1.
W maju wszystko nagle się odmieniło i nastała prawdziwa wiosna. Drzewa wypuściły pąki, które szybko stały się jasnozielonymi liśćmi. Potem czereśnie, wiśnie i jabłonie obsypały się kwiatami. Zielona płaszczyzna lasów i traw pokrywająca okoliczne góry i wzniesienia nagle rozjarzyła się oślepiającą bielą i zapłonęła różowością kwiatów. Te kwitnące drzewa były jak elementy tajemnego ornamentu na cichej i monotonnej szmaragdowej przestrzeni. Kolorowe plamy przyciągały wzrok, zmuszając obserwatora, by doszukiwał się w krajobrazie szczegółów. Las był wciąż spokojny, czysty i świeży. Pełen zapachów, delikatnych powiewów ciepłego wiatru, porannej i wieczornej rosy, osiadającej miękko na liściach, mgły, która rozsnuwała się o poranku i znikała przed południem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Mariusz Kalinowski kochał te lasy, ale jeszcze bardziej wszystkie stworzenia, które je zamieszkiwały: sarny, jeże, zające, lisy, psotne kuny będące utrapieniem rolników oraz właścicieli domków rekreacyjnych, a nawet żbiki - tajemnicze koty, które bardzo trudno było dostrzec w gęstwinie traw i liści. Mieszkał tutaj, w Gorcach, w niewielkiej wiosce, liczącej może kilkanaście numerów, od kilku lat i prowadził "Leśne ustronie" - schronisko dla dzikich zwierząt wymagających pomocy lub rekonwalescencji, aby mogły wrócić na wolność.
Nieznajomka była miejscowością położoną z dala od głównych szlaków, ukrytą pomiędzy pasmami wzniesień. Z dołu, czyli z drogi powiatowej wiódł do niej bity, choć dosyć szeroki trakt, ale rzadko ktoś tu się zapuszczał bez powodu. Okolica wyglądała przepięknie - tylko góry, polany i nieprzebrane lasy. Gdzieniegdzie zbudowano letniska, do których ludzie z miasta przyjeżdżali na wypoczynek. Większość mieszkańców jednak była tutejsza, miejscowa, choć niekoniecznie zasiedziała od pokoleń. Mariusz na przykład odkupił swój dom od starego rolnika, który nie miał już siły uprawiać ziemi. Odstąpił ją więc razem z drewnianym, zapuszczonym budynkiem i wyprowadził się do rodziny, gdzie miał lepiej, a właściwie - gdzie ktoś dotrzymywał mu towarzystwa.
Mariusz nie narzekał. Dom wyglądał solidnie i nie wymagał szczególnego remontu. Oczywiście, gdyby nowy właściciel był bardziej wybredny, zauważyłby konieczność malowania ścian lub naprawy koślawego ganku. Tylko że on nie grymasił, zadowalał się tym, co przynosiło mu życie. Budynek był ciepły, a piec wymienił jeszcze poprzedni gospodarz. Dach nie przeciekał, okna - choć stare i drewniane - trzymały dobrze i wiatr nie przedostawał się do środka. Kalinowski lubił zresztą te staromodne skrzynkowe konstrukcje. Pomiędzy szybami, na poziomych listewkach tworzących coś w rodzaju wąskiej półki, poustawiał szklane butelki, które poprzedni właściciel zgromadził w wielkiej ilości w piwnicy. Nie były to byle jakie butelki, a same niezwykłe egzemplarze. Od malutkich, chyba aptecznych okazów sprzed wielu lat do wielkich wysmukłych butli, służących do przechowywania soków i alkoholi. Miały różne kolory: od delikatnego niebieskiego, tak przejrzystego jak woda w źródle powyżej domu, po głęboką zieleń, którą z całym przekonaniem można było nazwać właśnie - butelkową. Światło wpadające do pokoju, będącego jednocześnie kuchnią, jadalnią, salonem i pracownią, przenikało tajemniczo poprzez ścianki butelek, sprawiając, że po podłodze błądziły wesołe kolorowe plamy światła, zajączki o niezwykłej barwie.
- Jak ty żyjesz? - Jego starsza siostra, Elwira, załamywała ręce, a on tylko wzruszał ramionami. Żył, jak lubił. Przede wszystkim nie chciał się mierzyć z czyimiś oczekiwaniami i odpowiadać na nie, zwłaszcza pozytywnie. Już wiele lat temu doszedł do wniosku, że jedyne szczęście, na jakie może liczyć, to podążanie ścieżką, która jemu wydaje się najwłaściwsza. A w tym momencie największą satysfakcję przynosiło mu zajmowanie się zwierzętami w niewielkiej wiosce w górach.
Z czego się utrzymywał? Pisywał zabawne książeczki dla dzieci o zwierzątkach i dodatkowo sam je ilustrował. Dzieci uwielbiały czytać o przygodach małych jeży, borsuków, lisków i ptaków, a on potrafił snuć zajmujące historie. Sam nie mógł uwierzyć, że te pozycje są tak rozchwytywane. Dzięki tej pracy literackiej, traktowanej początkowo jako miła rozrywka, a teraz już jak poważne zajęcie, mógł sobie pozwolić na to "Leśne ustronie". Cichą przystań dla wszystkich, z którymi los obszedł się nie najlepiej. Czasami była to wina lasu, ale częściej człowieka. Okoliczni mieszkańcy, a później już nawet tacy z dalszych rejonów, zwozili do niego różne biedule - ptaki, które wypadły z gniazd, osierocone sarny, zagłodzone jeże czy szaraki. Każdemu starał się pomóc, ale nie wszystkim był w stanie, zwłaszcza gdy obrażenia były poważne i ich opatrzenie przekraczało jego umiejętności - nie był wszak lekarzem weterynarii i potrzebował pomocy doktora z pobliskiego miasteczka, gotowego wykonać skomplikowany zabieg czy operację. Bywało i tak, że nawet kwalifikowana pomoc nie wystarczała, bo stan pacjenta był zbyt ciężki.
Musiał pożegnać wiele zwierząt, a każda taka śmierć była dla niego osobistym dramatem. Jak na przykład tego jeża, którego już dogorywającego przywiózł w pudełku chłopiec z sąsiedniej wioski. Jak powiedzieć pełnemu nadziei dziecku, że zwierzątka, które znalazł na poboczu, wracając ze szkoły, i z wielkim trudem wydobył z trawy, zapakował do pudła, a potem, na rowerze przywiózł do schroniska, nie da się uratować? Że stworzenie jest tak poturbowane, iż za chwilę przestanie oddychać i żaden, nawet najlepiej wykształcony lekarz tu nic nie pomoże? Serce się krajało, gdy patrzył na łzy tego małego.
Dzisiaj też przyniesiono mu trudny przypadek. Sowa uszata z zainfekowaną nogą, którą musiał szybko odkazić i oczyścić, żeby nie wdała się martwica. Dodatkowo zaniepokoiło go nie do końca sprawne skrzydło ptaka. Była to dawna kontuzja, z którą niewiele się już dało zrobić. Sowa z pewnością miała ograniczoną możliwość lotów, a co za tym idzie, polowań, i ten stan rzeczy z biegiem czasu będzie się pogarszać. Taki ptak już nigdy nie wróci do lasu, będzie musiał pozostać w schronisku. Mariusz wiedział, że zwierzęta są jak ludzie: potrafią tęsknić, kochać, smucić się. A jeśli sowa nie zaakceptuje swego losu? Braku nocnych lotów, spoglądania z wysoka, ukrywania się wśród konarów drzew i w niedostępnych skałach? Polowania o zmroku? Przemykania z majestatycznym pohukiwaniem nad uśpionymi domami? Obserwowania wieczornego życia swoim bystrym i błyszczącym okiem? Liczył się z tym, że ptak zmarnieje, załamie się, a w końcu odejdzie, tak jak się to już zdarzało.
W "Leśnym ustroniu" robiono wszystko, aby odchowane zwierzęta mogły wrócić do swoich naturalnych warunków bytowania. To nie było zoo lub leśna farma, czy rodzaj gospodarstwa agroturystycznego, gdzie można pogłaskać zwierzaczka i się z nim pobawić. Mariusz starał się, aby zwierzęta się nie oswajały i nie uzależniały od ludzi. Prawdę powiedziawszy, bardzo trudno było tego dokonać. Małe borsuki domagały się uwagi i czułości. Potrafiły wleźć na kolana i swoimi długimi pyszczkami szukać ciepłej ręki, która mogłaby je pogładzić. Jelonki, te znalezione nie tak dawno temu, prawie całkiem bezbronne po śmierci matki, spoglądały ciekawie, gdy przychodził je nakarmić, a potem podbiegały się przywitać. Kawka o czarnych piórach siadała mu na ramieniu i choć od dłuższego czasu namawiał ją, by odleciała, ona wciąż pojawiała się na miejscu.
Wiosna to była pora ptaków. Tych, które nieszczęśliwie wypadły z gniazda, oraz takich, które tych gniazd zostały pozbawione. Jak na przykład rodzinka puszczyków - drzewo, w którego dziupli bytowały, przewróciło się nagle, pozbawiając je domu. Pisklęta przywieziono do "Leśnego ustronia" na odchowanie. Mariusz miał w tym okresie roku tyle roboty, że nie wiedział, w co włożyć ręce. Kiedy wypuszczał jedno zwierzę, na jego miejsce natychmiast pojawiało się inne.
Teraz właśnie przygotowywali się do uwolnienia gromady szaraków. Po odchowaniu trafiły na wybieg, żeby potem łatwo je było wypuścić do lasu. "Z zającami już tak jest - dumał Mariusz - szybko stają się znowu dzikie i można je śmiało zwracać naturalnemu środowisku".
Na szczęście w "Leśnym ustroniu" Kalinowski miał pomocnika. Był to uczeń technikum weterynaryjnego, Janek Grys, który mieszkał niedaleko. Razem radzili sobie zupełnie nieźle: Mariusz był absolwentem zootechniki, a wcześniej ukończył podobną szkołę jak jego pomocnik. Jasiek okazał się pojętny i zaangażowany, a poza tym kochał zwierzęta tak jak mało kto. W momencie, gdy Mariusz wyszedł z lasu i zaczął schodzić z wysokiej łąki w kierunku domu, wybiegł na jego spotkanie.
- Nie ma pan pojęcia, co za akcja! - zawołał na cały głos.
- Co się stało? - zapytał więc dosyć niefrasobliwie Kalinowski, ponieważ chłopak lubił sensacje i często wyolbrzymiał zwykłe zdarzenia.
Tym razem pomocnik miał do przekazania istotnie niezwykłe wieści.
- Przyszła Zazulina. Powiedziała, że sowa jest jej własnością i chciała ją zabrać. Powiedziałem, że póki pan nie wróci, sowy nie wydam. Co to w ogóle za afera? Nie będzie nam się tutaj rządziła! To my odpowiadamy za rekonwalescencję.
- Dobrze zrobiłeś. Dopiero co oczyściłem jej ranę na nodze, trzeba ją obserwować, doglądać. Poza tym ona ma uszkodzone skrzydło, należy się temu przyjrzeć.
- Zazulina mówi, że niepotrzebnie jej łapkę opatrywaliśmy. Ona sama by ją wyleczyła.
Mariusz westchnął z troską. Zazulina, której prawdziwego imienia nikt nie znał, była ich sąsiadką przez miedzę. Biorąc pod uwagę zarówno wielkość gospodarstwa Mariusza, jak i samej Zazuliny - nie tak znowu bliską sąsiadką. Mieszkała samotnie chyba już od dobrych pięćdziesięciu lat, a ile ich liczyła - tego nie wiedział nikt. Trudniła się szeroko pojmowaną magią. Wróżyła ludziom z roślin, ziemi i wody ze źródła, które tryskało na łące pod lasem tuż nad jej gospodarstwem. Co prawda, obecni właściciele tego terenu, małżeństwo z miasta z hałaśliwymi dziećmi i jeszcze głośniejszymi psami, stanowczo zabronili się jej kręcić koło zdroju, ale ona nic sobie z tego nie robiła. Miastowi pojawiali się na majówkę lub część wakacji, bo woleli spędzać urlopy w cieplejszych krajach, a niepodzielną władczynią źródła była starowinka. Oprócz tego zajmowała się zielarstwem i różnymi poradami. Kiedyś, jak relacjonował Mariuszowi Janek, którego rodzina żyła tu od wielu dziesięcioleci, być może od wieku, Zazulina była niezwykle skuteczna w warzeniu mikstur zapewniających powodzenie, szczęście i miłość. Teraz nie miała tyle sił, by chodzić i zbierać potrzebne rośliny, więc udzielała porad i przepowiedni, a czasami dokonywała okadzania. Mariusz nie miał z nią żadnych konfliktów aż do tego momentu i sprawy z sową. Nie zamierzał na razie wydać ptaka, ponieważ bał się, iż staruszka nie będzie w stanie o niego zadbać.
- Odgrażała się, że jeszcze do pana przyjdzie - kontynuował Janek.
- Tylko tego mi brakuje - mruknął Mariusz. - Będę się musiał użerać z babiną. Jeszcze na mnie urok rzuci.
- No właśnie. Ja bym jednak był ostrożny! Tak na mnie patrzyła, kiedy stąd szła, że się przestraszyłem. Ona z pewnością ma w sobie moc. Tak moja babcia mówi, a ona się nie myli.
Babcia Janka, pani Rozalia Grys, była miejscowym autorytetem. Nic w okolicy nie odbywało się bez jej wiedzy i aprobaty, a gdy jej nie udzielała, to sam sołtys wiedział, że nie należy z nią zaczynać. Cechował ją stanowczy charakter i takież opinie na każdy temat, a jej oceny były ostateczne i niepodważalne. Bali się jej wszyscy w sąsiedztwie, a własny wnuk - choć nieustannie usiłował wyrwać się spod babcinej kurateli - musiał przyznać, że zwykle miała rację.
- I jeszcze druga sprawa. - Janek ściszył głos, bo właśnie zbliżyli się do domu Mariusza. - Przyjechała pańska siostra.
- Co?! - Kalinowski przeraził się nie na żarty. Elwira z pewnością przybyła ciosać mu kołki na głowie. Wspomniane już "Jak ty żyjesz?" wypowiadane z zaprawionym troską wyrzutem padało z jej ust tak często, że brat zastanawiał się, czy nie stanowiło w jej wykonaniu jakiegoś osobliwego powitania.
No, a teraz zjawiła się bez uprzedzenia. Elwira była od niego starsza o pięć lat i z jakiegoś powodu uważała, że może mu matkować, co w jej rozumieniu oznaczało pouczanie i krytykę. Czego chciała teraz? Co się jej znowu nie spodobało tak bardzo, że wymagało interwencji? Nie wiedział, ale czuł się nieswojo.
- Przywiozła córkę. Pańską siostrzenicę, znaczy się - wyjaśnił Janek, jakby uważał, że Mariusz nie wie, kim jest Laura.
Założyciel "Leśnego ustronia" uwielbiał swoją siostrzenicę. Laura miała jedenaście lat i była żywiołowym, pełnym pasji dzieckiem. Kochała zwierzęta, co natychmiast roztapiało takie serce jak Mariusza. Wydawała się przy tym uderzająco podobna do Elwiry - bywała zasadnicza i czasami lubiła się wymądrzać. Przepadał jednak za tym rezolutnym dzieckiem i był w stanie wybaczyć jej każdą niezręczność, w którą go z wdziękiem pakowała.
- Coś się stało? - zaniepokoił się.
- Nie chciała powiedzieć. Wpuściłem ją do domu i poszedłem luknąć, czy pan nie idzie - wyjaśnił Janek, a Mariusz pokiwał ze zrozumieniem głową. Tak, sam bał się własnej siostry i gdyby mógł, uciekłby przed nią na długi spacer. Obrócił się nawet i tęsknie spojrzał na ścieżkę, z której właśnie nadszedł. Las wabił go swoją aksamitną zielenią, tajemniczością i kojącą ciszą.
Przeszedł przed podwórko i jeszcze zerknął na zagrodę zwierząt. Swój niewielki szpitalik i przytulisko zlokalizował w dawnych budynkach gospodarczych. Własnym staraniem wyremontował i dostosował starą stodołę i chlewik. Oba budynki były teraz w dużo lepszej kondycji niż jego dom. Obszerny wybieg także przeznaczono dla zwierząt. Ptaki miały swoją wolierę, a małe stworzenia - przedszkole. Gospodarstwo otaczały drzewa, łąki i wspaniałe wzgórza prowadzące wprost na turystyczne szlaki. Widok stąd był bajeczny i człowiek czuł, że naprawdę żyje.
Pokrzepiony tym idyllicznym obrazkiem otworzył drzwi od strony ogrodu i wszedł do środka.
Siostra siedziała przy wielkim kuchennym stole, który jak wiele sprzętów odziedziczył po poprzednim właścicielu, i piła kawę ze szklanki. Wyraźnie jej się to nie podobało, bo była mocno skrzywiona. Szklane butelki stojące na półeczkach pomiędzy szybami łagodnie filtrowały światło, w pokoju brzęczała mucha.
Elwira usłyszała trzaśnięcie drzwi, więc odwróciła się gwałtownie w stronę hałasu. Kiedy zobaczyła brata wracającego z leśnej wędrówki i wyglądającego jak szczęśliwy włóczęga, załamała ręce i spojrzawszy na niego z rozpaczą, wypowiedziała swoją mantrę:
- Mario! Jak ty żyjesz? - Przewróciła wymownie oczami, a on westchnął. Zaczynało się jak zwykle.
- Obejrzałam sobie dokładnie ten dom, kiedy tu na ciebie czekałam - podkreśliła stanowczo. - Czy ty przeprowadziłeś tutaj jakikolwiek remont?
- Przecież wiesz, że nie. Nie było takiej potrzeby. Musiałem się skupić na budynkach gospodarczych dla zwierząt - rzucił z lekkim zniecierpliwieniem. Jeżeli siostra dla odmiany przyjechała go pouczać w sprawie upiększania siedziby, to trafiła jak kulą w płot. Nie zamierzał babrać się w remoncie, skoro wszystko działało. Nie był jednym z tych ludzi z miasta, którzy kupują starą chałupę i od razu przerabiają ją na domek w skandynawskim stylu. On uważał, że skoro mieszka na wsi, w jego domu ma być wiejsko. Stąd skrzynkowe podwójne okna z poprzeczką, stare odrapane drzwi, podłoga z sosnowej deski, tylko z grubsza przejechana cykliniarką i polakierowana. Owszem, wyremontował łazienkę, bo kąpiele pod gołym niebem były uciążliwe, zwłaszcza w zimie. Niczego więcej nie zamierzał jednak robić. To właśnie miał powiedzieć siostrze, gdy do pomieszczenia wpadła Laura, jego siostrzenica.
- Wujku! Ale tu masz cudnie! Widziałam jeże i zajączki! Mamo, wujek ma nawet taką małą sarenkę. Ja też bym chciała opiekować się zwierzątkami, jak Janek. Czy będę mogła?
- Hm... Jak przyjedziesz na wakacje, to Jasiek cię chętnie nauczy pomagać przy zwierzakach. Mnie też przyda się asystentka - stwierdził Mariusz, uśmiechając się do dziewczynki. Mała klasnęła w ręce i okręciła się szybko wokół własnej osi jak fryga. Jak mało do kogo pasowało do niej określenie "żywe srebro", wszędzie jej było pełno, jak nagle pojawiła się w kuchni, tak znikła, przypuszczalnie, by poszukać na podwórku Janka.
- No, właśnie. - Siostra powróciła do tematu. - Ja poniekąd w tej sprawie...
- Wakacji? To się szybko wybrałaś - zaśmiał się i wstał, żeby postawić na piecu dzbanek z kawą. Od dawna zaparzał sobie ten napój na sposób pasterski. W metalowym dzbanku stawianym na ogień. Uważał, że smak takiej kawy nie ma sobie równych. Siostra, amatorka espresso, spojrzała z lekkim potępieniem, ale tylko przygryzła wargi i nic nie odpowiedziała. - Możesz mi przywieźć Laurę na całe lato - kontynuował. - Nie ręczę, że tu nie zdziczeje, ale nie będzie się nudzić, to mogę obiecać.
- Nie chodzi o wakacje. - Elwira wstała i zaczęła się nerwowo przechadzać po pomieszczeniu.
- No to, o co? I nie łaź tak w te i we wtę, bo mnie to drażni - stwierdził z uśmiechem.
Zatrzymała się, a potem usiadła z powrotem przy stole.
- Dobrze, nie będę owijała w bawełnę. Krystian ma kogoś.
- Poważnie?! Nie, ty żartujesz. - Mariusz pokręcił z dezaprobatą głową. Siostra uśmiechnęła się z wysiłkiem.
- Chciałabym. Niestety, takie są fakty.
- Ale przecież... Jak to możliwe? On ciągle jest w pracy - rzucił i natychmiast zdał sobie sprawę, jak idiotycznie to brzmi. A odkąd to praca przeszkadza w romansach? Ba! W niektórych przypadkach nawet im służy, sam coś o tym wiedział. Tylko że szwagier był wzorem cnót wszelakich: pracowity, odpowiedzialny, zaangażowany. Całymi dniami w szpitalu, a potem jeszcze porady w prywatnej praktyce lekarskiej. Dzięki temu Elwirze i Laurze niczego nie brakowało; mieli śliczny dom w dobrej dzielnicy, dwa samochody... Matka Mariusza i Elwiry nie mogła się nachwalić zięcia. Krystian był zawsze tym pozytywnym wzorcem w odróżnieniu od Mariusza, którego sposób życia nie podobał się nikomu.
- To praca jest powodem - ciągnęła Elwira. - Związał się z tą swoją wspólniczką... Wiesz, z którą założył prywatną praktykę.
- Ale przecież... To chyba była twoja przyjaciółka? Przyjaźniłyście się na studiach, potem też... - Mariusz nie pojmował. Siostra spojrzała na niego z rozpaczą.
- Właśnie.
Zerknął na nią ze współczuciem. To musiał być cios. W tej materii rozumiał ją jak nikt. Elwira chyba pomyślała o tym samym, bo skrzywiła lekko wargi.
- Wiem, co ci mówiłam, gdy rozstawałeś się z Reginą.
- Kiedy mnie zostawiła - sprostował Mariusz. Minęło już tyle czasu, że potrafił o tym mówić spokojnie. Sam był zaskoczony.
- Gdy cię zostawiła, okej. - Siostra była w tej materii nad wyraz ugodowa, aż się zdziwił. - Mówiłam ci wtedy, że dobrze się stało...
- Bo mnie nigdy nie kochała - dopowiedział brat zmęczonym głosem. Tę rozmowę również odbywali wielokrotnie.
- Tak. Teraz wiem, że byłam z tym po prostu niesprawiedliwa. To nie jest takie proste.
- No proszę, że też po tak długim czasie do tego doszłaś. - Usiłował nadać swemu głosowi sarkastyczne brzmienie, ale odezwała się w nim wyłącznie gorycz. Siostra od razu uniosła głowę. Miała taki charakter, że każdą uwagę odbierała jako atak.
- Nie ironizuj. Próbuję cię przeprosić. - Elwira wyglądała na trochę oburzoną.
Westchnął.
- Zrozumiałaś mnie, bo znalazłaś się w podobnej sytuacji.
- Owszem. I nagle pojęłam, że zdrada to jedno, ale nasze własne uczucia to coś zupełnie innego. Byłam przekonana, że kiedy się o czymś takim dowiem, skreślę Krystiana od razu. Zdrady się nie wybacza, nie można z tym żyć, przynajmniej tak zawsze uważałam.
- I co? Coś się zmieniło? - zainteresował się i podszedł do kuchenki, bo w dzbanku rozległo się bulgotanie. Uniósł lekko pokrywkę, a po kuchni rozszedł się nieziemski zapach. Nawet Elwira mimochodem wciągnęła nosem ten aromat.
- Wszystko. Po prostu gardzę sobą - wyznała, a potem wyjęła z torebki chusteczkę i otarła kąciki oczu, żeby nie rozmazać sobie makijażu.
- Czemu? - nie rozumiał brat.
- Bo nie chcę go stracić. Mimo tej zdrady, okropnej krzywdy, jaką mi wyrządził, nie wyobrażam sobie, żeby odszedł. Wszystko się we mnie rozleciało, jakby nagle rozbiła się szklanka. Czuję taką pustkę, bezradność i niemoc. Po prostu straciłam grunt pod nogami. Nigdy nie byłam w takiej syfiastej sytuacji...
Mariusz spojrzał na siostrę ze zdumieniem. Nie spodziewał się po niej czegoś takiego.
- Hm - mruknął, bo nie wiedział, co powiedzieć.
- Nie próbuj mnie pocieszać - zastrzegła. - To niepotrzebne. Krystian się wyprowadza i nic tego nie zmieni, a ja się nie będę poniżała i prosiła go o cokolwiek. Zresztą muszę sama sobie z tym poradzić, jak zawsze.
- Sugeruję, żebyś zwróciła się do jakiegoś specjalisty. To może ci pomóc.
Obrzuciła go niechętnym wzrokiem.
- Zapominasz, że sama jestem lekarzem. Nie będę się wydurniała.
- Elwira, ty jesteś, z całym szacunkiem, stomatologiem. Nie masz pojęcia o terapii psychologicznej.
Siostra wydęła wargi.
- Mniejsza z tym. To moja sprawa - stwierdziła twardo. - Muszę sobie to wszystko poukładać, ale na to potrzebuję czasu. I nie mogę się pokazywać Laurze w takim stanie.
- Co ci chodzi po głowie? - zaniepokoił się Mariusz.
- Chcę cię prosić, żebyś wziął ją na te kilka tygodni. Będę wpadała na weekendy, mała niczego nie odczuje. Ja załatwię sprawy z Krystianem, sama się uspokoję... Bardzo mi zależy...
- Elwira! Przecież jest maj. Mała chodzi do szkoły. Zamierzasz ją zabrać przed końcem roku? Czy to odpowiedzialne? - zdumiał się.
Machnęła lekceważąco ręką.
- Załatwię z jej szkołą, może wystawią wcześniej świadectwo. A jeśli nie, to zapiszemy ją tutaj, żeby nikt się nie czepiał...
Mariusz spoglądał na nią ponuro. Uznał, że musiała to sobie dobrze przekalkulować, zanim do niego przyjechała. Tylko czy to był dobry pomysł? Posłać dziewczynkę do wiejskiej szkoły, w której nikogo nie zna? Gdzie być może będzie się czuła obco. Spytał siostrę, czy jest pewna swojej decyzji.
- Do niczego nie jestem przekonana! - wybuchnęła. - Muszę tak zrobić! Chyba nie chcesz, żeby była świadkiem przepychanek pomiędzy mną a Krystianem. Być może niemiłych rozmów i awantur.
- Teraz mnie szantażujesz - zastrzegł Mariusz, a ona zerknęła z niepokojem.
- Nigdy by mi do głowy nie przyszło naciskać na ciebie - oznajmiła. - Stoję jednak pod ścianą, nie mam do kogo się zwrócić.
- Mama chętnie zajmie się wnuczką - zaproponował lekko ironicznym tonem.
- Jasne! - Siostra aż przymrużyła oczy. - Ona uważa, że miałam wspaniałe życie i okazję, którą zaprzepaściłam. Bo nie umiałam utrzymać Krystiana przy sobie w domu. Znasz ją.
Tak, Mariusz dobrze znał matkę. Nie miał wątpliwości, po kim Elwira przejęła geny. Rodzicielka nigdy nie lubiła Reginy. Uważała ją za płytką i pospolitą. Z tego powodu, gdy się rozstali, nie potrafiła powiedzieć synowi dobrego słowa, a już na pewno go pocieszyć.
- Nie była ciebie warta. Bez trudu znajdziesz sobie lepszą - orzekła matka kategorycznym głosem i uznała sprawę za zamkniętą.
Tylko że on nie chciał lepszej. Chciał Reginę, ale tego nikt nie potrafił zrozumieć.
Siostra tymczasem znowu wyjęła chusteczkę i otarła oczy. Wyglądała jak półtora nieszczęścia. Z podwórka dochodził wesoły śmiech Laury. Janek pokazywał jej młode borsuki, a dziewczynka nie posiadała się ze szczęścia.
Biedne dziecko - przeszło przez myśl Mariusza. To przecież tylko kilka tygodni. Jakoś da sobie radę, a Elwira rzeczywiście uporządkuje swoje życie. Ten czas spędzony z siostrzenicą może i dla niego być wspaniały. Zyska towarzystwo, którego tak bardzo mu brakuje, może wreszcie zajmie się nową książką...
- Dobrze - powiedział więc. - Zaopiekuję się nią.
Siostra rozpromieniła się jak latarnia. Zerwała się z miejsca i uściskała go.
- Dziękuję ci stokrotnie. Naprawdę ratujesz mi życie. Przywiozę ją z powrotem w połowie miesiąca, jak wszystko załatwię. Spróbuj wygospodarować dla niej jakiś kąt, dobrze? Może odmaluj pokój, co?
Westchnął głęboko, ale postanowił nie zgadzać się na wszystko.
- Elwira, to jest mój dom i panują tu moje zasady - podkreślił. - Nie będę tutaj robił żadnych rewolucji. Nie licz na to, że postawię wszystko na głowie z powodu Laury.
- Nie mam wątpliwości. Nie chcę ci się wtrącać do niczego. Po prostu chodzi mi o to, żeby dziecko miało własny i wygodny pokój...
- O to się nie martw. Niczego jej nie zabraknie - podkreślił stanowczo, a potem się uśmiechnął. Nie chciał, aby siostra myślała, że jest nieprzejednany.
Spojrzała na niego z wielką wdzięcznością.