Rozdział 1. Czwarta reakcja na traumę
Rozdział 1
Czwarta reakcja na traumę
Czym jest uległość?
Gdy miałam 13 lat, uwielbiałam przesiadywać nocami w zewnętrznym
jacuzzi. Mieszkaliśmy wówczas w Aspen w stanie Kolorado i kiedy w domu
gasły światła, bez problemu rozpoznawałam gwiazdozbiory na rozległym,
ciemnym niebie.
Pewnej nocy dołączył do mnie mój ojczym, Randy. Nie sposób było go nie
zauważyć, gdy przemierzał taras, tupiąc nogami przypominającymi pnie
drzew,. Patrzyłam, jak wchodzi do jacuzzi, a jego spodenki przez chwilę
wybrzuszają się na wodzie, by zaraz pod nią zniknąć. Następnie znów
spojrzałam w niebo, zastanawiając się, z którą wersją Randy'ego będę
mieć dzisiaj do czynienia: z tą, która zdawała się mnie nie znosić,
negując wszystko, co robię, czy tą miłą i życzliwą.
Niecały rok wcześniej Randy, najlepszy przyjaciel mojego taty, został
mężem mojej mamy i krótko po ślubie przeprowadziliśmy się do niego, do
odległego górskiego miasteczka. Odizolowanie od przyjaciół i rodziny w obcym, nowym miejscu wpędziło mnie w stan szoku. Szybko zapamiętałam
numer do miejscowej knajpy, bo tam właśnie często przesiadywali nasi
rodzice. Dzięki temu mój rodzony brat, mój przybrany brat i ja mogliśmy
się przygotować na nieprzewidywalne sytuacje, jakie często wydarzały się
po ich powrocie do domu.
Zasady panujące w nowym domu były umowne, zależały od humoru Randy'ego i nieustannie się zmieniały. Z dnia na dzień potrafiły się pojawiać nowe
wymagania i bez względu na to, jak bardzo starałam się je spełniać,
okazywało się to niewykonalne. A gdy mi się nie udawało, dostawałam
szlaban i nie mogłam wychodzić z domu przez całe miesiące, w czasie
których Randy karał mnie milczeniem.
Jednak teraz, siedząc w jacuzzi, nie ignorował mnie ani nie krytykował.
Wydawało się, że ma dobry nastrój, co naprawdę przyniosło mi ulgę.
"Założę się, że chciałabyś mieszkać wśród gwiazd, co?" - rzucił z lekkim
śmiechem, choć nie naśmiewał się ze mnie. Jakby przyznawał: "Wiem, że
wolałabyś być gdziekolwiek indziej - byle nie tu, nie ze mną - i to nic
złego". Jego słowa mnie rozbroiły i poczułam, że być może moglibyśmy być
wobec siebie szczerzy. Mój twardy pancerz nieco zmiękł w gorącej wodzie
i zachichotałam cicho, dłubiąc językiem w aparacie ortodontycznym.
Randy zaproponował, żebym usiadła mu na kolanach, abym nie musiała
zadzierać głowy, przekonując mnie, że łatwiej mi będzie patrzeć w niebo,
gdy oprę głowę na jego klatce piersiowej.
Po całym roku pełnym niepewności pragnęłam ponad wszystko poczuć się
zaopiekowana. Chciałam być częścią szczęśliwej rodziny. Odebrałam więc
zachętę Randy'ego jako gałązkę oliwną, gest świadczący o uczuciu
ojczyma.
Przesunęłam się w jego stronę, usiadłam mu na kolanach i oparłam głowę
na jego klatce piersiowej. Moje palce u stóp wystawały ponad bulgoczącą
wodę, a on ramionami przytrzymywał mnie w miejscu. Teraz, gdy czułam się
zakotwiczona, zauważona i doceniona, moja czujność osłabła jeszcze
bardziej. "Lubię być blisko ciebie - oznajmił Randy, lekko ściskając
moje biodra. - Cieszę się, że ci to nie przeszkadza".
Moje ciało natychmiast się spięło, a myśli zaczęły galopować. "Dlaczego
to powiedział? O co mu chodzi?" Od razu zrozumiałam znaczenie tych słów
i dotyku jego rąk i miałam świadomość, że powinnam uważać. Lecz
wiedziałam także, że stąpam po kruchym lodzie. Nie chciałam wpaść w kłopoty, wywołując tę wersję Randy'ego, która mnie przerażała. Zapytałam
więc ostrożnie, głosem drżącym niczym górskie powietrze: "Dlaczego
miałoby mi to przeszkadzać?".
Czekając na odpowiedź Randy'ego, czułam, jak szorstkie włosy na jego
ciele kłują mnie niczym igły. Woda skleiła nas ze sobą, a ja czułam się
uwięziona. Zastygłam tak bardzo, jak tylko było to możliwe. Randy
odparł, że niektóre dziewczyny to straszne sztywniary i oczekują więcej
przestrzeni osobistej w relacjach z mężczyznami. Po czym na moment
zamilkł i zaraz dodał: "Cieszę się, że taka nie jesteś. Że możemy być
tak blisko".
Ta chwila zmieniła wszystko. A przynajmniej zmieniła coś we mnie. To był
pierwszy raz, kiedy nie czułam się przy Randym bezpiecznie, mimo że
wydawał się przyjazny. Wcześniej, gdy nie czułam się przy nim
bezpiecznie, wynikało to z jego agresywnego i złośliwego zachowania.
Teraz jednak jego głos brzmiał łagodnie i spokojnie, a on sam wyglądał
na odprężonego. A mimo to moje ciało wysyłało mi jasny sygnał, że nie
mówi całej prawdy. Coś było mocno nie tak.
Gdybym mogła zatrzymać ten moment w czasie, powiedziałabym, że moja
psychika rozszczepiła się na dwie części. Z jednej strony bałam się:
miałam 13 lat, byłam dzieckiem wyczuwającym, że coś zagraża mojemu
poczuciu bezpieczeństwa. Z drugiej strony musiałam przefiltrować ten
strach przez dynamikę władzy panującą w jacuzzi. W końcu Randy był
dorosły i pełnił funkcję figury autorytetu w moim życiu. Odkąd
zamieszkaliśmy razem, drobna postać mojej mamy jakby zniknęła w jego
cieniu. Jej ciało poruszało się dopiero wtedy, gdy on to robił, słowa
padały z jej ust dopiero po tym, jak on je wypowiedział. Cały czas
zastanawiałam się, gdzie podziała się moja mama, nawet gdy stała tuż
przede mną. Randy rządził, a my musiałyśmy zasłużyć na jego
przychylność.
Co więc robiłam? Choć zwykle wymienia się walkę, ucieczkę lub
zamrożenie jako naturalne reakcje na zagrożenie, moje ciało
instynktownie wiedziało, że żadna z nich nie zadziała.
Walka nie wchodziła w grę. Po pierwsze Randy nie był wobec mnie
jawnie wrogi, więc nie miałam z czym walczyć. On raczej mnie oswajał,
manipulował mną emocjonalnie, co okazało się skuteczne. Zaczęłam wątpić
w siebie, zastanawiając się, czy to możliwe, że wszystko jest tak
niewinne, jak to przedstawiał. Ponadto był dwukrotnie większy ode mnie.
Choć nigdy nie byłam świadkiem, jak stosuje przemoc fizyczną wobec mamy,
to widziałam siniaki na jej ciele. Walka oznaczała niebezpieczeństwo.
Ucieczka, co jasne, jest niemożliwa dla większości dzieci. Dokąd
mielibyśmy uciec? Do kogo? Ludzkie dzieci są zależne od swoich opiekunów
dłużej niż młode jakiegokolwiek innego gatunku, potrzebują dorosłych, by
przeżyć. W Aspen znalazłam się daleko od przyjaciół i rodziny. Nie
miałam bezpiecznego miejsca, do którego mogłabym uciec.
Zamrożenie to powszechna reakcja na traumę, jednak w tej sytuacji
moje ciało nie uległo zamrożeniu, a przynajmniej nie całkowicie.
Musiałam jakoś sobie radzić z Randym, zachowując choćby resztki
opanowania. Czułam, że jeśli będę podążać za jego sygnałami, być może
zdołam utrzymać jego względy bez pogarszania sytuacji. Nie czułam się
bezpieczna, lecz musiałam udawać, że jest inaczej. Nie lubiłam
Randy'ego, ale potrzebowałam, by on lubił mnie.
Moje ciało znalazło więc inne wyjście. Siedząc z moim ojczymem sam na
sam w jacuzzi, byłam przerażona, a jednak zachowywałam się normalnie.
Udawałam spokój. Sprawiałam wrażenie uprzejmej, wręcz przymilnej. Swoim
zachowaniem dawałam mu znać, że wszystko jest w porządku. Posiedziałam
z nim na tyle długo, by nie wzbudzić podejrzeń, po czym oznajmiłam, że
wychodzę. Odsunęłam się od niego i gdy stanęłam na deskach tarasu,
żałowałam, że nie potrafię przenieść się do swojej sypialni za
mrugnięciem oka. Chciałam rzucić się biegiem do domu, lecz zmusiłam się,
by iść normalnie, chociaż wydawało mi się, że każdy krok stawiam bardzo
powoli. Czułam się jak półnagie, przemoczone widowisko odgrywane w zwolnionym tempie.
Dopiero po 30 latach zrozumiałam, co się wydarzyło tamtego wieczora,
oraz jak to wydarzenie ukształtowało moje reakcje na najdrobniejszy
konflikt w późniejszym życiu. Okazuje się, że istnieje czwarta reakcja
na traumę i jest to uległość (ang. fawning).
Więzi nas chronią
Jeszcze do niedawna, gdy ktoś mówił o uległości, ugodowości,
ugłaskiwaniu, przymilaniu się i przypodobywaniu, mogło się nam to
kojarzyć z pracownikiem podlizującym się szefowi w nadziei na podwyżkę
lub z dziewczyną nadskakującą chłopakowi, by się mu spodobać. W słowniku
Merriam-Webster przymilanie się jest zdefiniowane jako: "zabieganie o względy w służalczy lub pochlebczy sposób". Lecz taka definicja nie
oddaje istoty ugodowości w kontekście traumy.
Pete Walker, psychoterapeuta i autor książki Złożone PTSD. Od
przetrwania do pełni życia1, ukuł pojęcie ugłaskiwania po
wielu latach pracy z ofiarami przemocy oraz traum. Zdefiniował je jako
"reakcję na zagrożenie poprzez stawanie się bardziej atrakcyjnym dla
źródła zagrożenia". Osoba uległa odzwierciedla pragnienia lub
oczekiwania drugiej osoby, by rozładować sytuację konfliktową, zamiast
stawić jej czoła, gdyż według niej jest to najlepsza szansa na
przetrwanie. Przynajmniej w tym momencie.
Kiedy ktoś nachalnie się do ciebie zaleca, a ty uśmiechasz się i chichoczesz, to jest to uległość. Kiedy w toksycznym środowisku pracy
nie bronisz swoich wartości i zasad, by nie stracić posady, to również
jest przypodobywanie się. Lub gdy nieustannie usprawiedliwiasz
przemocowe zachowania rodzica, by nie niszczyć łączących was więzi -
tak, masz rację, to przymilanie się.
Innymi słowy, uległość jako reakcja na traumę osadza nasze zachowanie w kontekście bezsilności i nadużyć. I nie jest to podlizywanie się, by
dostać dobrą ocenę, ani celowe schlebianie wpływowym ludziom. Ugodowość
nie jest świadomą manipulacją. To instynktowny sposób, by poczuć się
bezpiecznie w obliczu wykorzystywania, zawstydzania, zaniedbywania,
atakowania czy krzywdzenia w jakikolwiek inny sposób.
Co ciekawe, przymilanie się można porównać do podstawowej zasady
japońskiej sztuki walki aikido. Słowo aikido oznacza "drogę harmonii".
Zamiast atakować lub uciekać, adept tej sztuki walki, poruszając się,
naśladuje ruchy przeciwnika, jego energię oraz intencje. Nawiązanie
połączenia z przeciwnikiem pozwala wyczuć jego kolejny ruch, co zapewnia
bezpieczeństwo obu stronom, gdy zmierzają ku pokojowemu rozwiązaniu.
To właśnie robimy, gdy w obliczu zagrożenia reagujemy uległością. Kiedy
czujemy się zagrożeni, dostrajamy się do agresora lub prześladowcy w nadziei, że uda nam się wyjść z tego bez szwanku. Staramy się podtrzymać
łączące nas więzi, ponieważ często jesteśmy zależni od osoby, która nas
krzywdzi. Jeśli jest to rodzic biologiczny lub przybrany, jesteśmy
zależni od jego opieki. Jeśli jest to szef, jesteśmy zależni od wypłaty
lub możliwości awansu. Jeśli to partner, możemy zależeć od jego
dochodów, prawa do widywania się z dziećmi czy statusu społecznego, jaki
daje małżeństwo.
W przypadku ugłaskiwania więź oznacza ochronę.
I choć ma ono na celu wyeliminowanie zagrożenia, co często się dzieje,
wiąże się z nim niewidoczny koszt. Spełniając cudze oczekiwania, musimy
zrezygnować z własnych. Kiedy uciekamy się do ugłaskiwania, odrzucamy
asertywność i stajemy się przesadnie ulegli. Zmieniamy się, by
przetrwać. Podporządkowujemy się osobom lub osobie, która nas
skrzywdziła. Gdy stosujemy przypodobywanie się, tak naprawdę porzucamy
samych siebie: nasze potrzeby, wartości i przekonania, co tylko pogłębia
naszą bezbronność.
Ugłaskiwanie, czasem określane jako "zadowalanie i uspokajanie" (ang.
please and appease), bywa utożsamiane z potrzebą zadowalania innych
lub współuzależnieniem. Jednak, jak wyjaśnię później, oba te pojęcia
sugerują, że mamy wpływ na własne działanie. Tymczasem przymilanie się
nie jest świadomym wyborem, a mechanizmem przetrwania. W ułamku sekundy
nasz gadzi mózg wybiera reakcję, która zapewni nam największe szanse
przeżycia. Następnie nasze ciało zapamiętuje to, co okazało się
skuteczne za pierwszym razem i powiela tę reakcję w przyszłości. Osoba
uległa nie ma zamiaru zadowalać innych czy kompulsywnie się nimi
opiekować. Próbuje tylko odzyskać sprawczość w sytuacjach, w których
jest jej całkowicie pozbawiona.
Nic mi nie jest, nic ci nie jest, wszystko jest w porządku
Trzy lata po wieczorze w jacuzzi, gdy sytuacja z Randym coraz bardziej
się pogarszała, zabrał mnie w tajemnicy do Las Vegas. Moja mama
wyjechała, żeby opiekować się umierającym ojcem, a Randy ukuł misterną
intrygę, by mnie tam zawieźć. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, kazał mi
trzymać się za rękę. Zachowywał się, jakbym była jego dziewczyną, i mówił, że mielibyśmy kłopoty, gdyby ktoś dowiedział się, że jestem
niepełnoletnia. Gdy wróciliśmy do domu, mojej mamy wciąż jeszcze nie
było. Wydawało się, że praktycznie nic między nami nie zaszło. Randy nie
wykorzystał mnie seksualnie, choć zarezerwował dla nas apartament z ogromnym łóżkiem i lustrzanym sufitem. Choć spaliśmy razem - on półnagi,
a ja w obszernym dresie, odwrócona do niego plecami, trzymając się
kurczowo swojej strony łóżka. I choć moje ciało wiedziało, że to nie w porządku, i choć byłam przerażona, to jak właściwie miałam określić, co
się wydarzyło?
Przez następne miesiące nie powiedziałam o tym nikomu, aż któregoś dnia
Randy zostawił na mojej poduszce karteczkę, a ja poczułam, że wreszcie
mam dowód. Nie pamiętam już, co dokładnie na niej napisał, wiem jednak,
że to wystarczyło, by zasygnalizować dynamikę łączącej nas relacji.
Zabrałam karteczkę do szkoły i pokazałam szkolnej psycholożce, a ta
spojrzała na mnie z troską. "Ingrid, musimy o tym porozmawiać" -
oznajmiła. Słysząc to, wzdrygnęłam się, bo wiedziałam, że nadszedł
moment, by wyznać całą prawdę.
Opowiedziałam jej o Las Vegas.
To był przykład zdrowej reakcji walki. Wiedziałam, że potrzebuję pomocy,
by udaremnić dalsze zaloty Randy'ego. Chciałam, żeby moja mama poznała
prawdę, chciałam, żeby odeszła od Randy'ego, chciałam, by ktoś w końcu
wybawił mnie z tego niekończącego się koszmaru, i intuicyjnie czułam, że
musi to być ktoś, kto ma narzędzia, by mi w tym pomóc. Psycholożka
zorganizowała w mojej szkole spotkanie z pracownikami opieki społecznej,
aby porozmawiać z moją matką, lecz ona mnie nie uratowała, bo
postanowiła milczeć. Przybrała kamienny wyraz twarzy i zażądała, by do
szkoły wezwać Randy'ego, jednak nie po to, by wpadł w kłopoty, lecz by
miał szansę się wypowiedzieć. Tak więc gdy tylko wszedł do pokoju,
nazwał mnie kłamczuchą. Obarczył mnie winą za wszystkie problemy naszej
rodziny.
Najbardziej zabolało mnie, że mama stanęła po jego stronie, usilnie
przekonując, że "nic złego się nie stało". To, co zrobił Randy, było dla
mnie traumatyczne, lecz naprawdę wierzyłam, że kiedy mama dowie się o tym, weźmie mnie w ramiona i przeprosi. A na koniec doda, że wyjeżdżamy.
Zamiast tego patrzyłam, jak jedyna osoba, która - jak mi się wydawało -
mnie uratuje, staje po stronie mojego oprawcy.
Wiele osób uciekających się do uległości doświadczyło w przeszłości
czegoś podobnego, czegoś, co nauczyło nas, że nie możemy w pełni polegać
na nikim oprócz siebie. Nauczyliśmy się, że wsparcie emocjonalne nie
jest dla nas, a bezwarunkowa miłość to albo mit, albo coś, co sami
musimy podtrzymywać. W konsekwencji często wpadamy w hiperniezależność.
Nie potrafimy polegać na zdrowym wsparciu innych, więc radzimy sobie
sami. Zdarza się, że milczymy, gdy spotyka nas coś złego. Dusimy to w sobie, udajemy, że wszystko jest w porządku, i dalej się przymilamy w imię bezpieczeństwa, co jest wyczerpującym i samotnym przedsięwzięciem.
Tymczasem osoby uległe często sprawiają wrażenie, jakby świetnie dawały
sobie radę. Często doskonale funkcjonujemy, mamy udane kariery, żyjemy w wieloletnich związkach, lecz to jedynie pozory. Prawda jest taka, że
przez tak długi czas znosiliśmy tak wiele, że nie czujemy, gdy ktoś
przekracza nasze granice. Utrzymujemy status quo, znieczulając się lub
wpadając w depresję, próbując "być lepszymi", jakby to miało rozwiązać
wszystkie trudności w relacjach z innymi ludźmi. Naprawdę nieustannie
podważamy nasz własny osąd, stosując autogaslighting, który podpowiada
nam, że może nie jest aż tak źle.
Co więcej, wielu z nas nauczyło się ugłaskiwać we własnych rodzinach lub
kręgach społecznych. Ugodowość, przedstawiana jako szacunek, jest
reakcją adaptacyjną na życie w zhierarchizowanym, patriarchalnym
społeczeństwie. Do bycia osobami uległymi przygotowały nas utrwalane
przez lata hasła, takie jak:
Pocałuj wujka.
Masz powiedzieć, że prezent ci się podoba (chociaż wcale tak nie
jest).
Nie mów nikomu, że tato pije.
Nie zachowuj się tak, by inni czuli się niezręcznie.
Bądź ponad to.
Przecież to twoja
matka.
Udawaj kogoś bardziej białego/ zamożnego/ seksownego, by utrzymać
bezpieczeństwo w relacji.
Udawaj kogoś mniej seksownego, by być zachować bezpieczeństwo w relacji.
Bądź graczem zespołowym.
Jak bardzo ci na tym zależy?
Po prostu się z tym pogódź.
Stłum to.
Zignoruj to.
Uśmiechnij się.
Te i inne niezliczone komunikaty w bezpośredni i zawoalowany sposób każą
nam się odciąć od naszego prawdziwego "ja", aż w końcu nie wiemy, gdzie
kończymy się "my", a zaczyna przymilanie się.
Jest to najbardziej bolesny aspekt uległości. Tracimy kontakt z samym
sobą. Rozwijamy mechanizmy, które stają się tak integralną częścią nas,
że nawet nie zdajemy sobie sprawy, że je stosujemy. Jesteśmy osobami
przymilającymi się, choć możemy wyglądać na szczęśliwych, wiecznie
przystających na wszystko, by dojść do porozumienia z innymi. Możemy
postrzegać siebie jako hojnych, empatycznych i współczujących. Często są
to nasze wrodzone cechy, lecz nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo
zostały zniekształcone przez naszą reakcję na traumę. Często nawet nie
jesteśmy świadomi, że doświadczyliśmy traumy.
Uległość jako reakcja na traumę złożoną
Przypodobywanie się to powszechny mechanizm radzenia sobie u osób
zmagających się z długotrwałą traumą relacyjną. Trauma relacyjna różni
się od pojedynczego traumatycznego zdarzenia takiego jak wypadek
samochodowy czy napaść. Jest to forma traumy złożonej, zjawiska, które
zostało opisane w psychologii dość niedawno. Trauma złożona odnosi się
do długotrwałych, wszechobecnych zagrożeń dla naszego poczucia
bezpieczeństwa, często o charakterze interpersonalnym. Nie jest to
diagnoza ani też jedno konkretne wydarzenie. Trauma złożona wynika z trwałej, wywołującej cierpienie sytuacji, która zdaje się nie mieć
końca. Jest niczym powietrze, którym oddychamy. Tak jak to było w moim
przypadku, może wynikać z wyjątkowo trudnych lub przemocowych relacji w naszej rodzinie pochodzenia. Może też występować w szerszych systemach
opresji lub marginalizacji czy też w każdej społeczności, która wymaga
od nas wyrzeczenia się pewnych aspektów naszej osobowości, abyśmy mogli
przynależeć do tej grupy. Może się pojawiać w miejscu pracy lub w związkach romantycznych.
Trudność związana z traumą złożoną polega na tym, że często nie
postrzegamy jej w ten sposób, mylnie uznając ją za coś normalnego lub
też za osobistą porażkę. Choć zawsze wiedziałam, że doświadczyłam traumy
w potocznym sensie tego słowa, przez lata nie uważałam, że była to
prawdziwa trauma. Wydawało mi się, że musiałabym doświadczyć czegoś
gorszego lub bardziej oczywistego, by móc ją tak nazwać. Nie mając
takich doświadczeń, uznałam więc objawy traumy za mój, wyłącznie mój
problem.
Częściowo wynika to z faktu, że dopiero od niedawna zaczęliśmy jako
społeczeństwo uznawać istnienie i znaczenie traumy. Dopiero w 1980 roku
diagnoza PTSD (zespołu stresu pourazowego) została włączona do
Kryteriów diagnostycznych zaburzeń psychicznych, czyli swoistej
"biblii" klasyfikacji zaburzeń psychicznych, wydawanej przez
Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne. Kryteria rozpoznania PTSD
zakładały, że dana osoba musiała doświadczyć "psychicznie obciążającego
wydarzenia, które wykracza poza zakres zwykłego ludzkiego
doświadczenia". Trauma była wówczas rozumiana jako coś dramatycznego,
destrukcyjnego i niespotykanego.
Jednak w kolejnych dekadach nasze rozumienie traumy uległo zmianie. W rzeczywistości trauma jest zjawiskiem niezwykle powszechnym: 70%
dorosłych Amerykanów doświadczyło w swoim życiu przynajmniej jednego
traumatycznego wydarzenia. A mówimy tylko o zgłoszonych przypadkach. W wielu rodzinach ludzie spotkali się z jakąś formą uzależnienia,
nieleczonej choroby psychicznej, przemocy seksualnej czy fizycznej lub
agresji. Ponadto na poziomie społecznym ludzie muszą się zmagać z ubóstwem, rasizmem i brakiem dostępu do odpowiedniej opieki zdrowotnej.
Te sprawy na ogół nie wykraczają poza zwykłe ludzkie doświadczenia, a wręcz przeciwnie, stanowią ich sedno. Niestety przez długi czas były
postrzegane jako coś, o czym nie należy wspominać, z czym trzeba sobie
poradzić, co należy znosić, wybaczyć lub przezwyciężyć. Z pewnością nie
traktowano ich jako doświadczeń "traumatycznych" według dawnego
standardu, który wciąż funkcjonuje w świadomości wielu ludzi. Dziś
wiemy, że te wszechobecne rany na naszej psychice mogą być równie
szkodliwe jak doświadczenia wojenne czy przetrwanie klęski żywiołowej. A może nawet bardziej, ponieważ są mniej oczywiste, jątrzą się w niewidocznej otchłani "problemów osobistych", z którymi powinniśmy sami
sobie poradzić lub z których trzeba wyrosnąć.
W latach 70, w czasie, gdy działał ruch wyzwolenia kobiet, dr Judith
Herman, profesorka psychiatrii na Harvardzie, dokonała rozróżnienia
między traumą jednorazową (ostrą) a powtarzającymi się traumatycznymi
wydarzeniami. Zauważyła podobieństwo między historiami ofiar przemocy
seksualnej i domowej a sposobem, w jaki rozumiano traumę, z którą
zmagali się weterani wojenni. Coraz więcej kobiet przerywało milczenie,
a Herman została ich rzeczniczką, publikując artykuły, które zostały
szeroko rozpowszechnione nieoficjalymi kanałami. Chcąc wypełnić lukę
między mężczyznami i kobietami, sferą publiczną i prywatną, tym, co
uzasadnione, i tym, co napiętnowane, psychiatrka ukuła termin traumy
złożonej. Twierdziła, że dotychczasowa definicja PTSD nie jest
wystarczająco pojemna, by uwzględnić wszystkie codzienne traumy, które
dotykają znacznie szerszej grupy ludzi niż zakładano. Apelowała, by do
Kryteriów diagnostycznych zaburzeń psychicznych dodać nową jednostkę
chorobową: złożone PTSD (complex PTSD). Było to w 1988 roku. Jej
wniosek odrzucono.
Do dziś złożone PTSD (a co za tym idzie, trauma złożona) nie jest
oficjalnie uznawane w Stanach Zjednoczonych. To poważne zaniedbanie,
które szkodzi zarówno specjalistom, jak i całemu społeczeństwu,
ograniczając finansowanie badań, włączanie tego zagadnienia do programów
nauczania akademickiego oraz możliwość zwrotu kosztów
leczenia2. Mówiąc wprost, środowisko medyczne nie przyjęło
języka potrzebnego, by pomóc wielu najbardziej wrażliwym grupom
społecznym.
Prawda jest taka, że większość moich klientów nie zgłosiła się do mnie z powodu traumy złożonej. Przychodzili do mojego gabinetu z powodu niskiej
samooceny, depresji, lęku, uzależnień, trudności w budowaniu relacji i tak dalej. W taki właśnie sposób trauma złożona przejawia się w naszym
codziennym życiu. Negatywne myśli, uzależnienie od substancji
psychoaktywnych, zaburzenia odżywiania czy nieumiejętność stawiania
granic to tylko niektóre ze sposobów, do których uciekamy się, by
poradzić sobie z wszechobecnymi i nieustannymi zagrożeniami dla naszego
poczucia bezpieczeństwa i tożsamości. W swojej praktyce spotykam się z tym nieustannie; dotyczy to wszystkich grup wiekowych oraz płci i nie
jest zależne od stylu życia. Gdybym nie miała wiedzy o tym, jak
podstępną postać przybiera trauma złożona, nie byłabym w stanie dotrzeć
do sedna problemów moich klientów. Nasza praca koncentrowałaby się na
wąsko rozumianych objawach, często przypominając grę w "uderz kreta",
czyli niekończące się leczenie objawów, bez szans na prawdziwe
uzdrowienie.
Kiedy zaczynamy rozumieć, że nasze objawy mają swoją przyczynę, że nie
są wrodzonymi dysfunkcjami i że leczenie traumy wymaga holistycznych
metod polegających na pracy z ciałem, może wydarzyć się coś niezwykłego.
Możemy w końcu przerwać błędne koło: przestajemy starać się bardziej,
szukać zrozumienia, udowadniać swoją wartość - czym niczego nie
osiągamy. Możemy wyjść z trybu przetrwania i wreszcie zacząć proces
zdrowienia.
Słownik pojęć
Słowa "trauma" używamy do określania wielu rzeczy, więc spróbujmy
rozłożyć to pojęcie na czynniki pierwsze:
WYDARZENIA TRAUMATYCZNE: Szokujące, przerażające lub zagrażające
życiu doświadczenia, takie jak wypadki samochodowe, klęski żywiołowe,
bycie ofiarą lub świadkiem przemocy, zdrada, nadużycia i zaniedbanie.
Zdarzenia te mogą wywołać traumę, ale nie muszą.
TRAUMA: Z greckiego "rana". Trauma to ślad, jaki pozostaje po
traumatycznych wydarzeniach; jest tym, co dzieje się, gdy doświadczenia
te przeciążają nasz układ nerwowy. Chociaż wydarzyły się w przeszłości,
sposób, w jaki zmieniły to, gdzie i jak przechowujemy wspomnienia, w tym
naszą zdolność do ich przetwarzania i integrowania, jest przenoszony na
teraźniejszość. Nierozwiązana trauma istnieje dalej we fragmentach
naszego "ja" jako pamięć ciała, która sprawia, że czujemy się, jakbyśmy
zostali uwięzieni w przeszłości.
WYZWALACZE TRAUMY: Bodźce przywołujące traumatyczne wydarzenia. Mogą
być zewnętrzne, jak np. głośne dźwięki, rocznice wydarzeń czy sceny z filmu, lub mogą płynąć z naszego wnętrza, jak np. uczucie bezsilności
lub samotności albo napięcie fizyczne.
REAKCJE TRAUMATYCZNE: Odruchowe reakcje ciała na zagrożenie. Reakcje
te są instynktowne, a nie racjonalne; początkowo zaliczano do nich
reakcję walki, ucieczki oraz zamrożenia. Są to nieświadome próby
zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Jeśli dodamy do tej listy uległość,
możemy powiedzieć, że choć nie chcemy przypodobywać się innym, to w obliczu zagrożenia nasze ciało robi to instynktownie. Reakcje
traumatyczne prowadzą do deregulacji emocjonalnej, czyli niezdolności do
regulowania naszych emocji.
TRAUMA ZŁOŻONA: To bycie narażonym na powtarzające się zagrożenia
interpersonalne przez dłuższy czas oraz trudności, które z nich
wynikają. Często ma swoje źródło w dzieciństwie, jednak nie zawsze (np.
długotrwała przemoc domowa). Termin "trauma złożona" bywa używany
zamiennie z traumą relacyjną, rozwojową, psychiczną lub dziecięcą.
ZESPÓŁ STRESU POURAZOWEGO (PTSD) ORAZ ZŁOŻONY ZESPÓŁ STRESU
POURAZOWEGO (C-PTSD): Jednostki chorobowe związane z traumą.
Podstawowe kryteria dla obu obejmują długotrwały schemat ponownego
przeżywania traumatycznych wydarzeń z przeszłości, unikanie sytuacji
przypominających o traumie oraz zaburzenia reaktywne, nastroju i percepcji. C-PTSD wykracza poza te kryteria, obejmując dodatkowo:
rozregulowanie emocjonalne, negatywny obraz siebie oraz zaburzone
relacje interpersonalne.
Wyjście z impasu
Moja droga do zdrowienia z chronicznej uległości rozpoczęła się, gdy
usłyszałam, że Randy umiera. Tak jak rozwiewała się moja nadzieja, że on
w końcu powie prawdę, a matka mi uwierzy i będę wolna, tak też
nieubłaganie przesypywał się piasek w naszej klepsydrze.
Bóg jeden wie, czego próbowałam, by uporać się z przeszłością.
Wyprowadziłam się z domu, gdy miałam 17 lat, i nie oglądałam się za
siebie. Byłam zdeterminowana, by przerwać cykl traumy, więc przestałam
pić, gdy miałam 21 lat. Ukończyłam studia licencjackie z psychologii,
następnie zrobiłam magisterkę, a w końcu uzyskałam doktorat z psychologii klinicznej. Po studiach uczestniczyłam w wielu szkoleniach i otworzyłam dobrze prosperującą praktykę prywatną. Chodziłam na jogę,
dbałam o swój rozwój duchowy, czytałam wszystkie nowe poradniki
psychologiczne. Z zewnątrz wyglądało to tak, jakbym pokonała koszmary z dzieciństwa. Lecz w głębi wciąż byłam tą samą osobą. Ciągle uległą.
Ciągle uwięzioną.
Nawet wiedza na temat dysfunkcji mojej rodziny nie uwolniła mnie od
zachowań, które pozwalały mi przetrwać. Jeszcze długo po trzydziestce
żartowałam, że powinnam nosić tabliczkę z napisem: "Zapraszam
uzależnionych oraz oprawców". Na mojej drodze wciąż pojawiali się
niewłaściwi faceci, współlokatorzy-pasożyci, wyzyskujący mnie
przyjaciele, a ja czułam się, jakbym próbowała przerwać zaklęcie, pijąc
ciągle tę samą truciznę, w nadziei, że w końcu mój organizm wytworzy
przeciwciała.
Poruszałam temat moich destrukcyjnych związków z wieloma terapeutami.
Desperacko chciałam rozwiązać problem wstydu, który odczuwałam,
umawiając się ciągle z takimi samymi osobami, choć nosiły inne maski. Na
początku każdego mojego związku wszystko wyglądało obiecująco, lecz
wkrótce znów wpadałam w znajomy schemat: wspierałam finansowo mężczyzn,
których próbowałam zachęcić do terapii, lub wiązałam się z mężczyznami,
którzy mnie zdradzali, stosowali przemoc psychiczną, byli unikający lub
czynnie uzależnieni, aż w końcu to oni zrywali ze mną.
Znosiłam złe traktowanie, myśląc, że potrafię je zminimalizować lub
zmienić. Unikałam konfliktów jak ognia, nie potrafiłam nawet wypisać się
z list mailingowych, jeśli istniał cień szansy, że nadawca się o tym
dowie. Nieustannie stawiałam innych ponad sobą, pomagając ludziom leczyć
ich rany, jakbym dzięki temu mogła w magiczny sposób uleczyć swoje.
Schemat wykorzystywania przewijał się w moich relacjach z przyjaciółmi,
rodziną, szefami i mentorami. Ja tymczasem angażowałam się w kolejne
programy 12 kroków, zastanawiając się: "Jak długo mam afirmować
posiadanie poczucia własnej wartości?".
Przez cały ten czas nie rozumiałam, że to moje próby zdobycia
zrozumienia, współczucia i przebaczenia trzymają mnie w miejscu.
Przesadne analizowanie własnych zachowań i bycie "grzeczną dziewczynką"
sprawiały, że moje nieleczone rany się nie zabliźniały, a ja coraz
mocniej wierzyłam, że coś jest ze mną nie tak. Nie wiedziałam, że
wszystkie te zachowania - zarówno te, z których byłam dumna, jak i te,
których się wstydziłam - były napędzane reakcjami traumatycznymi.
Czym są reakcje traumatyczne?
Określane również mianem reakcji na stres, reakcje traumatyczne to
natychmiastowe i spontaniczne odpowiedzi ciała na zagrożenie. Pojawiają
się, gdy dane wydarzenie lub szereg wydarzeń przeciąża nasz układ
nerwowy. To nieświadomy mechanizm przetrwania, który ma nas ochronić
przed krzywdą.
Gdy stajemy w obliczu zagrożenia, nasz "racjonalny umysł" się wyłącza.
Pomyśl o dzikich zwierzętach - kiedy wyczuwają zagrożenie, nie
zatrzymują się, żeby pomyśleć: "Czy aby nie przesadzam?", tylko
reagują. Ludzie robią dokładnie to samo.
Najbardziej znane reakcje na traumę to te, które omówiliśmy wcześniej:
walcz albo uciekaj. Są to formy hiperpobudzenia aktywowane
przez układ współczulny, który działa jak włącznik, wyrzucając hormony
do naszego krwiobiegu. Pomyśl o przyspieszonym tętnie i podwyższonym
ciśnieniu krwi połączonym z szybkim oddechem - w ten sposób nasze ciało
mobilizuje się w odpowiedzi na potencjalne zagrożenie. Reakcje walki i ucieczki objawiają się dokładnie tak, jak się nazywają: atakujemy
(walka) lub próbujemy uciec przed zagrożeniem (ucieczka).
Kiedy jednak walka i ucieczka nie są dostępne, do głosu dochodzi
przywspółczulny układ nerwowy (odpowiedzialny m.in. za odpoczynek i trawienie), który uruchamia mechanizm zamknięcia. To wtedy pojawia się
reakcja zamrożenia, a ciało przechodzi w stan hipopobudzenia.
Czujemy się przerażeni, podobnie jak sarna oślepiona światłami
samochodu, lecz nie potrafimy się ruszyć. Zamrożenie można porównać do
momentu tuż przed uderzeniem - chcemy się poruszyć, lecz nie wiemy, czy
to bezpieczne. Hipopobudzenie może przejawiać się na różne sposoby: od
przerażenia połączonego z paraliżem, poprzez otępienie, zwiotczenie
ciała, aż po całkowite odcięcie się od rzeczywistości. W tym stanie
nasze tętno spada, a oddech zwalnia. Skrajną reakcją jest w tym
przypadku udawanie martwego, lecz nie jest to świadome. Ciało musi
wyglądać na martwe, aby się wyłączyć i uchronić nas przed dalszym
cierpieniem. Udawanie martwego to ostatnia deska ratunku, by przetrwać,
moment, w którym ciało ulega lub zapada się w sobie. Tak jak w środowisku naturalnym, schwytana przez drapieżnika ofiara nagle
wiotczeje. Jeśli drapieżnik ją porzuci, być może zdoła jeszcze uciec,
chociaż ta sytuacja odciśnie na niej trwały ślad. I rzeczywiście, to
właśnie w stanie hipopobudzenia rodzą się poczucie beznadziei,
dysocjacja oraz depresja.
Uległość jest jednak czymś innym; jest to reakcja hybrydowa,
aktywująca jednocześnie współczulny układ nerwowy (nadpobudliwość) oraz
przywspółczulny (hipopobudzenie).
W aspekcie nadpobudliwości reakcja przymilania się każe nam
instynktownie regulować nastrój oraz emocje tych, którzy mają nad nami
władzę. Wchodzimy w relacje, które nas ranią, próbując przypodobać się
swoim oprawcom i biorąc całą odpowiedzialność za problemy w tej
relacji na siebie. Uległość może być zaskakująco aktywna.
Jednocześnie odłączamy się od siebie samych. Hipopobudzeniowy aspekt
ugodowości pozbawia nas kontaktu ze sobą, odbiera nam poczucie
sprawczości i często uniemożliwia odczucie skutków przemocy.
Gdy zachowujemy się ulegle, stąpamy po cienkim lodzie - z jednej strony
nie ryzykujemy, że coś nam się stanie, jak przy reakcjach walki lub
ucieczki, lecz nie odcinamy się też całkowicie. Ta wysoce adaptacyjna
reakcja wychodzi poza udawanie martwego: to udawanie życia. Udajemy,
nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Odgrywamy swoje role, robiąc to,
by przetrwać lub uciec z jakiejś sytuacji. Czasami gramy tyle ról, ilu
ludzi nas otacza.
Otrząśnij się
Kiedy zwierzę wyczuwa zagrożenie, kontrolę przejmują jego reakcje na
traumę. Gdy niebezpieczeństwo mija, zwierzę dosłownie otrząsa się,
uwalniając napięcie i nagromadzoną w ciele energię, która umożliwiła mu
przetrwanie.
W toku ewolucji ludzie nauczyli się tłumić ten kluczowy instynkt.
Dlatego też, kiedy dotyka nas trauma, nasze ciała mogą pozostawać w stanie nieustannego pobudzenia i napięcia. Zwłaszcza w przypadku traumy
złożonej zagrożenie nigdy tak naprawdę nie mija. Wciąż żyjemy dosłownie
jak w strefie wojny. Zamiast się otrząsnąć, dusimy wszystko w sobie. A ta reakcja zostaje w nas zakodowana. Osoby, które przetrwały traumę
złożoną, żyją w ciągłym stanie emocjonalnego rozregulowania.
Przeszłość wydaje się teraźniejszością, nasze zmysły są wyostrzone, a reakcje wyolbrzymione. Dzieje się tak dlatego, że - jak wyjaśnia dr
Bessel van der Kolk, wybitny badacz traumy i autor bestselerowej książki
pt. Strach ucieleśniony. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy - ciało,
które przeżyło traumę, nie zapomina i tkwi w stanie ciągłego
przewidywania, wyłapując sygnały świadczące o potencjalnym zagrożeniu,
nawet jeśli w rzeczywistości nic nam nie zagraża. Nierozwiązana trauma
trwa dalej jako fragmenty nas samych, jako pamięć cielesna, która
sprawia, że czujemy się uwięzieni w czasie, jednocześnie niszcząc nasze
obecne życie.
Tak jak jazda kolejką górską, tak nasze reakcje na traumę mają prowadzić
nas od zagrożenia ku bezpieczeństwu na drugim końcu toru. Musimy się w końcu zatrzymać i wyjść z wagonika. Jednak trauma złożona i przewlekłe
reakcje traumatyczne sprawiają, że utykamy w najwyższym punkcie trasy.
Żyjemy w stanie ciągłego niepokoju. Z tej perspektywy łatwo dostrzec,
jak wielu z nas myli własne reakcje na traumę z cechami swojej
osobowości.
Dosłownie nie wiemy, gdzie kończymy się "my", a gdzie zaczyna się
nieświadoma reakcja na traumę.
Bezpieczeństwo ważniejsze niż ja
Zaczęłam pisać o uległości, kiedy to rozpaczliwie próbowałam zrozumieć,
dlaczego wciąż powtarzam niezdrowe schematy i zanim dowiedziałam się, że
ma swoją definicję. Po śmierci Randy'ego poczułam, że muszę wrócić i spojrzeć na moje dzieciństwo trzeźwiejszym okiem. Zaczęłam spisywać
wszystko, co pamiętałam, wszystkie momenty, kiedy z powodu Randy'ego
czułam się nieswojo. Jak wtedy w jacuzzi, jak podczas ukradkowej
wycieczki do Las Vegas, jak wtedy, gdy moja mama raz po raz go
usprawiedliwiała. Wspomnienia wylewały się ze mnie jak przez przerwaną
tamę, jakby te historie - i wszystkie sposoby, w jakie je potem
odtwarzałam - czekały tylko, by ujrzeć światło dzienne. Czekały, aż
oddam im głos, aż uznam je za prawdziwe.
Gdy zbliżałam się do końca tego, co ostatecznie stało się książką o moim
doświadczeniu traumy złożonej, nie planowałam nawet wydać jej w tradycyjny sposób. Chciałam po prostu nazwać swoją prawdę poza
bezpiecznymi ścianami gabinetu terapeuty. Odzyskanie kontroli nad własną
narracją i zobaczenie jej na papierze okazało się głęboko uzdrawiającym
doświadczeniem.
Moje wspomnienia noszą tytuł Believing Me (ang. Uwierzyć sobie),
ponieważ moja trauma nie dotyczyła tylko tego, co robił Randy, lecz
również tego, że nikt inny z tym nic nie zrobił. Tego, że własna matka
mi nie uwierzyła. Ubranie moich doświadczeń w słowa oraz spojrzenie na
nie z nowej perspektywy uświadomiło mi, że to ode mnie zależy, jak
zakończy się ta historia. Ostatnie ziarenka piasku w klepsydrze należały
do mnie. To, że Randy umarł, zaprzeczając wszystkiemu, nie miało
najmniejszego znaczenia. Nie musiałam już dłużej czekać, przypodobywać
się ani udawać. Nie musiałam wznosić się ponad swoje doświadczenia czy
ponad to, jak postrzegała je moja matka. Musiałam poznać prawdę, żeby
wreszcie przepracować jej wpływ na moje życie.
Byłam w trakcie spisywania wspomnień i dzielenia się swoimi
doświadczeniami od wielu lat, gdy ktoś zapytał mnie, czy słyszałam o pracy Pete'a Walkera dotyczącej traumy złożonej. Walker jest autorem
wspomnianej już przeze mnie książki Złożone PTSD, Od przetrwania do
pełni życia, w której pisze o leczeniu traum z dzieciństwa. Kiedy
zaczęłam szukać informacji na jego temat i natrafiłam na ukutą przez
niego definicję ugłaskiwania, wywołało to we mnie lawinową reakcję.
Wydarzenia z przeszłości zaczęły się układać jedno po drugim jak seria
przewracających się kostek domina, a wszystko nabrało sensu. Zaczęłam
rozumieć uległość. Zaczęłam rozumieć siebie.
Osoby przymilające się czy też osoby cechujące się uległością, jak
określa je Walker, to ci, którzy "poszukują bezpieczeństwa, zlewając sie
w jedno z życzeniami, potrzebami i wymaganiami innych". Co więcej, jak
pisze, uczą się oni, że "ceną przystąpienia do jakiegokolwiek związku
jest utrata wszelkich potrzeb, praw, preferencji i granic".
No tak. Moje życie w jednym zdaniu. Wreszcie znalazłam sposób na
zrozumienie swojego dzieciństwa, swoich minionych związków i tego,
dlaczego czułam tak wielki wstyd. Uzbrojona w nową perspektywę i słownictwo, zaczęłam sięgać głębiej w siebie oraz do doświadczeń moich
klientek i klientów. Gdy dysponowałam już nazewnictwem, zaczęłam
zauważać reakcje uległości i w swoim życiu, i w opowieściach klientów.
To było niczym zbiorowe przebudzenie.
Uległość dała mi nie tylko odpowiedź na pytanie nie tylko o istotę
mojego postępowania, czyli ciągłe wchodzenie w relacje, które mnie
raniły, lecz przede wszystkim dlaczego tak się działo. Nie miałam
problemu z niską samooceną. Miałam ciało z wbudowanym systemem
operacyjnym zaprojektowanym, by mnie chronić. Zaczęłam rozumieć,
dlaczego środowisko związane ze zdrowiem psychicznym przez tak długi
czas nie potrafiło rozpoznać tego zjawiska. Kiedy się przymilamy, często
dochodzi do głębokiego rozdźwięku między tym, co do kogoś czujemy, a tym, jak go traktujemy. Wtedy w jacuzzi moje ciało i mózg chciały
uciekać. Chciałam, by moje zawstydzenie i paraliżujący strach się
skończyły. Instynktownie wiedziałam, że Randy robi coś złego. Lecz
podświadomie wiedziałam też, jak wygląda moje życie, gdy nie siedzę w jacuzzi. Musiałam zadowolić Randy'ego, żeby zapewnić sobie
bezpieczeństwo. Uległość pojawia się wtedy, gdy znajdujemy się w potrzasku; gdy będziemy musieli zmierzyć się z poważnymi konsekwencjami,
jeśli czegoś nie zrobimy. Nie jesteśmy w stanie zaspokoić wszystkich
potrzeb jednocześnie, więc ciało musi dokonać wyboru. Dlatego wybieramy
bezpieczeństwo zamiast siebie.
Ten wymuszony wybór niesie za sobą poważne skutki. Zaburza naszą
percepcję, przez co tracimy kontakt ze swoim wewnętrznym kompasem.
Uczymy się tłumić instynkty, ignorować wewnętrzną mądrość, a to sprawia,
że nie rozpoznajemy czerwonych flag i nie potrafimy na nie reagować.
Wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa osób przymilających się zależy
wyłącznie od czynników zewnętrznych, dlatego zawsze mamy je na
wyciągnięcie ręki: w ciele innych ludzi, ich światopoglądzie, ich
postrzeganiu danej historii. Zlewanie się z cudzymi, zniekształconymi
wizjami świata niszczy naszą zdolność do zaufania sobie oraz nasze
postrzeganie samych siebie.
Poza tym, że ugłaskiwanie odcina nas od naszego prawdziwego "ja", niesie
ze sobą także głęboki wstyd, zachowania ryzykowne lub sprzeczne z naszymi wartościami oraz relacje oparte na braku szacunku. Często nie
rozumiemy, dlaczego robimy to, co robimy: dlaczego usprawiedliwiamy
swojego oprawcę, dlaczego podlizujemy się toksycznemu szefowi, dlaczego
próbujemy udobruchać trudnego rodzica zamiast się mu postawić. Często
też takie zachowanie wydaje się niemożliwe do zatrzymania.
Nasza uległość wysyła naszym oprawcom sygnał, że wszystko jest w porządku, ale ale ostatecznie my sami także zaczynamy w to wierzyć.
Czasami zdajemy sobie sprawę, że działamy przeciw własnym wartościom czy
potrzebom (tak jak ja w jacuzzi). Lecz nieraz mamy klapki na oczach,
przez co z całego serca wierzymy, że wszystko jest dobrze, że jesteśmy
zakochani, że jesteśmy obecni. Z perspektywy czasu widzę tak wiele
sytuacji, tak wiele relacji, w których przypodobywałam się, nawet o tym
nie wiedząc. Byłam czystym ucieleśnieniem porzucenia samej siebie.
Przymilanie się to...
Przepraszanie osoby, która cię zraniła.
Zaprzyjaźnianie się z osobami, które cię gnębiły, po to, by dostać
pracę, utrzymać chłopaka, zapłacić czynsz.
Malowanie czerwonych flag na biało - świadomie lub podświadomie.
Ufanie innym bardziej niż sobie.
Wiara w to, że ktoś się zmieni z twoją pomocą.
Usprawiedliwianie tych, którzy cię zranili, stawianie ich cierpienia
ponad własnym.
Milczenie, bo wyrażanie swojego zdania
pogarsza sprawę.
Dla niektórych ludzi uległość oznacza bycie sobą w lepszym wydaniu:
mądrzejszym, hojniejszym, zabawniejszym, atrakcyjniejszym czy odnoszącym
sukcesy, po to, by nadal czuć się adorowanym, akceptowanym, by czuć, że
gdzieś się przynależy. Dla innych z kolei przymilanie się oznacza
stawanie się mniej sobą: mniej głośnym, mniej wyróżniającym się
etnicznie, mniej twórczym, mniej pewnym siebie, mniej zdolnym do
stawiania granic. Ugłaskiwanie może być widoczne lub całkowicie
niezauważalne, może objawiać się w seksie, finansach lub nieustannym
regulowaniu emocji innych ludzi. Tylko jedno pozostaje niezmienne: to
szukanie bezpieczeństwa w świecie, który nie jest bezpieczny, często
kosztem samego siebie.
Gdy wspominam siedzenie w jacuzzi z moim ojczymem, jestem
niewyobrażalnie wdzięczna, że moje ciało przejęło kontrolę, by pomóc mi
przetrwać coś, co dosłownie wykraczało poza moją kontrolę oraz
zrozumienie. Nie potrafię nawet nazwać tego porzuceniem siebie. Nazywam
to łaską, geniuszem lub głęboką mądrością, którą wykazało się moje
ciało. Uratowało mi to życie; te impulsy pomogły mi przetrwać kolejne
cztery lata z ojczymem.
Nie chodzi o to, by wymazać nasze reakcje na traumę; nawet gdybyśmy
chcieli, nie jest to możliwe. Poza tym te ratujące życie instynkty są
niezbędne i jestem wdzięczna, że istnieją. Lecz kiedy opuściłam dom
ojczyma, oddalając się o setki, a potem tysiące mil od tamtej
dysfunkcji, nic się nie zmieniło. Zabrałam doświadczenia ze sobą, nie
odróżniając już, co jest bezpieczne, a co nie, nieświadomie akceptując
życie w niebezpiecznym świecie. Nie jesteśmy stworzeni, by funkcjonować
w trybie przetrwania, lecz to właśnie ten instynkt przejmował kontrolę w każdym moim związku: dostosowywanie się, zmiennokształtność, wymazywanie
siebie, aż w końcu już nie wiedziałam, kim jestem. Uległość była jak mój
dubler, a ja nie miałam pojęcia, że gra moją rolę, że chroni mnie przed
tym, co złe, i przed tym, co dobre.
Przed dobrem, które kryło się w moim wnętrzu.
Obniżanie poprzeczki
Jedną z rzeczy, które najbardziej cenię w programie 12 kroków, jest
wspólnota i duchowość, której doświadczamy razem. Szukałam obu tych
rzeczy na własną rękę, jednak miałam wrażenie, że poprzeczka jest
ustawiona zbyt wysoko. Wiedziałam, że "prawdziwa ja", ta, która nie
potrafi przestać pić, nigdy nie sprosta oczekiwaniom ludzi
"uduchowionych" czy "normalnych". Kiedy więc trafiłam na program 12
kroków, poczułam, jakby ta poprzeczka została opuszczona na sam dół. I to dosłownie, gdyż spotkania często odbywały się w piwnicach kościołów,
a nie wśród wiernych na górze. Pomyślałam, że być może jest to miejsce,
gdzie znajdę akceptację, kurczowo trzymając się ich motta: "Będziemy cię
kochać, dopóki nie pokochasz siebie". W tych skromnych salach
dowiadywałam się coraz więcej o samej sobie oraz nawiązywałam więzi z innymi ludźmi, a także poznałam praktyki duchowe, które mnie nie
zawstydzały.
To właśnie chciałabym zrobić, publikując tę książkę: obniżyć poprzeczkę,
wymazując osąd i wstyd związany z uległością. Pragnę dać nam przestrzeń
do nawiązania szczerego kontaktu, tak byśmy wreszcie mogli sięgnąć po
narzędzia, które są naprawdę pomocne. Tak, byśmy w końcu mogli dotrzeć
do samych siebie.
Zbyt długo mówiło się o zachowaniach związanych z ugłaskiwaniem w sposób
implikujący, że coś jest z nami nie tak, jakbyśmy musieli się po prostu
ogarnąć, dorosnąć, nauczyć się stawiać granice i wykształcić poczucie
własnej wartości. Takie opinie tylko utrzymywały nasze mechanizmy
obronne w gotowości. Musimy więc obniżyć poprzeczkę, by móc opuścić
gardę. To jedyna szansa, by naprawdę się zmienić. Chodzi o to, by
zrozumieć, w jaki sposób nasze istnienie ma sens teraz. Zrozumieć,
dlaczego robiliśmy wszystko to, co robiliśmy, i co, szczerze mówiąc,
prawdopodobnie wciąż w pewnym stopniu będziemy robić.
Wszyscy mamy mechanizmy obronne. Wszyscy mamy sposoby na radzenie sobie.
Uległość może nie być waszym głównym mechanizmem obronnym, jednak każdy
z nas rozwinął któryś z nich, czasami nawet cały ich zestaw. Chociaż
chcę, abyśmy stali się wolni oraz elastyczni, i wierzę, że jest to
możliwe, nie chcę jednocześnie przedstawiać rezygnacji z przymilania się
jako życia w bajce. Czasami czuję się jak terapeutka-sztywniaczka z bardzo nieatrakcyjnym przekazem: "Połączcie się ze swoim bólem, z ranami, ze wszystkimi wstydliwymi sposobami, w jakie sobie z nimi
radziliście, a wtedy poczujecie się lepiej, choć nigdy nie będzie
idealnie, a przynajmniej nie zawsze". Nigdy nie znajdziemy się w takim
miejscu, w którym poczujemy się kompletnie zrelaksowani oraz pełni.
Dopóki żyjemy, zawsze będziemy mieć metę przed sobą. Dopóki mamy ciało,
które żyje wśród innych ciał na tej planecie, będziemy korzystać z mechanizmów obronnych.
W głębi duszy jestem uzależnioną osobą, która próbowała chyba
wszystkiego, aby wciąż czuć się jak najlepiej. Podczas wielu lat
trzeźwości, własnej terapii oraz pracy terapeutki próbowałam znaleźć
idealne rozwiązanie. Nie opublikowałabym tej książki i nie uważała jej
za tak wartościową, gdybym nie uważała, że opisuję tutaj najbardziej
uzdrawiające i pomocne podejście, i gdybym nie uważała, że jest ono o niebo lepsze od wszystkiego, co sama wypróbowałam. Potwierdzają to
również doświadczenia moich klientów. Bez względu na to, z czym musieli
się zmierzyć, co musieli opłakać i przepracować, posiadanie większego
wyboru, czyli możliwość bycia bardziej sobą, jest tego absolutnie warte.
Celem naszego zdrowienia jest powrót do naturalnej zdolności ciała do
elastyczności i regeneracji. Takiej, która zakorzeniona jest w regulacji, w całym i autentycznym "ja". Nie jesteśmy w stanie
wyeliminować wszystkich zagrożeń, lecz możemy przestać reagować na nie
zero-jedynkowo: uleczony albo zniszczony, bezpieczny lub zagrożony.
Wierzę, że mamy w sobie przestrzeń, by nauczyć się tolerować pewną dozę
dyskomfortu i poszerzać naszą zdolność do bycia sobą.
Zdrowienie wymaga, byśmy porzucili to, co nam nie służy. Zachowujemy
wszystkie wrodzone dary i umiejętności, które doskonaliliśmy w międzyczasie, a jednocześnie odzyskujemy swój cel, wartości i talenty,
czyli te części siebie, które porzuciliśmy gdzieś po drodze. Porzucanie
ugodowości to podróż, w której odzyskujemy samych siebie. Podróż,
podczas której odzyskujemy własny głos, zaczynamy wierzyć w swoją
sprawczość i żyć tak, jak chcemy.