p

Until You. The Redemption. Tom 1 - K. Bromberg

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (29,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Crew

WYCZER­PA­NIE MIE­SZA SIĘ Z EU­FO­RIĄ, GDY POD­JEŻ­DŻAM pod stary wik­to­riań­ski dom i za­trzy­muję sa­mo­chód. Kurz, który unosi się z nie­bru­ko­wa­nego pod­jazdu, wpada przez otwarte okna, osiada na nas i po chwili z tyl­nego sie­dze­nia do­biega prze­sa­dzony ka­szel.

- Je­śli to jest to świeże wiej­skie po­wie­trze, o któ­rym cią­gle mó­wisz - rzuca sar­ka­stycz­nie Addy, a Pa­ige wy­daje z sie­bie ko­lejne dra­ma­tyczne kaszl­nię­cie, jed­no­cze­śnie od­pę­dza­jąc chmurę pyłu od twa­rzy - to nie, dzięki.

Chi­cho­czę. Moje miesz­czu­chy czeka bru­talne prze­bu­dze­nie. Znają tylko zgiełk Chi­cago.

- To tylko kurz, dziew­czyny.

- Za­raz nam po­wiesz, że kurz bu­duje cha­rak­ter - mówi Pa­ige i prze­wraca oczami.

- Oczy­wi­ście, że tak.

Wi­dzę w lu­sterku wstecz­nym, jak wy­mie­niają spoj­rze­nia, które mogą ozna­czać albo kło­poty, albo ak­cep­ta­cję. Kto je tam wie. Ale za­nim zdążę się nad tym za­sta­no­wić, obie dziew­czyny otwie­rają drzwi i wy­ska­kują z sa­mo­chodu. Ich okrzyki pod­eks­cy­to­wa­nia mie­szają się ze śmie­chem roz­brzmie­wa­ją­cym w po­wie­trzu, gdy bie­gną w kie­runku we­randy, opie­rają dło­nie o szyby okienne, za­glą­dają do środka, po czym zbie­gają po scho­dach na trawę pro­wa­dzącą do nie­ogro­dzo­nego po­dwó­rza na ty­łach domu.

Sie­dzę da­lej w sa­mo­cho­dzie, z dłońmi na kie­row­nicy, uśmie­cham się z ulgą, a całe na­pię­cie z ostat­nich osiem­na­stu mie­sięcy po­woli od­pływa z mo­jego ciała. A przy­naj­mniej za­czyna, bo na­pra­wie­nie wszel­kiego zła, które nas do­pro­wa­dziło do tego miej­sca, zaj­mie wię­cej niż kilka chwil.

Dom i jego oto­cze­nie nie za­wo­dzą mo­ich wspo­mnień z dzie­ciń­stwa. Ma szary si­ding z ciem­no­nie­bie­skimi okien­ni­cami i choć jest dość mały w po­rów­na­niu do działki, na któ­rej stoi, jego obec­ność jest nie­za­prze­czalna na polu dzi­kich kwia­tów po pra­wej, bu­dyn­ków go­spo­dar­czych po le­wej i ogrom­nej ogro­dzo­nej we­randy z huś­tawką, którą mam tuż przed oczami.

Dom.

Z dala od świa­teł mia­sta, kor­ków, cha­osu i nie­bez­pie­czeń­stwa.

Tym bę­dzie przez kilka naj­bliż­szych mie­sięcy - z jego skrzy­pie­niem i trzesz­cze­niem, ci­szą i wszyst­kim po­mię­dzy - miej­scem do od­po­czynku, zdro­wie­nia i po pro­stu by­cia bez za­mętu ze­wnętrz­nego świata. I nie mógł­bym być bar­dziej wdzięczny.

Chwila, którą so­bie da­łem, mija. Głę­boki od­dech, żeby przy­jąć fakt, że na­prawdę wła­śnie to zro­bi­łem. Że to znio­słem. Że to miej­sce po­cie­sze­nia, które mia­łem w dzie­ciń­stwie, te­raz za­to­czyło pełne koło i stało się moje, gdy je­stem do­ro­sły. Jest zu­peł­nie inne od Chi­cago z jego cią­głą pa­pla­niną i pod­skór­nym stra­chem wy­mie­sza­nym z ad­re­na­liną to­wa­rzy­szącą każ­demu te­le­fo­nowi, który od­bie­ra­łem.

Z jego cią­głym przy­po­mi­na­niem mi, co się stało, gdzie­kol­wiek się ob­ró­ci­łem.

Nie tylko dziew­czyny będą mu­siały się przy­zwy­czaić do ży­cia na wsi.

- Tato! Tato! Chodź, zo­bacz! - krzy­czy Pa­ige, ma­cha­jąc na mnie ręką, że­bym przy­szedł i zo­ba­czył, co zna­la­zły.

Jej oczy są pełne eks­cy­ta­cji i ten wi­dok na­tych­miast wpra­wia mnie w osłu­pie­nie, bo jest tak po­dobna do swo­jej matki.

Jak ona mo­gła od nich odejść? Odej­ście ode mnie to jedno - zde­cy­do­wa­nie mam swoje wady - ale od nich? Dwóch nie­sa­mo­wi­tych osób, które ra­zem stwo­rzy­li­śmy? Jak po­mysł o wy­jeź­dzie za gra­nicę, prze­lot­nym ro­man­sie i krót­kich te­le­fo­nach może być sa­tys­fak­cjo­nu­jący dla ja­kie­go­kol­wiek ro­dzica, a co do­piero ich matki?

Po pro­stu tego nie ro­zu­miem.

- Tato - od­zywa się jed­nym sło­wem moja nie­cier­pliwa i na­bur­mu­szona na­sto­latka.

- Tak. Idę. - Kręcę głową, pró­bu­jąc po­zbyć się na­głego ukłu­cia, które czuję od czasu do czasu. Czuję, że za­wio­dłem swoje dziew­czyny, bo nie udało mi się prze­ko­nać ich matki o isto­cie jej obec­no­ści w ich ży­ciu. To twoja sprawa, Britt. Mój uśmiech roz­sze­rza się jed­nak, gdy wy­su­wam się zza kie­row­nicy i roz­pro­sto­wuję nogi na ziemi, która na­leży do ro­dziny Mad­de­nów dłu­żej, niż żyję.

Ro­dzina. Ko­rze­nie. Spo­kój.

Czy nie tego dla nich chcia­łem? Tro­chę świe­żego po­wie­trza? Moż­li­wo­ści włó­cze­nia się? No­wych do­świad­czeń? Z dala od cią­głego przy­po­mi­na­nia o... stra­cie i pracy, która im mnie pra­wie ode­brała?

- Co zna­la­zły­ście? - Do­cie­ram do Pa­ige i gła­dzę dło­nią jej plecy, pod­czas gdy ona wska­zuje na tył domu, a całe jej ciało wi­bruje z nie­wiary w tę jedną rzecz, o któ­rej im nie po­wie­dzia­łem. Po­trze­bo­wa­łem ja­kiejś nie­spo­dzianki, na wy­pa­dek gdyby po ci­chu sza­lały z nie­po­koju na myśl o zo­sta­wie­niu swo­jego ży­cia na ja­kiś czas.

- Ba­sen? - krzy­czy Addy, która ma te­raz szare oczy otwarte sze­roko jak spodki, a po­liczki za­ru­mie­nione. - Mamy ba­sen?

- O czym wy mó­wi­cie? Jaki ba­sen? - py­tam non­sza­lancko i pod­cho­dzę do miej­sca, w któ­rym mogę go zo­ba­czyć. - Ha. Kto by po­my­ślał? Jak to się stało?

Ich pi­skliwe krzyki prze­ci­nają po­wie­trze, gdy te dwie iden­tyczne je­de­na­sto­latki rzu­cają się na mnie i du­szą w naj­moc­niej­szym uści­sku, na jaki je stać. "Dzię­kuję" i "o Boże" lecą nie­ustan­nie z ich ust, gdy dziew­czyny pod­bie­gają do brzegu ba­senu, za­nu­rzają w nim ręce i spraw­dzają wodę.

Ten ucisk w mo­jej klatce jesz­cze bar­dziej po­pusz­cza.

To była do­bra de­cy­zja, Crew. Może nie naj­ła­twiej­sza, bo za­bra­łeś je ze wszyst­kiego, co znały, ale wła­ściwa.

- Może wej­dziemy do środka i zo­ba­czymy, jak tam jest. Pięć po­koi i...

- Tak! - zo­staje wy­krzy­czane uni­sono, gdy dziew­czyny prze­py­chają się wo­kół mnie i bie­gną do drzwi fron­to­wych. Idę za nimi lżej­szym kro­kiem i z peł­niej­szym ser­cem.

Na­stęp­nych dwa­dzie­ścia mi­nut to cha­otyczne zwie­dza­nie. Prze­cho­dzimy od po­koju do po­koju. Za­glą­dam pod prze­ście­ra­dła, któ­rymi przy­kryte są me­ble, jak mi się wy­daje, cał­kiem nowe. Cie­szę się, że choć to dom, z któ­rego on się prak­tycz­nie wy­pro­wa­dził, nie sprze­dał jesz­cze me­bli.

Po­koje zo­stają wy­brane - Pa­ige de­cy­duje się na żółty, a Addy na ja­sno­brą­zowy - cho­ciaż wiem, że naj­pew­niej będą spać w tym sa­mym, bo rzadko kiedy się roz­dzie­lają. Ostroż­nie jed­nak ak­cep­tuję ich de­cy­zje. Przy­szło im to zbyt ła­two, je­stem ra­czej przy­zwy­cza­jony do tego, że kłócą się o wiele rze­czy, mimo że po­zo­stają naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami.

Za­glą­dam do głów­nej sy­pialni, w któ­rej jest wię­cej miej­sca, niż będę kie­dy­kol­wiek po­trze­bo­wał. Łóżko pod ścianą ma nowy ma­te­rac owi­nięty w fo­lię. Wiel­kie wy­ku­szowe okna wy­cho­dzą na za­chód. W ła­zience znaj­dują się ka­bina prysz­ni­cowa i wol­no­sto­jąca wanna.

Wszystko jest po pro­stu wspa­niałe.

Wie­dzia­łem, że mój wu­jek Ian prze­bu­do­wał to miej­sce kilka lat temu, ale tego się na pewno nie spo­dzie­wa­łem. Je­śli do­brze pa­mię­tam, jest ra­czej ty­pem czło­wieka od pro­jek­tów skoń­czo­nych w po­ło­wie i prze­sa­dzo­nych wy­stro­jów.

Dla­tego zgo­dzi­łem się na jego ofertę: przy­jazd do Re­demp­tion Falls i na­prawę kilku rze­czy w domu, za­nim wy­stawi go na sprze­daż pod ko­niec wrze­śnia.

Tro­chę za­dań dla zło­tej rączki i odro­bina pracy ma­nu­al­nej w za­mian za miej­sce, w któ­rym mo­żemy się za­trzy­mać na naj­bliż­sze cztery mie­siące.

Jak dla mnie - nie­zła umowa.

To jed­nak w ogóle nie przy­po­mina pro­jek­tów skoń­czo­nych w po­ło­wie, któ­rych się spo­dzie­wa­łem.

- Nie­sa­mo­wite.

- Ale fajne.

Ko­men­ta­rze dziew­czyn po­dą­żają za mną, gdy spraw­dzam każde po­miesz­cze­nie w domu. Z przy­zwy­cza­je­nia za­pi­suję, gdzie znaj­dują się drzwi i okna, które w naj­bliż­szych dniach mam przy­go­to­wać do in­sta­la­cji naj­no­wo­cze­śniej­szego sys­temu alar­mo­wego.

Mimo że je­stem na przy­mu­so­wym urlo­pie w po­li­cji, na­dal mam to we krwi.

Trudno się do tego przy­zwy­czaić - być gliną, ale jed­no­cze­śnie nie móc nim być. Prze­su­wam dło­nią po pra­wym boku, a stward­niała bli­zna pod ko­szulą wy­raź­nie przy­po­mina mi ko­lejny po­wód, dla któ­rego się tu zna­la­złem. Dla­czego wy­co­fa­łem się z Chi­cago dla tych dwóch dziew­czyn, które chi­cho­czą, zbie­ga­jąc po scho­dach, jedna za drugą.

- Po­sta­no­wi­ły­śmy, że ten do­dat­kowy po­kój bę­dzie na­szym po­ko­jem in­flu­en­cer­skim - mówi Pa­ige.

- Po­ko­jem in­flu­en­cer­skim? - py­tam, wzdy­cha­jąc w du­chu, gdy sta­wiam na pod­ło­dze kilka to­reb z za­ku­pami, które zro­bi­li­śmy po dro­dze.

- Tak. Lu­dzie ko­chają bliź­nięta. Po­sta­wimy tło...

- Ce­kiny czy gład­kie tło? - prze­rywa jej Addy.

- Bę­dziemy miały jedno i dru­gie. Róż­no­rod­ność jest ważna. A po­tem ku­pimy tę lampę pier­ście­niową, na którą tata się zgo­dził i...

- Tri­pod do trzy­ma­nia te­le­fonu.

- To bę­dzie ta­kie nie­sa­mo­wite. - Pa­ige koń­czy za nie obie. I, jak gdyby to ćwi­czyły, obie prze­krzy­wiają głowy i pa­trzą na mnie z ocze­ki­wa­niem. - Prawda, tato?

Moje wes­tchnie­nie jest gło­śną re­zy­gna­cją na wieść, że w per­spek­ty­wie mam obej­rze­nie ja­kie­goś mi­liona tu­to­riali o wło­sach i ma­ki­jażu. Każdy czło­wiek ma swoje gra­nice wy­trzy­ma­ło­ści, a ja na­prawdę, je­stem już bli­sko.

- Tak, ja­sne. Nie­sa­mo­wite. Ale nie do końca je­stem za­chwy­cony tym, że wa­sze twa­rze będą w in­ter­ne­cie. To ja będę kon­tro­lo­wał to, co zo­sta­nie opu­bli­ko­wane. Bez praw­dzi­wych na­zwisk. Bez ozna­cza­nia, gdzie je­ste­ście. Jest wielu...

- Złych lu­dzi, któ­rzy chcą zro­bić złe rze­czy. - Addy prze­wraca oczami i pry­cha, a Pa­ige po­wta­rza bez­gło­śnie ten re­fren, który sły­szały tak wiele razy, ile ja mu­sia­łem oglą­dać ich tu­to­riale do­ty­czące urody.

- Czy to nie ty mó­wisz, że w każ­dej sy­tu­acji można iść na kom­pro­mis? - pyta Pa­ige, mru­ga­jąc oczami i sztur­cha­jąc sio­strę, prze­ko­nana, że tego nie wi­dzę.

Wiem, kiedy trak­tują mnie jak prze­ciw­nika, i te­raz bez wąt­pie­nia tak jest.

- Ow­szem - mó­wię, ki­wa­jąc głową, po czym za­czy­nam wyj­mo­wać je­dze­nie z to­reb i usta­wiać je obok na bla­cie.

- Dla­czego to ro­bisz? - pyta Pa­ige.

- Co ro­bię? - Czy na­dal roz­ma­wiamy o bez­pie­czeń­stwie w in­ter­ne­cie? O by­ciu in­flu­en­ce­rem? Co?

- Wyj­mu­jesz je­dze­nie z torby i kła­dziesz je na bla­cie. Dla­czego nie wsta­wisz go od razu do sza­fek?

Moja dłoń ze sło­ikiem sosu do ma­ka­ronu za­trzy­muje się w po­ło­wie drogi na blat. Ona ma ra­cję.

- Po pro­stu... - Tak ro­biła wa­sza matka. Słowa za­mie­rają mi na ustach, a ja zmu­szam się do uśmie­chu, żeby to ukryć. - Nie­ważne. Wiesz co? Masz ra­cję. - Pod­cho­dzę do spi­żarki z torbą za­ku­pów i za­czy­nam ukła­dać jej za­war­tość na pół­kach bez ładu i składu. Wiem, że póź­niej w ty­go­dniu za­peł­nię ją i prze­or­ga­ni­zuję, ale na ra­zie to wy­star­czy.

Tych kilka pro­duk­tów wy­gląda nędz­nie na pół­kach spi­żarki, ale mamy spi­żarkę, a to wię­cej, niż mie­li­śmy w sta­rym miesz­ka­niu, w któ­rym je­dze­nie prze­cho­wy­wa­li­śmy w schowku na kurtki.

Te­raz mu­szę zna­leźć ta­le­rze w tym ba­ła­ga­nie pu­deł, które przy­nio­słem z sa­mo­chodu. Z rę­kami na bio­drach pa­trzę na dzie­sięć kar­to­nów upchnię­tych w kuchni, prze­kli­na­jąc się za to, że żad­nego nie opi­sa­łem.

- Tam jest list od two­jego, kim­kol­wiek on jest - mówi Addy, wska­zu­jąc na stertę pa­pie­rów na końcu blatu.

- To mój dzia­dek stry­jeczny, co ozna­cza, że to wasz pra­dzia­dek stry­jeczny -wy­ja­śniam, choć sam na­zy­wam go wuj­kiem.

- Wow. Mu­sia­łeś ko­goś cho­ler­nie wku­rzyć.

- Ję­zyk - ostrze­gam, od­sta­wia­jąc ostat­nią część za­ku­pów, i od­wra­cam się, żeby zo­ba­czyć, jak szpera w ster­cie pa­pie­rów. - Po pierw­sze, nie bądź taka wścib­ska. A po dru­gie, kto jest na mnie wku­rzony?

- Ten, kto to na­pi­sał. - Pod­nosi kilka li­stów. - A one tu so­bie po pro­stu le­żały. To nie ty mó­wisz, że to, co leży na wierz­chu, nie jest tajne?

Nie­sa­mo­wite, co dzieci pa­mię­tają, gdy to pa­suje do ich celu.

Pod­cho­dzę, biorę od niej plik pa­pie­rów i fi­glar­nie kle­pię ją nim po gło­wie.

- Ktoś przy­wiózł tu z Chi­cago swoje py­skate od­zywki.

- My­śla­łeś, że zo­sta­wi­łam tam to, co we mnie naj­lep­sze? - Po­syła mi uśmiech, który mówi, że w naj­bliż­szych la­tach zde­cy­do­wa­nie będę miał kło­poty.

Kogo ja oszu­kuję? Już mam kło­poty.

- Szczę­ściarz ze mnie - dro­czę się.

- Czy to od tej pani, która mieszka tam? - pyta Pa­ige, wska­zu­jąc w stronę chatki.

- Tak mi się wy­daje - od­po­wia­dam.

Czy to nie był je­den je­dyny mi­nus w ofer­cie wujka Iana? Że mam być te­raz go­spo­da­rzem bu­dynku dla lo­ka­torki chatki po pra­wej stro­nie pod­jazdu? Peł­ni­łem już kie­dyś taką funk­cję i był to co naj­mniej kosz­mar.

- Czy mo­żemy pójść się z nią przy­wi­tać? Zo­ba­czyć, jaka jest i czy ma dzieci? - pyta Addy.

- Nie. Zo­staw­cie ją. Je­śli tam mieszka, to naj­pew­niej lubi pry­wat­ność. Ostat­nim, czego się spo­dziewa, je­ste­ście wy dwie, na­pa­da­jące na nią. Poza tym...

- Poza tym co?

Poza tym nie zdą­ży­łem jesz­cze spraw­dzić panny Ten­ny­son West.

- Nic. Nie­ważne. - Uśmie­cham się do dziew­czyn, a po­tem spo­glą­dam na no­tatki i po ko­lei je prze­rzu­cam.

To są skargi na jej chatkę.

Skargi wy­naj­mu­ją­cego? Zaj­mij się tym.

Ci­śnie­nie wody jest nie­sta­bilne.

Kli­ma­ty­za­cja działa z prze­rwami.

Pod­grze­wacz cie­płej wody zdaje się nie­sprawny, pra­cuje tylko spo­ra­dycz­nie.

Li­sty są na po­czątku uprzejme. Po­tem, gdy prze­glą­dam ko­lejne, stają się bar­dziej sta­now­cze.

Nie­które są pi­sane od­ręcz­nie, czar­nym pi­sa­kiem, inne na kom­pu­te­rze. Na kar­tecz­kach sa­mo­przy­lep­nych i pa­pe­te­rii. I każdy z nich jest pod­pi­sany imie­niem Tenny.

Wszyst­kie są uza­sad­nio­nymi skar­gami wy­naj­mu­ją­cego. Nie mogę po­wie­dzieć, że sam nie pi­sał­bym po­dob­nych, gdyby mnie to do­ty­czyło.

Ale skargi to ostat­nia rzecz, z którą chcę mieć do czy­nie­nia. Przy­je­cha­łem tu­taj po pro­ste ży­cie dla dziew­czy­nek i sie­bie. Nie po to, żeby mu­sieć zaj­mo­wać się jesz­cze jedną osobą, jesz­cze jedną kom­pli­ka­cją, jesz­cze jed­nym bó­lem głowy.

A na­jem­czyni sta­nowi w za­sa­dzie kom­pli­ka­cję, mimo że lubi trzy­mać się na ubo­czu.

Nie je­stem wiel­kim fa­nem kom­pli­ka­cji. Zwłasz­cza że gdy po­ja­wia się jedna, po­ciąga za sobą ko­lejne.

I to mnie naj­bar­dziej mar­twi.

Zer­kam przez okno ku­chen­nej wnęki w stronę chatki. Jest ja­kieś sto jar­dów da­lej, a dęby ro­snące wo­kół po­sia­dło­ści pra­wie cał­ko­wi­cie mi ją za­sła­niają. To nie zna­czy, że mi­ja­jąc ją po dro­dze do domu, nie zer­k­ną­łem, pró­bu­jąc oce­nić, z kim przyj­dzie mi dzie­lić po­sia­dłość.

Z eklek­tycz­nych do­ni­czek na fron­to­wym ganku wy­le­wały się ko­lo­rowe kwiaty, a na szczy­cie scho­dów umiesz­czono parę ró­żo­wych klap­ków. Na pod­jeź­dzie stał za­par­ko­wany star­szy, ale do­brze utrzy­many jeep. Te­ren wo­kół po­se­sji był przy­strzy­żony, a trawa równo sko­szona. Na drzwiach wej­ścio­wych znaj­do­wała się siatka bez­pie­czeń­stwa, co wy­da­wało się tro­chę nie na miej­scu, bio­rąc pod uwagę, że naj­gor­szym prze­stęp­stwem, ja­kie miało miej­sce w Re­demp­tion Falls w ostat­nim roku, była grupa na­sto­lat­ków gra­ją­cych w ba­se­ball ze skrzyn­kami na li­sty. Ale w końcu za­mie­rzam za­in­sta­lo­wać tu­taj sys­tem alar­mowy, więc ja­kie mam prawo oce­niać?

Ona dba o to miej­sce. To mu­szę jej przy­znać.

Miejmy tylko na­dzieję, że jest miłą, utrzy­mu­jącą po­rzą­dek, po­wścią­gliwą są­siadką, a nie wy­ma­ga­jącą i na­rzu­ca­jącą się, jak su­ge­ro­wa­łyby te li­sty.

- Tato? Zie­mia do taty!

Pa­ige ma­cha­jąca mi rę­kami przed no­sem spro­wa­dza mnie z po­wro­tem do iden­tycz­nych, uśmiech­nię­tych twa­rzy, które stoją przede mną.

- Tak. Co? Je­stem tu­taj. Po pro­stu roz­my­ślam.

- Wy­bierz liczbę od jed­nego do trzech - mówi Addy z szel­mow­skim uśmiesz­kiem.

Pa­trzę to na jedną, to na drugą.

- Dwa.

Dziew­czyny z krzy­kiem pod­ska­kują, po czym ru­szają w stronę tyl­nych drzwi.

- Chwila. Co zna­czy nu­mer dwa?

- Je­den to roz­pa­ko­wy­wa­nie. Trzy to obiad. Dwa to pły­wa­nie! - krzy­czy Pa­ige znad ra­mie­nia.

- A ty wy­bra­łeś dwa - do­daje Addy i zrzuca swoją ko­szulkę, zo­sta­jąc tylko w spor­to­wym sta­niku i szor­tach.

Za­nim zdążę od­po­wie­dzieć, sły­szę plusk, po­tem ko­lejny, po któ­rych na­stę­pują wy­bu­chy śmie­chu do­la­tu­jące przez tylne drzwi, które zo­sta­wiły otwarte.

Wro­biły mnie. Nie­ważne, jaki nu­mer bym wy­brał, i tak wią­załby się z pły­wa­niem.

Zbyt do­brze znam moje dziew­czyny.

I po­mimo mi­liona rze­czy, które po­wi­nie­nem zro­bić, gdy one są za­jęte, pod­cho­dzę do otwar­tych drzwi, nie chcąc pa­trzeć na nic in­nego poza dziew­czyn­kami. Na twa­rzy od razu po­ja­wia mi się uśmiech, a serce jest tro­chę spo­koj­niej­sze, gdy wi­dzę, że po tym wszyst­kim, co w ostat­nim roku prze­żyły, ba­wią się te­raz jak dzieci.

To był wła­ściwy ruch, Crew. Wła­ściwe miej­sce. Wła­ściwy czas.

Bez pa­trze­nia wstecz. Czy nie to po­wie­dzia­łem so­bie, gdy kilka dni temu opu­ści­li­śmy gra­nice Chi­cago? Moje nowe motto, by iść na­przód? Że mu­szę przyj­mo­wać rze­czy ta­kimi, ja­kie są, nie przej­mo­wać się drob­nost­kami i nie pa­trzeć wstecz.

Mu­sisz się tego trzy­mać, Crew.

Śmiech na ze­wnątrz tylko mnie w tym utwier­dza.

- Skok na bombę! - krzy­czy Addy, po czym kilka se­kund póź­niej ogromny plusk roz­bry­zguje wodę do­okoła.

Te­raz mu­szę zna­leźć w tym ba­ła­ga­nie ręcz­niki i za­sta­no­wić się, jak zjemy spa­ghetti, które ku­pi­łem na obiad, bo nie zda­wa­łem so­bie sprawy, że wu­jek Ian za­brał ze sobą wszyst­kie garnki i pa­tel­nie, gdy się pa­ko­wał przed wy­jaz­dem na Flo­rydę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki