ROZDZIAŁ PIERWSZY
Crew
WYCZERPANIE MIESZA SIĘ Z EUFORIĄ, GDY PODJEŻDŻAM pod stary wiktoriański dom i zatrzymuję samochód. Kurz, który unosi się z niebrukowanego podjazdu, wpada przez otwarte okna, osiada na nas i po chwili z tylnego siedzenia dobiega przesadzony kaszel.
- Jeśli to jest to świeże wiejskie powietrze, o którym ciągle mówisz - rzuca sarkastycznie Addy, a Paige wydaje z siebie kolejne dramatyczne kaszlnięcie, jednocześnie odpędzając chmurę pyłu od twarzy - to nie, dzięki.
Chichoczę. Moje mieszczuchy czeka brutalne przebudzenie. Znają tylko zgiełk Chicago.
- To tylko kurz, dziewczyny.
- Zaraz nam powiesz, że kurz buduje charakter - mówi Paige i przewraca oczami.
- Oczywiście, że tak.
Widzę w lusterku wstecznym, jak wymieniają spojrzenia, które mogą oznaczać albo kłopoty, albo akceptację. Kto je tam wie. Ale zanim zdążę się nad tym zastanowić, obie dziewczyny otwierają drzwi i wyskakują z samochodu. Ich okrzyki podekscytowania mieszają się ze śmiechem rozbrzmiewającym w powietrzu, gdy biegną w kierunku werandy, opierają dłonie o szyby okienne, zaglądają do środka, po czym zbiegają po schodach na trawę prowadzącą do nieogrodzonego podwórza na tyłach domu.
Siedzę dalej w samochodzie, z dłońmi na kierownicy, uśmiecham się z ulgą, a całe napięcie z ostatnich osiemnastu miesięcy powoli odpływa z mojego ciała. A przynajmniej zaczyna, bo naprawienie wszelkiego zła, które nas doprowadziło do tego miejsca, zajmie więcej niż kilka chwil.
Dom i jego otoczenie nie zawodzą moich wspomnień z dzieciństwa. Ma szary siding z ciemnoniebieskimi okiennicami i choć jest dość mały w porównaniu do działki, na której stoi, jego obecność jest niezaprzeczalna na polu dzikich kwiatów po prawej, budynków gospodarczych po lewej i ogromnej ogrodzonej werandy z huśtawką, którą mam tuż przed oczami.
Dom.
Z dala od świateł miasta, korków, chaosu i niebezpieczeństwa.
Tym będzie przez kilka najbliższych miesięcy - z jego skrzypieniem i trzeszczeniem, ciszą i wszystkim pomiędzy - miejscem do odpoczynku, zdrowienia i po prostu bycia bez zamętu zewnętrznego świata. I nie mógłbym być bardziej wdzięczny.
Chwila, którą sobie dałem, mija. Głęboki oddech, żeby przyjąć fakt, że naprawdę właśnie to zrobiłem. Że to zniosłem. Że to miejsce pocieszenia, które miałem w dzieciństwie, teraz zatoczyło pełne koło i stało się moje, gdy jestem dorosły. Jest zupełnie inne od Chicago z jego ciągłą paplaniną i podskórnym strachem wymieszanym z adrenaliną towarzyszącą każdemu telefonowi, który odbierałem.
Z jego ciągłym przypominaniem mi, co się stało, gdziekolwiek się obróciłem.
Nie tylko dziewczyny będą musiały się przyzwyczaić do życia na wsi.
- Tato! Tato! Chodź, zobacz! - krzyczy Paige, machając na mnie ręką, żebym przyszedł i zobaczył, co znalazły.
Jej oczy są pełne ekscytacji i ten widok natychmiast wprawia mnie w osłupienie, bo jest tak podobna do swojej matki.
Jak ona mogła od nich odejść? Odejście ode mnie to jedno - zdecydowanie mam swoje wady - ale od nich? Dwóch niesamowitych osób, które razem stworzyliśmy? Jak pomysł o wyjeździe za granicę, przelotnym romansie i krótkich telefonach może być satysfakcjonujący dla jakiegokolwiek rodzica, a co dopiero ich matki?
Po prostu tego nie rozumiem.
- Tato - odzywa się jednym słowem moja niecierpliwa i naburmuszona nastolatka.
- Tak. Idę. - Kręcę głową, próbując pozbyć się nagłego ukłucia, które czuję od czasu do czasu. Czuję, że zawiodłem swoje dziewczyny, bo nie udało mi się przekonać ich matki o istocie jej obecności w ich życiu. To twoja sprawa, Britt. Mój uśmiech rozszerza się jednak, gdy wysuwam się zza kierownicy i rozprostowuję nogi na ziemi, która należy do rodziny Maddenów dłużej, niż żyję.
Rodzina. Korzenie. Spokój.
Czy nie tego dla nich chciałem? Trochę świeżego powietrza? Możliwości włóczenia się? Nowych doświadczeń? Z dala od ciągłego przypominania o... stracie i pracy, która im mnie prawie odebrała?
- Co znalazłyście? - Docieram do Paige i gładzę dłonią jej plecy, podczas gdy ona wskazuje na tył domu, a całe jej ciało wibruje z niewiary w tę jedną rzecz, o której im nie powiedziałem. Potrzebowałem jakiejś niespodzianki, na wypadek gdyby po cichu szalały z niepokoju na myśl o zostawieniu swojego życia na jakiś czas.
- Basen? - krzyczy Addy, która ma teraz szare oczy otwarte szeroko jak spodki, a policzki zarumienione. - Mamy basen?
- O czym wy mówicie? Jaki basen? - pytam nonszalancko i podchodzę do miejsca, w którym mogę go zobaczyć. - Ha. Kto by pomyślał? Jak to się stało?
Ich piskliwe krzyki przecinają powietrze, gdy te dwie identyczne jedenastolatki rzucają się na mnie i duszą w najmocniejszym uścisku, na jaki je stać. "Dziękuję" i "o Boże" lecą nieustannie z ich ust, gdy dziewczyny podbiegają do brzegu basenu, zanurzają w nim ręce i sprawdzają wodę.
Ten ucisk w mojej klatce jeszcze bardziej popuszcza.
To była dobra decyzja, Crew. Może nie najłatwiejsza, bo zabrałeś je ze wszystkiego, co znały, ale właściwa.
- Może wejdziemy do środka i zobaczymy, jak tam jest. Pięć pokoi i...
- Tak! - zostaje wykrzyczane unisono, gdy dziewczyny przepychają się wokół mnie i biegną do drzwi frontowych. Idę za nimi lżejszym krokiem i z pełniejszym sercem.
Następnych dwadzieścia minut to chaotyczne zwiedzanie. Przechodzimy od pokoju do pokoju. Zaglądam pod prześcieradła, którymi przykryte są meble, jak mi się wydaje, całkiem nowe. Cieszę się, że choć to dom, z którego on się praktycznie wyprowadził, nie sprzedał jeszcze mebli.
Pokoje zostają wybrane - Paige decyduje się na żółty, a Addy na jasnobrązowy - chociaż wiem, że najpewniej będą spać w tym samym, bo rzadko kiedy się rozdzielają. Ostrożnie jednak akceptuję ich decyzje. Przyszło im to zbyt łatwo, jestem raczej przyzwyczajony do tego, że kłócą się o wiele rzeczy, mimo że pozostają najlepszymi przyjaciółkami.
Zaglądam do głównej sypialni, w której jest więcej miejsca, niż będę kiedykolwiek potrzebował. Łóżko pod ścianą ma nowy materac owinięty w folię. Wielkie wykuszowe okna wychodzą na zachód. W łazience znajdują się kabina prysznicowa i wolnostojąca wanna.
Wszystko jest po prostu wspaniałe.
Wiedziałem, że mój wujek Ian przebudował to miejsce kilka lat temu, ale tego się na pewno nie spodziewałem. Jeśli dobrze pamiętam, jest raczej typem człowieka od projektów skończonych w połowie i przesadzonych wystrojów.
Dlatego zgodziłem się na jego ofertę: przyjazd do Redemption Falls i naprawę kilku rzeczy w domu, zanim wystawi go na sprzedaż pod koniec września.
Trochę zadań dla złotej rączki i odrobina pracy manualnej w zamian za miejsce, w którym możemy się zatrzymać na najbliższe cztery miesiące.
Jak dla mnie - niezła umowa.
To jednak w ogóle nie przypomina projektów skończonych w połowie, których się spodziewałem.
- Niesamowite.
- Ale fajne.
Komentarze dziewczyn podążają za mną, gdy sprawdzam każde pomieszczenie w domu. Z przyzwyczajenia zapisuję, gdzie znajdują się drzwi i okna, które w najbliższych dniach mam przygotować do instalacji najnowocześniejszego systemu alarmowego.
Mimo że jestem na przymusowym urlopie w policji, nadal mam to we krwi.
Trudno się do tego przyzwyczaić - być gliną, ale jednocześnie nie móc nim być. Przesuwam dłonią po prawym boku, a stwardniała blizna pod koszulą wyraźnie przypomina mi kolejny powód, dla którego się tu znalazłem. Dlaczego wycofałem się z Chicago dla tych dwóch dziewczyn, które chichoczą, zbiegając po schodach, jedna za drugą.
- Postanowiłyśmy, że ten dodatkowy pokój będzie naszym pokojem influencerskim - mówi Paige.
- Pokojem influencerskim? - pytam, wzdychając w duchu, gdy stawiam na podłodze kilka toreb z zakupami, które zrobiliśmy po drodze.
- Tak. Ludzie kochają bliźnięta. Postawimy tło...
- Cekiny czy gładkie tło? - przerywa jej Addy.
- Będziemy miały jedno i drugie. Różnorodność jest ważna. A potem kupimy tę lampę pierścieniową, na którą tata się zgodził i...
- Tripod do trzymania telefonu.
- To będzie takie niesamowite. - Paige kończy za nie obie. I, jak gdyby to ćwiczyły, obie przekrzywiają głowy i patrzą na mnie z oczekiwaniem. - Prawda, tato?
Moje westchnienie jest głośną rezygnacją na wieść, że w perspektywie mam obejrzenie jakiegoś miliona tutoriali o włosach i makijażu. Każdy człowiek ma swoje granice wytrzymałości, a ja naprawdę, jestem już blisko.
- Tak, jasne. Niesamowite. Ale nie do końca jestem zachwycony tym, że wasze twarze będą w internecie. To ja będę kontrolował to, co zostanie opublikowane. Bez prawdziwych nazwisk. Bez oznaczania, gdzie jesteście. Jest wielu...
- Złych ludzi, którzy chcą zrobić złe rzeczy. - Addy przewraca oczami i prycha, a Paige powtarza bezgłośnie ten refren, który słyszały tak wiele razy, ile ja musiałem oglądać ich tutoriale dotyczące urody.
- Czy to nie ty mówisz, że w każdej sytuacji można iść na kompromis? - pyta Paige, mrugając oczami i szturchając siostrę, przekonana, że tego nie widzę.
Wiem, kiedy traktują mnie jak przeciwnika, i teraz bez wątpienia tak jest.
- Owszem - mówię, kiwając głową, po czym zaczynam wyjmować jedzenie z toreb i ustawiać je obok na blacie.
- Dlaczego to robisz? - pyta Paige.
- Co robię? - Czy nadal rozmawiamy o bezpieczeństwie w internecie? O byciu influencerem? Co?
- Wyjmujesz jedzenie z torby i kładziesz je na blacie. Dlaczego nie wstawisz go od razu do szafek?
Moja dłoń ze słoikiem sosu do makaronu zatrzymuje się w połowie drogi na blat. Ona ma rację.
- Po prostu... - Tak robiła wasza matka. Słowa zamierają mi na ustach, a ja zmuszam się do uśmiechu, żeby to ukryć. - Nieważne. Wiesz co? Masz rację. - Podchodzę do spiżarki z torbą zakupów i zaczynam układać jej zawartość na półkach bez ładu i składu. Wiem, że później w tygodniu zapełnię ją i przeorganizuję, ale na razie to wystarczy.
Tych kilka produktów wygląda nędznie na półkach spiżarki, ale mamy spiżarkę, a to więcej, niż mieliśmy w starym mieszkaniu, w którym jedzenie przechowywaliśmy w schowku na kurtki.
Teraz muszę znaleźć talerze w tym bałaganie pudeł, które przyniosłem z samochodu. Z rękami na biodrach patrzę na dziesięć kartonów upchniętych w kuchni, przeklinając się za to, że żadnego nie opisałem.
- Tam jest list od twojego, kimkolwiek on jest - mówi Addy, wskazując na stertę papierów na końcu blatu.
- To mój dziadek stryjeczny, co oznacza, że to wasz pradziadek stryjeczny -wyjaśniam, choć sam nazywam go wujkiem.
- Wow. Musiałeś kogoś cholernie wkurzyć.
- Język - ostrzegam, odstawiając ostatnią część zakupów, i odwracam się, żeby zobaczyć, jak szpera w stercie papierów. - Po pierwsze, nie bądź taka wścibska. A po drugie, kto jest na mnie wkurzony?
- Ten, kto to napisał. - Podnosi kilka listów. - A one tu sobie po prostu leżały. To nie ty mówisz, że to, co leży na wierzchu, nie jest tajne?
Niesamowite, co dzieci pamiętają, gdy to pasuje do ich celu.
Podchodzę, biorę od niej plik papierów i figlarnie klepię ją nim po głowie.
- Ktoś przywiózł tu z Chicago swoje pyskate odzywki.
- Myślałeś, że zostawiłam tam to, co we mnie najlepsze? - Posyła mi uśmiech, który mówi, że w najbliższych latach zdecydowanie będę miał kłopoty.
Kogo ja oszukuję? Już mam kłopoty.
- Szczęściarz ze mnie - droczę się.
- Czy to od tej pani, która mieszka tam? - pyta Paige, wskazując w stronę chatki.
- Tak mi się wydaje - odpowiadam.
Czy to nie był jeden jedyny minus w ofercie wujka Iana? Że mam być teraz gospodarzem budynku dla lokatorki chatki po prawej stronie podjazdu? Pełniłem już kiedyś taką funkcję i był to co najmniej koszmar.
- Czy możemy pójść się z nią przywitać? Zobaczyć, jaka jest i czy ma dzieci? - pyta Addy.
- Nie. Zostawcie ją. Jeśli tam mieszka, to najpewniej lubi prywatność. Ostatnim, czego się spodziewa, jesteście wy dwie, napadające na nią. Poza tym...
- Poza tym co?
Poza tym nie zdążyłem jeszcze sprawdzić panny Tennyson West.
- Nic. Nieważne. - Uśmiecham się do dziewczyn, a potem spoglądam na notatki i po kolei je przerzucam.
To są skargi na jej chatkę.
Skargi wynajmującego? Zajmij się tym.
Ciśnienie wody jest niestabilne.
Klimatyzacja działa z przerwami.
Podgrzewacz ciepłej wody zdaje się niesprawny, pracuje tylko sporadycznie.
Listy są na początku uprzejme. Potem, gdy przeglądam kolejne, stają się bardziej stanowcze.
Niektóre są pisane odręcznie, czarnym pisakiem, inne na komputerze. Na karteczkach samoprzylepnych i papeterii. I każdy z nich jest podpisany imieniem Tenny.
Wszystkie są uzasadnionymi skargami wynajmującego. Nie mogę powiedzieć, że sam nie pisałbym podobnych, gdyby mnie to dotyczyło.
Ale skargi to ostatnia rzecz, z którą chcę mieć do czynienia. Przyjechałem tutaj po proste życie dla dziewczynek i siebie. Nie po to, żeby musieć zajmować się jeszcze jedną osobą, jeszcze jedną komplikacją, jeszcze jednym bólem głowy.
A najemczyni stanowi w zasadzie komplikację, mimo że lubi trzymać się na uboczu.
Nie jestem wielkim fanem komplikacji. Zwłaszcza że gdy pojawia się jedna, pociąga za sobą kolejne.
I to mnie najbardziej martwi.
Zerkam przez okno kuchennej wnęki w stronę chatki. Jest jakieś sto jardów dalej, a dęby rosnące wokół posiadłości prawie całkowicie mi ją zasłaniają. To nie znaczy, że mijając ją po drodze do domu, nie zerknąłem, próbując ocenić, z kim przyjdzie mi dzielić posiadłość.
Z eklektycznych doniczek na frontowym ganku wylewały się kolorowe kwiaty, a na szczycie schodów umieszczono parę różowych klapków. Na podjeździe stał zaparkowany starszy, ale dobrze utrzymany jeep. Teren wokół posesji był przystrzyżony, a trawa równo skoszona. Na drzwiach wejściowych znajdowała się siatka bezpieczeństwa, co wydawało się trochę nie na miejscu, biorąc pod uwagę, że najgorszym przestępstwem, jakie miało miejsce w Redemption Falls w ostatnim roku, była grupa nastolatków grających w baseball ze skrzynkami na listy. Ale w końcu zamierzam zainstalować tutaj system alarmowy, więc jakie mam prawo oceniać?
Ona dba o to miejsce. To muszę jej przyznać.
Miejmy tylko nadzieję, że jest miłą, utrzymującą porządek, powściągliwą sąsiadką, a nie wymagającą i narzucającą się, jak sugerowałyby te listy.
- Tato? Ziemia do taty!
Paige machająca mi rękami przed nosem sprowadza mnie z powrotem do identycznych, uśmiechniętych twarzy, które stoją przede mną.
- Tak. Co? Jestem tutaj. Po prostu rozmyślam.
- Wybierz liczbę od jednego do trzech - mówi Addy z szelmowskim uśmieszkiem.
Patrzę to na jedną, to na drugą.
- Dwa.
Dziewczyny z krzykiem podskakują, po czym ruszają w stronę tylnych drzwi.
- Chwila. Co znaczy numer dwa?
- Jeden to rozpakowywanie. Trzy to obiad. Dwa to pływanie! - krzyczy Paige znad ramienia.
- A ty wybrałeś dwa - dodaje Addy i zrzuca swoją koszulkę, zostając tylko w sportowym staniku i szortach.
Zanim zdążę odpowiedzieć, słyszę plusk, potem kolejny, po których następują wybuchy śmiechu dolatujące przez tylne drzwi, które zostawiły otwarte.
Wrobiły mnie. Nieważne, jaki numer bym wybrał, i tak wiązałby się z pływaniem.
Zbyt dobrze znam moje dziewczyny.
I pomimo miliona rzeczy, które powinienem zrobić, gdy one są zajęte, podchodzę do otwartych drzwi, nie chcąc patrzeć na nic innego poza dziewczynkami. Na twarzy od razu pojawia mi się uśmiech, a serce jest trochę spokojniejsze, gdy widzę, że po tym wszystkim, co w ostatnim roku przeżyły, bawią się teraz jak dzieci.
To był właściwy ruch, Crew. Właściwe miejsce. Właściwy czas.
Bez patrzenia wstecz. Czy nie to powiedziałem sobie, gdy kilka dni temu opuściliśmy granice Chicago? Moje nowe motto, by iść naprzód? Że muszę przyjmować rzeczy takimi, jakie są, nie przejmować się drobnostkami i nie patrzeć wstecz.
Musisz się tego trzymać, Crew.
Śmiech na zewnątrz tylko mnie w tym utwierdza.
- Skok na bombę! - krzyczy Addy, po czym kilka sekund później ogromny plusk rozbryzguje wodę dookoła.
Teraz muszę znaleźć w tym bałaganie ręczniki i zastanowić się, jak zjemy spaghetti, które kupiłem na obiad, bo nie zdawałem sobie sprawy, że wujek Ian zabrał ze sobą wszystkie garnki i patelnie, gdy się pakował przed wyjazdem na Florydę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki