p

W rytmie relacji. O sztuce budowania więzi, które łączą serca i umysły - Joan Garriga

Kup ebooka

28.00 zł
23.24 zł (23,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Refleksja na początek

To, że moja książka El buen amor en la pareja (Dobra miłość w związku) zacie­ka­wiła tak wiele osób i że na­dal cie­szy się takim powo­dze­niem, było dla mnie rado­snym zasko­cze­niem. Zasko­cze­niem, ponie­waż nie spo­dzie­wa­łem się, że wzbu­dzi tak ogromne zain­te­re­so­wa­nie. Rado­snym, ponie­waż nie­wiele rze­czy cie­szy rów­nie mocno jak poczu­cie bycia uży­tecz­nym i pomoc­nym, zwłasz­cza w tak intym­nym i deli­kat­nym obsza­rze, jakim jest mał­żeń­stwo czy życie w parze. To obszar, w któ­rym wszy­scy mamy tak wiele do stra­ce­nia i wobec któ­rego pokła­damy ogromne nadzieje, ponie­waż jest to szcze­gólne epi­cen­trum naszych więzi oraz żyzna gleba - lub pusty­nia, w zależ­no­ści od tego, jak do niej pod­cho­dzimy - na któ­rej możemy roz­wi­nąć naszą naj­głęb­szą i naj­bar­dziej zaan­ga­żo­waną uczu­cio­wość. Kiedy pisa­łem tę książkę, sta­ra­łem się z jed­na­kową siłą i pokorą prze­ka­zać to, czego nauczy­łem się w ciągu trzy­dzie­stu lat pracy tera­peu­tycz­nej Gestalt oraz w kon­ste­la­cjach rodzin­nych z jed­nost­kami i parami: zaka­marki serca; dyna­mika rela­cji, zwłasz­cza rodzin­nych, ale także mię­dzy­po­ko­le­nio­wych; ele­menty, które two­rzą kra­jo­braz dobrego samo­po­czu­cia w związku; zasady, które kie­rują miłość w stronę poczu­cia szczę­ścia; sztuka radze­nia sobie z bólem towa­rzy­szą­cym roz­sta­niom; umie­jęt­ność prze­ży­wa­nia, powstrzy­my­wa­nia i prze­cho­dze­nia przez emo­cje; kom­pe­ten­cje egzy­sten­cjalne, gdy para doświad­cza skraj­nych trud­no­ści, takich jak poważne pro­blemy z dziećmi lub sek­su­al­no­ścią; pakty i tańce w parach i tym podobne. Nie­mniej jed­nak suk­ces tej książki w pewien spo­sób potwier­dza, jak bar­dzo potrze­bu­jemy wska­zó­wek doty­czą­cych rela­cji mię­dzy­ludz­kich oraz wspar­cia w obli­czu trud­nych doświad­czeń emo­cjo­nal­nych i uczu­cio­wych.

Nie­wąt­pli­wie podróż życia zmu­sza nas do doko­na­nia cudu, jakim jest koniecz­ność zmie­rze­nia się z tą naj­waż­niej­szą rela­cją, czyli byciem w związku, który napę­dza potężna ener­gia sek­su­alna i łagod­niej­sze paliwo, jakim jest poczu­cie wspól­noty i przy­na­leż­no­ści. Kiedy zapy­tano Sokra­tesa, czy lepiej się oże­nić, czy żyć w poje­dynkę, odpo­wie­dział żar­to­bli­wie: "Nie ma to więk­szego zna­cze­nia, ponie­waż tak czy ina­czej popeł­nisz błąd; ale lepiej się oże­nić, ponie­waż jeśli dobrze tra­fisz, będziesz tro­chę szczę­śliwy, a jeśli źle, to też nie ma pro­blemu: zosta­niesz filo­zo­fem". Histo­rycy twier­dzą, nieco z przy­mru­że­niem oka, że druga żona Sokra­tesa i matka jego trojga dzieci, o imie­niu Ksan­typa, miała paskudny cha­rak­ter, była aro­gancka, zło­śliwa i zawzięta, co wysta­wiało na próbę cier­pli­wość, cnotę i opa­no­wa­nie filo­zofa. Jed­nak, podob­nie jak Sokra­tes, my też możemy zde­cy­do­wać się na wej­ście w świat rela­cji part­ner­skich w spo­sób rów­nie odważny, co bez­stronny, otwie­ra­jąc serca i ufa­jąc bez względu na wszystko, pomimo tur­bu­len­cji, które zawsze towa­rzy­szą intym­no­ści; zacho­wu­jąc rów­no­wagę w okre­śla­niu naszych ocze­ki­wań wobec part­nera i zda­jąc sobie sprawę, że rela­cja nie przy­nie­sie i nie musi przy­nieść abso­lut­nego szczę­ścia; a jed­no­cze­śnie zda­jąc sobie sprawę, że jeśli pewne skład­niki zostaną połą­czone, możemy doświad­czyć sie­bie jako osób speł­nio­nych.

Żyjemy w cza­sach powszech­nie lan­so­wa­nego, skraj­nego i pogłę­bio­nego indy­wi­du­ali­zmu, który nasze spo­łe­czeń­stwo, tak pozba­wione instynktu, przyj­muje bez­kry­tycz­nie. W rezul­ta­cie coraz wię­cej osób funk­cjo­nuje poza bogatą sie­cią uczu­ciową i rela­cyjną, co bez­po­śred­nio wpływa na zdro­wie fizyczne i psy­chiczne oraz osła­bia natu­ralną chęć do życia. Zja­wi­sko to jest już tak nasi­lone, że wiele osób umiera w samot­no­ści, nie mając nikogo, kto mógłby za nimi tęsk­nić lub do nich zadzwo­nić. Uwa­żam, że wybra­li­śmy mak­sy­malny indy­wi­du­alizm ze względu na korzy­ści eko­no­miczne i prze­wrotną dok­trynę cią­głego wzro­stu, dodat­kowo myląc go z wol­no­ścią. Cena emo­cjo­nalna oka­zała się jed­nak bar­dzo wysoka. Stra­ci­li­śmy ple­mienne, wię­zio­twór­cze i wspól­no­towe poczu­cie życia, nie zda­jąc sobie sprawy z tego, że brak klanu rani wewnętrz­nego ssaka, który żyje w każ­dym z nas.

Dla­tego poprzez zwią­zek i rodzinę szu­kamy obsza­rów przy­na­leż­no­ści oraz ram spo­łecz­nych dla naszych rela­cji i całego życia, dzięki czemu chro­nimy się przed prze­ra­ża­ją­cym poczu­ciem izo­la­cji. To także wydłuża nasz żywot. Cho­ciaż tak zwane spo­łe­czeń­stwa opie­kuń­cze chro­nią osoby znaj­du­jące się w trud­nej sytu­acji życio­wej, to jed­nak robią to w sen­sie eko­no­micz­nym, a nie w sen­sie budo­wa­nia więzi i rela­cji. Tym­cza­sem gdy docho­dzi do mimo­wol­nej izo­la­cji, ma ona w sobie coś z wygna­nia i wypę­dze­nia. Wystar­czy zapy­tać osoby star­sze, wyrzu­cone poza krąg hiper­war­to­ści siły i piękna, lub ubo­gie, pogo­dzone z koniecz­no­ścią zaspo­ka­ja­nia potrzeb ludzi boga­tych, wysoko cenio­nych, ale czę­sto masku­ją­cych swoje wewnętrzne ubó­stwo. Potrze­bu­jemy towa­rzy­stwa i dzie­le­nia się życiem, ponie­waż nasze doświad­cze­nie nabiera zna­cze­nia przede wszyst­kim wtedy, gdy się nim dzie­limy. To wspólne spoj­rze­nie i wspólne słu­cha­nie nadaje mu kolor i blask. Rela­cja nawią­zana mię­dzy dwoj­giem ludzi, któ­rzy są gotowi zaan­ga­żo­wać się emo­cjo­nal­nie i sek­su­al­nie - bo na tym prze­cież polega zwią­zek - jest czę­ścią tej miłej i poży­tecz­nej struk­tury, która pomaga nam być szczę­śliw­szymi: siłą twór­czą, życio­dajną wię­zią. Zwią­zek dwojga ludzi. Wspólny pro­jekt, spoj­rze­nie w przy­szłość.

Para to dwoje ludzi patrzą­cych w tym samym kie­runku, ze wspól­nymi pro­jek­tami, dziećmi, podró­żami, biz­ne­sem, zain­te­re­so­wa­niami, per­spek­ty­wami itp., a zatem pod wie­loma wzglę­dami filar, na któ­rym się wspie­ramy w trud­nych chwi­lach, który sta­nowi nasz punkt odnie­sie­nia i daje nam poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Filar, któ­rym się inspi­ru­jemy i który dodaje nam otu­chy.

Ist­nieją związki hete­ro­sek­su­alne i homo­sek­su­alne. Pary, które miesz­kają razem, i takie, które decy­dują się na miesz­ka­nie osobno. Ist­nieją różne formy wspól­nego życia i współ­ży­cia opar­tego na miło­ści, miej­sca, w któ­rych miesz­kają razem nawet trzy lub wię­cej osób. Jakiś czas temu pozna­łem dwie pary z wie­lo­let­nim sta­żem: kobiety pozo­sta­wały w związku, o któ­rym wie­dzieli i który akcep­to­wali obaj mężo­wie, cała czwórka była więc szczę­śliwa. Nie chcę poprzez ten przy­kład powie­dzieć, że taki rodzaj więzi jest powszechny, ale tym ludziom to poma­gało czuć się dobrze. A prze­cież o to w tym wszyst­kim cho­dzi.

Każdy czło­wiek poszu­kuje swo­jej prze­strzeni uczu­cio­wej naj­le­piej, jak potrafi. Spró­bujmy zatem posze­rzyć hory­zonty: zazwy­czaj sku­piam się w swo­ich roz­wa­ża­niach na związ­kach tra­dy­cyj­nych, choć zdaję sobie sprawę, że obec­nie coraz szer­szy jest wachlarz rela­cji emo­cjo­nal­nych, funk­cjo­nu­ją­cych w zgo­dzie z wewnętrz­nymi potrze­bami danych osób, a nie spo­łecz­nymi ocze­ki­wa­niami. Nie spo­sób na przy­kład kwe­stio­no­wać ist­nie­nia mono­ga­mii suk­ce­syw­nej. Obec­nie nie mówi się o kawa­le­rach i pan­nach, a o sin­glach, a wybór takiej ścieżki życio­wej postrze­gany jest jako kolejna, ważna moż­li­wość. Nie­za­leż­nie od wybra­nej opcji życie staje się rado­sne i eks­cy­tu­jące, gdy dzia­łamy w obrę­bie gęstej sieci rela­cji, jako para lub w wybra­nym przez sie­bie towa­rzy­stwie.

Tań­czymy razem... Jak więc przed­sta­wić ten taniec dwojga? W niniej­szej publi­ka­cji zamie­rzam zapro­po­no­wać kilka sku­tecz­nych roz­wią­zań doty­czą­cych pro­ble­mów w miło­ści i komu­ni­ka­cji, przed­sta­wia­jąc takie uni­wer­salne tematy, jak różne rodzaje miło­ści, zna­cze­nie współ­czu­cia i prze­mocy, obec­ność duchów z prze­szło­ści, brak rów­no­wagi w miło­ści, utrata dziecka, znę­ca­nie się, nie­wier­ność oraz ener­gia śmierci i życia. Omó­wię je, bazu­jąc na przy­pad­kach z pracy tera­peu­tycz­nej pro­wa­dzo­nej w ramach róż­nych warsz­ta­tów kon­ste­la­cji rodzin­nych. Celem jest usta­no­wie­nie wytycz­nych i ście­żek, które pomogą zro­zu­mieć, a nawet dosto­so­wać lub napra­wić nie­za­do­wa­la­jące, nie­uczciwe lub nie­ko­rzystne wzorce rela­cyjne. Chcę rów­nież uchwy­cić istotę tego tańca, wydo­być ją i podzie­lić się jej sma­kiem z tymi, któ­rzy pra­gną delek­to­wać się nią w sku­pie­niu i z uwagą.

Z tego względu jest to książka o cha­rak­te­rze bar­dziej prak­tycz­nym niż poprzed­nia. Jej celem jest zilu­stro­wa­nie, jak bar­dzo to, co dzieje się w naszym sercu, jest decy­du­jące - pro­wa­dzi nas do głęb­szego zro­zu­mie­nia jego ruchów, tak aby miały one dobry wpływ na nasze rela­cje mał­żeń­skie, rela­cje z dziećmi, rodzi­cami i człon­kami rodziny w ogóle. Natu­ral­nie sku­pię się na pró­bie wyja­śnie­nia dyna­miki rela­cji i tań­ców, które czę­sto się powta­rzają, na dobre i na złe, cho­ciaż ostrze­gam, że próba prze­la­nia na papier wszyst­kich niu­an­sów, sub­tel­no­ści i emo­cjo­nal­nej atmos­fery kon­ste­la­cji rodzin­nej lub sesji tera­peu­tycz­nej z pew­no­ścią się nie powie­dzie. Słowa łago­dzą wyso­kie napię­cie, są prze­ja­wem nie­zwy­kłej deli­kat­no­ści i czło­wie­czeń­stwa, a także mają poten­cjał odmie­nia­nia ludzi.

Osią­gnię­cie głęb­szego poro­zu­mie­nia w związku jest praw­dziwą szkołą życia, która pozwoli nam zyskać lep­szy wgląd w sie­bie i, być może, uzdro­wić wszel­kiego rodzaju nad­we­rę­żone więzi. Zada­niem tej książki jest rów­nież pomóc nam myśleć i rozu­mieć, ale przede wszyst­kim pra­co­wać nad sobą i roz­wi­jać zdol­ność do miło­ści, prawdy, pokoju i wol­no­ści. Krótko mówiąc, cho­dzi o to, by iść naprzód, nie pozo­sta­wia­jąc za sobą nie­do­koń­czo­nych spraw, co jest główną ideą tera­pii Gestalt. Jak mówi pio­senka Rozalén o tym samym tytule: "Wie­dzieć i czuć, że nie mam nie­do­koń­czo­nych spraw". I tań­czyć razem, ponie­waż zwią­zek pary jest tań­cem i warto go dobrze opi­sać, kocha­jąc bez koniecz­no­ści zata­ja­nia cze­go­kol­wiek. Kochać i być kocha­nym, a tym samym móc bło­go­sła­wić życie, zbli­ża­jące się do zachodu słońca, jak mówi wiersz Amado Nervo:

Kocha­łem, byłem kochany, słońce pie­ściło moją twarz.

Życie, nie jesteś mi nic winne! Życie, mię­dzy nami panuje pokój!

To, co widoczne i niewidoczne

W mał­żeń­stwie i ogól­nie w związ­kach dostrze­gamy to, co widzialne: komu­ni­ka­cję, gesty, słowa szczere lub puste, oschłe lub pełne czu­ło­ści, opi­su­jące lub oce­nia­jące, to, co wer­balne i niewer­balne, tekst i kon­tekst, to, co jest i jak jest, przy­tu­le­nia i ich brak, chłód i cie­pło, bli­skość i fizyczny dystans, uśmie­chy szczere i fał­szywe, gesty rado­sne i pełne napię­cia, mil­cze­nie pełne łagod­no­ści lub gniewu czy też mil­cze­nie świad­czące o obo­jęt­no­ści... które, jak ciche by nie były, para­dok­sal­nie pozo­stają formą eks­pre­sji.

Cza­sem czu­jemy się zagu­bieni, bo to, co sły­szymy, na przy­kład "kocham cię", nie pasuje do spo­sobu, w jaki jest wypo­wia­dane - jak wtedy, gdy sło­wom towa­rzy­szy lek­ce­wa­żący wyraz twa­rzy. To, co widzialne, może być bar­dzo nie­spójne, powo­du­jąc nie­unik­nione cier­pie­nie poszcze­gól­nych osób, par i rodzin. Dzieje się tak, ponie­waż pod powierzch­nią tego, co widzialne, znaj­duje się ukryty świat, który jest zasi­lany przez emo­cje zako­twi­czone w prze­szło­ści: góry lodowe pożą­da­nia lub zako­pa­nej wście­kło­ści i cier­pie­nia, magmy dzie­cię­cych miło­ści i namięt­no­ści oraz traumy rodzinne i uwa­run­ko­wa­nia, które choć należą do prze­szło­ści, wciąż bul­go­czą i napę­dzają formę, w jakiej się komu­ni­ku­jemy i odno­simy do innych ludzi.

Celem niniej­szej publi­ka­cji jest poka­za­nie dyna­miki leżą­cej u pod­staw związku, tej mniej świa­do­mej, która pomaga nam zro­zu­mieć to, co dzieje się na powierzchni i pomię­dzy part­ne­rami: jak odno­szą się do sie­bie, co muszą zro­zu­mieć i uwol­nić, jakie więzi nimi kie­rują, jak i dla­czego udaje im się być razem, jak prze­zwy­cię­żają pro­blemy i co się do tego przy­czy­nia.

Jed­nym z pod­sta­wo­wych zało­żeń jest to, że w związku nie ma dobrych i złych osób, ale każda z nich ponosi część odpo­wie­dzial­no­ści za dobre lub złe funk­cjo­no­wa­nie pary. Nie mamy tu do czy­nie­nia z linio­wym, lecz cyr­ku­lar­nym rozu­mie­niem rela­cji mię­dzy­ludz­kich. Innymi słowy, nie cho­dzi o to, że ty jesteś ofiarą, a ja agre­so­rem lub odwrot­nie, ale o to, że pozo­sta­jemy w rela­cyj­nym tańcu, w któ­rym te dwie postawy wza­jem­nie na sie­bie wpły­wają i się nawza­jem kształ­tują: przecho­dzimy od poczu­cia bycia ofiarą do bycia agre­so­rem lub do chęci odmie­nie­nia swo­jego losu albo ura­to­wa­nia sie­bie, co akty­wuje nasz strach, który z kolei pro­wa­dzi nas z powro­tem do bycia ofiarą; w ten spo­sób cały pro­ces utrwala się jako nie­koń­cząca się spi­rala dys­kom­fortu. Na prze­ciw­nym bie­gu­nie znaj­dują się tańce pozy­tywne, pełne uzna­nia i życz­li­wo­ści: uśmie­cham się do cie­bie i doce­niam cię, a jeśli naprawdę chcę z tobą być, akcep­tuję cię takim, jakim jesteś, i nie pod­daję cię cią­głemu osą­dowi, co wyzwala w tobie więk­szą czu­łość wobec mnie, a to z kolei wzmac­nia moje pra­gnie­nie, by się do cie­bie uśmie­chać i mieć cię bli­sko sie­bie.

Zro­zu­mie­nie zasady cyr­ku­lar­no­ści w rela­cjach spra­wia, że myślimy mniej w kate­go­riach tego, kim jestem, a bar­dziej w kate­go­riach tego, co wyzwa­lam w innych i co inni wyzwa­lają we mnie, kształ­tu­jąc w ten spo­sób tańce rela­cji, w któ­rych żyjemy. Jeste­śmy isto­tami rela­cyj­nymi i zmie­niamy się w zależ­no­ści od oko­licz­no­ści. Ina­czej funk­cjo­nu­jemy na przy­kład w pracy, a ina­czej w rela­cjach z przy­ja­ciółmi czy rodziną. Kla­sycz­nym przy­kładem jest zacho­wa­nie ule­głe w pracy i sta­now­cze w kon­tak­tach z dziećmi lub na odwrót: dyk­ta­tor­skie w fir­mie i łagodne w rodzi­nie. To my akty­wu­jemy i gene­ru­jemy reak­cje u innych. Akcep­ta­cja tego faktu pozwala nam zyskać więk­szą odpo­wie­dzial­ność i zwięk­szyć zdol­ność do udzie­la­nia wła­snych odpo­wie­dzi oraz zarzą­dza­nia rze­czy­wi­sto­ścią. Jak mówią nie­któ­rzy bada­cze komu­ni­ka­cji, ważna jest nie tylko wia­do­mość, którą wysy­łamy, nawet nie inten­cja, która nią kie­ruje, nie nasz zamiar, ale efekt, jaki osta­tecz­nie wywiera ona na odbiorcę. Jeśli zamie­rzam cię uszczę­śli­wić, ale udaje mi się cię zde­ner­wo­wać, jest to wynik mojej komu­ni­ka­cji i ważne jest, byśmy wspól­nie zro­zu­mieli, w jaki spo­sób do niego doszli­śmy i jaki był wkład każ­dego z nas w tym zakre­sie. Ozna­cza to konieczny roz­wój oso­bi­stej odpo­wie­dzialności, bez osą­dza­nia i obwi­nia­nia, ale poprzez świa­domą i uczciwą obser­wa­cję.

Nie mniej ważne jest stwo­rze­nie dogod­nych warun­ków do two­rze­nia wspól­nych ukła­dów, które przy­no­szą nam dobre samo­po­czu­cie, radość i satys­fak­cję. Musimy zro­zu­mieć, że wkład, jaki każdy z nas może wnieść w budo­wa­nie rela­cji - czyli pro­po­zy­cje, które wno­simy, i spo­sób, w jaki sta­ramy się urze­czy­wist­nić nasze ulu­bione sce­na­riu­sze rela­cyjne - ma wiele wspól­nego z naszą prze­szło­ścią, histo­rią oso­bi­stą, sce­na­riu­szem życio­wym czy sta­rymi mecha­ni­zmami afek­tyw­nego ucze­nia się i sty­lami przy­wią­za­nia. Nie­zwy­kle pomocna jest też wie­dza o tym, jak funk­cjo­nu­jemy i w jaki spo­sób nasze auto­ma­ty­zmy nas sabo­tują.

Dzięki tera­peu­tycz­nemu języ­kowi kon­ste­la­cji rodzin­nych pewne sche­maty dyna­miki i rela­cji w parach wycho­dzą na świa­tło dzienne, co uła­twia zna­le­zie­nie pomoc­nych sko­ja­rzeń i zro­zu­mie­nia. Miejmy nadzieję, że każdy odnaj­dzie tu narzę­dzia, które będzie mógł zasto­so­wać do wła­snej dyna­miki związku, jej braku lub nie­speł­nio­nego pra­gnie­nia jej posia­da­nia. I to nie tylko w związ­kach par, ale w całym sze­regu oso­bi­stych więzi, które two­rzymy w życiu. Krótko mówiąc, jest to kwe­stia lep­szego zro­zu­mie­nia, w jaki spo­sób kon­stru­ujemy wła­sne zakazy doty­czące miło­ści i jakie są samo­speł­nia­jące się dzie­cięce prze­po­wied­nie, które rzą­dząc naszym życiem bez udziału naszej świa­do­mo­ści, nie­ustan­nie sabo­tują budo­wane przez nas więzi. Od tego momentu będziemy pra­co­wać, aby zmie­nić nasz zwią­zek i uczy­nić go bar­dziej ela­stycz­nym, two­rząc nowe i być może bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jące moż­li­wo­ści, a także bar­dziej kre­atywne wzorce i odważ­niej­sze metody ucze­nia się.

Wie­dza o tych emo­cjo­nal­nych głę­biach, które kie­rują naszym życiem z otchłani prze­szło­ści, pomoże nam, przy odro­bi­nie szczę­ścia, oka­zy­wać więk­szy sza­cu­nek rze­czy­wi­sto­ści innych ludzi, nie zawsze prze­pusz­cza­jąc wszystko przez nasz oso­bi­sty filtr, czyli postrze­gać ich nie­za­leż­nie od naszych uprze­dzeń i map men­tal­nych, aby nasze tańce rela­cyjne były bar­dziej gib­kie, aby nieco lepiej zro­zu­mieć tych, któ­rzy idą obok nas, i roz­wi­jać zasoby, które mie­li­śmy ukryte i które mogą zapew­nić nam dobre samo­po­czu­cie i roz­wój. Następ­nie, znów przy odro­bi­nie szczę­ścia, będziemy wspi­nać się ku więk­szej otwar­to­ści serca, któ­rej doświad­czamy, gdy jeste­śmy w sta­nie kochać to, kim jeste­śmy, i akcep­to­wać rze­czy takimi, jakie są, zamiast trzy­mać się naszych wyobra­żeń o tym, jakie powinny być.

Waż­nym wąt­kiem, który, jak powie­dzia­łem, prze­wija się w tej książce, jest rozu­mie­nie pary jako szkoły życia lub roz­woju, jak zwy­kła mawiać Suzy Stroke, tera­peutka będąca eks­pertką w dzie­dzi­nie związ­ków i pojed­na­nia z rodzi­cami. Dla­tego wła­śnie życie w związku polega na samo­po­zna­niu i pozo­staje jed­nym z naj­lep­szych spo­so­bów na roz­wój i naukę nawią­zy­wa­nia rela­cji, dawa­nia i przyj­mo­wa­nia, wygła­dza­nia szorst­kich kra­wę­dzi i pre­ten­sji ego oraz na bycie bar­dziej szcze­rym i lep­sze pozna­nie sie­bie. Będąc w związku, uczymy się roz­po­zna­wać i sta­wiać czoła naszym cie­niom, aby nie kie­ro­wały nami i uela­stycz­niały nasze ego­istyczne postawy, roz­wi­ja­jąc w nas coraz więk­szą wiel­ko­dusz­ność. W pia­skach miło­ści nastę­puje roz­wój obojga part­ne­rów, jeśli są na to gotowi i otwarci. Zanurzmy się w naszych emo­cjo­nal­nych gro­tach i spró­bujmy rzu­cić tro­chę świa­tła na wewnętrzne ruchy, które nimi rzą­dzą.

Konstelacje rodzinne

Wewnętrzne ruchy rzą­dzące tymi are­nami miło­ści i rela­cji, z ich rodzin­nymi ramami, sta­no­wią sub­telne tery­to­rium, które badamy dzięki tech­nice kon­ste­la­cji rodzin­nych. To narzę­dzie tera­peu­tyczne - oparte na podej­ściu huma­ni­stycz­nym i feno­me­no­lo­gicz­nym, sys­te­mo­wej tera­pii rodzin­nej i tera­pii mię­dzy­po­ko­le­nio­wej - wyja­śnia, w jaki spo­sób życie naszych przod­ków, z ich talen­tami, lękami, trau­mami, prze­ko­na­niami i nadzie­jami, czę­sto wpływa na nasze wła­sne życie. Ma ono rów­nież cha­rak­ter egzy­sten­cjalny, ponie­waż przy­gląda się cią­głej trans­for­ma­cji istoty ludz­kiej wraz z wyda­rze­niami, które ją defi­niują, zapew­nia­jąc ramy do zada­wa­nia pytań na temat ist­nie­nia pozba­wione dogma­ty­zmu.

Kon­ste­la­cje rodzinne (usta­wie­nia rodzinne) zostały stwo­rzone przez Berta Hel­lin­gera, nie­miec­kiego filo­zofa, teo­loga i tera­peutę uro­dzo­nego w 1925 roku, bada­cza dyna­miki gru­po­wej, psy­cho­ana­lizy, ana­lizy trans­ak­cyj­nej, tera­pii Gestalt oraz tera­pii huma­ni­stycz­nych, rodzin­nych i sys­te­mo­wych. Kon­ste­la­cje umoż­li­wiają oso­bie, parze lub rodzi­nie przed­sta­wie­nie tera­peu­cie swo­ich pro­ble­mów, nie­za­leż­nie od tego, jakie one są: emo­cjo­nalne, doty­czące związku, dzieci, rodzi­ców lub rodzeń­stwa, zdro­wia psy­chicz­nego i fizycz­nego, pracy, komu­ni­ka­cji lub oso­bo­wo­ści, tak aby tera­peuta mógł prze­kształ­cić je w zain­sce­ni­zo­waną repre­zen­ta­cję. Pozwala to, w dość krót­kim, ale bar­dzo inten­syw­nym cza­sie, zwi­zu­ali­zo­wać nie­ko­rzystną dyna­mikę, która działa w tym sys­te­mie oso­bi­stym lub rodzin­nym, aby następ­nie spró­bo­wać się nią zająć i ją zmie­nić.

Tech­nika ta jest zazwy­czaj prak­ty­ko­wana w gru­pie: dana osoba zwięźle przed­sta­wia swój pro­blem i oso­bi­ste cele oraz prze­ka­zuje tera­peu­cie infor­ma­cje na temat rodzin­nego drzewa wpły­wów wraz z klu­czo­wymi fak­tami. Następ­nie wybie­rani są przed­sta­wi­ciele osób zaan­ga­żo­wa­nych w daną kwe­stię, zarówno tych z obec­nej rodziny, jak i przod­ków, byłych part­ne­rów, bli­skich i tak dalej. Po wybra­niu przed­sta­wi­cieli są oni usta­wiani na sce­nie tak, aby boha­ter kon­ste­la­cji mógł uze­wnętrz­nić, zwi­zu­ali­zo­wać i wyraź­nie poczuć całą swoją struk­turę rodzinną oraz oso­bi­ste wpływy, powią­za­nia i sieć rela­cji. Jest to bar­dzo gra­ficzny spo­sób wyra­że­nia powią­zań i miej­sca każ­dej osoby w sys­te­mie.

Przed­sta­wi­ciele odzwier­cie­dlają następ­nie, we wła­snej per­cep­cji, emo­cjo­nalne tło sytu­acji wywo­ła­nych przez boha­tera kon­ste­la­cji. W ten spo­sób wyła­nia się czę­sto sub­telna, cza­sem nie­wi­doczna dyna­mika, która powo­duje utrzy­my­wa­nie się pro­ble­mów, a następ­nie powstają alter­na­tywne kon­cep­cje roz­wią­zań, na przy­kład poprzez inte­gra­cję osób wyklu­czo­nych lub naprawę rela­cji mię­dzy­ludz­kich; docho­dzi do wyko­na­nia nie­do­koń­czo­nych ruchów emo­cjo­nal­nych lub wyra­że­nia rytu­al­nych zwro­tów, które porząd­kują, struk­tu­ry­zują i odcią­żają wszyst­kich człon­ków sys­temu. Czę­sto dana osoba doświad­cza poczu­cia wyzwo­le­nia od obcią­żeń i doznań cie­le­snych, uwol­nie­nia się od poczu­cia winy lub odej­ścia od losu, który wyda­wał się nie­unik­niony; inte­gruje traumy, nie­do­koń­czone sprawy z dzie­ciń­stwa lub lepiej rozu­mie swoje miej­sce w sys­te­mie rodzin­nym, ini­cju­jąc pro­ces emo­cjo­nalnej trans­for­ma­cji w związ­kach i zysku­jąc lep­szą orien­ta­cję w dąże­niu do pożą­da­nych celów życio­wych.

W przy­kła­dach, któ­rymi podzielę się na kolej­nych stro­nach, spo­tkamy ludzi - ich imiona i szcze­góły zostały zmie­nione, aby ochro­nić ich pry­wat­ność - któ­rzy powta­rzali lub byli uwi­kłani w nie­szczę­śliwe wzorce doświad­czane przez innych człon­ków rodziny (straty, uza­leż­nie­nia, nie­po­wo­dze­nia, złość, depre­sja, porzu­ce­nie, nie­wier­ność...). Byli to ludzie, któ­rzy pozo­sta­wali wierni pew­nym nie­wi­dzial­nym wzor­com i któ­rzy po pracy nad swoją kon­ste­la­cją poczuli się odno­wieni, a nawet prze­mie­nieni. Prze­czy­tamy o dzie­ciach, które ślepo kochają rodzi­ców i kur­czowo trzy­mają się pew­nej dyna­miki, takiej jak przy­ssa­nie się do śmierci wraz z tymi, któ­rzy nie byli w sta­nie zakoń­czyć żałoby, lub które biorą na sie­bie cudzą winę albo dźwi­gają cię­żary nie­na­le­żące do nich (takie jak bycie nie­wi­dzial­nym part­ne­rem jed­nego z rodzi­ców), a które po zakoń­cze­niu kon­ste­la­cji czują więk­szą goto­wość, by żyć peł­nią życia. Efek­tem kon­ste­la­cji jest czę­sto rodzaj wyzwo­le­nia, ponie­waż docho­dzi do odsło­nię­cia ledwo wyczu­wal­nych wewnętrz­nych prą­dów i osta­tecz­nego zmie­rze­nia się z tym, co nie­roz­wią­zane, w kli­ma­cie inten­syw­nej emo­cjo­nal­no­ści, która działa jak rodzaj obja­wie­nia i kathar­sis. Kon­ste­la­cje dzia­łają na głę­bo­kim pozio­mie, w obrę­bie grupy rodzin­nej i jej zbio­ro­wej duszy; duszy, do któ­rej w jakiś spo­sób nale­żymy i od któ­rej rów­no­wagi zależy nasze oso­bi­ste samo­po­czu­cie.

Można powie­dzieć, że nale­żymy do zbio­ro­wej duszy rodzin­nej, która nas ota­cza i obej­muje, nada­jąc nam toż­sa­mość i zaspo­ka­ja­jąc pra­gnie­nie przy­na­leż­no­ści, będące naj­po­tęż­niej­szym ludz­kim instynk­tem. Jed­no­cze­śnie wiąże nas ona poczu­ciem lojal­no­ści i koniecz­no­ścią poświę­ceń, które mogą i muszą zostać prze­zwy­cię­żone, jeśli orien­ta­cja na życie i szczę­ście ma zatrium­fo­wać nad tym, co sta­nowi jej prze­ci­wień­stwo: śmier­cią i nieszczę­ściem. Podob­nie, choć w innym sen­sie, zna­cze­nie i spo­sób dzia­ła­nia tych nie­oczy­wi­stych sił bar­dzo dobrze wyja­śnił Carl Jung w swo­jej kon­cep­cji nie­świa­do­mo­ści zbio­ro­wej.

W rodzi­nie zda­rzają się wyda­rze­nia, które ranią, osła­biają, zawsty­dzają lub spra­wiają ból, a sys­tem rodzinny cza­sami pró­buje chro­nić się przed nimi mil­cze­niem, spy­cha­jąc je w nie­pa­mięć; nie zda­jemy sobie przy tym sprawy, że mil­cze­nie ma kon­se­kwen­cje i szko­dzi sile i zdro­wiu grupy, a także czę­sto pociąga za sobą kon­se­kwen­cje i ofiary. To, co zra­niło lub znisz­czyło życie rodziny, musi zostać zin­te­gro­wane, aby stra­ciło swoją moc i pozo­stało w prze­szło­ści. Żyjemy nie tylko w naszej indy­wi­du­al­no­ści, ale jeste­śmy powią­zani z sie­ciami - zwłasz­cza z rodziną, choć ist­nieją też inne - które wpły­wają na nas, wręcz nami rzą­dzą, nawet jeśli ich nie rozu­miemy. W tych sie­ciach sama miłość nie zapew­nia dobro­bytu, nie wystar­cza: konieczny jest porzą­dek. To wła­śnie nazy­wamy dobrą miło­ścią. Dobrą miłość można roz­po­znać po tym, że pro­wa­dzi nas do dobro­stanu, do życia, korzy­ści i speł­nie­nia. Dobra miłość zakłada, że emo­cjo­nal­nie sza­nu­jemy i akcep­tu­jemy prze­szłość oraz dary i rany naszych przod­ków, zamiast anga­żo­wać się w nie, powta­rzać lub poprzez nasze nie­szczę­ście oka­zy­wać im nie­zro­zu­miałą wier­ność. W ten spo­sób dobra miłość spra­wia, że idziemy w życiu nieco dalej, zarówno pod wzglę­dem dobrego samo­po­czu­cia, jak i szczę­ścia.

Wyraź­nym celem kon­ste­la­cji rodzin­nych jest zatem upo­rząd­ko­wa­nie miło­ści, ukształ­to­wa­nie jej w dobrą geo­me­trię rela­cji mię­dzy­ludz­kich, która obej­muje wszyst­kich bez wyjątku, jed­na­kowo god­nych sza­cunku i uwagi, gdzie każdy zaj­muje należne mu miej­sce i trosz­czy się o sie­bie nawza­jem, aby mogli roz­wi­jać się, zamiast cier­pieć. Taka jest dobra miłość, do któ­rej zachęca się w kon­ste­la­cjach rodzin­nych.

Zanim przejdę do opisu kon­kret­nych przy­pad­ków, które posłużą mi za przy­kłady, chciał­bym podzie­lić się tym, co nazwa­łem dwu­na­stoma klu­czami pozwa­la­ją­cymi ludziom przejść od miło­ści w daw­nym rozu­mie­niu tego słowa do dobrej miło­ści w związku.

Dwanaście kluczy, które definiują współczesne związki 1. Bez ciebie nie mógłbym żyć / Bez ciebie poradziłbym sobie równie dobrze

Jeste­śmy dwoj­giem doro­słych, sto­ją­cych na wła­snych nogach, a nie dwoj­giem dzieci szu­ka­ją­cych rodzi­ców. Bez cie­bie też mógł­bym sobie pora­dzić, ale w głębi serca cie­szę się, że jestem z tobą i że jeste­śmy razem.

2. Kocham cię dla ciebie / Kocham cię dla siebie... tak naprawdę, wbrew tobie

Ogrom­nym darem jest umie­jęt­ność kocha­nia cieni dru­giej osoby, jej ego i trud­no­ści oraz odczu­wa­nie współ­czu­cia, ponie­waż ozna­cza to zdol­ność do zro­zu­mie­nia i sza­no­wa­nia part­nera w tym, co dla niego naj­trud­niej­sze. Życie w parze daje szansę na roz­wój, w któ­rym szorst­kie kra­wę­dzie ego są wygła­dzane, ponie­waż wza­jemna miłość jest w sta­nie je znieść.

3. Uszczęśliw mnie / Czuję spontaniczne pragnienie, abyś był szczęśliwy

Celem związku nie jest zapew­nie­nie nam szczę­ścia, ale jeśli potra­fimy połą­czyć wszyst­kie wymiary współ­ist­nie­nia w parze, doświad­czamy cze­goś bli­skiego bło­go­ści. Czu­jemy, że gdzieś przy­na­le­żymy, że stwo­rzy­li­śmy intym­ność, więź i że budu­jemy ścieżki życia.

4. Chcę mieć partnera / Lepiej przygotuję się do bycia partnerem

Prze­rost "ja" i indy­wi­du­ali­zmu nad "my" daje part­ne­rom nie­sa­mo­wite poczu­cie wol­no­ści, lecz rów­no­cze­śnie naraża na więk­szą samot­ność i nie­pew­ność. Wszystko to jed­no­cze­śnie. Jeśli chcesz mieć part­nera, popra­cuj nad sobą, aby zna­leźć wła­sny spo­sób bycia part­ne­rem, a reszta przyj­dzie sama.

5. Daję ci wszystko / Daj mi to, co pozwoli mi być na równi z tobą

Part­ner­stwo jest rela­cją rów­no­ści, w któ­rej należy dążyć do wymiany opar­tej na rów­no­wa­dze i spra­wie­dli­wo­ści, aby zacho­wać pary­tet rangi. Jeśli dajemy za dużo, możemy wywo­łać poczu­cie zadłu­że­nia i osła­bić pozy­cję dru­giej osoby. Lepiej dawać to, co druga osoba może w jakiś spo­sób oddać, ponie­waż przy rów­nej i owoc­nej wymia­nie rośnie szczę­ście.

6. Daj mi wszystko / Daj mi to, co masz i czym jesteś, a ja mogę to zrekompensować, aby zachować godność

Kiedy jedna osoba w związku domaga się wszyst­kiego od part­nera, wów­czas rodzą się dwa podej­rze­nia: pierw­sze, że jest ona dziec­kiem, a dru­gie, że z pew­no­ścią nie przyj­mie i nie doceni tego, co jest jej dane, ponie­waż poczu­cie nie­za­do­wo­le­nia jest w niej głę­boko zako­rze­nione. Taka osoba karmi swoje nie­za­do­wo­le­nie kolej­nymi ocze­ki­wa­niami, które nawet jeśli zostaną speł­nione, nie dadzą jej satys­fak­cji. Zde­cy­do­wa­nie korzyst­niej­sza jest wymiana pozy­tywna i satys­fak­cjo­nu­jąca niż nega­tywna i krzyw­dząca.

7. Niech będzie intensywnie i emocjonalnie / Niech będzie łatwo

Nie­które związki funk­cjo­nują płyn­nie i łatwo, nie skrzy­pią. Są wyni­kiem spo­tka­nia dwóch natur, które har­mo­ni­zują bez więk­szych roz­bież­no­ści. W innych przy­pad­kach wszystko jest trudne pomimo miło­ści. Kiedy zwią­zek jest inten­sywny i emo­cjo­nalny, czę­sto wysysa ener­gię. W rze­czy­wi­sto­ści wiel­kie emo­cjo­nalne zawi­ro­wa­nia i psy­cho­lo­giczne gierki, które męczą i ruj­nują zwią­zek, wiążą się z remi­ni­scen­cjami ran z dzie­ciń­stwa i sta­rymi, nie­speł­nio­nymi tęsk­no­tami.

8. Walczę o władzę / Współpracujemy

Trwa­jące setki lat zma­ga­nia mię­dzy męż­czy­znami i kobie­tami pro­wa­dzą do cier­pie­nia i wyma­gają pojed­na­nia. To wspa­niałe, gdy w związku oboje odczu­wają praw­dzi­wie, z głębi serca, że nie ma ludzi lep­szych i gor­szych i że kro­czą przez życie razem, jak równy z rów­nym. Żadne nie patrzy na to dru­gie z góry, nie gar­dzi ani nie wielbi, żadne nie wysuwa się do przodu ani nie pozo­staje z tyłu. Współ­pra­cują. Są towa­rzy­szami, przy­ja­ciółmi, braćmi, kochan­kami i part­ne­rami. W takim przy­padku jeden plus jeden to wię­cej niż dwa. W głębi duszy kobiety czę­sto czują się lep­sze od męż­czyzn - według moich sta­ty­styk - ale te mądrzej­sze dbają o to, by ich part­ne­rzy tego nie zauwa­żyli.

9. Ja myślę, ty czujesz, a w trudnych chwilach każdy radzi sobie sam / Śmiejemy się i płaczemy razem i razem otwieramy się na radość i ból

W życiu pary napo­ty­kają pro­blemy, które spra­wiają im ból: brak potom­stwa, poro­nie­nie, śmierć lub cho­roba bli­skich osób, kło­poty finan­sowe i egzy­sten­cjalne... Są to kwe­stie, które testują zdol­ność pary do prze­trwa­nia i które albo ją wzmac­niają, albo nisz­czą, pozo­sta­wia­jąc urazy i two­rząc kilo­me­try dystansu.

10. Niech trwa zawsze / Niech trwa tyle, ile może

Zaan­ga­żo­wa­nie się w miłość w parze ozna­cza rów­nież nara­że­nie się na ból zwią­zany z moż­li­wym koń­cem rela­cji. W dzi­siej­szych cza­sach mówimy o mono­ga­mii sekwen­cyj­nej, tj. sta­ty­stycz­nie możemy spo­dzie­wać się od trojga do czworga part­ne­rów w ciągu naszego życia, co wiąże się ze stre­sem i zło­żo­nymi sytu­acjami emo­cjo­nal­nymi. Kiedy nie ma umowy insty­tu­cjo­nal­nej, mamy moż­li­wość two­rze­nia part­ner­stwa każ­dego dnia na swój wła­sny spo­sób oraz życia tak, jak potra­fimy. Jeśli przy­cho­dzi koniec związku, uczymy się języka bólu, lek­ko­ści i dystansu, a następ­nie wra­camy na ścieżkę miło­ści i życia.

11. Najpierw rodzice lub dzieci, a potem ty / Najpierw my, a potem rodzina, z której pochodzimy, oraz nasze wspólne dzieci

Dobrze jest wie­dzieć, że miłość naj­le­piej roz­wija się w upo­rząd­ko­wa­nym świe­cie rela­cji: że rodzice są rodzi­cami, a dzieci dziećmi, że obecny zwią­zek (który może obej­mo­wać dzieci z poprzed­nich związ­ków) ma pierw­szeń­stwo przed poprzed­nimi lub rodzi­nami pocho­dze­nia. Dla nie­któ­rych osób wspólne dzieci są waż­niej­sze niż sam zwią­zek, co pro­wa­dzi do dys­kom­fortu dla wszyst­kich. Sza­cu­nek do prze­szło­ści pomaga budo­wać dobrą teraź­niej­szość i przy­szłość. Jed­no­cze­śnie póź­niej­szy part­ner powi­nien wie­dzieć, że ma więk­sze szanse na zna­le­zie­nie się w dobrym miej­scu, jeśli zakłada, że dzieci part­nera były pierw­sze, i usza­nuje ich prio­ry­tet.

12. Znam cię / Każdego dnia widzę cię i poznaję na nowo

Ludzie w nie­któ­rych parach nie odno­szą się do osoby, która jest obok nich, ale do wewnętrz­nych wyobra­żeń, które sobie z bie­giem czasu wykształ­ciły na jej temat. Żyją prze­szło­ścią i zapo­mi­nają o codzien­nej aktu­ali­za­cji. Aby tego unik­nąć, pomocne jest otwar­cie swo­jej per­cep­cji na każdą nową chwilę i nie­bra­nie dru­giej osoby za pew­nik. Kiedy codzien­nie pozna­jemy ją i odkry­wamy na nowo, także my sami sta­jemy się kimś nowym i mło­dym.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki