Ulica Wierzbowa (Tom 1). Najmilszy prezent - Agnieszka Krawczyk

p

Reflow text when sidebars are open.
1.
Na swojej ulicy Flora Majewska miała dokładnie dwudziestu jeden sąsiadów. Mieszkali w dziewięciu domach usytuowanych w taki sposób, że pięć budynków stało po lewej, a pozostałe znajdowały się po prawej - ten ostatni, zdecydowanie najstarszy, należał do pani Flory.
Wierzbowa nie była dużą ulicą, raczej całkiem niewielką, w dodatku zaczynała się na malutkim placu, podobnie jak trzy inne uliczki dzielnicy. Pośrodku tego placu, zwanego swojsko Ryneczkiem, znajdował się obsadzony kwiatami klomb, otoczony przez wiśniowe drzewa, które wiosną obsypywały się białym kwieciem. Kiedy płatki opadały, cała okolica zdawała się być przykryta śniegiem. Czasami ta wiosenna puszysta fala niesiona wiatrem docierała aż do Wierzbowej, budząc zniecierpliwienie niektórych mieszkańców, którzy musieli wychodzić z miotłami, żeby uprzątnąć chodnik. Flora jednak uwielbiała wiśniowe drzewa, cudowne białe kwiaty i ich niezwykły, zwiastujący wiosnę zapach. Teraz oczywiście, z końcem października, na drzewach tych powiewały już tylko resztki złotawo-brązowych i czerwonych liści - a po kwiatach pozostało wyłącznie wspomnienie.
Flora przyspieszyła kroku. Musiała odebrać paczkę z agencji pocztowej mieszczącej się w jednej z kamienic przy Ryneczku. Zamówienie było spore i czekało na nią od paru dni, ale ostatnio czuła się niezbyt dobrze, więc nie wychodziła z domu. No cóż, wiek robił swoje, a w tym roku dolegliwości szczególnie nie pozwalały o sobie zapomnieć. Postanowiła jednak się nie poddawać i doprowadzić do końca swoje przedsięwzięcie. Tak jak każdej jesieni.
Bo Majewska przygotowywała przesyłki dla swoich sąsiadów. Od kilku lat wymyślała dla nich życzenia świąteczne, zawsze z wyjątkowym przesłaniem. Starsza pani dokładała wielu starań, by stworzyć dla każdego jak najpiękniejszą i chwytającą za serce kartkę. Każdą pocztówkę pieczołowicie malowała i urozmaicała wycinankami. Na gustownie wykonanych arkusikach zamieszczała serdeczności, a pisała pięknie, atramentem w kolorze głębokiego fioletu, nabieranym ze starego posrebrzanego kałamarza, ozdobionego podobizną klęczącej kobiety z pochyloną głową i dłońmi złożonymi na płatkach olbrzymich kwiatów. Pióro Flory, starego typu, ze srebrną obsadką i stalówką, pozostawiało na papierze szlachetne, okrągłe litery.
Lubiła ten moment, gdy z nadejściem jesieni wyciągała z biurka swój mały piśmienniczy warsztat. Wypisywała ciepłe słowa, dekorowała papier, a potem pakowała do własnoręcznie wykonanych kopert i zanosiła na pocztę. Sąsiedzi reagowali różnie - zazwyczaj otrzymywała w odpowiedzi kartkę, taką nowoczesną, zdarzało się, że kupioną na tej samej poczcie, z której ona wysyłała swoje. Czasem decydowali się podziękować osobiście, wyrażając przy okazji podziw nad kunsztem wykonania. Bardzo rzadko jej życzenia pozostawały bez echa, ale i tak też czasami bywało. Nie zniechęcała się jednak. Wysyłała swoje pocztówki, bo sprawiało jej to przyjemność. Miała nadzieję, że podobną satysfakcję odczuwają obdarowani. Przez całe życie wyznawała zasadę, że dobro rodzi dobro, a zwielokrotniając je, działa się tak naprawdę we własnym interesie. Kiedy umiemy prowokować radość, świat także w niezauważalny sposób zmienia się. Na lepsze.
W tym roku miało być jednak inaczej. Zamiast kartek Flora Majewska postanowiła wysłać do mieszkańców Wierzbowej listy. Miała to być jej forma pożegnania, bo zamierzała się wyprowadzić.
Do decyzji dojrzewała powoli. Na tej ulicy mieszkała przez całe życie, była przywiązana do swojego ślicznego, choć mocno już podupadłego domku, lubiła sąsiadów. A jednak, a doświadczyła tego zwłaszcza w ostatnim roku, nie czuła się dobrze. I nie chodziło tutaj o stan zdrowia, choć to prawda - wiek dawał się jej we znaki i nie była już tak sprawna jak niegdyś, męczyła się łatwiej, nie chodziła zbyt szybko, musiała przystawać po drodze, żeby zaczerpnąć tchu. Po prostu tegoroczna wiosna po raz pierwszy nie przyniosła jej odrodzenia.
Od czasów najwcześniejszego dzieciństwa uważała wiosnę za ulubioną porę roku. Kiedy ziemia budziła się do życia, zaczynała pachnieć ciepłem i deszczem, ptaki oznajmiały nadejście poranka śpiewem, a trawa na nowo robiła się zielona, w nią także wstępował optymizm. Odczuwała chęć do działania, wypełniała ją energia, wiara w przyszłość. W tym roku przywitała wiosnę znużeniem, zniechęceniem i spadkiem nastroju. Dlaczego? Nie wiedziała. Doszła do wniosku, że po prostu dopadła ją starość i jej nieodłączna siostra - samotność. Niby otoczona ludźmi, Flora doświadczała dojmującej pustki, z której nie mogła się wyzwolić. Czuła wręcz, jak w zastraszającym tempie opuszczają ją siły witalne, poddaje się. Coraz trudniej było jej wykrzesać z siebie pragnienie życia. Była zrezygnowana.
Czym jest moja egzystencja? Czy przez te lata udało mi się naprawdę coś zmienić? Pomóc komuś, zrobić coś istotnego? Może tylko się oszukiwałam?
Często chodziły jej po głowie takie myśli. Przeszła wiosna, potem lato, a w głowie Flory zakiełkowała pewna idea. Powinna pozbyć się domu na Wierzbowej i zamieszkać gdzieś indziej. Tam, gdzie znajdzie towarzystwo, ktoś się nią zaopiekuje, okaże zrozumienie. Tak wpadła na pomysł przeprowadzki do domu seniora. Pojęła bowiem, że najbardziej zależy jej na poczuciu bezpieczeństwa. Pragnęła, aby zawsze w jej pobliżu był ktoś, kto zareaguje we właściwym momencie. Nie chciała jednak korzystać z pomocy sąsiadów, krępować ich sobą.
Szczególnie do myślenia dał jej wypadek, któremu uległa wczesną wiosną. Wychodząc z domu, potknęła się o wystającą płytkę na ścieżce prowadzącej do furtki, przewróciła się i złamała rękę. Na szczęście dzięki interwencji przypadkowego przechodnia ratunek nadszedł stosunkowo szybko, ale rehabilitacja okazała się mozolna i przykra. Choć to lewą rękę miała niesprawną, to i tak bezradność dokuczała jej bardzo. Pojawiły się problemy z zakupami, pracami w domu. I nawet pomoc sąsiadki, Joli Cieplik, nie wystarczała. Zresztą Jolanta, sama przecież emerytka, także borykała się z problemami zdrowotnymi. Florę opanował strach. Co się z nią stanie w razie poważniejszej choroby? Czy poradzi sobie wtedy sama? Musiała podjąć decyzję i nawet jeśli obawiała się jej trochę, bo zmiana miejsca zamieszkania w tym wieku to poważna sprawa, wiedziała, że musi sprostać wyzwaniu. Chodziło też o to, żeby nie być dla nikogo ciężarem, by jej nie znienawidzili, nie czuli się nią zmęczeni, przygnieceni. Nie chciała, żeby inni tracili na nią swój czas.
Postanowiła wyprowadzić się tuż po świętach Bożego Narodzenia, żeby kolejny rok rozpocząć już w nowym domu, więc teraz zamierzała się ze wszystkimi pożegnać. Napisać im coś ważnego, coś, co zapamiętają i co będą chcieli zachować w sercach na zawsze. Długo myślała, jak się do tego zabrać. W końcu pomysł podsunęła jej jedna z książek z domowej biblioteczki. Napisze do każdego list z osobistym przesłaniem. Taki, którego nie sposób zlekceważyć, a który, jeśli zostanie właściwie zrozumiany i życzliwie przyjęty, może zapoczątkować przemianę życia.
Zostawię coś po sobie - medytowała, przemierzając ulicę Wierzbową ze swoim zakupowym wózkiem na kółkach. Znała tutaj wszystkich i żywiła dla nich wiele ciepłych uczuć, choć wiedziała też, że nie wszyscy mieszkańcy Wierzbowej ją lubią. Jednych zapewne denerwowała, inni mijali ją obojętnie. Jak to w życiu. Dla Flory jednak nikt nie był bez znaczenia. Każdy człowiek wydawał się jej ważny i godny zapamiętania. Tak też chciała potraktować adresatów swoich listów. Opowiedzieć im pewną historię, którą być może zechcą podjąć i pociągnąć dalej.
Należało się dobrze przygotować. Zarówno do przeprowadzki, jak i do redagowania listów. Szczególnie do nich trzeba zebrać sporo materiałów.
Teraz, w październiku, zgromadziła już praktycznie wszystko, musiała tylko jeszcze odebrać swoją przesyłkę. Torba na kółkach turkotała żwawo po chodnikowych płytach, a Flora zatopiła się w rozważaniach. Od czego zacząć? Jak ująć swoje myśli i co komu napisać? Na to na razie nie miała żadnego planu. Wiedziała jedno - ponieważ całe swoje zawodowe życie spędziła w bibliotece, będzie się miała do czego odwołać.
Flora Majewska chlubiła się posiadaniem wyjątkowego podręcznika, Przewodnika do wzorów pisma ozdobnego[1]. Publikację wydano we Lwowie w 1897 roku i - jak wszystko, co cenne, czyli zabytkowy serwis w błękitne różyczki i kolekcja haftowanych chustek - wpadła jej w ręce szczęśliwym przypadkiem. A ponieważ Flora uważała, że każdy traf losu wskazuje drogę, zainteresowała się starą, pachnącą pleśnią książką, którą ktoś przyniósł w pudle do biblioteki.
- Niech pani to natychmiast wyrzuci - kategorycznie oświadczyła kierowniczka. - Od tych śmieci zbutwieje nam cały księgozbiór.
Flora poczuła się więc rozgrzeszona i zabrała wolumin do domu. Najpierw starannie go osuszyła, wkładając pomiędzy karty gazety, a potem wietrząc odpowiednio długo. Wyczyściła mu też oprawę i kiedy całkowicie wysechł, obejrzała z dużym zadowoleniem. Kaligrafia. Zawsze marzyła, żeby się jej nauczyć i oto wreszcie los dał jej szansę. Wynalazła w domu stare pióro ze srebrną obsadką i zaczęła ćwiczyć. Doszła do takiej biegłości, że żaden artysta nie powstydziłby się tak kształtnych liter. Nauczyła się też robić sama atramenty i farby roślinne z kwiatów i ziół, bo te, które można było dostać w sklepach, przestały jej wystarczać. Przez cały letni sezon zbierała zapamiętale kaczeńce, maki, korę brzozy, lebiodkę, a potem godzinami gotowała wywary, dodając odczynników, żeby utrwalić kolor. Mało kto wie, jak pożyteczny jest chociażby korzeń przytulii - daje żółty lub czerwony barwnik, a po dodaniu octu: niebieski. Musiała się jednak spieszyć - barwniki naturalne nie były tak trwałe jak chemiczne, miały określoną w czasie przydatność. Widziała jednak coś kuszącego w myśli, że jej zapiski będą powoli nikły, aż staną się prawie zupełnie niewidoczne i papierowa karta odzyska swój nieskazitelny blask.
Jak w życiu - dumała Flora. Wszystko przemija, rozsypuje się, traci wyrazistość, aż pozostaje wyłącznie niewyraźnym wspomnieniem. Zarówno gdy jest dobre, jak i wtedy, gdy jest złe.
Teraz jednak w swoich pożegnalnych listach pragnęła wykorzystać jak najtrwalsze barwy. Żeby wspomnienie o niej pozostało na dłużej.
- O, pani Flora Majewska - przywitała ją urzędniczka na poczcie. To prawda, starsza pani była tu częstym gościem, bo wielokrotnie sama odbierała paczki. Zamawiała różne drobiazgi i lubiła po nie wychodzić z domu.
- Ma pani moją przesyłkę? - spytała.
Pracownica poczty skinęła głową. Z zaplecza wyniosła nie bez wysiłku pakunek, niewielki, ale najwyraźniej ciężki.
- Jak pani to weźmie? Może lepiej było zamówić do domu, a nie z odbiorem u nas?
- Dam radę. Zmieści się do mojej torby. Proszę zobaczyć. - Starsza pani zademonstrowała pojemność wózka, wsuwając paczkę do środka.
- Rzeczywiście pomysłowe. - Urzędniczka pokiwała głową. - Choć przyznam, że samochód lepiej rozwiązałby sprawę.
Flora uśmiechnęła się. Nie posiadała nigdy auta i nie sądziła, że jest jej w ogóle potrzebne. Uroczyn był maleńką miejscowością, gdzie wszystko pozostawało w zasięgu: niewielki Ryneczek, sklepy i różne urzędy. Nie czuła potrzeby zapuszczać się dalej.
Do czasu - pomyślała o swojej decyzji w sprawie przeprowadzki. Dom, który wybrała, mieścił się wprawdzie niedaleko, ale jednak w innym miasteczku. Dojazd był dobry, pociągiem, i każdy, kto zechce, może ją odwiedzać, ale czy starczy im determinacji?
- Potrzebuje pani jeszcze czegoś? Znaczków? Niedługo dostaniemy kartki na święta, mogę odłożyć jakieś ciekawe.
Flora się uśmiechnęła.
- Dziękuję. Nie potrzebuję kartek. Jak zwykle zresztą.
- Ach, tak? Nie rozsyła pani?
- Wręcz przeciwnie. Tylko robię je sama.
- Naprawdę? - zdumiała się kobieta. - Nigdy pani nie mówiła. Istotnie, kupuje pani sporo znaczków przed świętami, ale nie sądziłam, że wkłada pani tyle pracy we własnoręczne wykonywanie pocztówek.
- Lubię to zajęcie - wyjaśniła starsza pani i uśmiechnęła się przyjaźnie. Na końcu języka miała jeszcze stwierdzenie: "Lubię ludzi", ale się powstrzymała.
Czy naprawdę lubiła ich wszystkich? Te dwadzieścia jeden osób mieszkających w ośmiu domach w pobliżu jej własnego? Musiałaby się uczciwie zastanowić. Z pewnością żywiła ciepłe uczucia względem Jolanty Cieplik, postawnej kobiety o mocnym i nieznoszącym sprzeciwu głosie, która jakiś czas temu przeszła na emeryturę i - jak mawiała - zrobiła to z wielką ulgą. Jola zawsze i w każdych okolicznościach mówiła to, co myśli, nie przejmując się, jak może zostać odebrana jej szczerość. Nie była przy tym złośliwa czy uszczypliwa, po prostu nie kryła się ze swoimi poglądami. U mnie co w sercu, to języku - powtarzała zawsze, dodając, że wie, iż za niektóre swoje wypowiedzi będzie musiała odpokutować. Flora uważała, że tacy ludzie, jak Jolanta, są w społeczeństwie bardzo potrzebni. Nie pozwalają mu utonąć w nieszczerości pojmowanej jako zbytnia delikatność, a będącej tak naprawdę próbą zafałszowania obrazu świata. Nie musimy być dla siebie przesadnie mili - medytowała Flora. Przecież zupełnie nie o to chodzi. Idzie o poczucie bezpieczeństwa i zaufanie, że ktoś szczerze powie nam, co mu się w nas nie podoba, w czym błądzimy, nie ubierając tego w ostrożnie dobierane słowa, które nic nie znaczą.
To wszystko nie odnosiło się z kolei do innej sąsiadki, względem której Flora miała mieszane uczucia - Ewy Zięby mieszkającej po sąsiedzku z Jolą. Ewa także była szczera, może nawet za bardzo, bo nigdy nie przepuszczała okazji do wyrażania swojego zdania. Jednak podczas gdy z Jolantą dało się normalnie podyskutować, pani Ziębowa nie znosiła sprzeciwu. A już z pewnością nie tolerowała krytyki na swój temat. Wyobrażała sobie, że jest pokojowo nastawiona do świata i uczynna we wszystkich działaniach, podczas gdy w istocie była apodyktyczna i nadmiernie pryncypialna. Wszystko wiedziała najlepiej i - co gorsza - starała się uszczęśliwiać każdego tą wiedzą. Uważała, że dla dobra ludzkości powinna wytykać jej błędy i proponować ścieżkę naprawy. W sobie nie dostrzegała jednak żadnych uchybień, a ewentualne wymówki przyjmowała z zaskoczeniem. Jak ludzie mogą być tak niewdzięczni i małostkowi? - mawiała często do męża, Seweryna, który od energicznej żony odpoczywał głównie w pracy. Ich syn, Borys, ukochane dziecko matki, który aktualnie studiował w Warszawie, z rzadka przyjeżdżał do domu ku wielkiemu rozczarowaniu rodzicielki, chętnej, by się nim pochwalić.
Ostatni dom po lewej, położony naprzeciw posesji Majewskiej, zajmował Zygmunt Wyrwa, człowiek osobliwie małomówny i tym samym stanowiący dla Flory pewną zagadkę. Przyjaźniła się z jego żoną, Adelą, ale słabo znała jego samego. Po śmierci Adeli wszystko w tej rodzinie się skomplikowało: jedyny syn wyprowadził się z domu, zrywając kontakty z ojcem. Zygmunt nie wydawał się być złym człowiekiem, tylko nieszczęśliwym i zniszczonym przez życie. Odnosiło się wrażenie, że nie życzy sobie za bardzo kontaktów sąsiedzkich. Podobnie zresztą jak nowy lekarz Paweł Zaruski, który sprowadził się tutaj w lecie, wynajmując dom po rodzinie Dońców. Flora niewiele o nim wiedziała, widywała go jednak często, jak przejeżdżał swoim szosowym rowerem ulicę Wierzbową w kierunku lasu.
Oprócz tych lokatorów mieszkały tu jeszcze trzy rodziny, każda dziwna, ale na swój sposób interesująca. W pierwszym domu po lewej stronie ulicy rezydowali Jawińscy, ale chyba niezbyt dobrze się u nich działo. Panował tam dziwny smutek, milczenie i obojętność. Familia Bekierskich, którzy zajmowali bodaj największy dom na Wierzbowej i sąsiadowali z Florą przez ogrodzenie, była z kolei liczna i hałaśliwa. Nie utrzymywali kontaktów z sąsiadami, zajęci sobą i rozmaitymi interesami prowadzonymi przez głowę rodu - Dariusza. Kręciło się tam kilkoro dzieci, żona gospodarza oraz teściowa, choć tę ostatnią Flora rzadko widywała. Bekierscy woleli trzymać się razem i obracać w swoim świecie zamożnych i zadowolonych ze swego życia rodzin. Dwa domy dalej mieszkała Patrycja Konopińska z mężem i córką. Flora odruchowo przyspieszała, mijając posesję usytuowaną na samym rogu ulicy, w miejscu, gdzie rozszerzała się ona w kierunku Ryneczku. Kiedy odchodziła na emeryturę z miejscowej biblioteki, Patrycja już tam rządziła jako dyrektorka. Nie można powiedzieć, by się nie lubiły, ich stosunki należały jednak do chłodnych. Flora doceniała przebojowość i energię Patrycji, lecz nie potrafiła się z nią dogadać. Konopińska - nastawiona na efektywność - chciała wszystko załatwiać szybko i bez zbędnego namysłu, zaś Flora wiedziała, że pewne sprawy w życiu wymagają zachodu. Moment, gdy przeszła na emeryturę, im obu przyniósł ulgę.
Ostatni dom, o którym należy wspomnieć, czyli ten usytuowany pomiędzy nieruchomościami Konopińskich a Bekierskich, do niedawna pozostawał niezamieszkały. W Uroczynie określano go mianem nawiedzonego, gdyż pierwotni właściciele nawet się do niego nie zdążyli wprowadzić, a wcześniej całą budową kierowali z zagranicy. Z upływem lat budynek stojący w dużym i budzącym zdumienie swą obszernością ogrodzie sukcesywnie niszczał. Flora widziała go dosyć dobrze z piętra swojej nieruchomości, zanim oczywiście drzewa u Bekierskich nie rozrosły się tak bardzo, że przesłoniły widok. Dach zaczynał się sypać, ściany oszpeciły brzydkie zacieki. Wiatr dostawał się do środka przez nieszczelne okna, wywołując niekiedy zdumiewające efekty dźwiękowe w pustych korytarzach. Może dlatego mieszkańcy miasteczka uważali to miejsce za dotknięte działaniem sił nadprzyrodzonych? Trudno dociec. Zresztą każda miejscowość ma przynajmniej jeden taki opuszczony i nawiedzony dom. Flora jednak ze swoich bardzo pewnych źródeł wiedziała, że całkiem niedługo ktoś miał się tutaj sprowadzić, zatem już teraz uwzględniła w swoich sąsiedzkich rachunkach jedną, a może nawet dwie osoby więcej.
Ktoś przybywa, kogoś ubywa - szeptała do siebie, przemierzając z torbą ulicę Wierzbową. Jak zwykle przyspieszyła kroku przed domem Konopińskich, a później zwolniła przy nawiedzonej posesji. Lubiła ten dziki, zarośnięty ogród. Dzięki niemu w okolicy pojawiały się zwierzęta - różne gatunki ptaków, łasice i jeże. Pewnego letniego popołudnia dostrzegła tam nawet bażanta, który obwieścił swoje przybycie głośnym skrzekiem. Mam nadzieję, że nowi właściciele nie zechcą go od razu uporządkować, a w każdym razie nie wytną starych drzew - pomyślała i pchnęła swoją furtkę. Jej własny dom na tle architektury ulicy, gdzie wszystkie budynki miały bezpieczne bryły sześcianu i dość ładne ściany, nie wyłączając tego opuszczonego, którego elewacja była co prawda brudna, ale jednak starannie wykonana, wyglądał jak z zupełnie innej bajki. Był piętrową willą o dwóch werandach, wzniesioną z drewna i z upływem czasu coraz bardziej przypominającą chatkę z piernika. Nie tylko ze względu na kolorystykę - deski starzały się w swoim tempie, a zielona farba elewacji dawno wyblakła - jego sylwetka zwracała uwagę. Wydawał się tak odmienny w stylu, jakby przywędrował tu z zupełnie innych czasów.
- Korniki i butwienie - kręciła nosem Jola. - Powinnaś koniecznie coś z tym zrobić.
Tylko co mogła zdziałać? Flora przyzwyczaiła się już do chrobotania w ścianach, świerszczy za kominem i nieustannego sypania się drewna. A zapach gnijących liści w ogrodzie po prostu zaakceptowała. Nie miała siły ciągle ich sprzątać, a poza tym były pożyteczne. Teraz weszła do domu przez werandę, starannie zamknęła za sobą drzwi, wydobyła z wózka pakunek i położyła go na okazałym sosnowym stole. Potem zatarła z radości ręce i wyszła do kuchni zrobić sobie herbatę.
[1] Źródła wszystkich cytatów i adresy wydawnicze tytułów wymienianych w tekście zamieszczono na końcu książki.
2.
Co do formy zewnętrznej listów (...) to powinna być takowa miła i elegancka, zatem trzeba się starać o piękny papier, ładne pismo, a wystrzegać się plam i krzywych rządków. Koperta nawet niech będzie starannie wybrana. Błędy gramatyczne i ortograficzne zachodzić nie powinny. Zdania niech będą proste i krótkie.
Flora starannie obejrzała paczkę, czy papier nie jest uszkodzony, a potem ostrożnie położyła ją na stole. Z szuflady wydobyła nożyczki i delikatnie przecięła zabezpieczające taśmy. Potem odwinęła przesyłkę. W kartonowym pudle spoczywał zamówiony przez nią towar - arkusiki czerpanego papieru, dodatkowo wzbogacone płatkami kwiatów i cząstkami traw. Niewiarygodnie piękne. Zatopione w nich rośliny nadawały i tak szlachetnemu papierowi elegancki i romantyczny szlif. Tchnęły tajemniczym czarem, nostalgią za dawnymi czasami, gdy wszystko robiło się z miłości do sztuki, urokiem przeszłych chwil, nieskończonych możliwości i tego ulotnego smutku, który każe kochać rzeczy śliczne, misternie wykonane, choć niekoniecznie użyteczne.
Kobieta ruszyła do niewielkiej spiżarni i przyniosła stamtąd atrament oraz roślinne farby, jak również surowiec do wykonania kolejnych, bo dysponowała także suszonym indygo, brązową umbrą, zielenią chromową i karminem.
Właśnie rozmyślała nad tym, czy wypróbować najpierw kaligrafię, czy też rysunek, gdy przez okno dojrzała, że ktoś stoi przy furtce i zagląda ciekawie do środka ogrodu.
Była to mała dziewczynka, może sześcioletnia, którą Flora dobrze znała z widzenia. Wiedziała, że przyszła tu z pierwszego domu po przeciwnej stronie Wierzbowej, nowoczesnego budynku o modnym kształcie z wielkimi przeszkleniami od strony sadu i metalowymi balkonami. Wyglądał zupełnie jak kostka ze szkła i stali. Jego odmienność nieco raziła na tej ulicy pełnej bardziej konwencjonalnych domostw. Wyraźnie odstawał od reszty, nieuchronnie przyciągając wzrok. Do niedawna mieszkała w nim czteroosobowa rodzina: rodzice, ta właśnie dziewczynka i jej malutki, niedawno narodzony braciszek.
Matka, kiedyś zatrudniona w szkole, teraz poświęciła się wychowaniu malucha, ale chyba nie czerpała z tego satysfakcji. Chodziła przygaszona, smutna, rzadko się uśmiechała. Ojciec dziewczynki zawsze był bardzo zapracowany - wcześnie wychodził, wracał późno. Czasami wieczorem powtórnie jechał do nieodległej Warszawy, pewnie załatwiać jakieś służbowe sprawy. Nie było go całymi dniami, mało odzywał się do dzieci. Traktował je chłodno, jakby z niechęcią. Któregoś dnia się wyprowadził. Flora domyślała się powodu. Chłopczyk, tak wyczekiwany w tej rodzinie, okazał się nie całkiem taki, jak życzył sobie pan domu. Zamiast idealnego dziecka, przyszłego następcy, urodził się mały człowiek z pewną niedoskonałością. A może właśnie z doskonałością, której ojciec nie potrafił docenić? W każdym razie ta pozorna skaza okazała się najprawdopodobniej probierzem rodzicielskiej i małżeńskiej miłości.
Rodzina rozpadła się. Matka jeszcze bardziej posmutniała, a mała dziewczynka coraz więcej czasu spędzała, kręcąc się po ulicy Wierzbowej, zaglądając przez furtki do sąsiadów, hasając z niewielkim psem, który stanowił całe jej towarzystwo. Nie miała koleżanek, ale chyba nie tęskniła za towarzystwem rówieśniczek. Flora nigdy nie widziała też, żeby dziecko nosiło ze sobą jakąś zabawkę. Zawsze wyglądała podobnie: ze starannie założonymi rajstopami podczas chłodniejszej aury lub w kolorowych skarpetkach przy dobrej pogodzie, odziana w sztruksowe sukienki-ogrodniczki w różnych barwach oraz płaszczyk od deszczu, gdy padało. I te kalosze. Najchętniej chodziła właśnie w nich - sięgających kostki zielonych kaloszkach w duże żaby.
Dziewczynka patrzyła przez furtkę do ogrodu, jakby zastanawiając się nad pomysłem przedostania się do środka. Jej piesek bez trudu przeskoczył przez ozdobny otwór w bramce i szczeknął na panią zachęcająco. Flora miała w swoim ogródku piękne krzewy i drzewa. Były też i kwiaty, ale jesienią pozostało już po nich tylko wspomnienie. Październik tego roku był jednak łaskawy, ciepły i pozbawiony wiatru, więc na drzewach wciąż trzymało się mnóstwo liści. Ich głębokie kolory od nasyconego złota, poprzez delikatne ochry i brązy aż do ciemnej czerwieni zachwycały możliwościami natury. Te liście, które już opadły, leżały bezładnie na ziemi, bo gospodyni nie miała siły ich uprzątnąć, poza tym tłumaczyła sobie, że jeże znajdą w nich świetną kryjówkę na zimę. A mieszkało ich w ogrodzie kilka. Starsza pani słyszała w lecie ich tupotanie, a także widziała parę w świetle księżyca. Przemieszczały się szybko, czasem fukając na siebie i inne zwierzęta, starając się odstraszyć wszędobylskie koty sąsiadów, z którymi chcąc nie chcąc musiały dzielić terytorium.
Dziewczynka chciała zapewne przedostać się do liści. Albo pozbierać dojrzałe owoce kaliny czy jarzębiny, które rosły na niskich drzewkach. Może chodziło też o strzelające kulki, jakie niedawno pojawiły się na zastępującym Florze żywopłot szpalerze śnieguliczki białej? Starsza pani pamiętała dobrze, że jako dziecko lubiła bawić się w rozgniatanie ich butem, pod którym pękały z cichym trzaskiem. Gustowały w nich ptaki, dla których były dobrym pokarmem, mimo iż dla ludzi trujące.
Pani Flora początkowo nie zamierzała zaprzątać sobie uwagi dziewczynką, zajęta swoją ważną pracą. Potem jednak coś kazało jej skupić wzrok na tej drobnej postaci, przestępującej z nogi na nogę w zielonych kaloszkach. Westchnęła, złożyła papiery, wyszła z domu i ruszyła do furtki.
Było ciepło, ale na wszelki wypadek otuliła się szalem, który Jola wydziergała poprzedniej zimny z resztek włóczki i podarowała jej jako prezent świąteczny. Nici były w bajecznych kolorach i teraz Flora mogła się cieszyć okryciem we wszystkich barwach tęczy.
Dziewczynka na widok właścicielki domu aż pisnęła ze szczęścia.
- Jakie kolory! Toż to cała łąka - zawołała w zachwycie.
- Ładny, prawda? - Gospodyni nie kryła zadowolenia.
Dziewczynka przytaknęła z zaangażowaniem. Miała długie, zaplecione niestarannie włosy (a może rozplotły się same podczas całego dnia zabaw i wędrówek?) w nieokreślonym kolorze. Jakby koniakowym lub brunatnym, w każdym razie - niezbyt zdecydowanym.
- Prze-pię-kny - wyskandowała teraz, przewracając oczyma.
Z dziewczynką co prawda rozmawiało się prosto, wręcz zadziwiająco łatwo, ale pani Flora postanowiła dopełnić wstępnych formalności:
- Jak masz na imię? - spytała, choć wiedziała, że dziewczyna nazywa się Nela, tak przynajmniej wołała na nią matka lub surowy ojciec. Kornelia. Bardzo ładnie, zdaniem Flory, znanej ze swojej słabości do niezwykłych lub rzadko nadawanych imion. Z tego względu sympatią darzyła Jolantę, nazywaną przez bliskich Jolą, czy też Zygmunta, uporczywie zdrabnianego jako Mundek, choć to akurat nie przypadło jej do gustu.
- Nelka - stwierdziła dziewczynka rezolutnie i podkreśliła swoją wypowiedź, tupiąc nogami.
- A twój brat? Wydaję mi się, że widziałam twoją mamę z dzidziusiem. - Mała skinęła z zaangażowaniem głową. - Jak mu na imię? - zaciekawiła się Flora.
- Baobab - odparła rozmówczyni bez namysłu.
- Naprawdę? - zdziwiła się starsza pani.
- Pewnie. On będzie duży i silny jak baobab. Dlatego tak dałam mu na imię - wyjaśniła, podciągając kolorową skarpetkę.
- Rozumiem. - Flora się uśmiechnęła. - Wszystkich nazywasz tak... od roślin?
- Właśnie! - Mała ucieszyła się, że została zrozumiana. - Rośliny są fajne - dodała po chwili.
- Zgadzam się - przytaknęła gospodyni. - Sama tak uważam. A mama?
- Co mama?
- No jak mama ma na imię?
Dziewczynka porzuciła poprawianie garderoby i westchnęła.
- W sumie nie wiem. Nie pamiętam.
- Nie pamiętasz, jak ma na imię twoja mama? - Kobieta podniosła brwi w geście zdziwienia.
- Mogę opisać - zadeklarowała dziewczynka. - Byliśmy kiedyś z przedszkolem w takim miejscu, gdzie są pokazywane różne rośliny. Najróżniejsze - podkreśliła. - Takie, których u nas nie ma, też.
- W ogrodzie botanicznym - domyślnie podsunęła starsza pani.
- Monicznym? - zdumiała się mała. - Tam nie było żadnej Moniki. W naszej grupie jest jedna, ale akurat w ten dzień zachorowała. Dobrze, bo to niemiła dziewczyna. Lubi popychać.
- Botanicznym. Botanika to nauka o roślinach. Tak się nazywa.
- Aha. - Dziewczynka chwilę obracała nowe słowo w pamięci.
- No więc w tym ogrodzie... monicznym rosła taka roślina. Pani wie - jak się ją dotknęło, to ona tak śmiesznie zwijała liście. - Nela zaprezentowała to, zginając naraz wszystkie palce u ręki. - Tak się chowała.
- Wiem, znam ją, to mimoza - wyjaśniła starsza pani.
Dziewczyna aż podskoczyła z radości.
- Mimoza! Mama jest taka - chowa się, gdy ktoś ją zdenerwuje.
Flora kiwnęła głową, a potem przypomniała sobie, jak wyglądała matka dziewczynki. Była to wyjątkowo wysoka, szczupła kobieta o długich palcach. Starsza pani zwróciła uwagę na ten szczegół, bo zwykle trzymała coś w dłoniach: torebkę, kwiaty, jakiś przedmiot, książkę. Zwłaszcza to ostatnie ujmowało Florę Majewską - emerytowaną bibliotekarkę. Mama Neli, która naprawdę miała na imię Hanna, o czym dziewczynka nie omieszkała wspomnieć, lubiła czytać. Często wychodziła przed dom, a potem znikała w ogrodzie, by oddawać się lekturze. Dużo pracowała przy swoich grządkach, poświęcając na to wolne chwile w ciągu dnia. Do momentu gdy urodził się chłopiec, Błażej, zwany przez siostrę Baobabem, i wszystko się skomplikowało. Życie ich rodziny nigdy już nie miało być takie jak wcześniej.
Flora z westchnieniem spojrzała na Nelkę. Dziewczynka starannie zbierała liście. Miała już spory bukiet, który właściwie nie mieścił się w jej drobnych rączkach. Starała się go uchwycić palcami, ale coraz to któryś wysuwał się, spadając na ziemię. Mała rozejrzała się po ogrodzie.
- Ma pani psa? - spytała znienacka. - Bo moja Figa uwielbia się bawić z innymi pieskami. Kiedyś tata ją wyprowadzał na spacer, ale teraz ja sama z nią wychodzę. Codziennie, zawsze po zerówce - pochwaliła się, a sąsiadce zrobiło się przykro. Ojciec przestał wychodzić z suczką, bo najwyraźniej w ogóle stracił serce dla rodziny.
- Nie. Mam jeże - wyjaśniła Flora, odganiając od siebie te nieprzyjemne myśli. - Latem spacerują po ogrodzie, a jesienią zasypiają w liściach.
- To fajnie. Tatuś kiedyś przejechał jeża - wyznała. - Było mi przykro, płakałam.
- Tatusiowi zapewne też było smutno. Niestety, wypadki się zdarzają, nawet najbardziej uważnym kierowcom.
- Wcale nie. Okrzyczał mnie, że jestem mazgaj.
Majewska wzdrygnęła się. Co za głupi, okrutny człowiek - przeszło jej przez myśl, ale od razu przywołała się do porządku. Nie oceniaj, Floro, tak pochopnie. Ta mała zapewne kocha ojca i nie można dyskredytować go w jej oczach. Co ja poradzę, że nie znoszę ludzi, którzy znęcają się nad słabszymi - zaripostował od razu głos z drugiej strony jej głowy. Tak było zawsze, gdy rzeczowość walczyła u niej z idealizmem. Zwykle to właśnie serce brało górę.
Dziewczynka przyglądała się gospodyni z namysłem.
- Co zamierza teraz pani robić? - spytała szczebiotliwym głosem, od którego od razu robiło się lżej na duszy.
- Potrafisz być dyskretna? - rzuciła starsza pani zagadkowo.
- A co to znaczy? - zainteresowała się dziewczynka.
- To, że nie chcę, aby wszyscy na naszej ulicy dowiedzieli się, czym się zajmuję. To nic złego - zastrzegła się, widząc niespokojne spojrzenie swego gościa. - Po prostu staram się, żeby mieli miłą niespodziankę. Moim zdaniem, najprzyjemniejsze są właśnie nieoczekiwane upominki.
- O, dlatego nie wolno o niczym mówić? Bo chodzi o prezent? - upewniła się mała.
Flora skinęła głową, a dziecko odetchnęło.
- To dobrze. Mama mi zawsze powtarza, że lepiej niczego nie ukrywać. Bo tajemnice mogą być złe.
Starsza kobieta przytaknęła.
- Twoja mamusia ma rację. Są różne sekrety, dobre i złe. Ale ten jest jak najlepszy. Nie chcę po prostu nikomu popsuć radości.
- Lubię niespodzianki. To co będziemy robić? - Nela zadeklarowała gotowość do natychmiastowego działania.
Na tak postawione pytanie kobieta zadumała się. Właściwie czemu nie? Dziewczynka mogłaby jej pomóc, byłoby to zapewne z pożytkiem dla nich obu. Tyle listów do przygotowania, a ona nie czuła się na siłach robić wszystkiego sama.
- Dobrze. Tylko przejdziemy na werandę, bo będziemy przygotowywać farby. Twój piesek może zostać w ogrodzie? Nie ucieknie?
Dziewczynka klasnęła w dłonie.
- A skądże! Figa jest bardzo grzeczna, zawsze trzyma się blisko mnie i lubi ogrody. Czy to będą prawdziwe farby? Takie jak w pudełku w przedszkolu?
Flora zadumała się po raz kolejny.
- W przedszkolu macie pewnie farby w słoiczkach albo w tubkach, prawda?
Mała skinęła głową z zaangażowaniem.
- Moje będą inne. To farby wodne, czyli akwarelowe.
- Ojej, będzie pani malowała wodą? Chciałabym to zobaczyć. Czy ja też mogę tak malować? To moje ulubione zajęcie.
- Oczywiście, tylko najpierw zmieszamy farby. - Przypomniała starsza pani z uśmiechem.
- Pomogę pani. Uwielbiam pomagać.
Flora nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Nabrała wręcz przekonania, że Nela lubi robić absolutnie wszystko, byle było wystarczająco twórcze. Oczywiście, dziewczynka nie miała najmniejszego pojęcia, że taka właśnie jest, i to było w niej najwspanialsze.
Weszły z ogrodu po dwóch kamiennych schodkach na ocienioną winobluszczem werandę. Wieki temu ten taras, na który wychodziło się wprost z jadalni, stanowił dumę Flory. Jak przystało na starą drewnianą willę w uzdrowiskowym stylu dom miał okazałe okna i podwójne werandy ciągnące się przez oba piętra z tyłu i z przodu domu.
Dolna weranda, czyli właśnie ta, do której weszły wprost z trawnika od frontu, pełniła funkcję letniego salonu. Okna otaczały ją z trzech stron, podobnie jak drugą, usytuowaną na piętrze bezpośrednio nad nią werandę-pracownię, ale tutaj po podpierających ganek belkach, stanowiących wsparcie daszku nad wejściem i osłaniających schody, pięły się pnącza. O tej porze roku winobluszcz ujawniał pełnię swoich możliwości. Liście były czerwone jak wino, amarantowe, purpurowe, bordowe... Wybuchały wszystkimi odcieniami szlachetnej barwy, zapierając dech w piersiach. Flora lubiła ten efekt. Domek skromnie pomalowany na zielono i mocno już wypłowiały w ciągu lat odżywał na nowo, gdy liście pnączy przebarwiały się tak efektownie. Wnętrze werandy pozostawiono białe i właścicielka bardzo dbała o to, aby tę biel regularnie odświeżać. Mało robiła w swoim domku - z racji swego wieku, ale też ograniczonego budżetu. Na malowanie wnętrza zawsze musiały się jednak znaleźć środki. Flora lubiła biel i czystość. Kolor ten znakomicie odbijał światło, ona zaś wierzyła głęboko, że dzięki takiej barwie mniej męczą się jej oczy. No i nie rozpraszały ją kolory. Tych miała wystarczająco wiele w ogrodzie. Tutaj, w domu, pragnęła wyłącznie spokojnych odcieni.
- Pięknie tu - zachwyciła się Nela, gdy weszły na dolną werandę. Spojrzała na malowany na biało drewniany sufit, a potem pod nogi, na wysłużoną, ale wciąż dobrze utrzymaną deskowaną podłogę. Od razu wypatrzyła spory słoik, w którym zazwyczaj Flora trzymała pędzle, i wstawiła do niego swoje liście. Na dużym sfatygowanym sosnowym stole prezentowały się okazale.
- Zrobimy kilka kolorów - wyjaśniła właścicielka domu. - Przyniosę porcelanowe naczynia. Przydadzą się nam do mieszania.
- Dobrze - zgodziła się dziewczynka i od tego momentu nie przestawała śledzić przygotowań.
Flora sprzątnęła stół, który zajmował tu sporo miejsca, po czym ustawiła na nim szklane słoiki i butelki ze swymi barwnikami oraz innymi akcesoriami, takimi jak gliceryna czy guma arabska.
- Spójrz. - Pokazała dziewczynce surowce. - To sproszkowane minerały i rośliny. Z nich właśnie powstają kolory. Zaraz je rozetrzemy i dodamy substancji łączącej, żeby można było nimi malować.
- A jak będziemy malować? Na czym? - Mała była urzeczona pomysłem.
- Mam specjalny papier do akwareli, zaraz ci przyniosę. - Starsza pani pogrzebała chwilę w szafce znajdującej się w rogu werandy i wydobyła zeń kilka kartek.
- A tutaj masz trochę gotowych farb z soków owocowych i warzywnych. - Postawiła przed dziewczynką kilka słoiczków. - Spróbuj namalować nimi coś na papierze, a potem posyp tym proszkiem. - Podała jej torebeczki z sodą oczyszczoną i kwaskiem cytrynowym.
Dziewczynka z zapałem zabrała się do pracy. Rozmazywała na kartce sok z buraka, wywar z hibiskusa i czarnego bzu. Potem posypywała je proszkiem z torebek. Pod wpływem sody barwnik pienił się i zmieniał kolor, a Nela aż piszczała ze szczęścia. Flora nigdy nie widziała dziewczynki tak ożywionej.
- Czy to czary? - spytała mała.
Starsza kobieta pokręciła głową.
- Po prostu nauka.
Nela zmartwiła się.
- Szkoda, tak bym chciała, żeby to były czary.
- W takim razie nazwijmy to magią kolorów, dobrze?
Dziewczynka od razu się rozpromieniła.
- Dobrze. A widziała pani, co mi wyszło? - Podsunęła kartkę, na której stworzyła istną feerię barw.
Flora kiwnęła głową.
- Bardzo udana praca.
- A pani co będzie robić? - Nela, nadal w pełnej gotowości do pomocy, naprawdę chciała dowiedzieć się, co dalej.
Flora wyciągnęła papier, a potem w skupieniu zaczęła malować różowy kwiat farbą zaczerpniętą z naczynia. Wkrótce urocza peonia ozdobiła kartkę.
- Cudne. Co z tego będzie? Te niespodzianki?
- Tak. Kiedy już wszystko przygotuję. Farby, papier, atramenty... - Gospodyni zamyśliła się, patrząc w dal za okno. Czekał ją jeszcze ogrom pracy. Miała nadzieję, że wszystkiemu podoła, bo czasu nie pozostało zbyt dużo.
- Mogę przychodzić pomagać pani? - spytała drżącym głosem dziewczynka. - Obiecuję, że niczego nie zniszczę. Figa też nie!
- Wiem o tym. Przychodź, kiedy chcesz - uśmiechnęła się staruszka. - Razem z Figą. - Wyjrzała przez okno do ogrodu, gdzie biały piesek uganiał się za spadającymi liśćmi.