3.
Po pamiętnej rozmowie w domu pań Werde i wyznaniu Ofelii sprawy nie ułożyły się najlepiej. I teraz - choć minęło już sporo czasu od tamtego dnia, nie wyglądały pomyślnie.
Helena nadal nie chciała wrócić do swojej rodziny.
Zaraz po całej tej awanturze po prostu nie mogła ochłonąć. Wybiegła z mieszkania tak szybko, że zapomniała nawet torebki. Potem długo stała na bulwarze nad Wisłą, próbując dojść do siebie. Co robić? Do kogo się zwrócić? Jej myśli od razu popłynęły w kierunku Mikołaja, ale przygryzła wargi. Ich ostatnia rozmowa nie ułożyła się dobrze. Lena myślała wyłącznie o sobie i swoim problemie, a on miał jej przecież coś ważnego do przekazania. Wyciągnęła telefon i wybrała numer Balbiny. Przyjaciółka odebrała szybko, właściwie po jednym sygnale.
- Co się stało, Lena? - rzuciła z niepokojem.
Koleżanka zaczęła streszczać jej wydarzenia całego popołudnia rozemocjonowanym głosem. Inka z trudem mogła się połapać w tym, co usłyszała, bo jej rozmówczyni relacjonowała wszystko chaotycznie i urywanymi zdaniami. A zatem przyjaciółka zdobyła się na rozmowę z Ofelią i Sylwią i dowiedziała się prawdy... To nie Sylwia była jej matką, a uznawana dotąd za siostrę Ofelia. Mroczna tajemnica wyszła wreszcie na jaw, burząc spokój rodziny. W dodatku ze słów Heleny wynikało, że pojawił się też jej brat... Jaki, do cholery, brat?
- Helu, widzę, że jesteś zdenerwowana. Może chciałabyś do mnie przyjechać? Mieszkam niedaleko Parku Krakowskiego, opowiesz mi wszystko, porozmawiamy...
Lena zdecydowała się od razu. Nawet było jej na rękę, że Balbina nie mieszka na Dębnikach. Chyba nie zniosłaby przebywania tutaj dłużej, nie w tym stanie ducha.
Wsiadła do autobusu, szczęśliwie odnajdując w kieszeni drobne na bilet, i po kwadransie była już niedaleko domu przyjaciółki. Park Krakowski właśnie otwarto po odnowieniu. Wszystkie te miesiące, gdy pozostawał zamknięty, otoczony blaszanym ogrodzeniem, Helena spędziła zajęta swoimi sprawami: zmaganiami z chorobą i efektami ubocznymi leczenia, problemami rodzinnymi i mydlarnią. Praktycznie nie wystawiała nosa poza Dębniki, wówczas czuła się z tym dobrze, bezpiecznie. Teraz dopiero co ujawniona prawda sprawiła, że poczucie bezpieczeństwa pękło jak mydlana bańka. Nic już nie miało być takie jak przedtem. Młoda kobieta poczuła chęć wyrwania się poza własne środowisko.
Ku jej zdumieniu park nie stracił niczego ze swojego dawnego uroku, ba... okazał się dużo piękniejszy. Alejki były szersze, ławki ładniejsze, pojawiło się więcej kolorowych roślin i budzący zachwyt plac zabaw, ale wciąż był to ten sam stary, dobry park z niebanalnymi abstrakcyjnymi rzeźbami, teraz odrestaurowanymi. "Jeśli chcemy, by wszystko zostało tak, jak jest, trzeba, by wszystko się zmieniło"[1] - przypomniała sobie Helena swój ulubiony cytat i po raz kolejny uznała, że jest zaskakująco głęboki. Czy nie można go było odnieść do jej własnej sytuacji? Dużo by za to dała, a jednak w obecnej chwili nie wydawało się jej to realne.
Przeszła przez park i wkroczyła między wysokie kamienice. To tutaj w bocznej uliczce mieszkała Balbina. Dom był czteropiętrowy i jak prawie wszystkie tutaj - z bramą przechodnią pomiędzy dwiema ulicami. Helena wspięła się na drugie piętro po podniszczonych schodach, które przypominały jej te znane z Kamienicy pod Gwiazdą, a potem zadzwoniła do drzwi.
Inka mieszkała w elegancko urządzonym, wygodnym mieszkaniu. Choć Helena pozostawała mało wrażliwa na wnętrzarskie trendy, musiała przyznać, że przyjaciółka nie szczędziła środków na wyposażenie swojego lokum. Wszystko tu było piękne i w doskonałym gatunku, istne mieszkanie z katalogu, w dodatku perfekcyjnie posprzątane, co Lenę, urodzoną bałaganiarę, trochę przeraziło. Nie lubiła sterylnych pomieszczeń. Brakowało jej w nich tej odrobiny szaleństwa, za którą ceniła ludzi. Natychmiast się jednak przywołała do porządku. Czy ład w mieszkaniu musi automatycznie oznaczać, że Inka jest pozbawiona fantazji? To chyba zbyt daleko idące uproszczenie.
- Ładnie mieszkasz - zauważyła, a lekarka od razu się roześmiała.
- Wiem, że to nie w twoim stylu, bo ty wolisz większą różnorodność. Mnie jednak takie wnętrza uspokajają. Przeżywam tyle stresów w pracy, codziennie muszę podejmować wiele ważnych decyzji, że w domu chcę się wyłącznie wyciszyć.
Helena skinęła głową, myśląc z uśmiechem o swojej kuchni w niezapomnianym stylu lat dziewięćdziesiątych, odziedziczonej po Ofelii, i minimalistycznej łazience, którą z kolei sama zaprojektowała. Tak, Inka miała rację - Lena lubiła być przekorna: łączyć ze sobą skrajności, nie poddawać się modom, a nawet iść pod prąd. Ponieważ w ciągu ostatnich kilku godzin wszystko, o czym pomyślała, przenosiła na własną sytuację życiową, także i teraz zaczęła się zastanawiać, jak jej charakter wpływa na to, z czym przyszło się jej zmierzyć. Może jest zbyt niepoukładana, za bardzo rozedrgana, nie potrafi okiełznać emocji, spojrzeć trzeźwo na rzeczywistość i to stanowi jej największy kłopot? No, ale jak się uspokoić w takich okolicznościach, w jaki sposób zachować dystans i obiektywizm osądu?
- Usiądźmy. - Lekarka poprowadziła ją do nowocześnie urządzonej kuchni z jadalnią. Było tu jasno i przestronnie. Helena musiała przyznać rację koleżance: w takiej przestrzeni umysł łatwiej się oczyszczał.
Z ulgą opadła na kanapę i podparła dłonią głowę.
- Jak zareagowała Ofelia? - spytała Balbina, podając koleżance lemoniadę domowego wyrobu, którą ta przyjęła z wdzięcznością.
- Odważnie. Natomiast mama... to znaczy babcia - bardzo dziwnie.
- Co masz na myśli? - dopytywała gospodyni, zajmując fotel naprzeciwko.
Helena poruszyła ramionami.
- Stchórzyła. Zamierzała się do końca wypierać. Ofelia nie wytrzymała i na nią krzyknęła... W ogóle nie masz pojęcia, jakie to wszystko zrobiło się skomplikowane. Te listy, które babcia przetrzymywała... Boże, już się przyzwyczajam tak o niej mówić. Czy przywyknę do tego, aby tak o niej myśleć i w taki sposób ją traktować?
- Przeżyłaś wielki wstrząs, to zrozumiałe, że masz mętlik w głowie. Próbujesz sobie wszystko zracjonalizować i uporządkować. I bardzo dobrze. Ale opowiedz mi o listach. O co właściwie chodzi?
- Ofelia dostawała je od Tymona Ilnerskiego, swojego chłopaka. Wyjechał z rodzicami z Polski tuż przed stanem wojennym, wysyłał te listy z Francji w latach osiemdziesiątych. Były przechwytywane i chowane. Ofelia, to znaczy... mama, nic o tym nie wiedziała. Miranda przypadkowo znalazła pudełko, ale nic nie mogłyśmy z tym zrobić...
- Dlaczego? - nie rozumiała Inka. - Bałyście się konsekwencji?
Helena ponuro skinęła głową.
- Ja na pewno tak. Powstrzymywałam Mirandę przed ujawnieniem tego, nawet powinnam chyba powiedzieć: zniechęcałam ją. Obawiałam się, iż to wywróci nasz świat do góry nogami, zresztą już wtedy miałam świadomość, że nie wszystko się zgadza, że coś się kryje w tym domu, w którym tak starannie zachowujemy iluzję szczęśliwej rodziny.
Balbina przygryzła wargi.
- Mylisz się. Wciąż jesteście szczęśliwą rodziną. Znalazłyście się tylko w skomplikowanej sytuacji.
Lena roześmiała się nerwowo.
- Mroczny sekret, który odmienił całe nasze życie. Tak to wygląda. Wracając do listów... Nie powiedziałyśmy nic, ale jakiś czas później Miranda znalazła przypadkiem pod dywanem kartkę pocztową od Tymona Ilnerskiego, nadawcy wszystkich listów. Pocztówka zaplątała się, gdy pudełko otwarło się przypadkiem, a korespondencja wypadła na podłogę.
- I co Miranda zrobiła? Przeczytała ją? - zainteresowała się Inka.
- Owszem. Tymon pisał, jak bardzo tęskni za Ofelią, prosił o jakikolwiek kontakt, podawał adres. Mira wysłała mu wiadomość.
- Po tylu latach? Nie konsultując tego z matką?
- Wiem, to było szalone, ja także zmyłam jej głowę. Ale... Poczułam też ulgę. Wydawało się, że sprawa załatwiła się sama, bez mojego udziału, mimo moich wahań. Potem odczułam to jeszcze raz, gdy on nie odpisał. Wmówiłam sobie, że to kończy wszystko, nie trzeba nikogo o niczym informować, kwestia listów sprzed lat jest zamknięta.
- Mógł przecież nie dostać wiadomości od Mirandy. Minęło wiele lat, ludzie się przeprowadzają.
- To jasne, ale ja wolałam wierzyć, że nie odpisuje, bo uznał, iż to nie ma sensu. To on zadecydował, nie my. No, ale niespodziewanie przysłał tutaj swojego syna, Pierre'a. Gdy go zobaczyłam, Inka... Jesteśmy tacy podobni! Od razu mnie olśniło, pewne rzeczy stały się jasne... Choć już wcześniej się domyślałam, a Mrowińska potwierdziła moje podejrzenia.
- Że Tymon Ilnerski jest twoim ojcem? To dlatego Sylwia ukrywała listy? - Balbina zmarszczyła brwi.
- Tak. Nagle wszystko ułożyło się dla mnie w logiczną całość: to, co powiedziałaś mi ty, i ta sprawa listów. No i okazało się, że mam brata. Co prawda, przyrodniego, ale zawsze.
- Miranda także jest twoją przyrodnią siostrą - podkreśliła lekarka.
Helena charakterystycznym ruchem odgarnęła włosy z czoła.
- Właśnie, zawsze podejrzewałam... nie - przeczuwałam, że z nami dwiema jest coś nie tak. Nigdy nie traktowałam jej jak siostrzenicy, była dla mnie raczej przyjaciółką, kumpelką do zabaw. Mimo różnicy wieku. Nawet Ofelia często mawiała, że my obie przypominamy nastolatki. Wcześniej myślałam, że chce mnie w ten sposób skrytykować, ale teraz odnoszę wrażenie, iż próbowała mi uświadomić prawdę. Nie, Inka, takie rzeczy nie mogą być trzymane w tajemnicy bez końca. Przypadkiem padnie jakaś aluzja, niejasne skojarzenie, które wzbudzi niepokój, że może jednak pozory mylą. Niejeden raz tak było, dlatego czułam podświadomie, że coś jest nie w porządku. Ze mną, z całą rodziną, z tym życiem.
- Nie myśl w ten sposób - upomniała ją zdecydowanie koleżanka. - Ofelia pewnie wiele razy chciała ci o tym powiedzieć, tylko się bała. Podobnie jak ty, gdy znalazłaś listy. To był po prostu obopólny lęk przed faktami. Gdy za daleko zabrnie się w kłamstwa, trudno jest oddzielić zmyślone historie od tych autentycznych i stanąć z nimi twarzą w twarz. Myślę też, że się wstydziła...
- Czego? Chyba nie tego, że w wieku siedemnastu lat została matką? Nie widzę w tym żadnych powodów do zakłopotania. Takie rzeczy zdarzały się i nadal mają miejsce.
- Nie o to chodzi. Obawiała się raczej, że nie zrozumiesz, dlaczego przez tyle lat milczała. Wstydziła się swojego tchórzostwa - cicho dodała lekarka.
Helena przeniosła na nią wzrok:
- Inka, ja wszystko rozumiem. Powiedz mi tylko, dlaczego nikt nie liczył się z moimi uczuciami i przeżyciami? One milczały, bo uznały, że tak będzie lepiej, ja jedna o niczym nie miałam pojęcia. A teraz, gdy to się wydało, okazuje się nagle, że mama i babcia są najbardziej poszkodowane w całej tej sytuacji, tak? Bo poniosły emocjonalne koszty, przez całe lata się zadręczały. A ja? Mnie nic się nie stało, bo o niczym nie wiedziałam? Mój ból jest mniejszy?
- Niczego takiego nie powiedziałam. Uważam, że Sylwia i Ofelia powinny były ujawnić prawdę. Im szybciej by się to stało, tym łatwiej można by się z tym pogodzić. Ukrywając fakty, nie tylko ciebie skazały na lata domysłów, ale i sobie zgotowały piekło na ziemi. Na pewno jednak myślały, że robią dobrze, może nawet poświęcają się dla tej sprawy...
- O czym ty w ogóle gadasz? - zirytowała się Lena. - O jakim poświęceniu? To była cyniczna maskarada obliczona na to, że nikt się nie dowie i będzie można żyć spokojnie. Babcia udająca kobietę w ciąży, by matka mogła spokojnie wrócić do szkoły. Czy nie wydaje ci się to okrutne?
- Tak, lecz nie wyłącznie dla ciebie. Zgodzę się, że to ciebie przede wszystkim dotyczy ta sprawa, ale one też zapłaciły swoją cenę. Jak myślisz, dlaczego Ofelia ma teraz kłopoty ze zdrowiem? Od lat to dusi w sobie, nie może uzewnętrznić swoich uczuć. Pomyśl, jak ona się czuła przez ten czas, gdy musiała patrzeć, jak jej dziecko wychowuje ktoś inny. Najbliższy - to prawda, ale jednak nie ona. I to nie do niej mówiłaś "mamo", nie u niej szukałaś pociechy.
- Zrobiła to na własne życzenie. Mogła mi powiedzieć. Było tysiąc okazji...
Balbina westchnęła. Przyjaciółka miała z pewnością rację, ale jej pretensje nie pomagały w uporaniu się z całą historią. Pomyślała, że trzeba na to więcej czasu. Spokoju i rozmów z samą sobą.
- Hela, nie oglądaj się wstecz - poprosiła. - Pogódź się z tym, że zaczynacie nowy rozdział. Jak chcesz go napisać? Obawiam się, że ani Sylwia, ani Ofelia nie wyjaśnią ci już swoich motywacji, a jeśli nawet, to ich wytłumaczenia nie będą satysfakcjonujące. Nie doradzam, żebyś o wszystkim zapomniała, ale drążenie ich intencji nie ma sensu, nie pomoże ci. Zastanów się, w jakim miejscu się znalazłaś i co możesz zrobić. A właściwie - co chcesz zrobić, bo to jest nawet ważniejsze.
Koleżanka spojrzała na nią ze smutkiem. Potem wstała i podeszła do drzwi balkonowych. Chwilę patrzyła na kamienice otaczające wewnętrzne podwórko. W oknach zapalały się powoli światła, toczyło się zwykłe życie. Jej świat zupełnie się zmienił. Czy na gorsze? Przypomniała sobie, że Mikołaj zawsze mówił o wyzwalającej roli prawdy. Gdyby jego teoria okazała się słuszna, czułaby się teraz tylko lepiej. A jednak nadal przygniatał ją nieznośny ciężar. Pretensji, rozwianych złudzeń, może nawet zranionej miłości własnej. Tak. Dała się oszukać najbliższym osobom i nie rozumiała, jak one mogły jej to zrobić. Znowu poczuła złość, tę pierwotną siłę napędową wszystkich działań, także zmian. Nie była to złość nasycona rozpaczą, ale pełna zawiedzionych uczuć, które wciąż pulsują, a tłumione próbują wydostać się na zewnątrz.
- A co z twoim ojcem? Czy on o tobie wie? - Balbina przywołała ją do rzeczywistości.
Helena odwróciła się gwałtownie.
- Na pewno wcześniej nie miał pojęcia. No ale teraz... Myślę, że Pierre będzie mu chciał o tym powiedzieć. On albo moja... matka. - Lena głośno przełknęła ślinę.
- Zamierzasz się z nim spotkać?
Helena miała nieokreśloną minę.
- Sama nie wiem. Nie jestem pewna, czy on tego chce. Zyskać dorosłą córkę, w dodatku w takich okolicznościach, to chyba duże przeżycie...
- Nie większe od nagłego przemeblowania całej rodziny. - Inka uśmiechnęła się blado.
Ich spojrzenia skrzyżowały się.
- Jestem taka skołowana... Nie chcę wracać teraz do domu, Balbina, po prostu nie potrafię się z tym zmierzyć... Mogę zostać u ciebie? Na trochę?
- Możesz zostać, jak długo chcesz, ale myślę, że powinnaś zawiadomić Sylwię i Ofelię. Będą odchodziły od zmysłów. Nawet jeżeli nie kwapisz się do rozmowy z nimi, należy im się wiadomość, gdzie jesteś. Skoro nie masz na to siły, ja zadzwonię. Będziesz potrzebowała też trochę rzeczy osobistych. Mogę to za ciebie załatwić, tylko daj mi klucze od swego mieszkania.
Spojrzała na lekarkę z ulgą.
- Dałabyś radę? Nie myśl, że tchórzę. Po prostu jestem tak rozstrojona, że nie mam teraz chęci tego wałkować. Kto, co, jak, dlaczego - to są pytania, z którymi sama się muszę uporać. Możliwe, że masz rację i trzeba po prostu to przeciąć, nie badać przyczyn, nie drążyć zamiarów. Przyjąć do wiadomości, że ludzie są słabi i zachowują się irracjonalnie. Potem żałują, ale nie potrafią się wycofać z raz źle obranej ścieżki. Wiem, że powinnam tak myśleć, ale na razie nie mam siły wznieść się ponad swój żal i poczucie krzywdy...
Inka położyła jej dłoń na ramieniu.
- Nie musisz przecież. To trauma, nawet jeśli tak tego nie postrzegasz. Potrzeba czasu, zanim poskładasz sobie świat na nowo. Może źle, że tak to podkreślam, ale moim zdaniem najgorsze masz już za sobą. To oczywiste, że ta sprawa wisiała nad twoją rodziną jak czarna chmura, gdy zanosi się na burzę, a jeszcze nie pada. Wszyscy spodziewają się nagłej ulewy i piorunów, a nic się nie dzieje. Robi się duszno, oczekiwanie na nieuchronne dobija. Tak było u was - żadna nie miała odwagi wystąpić otwarcie. Teraz dostałyście szansę na odbudowanie rodziny lub... definitywne zniszczenie. I od ciebie głównie zależy, w którą to pójdzie stronę.
Helena odwróciła głowę. Nie chciała, żeby przyjaciółka zobaczyła, że płacze.
[1] Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Gepard, tłum. S. Kasprzysiak, Warszawa 2015, s. 28.