2.
Sprawdzała właśnie, czy ściany w dziecięcym pokoiku wystarczająco wyschły, aby pomalować je jeszcze raz, gdy odezwało się zdecydowane pukanie do drzwi.
Zuzanna rzuciła okiem na bliźnięta - spały jeszcze, zmęczone zabawą, a potem posiłkiem. Malowanie nie przysporzyło jej problemów. Kupiła farbę w sklepie na rynku, gdy następnego dnia po przybyciu do nowego mieszkania zapakowała bliźniaki do wózka i wybrała się po zakupy. Zdecydowała się na delikatny odcień zimnego błękitu. Chciała, żeby dzieci otaczała spokojna barwa nieba.
Pokój był tak mały, że pomalowanie poszło naprawdę szybko i teraz Zuza była wręcz upojona swoim sukcesem. Trzeba przejechać farbą jeszcze raz, aby pozbyć się wszelkich smug, a potem wyszorować podłogę, umyć okna i dzieci będą miały w końcu własne miejsce. Następnie będzie się mogła zabrać za salon. Co to dla niej? Nie ma rzeczy niemożliwych!
Pukanie nasiliło się, więc Lorenc wypłukała ręce nad zlewem w kuchni i poszła otworzyć.
W drzwiach stała dziewczyna, a właściwie młoda kobieta, o regularnych rysach twarzy i niesamowitych jasno-brązowych włosach poskręcanych w miliony sprężynek. Na widok Zuzanny potrząsnęła głową i uśmiechnęła się szeroko.
- Jestem sąsiadką z dołu, nazywam się Jakubowska. Zauważyłyśmy samochód meblowy. Sprowadziłaś się? Jesteś córką profesora Stanisławskiego?
- Pasierbicą - odpowiedziała krótko gospodyni i lekko się skrzywiła.
Dziewczyna z włosami jak sprężyny zdawała się tego nie dostrzegać, tylko ciekawie zaglądała do środka.
- Może wejdziesz na chwilę - zaprosiła ją Zuza.
Sąsiadka wyglądała sympatycznie i matka bliźniąt nie widziała powodów, by nie zacząć nawiązywać normalnych kontaktów, zwłaszcza że okazja sama się nadarzyła.
- Bardzo chętnie. Nigdy tutaj nie byłam, a zawsze mnie ciekawiło, jak ten strych wygląda.
- Mansarda - poprawiła gospodyni.
- Tak, poddasze. Kiedyś nawet wlazłam na dach, żeby zajrzeć przez okno, ale mama mnie ochrzaniła. To zresztą było bardzo dawno, jeszcze jak chodziłam do szkoły. Profesor rzadko się tutaj pojawiał. Mama go znała, ale ja to już wcale. Babcia opowiadała, że tę pracownię to dostał w latach siedemdziesiątych i ukrywał się tu w stanie wojennym. Możliwe. Ja w każdym razie urodziłam się dopiero w dziewięćdziesiątym drugim i w ogóle tego nie pamiętam. Ładnie się urządziłaś, ale strasznie tu brudno. Jeśli chcesz, mogę ci pomóc w sprzątaniu.
Powiedziała to wszystko na jednym oddechu, a Lorenc spojrzała na nią bardzo zdumiona. Dziewczyna pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Wiem, za dużo gadam. Wszyscy tak mówią. Podobno nie pozwalam nikomu dojść do słowa, ale to nieprawda. Jak masz na imię?
- Zuza, a ty?
- Jestem Miranda[2].
- Że jak? - zdziwiła się niezbyt grzecznie gospodyni, a nowo przybyła wybuchnęła śmiechem.
- To przez mojego pradziadka. Był absolutnie zakręcony na punkcie Szekspira i umyślił sobie, że wszystkie dziewczęta w jego rodzie będą nosiły imiona bohaterek z tych sztuk. Dziadek i mój ojciec całkowicie popierali to szaleństwo. Jak możesz sobie wyobrazić, rodzina była liczna i normalne imiona szybko się pokończyły. Moja babcia jest, co prawda, Sylwią, ale mama ma już na imię Ofelia.
- Żartujesz!
Zuza chciała coś jeszcze dodać, ale Miranda jej nie pozwoliła.
- Wcale nie. Nie muszę dodawać, że nie cierpi tego imienia. Wszyscy mówią do niej Fela, co, moim zdaniem, jest równie komiczne. No ale pomyśl: mogła być Hermioną albo Rozalindą. Moja ciotka nosi za to imię Helena, więc całkiem normalnie, choć też z Szekspira.
- To zupełnie niewiarygodne - stwierdziła Lorenc.
Sąsiadka pokręciła głową.
- Nie przesadzaj, może tylko dziwne. Piękny fortepian - zmieniła temat. - To ty wczoraj grałaś?
- Tak, sprawdzałam instrument po nastrojeniu. - Zuza była zdumiona, że dźwięk aż tak bardzo się tutaj niesie.
- Ten dom jest okropnie akustyczny. W łazience słychać, jak Marta Olesińska przewraca naleśniki w swojej kuchni - tak przynajmniej utrzymuje Helena. Babcia słyszała twoją grę i kazała mi dzisiaj tu przyjść, żeby podziękować. Ona uwielbia Księżycową. Ponoć miała wrażenie, jakby aniołowie pojawili się pod naszym dachem. Babcia lubi przesadzać - aniołowie na Gwiaździstej? Bardzo to poetyczne, nie powiem, ale w tej kamienicy i w takim sąsiedztwie? Szczerze wątpię!
- Dlaczego? - zainteresowała się Lorenc. - Ludzie są tu niesympatyczni?
Miranda skrzywiła się wymownie.
- Gryźnięci.
- Gryźnięci? - Nie rozumiała gospodyni.
- Tak mówi Hela. Po prostu coś ich ugryzło. Powiem ci szczerze, nie kochamy się w tym domu za bardzo. Okropnie sztywne towarzystwo tu mieszka.
Sąsiadka rozejrzała się po salonie i, zauważywszy kanapę, podeszła do niej, a potem rozsiadła się wygodnie.
- Może napijesz się czegoś? Kawy? Herbaty? - Zuzanna zaproponowała to z rozbawieniem, bo dziewczyna wydała jej się dosyć niezwykłą osobą. Niekonwencjonalną i niezbyt liczącą się z powszechnie panującymi zasadami.
- Nie, dziękuję, nie będę ci robiła kłopotu. Naprawdę zawsze mnie interesowała ta pracownia. Mama uznała, że mam na jej punkcie obsesję. Wyobrażałam sobie, że tu jest pełno obrazów profesora Stanisławskiego... - To ostatnie dodała z taką pretensją w głosie, że Zuza uznała, iż powinna jakoś się wytłumaczyć.
- Tutaj ich na pewno nie ma. Edmund... To znaczy ojczym nigdy ich tu nie trzymał.
- Ależ na pewno były! Babcia opowiadała, że długo korzystał z tej pracowni, a w stanie wojennym drukowali tu bibułę, jakieś książki nawet...
Tak. Opozycyjna przeszłość jej ojczyma. Wspaniałe heroiczne lata, które uwielbiał wspominać, żeby się nimi chwalić. Młody wówczas artysta pomagający tworzyć szatę graficzną podziemnych wydawnictw i odbijający na powielaczu ulotki. A obecnie szanowany profesor architektury wnętrz i właściciel znakomicie prosperującej firmy budowlanej.
- Wszystkie obrazy ma na uczelni albo u siebie w domu. - Lorenc powiedziała to takim tonem, że nawet Miranda zrozumiała, iż nie należy drążyć tematu, o ile chce pozostać z nową znajomą w przyjacielskich stosunkach.
Spłoszona rozejrzała się ponownie po pokoju. Dostrzegła łóżeczka, w których spali w najlepsze Jaś i Basia.
- Dzieciaczki! - Ucieszyła się i natychmiast odruchowo ściszyła głos do szeptu. - Mogę podejść? - zapytała, po czym, nie czekając na zgodę matki, zeskoczyła z kanapy i zbliżyła się do bliźniąt. - Jakie cudowne! - Zachwyciła się szczerze. - Pewnie masz z nimi kupę roboty? No, ale jak trochę podrosną, to się będą bawiły ze sobą, a to już zysk.
- Tak mówią - rzuciła Zuzanna. - Bo może też tak być, że będą się ciągle bić.
- Nie mów tak. Takie cudowne dzieci... To na pewno aniołeczki.
- Owszem, jak śpią...
Roześmiała się, ale naraz coś jej się przypomniało i natychmiast spoważniała.
- Powiedz mi, Mirando, czy tu w okolicy funkcjonują jakieś przedszkola, kluby malucha? Niedługo będę musiała zacząć rozglądać się za pracą, więc...
- Kim jesteś z zawodu? Grasz w jakim zespole? - przerwała jej w swoim stylu sąsiadka.
- Tak, jestem pianistką. Do koncertowania chyba już nie wrócę, ale mogłabym na przykład uczyć muzyki. Tylko nie wiem, czy mi się uda. Ciężko znaleźć taką pracę w środku roku szkolnego.
Dziewczyna o szekspirowskim imieniu zmarszczyła brwi.
- Przy rynku widziałam przedszkole. Nie wiem, czy są tam jakieś miejsca, bo nigdy się tym nie interesowałam, ale mogę zapytać moją kierowniczkę. Ona zna tu wszystkich i na pewno wie.
- A ty czym się zajmujesz? - zaciekawiła się Zuza.
- Według mojej matki niczym. Pracuję w bibliotece na część etatu. Organizuję warsztaty dla dzieci, kataloguję zbiory, przygotowuję gazetki ścienne, wypożyczam książki. Takie tam, niewielkie rzeczy za małe pieniądze. Mnie to jednak bardzo cieszy. Praca jest ciekawa i w różnych godzinach, nie można się nudzić. No i udaje mi się wygospodarować czas, żeby zająć się babcią na zmianę z Heleną.
- Babcia jest chora? - ostrożnie zapytała Lorenc.
Miranda pokręciła głową.
- Po prostu słaba. Ma prawie osiemdziesiąt lat i niemal wcale nie wychodzi z domu, boi się. Niedowidzi, więc lubi, kiedy jej się czyta książki albo puszcza muzykę z płyt. A rozmawiać mogłaby godzinami. Jest bardzo towarzyska i niesamowicie pogodna. Babcia Sylwia to najlepszy człowiek na świecie. Musisz ją koniecznie poznać, zresztą zapraszamy cię do nas jutro na śniadanie.
- Bardzo dziękuję, chętnie przyjdę. - Ucieszyła się Zuza, którą już zainteresowała ta rodzina.
Sąsiadka oderwała się od łóżeczek bliźniąt i ponownie przemaszerowała po salonie.
- Mów, co chcesz, ale ja uważam, że tu jest masa do zrobienia. Pomagałam przy remoncie czytelni, to wiem. Trzeba pomalować, uszczelnić podłogę i koniecznie naprawić okna. Nie mam też pojęcia, w jakim stanie jest ten kominek. Jeżeli zima będzie dalej trzymać, zamarzniecie tu na amen. Strach pomyśleć, co się będzie działo, a w tym domu nie ma przecież żadnego administratora, nie będzie się nawet komu poskarżyć!
- Jak to? - Nie rozumiała gospodyni. - Przecież każdą nieruchomością ktoś zarządza. Płaci się czynsz, ktoś sprząta i tak dalej.
- No właśnie: " i tak dalej". U nas nie ma żadnego " dalej". To jest przedwojenna kamienica z przedwojennym właścicielem. A to oznacza, że nie wiadomo, do kogo należy. Ten zarozumiały bufon z parteru, Nowacki, co to ma sieć restauracji, chciał ją nawet kupić i dowiadywał się w urzędzie. Ale ponoć dom nie jest na sprzedaż. Przed laty administrowała nim spółdzielnia mieszcząca się nieopodal rynku, a potem powiedzieli, że sami mamy się nią zajmować, sprzątać i robić naprawy. No więc Nowacki wymyślił, że trzeba założyć specjalne konto, na które będziemy wpłacać pieniądze z przeznaczeniem na te wszystkie rzeczy. Taki czynsz, jak wcześniej do spółdzielni. I tak to właśnie działa. Jeśli ci się zatem kominek popsuje lub rynna przedziurawi, to do kogo masz zadzwonić po pomoc? Do Nowackiego? Do banku, gdzie jest konto? No właśnie... Wszystko musisz załatwić sama. To okropnie niewygodne i pewnie dlatego ta kamienica wygląda jak wygląda, a wszyscy patrzą na siebie wilkiem. Każdy uważa, że robi więcej niż pozostali, a pieniądze przydałyby się na zupełnie inne rzeczy.
- Aż tak nie możecie się dogadać? - Nie rozumiała Zuza.
Zbliżała się pora podwieczorku i bliźnięta zaczęły już przeciągać się w łóżeczkach. Poszła więc do kuchni, przygotować im przekąskę. Miranda podreptała za nią.
- Nowacki mieszka przykładowo na parterze, prawda? No to on by chciał, żeby ciągle naprawiać drzwi wejściowe, bo mu wieje, a poza tym każdy trzaska, jak wchodzi. Pani Pieniążkiewicz przeszkadzają rynny. Wiesz, ona mieszka z brzegu i rzeczywiście ma taki pokój, gdzie krzyżują się rynny. Ty z kolei zajmujesz lokal pod dachem, mogłabyś więc cały czas domagać się pieniędzy na remont poszycia. Tak właśnie u nas jest. Olesińscy z drugiego piętra cały czas gadają tylko o schodach, żeby je wymienić, a najlepiej zainstalować windę. Windę w dwupiętrowym przedwojennym domu! Chyba na głowę upadli.
- A wy? Czego wy byście chciały? - zainteresowała się mało dyskretnie Lorenc.
Miranda wzruszyła ramionami.
- My chyba świętego spokoju. Za to Helena...
- Co z nią?
- Jej zależy na sklepie.
- Twoja ciotka prowadzi sklep? Gdzieś w okolicy?
Jakubowska pokręciła głową, a potem poprowadziła sąsiadkę do okna. Latarnie dobrze oświetlały całą okolicę.
- Widzisz tutaj po prawej podwórko naszej kamienicy? Sąsiaduje z tym drugim domem, pod dziewiątką. We wspólnym podwórku kiedyś była pralnia. Babcia mówiła, że to się nazywało " pralnia paryska", choć Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego. Po pralni nie zostało nawet wspomnienie, bo kto teraz pierze bieliznę poza domem, chyba tylko biznesmeni na delegacjach, a tych u nas raczej nie uświadczysz, więc lokal od wieków stoi pusty. Hela chce tutaj założyć sklep i swoją manufakturę.
- Manufakturę? Czego? - Lorenc spróbowała sobie wyobrazić ciotkę Mirandy. Po tym wszystkim, czego już się dowiedziała o szekspirowskiej rodzinie, wyobrażała ją sobie jako krzepką gospodynię zajmującą się domowej roboty przetworami i wypiekami. Może Helena zamierzała stworzyć sklep z marmoladą i konfiturami albo jeszcze lepiej - cukierenkę z przepysznymi ciastami? To byłaby wspaniała wiadomość! Latem Zuza mogłaby wpadać z dziećmi na kawę i coś pysznego, właściwie nie wychodząc z domu. A gdyby krewna nowej znajomej sprzedawała również bułki, co rano mieliby świeże pieczywo.
- Mydło. - Wyrwała ją z tych rojeń sąsiadka. - Hela zamierza wytwarzać mydło.
- Poważnie? - Zuza zdumiała się po raz kolejny tego popołudnia.
- Otóż niestety tak. Helena wyznaje taką teorię, że ten, kto potrafi robić mydło, może podbić cały świat.
- Ciekawe - mruknęła ostrożnie gospodyni. Ciotka Mirandy zaczynała zmieniać się w jej wyobrażeniach w rewolucjonistkę.
- Jeszcze jak! Hela robi naprawdę wspaniałe mydło. Chciałaby go produkować więcej, sprzedawać w swoim sklepie. Umyśliła sobie, że założy go właśnie w starej pralni. Wiesz, pralnia, mydło, to nawet jakaś kontynuacja. No, ale nie wiadomo, jak będzie...
- A co się stało? - Nie rozumiała Lorenc. - Sąsiedzi się nie zgadzają? Przecież to nie jest uciążliwa produkcja. Chyba nie wiąże się z jakimiś szkodliwymi dla zdrowia dodatkami?
- No coś ty! Każdy w domu ma mydło. Niebezpieczny jest wyłącznie ług, ale ciotka umie się z nim obchodzić, możesz być pewna. Oczywiście sąsiedzi nie byli szczęśliwi, że coś się tu zmienia, choć w końcu zgodzili się wydać jej klucze do pralni, ale najgorsze są te problemy własnościowe. Czyj jest ten lokal? Kto może z niego korzystać i na jakich warunkach? Jednym słowem - kołomyjka.
- Może pismo, które otrzymałyśmy, rozwiąże sprawę? - zadumała się Zuza, biorąc Basię na ręce, bo mała przebudziła się i zaczęła płakać.
- Też dostałaś? Mama strasznie się tym przejęła. Jest pewna, że nas wyrzucą. Helena z kolei uważa, że to niemożliwe.
- A babcia?
- Babcia w ogóle się tym nie interesuje. O właśnie... - Popatrzyła na zegarek. - Muszę iść, żeby zrobić jej herbatę. Opowiem jej o tobie, ucieszy się. Mam do ciebie prośbę: zagraj potem coś ładnego, babcia będzie zachwycona.
- Mogę zagrać, nie ma problemu. Jakieś życzenia?
- Najbardziej lubi Popołudnie fauna Debussy'ego, muszę bez przerwy włączać tę płytę.
- Tylko że to jest utwór symfoniczny, nie fortepianowy - wyjaśniła Zuzanna, wsadzając Basię do krzesełka i podając jej serek z owocami. - Mam jednak dla twojej babci coś specjalnego.
- Ale co? - spytała z ciekawością Miranda.
- Zobaczysz, niech to będzie niespodzianka.
- Dobrze. Zatem lecę. Wpadnij jutro rano koło dziewiątej, oczywiście z dziećmi. Będziemy czekały.
- Do zobaczenia.
Kiedy już Miranda zniknęła za drzwiami, Zuza się roześmiała. Zabawna dziewczyna. Jeżeli wszyscy " gryźnięci" sąsiedzi mieliby się okazać tacy jak ona, byłoby naprawdę świetnie.
Jaś także się obudził i zaczął wyciągać rączki. Matka wyjęła go z łóżeczka, po czym posadziła w drugim krzesełku.
- Pora na podwieczorek. Ja także zasłużyłam na kawę.
Nakarmiła dzieci, a potem przeniosła się z nimi na wielką matę do zabawy, którą dla wygody rozłożyła przed kominkiem. Basia od razu zaczęła się przemieszczać w kierunku pluszaków, a Jaś zajął się grającą książeczką.
Rozejrzała się po salonie. Miranda niestety miała rację. Pomieszczenie, choć z dużym potencjałem, prezentowało się na razie niezbyt wystrzałowo. Zuza westchnęła. Oby wystarczyło pomalowanie ścian. Jeżeli kominek jest uszkodzony lub, nie daj Boże, zepsuty, może nie starczyć jej pieniędzy i wtedy będzie musiała poprosić kolejny raz o pomoc Edmunda, a na to nie miała zbyt wielkiej ochoty.
Poza tym nie wiadomo, co się kryło za dziwnym zawiadomieniem od notariusza. A jeżeli rzeczywiście znalazł się właściciel i zechce ich wyrzucić?
- Wystarczy, że podniesie czynsz - powiedziała na głos, robiąc zabawną minę do Jasia, który roześmiał się i zaczął machać rękami. - Wtedy i tak będę się musiała wyprowadzić.
Nie. Postanowiła nie dawać się czarnym myślom. Taką w końcu miała receptę na lepszą część życia, którą właśnie zaczynała. Żadnego martwienia się na zapas i ulegania złym nastrojom. Podobno nie można się zmienić na zawołanie i ze smutasa przeobrazić się w wesołka, a z czarnowidza w optymistę, ale ona postanowiła dokonać w sobie właśnie takiej metamorfozy. " Nie oglądaj się za siebie i nie myśl o tym, co złe" - takie hasło kazała wypisać na etui telefonu komórkowego, gdy zmieniała numer. Tym samym chciała się całkowicie odciąć od niedobrych emocji i poprzedniego życia. Od czekania i zaklinania losu.
Jaś pisnął, więc Zuzanna uznała, że pora na kolację i kąpiel. Czas z dziećmi upływał jej szybko i - co tu kryć - to zajęcie uspokajało ją. Lubiła patrzeć, jak bawią się przekładaniem klocków, czy pokazywać im obrazki w książeczkach. Razem rysowali albo starali się lepić zwierzątka z plasteliny. Miała wtedy wrażenie, że sama wraca do dzieciństwa, w dodatku może to robić całkowicie bezkarnie.
Wielka żeliwna wanna była co prawda mocno leciwa, ale w doskonałym stanie. Raczej rzadko ktoś z niej korzystał, w końcu pracownia stała pusta przez wiele lat. Wyszorowana i wybielona prezentowała się naprawdę dobrze i - co ważne - bez trudu mieściła wielką plastikową wanienkę, w której Zuza sadzała dzieci. Jasiowi i Basi kleiły się już oczy, gdy układała ich w łóżeczkach. Włączyła delikatną muzykę i poczekała, aż zasną. Dopiero wtedy zabrała się za porządkowanie pokoju. Gdy usypiały na dobre, nic nie było ich w stanie wybudzić.
Wyjrzała przez okno na podwórze. Dawno zapadł już mrok. W ciemnościach zimowego wieczoru, oświetlany tylko punktowym światłem, zaniedbany ogród wyglądał fantastycznie. Suche badyle pokryte czapami śniegu sprawiały co prawda nieco przygnębiające wrażenie, ale plątanina gałęzi dzikich drzew i krzewów miała w sobie coś urzekającego. Szkoda, że nikt nie dbał o to miejsce, bo niewielkim nakładem pracy można by zrobić z niego prawdziwą perełkę. Z któregoś z mieszkań na parterze na pewno było wyjście do ogrodu i Zuzannę ciekawiło, kto z lokatorów tak zapuścił ten teren.
Może ten biznesmen Nowacki, o którym wspominała Miranda? - zastanowiła się. Taki człowiek na pewno nie ma czasu na tępienie chwastów i przycinanie drzew. Działająca w amatorski sposób wspólnota mieszkańców także zapewne nie była skłonna przekazywać środków finansowych na utrzymanie zieleni. Na pewno były pilniejsze potrzeby. Ogród więc dziczał i niszczał, stając się powoli zupełnie niedostępnym miejscem. Teraz, gdy drzewa straciły liście, a ziemię przykrywała warstwa śniegu, można było z grubsza zorientować się w pierwotnym założeniu tego miejsca. W świetle ulicznej latarni Zuzanna widziała, że ktoś musiał przed laty wytyczyć alejki i klomby, istniał nawet jakiś niewyraźny zarys architektury ogrodowej, być może sadzawki? Szkoda jednak, że obecnie tak to wszystko marnie wyglądało. Z drugiego okna salonu widać było z kolei podwórko oficyny, w której Helena chciała zlokalizować swój sklep. Gdy Zuzanna wysiliła wzrok, dostrzegła kontur starego szyldu pralni. Była bardzo ciekawa tego miejsca i obiecywała sobie wszystko dokładnie zbadać następnego dnia.
Na razie jednak wróciła do pokoiku dzieci. Ściana przeschła, postanowiła więc pomalować ją jeszcze raz. Kiedy skończyła, z satysfakcją obejrzała swoje dzieło. Miała nadzieję, że wkrótce wszystko wyschnie i będzie mogła posprzątać, a potem ustawić tam meble bliźniąt.
Popatrzyła na ich spokojne i szczęśliwe twarze i ją także ogarnął spokój. Miała wreszcie przekonanie, że podjęła właściwe i jedyne możliwe decyzje.
Wzięła prysznic, przebrała się, a potem usiadła do fortepianu. Chwilę trzymała dłonie na klawiaturze, a potem spod jej palców popłynęła czarodziejska muzyka Clair de lune Claude'a Debussy'ego. Księżyc zbliżył się do okna ciekawie, oświetlając swym bladym światłem resztki ogrodowej sadzawki z niewielkim posągiem na środku. Na krótką chwilę to miejsce stało się dziwnym widmowym światem z innej epoki.
Skupiona na grze Zuza nie miała pojęcia, że wydobywające się spod jej palców dźwięki zaczarowały ogród. Nie wiedziała też, że pani Klara Pieniążkiewicz wyglądająca przez okno swojego mieszkania aż krzyknęła ze strachu, jakby zobaczyła ducha. Ten widok, niezwykłe migotliwe światło, przypomniał jej o czymś, co dawno już chciała pogrzebać w pamięci.
Pani Klara westchnęła i odeszła od szyby. Drżącymi dłońmi sięgnęła do szuflady bieliźniarki i z wysiłkiem wydobyła spod sterty nieużywanych obrusów kopertę ze zdjęciami. Zaczęła je przeglądać. Po chwili fotografie wypadły jej z dłoni i rozsypały się wokół niej jak wyblakłe czarno-białe płatki zapomnianych kwiatów. Pani Klara patrzyła na nie zamglonym wzrokiem i oddychała z wysiłkiem. Z poddasza wciąż dobiegały cudowne dźwięki fortepianowej muzyki.
[2] Miranda to postać z Burzy Wiliama Szekspira. Potem kolejno wymieniane są bohaterki dramatów: Dwaj panowie z Werony (Sylwia), Hamlet (Ofelia), Opowieść zimowa (Hermiona), Jak wam się podoba (Rozalinda) i Sen nocy letniej (Helena).