p

Uważne współczucie - Paul Gilbert, Choden

Kup ebooka

89.90 zł
74.83 zł (74,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Przypisy

[1] Dostępnych jest wiele bardzo przydatnych i przystępnie napisanych książek na temat uważności. Chyba najbardziej znana to Coming to our senses: Healing ourselves and the world through mindfulness Jona Kabata-Zinna (2005). Inna popularna książka zawierająca wiele przydatnych ćwiczeń to Uważność. Trening pokonywania codziennych trudności autorstwa Ronalda Siegela (2011). Niektóre książki ciekawie i mądrze wskazują również na związek między uważnością a współczuciem, na przykład The mindful path to self-compassion: Freeing yourself from destructive thoughts and emotions Christophera Germera (2009). Inną z tego obszaru jest Psychowzroczność. Przekształć własny umysł zgodnie z regułami nowej wiedzy o empatii Daniela Siegela (2011).
[2] Matthieu Ricard omawia te badania na www.huffingtonpost.com/matthieu-ricard/could-compassion-meditati_b_751566.html (dostęp: 23 października 2019 r.).
[3] Jeffrey Sachs w ważnej książce The price of civilization economics and ethics after the fall (2011) pisze o tym, że zachowania egoistyczne, zwłaszcza te o charakterze rywalizacyjnym, prowadzące do wyprzedzania wszystkich, zakłócają w poważnym stopniu funkcjonowanie systemów gospodarczych i dystrybucję zasobów światowych. W takim świecie silny staje się jeszcze silniejszy, a słaby - jeszcze słabszy. Obecnie ekonomiści w coraz większym stopniu uświadamiają sobie, że ekonomia oparta na teorii skapywania, promująca niepohamowaną, egoistyczną rywalizację, jest szkodliwa nie tylko dla gospodarki, ale także dla umysłu człowieka (zob. Twenge i in., 2010). Współczujący umysł jest otwarty na rzeczywistość świata, w którym żyjemy.
[4] Samowspółczucie znalazło się w centrum zainteresowania zachodnich koncepcji dobrostanu. Powodem, dla którego Zachód tak bardzo zainteresował się współczuciem człowieka dla samego siebie, jest fakt, że pozostajemy w znacznie większym stopniu indywidualistami nastawionymi na rywalizację, przez co okazujemy się bardziej samokrytyczni i podatni na wstyd. Istnieją różne modele podejścia do samowspółczucia, wywodzące się z różnych koncepcji, a podstawowymi książkami z tej dziedziny są Kristin Neff Jak być dobrym dla siebie. Życie bez presji otoczenia, przygnębienia i poczucia winy (2018) i Christophera Germera The mindful path to self-compassion: Freeing yourself from destructive thoughts and emotions (2009). Niektóre rozdziały książkiPaula The compassionate mind (Gilbert, 2009) również koncentrują się na współczuciu wobec siebie.
[5] Zespół badawczy Paula zainteresował się w sposób szczególny zjawiskiem lęku przed współczuciem, czego przykładem mogą być prace: Fears of compassion: Development of three self-report measures (Gilbert, McEwan, Matos i Rivis, 2011) oraz Fears of compassion and happiness in relation to alexithymia, mindfulness and self-criticism (Gilbert i in., 2011).
[6] Monika Ardelt (2003) twierdzi, że mądrość ma wiele aspektów, jak: umiejętność głębszej refleksji nad stanem rzeczy (np. nad kondycją człowieka), umiejętność odczuwania w określony sposób i oczywiście motywacja do rozumienia, do tego, by wiedzieć i uczyć się z oczami szeroko otwartymi na to, co nowe. Mądrość pozwala nam też na aktywne rozumowanie i myślenie wtedy, gdy integrujemy wiedzę z doświadczeniem. Przeprowadzono także badania dotyczące tego, jak działa mądrość w mózgu człowieka (zob. Meeks i Jeste, 2009). W chwili oddawania tej książki do druku Christopher Germer i Ronald Siegel, dwaj wiodący autorzy w dziedzinie uważności i współczucia, wydali przeredagowaną wersję swojej słynnej książki Wisdom and compassion in psychotherapy: Deepening mindfulness in clinical practice.
?

Przedmowa

Wspólne pisanie tej książki było fascynującą przygodą. Chcielibyśmy powiedzieć kilka słów o tym, jak się zaczęła i rozwijała nasza współpraca.

Nasz wspólny znajomy, doktor Alistair Wilson, specjalista w dziedzinie psychiatrii, od dawna interesuje się tym, jak łączyć buddyjskie praktyki uważności i współczucia z zachodnim rozumieniem naukowym procesów umysłowych. W 2008 roku Alistair zorganizował konferencję poświęconą neuronauce i współczuciu. Odbyła się ona w ośrodku buddyjskim na wyspie Holy Isle, nieopodal wyspy Arran, u zachodnich wybrzeży Szkocji. Poznaliśmy się właśnie tam. Pochodzimy z całkowicie odmiennych środowisk i mamy zupełnie różne doświadczenia życiowe - co teraz pokrótce opiszemy.

Paul

Do dwunastego roku życia, w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, mieszkałem w Nigerii. Żyłem z dala od dużych miast i miałem fantastyczne poczucie wolności, widziałem też jednak mnóstwo cierpienia: biedę, ludzi trędowatych i zmagających się z innymi chorobami, starających się przeżyć za wszelką cenę. Pamiętam, jak byłem przygnębiony, gdy mężczyzna z twarzą i palcami zniszczonymi przez trąd prosił mnie o pieniądze. Okres dorastania spędziłem w dość wymagającej szkole z internatem w Wielkiej Brytanii, całkowicie odseparowany od rodziny i dotychczasowego stylu życia. Moim pierwszym kierunkiem studiów była ekonomia, zawsze jednak chciałem pracować blisko ludzi, dlatego podjąłem studia na drugim kierunku. W 1980 roku uzyskałem tytuł psychologa klinicznego. Bardzo interesowało mnie to, jak i dlaczego ludzki umysł ewoluował i funkcjonuje w taki, a nie inny sposób. Skupiłem się na depresji, która wydaje się szczególnie bezcelowa i destruktywna oraz może nawet prowadzić do samobójstwa. Wielu pionierów psychoterapii, jak choćby Zygmunt Freud czy Carl Gustav Jung, również zdawało sobie sprawę z tego, że umysł należy rozumieć w kontekście ewolucyjnym. Patrząc przez pryzmat ewolucji, dostrzeżemy coś, czego najczęściej się nie zauważa, a mianowicie, że mózg jest wspaniałym i złożonym organem, ale nie został za dobrze "zmontowany". Szczerze mówiąc, posługiwanie się nim bywa skomplikowane, a on sam miewa usterki i problemy. Okazuje się, że sposób, w jaki wyewoluowały umysł i mózg, może nas skazać na dotkliwe cierpienie. Uświadomienie sobie tego było dla mnie olśnieniem. W 1989 roku wydałem książkę pod tytułem Human nature and suffering, w której analizuję te zagadnienia.

Zawsze bardzo mnie interesowały telewizyjne programy przyrodnicze. Pamiętam, że w jednym z nich zobaczyłem, jak młode żółwie wygrzebują się ze swych gniazd w piasku, a następnie desperacko usiłują dotrzeć do morza. Po drodze w pierwszych godzinach życia mnóstwo żółwiątek pada łupem ptaków morskich, lisów i wielu innych drapieżników; większość nie doczekuje dorosłości. Myślę, że wspaniałej pracy Davida Attenborough i jego zespołu zawdzięczamy coś, czego oni sami prawdopodobnie się nie spodziewali, a mianowicie oswojenie z okrucieństwem przyrody. Większość istot żywych, aby przetrwać, musi zjadać inne istoty; młode powszechnie bywają celem drapieżników; wirusy i bakterie to formy życia, które zabijają wiele innych istot, okaleczają je i wywołują u nich cierpienie, aby zapewnić dobrostan samym sobie. Na koniec jeszcze "drobnostka": zauważ, że i nasze życie jest bardzo ograniczone oraz że każdego z nas czeka rozkwit, rozpad i śmierć.

Uświadomiwszy sobie to wszystko, tak jak wielu innych przedstawicieli mojego pokolenia pod koniec lat sześćdziesiątych i w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, zainteresowałem się buddyzmem i zająłem się amatorsko medytacją. Prawdziwą inspirację jednak znalazłem w głębszych nauczaniach. Dwa i pół tysiąca lat temu Budda także zdał sobie sprawę z tego, iż życie to cierpienie - po części dlatego, że wszystko przemija. Budda, rzecz jasna, nie wiedział nic o zjawiskach naukowych, dzięki którym rzeczywistość jest taka, jaka jest, na przykład o teorii Wielkiego Wybuchu, o oddziaływaniu naszych genów czy o procesach, które regulują przepływ strumienia życia. Potrafił się jednak skupić na bardzo prostej, lecz głębokiej obserwacji: wszystko się zmienia i nic nie jest stałe. Oprócz tego, że przemijanie jest zjawiskiem oczywistym dla każdego, kto się nad nim przez chwilę zastanowi, to jeszcze nasz umysł szuka trwałości i stabilności, a jednocześnie jest chaotyczny oraz ulega łatwo dającym się rozpalić namiętnościom, pragnieniom, obawom i przerażeniu. Zaproponowane przez Buddę rozwiązanie polegało na tym, by pracować nad jasnym wglądem w naturę swojego trudnego położenia i kontrolować pazerny umysł, tak aby nie ulegać różnorakim pragnieniom.

Wszystko to było fascynujące, psychologia ewolucyjna jednak dodała do tego odkrycie, że nasz mózg i nasze ciało ewoluowały jako nośniki służące przetrwaniu i reprodukcji genów. Nic więc dziwnego, że zmagamy się z takim problemem. To naprawdę nie jest nasza wina. Kiedy rozmawiam o tym ze znajomymi buddystami, zdaję się poruszać w nich jakąś czułą strunę. Wielu z nich przyznaje, że nigdy w ten sposób nie myślało i że niekiedy bardzo łatwo ulec przekonaniu, iż mamy chaotyczny umysł albo iż cierpimy dlatego, że postąpiliśmy źle bądź nie postąpiliśmy dobrze. Myślenie ewolucyjne całkowicie likwiduje tego rodzaju obwinianie i zawstydzanie. Poświęciwszy wiele lat na to, by zrozumieć wstyd i pomagać ludziom, którzy go odczuwali, znalazłem swego rodzaju misję: powiązać myślenie ewolucyjne z buddyjskim wglądem i treningiem.

Tak więc w trakcie owej wspaniałej konferencji na pięknej Holy Isle mieliśmy wraz z Chodenem okazję spacerować, podziwiać uroki wyspy i prowadzić głębokie rozmowy o odmienności naszych perspektyw. Ponadto pływaliśmy też w zimnych wodach Morza Szkockiego, co - mówiąc oględnie - było niezmiernie orzeźwiające! Okazało się, że łączy nas wiele wspólnych przemyśleń na temat problemów dotyczących ludzkiego umysłu oraz trudności w jego treningu. Choden opisuje swoje doświadczenie w rozdziale 6. Nie minęło wiele czasu i obaj uznaliśmy, że choć być może trudna, to jednak zarazem fascynująca byłaby próba napisania czegoś razem, próba połączenia naszych odmiennych punktów widzenia i doświadczeń: moich z perspektywy psychologii klinicznej i ewolucyjnej oraz Chodena z perspektywy tradycji buddyjskiej.

W jednej z wcześniejszych książek dokonałem wprawdzie analizy koncepcji trenowania umysłu we współczuciu (zob. Gilbert, 2009 - znajdziesz tu bardziej szczegółowy opis mojego przygotowania, doświadczenia i wiedzy), teraz jednak chcieliśmy uwzględnić uważność jako podstawę treningu współczucia, jak również zbadać niektóre z przeszkód, jakie napotykają osoby zaczynające ćwiczyć swój umysł. Przede wszystkim zaś chcieliśmy opracować zestaw praktyk zakorzenionych w treningu Chodena oraz w moich doświadczeniach związanych z opracowywaniem praktyk dla osób zmagających się z problemami zdrowia psychicznego.

Prawdopodobnie zauważysz pewne różnice między naszymi stylami pisania; staraliśmy się je wygładzić, nie dążyliśmy jednak do ukrycia, kto stoi za poszczególnymi fragmentami. Sam za swoje zadanie uznałem zgromadzenie informacji z zakresu nauki o umyśle i jego treningu, Choden zaś - zaszczepienie starożytnych praktyk w umyśle człowieka Zachodu. W ostatnich kilku latach miałem niewątpliwie okazję nauczyć się wielu rzeczy; chcę w tym miejscu wyrazić ogromną wdzięczność dla Chodena i podziękować mu za cierpliwość i wytrwałość w wyjaśnianiu różnych zagadnień. Czuję się zainspirowany jego wiedzą i otwartością na głębokie przemyślenia na temat różnych praktyk, jak również brakiem obaw przed myśleniem o pewnych zagadnieniach w nowy sposób. Jestem też pod wrażeniem jego otwartości i gotowości do angażowania się w eksplorację niezmiernie trudnych kwestii, o czym sam pisze w rozdziale 6. A ponadto, co oczywiste, cenię sobie jego przyjaźń.

Mieliśmy też okazję prowadzić wspólnie odosobnienia poświęcone współczuciu, w ramach których mogliśmy opracować i doszlifować ćwiczenia opisane w drugiej części tej książki. Odosobnienia zakładają ciszę oraz obejmują refleksję i wewnętrzne praktyki służące kształtowaniu umiejętności kultywowania współczującego umysłu i skuteczniejszemu radzeniu sobie w świecie. Okazują się przynosić wiele korzyści, także mnie jako ich uczestnikowi. Mamy nadzieję, że będziemy je kontynuować.

Choden

Moja podróż ku buddyzmowi i intensywnej praktyce medytacji odbywała się nieco niezwykłą drogą. Wychowałem się w Kapsztadzie w okresie dogorywania apartheidu. Miałem ten przywilej, że żyłem na poziomie klasy średniej i pod względem materialnym wszystkie moje potrzeby i pragnienia były raczej zaspokajane. Nie byłem jednak szczęśliwy. Jakaś duża część mnie czuła, że tak naprawdę nie narodziła się i nie żyje. W pewnym stopniu miało to związek z przynależnością do podzielonego społeczeństwa. Wpływało to zresztą na nas wszystkich. Jako biały czułem się odseparowany od instynktownej siły czarnej Afryki oraz skazany na życie w sterylnym świecie przywilejów i dobrobytu białych. Zatem mimo dobrych warunków materialnych było we mnie od zawsze głębokie, niedające spokoju poczucie niezadowolenia. Czy życie polega jedynie na posiadaniu domu, pracy, partnera lub partnerki i na wyjazdach na luksusowe wakacje? Czy nie chodzi w nim o coś więcej? Pytania te, choć jeszcze niesformułowane, zaprzątały mój młody umysł.

Później, gdy zostałem buddyjskim mnichem, zauważyłem, że moje doświadczenie współbrzmi z historią Buddy, który chociaż był księciem opływającym w bogactwo i cieszącym się prestiżem, to jednak odczuwał głęboką niezgodę na takie życie. Zrozumiawszy, że materialny dobrobyt nie jest odpowiedzią na głębokie pytania dotyczące życia i cierpienia, które widział wokół siebie, zrzekł się majątku i przywilejów. Jak zobaczymy w rozdziale 1, Budda opuścił pałac i udał się sam na dzikie pustkowie, by szukać przyczyn cierpienia oraz źródeł prawdziwego szczęścia i pokoju.

Kiedy byłem jeszcze mały, zaszokowało mnie pewne zdarzenie. Dyrektor mojej szkoły podstawowej został zamordowany przez złodziei, którzy pewnej nocy włamali się do jego domu i zgwałcili jego żonę. Nagle jakaś część mojego bezpiecznego dzieciństwa jakby się rozpadła. Znacznie później, gdy spoglądałem wstecz na tamto zdarzenie, uderzyło mnie, jak cenne i ulotne jest życie, jak wielu ludzi żyje w swoim prywatnym świecie pełnym wstydu i skrywanego bólu, a jednocześnie jak niewiele się o tym świecie mówi i jak mało zapewnia się umiejętności, byśmy sobie w tym trudnym obszarze wewnętrznym poradzili.

Po skończeniu szkoły średniej przez pięć lat studiowałem prawo, a później odbyłem staż w małej firmie prawniczej w Kapsztadzie. Większość czasu spędzałem w sądzie upadłościowym, zgłaszając nakazy zajęcia własności osób, które nie były w stanie spłacić długów. Czułem się jak trybik w kapitalistycznej machinie przysparzający dodatkowych cierpień tym, którzy już byli gnębieni i wykorzystywani. W tym właśnie czasie poznałem Roba Nairna, byłego profesora kryminologii na University of Cape Town i uznanego nauczyciela medytacji, który zrezygnował niedawno z pracy na uczelni i założył ośrodek odosobnienia buddyjskiego w Nieu-Bethesda w półpustynnym regionie Karru. Rob nauczył mnie medytacji i stał się moim mentorem oraz bliskim przyjacielem.

Po skończeniu praktyk podjąłem w 1985 roku pracę jako adwokat w Sądzie Najwyższym. W głębi serca zawsze wiedziałem, że to nie jest moje przeznaczenie, a jedynie silnie oddziałujący na mnie aspekt uwarunkowania i sposób na spełnienie marzenia ojca, który chciał być prawnikiem. Potem, u schyłku apartheidu, dostałem powołanie do wojska, gdzie jeszcze intensywniej odczułem polaryzację południowoafrykańskiego społeczeństwa. Podczas służby miałem zwyczaj przesiadywać w nieczynnej toalecie i medytować. Któregoś wieczoru na placu apelowym wpadł na mnie kapral na służbie. Widząc, że trzymam w ręce mały różaniec tybetański, oskarżył mnie o palenie jointa. Odpowiedziałem: "Nie, powtarzam mantrę". Ów kapral był tak skonsternowany, a moje wyjaśnienie tak bardzo wykraczało poza jego zrozumienie, że po tym zdarzeniu całkowicie mnie unikał. Bał się chyba, że mogę rzucić na niego urok!

Tuż po zakończeniu służby wojskowej postanowiłem wyjechać z Republiki Południowej Afryki i pojechać za Robem Nairnem do Szkocji. Mój ojciec zawsze powtarzał, że najpierw mam skończyć studia, a potem "jechać w Himalaje i medytować". Myślał, że moje duchowe powołanie to jakaś przejściowa faza i że szybko wrócę, podejmę pracę, ożenię się i założę rodzinę. Jednak nie tak miało być. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżałem z kraju, ale kiedy zrobiłem to w 1990 roku, nie wracałem przez siedem lat.

Najpierw pracowałem w klasztorze Samye Ling w południowej Szkocji, gdzie uczyłem się i praktykowałem medytację. Później, w 1993 roku, rozpocząłem trwające trzy lata i trzy miesiące odosobnienie medytacyjne, które okazało się dla mnie ważnym doświadczeniem i punktem zwrotnym w życiu. Odbywało się wśród całkowicie bezludnych, łagodnych, zielonych wzgórz Szkocji. Panowała tam przeważnie surowa, sztormowa pogoda, a padający zimą śnieg sprawiał, że drogi były często nieprzejezdne. Obowiązywał ostry reżim medytacji, która trwała od wpół do piątej rano do dziesiątej wieczorem. Uczyliśmy się i praktykowaliśmy tantryczne metody buddyzmu tybetańskiego, które miały przekształcić nasze umysły na najgłębszym poziomie. Grupa była międzynarodowa i składała się z Włochów, Amerykanów i Anglików, bardzo mało jednak było w niej Szkotów. W trakcie odosobnienia mieszkaliśmy w małych, ascetycznie urządzonych pokojach, w których mieściło się niewiele więcej niż kapliczka, nieduża szafka oraz skrzynia do medytacji i spania.

Ojciec odwiedził mnie tuż przed odosobnieniem i zapytał, gdzie jest łóżko. Odpowiedziałem: "Tato, tu nie ma łóżka. Śpimy w skrzyniach do medytacji!". W tym momencie jeden z mnichów zaczął dąć w długi róg tybetański, zaprojektowany do użytku w Himalajach. Usłyszawszy przenikliwy i ogłuszający dźwięk rogu, ojciec, który raczej nie słynął z duchowej ascezy, powiedział: "Zabierz mnie stąd - muszę wypić mocną whisky w jakimś pubie!". Niemniej jednak podchodził do mojej niezwykłej podróży z zadziwiającą tolerancją, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że zapłacił za moje kosztowne studia i staż.

W trakcie odosobnienia przez sześć miesięcy nie wolno nam było wychodzić na zewnątrz i musieliśmy trwać w całkowitym milczeniu - byliśmy tylko my, nasze umysły i dzika szkocka zima. Było to jednak niezwykłe i przeobrażające doświadczenie, zwłaszcza kiedy teraz o tym myślę. Nie było więc nic dziwnego w tym, że gdy wróciłem z odosobnienia, potrzebowałem nieco czasu, by ponownie się przystosować do świata zewnętrznego. Kiedy zaczynaliśmy, nie było czegoś takiego, jak internet czy poczta elektroniczna, więc po powrocie w marcu 1997 roku, zaintrygowani, chcieliśmy się dowiedzieć, o co chodzi w tym nowym cyberświecie. Niedługo potem przywdziałem szaty buddyjskie i ostatecznie przez siedem lat, łącznie z okresem odosobnienia, byłem mnichem.

Chociaż tantryczne praktyki buddyzmu tybetańskiego głęboko ze mną współbrzmiały i odczuwałem ich transformacyjny potencjał, to jednak zdawałem sobie sprawę, że niewiele osób zdecyduje się wejść na drogę tylu wyrzeczeń i wpisać się w starą tradycję duchową Wschodu. Wspólnie z Robem Nairnem zaczęliśmy więc opracowywać bardziej przystępne podejście, które polegało na uczeniu prostych umiejętności radzenia sobie ze stresem i depresją. Dla większości ludzi oświecenie pozostaje w sferze marzeń, bardziej potrzebują zaś znaleźć równowagę, zajrzeć w głąb własnego wzburzonego umysłu oraz wypracować pomocne sposoby myślenia i zachowania. Podejście to zyskało nazwę medytacji uważności i jest świecką metodą pracy z umysłem, niewymagającą przynależności do żadnej tradycji religijnej.

W 2008 roku na Holy Isle poznałem Paula Gilberta. Zaprosiliśmy go, aby wystąpił na konferencji poświęconej neuronauce i współczuciu. Natychmiast zaistniała między nami nić porozumienia. Od razu uderzyła mnie koncentracja Paula na współczuciu dla samego siebie (samowspółczuciu) i na tym, jak bardzo jest ono istotne w uważności oraz w pracy z umysłem. Zwróciłem też uwagę na stosowane przez niego pojęcie łączności afiliacyjnej, odnoszące się do biologicznie uwarunkowanej skłonności do nawiązywania kontaktów i budowania relacji z innymi ludźmi - jeśli jesteśmy tych kontaktów pozbawieni, nasze życie wyraźnie ubożeje. Taka postawa współbrzmiała z moimi podstawowymi przekonaniami wywodzącymi się z buddyzmu mahajany, w której to tradycji współczucie zajmuje czołowe miejsce w treningu umysłu. Zaczęliśmy więc prowadzić pasjonujące dyskusje, z których zrodził się pomysł wspólnego napisania książki.

W 2009 roku wraz z Robem Nairnem odegraliśmy kluczową rolę we wprowadzeniu studiów magisterskich z zakresu uważności na University of Aberdeen w Szkocji. Idee Paula wywarły duży wpływ na nasze podejście do pracy z uważnością i ze współczuciem. Jest to pierwszy program studiów magisterskich w Wielkiej Brytanii, który kładzie tak duży nacisk na nauczanie współczucia w ramach treningu uważności. Nie koncentruje się więc na uczeniu jedynie tego, jak być obecnym i skupionym, ale także tego, jak być życzliwym oraz troskliwym wobec samego siebie i jak bezpośrednio pracować z samokrytycznym umysłem.

Mamy nadzieję, że dzięki tej książce w nowy sposób spojrzysz na problemy, jakie możemy mieć z własnym umysłem ze względu na historię naszej ewolucji, oraz zrozumiesz, że umysł łatwo ulega kształtowaniu przez środowisko, w którym się rozwijamy. Przez całą książkę przewija się myśl, że choć wiele z owych problemów nie wynika z naszej winy, to jednak do nas mimo wszystko należy trenowanie umysłu. Nie jest przecież twoją winą to, że piorun uszkodził dach twojego domu, ale twoim obowiązkiem jest ów dach naprawić - i niezłym pomysłem jest nauczyć się, jak dokonać naprawy umiejętnie. Uważność i współczucie stanowią sposoby takiego właśnie umiejętnego działania oraz rozwiązywania części problemów, które przypadkowo sprawiła nam natura. Umysł, z całą typową dla niego złożonością pobudek i uczuć, powstał w toku ewolucji, a jedynie człowiek ma potencjał, by go zrozumieć, by go wytrenować oraz by dokonywać mądrych wyborów dotyczących tego, jaką osobą chce się stać.

?

Przedmowado polskiego wydania

Współczucie jest jedną z największych sił, które napędzają świat, pozwalają mu trwać. Dzięki niemu my, ludzie, możemy wzajemnie się wspierać niezależnie od tego, kim jesteśmy i jakie więzi nas łączą. Możemy pochodzić z bardzo różnych środowisk, wywodzić się z różnych kultur, mieć bardzo odmienne opinie i preferencje, nie być ze sobą spokrewnieni, a nawet się nie lubić, ale to właśnie kultywacja atrybutów, umiejętności, cnót współczucia pozwala nam się wspierać. Współczucie jest źródłem między innymi naszej siły przetrwania.

Nie chodzi o to, że wspomniane różnice nie mają znaczenia, że mamy ich nie zauważać. Możemy jednak nauczyć się wychodzić poza nie z odwagą, mądrością, życzliwością, zaangażowaniem. Z odwagą przyjrzenia się sobie, temu, co w nas po prostu brzydkie, trudne, raniące nas samych i innych ludzi. Z mądrością, która jest zaprzestaniem obwiniania siebie i innych, jest rozumieniem, co nami powoduje i dlaczego. Z życzliwością, czułością właśnie dlatego, że niezależnie od okoliczności nie jest łatwo być człowiekiem, mając tak bardzo złożony umysł. Z zaangażowaniem, poczuciem odpowiedzialności, ponieważ możemy próbować zmniejszać cierpienie, a nawet ból.

Możemy także wyjść poza to, co trudne w naszym życiu. I znowu nie na zasadzie odsuwania się od tego, ignorowania, unikania, lecz ucząc się kierować ku temu w umiejętny sposób, wykształcając nie tylko wrażliwość, ale i odporność. Ucząc się także, co konkretnie możemy zrobić, gdyż nie chodzi jedynie o zauważenie tego, co ma miejsce, nie chodzi o samą wiedzę na temat zjawisk zachodzących w nas samych i w świecie, ale o działania podejmowane na poziomie indywidualnym, kolektywnym, systemowym. Zauważamy, co powoduje nasze cierpienie, koimy je i w odpowiedni sposób pracujemy nad tym, żeby było nam nie tylko łatwiej, ale także lepiej, żeby nadać sens swojemu życiu i może nawet wyjść poza to, co indywidualne.

Książka Paula Gilberta i Chodena jest jedną z najbardziej wnikliwych i klarownie prezentujących podstawowe zagadnienia teoretyczne dotyczące współczucia i jego kultywacji, a zarazem bardzo praktyczną pracą na ten temat. Paul jest jednym z prekursorów podejścia opartego na współczuciu w świecie zachodniej nauki, przede wszystkim w kontekście praktyki klinicznej, psychoterapii. Stworzone przez niego terapia skoncentrowana na współczuciu (ang. compassion-focused therapy) i trening współczującego umysłu (ang. compassionate mind training) stanowią inspirację dla wielu innych modeli, jak choćby mindfulness-based compassionate living czy compassion-based living course.

Co istotne, Paul i Choden nie piszą tylko o tym, jak ważne jest współczucie, jakie korzyści przynosi, ale pochylają się i nad tym, co może je blokować i powodować lęk przed nim. Nie przedstawiają go jednak jako przejawu nadmiernej delikatności. Podkreślają potrzebę okazywania współczucia tym częściom siebie, jak również świata, które niekoniecznie są zawsze miłe, wspierające czy dobre. Przy czym nie chodzi tu o obojętność, o to, że jest nam wszystko jedno. Wręcz przeciwnie, uczymy się bowiem rozumieć kierujące nami pobudki. W sensie ewolucyjnym, społecznym, kulturowym, naszej indywidualnej i kolektywnej historii. Autorzy opisują także przepływ współczucia z różnych kierunków: zarówno okazywanie go sobie samemu oraz innym ludziom, jak i przyjmowanie go od innych. Warto wspomnieć, że wyraźnie podkreślają potrzebę korzystania z dwóch umiejętności, które są niczym dwa skrzydła ptaka: uważności i współczucia. Nie są one tożsame i kryją się za nimi inne procesy neurofizjologiczne, ale obie wzajemnie się uzupełniają.

Chciałabym przy tej okazji podziękować Paulowi za to, jakim jest człowiekiem. Za to, że zawsze znajduje czas dla mnie i dla każdego - niezależnie od tego, kim jest i czego od niego potrzebuje. Za to, że nieprzerwanie z ogromną cierpliwością pracuje nad tym, aby nie tylko propagować wartości akademickie i prowadzić rzetelne badania, ale przede wszystkim wspierać innych.

Współczucie to przywracanie godności swojemu życiu ze zrozumieniem, co nami kieruje. Bez winy, bez wstydu. Nie chodzi o to, że te doświadczenia nie są ważne. Chodzi o zrozumienie, co znajduje się pod naszą kontrolą, a nad czym kontroli nie mamy, za co możemy wziąć odpowiedzialność, co możemy zmienić w swoim życiu, a może nawet w życiu innych osób. I nie łudźmy się, że w trakcie tych eksploracji nie popełnimy żadnego błędu. Również o tym traktuje ta książka - o nieustannym podejmowaniu prób, o niekończącej się kultywacji.

Jakie mamy cienie? Od czego już dziś możemy zacząć? O co tak naprawdę nam chodzi? Niniejsza książka skłania do tego typu refleksji i może zmotywować nas do mądrego działania na rzecz poprawy dobrostanu tak własnego, jak innych istot - tych nam bliższych i tych dalszych.

dr Julia E. Wahl

?

Wprowadzenie

Czy zdarzyło ci się kiedyś myśleć o tym, jak by to było wspaniale, gdybyśmy potrafili leczyć nowotwory, chronić dzieci przed śmiercią głodową, budować bardziej sprawiedliwy świat i pomagać ludziom w znajdowaniu pokojowych rozwiązań konfliktów? Jeśli kiedykolwiek twoją głowę zaprzątały takie myśli, to już znajdujesz się na ścieżce wiodącej do współczucia. Skupienie na pragnieniu, by inni ludzie byli wolni od cierpienia i jego przyczyn, oraz bycie szczęśliwym wtedy, gdy to się urzeczywistnia, mogą nie być uważane za zasadnicze elementy współczucia, tymczasem tak naprawdę nimi właśnie są - co zaraz pokrótce wyjaśnimy.

W tradycji chrześcijańskiej postawa nacechowana współczuciem i życzliwością wobec ludzi w gorszym położeniu niż my sami jest głównym celem życia (Phillips i Taylor, 2009). Współczucie zazwyczaj definiuje się jako "wrażliwość na własne i cudze cierpienie, której towarzyszą zaangażowane próby zapobiegania temuż cierpieniu i jego zmniejszenia" (Dalajlama, 2001, 2002; Geshe Tashi Tsering, 2008). Definicja ta jest interesująca, jeśli bowiem przez chwilę się nad tym zastanowimy, to zauważymy, że wskazuje na dwie bardzo różne zdolności umysłowe czy też postawy. Pierwsza polega na tym, że pozostajemy otwarci na cierpienie, że nie odsuwamy go od siebie. Angielskie słowo compassion, czyli "współczucie", pochodzi od łacińskiego słowa compati, czyli "cierpieć z". Możemy więc zadać pytanie, jakie specjalne atrybuty i umiejętności są nam potrzebne, aby zbliżać się do cierpienia. Druga zdolność czy też postawa dotyczy tego, jak reagujemy na cierpienie zarówno własne, jak i cudze. W tej książce dokładnie przeanalizujemy obie te postawy i zaproponujemy metody służące ich trenowaniu.

Najpierw rozważmy jednak następującą kwestię. Jeśli współczucie miałoby być wyłącznie "cierpieniem z", to sprowadzałoby się do takich cech, jak współodczuwanie czy empatia, które - choć istotne - stanowią tylko jedną stronę medalu. Konieczne jest także zrobienie czegoś, co mogłoby zmniejszyć cierpienie (albo, w miarę możliwości, wręcz mu zapobiec) i co wiąże się z drugą częścią definicji. Angażuje to zupełnie inną część naszego umysłu, powiązaną ze zdolnością bycia życzliwym, wspierającym, rozumiejącym i zmotywowanym do działania. Do tego z kolei może być potrzebne nauczenie się, jak być uważnym i akceptującym zamiast nienawidzić cierpienia i walczyć z nim. Wskazany może też być głębszy kontakt z cierpieniem - tak jak w przypadku osoby dotkniętej zaburzeniem lękowym takim jak agorafobia, która musi się nauczyć wychodzić na zewnątrz, stawiać czoło własnemu lękowi i tolerować go, a nie próbować się go pozbyć. W tym miejscu pragniemy wyraźnie podkreślić, że umiejętności angażowania się w cierpienie, dostrajania się do niego i rozumienia jego źródeł różnią się od tych związanych ze zmniejszaniem cierpienia i z zapobieganiem mu. Wyobraźmy sobie sytuację, w której lekarz przyjmuje nowego pacjenta. Najpierw musi skierować uwagę na ból i cierpienie chorego, żeby określić ich lokalizację i przyczyny. Leczenie błędnie rozpoznanej choroby nie ma sensu. Jednak kiedy dolegliwość zostanie już trafnie zdiagnozowana, lekarz przestaje się koncentrować wyłącznie na bólu, a kieruje uwagę na to, co mogłoby pomóc w jego uśmierzeniu. Przepisując leczenie, bazuje na swojej wiedzy i doświadczeniu. Ponadto może z pełnym otuchy uśmiechem ująć dłoń pacjenta, rozumiejąc, że życzliwość pomaga uciszyć strach.

Rozwijając współczucie, stajemy się w pewnym sensie lekarzami i uzdrowicielami samych siebie. Pracujemy nad umiejętnością zajmowania się tym, co bolesne, i staramy się zrozumieć tego przyczyny. Niemniej jednak potrzebne są nam także całkiem inne przymioty - związane z pragnieniem, by zajmować się tym mądrze, wspierająco i życzliwie. Współczucie obejmuje rozumienie i akceptowanie cierpienia, ale nie polega po prostu na nurzaniu się w cierpieniu, niczym w brudnej wodzie po kąpieli, w przekonaniu, że akceptacja oznacza nierobienie niczego. Akceptacja bowiem stanowi akt odwagi, który prowadzi do mądrego działania (zob. rozdział 8). Jeśli więc będziemy skupiać się jedynie na umiejętności zajmowania się bólem i jego rozumienia, to tak naprawdę umknie nam połowa tego, co ważne.

Trening umysłu

Oba wspomniane procesy wymagają treningu. Musimy pracować nad procesem dostrajania się, okazywania empatii oraz kierowania się ku bólowi i trudnościom doświadczanym przez nas lub przez innych ludzi. Podobnie musimy doskonalić umiejętność mądrego angażowania się i życzliwości. Jedynym sposobem na to, by lekarz nauczył się leczyć, jest studiowanie i zrozumienie natury chorób. Tylko wtedy będzie mógł wspomóc proces zdrowienia pacjenta. To samo tyczy się naszego umysłu. Musimy zrozumieć naturę i przyczyny cierpienia, abyśmy mogli się nim troskliwie i skutecznie zająć. A biorąc pod uwagę to, że jednym ze źródeł cierpienia jest sposób funkcjonowania umysłu i emocji, musimy poznać swój umysł, aby uświadomić sobie, z jakimi siłami mamy do czynienia. Uczenie się starannej obserwacji tego, co dzieje się w umyśle, to uczenie się bardzo ważnej umiejętności nazywanej uważnością, na której skupiamy się w tej książce (zob. rozdział 7; Dalajlama, 2001, 2002; Geshe Tashi Tsering, 2008)[1].

Współczucie zatem nie jest tożsame z przytłoczeniem własnym lub cudzym bólem ani z zanurzaniem się w bólu; nie jest to też powierzchowne bycie miłym dla innych po to, by nas lubili; to nie słabość, delikatność ani odpuszczenie dla świętego spokoju tym, którzy nas krzywdzą. Istotą współczucia jest dostrajanie się do natury cierpienia, dogłębne tegoż cierpienia rozumienie oraz wyraźne dostrzeganie jego przyczyn. Równie istotne są pełne zaangażowanie w jego zmniejszenie i radość z możliwości zmniejszenia cierpienia wszystkich ludzi.

Matthieu Ricard, będący od lat buddyjskim mnichem i tłumaczem Dalajlamy na francuski, wraz z Tanią Singer, specjalistką w dziedzinie neuronauki, podjęli próbę zrozumienia, co się dzieje w mózgu, kiedy odczuwamy współczucie. Badania doprowadziły ich do wniosku, że gdy podchodzimy z empatią do czyjegoś cierpienia (na przykład do cierpienia dziecka, które umiera z braku lekarstw lub żywności, albo do ciężkiego położenia ludzi wykorzystywanych, torturowanych czy chorych), ale nie doznajemy pozytywnych uczuć związanych z próbą działania dla dobra tej osoby, wówczas owo doświadczenie empatii może się okazać bardzo trudne. Może nas ogarnąć wściekłość, a nawet możemy mieć poczucie braku nadziei[2]. Wybuch pełnej wzruszenia radości wśród naukowców w październiku 2011 roku, kiedy zapoznali się z danymi na temat szczepionki przeciwko malarii, które potwierdziły jej skuteczność, i kiedy zdali sobie sprawę z tego, że mogą dzięki niej uratować życie tysięcy dzieci, stanowi przykład tego drugiego aspektu współczucia.

Złość stanowi ważną emocję, której pojawienie się może nam uświadomić, że potrzebne jest działanie pełne współczucia. Paul często przyznaje, iż jego zainteresowanie współczuciem wzięło się z mieszanki złości i smutku wywołanej tym, że życie tak wielu ludzi jest krótkie i nędzne; że większość finansów światowych przeznacza się na badania nad bronią i na zbrojenia; że zdecydowana większość światowego majątku skupiona jest w rękach nielicznych; że tkwimy w pułapce rywalizacji ekonomicznej, która wszystkich nas prowadzi do obłędu[3]. W 1984 roku Bob Geldof i Midge Ure poczuli się do tego stopnia wstrząśnięci plagą głodu w Etiopii oraz sfrustrowani niejasnymi reakcjami rządu, że stworzyli Band Aid i Live Aid, dzięki którym zebrali olbrzymie kwoty pieniędzy. Jak widać, złość wywołana niesprawiedliwością i cierpieniem może popchnąć nas do działania. Niemniej jednak, co oczywiste, może ona mieć też charakter destrukcyjny. Zatem choć złość bywa zrozumiałą iskrą pobudzającą do działania, to uważne współczucie niesie ze sobą bardziej adekwatne i bezpieczniejsze sposoby angażowania się w związku z cierpieniem. Z tym ostatnim łączy się również smutek. W tradycji buddyjskiej często bywa on emocją, która zachęca do postępowania opartego na współczuciu (zob. rozdział 6). Jednak i w tym przypadku uważne współczucie pomaga nam, abyśmy nie pogrążali się w smutku, lecz raczej go wykorzystywali jako impuls do działania.

Innym kluczowym wymiarem współczucia jest przepływ - to kolejny z głównych tematów, który bardziej szczegółowo omówimy w dalszej części książki. Możemy być współczujący wobec innych ludzi i to właśnie przepływ uczucia w tym kierunku znajduje się na ogół w centrum zainteresowania autorów literatury przedmiotu. Taki jednokierunkowy przepływ współczucia to jednak - ponownie - tylko część większej całości. Musimy być również wrażliwi i otwarci na współczucie płynące do nas ze strony innych osób. Możemy zauważać, jak cudza życzliwość wspiera nas oraz oddziałuje na nas na poziomie emocjonalnym, i także wobec tego uczyć się uważności. Kolejny aspekt przepływu współczucia wiąże się z uczeniem się samowspółczucia, co niekiedy bywa bardziej podkreślane w literaturze buddyjskiej i chrześcijańskiej. Nie da się wykształcić w sobie współczucia na głębszym poziomie, jeśli nie jest się otwartym na współczucie ze strony innych i jeśli ma się opory przed samowspółczuciem[4]. Na przykład jeżeli jest w tobie coś, co blokujesz lub czego nie cierpisz, to niezmiernie trudno będzie ci poczuć empatię w związku z tym samym u drugiej osoby.

Nasze wielorakie Ja

Ogrodnicy i rolnicy cieszą się na widok rozwijających się roślin i zwierząt. Większości rodziców znana jest też radość z doskonałego rozwoju ich dzieci. Niemniej choć potrafimy być wrażliwi na uczucia i zmagania innych osób oraz umiemy wyciągać do nich pomocną dłoń, to rodzi się w nas wielkie "tak, ale" w odniesieniu do głęboko odczuwanej pobudki "zmniejszania własnego i cudzego cierpienia". To fakt, że pragnienia i motywy dotyczące współczucia konkurują w naszym umyśle z wieloma innymi: żeby poradzić sobie w świecie, żeby rywalizować z innymi ludźmi i ich pokonać, żeby się wzbogacić, żeby "zaliczyć", żeby bronić swojej grupy religijnej lub etnicznej. Jesteśmy gatunkiem reprezentowanym przez istoty złożone z wielu sprzecznych lub pozostających ze sobą w konflikcie elementów. Zdarza nam się nawet doświadczać radości na widok zniszczenia naszych wrogów i cieszyć się, gdy tyrani dostają kulkę w głowę. Przemysł filmowy koncentruje się na "dobrych", którzy zabijają "złych" z przyjemnością i w przekonaniu, że są usprawiedliwieni. Co smutne, także gry dla dzieci angażują te same obszary umysłu, wywołując przyjemność towarzyszącą symulacji strzelania i zabijania.

Ludzki umysł zatem jest pełen rywalizujących ze sobą pobudek. Jeśli żyjemy w zagrażającym świecie, który nie ceni współczucia, w którym raczej trzeba rywalizować z innymi i przez cały czas martwić się o pracę albo o to, czy nasz dom nie przejdzie w cudze ręce, to nie są to warunki odpowiednie do troski o współczujący umysł. W takim przypadku nasza wewnętrzna zdolność do współczucia okaże się podobna do zapomnianego ogrodu zarośniętego wybujałymi krzewami jeżyn. Co gorsza, może się pojawić myśl, że współczucie to słabość - coś miłego i ciepłego, w rodzaju pobłażania sobie czy poddańczej życzliwości (Phillips i Taylor, 2009)[5]. Tymczasem współczucie nie ma z tym nic wspólnego. Jak zobaczymy, wymaga ono siły, determinacji i odwagi w emocjonalnym kontekście życzliwości oraz kontaktu z innymi. Są one niczym nasiona czekające w ziemi na to, by ktoś się o nie zatroszczył i pozwolił im się rozwijać.

Rozumienie umysłu

Dzięki edukacji większość z nas w dużym stopniu opanowała matematykę lub historię, ale bardzo niewiele dowiedziała się o tym, jak funkcjonuje umysł. Społeczeństwa, których jedynym przedmiotem zainteresowania jest to, czy ich członkowie mogą pracować w pocie czoła od świtu do zmierzchu, nie pomagają ludziom w lepszym zrozumieniu siebie samych. Wspierają aspiracje dotyczące zostania inżynierem, tenisistą, pilotem czy sprzedawcą. W kulturze Zachodu dzieci nie uczy się, że radzenie sobie z własnym umysłem bywa bardzo trudne i złożone - tyle jest w nim pasji i uczuć mających źródło w mózgu, który ewoluował przez miliony lat. Nic albo prawie nic nie mówi się o tym, abyśmy byli uważni i współczujący wobec tego, co dzieje się w umyśle, ani o tym, że jedno i drugie może naprawdę pomóc, kiedy zmagamy się z lękiem, złością, depresją czy zwątpieniem w siebie. Biorąc pod uwagę postępy w psychologii i rozwój wiedzy na temat umysłu, jest to niemal katastrofa. Pokazuje jednak, w jak dużym stopniu celem edukacji jest stworzenie produktywnej jednostki.

Uznając, że współczucie zajmuje centralne miejsce w tradycjach duchowych takich jak chrześcijaństwo, a nawet od czasu do czasu czyniąc do nich pewne odwołania, będziemy w tej książce koncentrować się w większym stopniu na ideach buddyjskich, pochodzących z tradycji filozoficznej Wschodu. Buddyzm bowiem należy do tych nielicznych nurtów duchowych, według których należy poświęcić znacznie więcej czasu na to, by poznać i wytrenować umysł, gdyż bez takiej wiedzy i treningu nasz umysł łatwo staje się chaotyczny, niebezpieczny oraz podatny na strach, wściekłość i rozpacz. Teksty buddyjskie sugerują wprost, że niewytrenowany umysł może się znaleźć na granicy obłędu, ponieważ nie potrafi regulować własnych pasji i nieokiełznanych emocji - to dlatego tak często mamy w świecie do czynienia z potwornymi okrucieństwami i niesprawiedliwością.

Niemniej jednak chcemy od razu zaznaczyć, że idee te traktujemy jako koncepcję psychologiczną, a nie religię. Co więcej, Paul nie jest przekonany do pewnych metafizycznych założeń leżących u podstaw buddyzmu, takich jak potrzeba zasłużenia sobie na dobre ponowne narodzenie czy powiązanie bólu i cierpienia z nieodpowiednimi zachowaniami w poprzednim życiu, choć są one powszechne w większości szkół buddyjskich (Geshe Tashi Tsering, 2008). Według niektórych znawców sam Budda nigdy nie dokonywał tego rodzaju metafizycznych spekulacji. Dalajlama często mówił o tym, jak ważne jest rozróżnianie między psychologią buddyjską a bardziej metafizycznymi wymiarami buddyzmu. Psychologia buddyjska jest tak istotna dlatego, że przez tysiące lat koncentrowała się na umyśle: obserwowała, jak umysł wpada w różnego rodzaju tarapaty, oraz uczyła się go rozumieć i trenować, tak abyśmy mogli wieść spokojniejsze i bardziej zrównoważone życie. W nurtach zachodniej psychologii i psychoterapii również zaczyna sie dokonywać ważnych odkryć, jeśli chodzi o działanie umysłu, przez co obie te tradycje coraz bardziej się do siebie zbliżają, w miarę jak wnioski z badań naukowych potwierdzają większość nauk Buddy sprzed tysięcy lat dotyczących tego, jak istotne i efektywne jest obserwowanie i trenowanie własnego umysłu. Powiązanie ze sobą tych dwóch tradycji było ekscytującym aspektem pisania tej książki.

Ja, które możemy wybrać

Współczucie wymaga od nas kultywowania wewnętrznej zdolności i stawania się typem osoby nazywanym w tradycji buddyjskiej bodhisattwą - kimś, kto z zaangażowaniem stara się zrozumieć cierpienie oraz zmniejszać je wszędzie tam, gdzie to możliwe. Dlatego musimy trenować. Jak biegacz, który ciężko pracuje podczas codziennych porannych treningów, nawet kiedy jest zimno, ponieważ pragnie wziąć udział w maratonie, tak i my musimy aktywnie kultywować przymioty współczującego umysłu, zwłaszcza gdy droga staje się trudna, a przed nami pojawiają się różnego rodzaju wyzwania.

Stawanie twarzą w twarz z bólem i cierpieniem życia jest trudne. Wszyscy wiemy, iż nasze życie polega na tym, że przychodzimy na świat, przez chwilę rozkwitamy, rozsiewamy trochę genów, a potem starzejemy się i umieramy. To los wszystkich żyjących istot. Życie nie trwa wcale tak długo. Współcześnie przedstawiciele klasy średniej mogą się spodziewać, że z małą pomocą nowoczesnej medycyny i zdrowego trybu życia przeżyją od 25 do 30 tysięcy dni. Jeśli urodziliśmy się w biedzie, może to być znacznie mniej. Co oczywiste, w trakcie tych 25 tysięcy dni uderzą w nas i w naszych bliskich różne choroby i nieszczęścia.

Przygotowanie na to, że uczestniczymy w życiu, które szykuje dla nas wiele różnych chorób i sposobów bolesnego umierania, oraz że możemy być swoimi najgorszymi (niezmiernie okrutnymi) wrogami, bywa stresujące, a nawet traumatyczne. Choć może to wywołać w nas złość, lęk lub stres, to jednak zetknięcie się z takim cierpieniem porusza w nas pewną bardzo czułą strunę. Stanowi w istocie sygnał do przebudzenia się, które wymaga dużo odwagi. Jest to kluczowy element współczującego umysłu, a jedną z charakterystycznych cech bodhisattwy okazuje się przygotowanie na to, by zmierzyć się z rzeczywistością życia i znaleźć sposoby radzenia sobie z nim, które biorą się z odwagi, życzliwości i zaangażowania.

Szczerze mówiąc, być może jest to dość niefortunne, że chcąc sprzedać poradnik na temat współczucia, w pierwszych jego zdaniach piszemy o przebudzeniu do cierpienia! Zazwyczaj do poradników sięgamy po obietnicę lepszego samopoczucia, które zapewnić ma stosowanie się do zawartych w nich porad. Jakże pomoże nam w tym budzenie się do cierpienia? Cóż, nie chodzi o samo przebudzenie - kluczowe znaczenie ma to, co zrobimy potem. Nikogo pewnie nie zdziwi, że będziemy przekonywać, iż wiąże się to z ujarzmianiem i rozwijaniem cech współczującego umysłu, co rozpoczyna proces stopniowego przekształcania się naszego wewnętrznego świata i budzenia naszej zdolności do troszczenia się o siebie, innych ludzi i pozostałe istoty żyjące oraz o środowisko. Zatem chociaż nawet rzeczywistość jest trudna, to przebudzenie współczucia zmienia relację człowieka z samym sobą oraz ze światem - i to właśnie ma największe znaczenie.

Waga mądrości

Podążanie ścieżką rozwoju współczucia to przejaw mądrości. Mądrość zaś nie jest niczym tajemniczym ani mistycznym. To po prostu wiedza i doświadczenie, które dają początek wglądowi (Ardelt, 2003)[6].

Wiedza + doświadczenie = wgląd

Własną mądrość musimy budować; nie powstaje ona sama z siebie. Musimy pracować nad zdobywaniem wiedzy i wyciąganiem wniosków na temat przyczyn cierpienia. Naszym zdaniem typ mądrości, którą w sobie rozwijasz, zależy od tego, czym się kierujesz. I to właśnie tutaj motywy współczucia odgrywają kluczową rolę, ponieważ istnieje mnóstwo różnych pobudek, a co za tym idzie - mnóstwo różnych rodzajów mądrości. Gdy jesteśmy ukierunkowani na współczujące nastawienie do cierpienia, wówczas mądrość wiąże się z jego rozumieniem, tak aby możliwe było jego zmniejszenie. Zatem nasza motywacja ma podstawowe znaczenie dla określenia rodzaju poszukiwanej przez nas wiedzy oraz dla sposobów stosowania tejże wiedzy i zdobywanego doświadczenia.

Lotos w błocie

Metaforą tej książki jest lotos w błocie. Zdecydowaliśmy się na tę metaforę, ponieważ współbrzmi z podstawową wiedzą dotyczącą związku między bólem, cierpieniem i współczuciem. Pochodzi ona ze starożytnego mitu z tradycji buddyzmu mahajany. Mówiąc ogólnie, błoto reprezentuje naszą ciemniejszą stronę: skoncentrowanie na sobie, agresję, strachy i lęki, okrucieństwo, to, czego wolelibyśmy unikać, co chcielibyśmy zamieść pod dywan. Reprezentuje też surową rzeczywistość: życiowe zmagania i ból związany z tym, że wszystko przemija, a my znajdujemy się w strumieniu życia tylko przez krótką chwilę. Przy czym towarzyszy nam wiele wspólnych z innymi istotami motywów związanych z przetrwaniem i powodzeniem (więcej na ten temat piszemy w rozdziale 2). Każdego z nas może też spotkać w dowolnej chwili jakaś tragedia, która sprawi, że ziemia usunie nam się spod nóg. Błoto, rzecz jasna, uniemożliwia klarowne widzenie. Stanowi jednak pożywienie dla lotosu; bez niego lotos nie mógłby się pojawić. Dlatego też relacja między błotem a lotosem ma tutaj fundamentalne znaczenie. Podobnie współczucie powstało w wyniku ewolucji zachowań związanych z troską. Stanowi rezultat ewolucji, który nie zaistniałby, gdyby życie pozbawione było trudności.

Lotos nie może się oddzielić od błota ani go pozbyć, ponieważ zależy od niego. Tak samo i my. Współczucie budzi się wtedy, gdy napotyka cierpienie - nasze albo ludzi wokół nas. Lotos symbolizuje przebudzenie współczującego umysłu, przejście od skoncentrowanego na sobie poszukiwania przyjemności do zajmowania się istotą cierpienia. Towarzyszą temu motywacja oraz zaangażowanie w to, by wejść w błoto (cierpienie) i dbać o pozytywne przymioty, takie jak miłość, troska, zrozumienie czy radość, poprzez które otwieramy się na własny i cudzy ból życia, a także nań reagujemy. To podstawowy temat tej książki, który dokładniej zbadamy w rozdziale 6.

NAJWAŻNIEJSZE ZAGADNIENIA

- Na współczucie składają się dwie główne postawy czy też zdolności umysłowe: jedna pomaga nam się zaangażować w cierpienie, zrozumieć je, a druga wyrasta z podejmowanych przez nas zręcznych działań i wysiłków na rzecz zmniejszania cierpienia.

- W umyśle rywalizują ze sobą różne pobudki i predyspozycje. Aby wykształcić współczujący umysł, który miałby wpływ na nasze życie, musimy aktywnie trenować obie te postawy.

- W wielu tradycjach duchowych znaleźć można wspaniałe nauki dotyczące miłości i współczucia. Buddyzm jednak stanowi wyjątkowe źródło, ponieważ oferuje praktyczne metody trenowania umysłu we współczuciu.

- Zachodnia nauka obecnie również odkrywa sposoby pozwalające rozpocząć trening umysłu w celu poprawy dobrostanu i stworzenia życia opartego na głębszym współczuciu dla wszystkich nas.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

Podziękowania

Paul

Czuję się szczęśliwy, mogąc powiedzieć, że jestem wdzięczny tak wielu osobom. Przede wszystkim, co oczywiste, dziękuję mojej rodzinie, w tym Hannah (która propaguje współczucie na własnej stronie internetowej www.compassionatewellbeing.com) i Jamesowi za wsparcie i otuchę, a szczególnie - i z wielką miłością - Jean (która zazwyczaj budzi się sama, by stać się świadkiem mojego porannego pisania). Obecnie posługuję się programem przetwarzającym mowę na tekst (chcąc pozostać przy życiu, nie mogę pisać na klawiaturze), tak więc Jean od świtu słyszy, jak gadam pod nosem. Z całego serca dziękuję za udzielone wsparcie i za włożoną pracę Chrisowi Ironsowi, Kirsten McEwan i Corinne Gale, którzy przez wiele lat współpracowali ze mną przy badaniach - i z którymi, jak zobaczysz, miałem szczęście publikować - oraz poczynili wiele mądrych uwag do tekstu książki. Wyrazy szczególnej wdzięczności przekazuję Andrew Gumleyowi i Christine Braehler za opracowanie i przetestowanie podejścia współczucia w przypadku psychozy.

Serdeczne podziękowania składam też na ręce znajomych i przyjaciół z Compassionate Mind Foundation (www.compassionatemind.co.uk), a w szczególności: Diane Woollands, Chrisa Gillespie, Jean Gilbert, Mary Welford, Deborah Lee, Chrisa Ironsa, Michelle Cree, Kena Gossa oraz Iana Lowensa. W Ameryce trenowali ze mną Lynne Henderson, Dennis Tirch i Russell Kolts, wnosząc wiele lat doświadczenia w medytacji i psychologii klinicznej do rozwoju terapii skoncentrowanej na współczuciu oraz pisząc książki na temat nieśmiałości, lęku i złości. Mauro Galluccio badał podejście oparte na współczuciu w prowadzeniu negocjacji międzynarodowych. W całej Europie - a także w innych częściach świata - mamy wielu współpracowników, którzy korzystają z tego modelu na własne inspirujące sposoby. Wysiłki tych osób stopniowo dostarczają twardych dowodów na to, jak cenne jest podejście bazujące na współczuciu do wielu elementów życia. Stosowanie naukowego, opartego na dowodach modelu pracy to coś, czemu wraz z Chodenem jesteśmy szczególnie wierni.

Słowa podziękowania kieruję do Chrisa Germera za inspirującą pracę nad uważnością i samowspółczuciem oraz za gotowość do dzielenia się wiedzą i poradami z życzliwością i mądrością. Zainspirował nas także Matthieu Ricard. Jesteśmy mu niezmiernie wdzięczni za pewne praktyki, za liczne dyskusje, za czas, jaki poświęcił na przeczytanie fragmentów tej książki, oraz za to, że podzielił się z nami swoją mądrością i okazał nam życzliwość. Z wieloma jego koncepcjami związanymi ze współczuciem można się zapoznać, śledząc jego profil w serwisie YouTube. Pionierką w tej dziedzinie jest również Kristin Neff, skupiająca się na samowspółczuciu.

Od wielu lat jesteśmy orędownikami zaawansowanych szkoleń z zakresu terapii skoncentrowanej na współczuciu. Dziękujemy bardzo Paulowi Lumsdonowi i Guyowi Daly'emu, którzy dzięki swojemu entuzjazmowi umożliwili pod względem finansowym i organizacyjnym przeprowadzenie w styczniu 2012 roku pierwszego szkolenia podyplomowego z tej dziedziny, będącego wynikiem współpracy między Derbyshire Healthcare Foundation Trust a University of Derby. Pracownicy tegoż uniwersytetu Linda Wheildon, Michael Townend, a zwłaszcza Wendy Wood, kierownik programu, włożyli szczególnie dużo pracy w organizację wspomnianego szkolenia. Doświadczenie i entuzjazm Wendy były źródłem szczerej radości i wielkiego wsparcia.

Kiedy w 1976 roku rozpoczynałem pracę kliniczną, miałem niewielkie pojęcie o tym, jak ważne jest ukazanie osobom dotkniętym problemami zdrowia psychicznego wagi rozwijania w sobie współczucia. Specjalne podziękowania muszę skierować do wielu osób, z którymi pracowałem przez ponad trzydzieści ostatnich lat. Nauczyły mnie one nie tylko tego, że współczucie jest ważne, ale także tego, że wraz z nim mogą się pojawić trudności i problemy, obawy, smutki i tęsknoty. Bez tych osób, bez ich odwagi, spostrzeżeń i wsparcia, rozumielibyśmy obecnie znacznie mniej.

Na koniec wyrazy nie mniej głębokiej wdzięczności i przyjaźni chcę przekazać Chodenowi: za entuzjazm i za zaangażowanie we wspólny projekt, za wytrwałość w chwilach zmęczenia oraz za wysiłek na rzecz równoważenia istotności wniosków naukowych z osobistą praktyką. Nasza współpraca bez wątpienia mnie zmieniła i wiele nauczyła. Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec tego procesu.

Choden

Chciałbym wyrazić swoje uznanie i zarazem podziękować mojemu duchowemu nauczycielowi lamie Jesze Rinpoczemu za mądre i pełne współczucia wsparcie oraz kierowanie mną na ścieżce buddyzmu przez wiele lat.

Chcę też podziękować Robowi Nairnowi za przyjaźń i mądrość w kształtowaniu naszego wyjątkowego podejścia. Nasza współpraca zaowocowała stworzeniem Mindfulness Association. Misją tego stowarzyszenia jest prowadzenie szkoleń z zakresu uważności opartej na współczuciu.

Chciałbym wyrazić swoje uznanie dla Mindfulness Association jako źródła nauk i praktyk uważności wspomnianych w rozdziałach 7 i 8 tej książki. Każdy, kto jest zainteresowany opisanym w tych rozdziałach treningiem uważności opartej na współczuciu, może zajrzeć na stronę www.mindfulnessassociation.net.

Dziękuję także osobom stanowiącym trzon Mindfulness Association, które nadały kształt wspomnianemu treningowi: Heather Regan-Addis, Nortonowi Bertramowi-Smithowi, Vinowi Harrisowi, Annick Nevejan, Fay Adams, Kristine Janson, Clive'owi Holmesowi i Angie Ball.

Dziękuję doktor Charlotte Procter za pracę nad podręcznikiem Mindfulness Scotland manual, który miał wpływ na nasz trening uważności, co częściowo znalazło swoje odzwierciedlenie w rozdziale 7 tej książki.

Na koniec, co nie umniejsza wcale jego wagi, dziękuję Paulowi za wsparcie i życzliwość w ciągu ostatnich kilku lat. Paul jest wspaniałym przyjacielem.

Z kolei wspólnie chcielibyśmy podziękować za ciężką pracę zespołowi Constable & Robinson. Na szczególne podziękowania zasłużyła Fritha Saunders, której nigdy nie brakowało słów otuchy i entuzjazmu. Wspaniale się z nią pracuje. Mieliśmy ogromne szczęście, że była redaktorką naszej książki.