p
Prolog
Czy jest już za późno, żeby się wycofać?
Kiedy tydzień temu zadałam to pytanie mamie, uzyskałam odpowiedź, której się spodziewałam. W końcu znam ją dwadzieścia cztery lata i wiem, jak się zachowa w pewnych sytuacjach. Uznała moje słowa za żart i mnie wyśmiała.
Co to za wymysły, Lucy? Czasami nie mogę uwierzyć, co też ci przychodzi do głowy!
Rozumiem, dlaczego dla mamy to pytanie było tak niespodziewane, że aż musiała obrócić je w żart, by jej umiejętności poznawcze to przyswoiły. Cztery lata. Ostatnie dwa przygotowań do wydarzenia, które ma się odbyć właśnie dzisiaj. Mnóstwo wydanych pieniędzy - wspólnie z rodzicami Tomka moi wydali jakieś pięćdziesiąt tysięcy złotych. Markowa kiecka za kilka tysięcy. Pięknie przystrojona sala na kilkadziesiąt osób. Zespół, wyłoniony przez nas po tygodniach przesłuchań. Opłacona podróż na Malediwy. Wszystko dopięte na ostatni guzik.
Poza mną.
Nie żartowałam, ale nie powiedziałam tego mamie tydzień temu. Jak zwykle zamknęłam się w sobie, nerwowo obracając w głowie wszystkie "za" i "przeciw". Nie miałam do kogo się zwrócić, zrobiłam więc coś desperackiego: wrzuciłam anonimowy post na jedną z facebookowych grup kobiecych. Potrzebowałam kogoś z zewnątrz, kto spojrzy na moje życie z dystansu i potwierdzi obawy.
Powiadomienia wciąż przychodzą.
Nie rozstaję się z komórką, trzymając ją cały czas w ręce, nawet gdy mam robione włosy i makijaż. Żołądek ściska mi się z nerwów, gdy makijażystka narzeka na bladą cerę i cienie pod oczami. Jak mogłabym ich nie mieć, skoro to uczucie ścisku w żołądku towarzyszy mi bez przerwy przez ostatnie miesiące? Nawet już nie wiem, jak to jest czuć się normalnie. Jak to jest być zrelaksowaną i zadowoloną z życia.
Czy na pewno o to mi chodziło? Tego chciałam?
W domu panuje rozgardiasz stulecia; obcy ludzie przewijają się przez pomieszczenia, mama na wszystkich krzyczy, a najbardziej na tatę, który na balkonie pali jednego papierosa za drugim. Jest mi niedobrze. Siedzę przed lustrem w mojej pięknej kiecce za kilka tysięcy i zastanawiam się, w którym momencie moje życie skręciło w tę stronę. Kiedyś przecież byłam zadowolona, prawda? Chciałam tego. Pragnęłam tego.
Drżącymi palcami odblokowuję telefon i wchodzę na Facebooka. Wyszukuję swoje stare posty, wpatruję się w ekran, na którym wyświetlają się nasze zdjęcia sprzed dwóch lat. Wieczór na Krecie tuż po tym, jak Tomek mi się oświadczył. Przyglądam się swojej twarzy i nie rozpoznaję tej dziewczyny. Wygląda na szczęśliwą. Jest uśmiechnięta, chętnie pozuje do zdjęcia z pierścionkiem na palcu - tym samym, który teraz ciąży mi jak koło młyńskie u szyi. Czy byłam wtedy szczęśliwa? Chciałam tego czy szłam jedynie za tym, czego powinnam chcieć i co wydawało się naturalną koleją rzeczy?
Nie pamiętam już. Nie wiem. Nie potrafię stwierdzić, czy to wtedy skręciłam w złym kierunku.
- Och, jak pięknie tu wyglądacie - szczebiocze fryzjerka, zaglądając mi przez ramię. - Idealna para. A teraz głowa wyżej.
Kolejne powiadomienie. Wzdrygam się i blokuję telefon, ledwie zerknę na pierwsze słowa komentarza.
Uciekaj! Uciekaj jak najszybciej...
Podnoszę głowę, a fryzjerka kończy swoje czary przy moich włosach. Obojętnie patrzę w lustro, bo dziwnie mało mnie obchodzi, czy dobrze wyglądam. Mam na głowie dokładnie taką koronę z francuskiego warkocza, jaką chciałam; jasne kosmyki włosów wysuwają się z niej w całkowicie kontrolowany sposób. Przede wszystkim zwracam jednak uwagę na oczy. Są takie... przygaszone.
Ten dzień jest dziwny. Nie pamiętam wszystkiego; mam przebłyski, jak teraz przed lustrem, ale zero pojęcia, jak tu trafiłam. Kiedy mówię o tym mamie, ta śmieje się, że udziela mi się przedślubne zdenerwowanie. Potem ucieka do ciotek i kuzynek, które również szykują się tu, w moim rodzinnym domu, bo w większości przyjechały z daleka. W domu jest głośno i dużo się dzieje, a fryzjerka i makijażystka uwijają się między jedną osobą a drugą.
Może i ogarnęła mnie przedślubna nerwowość, ale na pewno nie z powodu, o jakim myśli mama. To nie jest pozytywne uczucie. Jak mogłoby być, skoro czuję się tak, jakbym miała za chwilę zwymiotować?
W jednym z pokoi na piętrze przygotowuje się też Tomek. Na samą myśl o tym, że miałabym do niego iść i wspólnie zapozować do zdjęć, które zaplanował nasz fotograf, chce mi się rzygać. Nie mogę. Tego wszystkiego jest dla mnie za dużo. Od miesięcy czuję się jak zwierzę uwięzione w klatce, ale dopiero teraz mam wrażenie, że sama przekręcam klucz w zamku.
Uciekaj! - krzyczy jakiś głos w mojej głowie.
- W kuchni czeka na pana kawa! - krzyczy z przedpokoju moja mama.
Spoglądam odruchowo w tamtą stronę i dostrzegam kierowcę, który kładzie kluczyki do limuzyny na komodzie i kieruje się ku odpowiedniemu pomieszczeniu. To musi być znak. Nie widzę innego wyjścia.
Ruszam sztywno w tamtym kierunku; moja piękna biała suknia szeleści przy każdym ruchu. Wychodzę na korytarz, na którym mijam wujka Alberta; ten uśmiecha się jowialnie, po czym znika w kuchni. Niepostrzeżenie zgarniam kluczyki z komody.
- Idę się przewietrzyć! - wołam do matki, ale nic nie odpowiada, nawet jeśli słyszy
Mam wrażenie, że się duszę, kiedy w końcu wychodzę z domu na drżących nogach. Mam nadzieję na odrobinę świeżego powietrza, ale czerwiec w Warszawie jest tak gorący, że opuszczenie klimatyzowanych pomieszczeń jest dla mnie pewnym szokiem. Schodzę po schodach i wzrokiem szukam limuzyny.
Parkuje niedaleko, na chodniku przed domem. Idę w tamtym kierunku, rozglądając się dookoła. Nie widzę nikogo, kto próbowałby mnie powstrzymać, a zapewne wystarczyłoby jedno krzywe spojrzenie, żebym potulnie wróciła do domu. Zamiast tego odblokowuję drzwi białego mercedesa C klasy, po czym wsiadam do środka.
Na tylnym siedzeniu wciąż znajduje się moja torebka. Potrzebuję kilku sekund, żeby uspokoić rozszalałe serce i drżące dłonie, bo w tym stanie z pewnością spowoduję wypadek. Potem odpalam silnik i ruszam z miejsca.
Zostawiam za sobą przygotowania do mojego ślubu, który powinien odbyć się za trzy godziny.
***
Pierwsze połączenie nadchodzi, gdy parkuję pod naszym domem. To znaczy dom należy do Tomka, ale mieszkamy w nim oboje. Spieszę się, wiedząc doskonale, że mam niewiele czasu. Kiedy tylko podjęłam decyzję, niepewność i zdenerwowanie zastąpiła determinacja. Uciekam. Jak najszybciej.
Wyłączam telefon i chowam go do torebki; wyciągam z niej klucze i dostaję się do domu. Nie potrzebuję dużo czasu, by zabrać swoje rzeczy. Jestem już spakowana na podróż poślubną, więc po prostu chwytam walizkę, znajduję kluczyki do własnego samochodu, po czym wynoszę się z tego miejsca, nie kłopocząc się nawet zrzuceniem z siebie sukni ślubnej. Zrobię to potem.
Jakieś pięć sekund zajmuje mi decyzja, dokąd się teraz udać. Przed ślubem dostałam sporo życzeń od znajomych i rodziny, którzy z jakichś powodów nie mogli przyjechać na uroczystość. W głowie utkwiły mi te najprostsze i najkrótsze, które wydawały się najbardziej szczere:
Bądź szczęśliwa.
Pamiętam jeszcze, co to znaczy być szczęśliwą. Pamiętam też, gdzie najczęściej doświadczałam tego uczucia. Gdzie nikt nie miał wobec mnie oczekiwań, nie wywierał na mnie żadnej presji, gdzie liczyło się tylko to, żeby każdy kolejny dzień jest powodem do zadowolenia. Chcę znowu tak się czuć.
Właśnie dlatego w nawigację wklepuję adres nadawcy tych życzeń - ciotki Marianny, jedynej siostry mamy.
Uciekam w Bieszczady.
Rozdział 1
Muszę przejechać ponad czterysta kilometrów, a nigdy wcześniej nie pokonywałam samochodem sama tak długiej trasy. Nie zrażam się tym jednak i kilka godzin później, już po zmierzchu, niemalże dojeżdżam na miejsce.
Jechałam tak, jakby mnie ktoś gonił, choć w rzeczywistości nikt za mną nie podążał. Zrobiłam tylko jeden postój na stacji benzynowej, na której klienci gapili się na mnie dziwnie, gdy wysiadłam z samochodu w sukni ślubnej i wróciłam z toalety w zwykłych ciuchach. Kupiłam trochę prowiantu na drogę i więcej nigdzie się już nie zatrzymywałam.
Nie włączyłam komórki, ale w domu Tomka zostawiłam krótką wiadomość dla niego i dla rodziców - tradycyjnie, na kartce, którą dociążyłam do stolika własnym pierścionkiem zaręczynowym. Wątpię, by ten sposób komunikacji ich usatysfakcjonował, ale to musiało wystarczyć.
Przepraszam, nie mogłam tego zrobić. Jestem bezpieczna, nie martwcie się o mnie. Odezwę się, gdy będę gotowa.
Znając moją mamę, pewnie nie będzie czekać z założonymi rękami, ale wątpię, by przyszło jej do głowy, że pojechałam w Bieszczady.
Kiedy tylko podjęłam tę decyzję, poczułam się tak, jakby ktoś zdjął mi z ramion ogromny ciężar. Żołądek przestał się ściskać i zdenerwowanie odeszło po raz pierwszy od miesięcy, pozostawiając mnie pustą i wyczerpaną. To jednak dobre uczucie, bo dowodzi, że postąpiłam właściwie. Przez całą drogę w Bieszczady darłam się na cały głos, śpiewając piosenki lecące w radiu, i z włączoną na ful klimatyzacją parłam przed siebie, a moje ciało powoli ogarniała euforia człowieka, który uciekł z własnej egzekucji i nagle poczuł, że będzie żył.
Teraz jednak, kiedy po zmierzchu trafiam w okolice domu ciotki Marianny i odkrywam, że chyba się zgubiłam, siły mnie opuszczają.
To nic dziwnego. Miałam naprawdę intensywny dzień - chyba najintensywniejszy w całym moim życiu. Przeszłam od strachu i zdenerwowania przez poczucie winy i nadzieję aż do niespodziewanej radości. Czuję się emocjonalnie wyczerpana i nie mam nawet siły wkurzać się, że zgubiłam drogę, a mój GPS jest całkowicie nieprzydatny.
Parkuję na poboczu, włączam awaryjne i opieram czoło o kierownicę, dając sobie chwilę na uspokojenie. Mogę włączyć telefon i zadzwonić do ciotki z prośbą o poprowadzenie mnie na miejsce, ale na samą myśl o przeczytaniu wiadomości od rodziców i Tomka znowu robi mi się niedobrze. Chcę odwlekać ten moment, jak tylko mogę, choć wiem, że ucieczka i ignorowanie problemów nie są najlepszym sposobem na ich rozwiązanie. Na razie muszę wszystko przemyśleć. Nie pozwolę sobie znowu mącić w głowie.
A skoro to odpada, to co mi pozostaje?
Tylko spokojnie, powtarzam sobie w myślach. To niemożliwe, żebym się zgubiła. To Bieszczady, nie centrum Warszawy, tu nie ma stu ulic, na których mogłabym pomylić drogę. Wyjechałam z Cisnej, jadąc Wielką Pętlą Bieszczadzką, powinnam dotrzeć do domu ciotki, a jeśli jakimś cudem go minę - w końcu nie było mnie tu dobrych kilka lat - dojadę do Wetliny. Nie ma się czym denerwować. To nie tak, że trafię do lasu, gdzie zjedzą mnie wilki.
Znajduję się jednak na całkowitym odludziu, na pustej, nieoświetlonej drodze, po której obu stronach rozciągają się drzewa i krzaki. W dodatku jest już prawie całkiem ciemno i to bardzo źle wpływa na moje samopoczucie.
Jestem w rozsypce. To się pogłębia od miesięcy, ale sam fakt zwiania Tomkowi sprzed ołtarza nie sprawia automatycznie, że wszystko się rozwiązuje. Nie sprawia, że nagle czuję się dobrze. Owszem, pozbyłam się tego kamienia z żołądka i poczułam chwilową ulgę, ale to tyle. Muszę to przepracować, a na pewno nie zrobię tego na poboczu ciemnej drogi prowadzącej do domu ciotki przez las. Potrzebuję ciszy i spokoju, a przede wszystkim bezpiecznego miejsca - dlatego uznałam, że Marianna będzie idealną opcją.
Gdybym tylko pamiętała, jak do niej dojechać...
Drgam gwałtownie, gdy od tyłu oświetlają mnie reflektory przejeżdżającego samochodu. Nie ruszam się z miejsca, bo walczą we mnie dwa wilki - jeden chce natychmiast wypaść na drogę, zatrzymać auto i błagać o pomoc, a drugi za bardzo obawia się, że w tych okolicznościach ktoś może mnie raczej zamordować, niż mi pomóc - kierowca jednak decyduje za mnie. Przejeżdża powoli obok mojej toyoty i zatrzymuje się na poboczu przede mną.
Zawsze miałam bujną wyobraźnię, więc zanim jeszcze uchylą się drzwi wysłużonego SUV-a z otwartą paką - tyle dostrzegam w świetle moich reflektorów - w głowie już mam kilka scenariuszy tego, co może się wydarzyć. W większości z nich ląduję związana albo nieprzytomna na tej otwartej pace, przykryta jakąś brezentową plandeką albo czymś podobnym. Znowu zaczynam się denerwować, zwłaszcza gdy spostrzegam, że mężczyzna, który wysiada z auta, jest wysoki i dobrze zbudowany, szeroki w barach.
Podchodzi bliżej i stuka w okno po mojej stronie. Nerwowo je uchylam, a wtedy zagląda do środka. Zauważam, że jest ciemnowłosy, rozczochrany i ma brodę, przez którą nie jestem w stanie dostrzec rysów jego twarzy. Ciemne oczy obrzucają mnie uważnym spojrzeniem.
- Wszystko w porządku? - pyta zachrypniętym głosem.
Otwieram usta, ale nie wiem, co odpowiedzieć. Cholera, to scena jak z horroru - gdyby w tej chwili ktoś oglądał mnie na ekranie, już by klął, pytając, dlaczego ta kretynka sama wystawia się na cios. Facet wygląda przynajmniej na nieokrzesanego gbura - a to byłby najmniejszy z moich potencjalnych problemów.
Z drugiej strony jeśli mi nie pomoże, mogę co najwyżej jechać dalej na oślep i trzymać kciuki, żebym znalazła drogę. Albo włączyć telefon, którego GPS prawdopodobnie i tak nie będzie tu działał.
- Chyba się zgubiłam - wyznaję w końcu nieco tylko drżącym głosem.
Facet mruży oczy. Opiera umięśnione przedramiona na moim oknie.
- Dokąd chce pani dojechać?
- Do pensjonatu Nad Potokiem - wyjaśniam. - To w...
- ...Kalnicy, wiem - przerywa mi. - Ma pani szczęście. Jadę w tamtym kierunku. Proszę się mnie trzymać, poprowadzę panią.
Odsuwa się od okna i znika, zanim zdążę cokolwiek odpowiedzieć. Odprowadzam go wzrokiem, gdy wraca do swojego samochodu. Marszczę brwi. Uprzejmością to on nie grzeszy, ale to bez znaczenia, skoro chce pomóc.
O ile chce pomóc. Na pewno wywnioskował, że skoro się zgubiłam, nie znam okolicy. Może mnie wywieźć dokądkolwiek, zamiast zajmować się moim martwym ciałem tutaj i mieć problem z porzuconym samochodem. Pojadę za nim jak owca na rzeź.
No bo czy to nie podejrzany zbieg okoliczności, że jedzie akurat w tym samym kierunku?
Chryste, Lucy, opanuj się! - krzyczy głos w mojej głowie, gdy mężczyzna przede mną rusza powoli z pobocza. Zatrzymuje się kilka metrów dalej, zapewne widząc, że za nim nie jadę. A ja się waham. Nie ma w tym nic podejrzanego, że gość jedzie w tę samą stronę co ja. Tu jest tylko jedna droga, przecież to nie tak, że może skręcić w sto innych! Powinnam przestać być taką paranoiczką.
W końcu wrzucam bieg i wyjeżdżam za SUV-em na drogę. Już po chwili jadę powoli za nim, rozglądając się uważnie dookoła w nadziei, że jednak rozpoznam okolicę. Ostatni raz byłam u ciotki Marianny w wakacje po pierwszym roku studiów, więc już kilka lat temu, i to naprawdę nic dziwnego, że się zgubiłam. Wtedy zresztą to nie ja prowadziłam.
Wreszcie docieramy do znajomego rozwidlenia dróg: kierowca przede mną wrzuca lewy kierunkowskaz, więc robię to samo, czując, jak zalewa mnie fala ulgi. Poznaję to miejsce, to zjazd na Kalnicę. Utwierdzają mnie w tym przekonaniu tablice ze strzałkami, które dostrzegam, gdy obmywa je światło reflektorów toyoty. To wskazówki dojazdu do pensjonatów w Kalnicy. Jestem blisko!
Potem nawet w zapadających ciemnościach zauważam kolejne znajome punkty orientacyjne. Sklep spożywczy i schronisko młodzieżowe po lewej. Rzeka Wetlina po prawej. Omijamy zjazdy do wsi i jedziemy dalej główną drogą - jeśli tak można ją nazwać - aż do kolejnego rozwidlenia, niedaleko plaży w Kalnicy. Dopiero tam SUV skręca w lewo, a ja za nim.
W moich oczach kręci się łza na widok dwupiętrowego, dobrze oświetlonego pensjonatu ciotki Marianny. W niektórych oknach pali się światło, inne są całkiem ciemne, ale podjazd rozjaśniają porządne lampy solarne. Nie potrzebuję ich, by wiedzieć, że obok domu znajduje się spora wiata na samochody, a także druga, z ławami i paleniskiem, obok którego stoi drewniana huśtawka. Jest tutaj nawet basen.
Ciocia modernizowała teren wokół domu przez ostatnie lata i przysyłała mi zdjęcia. Gdy byłam tu ostatnim razem, dopiero planowała budowę basenu - wiem jednak, że działa już od jakiegoś roku.
Obiecuję sobie, że rano wszystko dokładnie obejrzę, po czym zatrzymuję się pod głównym wejściem, tuż za SUV-em mojego nowego brodatego znajomego. Sądziłam, że pojedzie dalej swoją drogą, wskazując mi jedynie kierunek, ale on już wysiada z auta i trzaska drzwiami, po czym staje w miejscu, czekając, aż do niego dołączę.
- Jest późno - zauważa, kiedy się zbliżam. Zabieram z toyoty jedynie torebkę, bo robi mi się niedobrze na myśl o konieczności odsunięcia na bok sukni ślubnej, by z bagażnika wydobyć walizkę. - Uprzedzała pani Mariannę, że będzie o takiej godzinie? Ma pani w ogóle rezerwację, prawda?
Och, a więc się znają. W sumie nic dziwnego, facet trafił tu jak po sznurku, pewnie z jakiegoś powodu zdarza mu się tu bywać.
Co nie oznacza, że zamierzam odpowiadać na te pytania.
- Załatwię to z nią - odpowiadam, po czym wymijam go i ruszam do drzwi.
Słyszę za sobą jego kroki, a gdy wbiegam na werandę otaczającą cały front domu, on zrównuje się ze mną. Moje serce zaczyna bić niespokojnie i mimo że jestem tuż od bezpiecznego miejsca, przestaję się czuć komfortowo. Po co on za mną lezie?
Zanim zdążę sięgnąć do klamki, ku mojemu zdziwieniu brodacz wsuwa do zamka klucz i otwiera zamknięte drzwi. Następnie wskazuje mi, żebym pierwsza weszła do środka.
W pensjonacie cioci jest cicho i ciemno. Facet za mną pstryka włącznikiem światła, a ja rozglądam się po dobrze mi znanym korytarzu, w którym ciotka umieściła coś w rodzaju recepcji. To kontuar znajdujący się w drzwiach do niewielkiego pomieszczenia naprzeciwko, pełniącego funkcję magazynu, zaplecza i pokoju socjalnego.
Rozglądam się dookoła. Jest dosyć późno, ale chyba nie aż tak, żeby ciotka Marianna już spała. Gdzie ją znajdę? Wiem, że swoje pokoje ma na niskim parterze, do którego prowadzą schodki w dół; to piętro i kolejne są przeznaczone dla gości. Panuje tu styl przywodzący na myśl tradycję połączoną z nowoczesnością: deski na podłodze i boazeria na ścianach, kolorowe dywany, ale wszystko nowe i urządzone z gustem. Lubię pensjonat ciotki - zawsze czułam się tu bezpiecznie.
To jeden z powodów, dla których właśnie to miejsce wybrałam na swoją ucieczkę.
Towarzyszący mi mężczyzna wymija mnie i podchodzi do kontuaru. Przyglądam się temu z zaskoczeniem.
- Gdzie jest Marianna? - pytam.
- Poprosiła mnie, żebym ją zastąpił - odpowiada. - Wróci dopiero rano.
Znowu czuję lekki niepokój. No ale dobrze, to ciągle można wyjaśnić. Ten człowiek na pewno nie pozwoli mi nocować na dworze, prawda?
A nawet gdybym miała spędzić noc w samochodzie, to też nie byłaby tragedia. Wprawdzie przywykłam do wysokich standardów przez ostatnie lata, gdy mieszkałam z Tomkiem, ale to nie znaczy, że jestem jakąś księżniczką.
- Kim pan jest, że ją zastępuje? - wyrywa mi się.
Facet obdarza mnie krzywym uśmieszkiem. Dopiero teraz, gdy stoimy w oświetlonym korytarzu, mogę mu się dokładnie przyjrzeć.
Jest młodszy, niż wydawało mi się na początku, ale i tak sporo ode mnie starszy. Na oko dałabym mu jakieś trzydzieści pięć, może czterdzieści lat. Opalony, z tą ciemną brodą, ciemnymi przenikliwymi oczami i ostrymi rysami twarzy sprawia niezbyt przyjazne wrażenie. Ma na sobie przetarte dżinsy i podkoszulek, a w pasie zawiązaną koszulę w kratę. Wygląda nieporządnie, ale w jego miękkich, precyzyjnych ruchach jest coś seksownego.
- Znajomym - ucina tak, jakby nie miał ochoty kontynuować tej rozmowy. - A pani?
Waham się, bo wcale nie mam ochoty mu o sobie mówić, ale ostatecznie wygrywa to co zawsze - nienawiść do ciszy. Nie potrafię wytrzymać w milczeniu, kiedy ten facet tak po prostu patrzy na mnie pytająco, bo to budzi naprawdę nieprzyjemne skojarzenia. Zazwyczaj w takich chwilach zaczynam paplać - i tym razem nie jest inaczej.
- Marianna to moja ciotka. Młodsza siostra mojej mamy. Nie mam rezerwacji, bo nie sądziłam, że muszę ją mieć, i nie uprzedziłam jej, że przyjeżdżam. Przepraszam, to była dosyć... nagła sytuacja i bardzo spontaniczna decyzja. Miałam nadzieję, że znajdzie dla mnie miejsce chociaż na kilka dni. Nie chciałam sprawić kłopotu...
- Marianna o pani nie wspominała.
Nerwowym gestem zakładam ramiona na piersi.
- Nie zadzwoniłam do niej - powtarzam. - Nie wiem, gdzie jest, ale może pan sam to zrobić i zapytać, czy rzeczywiście jestem jej siostrzenicą i czy mnie przyjmie. Nazywam się Lucyna Lis.
Facet nie odpowiada, taksując mnie uważnym spojrzeniem, a rozciągająca się między nami cisza sprawia, że żołądek zawiązuje mi się w supeł. Nie chodzi o to, że jestem głodna, choć od rana miałam w ustach wyłącznie batonik energetyczny. Cisza od dawna działa na mnie deprymująco.
To wszystko przez niego.
Mężczyzna w końcu wyciąga z kieszeni dżinsów telefon i wybiera jakiś numer, po czym przystawia aparat do ucha. Słyszę, jak przeczekuje kolejne sygnały, ale nikt nie odbiera.
Boże, on naprawdę wyrzuci mnie za drzwi. Dlaczego musiałam mieć pecha, żeby trafić tu akurat wtedy, kiedy ciotki Marianny nie ma?
- Spodziewałem się, że nie odbierze - mruczy, odkładając telefon. - Proszę spróbować ze swojego aparatu. Może gdy zobaczy inne imię na wyświetlaczu, zareaguje.
Bezradnie rozkładam ręce.
- Rozładował mi się telefon.
Facet rozgląda się dookoła.
- Mam tu chyba gdzieś ładowarkę...
- A tak w ogóle to go zgubiłam - dodaję desperacko. Wolę nocować w samochodzie, niż włączyć komórkę i stawić czoła wiadomościom od rodziców i Tomka. - Przepraszam. Naprawdę jestem jej siostrzenicą. Jeśli nie ma wolnych pokoi, to najwyżej prześpię się w samochodzie...
- Chyba pani oszalała - prycha z niedowierzaniem. - Co to za pomysły? Nie będzie pani spała w samochodzie, niezależnie od tego, czy jest pani siostrzenicą Marianny, czy też nie. Zaraz znajdę coś wolnego.
Przesuwa się na drugą stronę kontuaru i wyciąga z szuflady laptopa, po czym zaczyna coś na nim sprawdzać. Po chwili dostaję tradycyjny klucz do pokoju numer siedem.
- Proszę. Pokój z widokiem na Smerek.
Rozchylam usta ze zdziwienia. Kim jest ten facet, że wie nawet, który pokój jest jak usytuowany w domu?
- Dziękuję - odpowiadam, mocno ściskając klucz w dłoni. - A Marianna... wszystko z nią w porządku?
- Musiała pojechać do szpitala w Lesku - informuje ku mojemu przerażeniu. - Spokojnie, nic jej nie jest! Jej... sąsiad złamał nogę, chciała go zawieźć i poprosiła, żebym pod jej nieobecność przypilnował pensjonatu. Pewnie wróci dopiero rano.
Na tę wiadomość czuję ulgę. Oczywiście żal mi sąsiada ciotki, ale złamana noga nie brzmi jak jakiś bardzo poważny uraz. Mogę chyba spokojnie iść spać.
- Och, jasne - bąkam, robiąc krok w tył. - No cóż... Cieszę się, że nic jej nie jest. I dziękuję za pomoc. Powinnam już chyba...
- Pomóc pani z bagażem? - przerywa mi obojętnie. - Ma pani w ogóle jakiś?
Kiwam głową, ale na myśl o wyjmowaniu walizki z bagażnika robi mi się niedobrze. Właśnie dlatego uprzejmie dziękuję za pomoc.
- Poradzę sobie - zapewniam go. - To... dobranoc.
Mam wrażenie, że całe to spotkanie jest dziwne oraz niezręczne i dużo w tym mojej winy. Nie potrafię zachowywać się naturalnie w towarzystwie obcego faceta, który w dodatku ma w zwyczaju milczeć, kiedy nie ma nic do powiedzenia. I jeszcze przygląda mi się w taki sposób, jakby chciał mi wejść do głowy.
Odwracam się i ruszam w kierunku korytarza, który poprowadzi mnie do odpowiedniego pokoju, ale po kilku krokach zatrzymuje mnie jego zachrypnięty głos:
- Jestem Jan Wagner. Życzę spokojnej nocy.
Rozdział 2
Ta noc nie jest spokojna. Jest niemal całkowicie bezsenna.
Ciągle odtwarzam w głowie wydarzenia ostatniego dnia i nie potrafię się wyciszyć, przez co mam problemy ze snem. Wyrzuty sumienia zjadają mnie od środka, chociaż wiem, że postąpiłam słusznie. Kiedy jednak wyobrażam sobie, że Tomek czekał na mnie, a potem zaczął mnie szukać, cóż... mimo wszystko robi mi się źle.
Około szóstej rano postanawiam zerwać ten plaster. Wstaję, a potem spędzam chwilę nad wyłączoną komórką, zastanawiając się, czy to odpowiedni czas, by przeczytać wiadomości. Ostatecznie w przypływie odwagi albo głupoty włączam ją i sprawdzam powiadomienia.
Serce natychmiast podchodzi mi do gardła. Czterdzieści pięć wiadomości i dwadzieścia cztery połączenia. Głównie z dwóch numerów - od matki i Tomka.
Ignoruję połączenia, drżącymi palcami wchodząc w wiadomości, po czym zaczynam je przeglądać. Na początku są niemal zatroskane i spanikowane, potem stopniowo wkradają się w nie zniecierpliwienie, złość i w końcu furia. Moja matka w tym przoduje.
Czy zdajesz sobie sprawę, jakiego wstydu się przez ciebie najedliśmy?! Wiesz, jak bardzo stresujące było oznajmienie wszystkim, że ślubu nie będzie, bo panna młoda ma swoje humory i zwiała jak tchórz?! Pamiętasz, ile nas to kosztowało?! Dlaczego mi to robisz?!
No tak, oczywiście. Nie daj Boże, żeby kiedykolwiek chodziło o coś innego niż o nią.
Prawdziwe węże budzą się jednak w moim żołądku podczas czytania wiadomości od Tomka.
Znowu sobie coś ubzdurałaś. Właściwie mogłem się spodziewać, że zrobisz coś takiego. Zadzwoń, żebyśmy mogli to wyjaśnić.
Jasne. Już się rozpędziłam.
Podczas gdy wiadomości od matki są histeryczne i pełne emocji, z jego emanują spokój, chłód i pobłażanie. Jak zwykle. Bo to ja jestem tą rozhisteryzowaną wariatką - cecha, którą odziedziczyłam po matce. On jest tym rozsądnym, racjonalnie myślącym partnerem, który zawsze potrafi mi wszystko wytłumaczyć.
Robi mi się niedobrze na tę myśl.
Wyłączam telefon, zanim któreś z nich zorientuje się, że zalogowałam się do sieci, i znowu spróbuje się do mnie dodzwonić - chociaż sądząc po ostatnich wiadomościach od Tomka, on tego nie zrobi, postanowiwszy przejść na swoją ulubioną taktykę - milczenie. Tym razem mnie w ten sposób nie złamie, ale pewnie będzie potrzebował trochę czasu, żeby to zrozumieć. Może dzięki temu zyskam odrobinę spokoju. Potem idę do łazienki, żeby wykonać wszystkie czynności niezbędne, bym znowu zaczęła przypominać istotę ludzką, po czym ubieram się i wychodzę z pokoju.
Nie pamiętam, od której godziny w pensjonacie ciotki serwowane są śniadania, ale od razu kieruję się w stronę jadalni, gdy tylko słyszę dobiegające stamtąd głosy. Zatrzymuję się w progu niewielkiego pomieszczenia z kilkoma drewnianymi ławami - obecnie pustymi, przykrytymi sztucznymi niedźwiedzimi futrami - i spoglądam na ciotkę, która rozkłada talerze, równocześnie mówiąc o czymś z zapałem Wagnerowi.
Tak, Jan Wagner pomaga jej szykować śniadanie dla gości, chociaż zupełnie nie wyobrażałam go sobie w tej roli. Nadal jest ponury, ma na sobie te same sprane dżinsy i koszulkę co wczoraj, ale ciotce to wyraźnie nie przeszkadza. Obdarza go szerokimi uśmiechami, a ja przez chwilę przyglądam jej się niezauważona.
Przytyła parę kilo przez te kilka lat, gdy się nie widziałyśmy, ale to sprawia, że jest jedynie uroczo zaokrąglona. Niewysoka jak ja, o jasnych jak pszenica włosach spiętych w niedbały kok na czubku głowy, ogorzałej skórze z siateczką zmarszczek i zaraźliwym uśmiechu, była zawsze moim ulubionym członkiem rodziny. Jej oczy patrzą na świat bystro zza szkieł okularów, jej ruchy są energiczne i pełne życia. Aż dziwne, że ona i moja matka są siostrami, tak bardzo się od siebie różnią.
Ciotka w końcu mnie dostrzega; jej uśmiech jeszcze się poszerza, gdy porzuca talerze i biegnie do mnie, by zamknąć mnie w mocnym, niedźwiedzim uścisku.
- Lucynka! - krzyczy mi do ucha. - Janek mi mówił, że przyjechałaś! Dobrze, że wstałaś, bo prawie wyszłam z siebie, próbując się powstrzymać przed obudzeniem cię! Chcę wiedzieć, co tu robisz i co się stało!
- To od razu musiało się coś stać? - mamroczę, oddając uścisk.
Ciotka odsuwa mnie na długość ramienia i przygląda mi się uważnie. Czuję, jak rumienię się pod tym spojrzeniem.
- Marnie wyglądasz - stwierdza. - Chyba schudłaś, prawda? I masz cienie pod oczami. Przepracowujesz się w tej Warszawie? Matka dała ci popalić? Spokojnie, pozwolę ci tu odetchnąć.
Uśmiecha się do mnie ciepło, a mnie na usta ciśnie się to wszystko, co wydarzyło się w ostatnich dniach. Sądząc po czujnym spojrzeniu ciotki, doskonale wie, że powinnam być teraz na Malediwach, ale nie mówi na ten temat ani słowa, bo nie jesteśmy same. Kątem oka zerkam na Jana Wagnera, który wydaje się totalnie niezainteresowany naszą rozmową. Kiedy mój wzrok spotyka się z jego, jedynie oszczędnie kiwa głową.
Co za dziwny człowiek.
- Janku, skończysz tu sam? - prosi ciotka. Ten przytakuje mruknięciem. - Zaraz przyjdzie Edytka, to ci pomoże. Chciałabym zabrać Lucynkę do siebie i z nią pogadać.
Nie czekając na jego reakcję, wyciąga mnie z jadalni i prowadzi do jednego z pokoi, który pełni funkcję jej biura. Wskazuje mi roztargnionym gestem, żebym usiadła, po czym wychodzi.
Z westchnieniem siadam na krześle przy jej biurku i rozglądam się dookoła. Pełno tu jakichś dokumentów, teczek i wydruków, na blacie leży zamknięty laptop - chyba inny niż ten, z którego Wagner korzystał wczoraj na recepcji - a w oknie wychodzącym na podjazd przed domem wisi śnieżnobiała firanka. Jak znam ciotkę Mariannę, na pewno świetnie odnajduje się w tym rozgardiaszu.
Wraca po chwili z tacą wypełnioną talerzami z kanapkami i filiżankami pełnymi parującej herbaty. Dopiero wtedy mój żołądek przypomina mi, że przez ostatnią dobę nic nie jadłam. Podrywam się z krzesła, by zamknąć za nią drzwi i zrobić miejsce przy biurku, za co ciocia dziękuje mi kolejnym promiennym uśmiechem. Potem zajmuje miejsce w swoim fotelu.
- No, to opowiadaj - poleca. - Wiem, że coś się stało. Miałaś wczoraj brać ślub, prawda?
Kiwam głową, a potem z tylnej kieszeni dżinsowych szortów wyciągam komórkę.
- Uciekłam - informuję ją spokojnie. - I nie żałuję.
Słowa wylewają się ze mnie same, bo wiem, że ona jedna zrozumie. Pokazuję jej wiadomości od matki i Tomka, opowiadam o wszystkim, zastanawiając się równocześnie, dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej. Czemu nikomu się nie zwierzyłam? Po co szukałam pomocy w anonimowym poście na jakiejś facebookowej grupie?
Doskonale jednak znam odpowiedź na to pytanie. Nie miałam nikogo innego, do kogo mogłabym się zwrócić. I to nie dlatego, że jestem taką beznadziejną przyjaciółką...
No cóż, może i tak. Kiedyś miałam przyjaciół. Ludzi, z którymi chętnie imprezowałam na początku studiów. A potem to wszystko zaczęło się jakoś rozłazić. I to była moja wina. To ja zaczęłam się od nich oddalać, aż prawie nikt mi nie został.
Kiedy wreszcie kończę opowieść, ciocia wygląda na lekko wstrząśniętą. Natychmiast zaczynam się zastanawiać, czy nie przesadziłam - czy nie koloryzowałam wydarzeń swoimi odczuciami? Ona jednak tylko kręci głową.
- Dobrze, że uciekłaś - mówi po prostu.
Nawet nie miałam pojęcia, jak bardzo potrzebowałam usłyszeć te słowa. Czuję łzy pod powiekami, gdy je wypowiada.
- Nie rozumiem, po co w to brnęłam - mówię z niedowierzaniem. - Mogłam przerwać to szaleństwo wcześniej. Nie uciekać w dzień ślubu, bo to naprawdę nie było w porządku. Mogłam...
- Byłoby bardziej w porządku, gdybyś spróbowała się z nim rozwieść za rok? - przerywa mi ciocia. - Kochanie, musiałaś się od niego uwolnić. Nieważne kiedy, wtedy, gdy był na to odpowiedni czas. Widocznie dla ciebie nastał on wczoraj. Nie obwiniaj się o nic i nie słuchaj mojej siostry. Już dawno jej odbiło.
Gdy wspomina o mojej mamie, głos trochę jej twardnieje. Wiem, że one od dawna za sobą nie przepadają, dopiero teraz jednak zaczynam rozumieć, co może się za tym kryć.
- Spędź u mnie tyle czasu, ile tylko potrzebujesz - dodaje miękko, kiedy nie odpowiadam. - Naprawdę się cieszę, że tu jesteś. Zostań, proszę.
Kiwam głową, bo nie wyobrażam sobie innego rozwiązania. Nie potrafiłabym teraz wrócić do Warszawy. Pobyt w pensjonacie cioci ma być dla mnie substytutem terapii. Może to głupie myśleć, że może ją zastąpić, może źle na tym wyjdę, ale chcę spróbować.
- Dlaczego ja to sobie robiłam? - pytam, rozkładając ręce. - To jest takie... popieprzone.
Ciocia obdarza mnie zatroskanym spojrzeniem, jakby doskonale rozumiała, przez co przechodzę. Może i wie - w końcu sama dorastała w jednym domu z moją matką. Poza tym z wykształcenia jest psychologiem, choć chyba nigdy nie pracowała w zawodzie.
- Bo byłaś tą wolno gotującą się żabą - odpowiada. - Rozumiesz, prawda?
Przytakuję. Rozumiem aż za dobrze.
- Jestem w rozsypce, ciociu - wyznaję niechętnie. - Mam w głowie totalny pieprznik. Nie wiem, jak to sobie poukładać.
- Wszystko przyjdzie z czasem - zapewnia mnie. - Daj sobie chwilę i traktuj się ulgowo, kochanie. Nic z tego, co się wydarzyło, nie było twoją winą. Jesteś wartościowa i godna szacunku i poradzisz sobie ze wszystkim, co zaplanujesz. Nie daj sobie wmówić ludziom pokroju mojej siostry, że jest inaczej.
Opieram łokcie na biurku, a czoło na dłoniach. Boże, jak bardzo potrzebowałam kogoś, kto stanie po mojej stronie. Nie anonimowych ludzi z internetu, którzy wcale mnie nie znają. Kogoś, kto realnie może mi pomóc i mnie wesprzeć. Potrzebuję tego jak nigdy.
Nie zamierzam jednak umniejszać zasług moich anonimowych sióstr z internetu. Gdyby nie one, ta żaba prawdopodobnie gotowałaby się dalej.
- Jedz. - Ciocia podsuwa mi kanapki z szerokim uśmiechem na ustach. - Wszystko będzie wyglądało lepiej, jak zjesz śniadanie i napijesz się herbaty. Potem znajdę ci jakąś robotę w pensjonacie. Na pewno chętnie pomożesz?
Parskam śmiechem, gdy do mnie mruga. Potwierdzam, po czym posłusznie sięgam po kanapki.
***
Zanim zjem, na parterze zaczyna się ruch - to pierwsi wczasowicze schodzą na śniadanie. Gdy wychodzę na korytarz, zauważam młodą dziewczynę stojącą za kontuarem recepcji i kierującą gości w odpowiednią stronę. Tak się zagapiam, że niemalże wpadam na kogoś, kto idzie w moim kierunku.
Dłonie mężczyzny lądują na moich ramionach, żeby mnie przytrzymać, a ja cofam się szybko, udając, że ten dotyk nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Bo zrobił. Podnoszę wzrok, by napotkać uważne spojrzenie ciemnobrązowych oczu.
- No tak, już się poznaliście, prawda? - pyta wesoło ciocia, wychodząc za mną z gabinetu. - Janek był tak dobry, że zgodził się przypilnować pensjonatu, gdy pojechałam wczoraj z Tadeuszem na pogotowie.
Janek? Wow.
- Tak, pan Wagner był tak miły, że pokazał mi drogę. - Odwracam się do niej i uśmiecham lekko. - Obawiałam się, że się zgubiłam. Spotkałam go kilka kilometrów przed Kalnicą.
- Jechałem z Cisnej - odzywa się niespodziewanie nasz towarzysz tym niskim, zachrypniętym głosem. - Tam mieszkam, ale często tu bywam.
Mam ochotę zapytać dlaczego - może ma w Kalnicy dziewczynę? Kogoś bliskiego? Gryzę się jednak w język, bo to nie moja sprawa i nie powinno mnie to interesować.
- Ten Tadeusz... - podejmuję, cały czas czując za sobą obecność tego mężczyzny. - To twój sąsiad?
- Tak jej powiedziałeś? - Ciocia z rozbawieniem zerka na Jana, a ja kątem oka zauważam, jak on lekko wzrusza ramionami. - Tak, to mój sąsiad, ale też mój partner, Lucynko. Jesteśmy razem od kilku lat.
Rozchylam usta ze zdziwienia. Nic o tym nie wiedziałam!
- Nie chwaliłaś się.
- Jakoś tak wyszło. - Ciocia macha ręką, ale wiem, że nie chodzi tylko o to. Po moich ostatnich wakacjach w Bieszczadach matka nie chciała, bym miała jakikolwiek kontakt z Marianną. Pewnie jej też coś nagadała na mój temat. - Tadeusz sprowadził się tu jakiś czas temu i założył stadninę. Chciał organizować obozy jeździeckie, dlatego nawiązał ze mną współpracę. Ja zapewniałam noclegi letnikom, a on całą resztę. Dzięki temu się do siebie zbliżyliśmy.
Kiedy mówi o tym mężczyźnie, w jej głosie słyszę ciepło, które każe mi przypuszczać, że jest z nim szczęśliwa. To dobrze. Ciocia naprawdę na to zasługuje.
- No właśnie, i co teraz? - podejmuje Wagner, zanim zdążę coś odpowiedzieć. - Tadeusz nie będzie mógł robić wszystkiego w stadninie ze złamaną nogą. Ja też nie będę w stanie go zastąpić, nie znam się na tym. Pomożesz mu?
- Oczywiście - potwierdza ciocia takim tonem, jakby nawet nie brała innego scenariusza pod uwagę. - Na szczęście Lucynka przyjechała. Będziemy mieć dodatkową osobę, która nam pomoże. Może chciałabyś się przejechać do stadniny, kochanie? Zobaczysz wszystko na własne oczy.
Na samą myśl o koniach odczuwam szarpnięcie starej tęsknoty. Kiedyś uwielbiałam jazdę konną. Byłam w tym naprawdę dobra, zrobiłam nawet uprawnienia instruktorskie. Od kilku lat jednak nie siedziałam w siodle. Do niedawna myśl o koniach budziła wyłącznie bolesny żal. Uświadamiam sobie jednak, że teraz mogę robić, co chcę. Wsiąść na konia i pogalopować nim przez połoninę, jeśli taki będę miała kaprys. Ciągle oglądam się za siebie, jakbym się spodziewała, że matka albo Tomek pogrożą mi palcem i powiedzą, że znowu mam jakieś głupie fanaberie. Ale ich tu nie ma. Uwolniłam się od nich.
Właśnie dlatego rozpromieniam się i z entuzjazmem kiwam głową.
- Jasne! Chcę zobaczyć wszystko!
Ciocia posyła mi pełne otuchy spojrzenie, jakby doskonale wiedziała, co się we mnie kotłuje. Potem przenosi wzrok na stojącego za mną w milczeniu Jana Wagnera.
- Pojedziesz z nami, Janku? Może nam się do czegoś przydasz.
Mężczyzna wydaje z siebie pomruk, który ma chyba oznaczać zgodę. Ciocia zwraca się więc do stojącej na recepcji dziewczyny, żeby miała wszystko na oku pod jej nieobecność, po czym prowadzi nas do wyjścia. Kiedy ruszam za nią, nie mogę powstrzymać pełnego ekscytacji uśmiechu. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę konie.
Może nawet uda mi się na którymś przejechać?
Jan Wagner idzie za nami i z trudem powstrzymuję reakcję mojego ciała, gdy delikatnie kładzie mi dłoń na plecach. Dla niego to pewnie niewinny, nic nieznaczący gest, więc nie zamierzam robić z siebie idiotki i uciekać.
Przez całą drogę do samochodu jednak jego dłoń pali moją skórę nawet przez warstwy ubrań.