p

Więcej niż hormony. Jak przywrócić spokój w ciele i dotrzeć do prawdziwej przyczyny problemów hormonalnych - Katarzyna Wróbel

Kup książkę

49.90 zł
32.43 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Nie jestem Twoim guru

Najważniejsza rzecz, którą warto, żebyś o mnie wiedziała i zapamiętała: nie jestem ani gorsza, ani lepsza od Ciebie. Nie jestem i nie chciałabym zostać Twoim "guru". Mam dużą wiedzę i doświadczenie z zakresu regulowania hormonów, cykli miesiączkowych u kobiet, natomiast nie sprawia to, że jakkolwiek góruję nad Tobą. Jestem tak samo wyjątkowa i tak samo normalna jak Ty i jak każda inna kobieta na tym świecie.

Dlaczego to dla mnie ważne, żeby Ci o tym powiedzieć? Bo notorycznie obserwuję wśród osób pomagających kobietom w ich zdrowiu - dietetyków, fizjoterapeutów, lekarzy itd. - zjawisko wywyższania się ponad osoby, które się do nich zgłaszają. Traktowania siebie jako wyroczni, a kobiet, które nie mają wykształcenia medycznego, jako gorszych, bo brakuje im wiedzy, lub co gorsza jako "głupich bab, które wyczytały sobie coś w internecie i wmawiają sobie, że źle się czują". To jeden z powodów, dla których tak potraktowane kobiety odsyłane są później na terapię zamiast na kompleksowe badania, "bo wystarczy się mniej stresować". Sami specjaliści natomiast postrzegają siebie często jako bogów: "Mam kilka tytułów naukowych przed nazwiskiem i biały fartuch, więc masz się mnie słuchać, bo zawsze wiem lepiej od ciebie!".

Jestem uczulona na taką narrację i myślę, że to podejście mocno toksyczne. Nie chciałabym, żeby w jakikolwiek sposób dotyczyła Ciebie i mnie. Wierzę, że Ty jesteś lepszą specjalistką od swojego ciała niż ja. Ty znasz siebie najlepiej. Dlatego przedstawię Ci w tej książce swój punkt widzenia, swoje doświadczenia i obserwacje z pracy z tysiącami kobiet, ale ostatecznie to Ty zdecydujesz, co o tym sądzisz.

Moja historia

Wracając do mnie... Chciałabym Ci opowiedzieć, jak to się stało, że zajmuję się regulowaniem hormonów u kobiet. Oto moja historia, która tak naprawdę przypomina historie tysięcy kobiet w Polsce, na świecie, a być może i Twoją.

Mając 15 lat, zaczęłam przyjmować tabletki antykoncepcyjne. Wtedy zależało mi wyłącznie na zapobieganiu ciąży. Na początku miałam wątpliwości, czy chcę w ogóle je zażywać, bo w końcu "czy one czasem nie mają złego wpływu na zdrowie?". Pamiętam, że moja mama powiedziała mi wówczas: "Myślę, że gorszy wpływ na zdrowie może mieć ciąża w wieku piętnastu lat". Uśmiecham się teraz na te słowa. Czy miała rację? Nie wiem. Nie mam pojęcia, co by było, gdybym wtedy tych tabletek nie wzięła, ale prawdopodobnie nie pisałabym tej książki. Mocno wierzę, że wszystko dzieje się w naszym życiu po coś. Tak czy inaczej na początku stosowania tabletek antykoncepcyjnych cieszyłam się i czułam się tak "dorośle". Tak fajnie. Bardzo dużo koleżanek wokół mnie też wtedy zażywało tabletki, więc tym bardziej postrzegałam to jako coś normalnego. Poza tym stosowanie antykoncepcji miało tyle plusów! Oprócz tego, że w ogóle nie martwiłam się o zajście w niechcianą wtedy ciążę, bolesność moich "miesiączek" (to słowo celowo umieściłam tu w cudzysłowie, ponieważ podczas stosowania tabletek antykoncepcyjnych nie występuje miesiączka, a jedynie sztuczne krwawienie z odstawienia, czego wtedy jeszcze nie wiedziałam) znacznie się zmniejszyła. Zaczęły być znośne, choć nadal nieidealne. Przed tabletkami z każdą moją miesiączką wiązał się pewien rytuał. Gdy się zaczynała, wiedziałam, że mam niewiele czasu. Przyjmowałam tabletki przeciwbólowe, zanim fala największego bólu mnie dopadnie, choć zdawałam sobie sprawę z tego, że to i tak na niewiele się zda. Gdy sytuacja się rozkręcała, pojawiał się on. Koszmarny, rozrywający ból podbrzusza paraliżujący całe moje ciało, sprawiający, że przechodziły mnie fale dreszczy, potów, zimna i ciepła na zmianę. To właśnie ten ból na kolejne godziny przywiązywał mnie do kibelka, przed którym klęczałam i wymiotowałam, na zmianę z siadaniem na nim resztkami sił ze względu na silną biegunkę. Po kilku godzinach takiego rytuału odprawianego w łazience (w której w międzyczasie zdarzyło mi się wiele razy zemdleć), kiedy już "inicjacja" kilkudniowego krwawienia była za mną, wstawałam na trzęsących się nogach, podchodziłam do lustra, by sprawdzić, jak bardzo jaśniejszy od białych ścian jest kolor mojej skóry (oj, był za każdym razem!). Potem myłam twarz, zęby i przygotowywałam swój zestaw na resztę dnia - ciepłe ubrania, koce, herbatę, tabletki przeciwbólowe (kolejna partia nie trafiała już na szczęście do toalety) i miejsce do skulenia się w pozycji agonalnej. Oczywiście pójście do szkoły nie wchodziło wtedy w grę. Dziś już wiem, że to nie była najbardziej hardcore?owa wersja tego, co mogło mnie spotkać, bo są kobiety, u których faza agonalna trwa kilka dni - u mnie koszmarne były "tylko" dwa pierwsze dni miesiączki, ale naprawdę ekstremalna jazda trwała kilka pierwszych godzin. Przyjmowałam to jednak jako zwykły pech. W końcu moja mama też opowiadała mi o tym, jak do niej co miesiąc przyjeżdżała karetka właśnie ze względu na bóle miesiączkowe.

Ale na tabletkach? Niebo a ziemia! Wciąż odczuwałam bolesność, jednak mogłam żyć! Rzadko zdarzały się wymioty czy całkowity paraliż (no, ewentualnie w sytuacjach, gdy pierwszy dzień miesiączki przypadał na dzień gigantycznego kaca i zarwania dzień wcześniej nocki - co, swoją drogą, zdarzało się całkiem często). Byłam więc zadowolona i dumna z takiego rozwiązania problemu.

Przeprowadzka

Po liceum przeprowadziłam się z małej wioski w Małopolsce na Śląsk, gdzie zaczęłam studiować na uczelni medycznej. Najpierw rok analitykę medyczną, a następnie zmieniłam kierunek na farmację. W trakcie studiów tabletki w dalszym ciągu ułatwiały mi życie z tych samych powodów co wcześniej. Dziwiłam się bardzo koleżankom, które ich nie przyjmują lub nie chcą ich brać. Niektóre z nich mówiły, że "na tabletkach czują się źle", ale im nie wierzyłam i twierdziłam, że na pewno przesadzają. Myślałam: "Dobra, dobra, pewnie masz źle dobrane tabletki albo po prostu nie jesteś w stanie przetrzymać tych pierwszych kilku trudniejszych miesięcy, w czasie których ciało się przyzwyczaja. Głupoty gadasz". No bo dlaczego nie korzystać z tego cudownego wynalazku?! Regularne, lekkie miesiączki, zero skutków ubocznych (lub bardzo małe) i zero obaw o zajście w ciążę! Tym bardziej że, HALO!, moje otoczenie to przestały być osoby z małych miejscowości, w których wiara katolicka zapuściła mocno korzenie, sprawiając, że odczuwały blokadę przed braniem tabletek. Teraz obracałam się wśród kobiet "niby­-świadomych i niby­-nowoczesnych", w dodatku studiujących kierunki medyczne. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego niektóre z nich nie chcą korzystać z antykoncepcji hormonalnej! I powiem szczerze, że to był tylko jeden z wielu moich powodów niechęci do kobiet. Bardzo długo uważałam, że kobiety są głupie, zacofane, zbyt emocjonalne i w ogóle BE. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że w przyszłości będę pracować właśnie z kobietami i to jeszcze nad tak kobiecymi tematami, jak cykl miesiączkowy czy płodność, myślę, że bym nie uwierzyła albo wyobrażałabym sobie tę pracę jako motywowanie kobiet do pokonywania swoich ograniczeń, na zasadzie: "Masz okres? Działaj mimo bólu! Nie daj się powstrzymać!", a nie: "Pokochaj swoją piękną kobiecą naturę" - jak to mówi fragment wstępu do podcastu, który tworzę (Kasia o Hormonach). Ha, ha... Uśmiecham się teraz do tamtej dawnej Kasi.

Kiełkowanie

Studiowałam sobie więc tak na tym wielkim Śląsku bardzo poważny kierunek i przyznam, że na początku studiów to właśnie leki wydawały mi się niesamowite. Pamiętam zachwyt nad statynami. Statyny to leki, które blokują enzym o trudnej nazwie reduktaza HMG-CoA (3-hydroksy-3-metyloglutarylokoenzymu A). Ten enzym jest ważny na szlaku syntezy cholesterolu, a statyny stosuje się właśnie w celu obniżenia jego poziomu. Dowiadując się o tym mechanizmie, pomyślałam: "WOW! Jakie te leki są mądre! Jakie to wszystko jest fascynujące!". Jednak kiedy stopniowo zaczynałam rozumieć działanie leków, jedna kwestia mnie zastanawiała. Rozumiałam, że istnieją choroby, a każda choroba ma określone objawy oraz da się ją zdiagnozować na podstawie określonych wyników badań. A leki właśnie na te objawy działają i te wyniki badań korygują. Spoko! Ale... czy to znaczy, że gdy się zapada na daną chorobę, trzeba brać leki do końca życia? Skąd właściwie takie choroby się biorą? Czy to faktycznie takie randomowe zjawisko? Czy choroba nie wybiera człowieka? Czy ma jednak preferencje? A może chodzi o to, że niektórzy mają pecha, otrzymując miliony diagnoz?

W czasie studiów na farmacji nie otrzymałam satysfakcjonującej odpowiedzi na te pytania. Dowiedziałam się, że choroby są w większości uwarunkowane genetycznie lub do ich wystąpienia może predysponować "niezdrowy styl życia, w tym zła dieta i palenie papierosów" albo pojawiają się same z siebie, wówczas określane są mianem idiopatycznych . Ogólnie temat przyczyn nie był rozwijany i wcale mi się to nie podobało. Ale to wystarczyło, żebym zaczęła szukać głębiej. Niezdrowy styl życia... zła dieta... To były moje punkty zaczepienia. Zaczęłam się zagłębiać w tematy odżywiania, co finalnie doprowadziło mnie do stosowania silnie niedoborowej diety wegańskiej oraz do podjęcia kolejnego kierunku studiów: dietetyki ze specjalizacją dietetyka kliniczna. Choć decyzja o nowym kierunku studiów była bardzo spontaniczna, po czasie utwierdziłam się w przekonaniu, że miała sens. Była kolejnym logicznym krokiem. Wiedziałam już, że nie do końca widzę siebie w pracy w aptece, a skoro niezdrowa dieta może doprowadzić do problemów zdrowotnych, to fajnie byłoby się dowiedzieć, jak w takim razie warto się odżywiać, by zapobiec problemom lub nawet je leczyć. Chciałam więc poeksplorować inną gałąź medycyny, czyli dietetykę.

Skrajności

Studiując nowy kierunek, sama cały czas przyjmowałam antykoncepcję hormonalną i moje własne samopoczucie było dalekie od dobrego. Tak naprawdę nie wiedziałam, jak to jest czuć się normalnie, bo mój studencki tryb życia był dość ekstremalny - regularne zarywanie nocek na naukę, której było bardzo dużo, na pracę (udzielałam korepetycji z chemii przez cały okres studiów), a wreszcie na alkohol, papierosy i przygodne znajomości. To był dla mnie intensywny czas. Pomimo tego całego szaleństwa było we mnie od zawsze coś, co ciągnęło mnie do natury, i w przerwie od tych moich ekstremów raz na jakiś czas pojawiałam się na zajęciach z jogi, sesjach medytacji, łapałam "fazę" na codzienne spacery czy bieganie nad sosnowieckimi stawami Hubertus lub wczytywanie się w naturalne metody leczenia różnych chorób. Było w moim życiu dużo skrajności.

Po jakimś czasie zaczęła mi chodzić po głowie wizja odstawienia tabletek antykoncepcyjnych (teraz postrzegam to jako naturalną kolej rzeczy). Na studiach dowiedziałam się, że w trakcie ich stosowania wcale nie mam swojego cyklu miesiączkowego, a owulacja jest zablokowana. Pamiętam, że decyzja o odstawieniu antykoncepcji hormonalnej przyszła mi dość lekko. Wtedy jeszcze nie do końca wiedziałam, po co to robię, kierowała mną niepohamowana ciekawość: "Chciałabym zobaczyć, jak wyglądają moje własne cykle!" - mówiłam. No i zobaczyłam. I wierz mi, nie było to przyjemne.

Powrót koszmaru

Pierwsza miesiączka po odstawieniu tabletek antykoncepcyjnych była dla mnie koszmarem. Ból był nie do wytrzymania. Wróciły wymioty, brak możliwości ruchu, zasłabnięcia, obfite krwawienia. Pomyślałam: "Jak tak to ma wyglądać teraz, to ja dziękuję...". Przypomniały mi się moje miesiączki z lat nastoletnich - szczerze mówiąc, tym razem było dużo gorzej. Ale to nie wszystko. W kolejnych miesiącach sytuacja się pogarszała. Zaczęły się pojawiać torbiele, zostałam zdiagnozowana na niedoczynność tarczycy, PCOS (ang. policystic ovary syndrome ), insulinooporność, hipoglikemię reaktywną, a w późniejszym czasie również zachorowałam na endometriozę i wypadanie włosów typu androgenowego. Mój organizm był w rozsypce. Pomimo niezłej regularności miesiączki były za każdym razem tak samo koszmarne, a PMS (ang. premenstrual syndrome )... nie do wytrzymania. O ile do tej pory sama należałam do kobiet robiących sobie "podśmiechujki" z hormonów, mimo że powtarzałam wcześniej "He, he, jestem przed okresem, więc to normalne, że wszystko mnie wkurza", o tyle po odstawieniu tabletek nie było mi już do śmiechu. Czułam się, jakbym traciła zmysły. Ba! Trochę nawet straciłam, bo w kolejnych miesiącach fantastycznie wpasowywałam się w diagnozę depresji czy choroby afektywnej dwubiegunowej. Moje życie wtedy można by podsumować jednym słowem: CHAOS. Totalny chaos. Z zewnątrz mogłoby się wydawać, że wszystko jest w porządku i że ogarniam. Dwa kierunki wymagających studiów jednocześnie, praca (udzielałam korepetycji z chemii, wyjeżdżałam do Norwegii na zbiory truskawek i podejmowałam inne dorywcze zajęcia typu inwentaryzacje czy praca jako tajemniczy klient), bujne życie towarzyskie, podróże autostopowe... Super, prawda? No cóż... Fajnie to wyglądało tylko z zewnątrz. Kiedy słyszałam: "Kasia, ale ty super wszystko ogarniasz! Niesamowite, że jesteś w stanie pogodzić tyle zajęć! Jesteś taka ambitna, pracowita i zorganizowana - mnie by się nie chciało tyle robić!", za każdym razem myślałam: "Oni nie wiedzą". Nie wiedzą, jak mi ciężko, jak bardzo czuję, że niczego nie ogarniam i jak bardzo w moim życiu dominuje chaos - nie organizacja. Poza tym wcale nie czułam radości z robienia tych wszystkich rzeczy, za to miałam na sobie ogromną presję. Gdy tylko słyszałam słowa: "Mnie by się nie chciało tyle robić", w swojej głowie automatycznie odpowiadałam: "No tak, ale ja nie mam wyjścia... ja MUSZĘ to wszystko robić". Muszę, muszę, muszę... w każdym obszarze życia było u mnie muszę .

"Leczenie" hormonów

W kwestii hormonów odbijałam się od ściany do ściany. Od lekarza do lekarza. Od badań do badań. Na moje problemy słyszałam standardowy, znany niestety milionom Polek tekst: "Taka pani uroda" czy: "Czasem tak po prostu jest", zakończony zdaniem: "Mogę pani jedynie zaproponować tabletki antykoncepcyjne". Ale ja właśnie odstawiłam tabletki, stąd to rozwiązanie mnie nie satysfakcjonowało.

Zaczęłam więc zgłębiać wiedzę dotyczącą hormonów na własną rękę - zwłaszcza że ani jeden, ani drugi kierunek studiów nie dostarczył mi odpowiedzi na pytanie, co robić. Jednocześnie prowadziłam już pierwsze konsultacje dietetyczne, zwykle o charakterze rad na odchudzanie, by nabyć trochę praktyki. Moje własne doświadczenia sprawiły jednak, że całkowicie pochłonął mnie temat hormonów i cyklu miesiączkowego, a im więcej się dowiadywałam, im więcej siły nabierałam i zbliżałam się do swojej własnej równowagi - tym bardziej byłam wściekła. Wściekła na:

system edukacji, że my, kobiety, nie wiemy totalnie nic o swoich cyklach miesiączkowych - a już na pewno nie wiemy nic o tym, jak piękna jest nasza cykliczność i jakim darem jest; system edukacji medycznej, że nie uczy się nas, jak naprawdę leczyć choroby oraz skąd one się biorą, a jedynie tłumaczy się, jak zaleczać objawy; wszystkich lekarzy, którzy przepisują antykoncepcję hormonalną jak cukierki, całkowicie ignorując jej skutki uboczne; cały świat, który traktuje hormony jako źródło wszelkiego zła, zamiast dostrzec, że objawy wynikają z braku równowagi w hormonach; wszystkie osoby pomagające kobietom "naturalnie" regulować hormony, przez co dolewają oliwy do ognia (zalecanie restrykcyjnych diet, wykluczenia połowy grup produktów) i wpędzają kobiety w poczucie winy i kompleksy (narzucanie kobietom jeszcze większej presji, jakby ta, którą one same sobie narzucają, była niewystarczająca).

Co było dalej?

Tysiące przeczytanych badań, setki książek, przeprowadzonych konsultacji, dziesiątki kursów na temat hormonów, a także dziesiątki godzin terapii i coachingu później - jestem tutaj. W miejscu, w którym nie sądziłabym, że mogę być. Obok mnie leży mój 6-tygodniowy synek, którego właśnie nakarmiłam i uśpiłam. Bez problemu zaszłam w ciążę wtedy, gdy tak zdecydowaliśmy. Już przed ciążą moje cykle były dla mnie bezproblemowe - miesiączki lekkie, owulacja regularna i dobrej jakości (tak, to jest bardzo ważne dla zdrowia), a w mojej głowie i w życiu zagościł spokój, i to na dobre. Taki prawdziwy. Taki zwykły, prosty. Spokój i poczucie normalności. Poczucie, że jestem w równowadze hormonalnej i życiowej. Jest mi po prostu dobrze. Nie idealnie - w moim domu panuje aktualnie ogromny bałagan i też miewam czasem gorsze dni (to normalne!) - ale w ogólnym rozrachunku jestem po prostu szczęśliwa, spokojna i zdrowa.

Prawdziwa przyczyna i prawdziwe rozwiązania