p

W kontakcie. Jak ułożyć relacje ze zmarłymi, by żyć lepiej - Jagna Kaczanowska

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (31,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Umarli i ode­szli. Osta­tecz­nie i nie­odwo­łal­nie. My jeste­śmy tu, a oni tam. Oddzie­leni zasłoną, przez którą nic nie widać; opa­dła i odcięła ich - ludzi, któ­rych kocha­li­śmy. Ludzi, któ­rych nie­na­wi­dzi­li­śmy. Albo jedno i dru­gie

A może... wcale ich nie ma?

"Ten, kto żyje w pamięci swo­ich bli­skich, nie umarł, pozo­staje tylko odda­lony; mar­twy jest jedy­nie ten, kto został zapo­mniany", uwa­żał Imma­nuel Kant. Nie miał racji.

Pod­czas pracy nad tą książką doszłam do wnio­sku, że okre­śle­nia "mar­twy" i "żywy" nie są tak zero-jedyn­kowe, jak mi się wcze­śniej wyda­wało. Muszę stwier­dzić, że światy żywych i umar­łych się prze­ni­kają. Na roz­ma­ite spo­soby. Gdy dzie­dzi­czymy i śnimy traumę sprzed dzie­się­cio­leci, gdy powie­lamy los członka rodziny sprzed kil­ku­set lat, bliź­nia­czo podobny. Gdy pró­bu­jemy w życiu i śmierci waż­nych dla nas ludzi zna­leźć sens i cel. Gdy nam się śnią, gdy ich widu­jemy, sami nie mogąc w to uwie­rzyć, wiele lat po ich śmierci. Gdy czu­jemy, cza­sem codzien­nie, ich obec­ność.

Tak, duchy ist­nieją. Nie mam poję­cia, czy ist­nieją "naprawdę", to zna­czy czy są w sta­nie zoba­czyć je postronni świad­ko­wie. A może są jedy­nie pro­jek­cją umy­słów osób, któ­rym pra­gną się uka­zać i które chcą je zoba­czyć? Oni wszy­scy tam są - ludzie, zwie­rzęta - nie­mal na wycią­gnię­cie ręki.

Sama nie doświad­czy­łam wielu takich "nad­przy­ro­dzo­nych" spo­tkań. Ale roz­ma­wia­łam z kil­ku­dzie­się­cioma oso­bami, które coś takiego prze­żyły i nie mają naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że nie były to halu­cy­na­cje. Jak zresztą halu­cy­na­cjami wytłu­ma­czyć prze­ka­za­nie z zaświa­tów infor­ma­cji, które żywym były nie­zbędne do prze­trwa­nia w cza­sie wojny albo pomo­gły wykryć na wcze­snym eta­pie groźną cho­robę? Nie da się. Jak wyja­śnić psu­jące się sprzęty czy miga­jące świa­tło tuż po czy­jejś śmierci albo w jej rocz­nicę?

Wie­lo­krot­nie, słu­cha­jąc zna­jo­mych i zna­jo­mych zna­jo­mych - wiele histo­rii pozna­łam dzięki ogło­sze­niu umiesz­czo­nemu na Face­bo­oku - prze­cie­ra­łam oczy ze zdu­mie­nia. Z wykształ­ce­nia jestem psy­cho­lożką i opie­ram się tu nie tylko na aneg­do­tach, czyli opo­wie­ściach ludzi, ale też na twar­dych danych, bada­niach nauko­wych. To nie jest książka ezo­te­ryczna. To książka psy­cho­lo­giczna o kon­tak­tach, które zmarli utrzy­mują z żyją­cymi.

Wszyst­kie przed­sta­wione tu histo­rie są praw­dziwe, zmie­ni­łam jed­nak imiona osób, które się nimi ze mną podzie­liły, oraz nie­kiedy szcze­góły z ich życia umoż­li­wia­jące iden­ty­fi­ka­cję. Ludzie pisali do mnie w wia­do­mo­ściach pry­wat­nych, dzwo­nili i pra­wie wszy­scy zastrze­gali: "Tylko wiesz, ano­ni­mowo. Nie chcę wyjść na takiego, co to wie­rzy w duchy!".

Ja już w nie wie­rzę.

1

Odwiedź mnie we śnie

Dlaczego śnimy o zmarłych i jak te sny wpływają na nasze życie

Bar­dzo bała się tej ope­ra­cji. Ojciec Ewy (42 lata) też cho­ro­wał na serce - był ope­ro­wany w wieku 44 lat, zmarł na stole. Ewa była wtedy nasto­latką. Bar­dzo to prze­żyła. Gdy więc już jako doro­sła kobieta dowie­działa się, że ma wadę serca, nie­do­my­kal­ność zastawki mitral­nej, odwle­kała decy­zję o ope­ra­cji naj­dłu­żej jak mogła. Gdy wyzna­czono już ter­min, Ewa zaczęła doświad­czać ata­ków paniki - dwa były tak gwał­towne, że jej mąż musiał wezwać pogo­to­wie, bo bał się, że Ewa ma zawał. I wtedy przy­śnił się jej ojciec.

"To wyda­rzyło się tuż po dru­gim ataku, wró­ci­łam wie­czo­rem do domu po bada­niach. Zasnę­łam bar­dzo szybko, pew­nie za sprawą leków prze­ciw­lę­ko­wych. We śnie jecha­łam z tatą samo­cho­dem; wra­ca­li­śmy z gór naszą trasą do domu w Kra­ko­wie. W pew­nym momen­cie szosa bie­gnie ostro w dół, a potem skręca na most na rzece. Wła­śnie tą drogą zjeż­dża­li­śmy w moim śnie, bar­dzo szybko. Tata wyda­wał się tym jed­nak zupeł­nie nie przej­mo­wać, a i ja byłam nad wyraz spo­kojna. Mimo to powie­dzia­łam do niego: Boję się. Spoj­rzał na mnie, uśmiech­nął się i odpo­wie­dział: Wiem, ale nie ma czego. Wtedy się zorien­to­wa­łam, że tata nie zamie­rza skrę­cić na most, samo­chód pruł z zawrotną pręd­ko­ścią wprost na barierki, do rzeki. Spoj­rzałam na niego, a on tylko rzu­cił z uśmie­chem: Jesz­cze nie czas. Wtedy otwo­rzyły się drzwi od strony pasa­żera i tata lek­kim ruchem wypchnął mnie z auta. Byłam jak piórko, uniósł mnie podmuch powie­trza i opa­dłam łagod­nie na trawę przy szo­sie. Obok mnie prze­jeż­dżały samo­chody: jak to, czemu nie stają, był wypa­dek! Pod­nio­słam się i pod­bie­głam do barie­rek mostu. Spoj­rzałam w dół na rzekę. Żad­nego samo­chodu tam nie było", opo­wiada swój sen Ewa.

W tym momen­cie się obu­dziła. Prze­peł­niały ją uczu­cia: ulgi, jakby zrzu­ciła z ramion ogromny cię­żar, ale i spo­koju, nadziei. Czuła się rado­śnie, lekko, pokrze­piona na duchu. "Ani przez moment nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że to nie była fan­ta­zja: mój ojciec naprawdę był ze mną w tym śnie. Jestem dok­to­rem bio­lo­gii, w pracy zawo­do­wej opie­ram się na twar­dych danych nauko­wych. Nie wie­rzę w gusła i magię. Ale natych­miast po prze­bu­dze­niu powie­dzia­łam mężowi: Słu­chaj, widzia­łam się z tatą, z tą ope­ra­cją będzie wszystko dobrze! Dopiero reak­cje bli­skich spro­wa­dziły mnie na zie­mię. Mąż tłu­ma­czył mi deli­kat­nie, że jestem w stre­sie, to zupeł­nie zro­zu­miałe, że przy­śnił mi się tata... Nie umiem tego wyja­śnić, ale ten sen był jako­ściowo zupeł­nie inny niż wszyst­kie pozo­stałe. Bar­dzo reali­styczny. Nie­zwy­kle wyraźny. Towa­rzy­szyły mu wra­że­nia zmy­słowe: czu­łam zapach fajki, bo tata palił fajkę i wszyst­kie jego ubra­nia były prze­siąk­nięte dymem. Nie czu­łam tego od lat, ten sen mi to przy­po­mniał. A przede wszyst­kim w tym śnie było tak jak kie­dyś, gdy byłam dziew­czynką, przy tacie: to taka mie­sza­nina zawsty­dze­nia, chęci poka­za­nia się od naj­lep­szej strony, miło­ści, podziwu i ocze­ki­wa­nia na nie­spo­dziankę - tata był nie­sa­mo­wi­tym kawa­la­rzem, czę­sto opo­wia­dał aneg­doty, wkrę­cał mnie i moją sio­strę, a potem razem się z tego śmia­li­śmy. Zapo­mnia­łam, że tak się przy nim kie­dyś czu­łam. Ponad trzy­dzie­ści lat wcze­śniej, gdy jesz­cze żył", mówi Ewa.

Lęk przed ope­ra­cją minął jak ręką odjął. Ewa zgło­siła się do szpi­tala bez żad­nych wąt­pli­wo­ści: była pewna, że ope­ra­cja się uda, a rekon­wa­le­scen­cja prze­bie­gnie pomyśl­nie. I tak się stało.

Sny o zmar­łych są bar­dzo czę­ste. W Pol­sce nie prze­pro­wa­dzano na ten temat badań, ale kilka zro­biono w USA: w 1958 roku stwier­dzono, że 53 pro­cent kobiet i 40 pro­cent męż­czyzn śniło o oso­bie zmar­łej. W naj­now­szym tego typu son­dażu, któ­rego wyniki opu­bli­ko­wano wio­sną 2023 roku, poja­wia się inna liczba: 46 pro­cent Ame­ry­ka­nów doświad­czyło tego typu snów (tzw. visi­ting dre­ams - sny z nawie­dze­niem), czę­ściej są to kobiety i osoby, które nie dystan­sują się do wiary, ale też nie są reli­gijne w tra­dy­cyj­nym tego słowa zna­cze­niu. Jak się oka­zuje, ate­iści i osoby reli­gijne (modlące się czę­sto, uczest­ni­czące w mszach) rza­dziej mają sny, w któ­rych poja­wiają się zmarli. Kelly Bul­ke­ley, psy­cho­log snów, badacz i autor, tłu­ma­czy to w cie­ka­wym arty­kule Who Is More Likely to Dream of the Dead ("Kim są ludzie śniący o zmar­łych") w "Psy­cho­logy Today": "umiar­ko­wani" mają bar­dziej otwarte umy­sły, nie potę­piają prze­żyć mistycz­nych, sto­ją­cych w sprzecz­no­ści ze sta­no­wi­skiem nauko­wym, ale też nie sto­sują się sztywno do reguł, naka­zów i zaka­zów reli­gij­nych; kato­li­cyzm na przy­kład nie zachęca wier­nych do prze­ży­wa­nia we śnie (ani na jawie!) spo­tkań ze zmar­łymi - można się za nich jedy­nie modlić, to komu­ni­ka­cja jed­no­stronna.

Snami o zmar­łych zajął się w roz­dziale dzie­wią­tym swo­jej monu­men­tal­nej pracy Fin­ding Meaning in Dre­ams ("Znaj­do­wa­nie zna­cze­nia w snach") zna­ko­mity psy­cho­log, pro­fe­sor Geo­rge Wil­liam Domhoff. Powo­łuje się na bada­nia psy­cho­lożki Deir­dre Bar­rett z Harvard Medi­cal School. W 1992 roku Bar­rett prze­ana­li­zo­wała 149 dzien­ni­ków snów pro­wa­dzo­nych przez 91 stu­den­tek i 58 stu­den­tów Uni­wer­sy­tetu Karo­liny Pół­noc­nej. Poku­siła się o spo­rzą­dze­nie typo­lo­gii snów o zmar­łych. Wyod­ręb­niła cztery ich rodzaje, nie­które można było przy­po­rząd­ko­wać do wię­cej niż jed­nej kate­go­rii, jed­nak więk­szość była typowa w ramach okre­ślo­nego gatunku.

1. Z powro­tem wśród żywych. Te sny sta­no­wiły 39 pro­cent wszyst­kich visi­ting dre­ams. Naj­czę­ściej poja­wiały się nie­długo po śmierci osoby będą­cej ich boha­te­rem. Zda­niem Bar­rett sta­no­wiły typowy objaw jed­nej z pierw­szych faz żałoby - zaprze­cza­nia. We śnie ani osoba śniąca, ani nikt z jej oto­cze­nia nie zdaje sobie sprawy, że jeden z boha­te­rów snu nie żyje. Osoba zmarła też nie jest tego świa­doma i zacho­wuje się tak jak za życia, mimo że w samym śnie mogą wystę­po­wać sym­bole czy deko­ra­cje typowe dla pogrzebu, cmen­ta­rza, żegna­nia się z umie­ra­ją­cym.

Karo­lina (33 lata) miała taki wła­śnie sen tydzień po pogrze­bie babci, z którą była bar­dzo zwią­zana. "Sta­łam w kuchni miesz­ka­nia babci, przo­dem do okna. Nie sły­sza­łam żad­nego dźwięku, ale nagle poczu­łam, że ktoś jest ze mną w tym pomiesz­cze­niu. Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam bab­cię. Uśmie­chała się do mnie. Była w koron­ko­wej gra­na­to­wej sukience, którą wybra­łam dla niej do trumny. Mia­łam duży kło­pot z wybo­rem ubra­nia. Bab­cia zmarła nagle - udar. Była w świet­nej kon­dy­cji, cho­dziła z kole­żan­kami na spa­cery z kij­kami, dwa razy w tygo­dniu grała w bry­dża. Nosiła kolo­rowe stroje, zawsze była jak egzo­tyczny ptak. Miała w sza­fie jedną ciemną suk­nię - wła­śnie tę, którą zawio­złam do zakładu pogrze­bo­wego. We śnie teatral­nym gestem roz­ło­żyła ręce, jakby chciała powie­dzieć: popatrz, jak ja wyglą­dam! I roze­śmiała się: Karo­linko, prze­cież wiesz, że nie lubię smut­nych kolo­rów. Ech, nic. Pójdę w tej. Kocham cię", wspo­mina Karo­lina.

Sny typu "z powro­tem wśród żywych" bywają bar­dzo emo­cjo­nalne, przy czym poja­wiają się w nich zarówno pozy­tywne uczu­cia, jak i te trudne: złość, smu­tek, a nawet strach. Ojciec opo­wia­dał mi o śnie mojej babci, gdy zdrzem­nęła się po pogrze­bie swo­jego męża, mojego dziadka. Dzia­dek był więź­niem obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, cho­ro­wał na gruź­licę. Zmarł tuż po woj­nie. Jak na tamte czasy był wyso­kim męż­czy­zną i rodzi­nie nie udało się zna­leźć trumny w odpo­wied­nim roz­mia­rze. Pocho­wano go więc w zbyt krót­kiej, z głową lekko prze­krzy­wioną. Po drzemce bab­cia wstała i weszła do pokoju, w któ­rym zgro­ma­dziła się cała rodzina. "Był u mnie Józek! Poka­zał, co mu zro­bi­li­ście, jak go pocho­wa­li­ście!" - i prze­chy­liła głowę, żeby zade­mon­stro­wać, jak wyglą­dał we śnie jej zmarły mąż. Pła­kała. Była bar­dzo zmar­twiona.

2. Mam dla cie­bie radę. Te sny sta­no­wiły 23 pro­cent w bada­niach Bar­rett. Naj­czę­ściej docho­dziło do nich mie­siące, a nawet lata po śmierci danej osoby. Zazwy­czaj były prze­po­jone cie­płymi emo­cjami - naj­czę­ściej zmarła osoba była komuś szcze­gól­nie droga, łączyła go z nią spe­cjalna więź. Dla Lud­miły (47 lat) kimś takim była cio­teczna babka, która ją wycho­wy­wała, gdy jej mama robiła karierę inży­niera i budo­wała mosty w Pol­sce i Euro­pie. "Lusia - tak do niej mówi­łam - przy­śniła mi się w moim pokoju. Było tak, jak­bym się już obu­dziła. Sypial­nia wyglą­dała iden­tycz­nie, żad­nego reali­zmu magicz­nego. Śni­łam, że otwie­ram oczy, już świta. Mój part­ner śpi obok. W nogach naszego łóżka widzę Lusię. Jest ubrana wyj­ściowo - ma gar­sonkę ze zło­tymi guzi­kami i lakie­ro­waną torebkę, była bar­dzo ele­gancką kobietą, pocho­dziła ze wsi i ni­gdy w życiu nie wybra­łaby się z wizytą nie­sto­sow­nie ubrana. W ogóle się nie bałam. Nie mia­łam też poczu­cia, że dzieje się coś dziw­nego, nad­przy­ro­dzo­nego. Nie ucie­szy­łam się jakoś wyjąt­kowo, jak powin­nam się ucie­szyć, widząc naj­uko­chań­szą w moim życiu osobę, która zmarła kil­ka­na­ście lat wcze­śniej i za którą pła­ka­łam i tęsk­ni­łam długo, bar­dzo długo. O, Lusia, powie­dzia­łam, jak­bym się jej spo­dzie­wała. Patrzyła na mnie uważ­nie i z miło­ścią przez chwilę. A potem powie­działa z tro­ską: Miłko, to w tej piersi to nie jest tak, jak ty myślisz. Musisz szu­kać dalej. I się ock­nę­łam", wspo­mina Lud­miła.

Ten sen zmo­ty­wo­wał ją do dal­szych badań. Kilka mie­sięcy wcze­śniej w trak­cie samo­ba­da­nia zna­la­zła w piersi twardą kulkę. Lekarz, który robił usg, powie­dział jej, że to nic nie­po­ko­ją­cego. Lud­miła się ucie­szyła i posta­no­wiła nie wra­cać do tematu przed kolej­nym ruty­no­wym bada­niem za rok. Po śnie z Lusią zro­biła pry­wat­nie rezo­nans magne­tyczny piersi, który wyka­zał zmiany nowo­two­rowe, potwier­dzone potem w biop­sji. Onko­log pogra­tu­lo­wał Lud­mile czuj­no­ści: rak nale­żał do tych naj­bar­dziej agre­syw­nych, ale guzek miał zale­d­wie kilka mili­me­trów. Zda­niem leka­rza prze­zor­ność Lud­miły ura­to­wała jej życie. "Nie, życie ura­to­wała mi Lusia", powie­działa Lud­miła, żegna­jąc się z dok­to­rem, ale nie chciała roz­wi­nąć tematu. Wie, że nie ma racjo­nal­nego wytłu­ma­cze­nia dla takiego snu.

Moja bab­cia, która widocz­nie miała odpo­wied­nią oso­bo­wość do prze­ży­wa­nia visi­ting dre­ams, też miała inte­re­su­jący i nie­wy­tłu­ma­czalny racjo­nal­nie sen. Opo­wia­dał mi o nim tata. Działo się to tuż po woj­nie, bab­cia zabrała dzieci - mojego ojca i jego sio­strę - do Toru­nia w odwie­dziny do ciotki. Chcieli wró­cić do War­szawy wie­czo­rem. Oka­zało się, że nie kur­sują już żadne pociągi; w latach powo­jen­nych ruch na kolei był w dużej mie­rze cha­otyczny i zdez­or­ga­ni­zo­wany. Tata mar­twił się, że czeka ich noc na dworcu. Usie­dli na ławce. Bab­cia zapa­dła w drzemkę. Obu­dziła się, wstała i kazała dzie­ciom się zbie­rać. "Idziemy, widzia­łam matkę, przy­śle po nas samo­chód", wyja­śniła. Dzieci się nie ode­zwały, były prze­stra­szone. Ich bab­cia nie żyła! A samo­chody były wtedy rzad­ko­ścią. Mimo to podrep­tali za mamą. Wyszli przed dwo­rzec i ruszyli wzdłuż głów­nej ulicy. Bab­cia nie oglą­dała się za sie­bie, pew­nym kro­kiem zmie­rzała w stronę War­szawy. Nie uszli kil­ku­set metrów, gdy zaha­mo­wało przy nich auto. "A dokąd pani tak idzie z tymi dzie­cia­kami?", zagaił kie­rowca, opu­ściw­szy szybę. "Do War­szawy", odparła bab­cia. "Pani wsiada. Jadę tam, to was pod­wiozę". I poje­chali. W moim tacie to wspo­mnie­nie zostało na całe życie - zapa­mię­tał to zda­rze­nie miło, poczuł się otu­lony tro­ską i opieką swo­jej mamy i... nie­ży­ją­cej babki.

Jed­nak nie wszyst­kie sny z rodzaju "Mam dla cie­bie radę" są pozy­tywne i cie­płe. Andy Dry­mal­ski, jun­gow­ski psy­cho­log z Nevady spe­cja­li­zu­jący się w tera­pii traumy i żałoby, na swo­jej stro­nie inter­ne­to­wej opi­suje sny pacjen­tów. Jeden opo­wie­dział mu sie­dem­dzie­się­cio­dwu­letni męż­czy­zna, który owdo­wiał kilka lat wcze­śniej. "Starla przy­szła do mnie ostat­niej nocy. Rany, była wście­kła. Wrzesz­czała, że jestem dup­kiem, kazała mi prze­stać pić i wałę­sać się bez sensu, wziąć się do kupy. Powie­działa, że jest jesz­cze masę rze­czy, które muszę zro­bić, zanim umrę", opo­wia­dał męż­czy­zna tera­peu­cie.

3. Poże­gna­nia. Te sny sta­no­wią 29 pro­cent wszyst­kich visi­ting dre­ams. Osoba zmarła wyja­śnia w nich oko­licz­no­ści swo­jej śmierci, żegna się albo mówi, że wszystko u niej w porządku, uspo­kaja śpią­cego, żeby się nie mar­twił.

O takim doświad­cze­niu opo­wiada Tomasz (52 lata). "Mój brat zgi­nął tra­gicz­nie w wypadku samo­cho­do­wym. Drę­czy­łem się, że mogłem temu zapo­biec. Tego dnia mie­li­śmy się spo­tkać i poje­chać razem na grób mamy, posprzą­tać przed świę­tami. Banalna rzecz - wypa­dła mi plomba. Zadzwo­ni­łem do Andrzeja i popro­si­łem, żeby poje­chał sam. Brat powie­dział, że prze­cież się nie pali, zapro­po­no­wał, żeby­śmy odwie­dzili grób mamy następ­nego dnia. Zgo­dzi­łem się. Andrzej posta­no­wił wyko­rzy­stać wolny czas i poje­chać na basen. Jego auto wpa­dło w poślizg i zawi­nęło się wokół latarni. Tygo­dniami się zasta­na­wia­łem, co by było, gdyby. Czy mój brat by żył? Nie umia­łem sobie z tym pora­dzić. Nie poma­gały leki, alko­hol, nawet tera­pia nie przy­no­siła mi ulgi. Kilka mie­sięcy po pogrze­bie Andrzej mi się przy­śnił. Byli­śmy w Kar­wicy, nad Jezio­rem Nidz­kim, jeź­dzi­li­śmy tam co roku na waka­cje jako dzie­ciaki. Kocha­li­śmy to miej­sce. W moim śnie szli­śmy od strony przy­stani na plażę. Mia­łem świa­do­mość, że Andrzej nie żyje i że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Zatrzy­ma­li­śmy się nad wodą. Mil­cza­łem. On powie­dział: Nie mogę patrzeć, jak się zamar­twiasz, Tomku. Wszystko jest w porządku. To nie była twoja wina. Tak musiało się stać. Jest mi tu bar­dzo dobrze, więc nie przej­muj się mną. Powiedz Aga­cie i dzie­cia­kom, że ich kocham. I cie­bie też", opo­wiada Tomasz. Nie­czę­sto dzieli się wspo­mnie­niem tego snu - doko­nał apo­sta­zji, dekla­ruje się jako nie­wie­rzący. A jed­nak ten sen przy­niósł mu wielką nadzieję i wytchnie­nie. Twier­dzi, że od tam­tej pory nie ma już wąt­pli­wo­ści, że śmierć nie jest koń­cem. Naj­waż­niej­sze jed­nak, że w ciągu jed­nej nocy pozbył się poczu­cia winy, wró­ciła mu chęć życia.

Sny typu "Poże­gna­nia" poja­wiają się dość późno, czę­sto po dwóch pierw­szych rodza­jach snów. Mogą wystą­pić kilka tygo­dni lub całe lata po śmierci danej osoby. Są jed­no­znacz­nie pozy­tywne, wiele wyja­śniają i zdej­mują brze­mię odpo­wie­dzial­no­ści za śmierć lub nasze wła­sne zacho­wa­nia. Jedna ze stu­den­tek, która pro­wa­dziła dzien­nik snów na pole­ce­nie Deir­dre Bar­rett, opi­sy­wała wyrzuty sumie­nia wyni­ka­jące z faktu, że ni­gdy nie odwie­dziła swo­jej babci w hospi­cjum, choć przy­cho­dziła do niej regu­lar­nie do szpi­tala. Tłu­ma­czyła, że sądziła, iż hospi­cjum jest eta­pem przej­ścio­wym i że bab­cia wróci do domu, by tam umrzeć. Tak się jed­nak nie stało. Pew­nego dnia, jakiś czas po śmierci babci, stu­dentka miała sen: dzwo­nił tele­fon. Poszła ode­brać - apa­rat tele­foniczny stał w holu na pię­trze w jej domu. Była noc, ale gdy pod­nio­sła słu­chawkę, cały hol roz­ja­rzył się nie­ziem­skim świa­tłem. "Hej, Sally, tu bab­cia", usły­szała w słu­chawce. Roz­ma­wiały dzie­sięć minut, autorka dzien­nika nie była w sta­nie sobie przy­po­mnieć, na jaki temat. Nagle poczuła, że jest już gotowa, by się poże­gnać. "Okej, babu­niu, trzy­maj się, kocham cię", powie­działa. "I ja cię kocham, pa!", odparła bab­cia. Sally odło­żyła słu­chawkę i w tym momen­cie jasność prze­peł­nia­jąca hol zga­sła. Była noc, Sally wró­ciła do łóżka, w któ­rym obu­dziła się rano, spo­kojna i cał­ko­wi­cie pogo­dzona ze śmier­cią babki.

4. Sny filo­zo­ficzne. Sta­no­wią jedy­nie 18 pro­cent w bada­niach Bar­rett, choć zdają się naj­bar­dziej nie­zwy­kłe. Rzadko są reali­styczne. W ponad poło­wie poja­wia się tele­fon, przez który kon­tak­tuje się z nami zmarła osoba. Naj­czę­ściej takie sny poja­wiają się wiele lat po czy­jejś śmierci - może to być ktoś bli­ski, ale cza­sem jest to daleki zna­jomy lub nawet osoba, któ­rej nie zna­li­śmy oso­bi­ście, ale która sta­no­wiła dla nas auto­ry­tet moralny. We śnie roz­wa­żamy naturę życia i śmierci lub zostaje nam ona uka­zana w nie­zwy­kły spo­sób, naj­czę­ściej pozy­tywny, choć cza­sem też lekko nie­po­ko­jący. Jedna ze stu­den­tek Deir­dre Bar­rett opi­sy­wała sen, w któ­rym zadzwo­niła do niej zmarła matka. Śniąca była świa­doma nie­zwy­kło­ści sytu­acji i tro­chę prze­stra­szona, ale posta­no­wiła nie dać nic po sobie poznać. Zapy­tała matkę lek­kim tonem, jak się ma. "Jestem w ciąży", odparła rado­śnie matka. "Będziesz mieć dziew­czynkę czy chłopca?", zapy­tała stu­dentka, choć sam temat roz­mowy wydał jej się dzi­waczny. "Będę dziew­czynką", oświad­czyła matka. Kobiety poże­gnały się, życząc sobie wszyst­kiego dobrego. Po prze­bu­dze­niu stu­dentka uznała, że sen może dowo­dzić praw­dzi­wo­ści rein­kar­na­cji, w którą zresztą sama wie­rzyła.

Tym, co naj­bar­dziej zaska­ki­wało naukow­ców bada­ją­cych sny o zmar­łych, jest ude­rza­jąca powszech­ność pew­nych cech, i to nie­za­leż­nie od naro­do­wo­ści, wieku czy wyzna­wa­nej reli­gii śnią­cych (bądź nie­wy­zna­wa­nia żad­nej reli­gii). Przede wszyst­kim ich realizm. Czę­sto śni nam się wła­sne miesz­ka­nie albo dom, w któ­rym dora­sta­li­śmy - wiemy, co to za miej­sce, ale w porów­na­niu ze zwy­czaj­nym snem wystę­puje wiele róż­nic. Zazwy­czaj roz­po­zna­jemy prze­strzeń ze snu jako wła­sne miesz­ka­nie tylko dla­tego, że wiemy, że to ono - tak bar­dzo jest dziwne, prze­peł­nione nie­sa­mo­wi­tymi sprzę­tami. Nato­miast miej­sca w visi­ting dre­ams są jak wycięte z foto­gra­fii. Wielu śnią­cych zaska­kują pewne drobne szcze­góły, jak np. figurki sto­jące na kre­den­sie - po prze­bu­dze­niu przy­po­mi­nają sobie, że fak­tycz­nie w miesz­ka­niu babci stały takie figurki, ale gdyby mieli opi­sać je, zanim im się przy­śniły, ni­gdy by nie przy­wo­łali tego obrazu z mro­ków nie­pa­mięci. Podob­nie sam zmarły jest - nomen omen - jak żywy, wraz z pew­nymi cechami cha­rak­te­ry­stycz­nymi, o któ­rych śniący zdą­żył już zapo­mnieć. Nie­rzad­kie są też dozna­nia zmy­słowe: zapach (aro­mat fajki, który poja­wił się we śnie o ojcu cze­ka­ją­cej na ope­ra­cję Ewy), ale też dotyk. Wiele osób opi­suje taki kon­takt ze zmar­łym, który się przy­śnił: to może być przy­tu­le­nie lub pogła­ska­nie po policzku. Takie wspo­mnie­nie ma męż­czy­zna, który po powro­cie z pogrzebu żony zapadł w krótką drzemkę w fotelu. We śnie sta­nęła przed nim zmarła - było tak, jakby wcale nie śnił - pochy­liła się i deli­kat­nie otarła dło­nią łzę, która sto­czyła mu się po policzku. Obu­dził się i odkrył, że naprawdę pła­kał, gdy spał - ale ock­nął się pocie­szony, napeł­niony nadzieją. Bar­dzo czę­sto zresztą w snach powta­rza się motyw: śni mi się, że się budzę i... Część osób uważa zresztą, że naprawdę się obu­dziły. Że to nie był sen, tylko auten­tyczne nawie­dze­nie przez ducha.

Nauka oczy­wi­ście nie ma na to odpo­wie­dzi. Podob­nie naukowcy nie są w sta­nie wyja­śnić feno­menu snów, w trak­cie któ­rych osoba śniąca wcho­dzi w posia­da­nie wie­dzy, która nie była dla niej dostępna. Skąd moja bab­cia mogła wie­dzieć, że dzia­dek został pocho­wany z prze­krzy­wioną głową, skoro ukryto przed nią ten fakt? Skąd Lud­miła mogła wie­dzieć, że zmiana w piersi to nie łagodna tor­biel, jak prze­ko­ny­wał ją spe­cja­li­sta od USG, tylko rak? Takich opo­wie­ści jest naprawdę wiele.

Jedną z naj­bar­dziej nie­zwy­kłych przy­ta­cza pro­fe­sor Bar­bara Engel­king, socjo­lożka, badaczka, kie­row­niczka Cen­trum Badań nad Zagładą Żydów Insty­tutu Filo­zo­fii i Socjo­lo­gii PAN, w wywia­dzie z Dorotą Wodecką dla maga­zynu "Książki"1. Pani pro­fe­sor mówi, że nie­jed­no­krot­nie sły­szała od oca­lo­nych z Holo­kau­stu, że we śnie poka­zali im się bli­scy i prze­ka­zali ważne, nie­raz nie­zbędne do prze­ży­cia infor­ma­cje. Na przy­kład Róży Gro­dzic­kiej, która ukry­wała się z córką i mężem na wsi nie­da­leko Sie­mia­tycz, przy­śniła się zmarła pierw­sza żona męża. "Szlomo się wie­sza, powiedz mu, że dzieci żyją i nie­długo do was przyjdą", oświad­czyła. Róża się ock­nęła i zdą­żyła jesz­cze odciąć i ura­to­wać męż­czy­znę, po czym zgod­nie z obiet­nicą po kilku dniach dołą­czyły do nich jego dzieci z pierw­szego związku. Ta histo­ria zakrawa na cud - opi­sała ją Miriam Kuper­hand, córka Szloma. Prze­pro­wa­dza­jąca wywiad dzien­ni­karka zapy­tała pro­fe­sor Engel­king, jak to wyja­śnić. "A po co to wyja­śniać? Różne impulsy powo­dują naszym zacho­wa­niem. Jed­nym z nich może być to, że ktoś nam się przy­śni i coś nam naka­zuje. Dla­czego wszystko ma się prze­kła­dać na racjo­nal­ność?", odpo­wiada badaczka.

Spró­bujmy sku­pić się jed­nak na roli, jaką visi­ting dre­ams odgry­wają w naszym życiu i funk­cjo­no­wa­niu. Przyj­rzeli się temu Joshua Black, Kath­ryn Belicki i Han­nah Hughes, a wyniki bada­nia - w któ­rym wzięło udział 216 osób nie­dawno owdo­wia­łych - opu­bli­ko­wali w maga­zy­nie "Jour­nal of Death and Dying". Ich zda­niem takie sny służą prze­pra­co­wa­niu traumy, pod­trzy­my­wa­niu więzi ze zmarłą osobą i regu­la­cji emo­cji. Nie ma tu słowa o wie­ściach z zaświa­tów, dzięki któ­rym można w porę odciąć wie­sza­ją­cego się czło­wieka, ale bada­cze zaj­mo­wali się bar­dziej "nor­mal­nymi" snami, a śniący nie byli ści­gani przez nazi­stów. W zasa­dzie trzy wyróż­nione przez naukow­ców funk­cje się prze­ni­kają.

Pew­nie im mniej czasu dzieli visi­ting dream od śmierci danej osoby, tym bar­dziej praw­do­po­dobne, że sen ma coś wspól­nego z prze­ży­wa­niem żałoby. Neu­ro­lożka Lisa M. Shul­man w książce Mózg w żało­bie pisze, jak śmierć bli­skiej osoby "prze­pro­gra­mo­wuje" nasz mózg. W przy­padku samej autorki tą osobą był mąż, też lekarz, u któ­rego wykryto agre­syw­nego raka. Cały roz­dział poświęca ona snom i ich inter­pre­ta­cji. W ogóle nie dziwi jej jako naukow­czyni, że mię­dzy innymi w ten wła­śnie spo­sób obja­wia się żal - pod posta­cią snów z uko­chaną osobą. Po pierw­sze, trudno wyrzu­cić ze świa­do­mo­ści czło­wieka, któ­rego obec­ność była nie­od­łącz­nym ele­men­tem naszej codzien­no­ści przez lata, nie­raz połowę lub więk­szość życia. Po dru­gie, ludzki umysł ma ten­den­cję do domy­ka­nia. W psy­cho­lo­gii opi­sano zja­wi­sko nazy­wane efek­tem Zeigar­nik (od nazwi­ska radziec­kiej badaczki Blumy Zeigar­nik): lepiej pamię­tamy zada­nia nie­do­koń­czone, jakby nie­świa­do­mość usi­ło­wała wrzu­cić je w har­mo­no­gram dnia i wysy­łała nam powia­do­mie­nia "Dokończ, zamknij, zapo­mnij". Śmierć bli­skiej osoby - nie­ko­niecz­nie nagła, po dzie­się­cio­le­ciach wspól­nego życia, gdy ta osoba w isto­cie stała się czę­ścią nas - sta­wia przed nami takie wła­śnie nie­do­koń­czone zada­nie pod tytu­łem "Nasza rela­cja". Czu­jemy prze­możną potrzebę posta­wie­nia kropki, domknię­cia - cza­sem uda się poże­gnać, nie­kiedy cere­mo­nia pogrze­bowa jest takim posta­wie­niem kropki. A cza­sem nie - i wtedy z pomocą może przyjść sen.

Mama mojej przy­ja­ciółki zgi­nęła w wypadku samo­cho­do­wym. To była nagła, nie­spo­dzie­wana śmierć, która pogrą­żyła całą rodzinę w głę­bo­kiej żało­bie i szoku. Przy­ja­ciółka miała bar­dzo bli­ską więź z matką, a mał­żeń­stwo jej rodzi­ców było mode­lowe. Bar­dzo się kochali od cza­sów mło­do­ści i ich miłość ni­gdy nie zbla­dła.

Ojca przy­ja­ciółki po pogrze­bie zaczął nawie­dzać sen. We śnie, który śnił mu się zawsze o podob­nej porze, około godziny trze­ciej, widział swoją żonę sto­jącą w drzwiach holu. Krzy­czał z rado­ścią: "Jesteś wresz­cie!", a potem się budził i pół­przy­tomny biegł po scho­dach na par­ter. Gdy wpa­dał do ciem­nego holu, w drzwiach nikt nie stał. Wtedy przy­po­mi­nał sobie, że jego żona nie żyje.

Trwało to cały mie­siąc. Sio­stra żony opo­wie­działa mu też swój sen: widziała w nim ich dom roz­ja­rzony cie­płym bla­skiem świa­teł, dziwne było jedy­nie to, że stał na stro­mej górze, w ciem­nym ogro­dzie. Przez ten ogród prze­dzie­rała się zmarła, pró­bu­jąc wejść pod górę i dostać się na ganek.

Ojciec przy­ja­ciółki bar­dzo cier­piał. W gro­nie naj­bliż­szych zasta­na­wiali się, jak jemu - i sobie - pomóc. Zamó­wili mszę, na którą zapro­sili wszyst­kich człon­ków dal­szej rodziny i zna­jo­mych. Były śpiewy, modli­twy za zmarłą, a potem jesz­cze spo­tka­nie, wspólne oglą­da­nie zdjęć, wspo­mnie­nia - nie było to smutne, raczej nostal­giczne, wspo­mi­nali dobre rze­czy, opo­wia­dali, jak matka mojej przy­ja­ciółki pozy­tyw­nie wpły­nęła na życie każ­dego z nich.

Jej ojcu ni­gdy nie przy­śniła się już zmarła żona. "Wiem, że brzmi to jak magia, nie pytaj mnie, czy w to wie­rzę. Nie mówię, że wie­rzę, nie mówię, że nie wie­rzę. Nie jestem reli­gijna, nie cho­dzę do kościoła, uczest­ni­czy­łam w mszy, bo mia­łam nadzieję, że to pomoże tacie. I tak się stało. Oso­bi­ście nie umiem w logiczny spo­sób wytłu­ma­czyć snów ojca i ciotki. Nato­miast mogę dodać, że tata był wypo­sa­żony w jakiś szó­sty zmysł. Czę­sto miał intu­icję, potra­fił wiele rze­czy prze­wi­dzieć, cho­ciaż ni­gdy nie powo­ły­wał się na pro­ro­cze sny, on po pro­stu... wie­dział. W pamięć zapa­dła mi histo­ria z moją bab­cią, która była chora. Miesz­ka­li­śmy w jed­nym domu. Wszy­scy, na czele z moją mamą, byli­śmy pewni, że bab­cia wyzdro­wieje. Zresztą leka­rze też nie dawali spe­cjal­nych powo­dów do nie­po­koju. Bab­cia miała infek­cję układu odde­cho­wego. I tylko tata twier­dził, że czarno to widzi. Inda­go­wany przez mamę wykrzyk­nął: Tu jest śmierć, w tym domu pach­nie śmier­cią, nie czu­je­cie tego? Nie czu­li­śmy. Ale babci się pogor­szyło i tra­fiła do szpi­tala. Po kilku dniach nagle zmarła - sepsa, nie­wy­dol­ność wie­lo­na­rzą­dowa", mówi przy­ja­ciółka.

Z punktu widze­nia psy­cho­loga zmarła żona "wra­cała" we śnie, by śniący mógł się z nią poże­gnać, zamknąć rela­cję i przejść jedno z pierw­szych sta­diów żałoby - etap zaprze­cza­nia (to dla­tego we śnie ojciec przy­ja­ciółki nie był świa­dom, że owdo­wiał). Rytuał, jakim była msza, sta­no­wił wła­ściwe, uro­czy­ste, godne zakoń­cze­nie związku. Przy­niósł człon­kom rodziny, a przede wszyst­kim mężowi, ulgę i pogo­dze­nie się ze stratą. Wie­lo­krot­nie potem pła­kali, ale zmarła już im się nie śniła.

Szcze­gólne są sny osób, które prze­cho­dzą żałobę po śmierci tak trud­nej do zaak­cep­to­wa­nia jak śmierć dziecka. Andy Dry­mal­ski opi­suje przy­pa­dek sześć­dzie­się­cio­pię­cio­let­niej pacjentki, któ­rej syn, David, zmarł kilka mie­sięcy wcze­śniej. Ta śmierć zapo­cząt­ko­wała trudny, depre­syjny etap w życiu Mar­ga­ret. Kobieta zma­gała się z poczu­ciem bez­sensu, kwe­stio­no­wała ist­nie­nie Boga, w któ­rego wcze­śniej wie­rzyła. Bar­dzo tęsk­niła za synem. Bra­ko­wało jej jego obec­no­ści i ich rela­cji, która wiele wno­siła w jej egzy­sten­cję. "David przy­szedł do mnie we śnie. Powie­dział, że chce, bym zało­żyła ogród kwia­towy na tyłach domu. Że to mi pomoże i że dzięki temu będę pamię­tać, że życie odra­sta i odra­dza się, zawsze", opo­wie­działa tera­peu­cie. Mar­ga­ret zro­biła tak, jak pora­dził jej syn. Zało­żyła ogród. Pie­lę­gno­wa­nie go zaj­mo­wało jej czas, odry­wało od smut­nych myśli, ale oka­zało się też źró­dłem nie­spo­dzie­wa­nej rado­ści, gdy patrzyła, jak rosną zasa­dzone przez nią roślinki, jak do jej ogródka, kie­dyś smut­nego i nieco zachwasz­czo­nego, przy­la­tują owady, ptaki. Jak rodzi się w nim i tętni życie. Te obser­wa­cje przy­no­siły jej uko­je­nie. A naj­więk­sze dał jej sen, który przy­szedł do niej w tygo­dniu, gdy miała obcho­dzić rocz­nicę śmierci Davida. W tym śnie nie było jej syna - były łany nar­cy­zów i tuli­pa­nów koły­sane deli­kat­nie wio­senną bryzą w piękny, sło­neczny dzień.

Ten sen jest ewi­dent­nie formą pod­trzy­ma­nia więzi - syn radzi matce, by zało­żyła ogró­dek, a ona, pie­lę­gnu­jąc go, trosz­cząc się o niego i kocha­jąc go, robi to, co wcze­śniej robiła dla syna. I w pew­nym sen­sie ma poczu­cie cią­gło­ści: syna nie ma z nią na co dzień ani w snach, ale jest w ogro­dzie, w każ­dym kwiatku, motylku, na który Mar­ga­ret patrzy. Ta opo­wieść to przy­kład nie­zwy­kle pięk­nego, prze­peł­nio­nego mocą radze­nia sobie ze stratą. Pozy­tyw­nego prze­for­mu­ło­wa­nia traumy, jaką jest nie­wąt­pli­wie śmierć dziecka. Zwró­ce­nia się od śmierci ku życiu.

Pierw­sze dwie z wyod­ręb­nio­nych przez naukow­ców funk­cji snów ze zmar­łymi doty­czą żalu po stra­cie, to pro­ce­so­wa­nie żałoby i pod­trzy­my­wa­nie więzi. Są pla­ster­kiem na głę­boką ranę zadaną przez śmierć naszych uko­cha­nych. I nie tylko ludzi - mnie udało się kie­dyś przy­wo­łać we śnie uko­cha­nego konia. Powin­nam napi­sać: przy­wo­łać jego wspo­mnie­nie, wyśnić jego obraz. Wizja była jed­nak reali­styczna, a jed­no­cze­śnie przez cały czas mia­łam świa­do­mość, że doświad­czam jej, dla­tego że przez dwa tygo­dnie od śmierci zwie­rzę­cia bła­ga­łam o nią i modli­łam się o ten sen. Zoba­czy­łam w nim mojego konia leżą­cego na łące - poczu­łam fizycz­nie tę obec­ność, nie było co do tego wąt­pli­wo­ści. Więź fizyczna mię­dzy koniem i jeźdź­cem - jeśli są zwią­zani od lat - jest bar­dzo silna, bo jazda konna to współ­praca dwóch ciał, czło­wieka i konia. Bar­dzo mocne jest też przy­wią­za­nie: koń wymaga wiele pracy, czasu, jego utrzy­ma­nie to spore nakłady finan­sowe, a więc i wyrze­cze­nia. Pod­bie­głam do niego pełna wdzięcz­no­ści za spo­tka­nie i rado­ści. Po raz pierw­szy od jego śmierci nie czu­łam strasz­li­wego, doj­mu­ją­cego bólu, nie­mal fizycz­nego - wielka strata akty­wi­zuje zresztą te same struk­tury mózgu co ból fizyczny. Ulga była nie do opi­sa­nia. Jak­bym przez sze­reg dni żyła z nożem wbi­tym w ciało i nagle ktoś go usu­nął. Mogła­bym wręcz użyć sfor­mu­ło­wa­nia "nie­ziem­ska", ale opie­ram się tu na fak­tach, na doświad­cze­niach ludzi oraz bada­niach i wie­dzy nauko­wej. Nie chcę stwa­rzać wra­że­nia, że wie­rzę, iż nawie­dził mnie duch konia. Czy to, czego doświad­czy­łam, było tylko efek­tem prze­pra­co­wy­wa­nia straty przez mój mózg? Zapewne. A może te dwie per­spek­tywy wcale się nie wyklu­czają? Może duchy ist­nieją w naszych umy­słach? Może nasze umy­sły je two­rzą, żeby­śmy mogli wyjść z życio­wego impasu, ruszyć naprzód, ule­czyć się? Nie ma odpo­wie­dzi na te pyta­nia.

To filo­zo­ficzne roz­wa­ża­nia. W każ­dym razie sen przy­niósł mi wielki spo­kój, choć przy­tu­la­jąc konia, zro­zu­mia­łam, że on nie chce już ze mną być, wyśnił mi się, bo tak bar­dzo roz­pa­cza­łam. Czu­łam, że w pew­nym sen­sie go "wezwa­łam" do mojego snu. Zapy­ta­łam, czy chce już iść. Dał mi do zro­zu­mie­nia, że tak, chce odejść. Zgo­dzi­łam się na to z rado­ścią. Ten sen był momen­tem prze­ło­mo­wym w moim prze­ży­wa­niu żałoby. Od tej pory było lepiej. Tęsk­ni­łam i tęsk­nię za moim koniem (tak jak za innymi zmar­łymi bli­skimi, ludźmi i zwie­rzę­tami). Ni­gdy jed­nak nie czu­łam już potrzeby spo­tka­nia we śnie. I ni­gdy się ono nie powtó­rzyło.

Jest jesz­cze trze­cia opi­sana przez bada­czy funk­cja snów ze zmar­łymi: regu­la­cja emo­cji. Może się ona wią­zać z poprzed­nimi, ale nie musi. Cie­kawy przy­kład takiego snu podaje w arty­kule Dre­ams of Depar­ted Loved Ones ("Sny o bli­skich, któ­rzy ode­szli") w "Psy­cho­logy Today" Layne Dal­fen, ana­li­tyczka snów, autorka best­sel­le­rów poświę­co­nych temu tema­towi. Sen opo­wie­działa jej klientka, Laura. Wystę­po­wała w nim jej zmarła kilka lat wcze­śniej sio­stra, z którą łączyła ją burz­liwa rela­cja. Ni­gdy nie udało im się dojść do poro­zu­mie­nia - aż było już za późno. We śnie Laura jest w jakimś tro­chę zanie­dba­nym pomiesz­cze­niu. Czy­ści sto­łek z paję­czyn i pają­ków, ale się nie boi; lubi pająki - jawią jej się jako istoty samo­wy­star­czalne, nie­za­leżne i cier­pliwe, a to cechy, które podzi­wia. Jej sio­stra sie­dzi na krze­śle i pro­wa­dzą lekką, nie­zo­bo­wią­zu­jącą roz­mowę, plot­kują i śmieją się jak dwie bli­skie sobie, kocha­jące się kobiety. To było bar­dzo miłe. Laura obu­dziła się i już po prze­bu­dze­niu towa­rzy­szyło jej silne poczu­cie obec­no­ści sio­stry. Wyda­wało się to bar­dzo realne. Dal­fen zapy­tała Laurę, czy ogól­nie ma poczu­cie, że kon­tro­luje swoje życie. Kobieta zaprze­czyła. A czy w jej życiu poja­wiły się ostat­nio jakieś nowe oko­licz­no­ści? Po namy­śle Laura powie­działa, że pla­nuje odre­mon­to­wać salon, kupiła nawet meble i farbę. Nie­dawno zaprzy­jaź­niła się też z pewną kobietą, naukow­czy­nią, pro­wa­dziły dużo inte­lek­tu­al­nych roz­mów. Pod ich wpły­wem Laura zaczęła roz­wa­żać zmianę pracy, a nowa zna­joma przy­sy­łała jej ogło­sze­nia z ofer­tami. Dal­fen pora­dziła klientce, by myśląc o tym śnie, miała na uwa­dze, że roz­ma­ite sym­bole czy deko­ra­cje zazwy­czaj nie poja­wiają się w takich snach przy­pad­kowo. Popro­siła też o opi­sa­nie cech cha­rak­teru sio­stry. Laura odparła, że była nie­zwy­kle silną osobą, zdolną pod­no­sić się po poraż­kach, ale też ego­istyczną, bar­dzo nie­za­leżną i nie­zbyt uprzejmą. Po chwili mil­cze­nia dodała: "Prawdę mówiąc, te pyta­nia pozwa­lają mi dostrzec praw­dziwą naturę tego snu; cho­dzi mi o sprawy, tematy, które od dawna mnie poru­szają, choć nie chcę się nimi świa­do­mie zająć. Może ten pokój, który mi się przy­śnił, uczu­cie lek­ko­ści, które mi towa­rzy­szyło, były zachętą, bym zaadap­to­wała na wła­sne potrzeby kilka cech oso­bo­wo­ści i zacho­wań mojej sio­stry. Muszę utrzy­mać pająki przy życiu. Nauczą mnie, jak być pra­co­witą, sku­teczną i nie­za­leżną".

We śnie pająki sym­bo­li­zo­wały cechy sio­stry, które przy­da­łyby się Lau­rze w życiu. Takie obja­śnia­nie snów ze zmar­łymi bli­skie jest ana­li­zie jun­gow­skiej. Zda­niem Andy'ego Dry­mal­skiego zmarli w naszych snach czę­sto sym­bo­li­zują ten aspekt nas samych, który nam ich przy­po­mina. Lub... któ­rego nam bra­kuje.

"Jak w fil­mie Dzień świ­staka z Bil­lem Mur­rayem, cza­sami musimy przejść przez wiele śmierci, żeby nauczyć się, jak żyć", pisze Dry­mal­ski.

Naj­czę­ściej wła­śnie tego uczą nas zmarli w naszych snach.

Dobrego życia.

DUCHY ZWIE­RZĄT

Kiedy myślimy "duch", pra­wie od razu przy­cho­dzi nam do głowy biała postać spo­wita w prze­ście­ra­dło. Oka­zuje się jed­nak, że wiele osób spo­tyka zjawy... swo­ich zwie­rząt.

Pro­fe­sorka Jen Gol­beck, blo­gerka "Psy­cho­logy Today", w 2024 roku posta­no­wiła spraw­dzić, jak czę­ste jest to zja­wi­sko. Na plat­for­mie X zwró­ciła się do ludzi, któ­rzy stra­cili uko­cha­nego psa: pro­siła o opi­sa­nie pośmiert­nych, ponadna­tu­ral­nych kon­tak­tów z pupi­lem. Odpo­wie­działo ponad 500 osób. Gol­beck usys­te­ma­ty­zo­wała ich histo­rie i podzie­liła na dwie grupy:

- Bli­skie spo­tka­nia. Aż 315 osób opi­sało spo­tka­nie ze zmar­łym psem jako doświad­cze­nie bar­dzo fizyczne i zmy­słowe. Naj­czę­ściej - 37 pro­cent przy­pad­ków - ludzie sły­szeli szcze­ka­nie swo­jego psa, głów­nie w domu, stu­kot pazu­rów na pod­ło­dze lub dzwo­nie­nie obroży. Do spo­tkań prze­waż­nie docho­dziło w nocy. 45 osób opi­sało sytu­ację, w któ­rej widziały - lub czuły - swo­jego psa leżą­cego tuż obok na łóżku. Jedna z kobiet twier­dziła, że we śnie leżący obok niej nie­ży­jący już pies poli­zał ją po bro­dzie. "Gdy się obu­dzi­łam, moja broda była mokra", wyznała.

- Szu­ka­nie kon­taktu. Ponad 200 osób doświad­czyło obec­no­ści uko­cha­nego czwo­ro­noga w inny spo­sób. Czę­sto były to sny z jego udzia­łem. Albo inter­pre­to­wa­nie róż­nych zda­rzeń po śmierci psa jako prób nawią­za­nia przez niego kon­taktu. Tak tłu­ma­czono np. włą­cza­jący się bez powodu alarm prze­ciw­po­ża­rowy, poja­wie­nie się na nie­bie tęczy w dniu śmierci, motyla, który wle­ciał do miesz­ka­nia czło­wieka prze­ży­wa­ją­cego żałobę po śmierci czwo­ro­noż­nego przy­ja­ciela. Jedna z inter­nau­tek krótko po śmierci uko­cha­nej suki Molly adop­to­wała ze schro­ni­ska szcze­niaka, Bingo. Nie umiała jed­nak nawią­zać więzi z nowym pupi­lem, wciąż tęsk­niła za Molly, miała wyrzuty sumie­nia. Pew­nej nocy Molly jej się przy­śniła: usia­dła na koł­drze, jak miała to w zwy­czaju, popa­trzyła kobie­cie głę­boko w oczy i dała jej do zro­zu­mie­nia, że to dla niej okej, by jej dawna pani poko­chała Binga. I tak też się stało.

Według Jen Gol­beck zde­cy­do­wana więk­szość spo­tkań z psimi zja­wami miała korzystny wpływ na ludzi. Czuli się pocie­szeni, zyski­wali pew­ność, że ich pupi­lowi jest dobrze, łatwiej im było upo­rać się z tęsk­notą i żałobą. Pil­ley Blan­chi, któ­rej ojciec był wła­ści­cie­lem słyn­nego Cha­sera - psa zna­nego m.in. z tego, że rozu­miał ponad tysiąc słów - po jego śmierci miała wizję. Zoba­czyła na szy­bie nie­zwy­kłą białą ćmę. Poczuła się pokrze­piona: zin­ter­pre­to­wała to w ten spo­sób, że Cha­ser daje znać o uda­nej podróży - prze­szedł mię­dzy świa­tami i jest szczę­śliwy.

Duchy psów w opo­wie­ściach widu­ją­cych je ludzi robią to samo co zjawy naszych bli­skich: poma­gają nam pogo­dzić się z fak­tem, że w tym świe­cie nie będzie nam już dane być razem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

"Książki. Maga­zyn do Czy­ta­nia", nr 6, 2022. [wróć]