Rozdział 2
Willa
Playlista: Brynn Elliott, Might Not Like Me
Moja reputacja choleryczki stała się sławna na cały kampus. Już parę razy kłóciłam się z kimś na boisku, poza tym na pierwszym roku doszło też do pewnego incydentu - jakaś laska rzuciła się na Rooney w stołówce, oskarżając ją o kradzież chłopaka. Zdążyłam już wejść na stolik, żeby powalić kłamczuchę na podłogę i walnąć ją łokciem z góry w starym wrestlingowym stylu, kiedy Rooney złapała mnie w porę za kołnierzyk i na szczęście nie zostałam wydalona z uczelni. Tak czy inaczej, po tym wydarzeniu rozeszły się o mnie wieści, których nie próbowałam prostować. Dzięki temu ludzie się mnie boją albo zachowują zdrowy dystans. Bardzo mi to pasuje.
Prawda jest taka, że tak jak rzucam się do obrony bliskich mi ludzi i szarpię się na boisku w walce o piłkę, nie cierpię konfliktów werbalnych. Chyba mam alergię na tego typu kłótnie i wszelkie niemiłe rozmowy. Za każdym razem dostaję wysypki.
Właśnie dlatego na mojej szyi i klatce piersiowej pojawiają się czerwone i swędzące plamy, gdy siedzę przed biurkiem profesora MacCormacka i patrzę, jak czyta moją umowę stypendialną.
- Hm. - Przerzuciwszy ostatnią kartkę, obraca dokument na blacie i przesuwa w moją stronę. - Proszę posłuchać, pani Sutter. Chociaż może mi pani nie wierzyć, lubię panią i szanuję.
Unoszę wysoko brwi.
- Nie zgadłabym.
Wraca jego uśmieszek. Muszę przysiąść na dłoniach, żeby przypadkiem go nie walnąć.
- Nie wcisnąłem pani tych zajęć na siłę. Podjęła pani decyzję, żeby grać w reprezentacji uczelni, a za tym idzie pewna odpowiedzialność. Nie uprzedziła mnie pani o nieobecności ani że będzie pani potrzebowała notatek. Nie odezwała się pani ani przed zajęciami, które musiała pani opuścić, ani później. To oznacza, że te wykłady nie są dla pani priorytetem, a szczerze mówiąc, moim zdaniem powinny być. To niezbędne zajęcia, jeśli chce pani w przyszłości być przygotowana do jakiegokolwiek zarządzania biznesem.
Wiercę się na krześle. Wiedziałam, że nie przyjdę na zajęcia z powodu meczów, ale nie chciało mi się kontaktować w tej sprawie z wyprzedzeniem. Musiałabym spotkać się z nim sam na sam, poprosić o specjalne względy. Wydawało mi się to... cóż, nieprzyjemne. A jak już mówiłam, nie jestem zbyt dobra w konfrontacji werbalnej.
- Dlatego uważam - ciągnie - że jest pani jedną z tych osób, które uważają, że sport im wystarczy, że nie potrzebują edukacji, a wykłady uważają za formalność do odbębnienia. U mnie to nie przejdzie.
Otwieram usta, by powiedzieć mu, jak bardzo pomylił się w swojej ocenie. Uwielbiam uczyć się tego, czego potrzebuję do zarządzania biznesem, i naprawdę bardzo chcę dobrze sobie radzić na tym wykładzie oraz innych zajęciach związanych z moją specjalizacją, bo wiem, że nie będę uprawiać sportu zawodowego do końca życia. Po przejściu na emeryturę mam nadzieję wykorzystać swoje wpływy do działalności charytatywnej, którą chciałabym prowadzić osobiście i jak najlepiej. Powinnam mu to wszystko powiedzieć, lecz język staje mi kołkiem. Zamykam usta i czuję ucisk w żołądku.
MacCormack wychyla się do przodu, opiera łokcie na biurku. Jego błękitne jak ocean oczy patrzą ponad czarnymi nerdowskimi oprawkami okularów. Kruczoczarne włosy ma stylowo rozczochrane, na brodzie widać cień zarostu; gdyby nie był takim wrednym sabotującym mnie gnojkiem, do tego dziesięć lat starszym, pewnie uznałabym go za ciacho. W tej chwili nie mogę jednak przestać myśleć o tym, że właśnie on zniszczy moją piłkarską karierę.
- Wydaje się pani zdenerwowana - mówi cicho.
Biorę szarpany wdech, czując, jak szczypią mnie oczy. Żadnego płaczu, Sutter. Nie okazuj słabości.
- Przepraszam - udaje mi się wydusić przez ściśnięte gardło. - Nie jestem... Nie umiem się dobrze wysłowić, kiedy... - Przełykam ślinę, uciskam nasadę nosa i jeszcze raz wciągam głęboko powietrze. Gdy je wypuszczam, udaje mi się nieco pozbierać i jakoś znajduję w sobie odwagę. - Zależy mi na tych zajęciach. Zdaję sobie sprawę, że tego nie okazywałam. Powinnam była zgłosić się od razu na początku semestru, ale nigdy wcześniej nie musiałam tego robić. Poprzedni wykładowcy sami z siebie przekazywali mi potrzebne notatki.
Mac się odsuwa, marszczy brwi.
- Cóż, nie jestem jednym z nich, a jeśli interesuje panią sport zawodowy, mam dla pani wieści: musi się pani nauczyć dbać o własny interes.
Zaczynam się wkurzać.
- Tak się składa, że wiem o uprzedzeniach i podwójnych standardach, z jakimi zmagają się sportowczynie, i jestem na nie przygotowana. Niemniej dziękuję za radę.
- Jak sobie pani chce. - Unosi ręce w geście kapitulacji. - Rzecz w tym, że nie przeszkadzam pani w zaliczeniu zajęć. Mogła się pani do mnie zgłosić, a na sali jest całe mnóstwo ludzi, których można poprosić o notatki. Wskazałem Rydera, miała go pani pod nosem...
- Pod nosem? - Uderzam dłonią w biurko i się nachylam. - Kompletnie mnie zignorował.
- Może nie mówiła pani dość głośno. - Mac wzrusza ramionami, wstaje i zbiera stertę papierów oraz laptopa. Spogląda na zegarek, a potem na mnie. - Tak czy inaczej, nie jestem odpowiedzialny za pani sukces. Podałem rozwiązanie problemu. Nie będę pani prowadził za rączkę. Musi to pani rozgryźć sama. Proszę z nim porozmawiać. Ale nie tak, że szepnie pani jedno słówko, po czym od razu się podda i tylko rzuci mu mordercze spojrzenie.
Otwieram szeroko oczy.
- Ma pan kamery w tamtej sali?
Szczerzy do mnie zęby.
- Jedynie oczy z tyłu głowy. Jak każdy wykładowca, prawda? No dobrze, pani Sutter. Czas na zajęcia.
*
Tym razem nie ja jedna jestem spóźniona. MacCormack maszeruje szybkim krokiem przede mną, upuszcza stertę papierów na biurko z głośnym łupnięciem, podłącza laptop do projektora i mały mikrofon do kołnierzyka koszuli, a potem od razu rozpoczyna wykład. Znowu sala jest pełna i znowu jedyne wolne miejsce znajduje się obok tego wysokiego dupka, Rydera - Strażnika Notatek.
Poprzednim razem złość nie pozwoliła mi dobrze ocenić jego wyglądu, ale teraz poznaję, że w gruncie rzeczy ubrał się tak samo, ma na sobie swego rodzaju uniform: wysłużoną ciemnoniebieską bejsbolówkę, kolejną luźną koszulę z miękkiej flaneli i spłowiałe dżinsy. Wyciąga przed sobą długie nogi i spuszcza wzrok na notatki z dzisiejszego wykładu. Siadam na swoje miejsce i prycham, gwałtownym ruchem otwierając zeszyt.
Przynajmniej tym razem będę w stanie poznać materiał w całości. Bez łaski.
Wciągam się w tłumaczenia MacCormacka, ponieważ - choć prawie zabrakło mi odwagi, by mu o tym powiedzieć - naprawdę lubię uczyć się o zarządzaniu biznesem. Przez całe zajęcia jestem idealnie skupiona. Zapisuję prawie każde jego słowo. Nawet unoszę rękę i zadaję pytanie, za które nagradza mnie zaskoczonym, pełnym aprobaty uśmiechem. Wracam na dobre tory. Nadal muszę jakoś zdobyć notatki z pozostałych opuszczonych wykładów, lecz dzisiaj Willa Rose Sutter jest w szczycie formy...
Ktoś trąca mnie w ramię i moja dłoń przesuwa się na ukos, rysując długopisem czarną krechę. Obracam się w prawo i patrzę prosto w oczy Rydera. Są irytująco, zdumiewająco zielone, jak poprzednio, i znowu otwierają się szeroko, jakbym zaskoczyła go swoim istnieniem.
Zerkam na swój zeszyt, potem znowu na niego.
- Co ty odpierdalasz? - syczę.
On otwiera usta i na sekundę w dziwny sposób mnie to rozprasza. Z tą miną, rozczochranymi włosami i postrzępioną brodą, ubrany we flanelę w niebiesko-czerwoną kratkę wygląda jak drwal, któremu ktoś przeszkodził w trakcie zamachu siekierą. Mój wzrok prześlizguje się po jego twarzy. Tak wiele się kryje za tym jasnym zarostem. Kości policzkowe, usta, linia szczęki.
Jak wygląda pod spodem?
Porzucając te przedziwne myśli, jeszcze raz spoglądam mu prosto w oczy, swoje własne otwierając szerzej, by wyrazić oczekiwanie. Spodziewam się przeprosin, wyjaśnienia, czegokolwiek, co zdradziłoby powód, dla którego wbił mi łokieć w ramię i zepsuł mi notatki.
Jednak cisza się przedłuża. Ryder zamyka szczęki, mruży oczy, a potem odwraca się i znowu skupia na tablicy. Mac zmienia slajd na projektorze, na co po sali niesie się jęk mniej więcej jednej trzeciej studentów - tych, którzy nie notowali dość szybko. Ja też się do nich zaliczam, a to dzięki temu dupkowatemu drwalowi, który odwrócił moją uwagę i uniemożliwił zapisanie ostatnich paru minut.
- Na pewno pamiętacie - zwraca się do grupy Mac - że format tych zajęć zakłada poświęcenie pierwszych sześciu tygodni na wbicie wam do głów fundamentów matematyki w biznesie. Wykładam wam teorię, wpycham wam ją do gardeł, a wy z pewnością czujecie się tym teraz przytłoczeni.
W odpowiedzi rozlega się zbiorowe westchnienie, a zaraz potem fala szeptów i mamrotań, która wskazuje, że MacCormack może i jest onieśmielający, za to zna swoją publiczność.
- W tym momencie docieramy do etapu, w którym każdemu z was zostaje przydzielony partner na pozostałe wykłady do końca semestru. Wydarzy się to z dwóch powodów. Pierwszym jest liczba studentów na zajęciach. W przeciwieństwie do wielu innych prowadzących nie przekażę was asystentom. Przez cały semestr macie mnie i wszystkie moje godziny konsultacji, ale w zamian za to redukuję o połowę liczbę prac i projektów, które będę musiał sprawdzać. Drugi powód jest taki, że każda osoba planująca karierę w biznesie powinna rozwinąć podstawowe umiejętności współpracy, negocjacji i osiągania kompromisów. Sama znajomość liczb i teorii ekonomicznej jest bezużyteczna, jeśli nie będziecie w stanie rozmawiać z członkami waszego zespołu, słuchać ich pomysłów i przekuwać waszej wspólnej wiedzy w praktyczne i skuteczne rozwiązania. Waszym głównym zadaniem jako zespołu będzie stworzenie ostatecznego projektu oraz zaliczenie testu. Egzaminy na koniec semestru są tuż za rogiem. Sugeruję jak najszybciej poznać swoich partnerów i wspierać siebie nawzajem. Uczcie się wspólnie, niech jedno sprawdza wiedzę drugiego. Przyzwyczajajcie się do siebie. Chociaż nie dotarliśmy jeszcze nawet do połowy semestru, gdy tylko zostaniecie podzieleni na pary, zacznijcie pracować nad konceptem, ponieważ projekt razem z egzaminem stanowi pięćdziesiąt procent waszej oceny, więc ci, którzy do tej pory mieli problemy... - Wodzi wzrokiem po sali, a gdy natrafia na mnie, unosi znacząco brwi. - Sugerowałbym potraktowanie tego poważnie. Od tego może zależeć zaliczenie.
Znowu niesie się echo jęku. Mac uśmiecha się pod nosem, chowa dłonie do kieszeni.
- Pary zostaną ogłoszone w przyszłym tygodniu. Miłego dnia wszystkim!
Zanim zdążę włożyć zatyczkę na długopis, Ryder już się podnosi. Zarzuca sobie torbę na ramię i wymaszerowuje z pomieszczenia, przepychając się na przód nieśpieszącego się tłumu.
Odwracam się powoli, zdumiona nikczemnością tego kolesia. Naprawdę takie coś wymaga prawdziwego zaangażowania.
- Ale w sumie uroczy z niego dupek - odzywa się ktoś.
Podskakuję i obracam się na pięcie.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że myślę na głos.
Dziewczyna wzrusza ramionami i się uśmiecha.
- Nic się nie przejmuj. Zauważyłam. Jestem Emily.
- Willa. - Wstaję i zamykam zeszyt, po czym chowam go do torby.
- Och, jak ładnie - odpowiada Emily, uśmiechając się szerzej. - Jak ta pisarka, Willa Cather?
Kiwam głową i czuję bolesne ukłucie w sercu na myśl o mamie.
- No.
Powinnam ją zapytać, czy robi dobre notatki i czy mogłabym je skopiować. Lecz jak zwykle, gdy mam kogoś o coś poprosić, ze strachu przed odrzuceniem nie mogę wykrztusić z siebie ani słowa.
- Miłego dnia! - rzuca radośnie dziewczyna.
Mam mnóstwo nauki i jeszcze ćwiczenia w ramach przygotowania do jutrzejszego meczu z naszymi najpoważniejszymi przeciwnikami, a muszę iść do szpitala, by zapytać o wyniki ostatniej biopsji mamy. To zdecydowanie nie będzie miły dzień.
- Dzięki - odpowiadam. - I nawzajem.
*
Zdążyłam się już przyzwyczaić do szpitala. Do jego zapachów, dźwięków. Szumu windy i dzwonka, gdy ta dotrze na piętro. Pisku tenisówek na linoleum. Przytłumionego światła jarzeniówek i mieszaniny zapachu moczu ze środkiem do dezynfekcji. Co dziwne, nie jest mi tu bardzo źle. Przez ostatni miesiąc to miejsce stało się dla mamy domem, a ja chcę być tam, gdzie ona.
- Różyczka! - Mama puszcza książkę i rozkłada ramiona, by mnie przywitać.
- Cześć, mamo. - Posyłam jej buziaka, po czym ściągam bluzę i starannie myję ręce.
Układ odpornościowy mamy jest osłabiony, a studenci to chodzące szalki Petriego, jak powiedział doktor Be, więc szoruję skórę aż do łokci, a potem jeszcze dorzucam trochę żelu antybakteryjnego.
Wreszcie mogę podejść i ją przytulić. Robię to mocno i długo. Ona splata palce na moich plecach i ściska z całych sił.
- Jak ci minął dzień, skarbie? - pyta.
Opada na poduszkę i patrzy mi w oczy. Kiedy ją widzę, niezmiennie się cieszę, że nie licząc mojej bujnej czupryny, jestem praktycznie jej klonem. Dzięki temu mogę udawać, że nie mam drugiego rodzica, że pochodzę tylko od niej.
- Nie tak źle. - Siadam ostrożnie na krawędzi łóżka i wbijam wzrok w nieruszone jedzenie na tacy.
- Smakuje jak gówno - rzuca, machając ręką.
- Ale mamo, jeśli nie będziesz jadła, nie będziesz miała siły. A potrzebujesz jej.
Wzdycha i łapie moje dłonie.
- Wiem. Barbara z tego programu kościelnego przyniesie mi później domowej roboty rosół.
Dzięki Bogu za ten program, bo mnie wyręcza. To ja powinnam przynosić mamie domowe obiadki, a nie jakaś miła luteranka Barbara, ale nie narzekam. Mama dostaje odżywcze posiłki i przyjemną rozmowę z kimś spoza rodziny. W przeciwieństwie do mnie moja rodzicielka nie zapomina języka w gębie za każdym razem, gdy musi się odezwać, i naprawdę przepada za small talkiem.
Zostałyśmy z mamą zupełnie same i nie widzę w tym nic złego, tak po prostu wyszło. Przez lata zbyt wiele podróżowałyśmy, żeby utrzymać znajomości, poza tym obie jesteśmy raczej samotniczkami. Moja rodzina zawsze składała się jedynie z babci Rose i mamy. Babcia Rose zmarła, gdy byłam w szkole średniej, wciąż mi jej brakuje. Była pełna energii, uwielbiała swoje ogródki warzywno-kwiatowe, nikt nie miał z nią szans w Trivial Pursuit, paliła jak smok i przeklinała jak szewc. Wygląda na to, że to po niej odziedziczyłam temperament.
- Okej. - Wyciągam pomarańczę i zaczynam ją obierać. Gdy cząstki będą już oczyszczone z białych włókienek, podzielimy się nimi na pół. To nasz rytuał. - Jakie są wieści? - Skupiam wzrok na owocu, odrywając kawałek skórki i pryskając przy tym sokiem. Boję się zobaczyć wyraz twarzy mamy, gdy przekaże mi złą wiadomość.
- Jakie wieści? - pyta.
Od razu unoszę na nią spojrzenie.
- Nie rżnij głupa, Joy Sutter.
Uśmiecha się, oczy jej iskrzą.
- Biopsja nie wyszła najlepiej, jednak lekarz już przygotował dla mnie plan. Nie dość, że mądry i przystojny, to jeszcze ma jaja.
Oglądam się, by mieć pewność, że nikt nie stoi w drzwiach. Mama chichocze.
- On wie, że żartuję. Ale mam o nim bardzo dobre zdanie, a on perfidnie to wykorzystuje, każe mi robić takie straszne rzeczy, jak jedzenie i spacerowanie po korytarzu.
- Geniusz - mamroczę pod nosem. - Wysoki, rudy i przystojny to zawsze był twój typ.
- Lubię, co lubię. Świat nie kocha rudzielców tak, jak na to zasługują. A teraz opowiedz, co tam u ciebie, w szkole, w drużynie. - Mama wierci się i próbuje ukryć grymas. - Mam wrażenie, że ostatnio w ogóle nie wiem, co się u ciebie dzieje.
Opowiadam jej o pad thai, które Rooney próbowała niedawno ugotować, i jak potem całe mieszkanie śmierdziało zgniłą rybą, a makaron był tak twardy, że prawie połamałam sobie na nim zęby.
Mama wybucha śmiechem, który zmienia się w napad kaszlu. Pielęgniarka zagląda do pokoju i podaje jej tlen, jednocześnie posyłając mi karcące spojrzenie: spasuj trochę, Sutter.
Postanawiam dziś więcej nie rozśmieszać mamy, więc wspominam o zbliżającym się meczu i decyzji, by tym razem zastosować bardziej ofensywną strategię. Do tej pory grałam jako jedyna napastniczka, więc jeśli są cwani, spróbują dać mi podwójną obstawę. Dlatego teraz dołączy do mnie Rooney, zamiast jak zwykle trzymać się w środkowej części boiska. Wspólnie zaangażujemy ich obronę i może uda nam się strzelić parę goli.
- Świetnie - stwierdza mama, po czym wrzuca sobie cząstkę pomarańczy do ust i się uśmiecha. - Niedługo zaczną się wokół ciebie kręcić łowcy talentów, prawda?
Też biorę kęsa.
- No - mówię, przeżuwając. - O ile będę mogła dalej grać.
Jasne brwi mamy wędrują do góry.
- Przepraszam, Różyczko, czy ja coś przegapiłam? Jesteś pilną, godną zaufania studentką. Nigdy wcześniej nie miałaś problemów z ocenami.
Jęczę i opadam w bok w taki sposób, by położyć głowę na jej kolanach. Za chwilę czuję, jak wsuwa palce w moje włosy, próbując ujarzmić chaos.
- Powiedz mi wszystko, skarbie.
Słowa przychodzą same. O tym, jak naiwnie oczekiwałam, że profesor MacCormack będzie się zachowywał tak samo jak każdy inny wykładowca, a kiedy zdałam sobie sprawę, że jest inaczej, bardzo się denerwowałam tym, że muszę go poprosić o to, czego potrzebuję. Nie mam szansy wspomnieć o dupkowatym drwalu, bo mama cmoka i kręci głową.
- Zawsze bałaś się trudnych rozmów. - Wzdycha. - Nie wiem, skąd ci się to wzięło. Ja chętnie zarabiałabym w ten sposób na życie.
Jej dłonie są tak kojące, że opuszczam powieki i rozkoszuję się ich dotykiem, rytmicznymi ruchami w moich włosach. Na koniec nieokiełznane kosmyki będą mniej poplątane, ale za to dwa razy bardziej spuszone. Nie przeszkadza mi to.
- Byłabyś świetną prawniczką, mamo. Ty i Rooney jesteście takie czupurne...
- To jest to! - Mama sięga po krzyżówkę, wystawia język i zapisuje litery. - Czu-pur-ny. Rany, dzięki. Teraz będę mogła się tym szczycić, gdy przyjdzie doktor Be.
Unoszę głowę i patrzę jej w oczy.
- Czyli to on cię namówił na krzyżówki?
Ma na ich punkcie obsesję już od paru tygodni, całymi dniami do mnie pisze, pytając, czy może znamy z Rooney jakieś słowo, którego szuka.
- Powiedział, że jeśli będę jadła wszystkie posiłki i więcej nie schudnę, wypuści mnie na mecz finałowy.
- Mamo, najpierw musimy przejść kwalifikacje, potem wyjść z grupy...
- Nie, nie, nie. - Mama unosi rękę, nakazując ciszę. - Czego cię uczyłam?
Wzdycham.
- Mogę wszystko, jeśli tylko bardzo się postaram.
- Właśnie tak. Jeśli chcesz zagrać w finale, to zagrasz. Jak już mówiłam, jeśli nie będę więcej chudnąć, dostanę przepustkę na mecz, za to jeśli rozwiążę krzyżówkę z "New York Timesa" w jeden dzień, doktor Be zabierze mnie tam osobiście swoim eleganckim sportowym autem.
Gwałtownie się prostuję.
- Ale w tym roku finał jest w San Jose. Czy to nie niebezpieczne? Podróż będzie bardzo męcząca, a na stadionie będzie mnóstwo mikrobów i...
- Willa. - Mama splata palce z moimi i uśmiecha się pokrzepiająco. - Będzie dobrze. W końcu to lekarz i wie, co robi.
Kulę ramiona, a niepokój ściska mi żołądek. Nie mogę znieść tego, że mama w ogóle musi być w szpitalu, ale przynajmniej jest tu bezpieczna i ma opiekę. Jeśli o mnie chodzi, wolę, żeby była tutaj - gdzie dostaje wszystko, czego jej trzeba - tak długo, jak to konieczne. Całe szczęście babcia Rose zostawiła nam przyzwoity spadek, a wojskowa emerytura mamy też pomaga. W tym momencie każdy grosz wydajemy na leczenie, żeby mama mogła dojść do siebie najszybciej, jak to możliwe.
W związku z tym muszę utrzymywać się praktycznie sama, co mi nie przeszkadza. Od lat w każde wakacje pracuję w lokalnej księgarni - właśnie tam nauczyłam się takich słów jak "temperamentna" i "czupurna". To nie żadna sieciówka, tylko prowadzony przez osobę prywatną sklep połączony z kawiarnią i piekarnią, który w letnim sezonie ma dużo większy ruch dzięki turystom, więc oprócz przyzwoitego wynagrodzenia dostaję całkiem fajne napiwki. To, co zarobię w tym czasie, mam na luźne wydatki w roku akademickim. Czesne w całości pokrywają stypendia - za wyniki w nauce i sportowe - więc przy pilnowaniu budżetu wystarcza mi na czynsz i wyżywienie w mieszkaniu, które dzielę z Rooney.
Jednak przez parę ostatnich miesięcy Rooney "przypadkiem" opłaciła wszystkie rachunki sama, zamiast poczekać, aż wypiszę swój czek, tak jak robiłyśmy to wcześniej. Podejrzewam, że powodem jest kasa jej rodziny - jej ojciec to znany producent z Hollywood, więc dla niej to nie są znaczące kwoty, a wie, że ja muszę się liczyć z każdym wydatkiem. Będzie się tego wypierać do końca życia, ale ja swoje wiem.
- Willa, znowu patrzysz w dal z miną, która nie powinna pojawiać się na twarzy dwudziestojednolatki.
Dłoń mamy jest zimna i boleśnie chuda, lecz i tak wtulam w nią policzek. To nie jest jej pierwszy raz z rakiem i wiem, że powinnam cieszyć się każdą chwilą z nią. Życie jest kruche i chociaż wciąż liczę, że mama znowu pokona chorobę, nigdy nie rezygnuję z szansy, by trochę zwolnić i rozkoszować się każdym momentem jej obecności.
- Nie musisz się martwić, skarbie - szepcze. - Dbam o siebie. Doktor Be robi wszystko, co w jego mocy, i martwi się za nas obie, okej? - Opuszcza rękę i ściska moją dłoń. - Musisz więcej żyć. Tylko trenujesz, chodzisz na zajęcia i grasz, a potem przesiadujesz w szpitalu, patrząc, jak twojej mamie znowu wypadają włosy.
- Przestań. - Szczypią mnie oczy. - Kocham cię. Chcę być przy tobie.
- Mimo wszystko musisz czerpać z życia garściami, Willa. Wyjdź z Rooney na miasto. Włóż krótką sukienkę, pokaż te swoje zabójcze nogi piłkarki. Pocałuj chłopaka, pieprz się z nim na sto sposobów, oczywiście z odpowiednim zabezpieczeniem...
- Mamo! - Moje policzki robią się czerwone. - Przecież wiesz, że nie randkuję.
- Nie każę ci chodzić na randki. Mówię, żebyś się z kimś bzyknęła.
- Mamoooo - jęczę.
- Choruję z przerwami już bardzo długo, ale wiesz co? Nie czuję, żebym wiele traciła. Mam wiele wspomnień z młodości. Chodziłam na szalone koncerty, podróżowałam. Kręciłam się z bitnikami, czytałam grube tomiszcza i jeździłam autostopem. Paliłam trawkę i gapiłam się w gwiazdy, leżąc na pace trucka. Bawiłam się i ciężko pracowałam, poszłam do wojska i zwiedziłam świat jako pielęgniarka. Zobaczyłam wiele nowych rzeczy, miałam egzotycznych kochanków i paru seksownych żołnierzy...
- Mamo.
Potrząsam głową. Mama jest ładna, nawet bez włosów i z chustką na głowie. Jej oczy mają taki sam głęboki odcień brązu jak moje i są szeroko rozstawione, do tego ma wyraziste kości policzkowe i pełne usta. Widziałam zdjęcia. W młodości była z niej niezła laska. Tylko wolałabym nie wyobrażać sobie, jak się z kimś bzyka.
- Przecież wiesz, co chcę powiedzieć. Życie samo się nie przeżyje, nic nie jest pewne. Masz wiele do zaoferowania, dużo doświadczenia. Nie chciałabym, żeby coś cię przeze mnie ominęło.
Chciałabym jej powiedzieć, że z chęcią zrezygnowałabym ze wszystkiego, co ma mi do zaoferowania życie, byle zawsze mieć ją przy sobie. Boję się, że jej stan jest poważniejszy, niż mi mówi, że będę się nienawidzić za każdy wieczór poświęcony temu, co robią normalni studenci, bo mogłabym te ulotne chwile spędzić z nią.
Ale taka już jestem, że nie mówię trudnych rzeczy. Dlatego jedynie ściskam jej dłoń na pokrzepienie i rzucam:
- Dobrze, mamo. Tak zrobię.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI