WSTĘP
Niełatwo jest pisać o zagadnieniach dotyczących śmierci. Z kilku
powodów śmierć należy do tematów wrażliwych. W kulturze Zachodu
uczyniono z niej temat tabu. Łatwiej rozmawiać i pisać o seksie, nawet
o ekscentrycznych praktykach seksualnych, niż o śmierci, a ponadto
można przypadkiem otworzyć czyjeś rany, obudzić bolesne wspomnienia,
głęboko kogoś zasmucić.
Dwa najważniejsze powody są jednak inne. Terencjusz w II wieku
przed naszą erą napisał, że "nie mówi się nic, czego nie
powiedziano wcześniej". Jeszcze lepiej wyraził to siedemnastowieczny
myśliciel francuski Jean de la Bruy?re: "Przychodzimy za późno,
by powiedzieć coś, czego by już wcześniej nie powiedziano". Można
zatem przypuszczać, ba, mieć pewność, że na tematy dotyczące
stosunku człowieka do śmierci powiedziano już zbyt wiele.
Rzecz jednak nie tylko w tym, ile powiedziano, ale też
w tym, co powiedziano. Większość tego, co udało mi się na
ten temat przeczytać, albo raziła egzaltacją, albo drażniła
banalnością. Nawet Irvingowi D. Yalomowi, tak mądremu, tak uważnemu,
nie zawsze udawało się uniknąć czy to jednego, czy drugiego. Jego
skądinąd znakomita książka Patrząc w słońce. Jak
przezwyciężyć grozę śmierci od czasu do czasu jest
odpychająca z obu wymienionych powodów.
Nic dziwnego, że piszę i ten wstęp, i resztę książki pełen
obaw. Być może uda mi się uniknąć egzaltacji (szczęśliwie
nie mam ku temu skłonności), ale wątpię, czy uda się uniknąć
banału. Postanowiłem zaryzykować, bo nie do końca przekonuje mnie
słynne zdanie Ludwiga Wittgensteina "czego nie mogę powiedzieć,
muszę przemilczeć". Tyle że milcząc, znów domykamy błędne koło,
a śmierć traktujemy jak tabu. Co więcej, gdybyśmy zdanie Wittgensteina
potraktowali dosłownie, wokół musiałoby zapanować milczenie.
Uspokajam: nie napisałem książki o śmierci. Nie jest to książka
ani o śmierci, ani o umieraniu. To książka o tym, że ludzie -
chcąc lub nie chcąc - niekiedy myślą o śmierci. Trudno byłoby
temu zaprzeczyć. Ludzie przejmują się śmiercią, nie jest im ona
obojętna. Więcej, myśli o śmierci prawie zawsze i prawie u wszystkich
wzbudzają przykre skojarzenia i przykre emocje.
To jest książka o tym, co dzieje się z ludźmi (w ludziach), którym
myśli o śmierci przyszły do głowy. O tym, jak radzą sobie z przykrymi
emocjami, i o tym, co daje im ukojenie. Także o tym, co wzmaga niepokoje
dotyczące śmierci, co myśli o śmierci czyni bardziej dostępnymi,
a niekiedy wręcz natrętnymi.
Warto jednak pamiętać o częstej asymetrii między powagą problemu
a powagą sposobów rozwiązywania tego problemu. Problemy życia
i śmierci, jeśli chodzi o ich powagę, nie mają sobie równych. Tyle
tylko, że w imię walki o życie, o przetrwanie możemy jeść robaki,
stare buty czy resztki ze śmietnika. Po jednej stronie życie, po
drugiej - śmieci.
Podobnie jest ze śmiercią. Trudno znaleźć coś bardziej doniosłego
niż "majestat śmierci", jak często się powiada. To ten majestat
nadaje naszym emocjom szczególną barwę. Jest najpierwszym źródłem
niepokoju. Czym innym jednak jest likwidowanie tego niepokoju. Tu szukamy
sposobów nie wzniosłych, ale skutecznych. Tu znajdujemy zadziwiający
repertuar sposobów, sposobików i sztuczek. Jest ich znacznie więcej,
niż zdołałem w tej książce opisać, lecz o niektórych zbyt mało
wiadomo, aby je opisywać.
Kilka lat temu - wbrew swoim planom - zostałem pacjentem pewnej
kliniki kardiochirurgicznej. To szczególne miejsce, w którym bojaźń
miesza się z ulgą, a słowo "nadzieja", odmieniane przez wszystkie
przypadki, słyszy się co chwila. Tu skołatane i umęczone serca
kobiet i mężczyzn biorą w swoje ręce (dosłownie i w przenośni)
i naprawiają je trzydziestoparoletni magowie.
W owej klinice na nowo dowiedziałem się, co to znaczy "mieć
czas" i "nie mieć czasu". Korzystając z danego mi czasu,
przyglądałem się i przysłuchiwałem chorym, a także ludziom, którzy
chorych odwiedzali. Kilka rzeczy wydało mi się niepojętych. Do dziś
nie wszystkie rozumiem.
Jedna z nich to niekończące się opowieści
o przyszłości. Zaczynały się od stałej formułki: "Kiedy
już będzie po wszystkim..." Ileż to razy myślałem o tym
"wszystkim". Znamienną i rzucającą się w oczy sprawą było
jednak to, że ludzie bardzo chorzy wcale nie mówili o zdrowiu ani
o tym, że lepiej zadbają o siebie, że oszczędzą sobie stresu
i tym podobnych. Nic takiego. Mówili o zbudowaniu domu albo o napisaniu
książki, najczęściej autobiografii. Mówili o tym, co sobie kupią,
bo już od dawna myślą, aby to mieć, a myśleli zazwyczaj o rzeczach
kosztownych czy luksusowych. Mówili o modlitwie i zbliżaniu się do
Boga. Mówili o tym, że chcieliby stać się kimś ważnym, kto znajdzie
posłuch i respekt u innych. Albo o tym, że teraz muszą coś zrobić
dla innych. Ale też o skakaniu ze spadochronem, usuwaniu zmarszczek,
graniu na loterii, założeniu ogrodu, znalezieniu sobie partnera,
zadbaniu o najbliższych, zapisaniu się na studia i o wielu innych
rzeczach. Niektóre z tych wizji wydały mi się zrozumiałe, niektóre
osobliwe. Mało wtedy o tym wiedziałem.
Druga z rzeczy niepojętych dotyczyła demografii. Chorzy to
przeważnie osoby po przejściach, a także po przejściu kryzysu wieku
średniego. Odwiedzający to - ku mojemu zaskoczeniu - najczęściej
ludzie młodzi. Uderzająca była nieraz dysproporcja między wiekiem
typowego pacjenta a wiekiem typowego gościa. Do dziś męczy mnie ta
dysproporcja i do dziś nie potrafię jej sensownie wyjaśnić, zwłaszcza
że chorzy nie zawsze byli najstarszymi członkami rodziny.
Ocieranie się o śmierć - i to symboliczne, i to dosłowne
- jest doświadczeniem wielu ludzi. Wielu było blisko śmierci,
wielu często myśli o śmierci, a w miarę starzenia się myśl
o niej pojawia się coraz łatwiej i coraz częściej. Wielu ludzi boi
się śmierci, ale w miarę starzenia lęka się jej coraz rzadziej i coraz
mniej. Oczywiście zdarzają się i tacy, jak wielki pisarz rosyjski
Lew Tołstoj, który pozostawał z nadzieją, że "może mnie jednak
ominie", ale zdarzają się rzadko. Czy ci, którzy się nie boją,
są coraz bardziej nieczuli? Czy tracą wrażliwość? Czy przywykli do
myśli o śmierci?
Ocieranie się o śmierć było także moim doświadczeniem. Nie
potrafię jednak ocenić, jaki to miało wpływ i na wybór, i na sposób
realizacji tematu tej książki.
Surowy los zrządził, że zdaniem, które (jak mi się wydaje)
najczęściej słyszałem we wczesnym dzieciństwie, było ostrzeżenie:
"Przyjdą i nas zabiją". Nie bardzo wiedziałem wtedy, co to
znaczy, ale wiedziałem, że chodzi o coś najgorszego. Rychło się
dowiedziałem.
Jako kilkuletnie dziecko byłem świadkiem rozstrzelania
i zrozumiałem, co znaczą słowa "zabili go", "nie żyje". Potem
niewybuchy - doświadczenie każdego dziecka wojny - a wraz
z nimi nieuchronna śmierć. Ciągle ktoś ginął - dzieci, dorośli,
koledzy czy koleżanki z podwórka lub ze szkoły, sąsiedzi. Co rusz
ktoś znikał. A oprócz tego codzienne wiadomości o tym, kto zginął,
kto zaginął, kogo zagazowali, kogo rozstrzelali, kto nie wrócił
z wojny i nie wiadomo, co się z nim stało. Ale też o tym, komu udało
się ukryć, albo o tym, kto szczęśliwie przeżył.
Potem wiele innych zdarzeń. Koszmarny wypadek motocyklowy, lot wysoko
nad ziemią, trwający wystarczająco długo, żeby do głowy dotarła
myśl, że to już koniec. Okazało się, że jakimś cudem jeszcze
nie. Wiele epizodów utraty przytomności, a szczególnie wybudzania się,
dających przedsmak spraw ostatecznych.
Wreszcie skomplikowane problemy kardiologiczne. Operacje
kardiochirurgiczne. Przekraczanie granic niewiadomego. Paraliżujące
napady paniki, skazujące na bezruch i na niedającą się usunąć myśl:
"Teraz właśnie umieram".
Od dawna towarzyszy mi myśl, że ciągle jesteśmy w drodze -
życie, śmierć i ja - a droga ta jest dość zawiła. Nie potrafię
o tym nie myśleć, ale nauczyłem się tego nie bać. A może zwyczajnie
już się znieczuliłem.
Zapewne jest tak, że wielokrotne kontakty ze śmiercią, myślenie
o śmierci przytępiają wrażliwość. Śmierć, podobnie jak wszelkie
zło, ulega banalizacji. Widać to po świadectwach ofiar Zagłady,
ale widać też u lekarzy, pielęgniarek, policjantów czy pracowników
domów pogrzebowych, którzy tracą wrażliwość na cierpienie i na
śmierć. Śmierć się depersonalizuje. Staje się doświadczeniem
rutynowym. Niewiele jednak potrzeba, aby śmierć odzyskała swoją
rangę, aby znów poruszała.
Takim doświadczeniem jest konfrontacja ze śmiercią. Widok,
wiadomość - choć wszystko to nie zawsze wzbudza lęk, prawie
zawsze powoduje poruszenie, zastanowienie, czasem wstrząs,
a czasem znieruchomienie. To stan trudny do wytrzymania, wyczerpujący,
zatrzymujący oddech, ale też wstrzymujący czas. Zbyt długie trwanie
w stanie takiego wstrząsu jest dla wielu destruktywne. Trzeba znaleźć
wyjście. Ludzie imają się różnych sposobów wyjścia z tego stanu
obezwładnienia. Najczęściej nie są to decyzje poprzedzone długimi
deliberacjami. Wręcz przeciwnie - wiele tych wyborów ma charakter
intuicyjny, a wszystkie ukierunkowane są na odzyskanie poczucia siły,
poczucia bezpieczeństwa, poczucia przynależności.
Kontakt ze śmiercią prawie zawsze budzi Ja. Nawet Ja najbardziej
otorbione, najbardziej harde i nieczułe. Śmierć nieodmiennie ma
ton osobisty. Nieważne, czy chodzi o zabitego drozda, czy o kota
zmasakrowanego przez samochód, czy wreszcie o człowieka, który
zasłabł na ulicy i nikt nie zdołał go uratować. Nie musi to być
nasz drozd czy kot, nie musi to być bliski nam człowiek.
Być może ten osobisty ton pojawia się zawsze wtedy, gdy stykamy
się z czymś nieuchronnym, nieodwracalnym, niezależnym od naszych
pragnień i naszych działań. A śmierć w największym stopniu
spełnia to wszystko. Musi się zdarzyć, choć nie zawsze musi
się zdarzyć w tym właśnie momencie. Wręcza nam bilet w jedną
stronę. Nie wiemy, dokąd. Wiemy tylko, że tam, a nie tutaj. W jej
obliczu najbardziej uniwersalna strategia "walcz lub uciekaj" staje
się całkowicie bezużyteczna. Jak napisał Vladimir Nabokov, śmierć
- to samotność. I dla tych, którzy umierają, i dla tych, którzy
pozostają z poczuciem straty.
Jestem pewny, że ludzi z podobnymi doświadczeniami jest wielu. Też
nie potrafią o tym nie myśleć. Czy się boją - nie wiem. Ale
nawet jeśli się nie boją, to z pewnością się przejmują. Wydało
mi się to wystarczającym powodem, aby poszukać wiedzy o sposobach
radzenia sobie z tym niepokojem, z trwogą. Ważnym powodem do tego, aby
poddać to badaniom. Rodziło to dziesiątki problemów intelektualnych,
emocjonalnych, etycznych, ale też czysto praktycznych.
Okazało się (jak zwykle), że sporo już o tym wiadomo. Szybko
okazało się również, jak wiele nie wiadomo. To zawsze rodzi
wyzwania.
Śmierć przez swoją nieuchronność i nieodwracalność
w szczególny sposób rozstrzyga o czasie. Naturalny ludzki sposób
operowania czasem wyraża się w tym,że lokujemy siebie w przeszłości,
w teraźniejszości i w przyszłości. Śmierć likwiduje osobistą
teraźniejszość, osobistą przyszłość skazuje na przeszłość. Może
to właśnie ten brak przyszłości jest źródłem największych
niepokojów. Może nie jest to lęk przed śmiercią (albo nie jest
to tylko lęk przed śmiercią), ale także (lub bardziej) lęk
przed pustką, niewiadomym, pozbawionym sensu. Uświadomienie sobie,
że nie ma się przyszłości, bez wątpienia jest doświadczeniem
bolesnym. Powiedzenie komuś, nawet metaforycznie, że nie ma
przyszłości, jest dla niego równie przykre.
Dlaczego przyszłość jest taka ważna? Bo nieznana? Bo w sferze
wyobrażeń wszystko jest możliwe? Czy nie jest tak, że traktujemy
przyszłość jako Ziemię Obiecaną? A w marszu do Ziemi Obiecanej,
jak wiadomo ze Starego Testamentu, albo też z powieści Thomasa Manna
Józef i jego bracia, najważniejszy jest sam
marsz. Ważniejsze jest to, co dzieje się po drodze do Ziemi Obiecanej
(a działo się, jak wiadomo, wiele), niż to, co będzie, kiedy już
się ją odnajdzie.
Brak przyszłości to utrata tego wszystkiego, co jeszcze mogłoby
być, co jeszcze mogłoby się zdarzyć. W słowie "mogłoby" kryje
się nieskończenie wiele. Więcej, niż potrafimy sobie wyobrazić
w danym momencie. Kiedy tracisz przyszłość, nie masz już prawie nic.
A na pytanie "Co by było, gdyby?" nie ma odpowiedzi.
Ktoś mógłby zauważyć, że wobec braku przyszłości zawsze można
żyć wspomnieniami. Trudno wykluczyć taką możliwość, ale jest
w tym coś z autoekshumacji. To prawda, że ludzie starzy mają znaczną
nadwyżkę wspomnień z młodości. Prawdą jest również, że ludzie
starzy źle pamiętają zdarzenia i informacje niedawne, za to bardzo
dobrze - zdarzenia i wiadomości stare. Nie wiem, czy widmo utraty
przyszłości zawsze skłania do życia pośród wspomnień, starych
zdjęć, pamiątek, obrazów z przeszłości. U niektórych można
to zauważyć z łatwością. Tak się składa, że potrafię sobie
przypomnieć wyłącznie kobiety, które tak właśnie postępowały
lub postępują, ale to przecież niczego nie dowodzi.
Zdarza mi się myśleć, że te powroty do przeszłości są
symbolicznym sposobem odraczania utraty przyszłości. Że to bardzo
wymyślne powiększanie dystansu między wszystkim a niczym, między
pełnym a pustym. Bardzo mało o tym wiemy.
Czym innym jest jednak utrata własnej przyszłości, a czym innym
to, że inni tracą swoją przyszłość. W tym drugim wypadku ludzie
pozostają w pamięci tych, którzy żyją. Są wspomnieniem, ale
przecież nadal są. Wracają w myślach, fantazjach, snach. Wracają
w opowieściach.
Obecność tych, którzy odeszli do przeszłości, ma także wymiar
szczególny. W tajemny sposób stają się naszymi opiekunami lub
sędziami naszych uczynków. Myśl o tym, czy matka byłaby dumna z tego,
co robię, pojawia się w głowach wielu z nas. A co na to powiedziałby
dziadek? Szkoda, że nie może zobaczyć mojego domu. Żałuję, że
matka nie przeczyta mojej książki, chciałbym wiedzieć, co o tym
myśli.
To ważni sędziowie naszych czynów. Milczący. Niewidoczni. Nieraz
rozstrzygający o naszym losie. Czasem się boimy ich zdania (choć
przecież wiemy, że już go nie wygłoszą), częściej wstydzimy się
przed nimi. Zawsze zależy nam na tym, aby zdobyć ich uznanie. Ci,
którzy przeszli do przeszłości, paradoksalnie stają się częścią
naszego czasu teraźniejszego, a co bardziej zaskakujące - także
czasu przyszłego. Ta wędrówka po czasach wydaje się znamienna. To
jedyna wędrówka dusz, którą daje się udokumentować.
Związek między śmiercią a czasem przybiera też inne
formy. Niezmiernie ważną sprawą jest pora. Śmierć prawie zawsze
przychodzi nie w porę. Niekiedy (najczęściej) za wcześnie. Niekiedy
za późno. Raz zaskakuje, raz uwalnia, wyzwala od cierpienia. Czasem ona
czeka na człowieka, czasem człowiek na nią. Zdarza się, że nie może
się doczekać. Częściej się przed nią ucieka, próbuje odraczać,
szuka sposobów symbolicznej nieśmiertelności.
W słoneczne wiosenne dni na sopockim molo wygrzewają się gromady
ludzi - to przeważnie starsi mężczyźni. Osobliwością tych spotkań
są szczególnego rodzaju rytualne licytacje.
Pierwsze z nich dotyczą nieszczęść. Są to opowieści
o katastrofach, wypadkach, przestępstwach. Licytacja dotyczy liczby
poszkodowanych. "Tylko siedmiu! Tam było jedenastu!". "Pobili
i zabrali pieniądze". "A tam pobili, zabrali pieniądze i spalili
dom. Ludzie stracili wszystko". Te opowieści o nędzy życia
i o ludzkiej nikczemności są niezmiennie przygnębiające. Wygląda
to tak, jakby wspólnym zamiarem bywalców sopockiego molo było
pogorszenie sobie nastroju. Trwa to dość długo, ale wreszcie temat się
wyczerpuje. Rozmówcy otwierają gazety. Wtedy - dla niezorientowanych
w tych rytuałach niespodziewanie - następuje część druga licytacji,
bardziej osobista.
Jest to licytacja typu "kto - kogo". Przedmiotem
licytacji zaś jest wiek. Kto kogo przeżył. A ściśle, kogo ja
przeżyłem. "Patrzcie! Pięćdziesiąt cztery lata i już po nim"
- odzywa się pierwszy. "Widzisz? A ja już siedemdziesiąt osiem
i żyję" - odpowiada następny. Licytacja jest zwykle dłuższa
niż porządna licytacja brydżowa, ale tutaj prawie zawsze wychodzi
szlem bez atu. Szybko rozumiemy, że pierwsza licytacja była tylko
prologiem. Najpierw pogorszenie nastroju - bo tyle zła, potem
poprawienie nastroju - bo żyje się dłużej niż niektórzy (co
prawda starannie dobrani) inni.
Zostawić coś po sobie... Ta myśl kołacze w głowach wielu
z nas. Zostawić cokolwiek - wspomnienie, listy, rzeczy, pamiątki. Coś,
co bezspornie zaświadczy, że się istniało. Coś, co zaświadczy,
że istniało się sensownie. Że nasze życie nie jest puste i jałowe
i że świadectwa sensownego życia pozostaną po nas wtedy, gdy nas
już nie będzie.
Łyżeczka po babci, śpiewnik po matce, komplet narzędzi po
dziadku, listy od ojca. Także to, co dawniej nazywało się papierami
pośmiertnymi.
Ciąg dalszy w wersji pełnej