem sam! Je­stem z cie­bie dumny". Po ja­kimś cza­sie Leo za­czął po­wta­rzać moje słowa, mó­wiąc do mnie dzie­cię­cym gło­si­kiem, peł­nym dumy: "Cał­kiem sam".

Wtedy zda­łem so­bie z cze­goś sprawę: naj­pierw jako dzieci, póź­niej jako do­ro­śli w miej­scu pracy je­ste­śmy wa­run­ko­wani, by nie­pro­por­cjo­nal­nie do­ce­niać osią­gnię­cia, do któ­rych do­szli­śmy sa­mo­dziel­nie. Jako oj­ciec, gdy­bym za­trzy­mał się na po­chwa­łach i pro­wa­dze­niu syna na tam­tym eta­pie, mógł­bym go wy­cho­wać w prze­świad­cze­niu, że nie­za­leżne osią­gnię­cia są naj­waż­niej­szym spraw­dzia­nem na­szej siły cha­rak­teru. A nie jest to prawdą. Ist­nieje jesz­cze cał­ko­wi­cie inna sfera.

Cykl ten roz­po­czyna się za młodu. W szkole na­sze dzieci za­chęca się do pil­nej sa­mo­dziel­nej na­uki, by mo­gły prze­ści­gnąć in­nych na eg­za­mi­nach. Je­śli szu­kają po­mocy w re­ali­za­cji pro­jek­tów u in­nych uczniów, gani się je za oszu­ki­wa­nie. Co wie­czór po­świę­cają wiele go­dzin na prace do­mowe, co zmu­sza je, by re­zy­gno­wały z czasu spę­dza­nego w to­wa­rzy­stwie na rzecz tego po­świę­ca­nego na pracę w sa­mot­no­ści. Nie­ustan­nie przy­po­mina się im, że ich przy­szły suk­ces w miej­scu pracy jest uza­leż­niony od in­dy­wi­du­al­nych wy­ni­ków, w tym ich ocen i punk­tów zdo­by­tych w ustan­da­ry­zo­wa­nych te­stach. Sta­ty­stycz­nie nie jest to prawdą, ale ta­kie po­dej­ście do na­uki ma je­den ważny sku­tek: znacz­nie pod­nosi ich po­ziom stresu, okra­da­jąc je z więzi spo­łecz­nych, snu, uwagi, szczę­ścia i zdro­wia. Jed­nak za­miast kwe­stio­no­wać sys­tem, po­tę­piamy tych, któ­rzy nie pod­dają się sza­leń­stwu in­dy­wi­du­al­nych osią­gnięć. Koń­cząc szkoły, ucznio­wie są wy­czer­pani, słabi i sa­motni, a wtedy do­wia­dują się, że na końcu tę­czy nie ma suk­cesu i szczę­ścia, które im obie­cano.

Na­gle ci sami lu­dzie, któ­rzy tak świet­nie wy­pa­dali w in­dy­wi­du­al­nych te­stach, na­po­ty­kają trud­no­ści, gdy mu­szą pra­co­wać z in­nymi, by wpro­wa­dzić pro­dukt na ry­nek lub spra­wić, by ich ze­spół osią­gnął za­pla­no­wany cel. Na szczyt pną się nie ci, któ­rzy sta­rają się ro­bić wszystko sa­mo­dziel­nie, ale ra­czej ci, któ­rzy po­tra­fią pro­sić o po­moc i mo­bi­li­zują in­nych do roz­woju. Ro­dzice pre­zen­tu­jący zrów­no­wa­żone i na­sta­wione na re­la­cje po­dej­ście do suk­cesu swo­ich po­ciech są na­gra­dzani za wy­trwa­łość, a ro­dzice za­chę­ca­jący do in­dy­wi­du­al­nych osią­gnięć kosz­tem re­la­cji czują się nie­przy­go­to­wani na wy­pa­le­nie czy sa­mot­ność wła­snego dziecka.

Przez pierw­sze dwa­dzie­ścia dwa lata ży­cia osą­dza się nas i chwali za in­dy­wi­du­alne przy­mioty oraz to, co po­tra­fimy osią­gnąć sa­mo­dziel­nie, ale przez resztę ży­cia nasz suk­ces jest nie­mal cał­ko­wi­cie po­wią­zany z osią­gnię­ciami in­nych.

Przez ostat­nie dzie­sięć lat pra­co­wa­łem z nie­mal po­łową firm na­le­żą­cych do li­sty For­tune 100 i od­wie­dzi­łem po­nad pięć­dzie­siąt kra­jów, chcąc się do­wie­dzieć, jak lu­dzie w róż­nych miej­scach pod­cho­dzą do kon­cep­cji suk­cesu, szczę­ścia oraz po­ten­cjału ludz­kiego. Nie­mal wszę­dzie prze­wa­ża­jąca więk­szość przed­się­biorstw, szkół oraz or­ga­ni­za­cji mie­rzy i wy­róż­nia "wy­so­kie osią­gnię­cia" w ka­te­go­riach pa­ra­me­trów in­dy­wi­du­al­nych, ta­kich jak wy­niki sprze­daży, zdo­byte wy­róż­nie­nia przed­sta­wione w ży­cio­ry­sie czy wy­niki te­stu. Cały pro­blem w tym, że ta­kie po­dej­ście opiera się na prze­ko­na­niu, które - jak nam się wy­daje - zo­stało po­twier­dzone na­ukowo: ży­jemy w świe­cie, gdzie prze­trwają naj­lepsi. Za­tem suk­ces to gra o su­mie ze­ro­wej - po­wie­dzie się TYLKO tym, któ­rzy otrzy­mują naj­lep­sze oceny, mają naj­lep­szy ży­cio­rys czy naj­więk­szą liczbę punk­tów. Prze­pis jest pro­sty: bądź lep­szy, mą­drzej­szy i bar­dziej kre­atywny niż inni, a od­nie­siesz suk­ces.

Tyle że ten prze­pis jest nie­praw­dziwy.

Dzięki no­wym prze­ło­mo­wym ba­da­niom, o któ­rych prze­czy­ta­cie w tej książce, wiemy już, że osią­gnię­cie na­szego naj­wyż­szego po­ten­cjału nie po­lega na prze­trwa­niu naj­lep­szych, ale prze­trwa­niu tych, któ­rzy naj­le­piej się wpa­so­wują. In­nymi słowy, suk­ces nie za­leży je­dy­nie od tego, jak je­ste­ście kre­atywni, in­te­li­gentni czy zmo­ty­wo­wani, ale jak po­tra­fi­cie na­wią­zy­wać re­la­cje, wspo­ma­gać i ko­rzy­stać z eko­sys­temu ota­cza­ją­cych was lu­dzi. Nie za­leży tylko od tego, jak wy­soko w ran­kin­gach znaj­duje się wa­sza uczel­nia czy miej­sce pracy, ale jak do­brze tam pa­su­je­cie. Nie za­leży tylko od tego, ile uzy­ska­cie punk­tów, ale jak do­brze do­peł­nia­cie umie­jęt­no­ści ze­społu.

Czę­sto wy­daje się nam, że gdy­by­śmy tylko po­tra­fili pra­co­wać cię­żej, szyb­ciej i mą­drzej, osią­gnę­li­by­śmy swój naj­wyż­szy po­ten­cjał. Jed­nak, na­ukowo rzecz uj­mu­jąc, we współ­cze­snym świe­cie naj­więk­szą prze­szkodą dla wa­szego suk­cesu i re­ali­za­cji po­ten­cjału nie jest brak wy­daj­no­ści, cięż­kiej pracy czy in­te­li­gen­cji, ale spo­sób, w jaki do niego dą­żymy. Roz­wi­ja­nie wła­snego po­ten­cjału nie­ko­niecz­nie musi ozna­czać po­dą­ża­nie sa­motną ścieżką. Wnio­ski z de­kady ba­dań są ja­sne: sa­memu nie jest szyb­ciej; le­piej jest wspól­nie.

Trzy­ma­jąc się prze­sta­rza­łego prze­pisu na suk­ces, nie wy­ko­rzy­stu­jemy ogrom­nych za­so­bów po­ten­cjału. Mia­łem się o tym oka­zję prze­ko­nać oso­bi­ście w trak­cie dwu­na­stu lat spę­dzo­nych na Ha­rvar­dzie, przy­glą­da­jąc się, jak stu­denci roz­bi­jają się na zdra­dli­wych wo­dach ostrej kon­ku­ren­cji, a po­tem osia­dają na mie­li­znach sa­mo­zwąt­pie­nia i stresu. Zdaw­szy so­bie sprawę, że nie są już je­dy­nymi me­ga­gwiaz­dami, wielu wpa­dało w pa­nikę. Wy­ma­gali od sie­bie wię­cej, izo­lu­jąc się, by pod­krę­cić tempo, i pró­bu­jąc za­bły­snąć na tle in­nych. Skut­kiem była ciem­ność. Aż osiem­dzie­siąt pro­cent stu­den­tów Ha­rvardu przy­znaje, że w trak­cie stu­diów na uczelni do­świad­czyło epi­zodu de­pre­sji.

Te­raz, kiedy mia­łem oka­zję przyj­rzeć się pro­ble­mowi z per­spek­tywy glo­bal­nej, wiem, że nie do­tyka on je­dy­nie stu­den­tów uczelni na­le­żą­cych do Ligi Blusz­czo­wej. W 1978 roku śred­nia wieku osób, u któ­rych dia­gno­zo­wano de­pre­sję, wy­no­siła dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. W 2009 było to czter­na­ście i pół roku[5]. W ciągu mi­nio­nej de­kady wskaź­niki de­pre­sji u do­ro­słych ule­gły po­dwo­je­niu, po­dob­nie jak ho­spi­ta­li­za­cji z po­wodu prób sa­mo­bój­czych u dzieci ma­ją­cych na­wet za­le­d­wie osiem lat[6]. Jaka zmiana może wy­ja­śnić te dane? I, co waż­niej­sze, co mo­żemy zro­bić, by to na­pra­wić?

Kła­dziemy zde­cy­do­wa­nie zbyt duży na­cisk na in­dy­wi­du­alne osią­gnię­cia, co jest zwią­zane z dwiema zna­czą­cymi zmia­nami. Po pierw­sze, roz­wój tech­no­lo­gii oraz me­diów spo­łecz­no­ścio­wych po­zwala nam przez całą dobę zda­wać re­la­cję z na­szych in­dy­wi­du­al­nych osią­gnięć, pod­sy­ca­jąc kon­ku­ren­cję i jed­no­cze­śnie kar­miąc po­czu­cie za­gu­bie­nia. Po dru­gie, astro­no­miczna pre­sja oraz kon­ku­ren­cja w szko­łach i fir­mach, w po­goni za wyż­szymi wskaź­ni­kami in­dy­wi­du­al­nego suk­cesu, prze­kła­dają się na dłuż­szy dzień pracy, mniej snu i wię­cej stresu. Na szczę­ście za­czyna się wy­ła­niać lep­sza ścieżka.

Ta eks­cy­tu­jąca nowa ścieżka zo­stała za­in­spi­ro­wana mo­imi wcze­śniej­szymi ba­da­niami nad szczę­ściem. W Prze­wa­dze szczę­ścia[1*] pi­sa­łem, jak można istot­nie zwięk­szyć wła­sne szczę­ście po­przez tech­niki ta­kie jak ćwi­cze­nie wdzięcz­no­ści, prak­ty­ko­wa­nie opty­mi­zmu i me­dy­to­wa­nie. Jed­nak w któ­rymś mo­men­cie, je­śli wszyst­kie te dzia­ła­nia będą do­ty­czyły wy­łącz­nie wa­szego szczę­ścia, doj­dzie­cie do nie­wi­dzial­nej gra­nicy, poza którą szczę­ścia nie da się utrzy­mać ani roz­wi­nąć. Je­dy­nym spo­so­bem na po­ko­na­nie tej ba­riery jest wy­ko­rzy­sta­nie wła­snego szczę­ścia jako pa­liwa, które po­zwoli uszczę­śli­wić in­nych. Osta­tecz­nie zda­łem so­bie sprawę, że szczę­ście to wy­bór nie tylko in­dy­wi­du­alny, ale także ma­jący zwią­zek z in­nymi ludźmi. Dzieje się tak dla­tego, że wy­bie­ra­jąc po­stę­po­wa­nie pełne wdzięcz­no­ści lub ra­do­ści, uła­twia­cie wdzięcz­ność i ra­dość in­nym, któ­rzy z ko­lei dają wię­cej po­wo­dów do ra­do­ści i wdzięcz­no­ści wam.

Dys­po­nu­jąc tym od­kry­ciem, za­głę­bi­łem się w nowe ba­da­nia i wtedy stało się ja­sne, że szczę­ście sta­nowi je­dy­nie wierz­cho­łek góry lo­do­wej. Obec­nie, dzięki po­ja­wie­niu się big data, mo­głem wresz­cie do­strzec po­wią­za­nia, które przed­tem po­zo­sta­wały ukryte. Wcze­śniej mo­gli­śmy py­tać je­dy­nie: "Jak in­te­li­gentny je­steś?", "Jak bar­dzo je­steś kre­atywna?" albo "Jak ciężko pra­cu­jesz?". Te­raz mo­żemy za­da­wać py­ta­nia szer­sze: "Jak mą­dre są dzięki to­bie osoby z two­jego oto­cze­nia?", "Ile kre­atyw­no­ści wy­zwa­lasz?", "W ja­kim stop­niu twoja de­ter­mi­na­cja udziela się two­jemu ze­spo­łowi lub ro­dzi­nie?", "Jak wy­trwałe są dzięki to­bie osoby z two­jego oto­cze­nia?". A kiedy je za­damy, za­uwa­żymy, że na­sze naj­więk­sze suk­cesy nie ist­nieją w sa­mot­no­ści. W miarę jak po­ja­wiają się ko­lejne ba­da­nia, uczymy się, że nie­mal każda ce­cha na­szego po­ten­cjału - od in­te­li­gen­cji, po kre­atyw­ność, przy­wódz­two, oso­bo­wość i za­an­ga­żo­wa­nie - jest po­łą­czona z in­nymi ludźmi. Dla­tego chcąc praw­dzi­wie roz­kwit­nąć fi­zycz­nie, emo­cjo­nal­nie i du­chowo, mu­simy zmie­nić to, jak re­ali­zu­jemy nasz po­ten­cjał, tak samo jak mu­simy zmie­nić spo­sób, w jaki po­szu­ku­jemy szczę­ścia: mu­simy za­prze­stać sta­rań, by sa­memu osią­gnąć to szyb­ciej, i za­cząć pra­co­wać nad tym, by­śmy stali się sil­niejsi wspól­nie.

Two­rząc hi­per­kon­ku­ren­cyjne śro­do­wi­ska, w któ­rych świę­tuje się tylko osią­gnię­cia in­dy­wi­du­alne, firmy i szkoły za­nie­dbują ogromną część ta­lentu, wy­daj­no­ści oraz kre­atyw­no­ści. Prze­sadny na­cisk na jed­nostkę i odej­mo­wa­nie in­nych z rów­na­nia na­kłada na nasz po­ten­cjał miękką blo­kadę, sztucz­nie ogra­ni­cza­jąc to, co mo­żemy osią­gnąć. Do­bra wia­do­mość jest taka, że nie bez po­wodu uży­wam tu okre­śle­nia "miękka blo­kada": można się jej po­zbyć. Kiedy pra­cu­jemy, by po­móc in­nym osią­gnąć suk­ces, nie tylko po­pra­wiamy wy­niki grupy, ale też wy­kład­ni­czo zwięk­szamy wła­sny po­ten­cjał. Zja­wi­sko to opi­suję da­lej w ni­niej­szej książce jako Koło Suk­cesu - pę­tlę po­zy­tyw­nych in­for­ma­cji zwrot­nych, dzięki któ­rej wspie­ra­nie in­nych prze­kłada się na wię­cej za­so­bów, ener­gii i do­świad­czeń - te z ko­lei wspie­rają was sa­mych, po­now­nie na­pę­dza­jąc spi­ralę. Tak oto po­ma­ga­nie in­nym prze­nosi wasz suk­ces na ko­lejny po­ziom. Za­tem:

MAŁY PO­TEN­CJAŁ to ogra­ni­czony suk­ces, który mo­że­cie osią­gnąć sa­mo­dziel­nie.

WIELKI PO­TEN­CJAŁ to suk­ces, który mo­że­cie osią­gnąć z in­nymi je­dy­nie dzięki Kołu Suk­cesu.

W ni­niej­szej książce opi­szę osiem au­tor­skich pro­jek­tów ba­daw­czych, które prze­pro­wa­dzi­łem z in­nymi, jak rów­nież no­wa­tor­skie ba­da­nia na­ukow­ców łą­czące neu­ro­naukę, psy­cho­lo­gię oraz ana­lizy sie­ciowe, kształ­tu­jące nową dzie­dzinę ba­dań nad sys­te­mami po­zy­tyw­nymi. Wiem jed­nak, że nie się­gnę­li­ście po tę książkę je­dy­nie dla omó­wie­nia ba­dań; ist­nieją lep­sze po­zy­cje po­świę­cone tej te­ma­tyce. Za­leży wam na wie­dzy, którą mo­że­cie za­cząć wdra­żać od razu. Dla­tego mi­nione trzy lata spę­dzi­łem, for­mu­łu­jąc prak­tyczne po­dej­ście do Wiel­kiego Po­ten­cjału na pod­sta­wie do­stęp­nych usta­leń na­uko­wych oraz mo­ich dzia­łań dla NASA, NFL, Bia­łego Domu i in­nych, a także roz­mów z oso­bami, które zde­cy­do­wa­nie od­nio­sły suk­ces, w tym Wil­lem Smi­them, Oprah Win­frey oraz Mi­cha­elem Stra­ha­nem, ży­ją­cymi zgod­nie z re­gu­łami Wiel­kiego Po­ten­cjału.

Ścieżka ta składa się z pię­ciu eta­pów, które na­zy­wam NA­SIO­NAMI Wiel­kiego Po­ten­cjału: OTOCZ­CIE się Ukła­dem Gwiezd­nym Po­zy­tyw­nych In­flu­en­ce­rów. DZIEL­CIE się swoją mocą, włą­cza­jąc in­nych w dzia­ła­nia, nie­za­leż­nie od sta­no­wi­ska. ROZ­WI­JAJ­CIE swoje za­soby, sta­jąc się Pry­zma­tem Po­chwały. BROŃ­CIE sys­temu przed ne­ga­tyw­nymi ata­kami. POD­TRZY­MUJ­CIE ko­rzy­ści, na­pę­dza­jąc Koło Suk­cesu. Na­siona są do­sko­nałą me­ta­forą tych ba­dań, po­nie­waż nie roz­winą się same z sie­bie, bez po­mocy słońca, ziemi i wody. Po­dob­nie i wy mo­że­cie roz­wi­jać wła­sny po­ten­cjał, ale nie mo­że­cie tego zro­bić sami. Naj­więk­szy roz­wój osią­gamy, gdy wy­ko­rzy­stu­jemy po­ten­cjał osób z na­szego oto­cze­nia.

Za­tem nie mo­żemy się już za­do­wo­lić ry­wa­li­za­cją o ochłapy Ma­łego Po­ten­cjału; mu­simy szu­kać no­wych gra­nic ludz­kiego po­ten­cjału i za­pra­szać in­nych, by za nami po­dą­żali. Świat pe­łen wy­zwań wy­maga od nas, by­śmy przy­wró­cili do prze­pisu "moc in­nych". A wszystko za­czyna się od zna­le­zie­nia ukry­tych po­wią­zań po­mię­dzy świe­tli­kami, go­li­zną na Ha­rvar­dzie, bez­pió­rymi kur­cza­kami i nie­zręcz­nym tań­cem z Oprah.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki