p

W sidłach grzechu - Ewa Stus

Kup ebooka

24.23 zł
20.11 zł (20,11 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

"Raj na Ziemi"

Basia

Życie jest nieprzewidywalne, a można powiedzieć, że wręcz zaskakujące. Czasem wystawia nas na próbę, byśmy mogli poznać swoją prawdziwą naturę i własne "ja". Kawałek, po kawałku pozwala nam siebie odkrywać, zapisując nasze losy w permanentnej księdze, której rozdziałów nie można już potem, tak po prostu wymazać. Wszystko to, co będzie nam dane doświadczyć, znajdzie się potem na kartach naszej własnej historii i to, czy będą one emanowały dumą i szczęściem, czy wręcz przeciwnie, zależy w głównej mierze od nas. Nigdy nie sądziłam, że będę musiała stoczyć, bardzo trudną walkę wewnętrzną i podjąć decyzję, co jest dla mnie cenniejsze: miłość, czy wiara? W tym wypadku powiedzenie "Nigdy, nie mów nigdy" nabiera wyjątkowego znaczenia. Należy traktować je z wielką powagą, gdyż życie jest przewrotne i potrafi postawić nas w sytuacjach, w których nie przypuszczaliśmy się znaleźć.

Odkąd pamiętam w mojej rodzinie zawsze prym wiodły kobiety, to one były silne i musiały nosić przysłowiowe spodnie. Mój dziadek Henio, mąż babci Basi zginął w czasie powstania warszawskiego, zostawiając ją z trojgiem małych dzieci. Biedna babunia pogrążyła się w czarnej rozpaczy, zatracając się w melancholijnych nastrojach, nic już w jej życiu nie było takie samo. Wtedy nie mówiło się zbyt wiele o depresji, ale przypuszczam, że wpadła w przepaść z której było jej potem ciężko się wydostać. Mimo wszystko znajdując w sobie resztki chęci do życia, umiała zadbać o moją mamę Irenę i jej dwóch starszych braci. Nie związała się już jednak z żadnym mężczyzną, rozpamiętując dziadka i całkowicie zatracając się we wspomnieniach. Wieś Lipowica, to moje miejsce na Ziemi, to tutaj się urodziłam i spędziłam w miarę dobre dzieciństwo. W miarę, gdyż słońce przysłaniały mi chmury rozwodu moich rodziców. W spadku po babci dostałam imię. W mojej rodzinie panowało przekonanie, iż wiąże się ono z niepowodzeniem w miłości. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego świadomie skazano mnie na pecha w uczuciach? Całe życie nie brałam jednak tego na poważnie, często stroiłam sobie żarty z ich poglądów. Uważałam, że każdy ma to, na co się godzi, potem życie jednak wyprostowało moje naiwne i dziecinne podejście. Rodzice rozwiedli się, kiedy miałam dziesięć lat. W głębi duszy zawsze obwiniałam za to moją rodzicielkę, gdyż jej ciężki charakter doprowadzał do szewskiej pasji nie tylko mojego ojca, ale wszystkich wokół, narażonych na słuchanie jej drażliwych wywodów i pretensji. Tak naprawdę niejednokrotnie podziwiałam jego stoicki spokój i szanowałam go za to, że udało mu się tyle czasu z nią wytrzymać. Po ich rozstaniu, zostałam z matką, byłam jedynaczką i wszystkie jej złe humory odbijały się na mnie. Dlatego ukochałam sobie Lipowicę i jej cudowną naturę, w niewielkim stopniu zniszczoną przez cywilizację. Lubiłam przesiadywać w samotności nad rzeką i wsłuchiwać się permanentnie w szum wody. Odlatywałam wówczas myślami gdzieś daleko, by móc znaleźć się w miejscu, jakie mi się tylko zamarzy. Często podziwiałam krwawe zachody słońca znikającego, gdzieś za widnokręgiem, by rankiem móc zachwycać się tą rozgrzaną gwiazdą, po przeciwległej stronie, gotową do swej codziennej, wyznaczonej z góry drogi. Chciałam zostać tu na wsi, już zawsze, jawiła mi się ona, jako moje miejsce na ziemi, do którego miałam sentymentalny stosunek. Niesamowicie lgnęłam do rówieśników, wynikało to z tego, że w domu nie miałam z kim porozmawiać o swoich problemach, ani komu się wyżalić, czy poprosić o radę. Miałam dwie bliskie mi przyjaciółki: Kasię i Jolkę, które potrafiły poprawić mi nastrój, nawet kiedy miałam cały dzień muchy w nosie. Były u mnie w domu mile widziane, dlatego mogły wpadać o każdej porze dnia. Ojciec zabierał mnie do siebie raz w tygodniu, na weekendy, starając się mi wynagradzać utracony czas. Często było mi go szkoda, wiedziałam jego przeszklony wzrok, kiedy się ze mną rozstawał. Mówił, że najgorsza jest dla niego tęsknota, która w jego mniemaniu jawiła się jako uczucie rozdzierające serce. Jego nowa żona traktowała go tak, jak na to zasługiwał, przy niej wreszcie był szczęśliwy i mógł poznać, co to znaczy partnerstwo. On po prostu nie pasował do mamy, która miała w stosunku do niego zbyt silną osobowość, przytłaczała go pod każdym względem, mój tato był pod przysłowiowym pantoflem. Początkowe zauroczenie, zakochanie i miłość sprawiały, że miał klapki na oczach i na wszystko się godził, jednak kiedy uczucie uleciało niczym piórko na wietrze, zaczęła mu przeszkadzać wyjątkowa dominacja żony. Rozwód rodziców sprawił, że pojawił się u mnie syndrom braku ojca. Na światło dzienne zaczęła wychodzić niepewność i lęk z powodu tęsknoty za tatą oraz typowy brak poczucia bezpieczeństwa. Mimo, że kontakt między nami był dobry, to jednak dla mnie, nie było to wystarczające. Po każdym rozstaniu pojawiała się u mnie wszechogarniająca pustka, która zakorzeniła się głęboko w sercu.

Miałam jednak w życiu sporo szczęścia. Mogłam liczyć na towarzystwo przyjaciółek. Nikt nigdy nie dał mi tyle wsparcia, co one. Zawsze trzymałyśmy się razem, byłyśmy jak typowe papużki, nierozłączki. Wiele czasu spędzałyśmy na wieczornych pogawędkach o mężczyznach naszego życia, śmiejąc się i żartując z najbardziej nielubianych w klasie dziewcząt. W szkole podstawowej dręczące nas problemy wyolbrzymiałyśmy do granic możliwości, nie przypuszczając, że jest to dopiero namiastka tego, co nas spotka w przyszłości. Teraz, kiedy wspominam tamten czas, to traktuję to jako błahostkę, coś, co miało nas zahartować przed mającymi nastąpić trudnościami i dylematami. Nigdy nie zapomnę wspólnych pikników z dziewczynami i ukradkowego picia wina pod lasem. Było to dla nas niesamowicie pociągające zajęcie, zakazany owoc kusił najbardziej, o czym miałam się przekonać za kilka lat. W mojej głowie przewijają się kombinacje związane z porządnym ukryciem pierwszej, kupionej paczki papierosów. Byłam wtedy jeszcze niepełnoletnia i gdyby wpadła ona w ręce mojej mamy, wybuchłaby trzecia wojna światowa. Lubiłyśmy podpalać w ukryciu, czułyśmy się wtedy takie dorosłe i odważne, jakbyśmy robiły coś naprawdę ważnego.

- Hej Jolka rzuć zapałki, i pospiesz się - strofowałam przyjaciółkę, która z wielką opieszałością zapalała papierosa.

- No już, nie awanturuj się tak, trochę cierpliwości - odpowiedziała Jolka - Zresztą jak nie zapalisz, to będziesz zdrowsza - kontynuowała cynicznie koleżanka.

- Dziewczyny, ileż można czekać? - pospieszała nas Kaśka.

Uwielbiałyśmy te babskie wieczory w poświacie księżyca. Gdzieś nieopodal słychać było żabi koncert, na który zawsze czekałyśmy z wielką niecierpliwością. Prawdziwym wyzwaniem dla nas, było zamaskowanie zapachu dymu papierosowego, jeszcze przed powrotem do domu. Najgorzej z nas miała Jolka, gdyż jej rodzice byli najbardziej konserwatywni i gdyby zdarzyłaby jej się jakaś wpadka, to miałaby pewnie miesiąc szlaban. Nie mogłyśmy sobie na to pozwolić, bo byłyśmy jak trzy muszkieterki, dwie, bez tej jednej, nie miałyby szansy istnieć. Dlatego zawsze chowałyśmy w kieszeni miętowe gumy do życia, czy trochę tymianku, którego żucie niwelowało również opary alkoholu. Kaśka z nas trzech miała największy luz. Jej mama wychowywała ją bardzo liberalnie, można powiedzieć, że była bardziej jej przyjaciółką niż matką. Córka zwierzała się jej nawet z najbardziej intymnych spraw i całą wiedzę dotyczącą dorastania i stosunków damsko - męskich zdobywała od rodzicielki, która wyszła za mąż, aż trzykrotnie, zostawiając kolejnych mężów w samych skarpetkach. Była także bardzo przebiegła i umiała tak omamić faceta, aby ten tańczył, tak jak ona zagrała. Mężczyźni mieli tylko realizować jej wszystkie zachcianki i zabierać w dalekie podróże, pełnili funkcję złotej rybki służącej do spełniania życzeń. Ojciec Kaśki nie wytrzymał w końcu takiego traktowania i odszedł, jednak jego żona długo po nim nie płakała, szybko pocieszyła się w ramionach innego. Wychowywała się w domu, w którym mówiło się, że jeśli coś nie daje ci szczęścia to należy odpuścić i szukać go gdzie indziej.

Rozdział III

"Grzeszna sielanka"

Basia

Przez kolejne dni czułam się jakbym dostała obuchem w głowę. Ciągle chodziłam zamyślona, a wszystko wokół wydawało mi się nierealne. Zdawałam sobie sprawę, że właśnie stałam się tą drugą, typem kobiety, które zawsze gdzieś w głębi duszy potępiałam. Swoje zachowanie sama przed sobą tłumaczyłam zakochaniem oraz tym, że jest to całkowicie niezależne ode mnie, bo jak możemy mieć wpływ na to w kim się zadłużymy. Rola kochanki była mi solą w oku, ale godziłam się na to, byleby być blisko niego. Czasem w życiu to uczucia decydują o naszym zachowaniu, sprawiają, że stajemy się niejako więźniami i postępujemy w sposób niemoralny, gdyż chcemy być szczęśliwi. Z Adamem spotykałam się regularnie dwa razy w tygodniu. Mieliśmy swoje miejsce schadzek w pobliskiej wsi, nad jeziorkiem. Nikt nas tam nie znał, więc bez skrępowania mogliśmy leżeć przytuleni na kocyku pośród romantycznej scenerii, otulając się zapachem kwiatów i ziół oraz wsłuchując się w śpiew ptaków. Czekałam z niecierpliwością na jego wyznanie miłości, miałam nadzieję, że nie jestem tylko zabawką i pocieszeniem na gorsze dni. Dawał mi sygnały, że mu na mnie zależy. Często przytulał, głaskał po głowie, całował w czółko, czułam się przy nim bezpiecznie, nie mówiąc o seksie, który był dla mnie wisienką na torcie. Zawsze czekaliśmy, aż większość osób pójdzie już znad jeziora, ale zazwyczaj udało się znaleźć jakieś ustronne miejsce, gdzie mogliśmy się sobą nacieszyć. Dawał mi szczęście, radość i spełnienie. Miał wszystko, czego oczekiwałam od mężczyzny, był czuły, szarmancki i seksowny, w głębi jego niebieskich oczu można było się zatracić i utonąć. Uwielbiałam, kiedy przyglądał mi się pełnym pożądania wzrokiem, wiedziałam wtedy, że już przepadłam. Często po udanym seksie, kiedy leżeliśmy i wsłuchiwaliśmy się w szybkie bicie naszych serc, gładziłam delikatnie opuszkami palców, każdy odznaczający się mięsień na jego wyćwiczonym brzuchu. Nie zadawałam zbędnych pytań, wolałam cieszyć się obecną chwilą. Rozumieliśmy się bez słów, a ta cisza tylko nas jeszcze bardziej scalała. Nie chciałam wiedzieć, co w tym momencie robi jego żona, wypierałam z umysłu te dręczące mnie myśli. Nie chciałam się nim dzielić z żadną inną kobietą. Mówił mi, że ostatnio nie układa się między nimi najlepiej, a mnie to wcale nie smuciło.

- O ile byłoby łatwiej, gdyby był sam - myślałam egoistycznie - Mogłabym go przedstawić rodzicom, a tak, muszę ukrywać przed światem miłość mojego życia. Jeszcze rok i skończę liceum, a wtedy nasz związek byłby dozwolony, nie musiałby się martwić o posadę. Jedyną przeszkodę stanowiła teraz jego żona - kontynuowałam swoje rozmyślania.

- Co jesteś taka skryta? Czyżby coś cię dręczyło? - zapytał Adam z troską.

- Zastanawiałam się, co będzie z nami... Wiesz, że cię kocham i pragnę spędzać z tobą każdą chwilę - odpowiedziałam smutno.

- Nie myśl teraz o tym, cieszmy się sobą. Nigdy nie wiemy co przyniesie przyszłość. Nie zadręczaj się problemami, których nie ma. Teraz jestem z tobą i to jest najważniejsze - powiedział Adam - Wiedziałaś na co się piszesz od pierwszej chwili, kiedy weszłaś do mojego kantorka i zgasiłaś światło - dodał - Wiesz, że nie zostawię żony, jest matką moich dzieci, a je kocham najbardziej. Są najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Pamiętaj, że dziecko to dar, nie ma większej nagrody, jakiej może nam ofiarować życie - dorzucił.

- Czyli nigdy jej nie zostawisz? - zapytałam z nadzieją.

- Nie mogę, zrozum mnie, nie zrobię tego dzieciom, za bardzo je kocham - odrzekł.

- Dobrze, lepiej już chodźmy, bo jeszcze twoja kochana żonka zorientuje się, że za długo cię nie ma w domu i zacznie się czegoś domyślać. Swoją drogą dziwię się, że jeszcze się nie zorientowała, że wcale nie masz treningu piłki nożnej, tylko rozkoszujesz się moim ciałem, bez żadnych wyrzutów sumienia - powiedziałam z przekąsem.

- Wierzy mi na słowo, zawsze darzyła mnie dużym zaufaniem, nie sprawdza, nie kontroluje - odrzekł mężczyzna.

- Idealna żona widzę... ale jednak coś musiało być nie tak, skoro skusiłeś się bzyknąć swoją uczennicę - dodałam ze złością w głosie.

Nie wiem co mnie wtedy napadło, że tak mu wymawiałam wszystko, przecież to ja pchałam się między wódkę, a zakąskę. Do wieczora miałam zepsuty nastrój, z jednej strony byłam zła na siebie, że dałam się tak omamić i uległam jego urokowi, a z drugiej strony wściekałam się na niego, że nie zamierzał nic zmieniać w swoim życiu, chciał mieć żonę i kochankę, mieć ciastko i zjeść ciastko. Dla niego to najlepsze i najwygodniejsze rozwiązanie. W domu miał spokój i stabilizację, a ze mną miał ogień w łóżku, czułość i miłe słówka. Mimo tego, że ja byłam najbardziej winna, bo z premedytacją weszłam z butami w czyjeś życie, to bardzo cierpiałam. Ciągle odczuwałam zazdrość, która paliła mnie od środka niczym żywy ogień. Będąc z nim już ogarniała mnie tęsknota i ból rozstania. Zamiast cieszyć się chwilą, ja wybiegałam w przyszłość i snułam rozważania o tym, co będzie lada moment. Teraz z biegiem czasu myślę, że to jest właśnie kara za moje zachowanie. Trzeba swoje odcierpieć, by móc odpokutować grzechy. Jestem katoliczką, ale jak widać zbyt słabą, by oprzeć się pokusie, wybrałam żonatego mężczyznę, zamiast zawiesić oko na kimś bardziej w zasięgu moich możliwości. Dziewczyny od razu odradzały mi romans, zwłaszcza Jolka, która ma w życiu pewne żelazne zasady i na pewno nie wplątałaby się w taki układ. jak ja. Całą noc nie mogłam spać, bo moje myśli krążyły wokół Adama niczym planety wokół Słońca. Stał się dla mnie centrum całego Wszechświata i na nim skupiały się moje myśli. Mimo tego, że żałowałam swojego karygodnego zachowania, to wiedziałam, że przy najbliższej okazji, kiedy się spotkamy, ulegnę mu i kolejny raz oddam mu siebie. Byłam rozdarta między tym co robiłam, a tym co powinnam robić. Adam stał się początkiem moich problemów, wcześniej moje życie można powiedzieć, było usłane różami, sama sobie je skomplikowałam i nie mogłam nikogo o to obwiniać. Byłam zbyt słaba, żeby zakończyć, to, co rozpoczęłam. Kiedy kolejny raz spotkaliśmy się nad jeziorem, piękna pogoda przyciągnęła tłumy ludzi i pomimo późnej pory brakowało intymności.

- Chodź - powiedział mój ukochany i pociągnął mnie za rękę - Tutaj jest zbyt tłoczno - dodał.

Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy przed siebie. Noc przykrywała niebo płótnem z gwiazd oświetlających całą półkulę, nam nie było do szczęścia wiele potrzeba. Romantyczny nastrój zaczął mi się udzielać, jeszcze zanim się zatrzymaliśmy. Moja dłoń powędrowała między uda Adama i zaczęła błądzić zachłannie po jego wypukłości. Coraz szybsze ruchy ręki sprawiły, że jego penis nabrzmiał tak bardzo, iż wypełnił całe wnętrze spodenek. Jego oddech przyspieszył i stał się głośniejszy, wiedziałam, jak to się skończy, ale w tamtej chwili pragnęłam tego bardziej, niż czegokolwiek innego. Mężczyzna nagle gwałtownie skręcił w boczną dróżkę, wiodącą w stronę lasu. Było już całkowicie ciemno, tylko kontrolki w aucie i radio dawały delikatną poświatę i oświetlały subtelnie twarz ukochanego. Nagle zatrzymaliśmy się, znaleźliśmy się daleko od jakichkolwiek zabudowań. Byliśmy tylko my, spragnieni naszych nagich ciał, pocałunków i pieszczot. W tym momencie nie liczyło się nic, najważniejsza była trwająca chwila. Adam przekręcił kluczyk w stacyjce, tylko radio grało jakąś znaną sentymentalną melodię. Rozłożył siedzenie kierowcy do granic możliwości. Zsunął spodnie obnażając swoją nabrzmiałą męskość.

- Chodź do mnie kochanie - powiedział.

Ja bez zastanowienia usiadłam na nim i pozwoliłam wślizgnąć mu się w moją ciepłą i mokrą brzoskwinkę. Nie musiałam zbyt wiele ściągać, kusa spódniczka dała się bez problemu podciągnąć wyżej. Zdjęłam swój top i rozpięłam biustonosz, by miał dostęp do moich spragnionych pieszczot piersi. Zaczęłam poruszać się w górę i w dół, a mój biust falował w rytm tych ruchów. Adam ssał moje twarde sutki, z każda minutą stając się coraz bardziej podniecony. Raz po raz dawał mi klapsy, które sprawiały mi ogromną przyjemność. Zalewająca mnie rozkosz współgrała z delikatnym bólem, potęgując doznania. Wprowadzał mnie w świat seksu trzymając za rękę i odkrywając przede mną kolejną stronę nieznanej mi księgi. Był moim nauczycielem nie tylko w szkole, ale też w łóżku. Jego gardłowy jęk, był melodią dla moich uszu, coraz szybszy oddech, stawał się oznaką nadchodzącego orgazmu. Czułam, że jestem już blisko, nagle rozprzestrzeniające się ciepło zdominowało całe moje pulsujące podbrzusze. Adam był cudownym kochankiem, nie był egoistą w łóżku, dawał mi pierwszeństwo jeśli chodzi o osiągnięcie orgazmu. Kiedy ja już dotarłam do celu, jedną ręką zaczęłam pieścić jego napięte jądra, wtedy on mocno szarpnął mnie za włosy i skończył we mnie. Zalał całe moje wnętrze, a jak zeskoczyłam jak oparzona.

- Miałeś mi powiedzieć chwilę przed, przecież nie użyliśmy gumki - powiedziałam przejęta, a jego soki kapały z mojej mokrej szparki.

- Przepraszam cię kochanie, trochę się zapomniałem, mam nadzieję, że nic z tego nie wyniknie - odrzekł bez większych emocji.

- No mam nadzieję, bo w przeciwnym razie matka mnie z domu wyrzuci - dodałam zdenerwowana - Byłaby mocno wstrząśnięta. Nie ma pojęcia, że z kimś się spotykam. W trakcie naszych schadzek zawsze kryją mnie przyjaciółki.

- Będzie dobrze - pocieszył mnie Adam i pocałował tak, że przestałam się już martwić.

Dni mijały powoli, miałyśmy z dziewczynami trochę więcej nauki, gdyż wielkimi krokami zbliżała się matura. Cały rok miałyśmy poświęcić na powtórki materiału. Często uczyłyśmy się razem, było nam w ten sposób łatwiej przyswoić wiedzę, zwłaszcza matematyczne wzory i ich zastosowanie w praktyce. Najlepsza z matmy była Kaśka i to ona stanowiła nasze guru, którego polecenia wypełniałyśmy bez sprzeciwu. Obie z Jolką twierdziłyśmy, że świetnie nadawałaby się na nauczycielkę, gdyż jej wiedza i elokwencja wyróżniały ją na płaszczyźnie szkolnej. Miała z nas najwięcej czasu na naukę, gdyż do tej pory była sama, pomimo, że bardzo chciała mieć partnera, który, by ją kochał i szanował. Była bardzo kobieca, a jej typ urody podobał się chłopcom, nie tylko z naszej klasy. Jej lśniące, czarne włosy, sięgające do pasa, były niejednokrotnie powodem zazdrości innych dziewcząt, a śniada karnacja kontrastowała z szafirową barwą jej oczu. Kasia miała bardzo oryginalną urodę, a jej filigranowa budowa wzbudzała podziw męskiej części społeczeństwa. Z nas trzech była najładniejsza, dlatego dziwiłyśmy się z Jolą, że przyjaciółka nie może znaleźć dla siebie godnego obiektu zainteresowania, zwłaszcza, że większość mężczyzn mimowolnie zwracała na nią uwagę. Jej jednak nikt nie odpowiadał, była bardzo wybredna, zawsze powtarzała, że chciałaby poznać chłopaka, w którym zakocha się na zabój i w rezultacie weźmie z nim ślub. Nie chciała tak jak jej matka, zmieniać partnerów jak rękawiczki. Szukała miłości, która przetrwa, aż do grobowej deski. Były to infantylne pragnienia nastolatki, która jeszcze zbyt mało doświadczyła w życiu, a jej wyidealizowane plany, mogły nigdy się nie spełnić. Namawiałyśmy ją, aby spróbowała się związać z którymś z chłopców i zobaczyła, co z tego wyniknie, jednak jej zatwardziałe poglądy były nie do złamania, ona najpierw chciała się zakochać, a dopiero później stworzyć relację. Nie przyjmowała do siebie faktu, że zazwyczaj głębsze uczucie rodzi się dopiero, gdy bliżej poznajemy drugiego człowieka.

- Słuchajcie, myślałyście już może jaki kierunek studiów wybierzecie? - zapytała nagle Kasia przerywając ciszę, spowodowaną obliczaniem miar kątów w graniastosłupie.

- Ja chciałabym iść na prawo, wiem, że to trudny kierunek, ale przyszłościowy. Moja ciocia ma swoją kancelarię prawną w Krakowie, może w razie potrzeby byłaby szansa, aby przyjęła mnie do siebie na staż - powiedziałam - tam też chciałabym studiować ten kierunek - dodałam.

- Ja też zastanawiałam się nad nauką w Krakowie, ale myślę, że poszłabym na matematykę - powiedziała Kaśka - Może będę nauczycielką, tak jak mi doradzałyście, uważam, że odnalazłabym się w tym zawodzie - dodała po chwili.

- Ja chyba wybiorę filologię polską, ale cieszy mnie to, że mamy jeden wspólny cel, wszystkie chcemy wyjechać do jednego miasta. Mogłybyśmy wynająć razem mieszkanie, aby zmniejszyć trochę koszty.

Kiedy z przyjaciółkami planowałyśmy wspólny przystanek w naszej dorosłej trasie, której pętlą było zdobycie dyplomu wyższej uczelni, nawet na myśl mi nie przyszło, że coś może całkowicie zniweczyć moje ambitne plany. W moim życiu nastał bardzo nerwowy czas, oczekiwałam z niecierpliwością comiesięcznych, kobiecych dolegliwości, jednak nie nadchodziły. Pewnego razu w trakcie naszego, tradycyjnego, babskiego wieczoru Jolka podała mi zapalniczkę i rzuciła:

- Masz Baśka, odpal sobie papierosa i opowiadaj, jak ci się układa z Adamem?

- Nie dzięki, nie palę, coś ostatnio nie najlepiej się czuję, okres mi się spóźnia już tydzień - odrzekłam zmartwiona, a dziewczyny usłyszawszy to gapiły się na mnie jak sroka w gnat, czekając, co dalej powiem, gdy nagle odezwała się Kaśka:

- Nawet tak nie żartuj!! Ja na twoim miejscu, nie byłabym taka spokojna, już bym dawno leciała do apteki po test.

- Właśnie mam taki zamiar. Jutro go kupię i zobaczymy, co w trawie piszczy - wymamrotałam.

Wieczór niesamowicie mi się dłużył, nawet rozmowy z dziewczynami nie dawały mi potrzebnego w tej chwili ukojenia. Myślami błądziłam, gdzieś daleko, odlatywałam w nieokreśloną przestrzeń, której cząsteczki wpijały się boleśnie w moją skórę, zwiastując nadchodzące kłopoty.

- Basia, co ty jesteś taka zamyślona? - zapytała Kaśka - Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze. Nie martw się na zapas, bo to i tak nie zmieni przyszłości - dodała.

W nocy nie mogłam zasnąć, przez lekko uchylone okno wlatywało rześkie powietrze, nieśmiało poruszając firanką. Księżyc zaglądał przez szybę w asyście gwiazd uśmiechając się, by poprawić mi nastrój i rozjaśnić nieco moje, czarne myśli. Mimowolnie nachodziły mnie obrazy przedstawiające maleńkie dziecko, których w żaden sposób nie mogłam odgonić. Natarczywie wpychały się do mojego umysłu, siejąc zamęt i niepokój. Nie pamiętam w końcu kiedy zasnęłam.