2
NO, TO NIE POSZŁO TRAGICZNIE, doszła do wniosku Remi, wieszając siatki na zdrowej ręce, i wyszła na przenikliwy poranny mróz.
Po długiej, nieprzespanej nocy przetrwała nieoczekiwane spotkanie z Brickiem. I przypadkowo przytuliła go w sposób, który krzyczał wręcz: "kobieta w opałach!". Udało jej się przynajmniej wymóc dochowanie tajemnicy na Billu, Mirze i pozostałych gościach sklepu, zanim zrobi niespodziankę rodzicom.
Co dawało jej jakąś godzinę, nim mama odbierze telefon od kogoś, kto nie wytrzymał.
Godzinę, by ułożyć oficjalną wersję wydarzeń i ukryć widoczne na twarzy zmęczenie.
Godzinę na ponowną próbę dodzwonienia się do szpitala.
Odeszła tak, żeby minąć okna wystawowe sklepu, po czym rzuciła siatki na chodnik. Zębami zerwała z dłoni rękawiczkę i ponownie wybrała numer.
- Szpital Northwestern Memorial, z kim połączyć?
- Dzień dobry, dzwonię w sprawie stanu pacjenta - powiedziała Remi.
- Nazwisko pacjenta? - Głos w słuchawce brzmiał tak, jakby istniało mnóstwo innych rzeczy, które jego właścicielka chciałaby robić zamiast odbierania telefonów, ale przynajmniej była to inna operatorka niż wczoraj.
- Camille Vorhees.
- Pani godność?
Remi się zawahała.
- Jestem... jej siostrą.
- Imię?
Kurwa, kurewska kurwa.
- Alessandra?
- Nie ma pani na liście.
- To dlatego, że jestem czarną owcą w rodzinie - spróbowała.
- Nie ma pani na liście. Zgodnie z przepisami HIPAA...
- Tak. Dzięki. Łapię. - Remi się rozłączyła i kopnęła w słup podtrzymujący zadaszenie werandy sąsiedniego budynku. - Cholera - wymamrotała.
- Remi.
Podskoczyła jak oparzona. Ten głos. Ten cholerny szorstki, niski, schrypnięty głos, który wciąż prześladował ją w snach.
- Jezu, Brick!
Przechodził przez ulicę, zbliżając się do niej niczym fala. Nieuchronnie. Bezpardonowo.
Irytowało ją, że jej serce wciąż bije szybciej na jego widok. Ale tak naprawdę nie mogła winić go za gust, bo Brick Callan był jednym wielkim chodzącym ciachem. Jej zachwyt zaczynał się pewnie gdzieś na wysokości jego szerokich barków i potężnego torsu. Nie potrzebowała jednak wiele czasu, żeby zdać sobie sprawę, że te poważne błękitne oczy, zmarszczone teraz lekko w kącikach, miały hipnotyczne, rzucające na łopatki supermoce.
Kowbojski kapelusz, przy którym uparcie obstawał mimo tylu cieplejszych opcji nakrycia głowy, dodawał mu surowego uroku. Zwłaszcza w połączeniu z ciężkim zimowym płaszczem i dżinsami, które podkreślały umięśnione uda.
Broda była nowa i boska. Napięcie znajome i wkurzające. Pulsowała wokół niego ciemnoniebieska aura. Pewny. Godny zaufania. Silny.
Dwanaście lat temu rozdarł jej serce na pół. Siedem lat później roztrzaskał je w drobny mak. Jeszcze nie wybaczyła mu ani jednego, ani drugiego. Co nie oznaczało, że nie mogła podziwiać go w roli uosobienia testosteronu.
Schyliła się po siatki, ale ją ubiegł, dokładając jej zakupy do tych, które już niósł. Pachniał skórą, trocinami i końmi.
- Nie musisz. Umiem sobie doskonale poradzić z własnymi zakupami.
- Co ci się stało w rękę? - Zadał to pytanie szorstko, jakby wściekało go, że chce znać odpowiedź.
Oczywiście zauważył. Brickowi Callanowi za cholerę nie umykało nic, oprócz najbardziej oczywistej rzeczy na świecie.
- To nic - odparła, sięgając po siatki. Uniósł je ponad jej głowę, co uznała za niepotrzebną, choć seksowną, demonstrację siły. - Drobne złamanie.
- Jak do niego doszło?
Znajoma szorstkość jego tonu umościła się jej w żołądku i rozlała po nim niczym ciepły miód.
Przejmował się. Może nie tak, jak marzyła kiedyś o tym zakochana nastolatka. Ale poranionej trzydziestolatce przynosiło to pocieszenie.
- Wypadek samochodowy - powiedziała. - Serio. Oddawaj moje zakupy.
- Gdzie? Ty prowadziłaś? Ktoś jeszcze ucierpiał?
Stanęła na chodniku przodem do niego, a wiatr od jeziora robił, co w jego mocy, żeby wsunąć swoje lodowate palce pod warstwy jej ubrań.
- Bez urazy, sierżancie, ale Chicago znajduje się poza twoją jurysdykcją. A moje życie to nie twój interes. Zapomniałeś?
Posłał jej jedno z tych przeciągłych, mrocznych spojrzeń, których znaczenia nigdy nie rozszyfrowała.
Wystraszyła ją nagła wibracja w kieszeni. Zapominając o górującym nad nią mężczyźnie, sięgnęła gorączkowo po telefon.
Wrzód na dupie.
Cholera. Nadzieja, która rozkwitła w jej piersi, rozwiała się. Wcisnęła "odrzuć", jak przy poprzednich czterech połączeniach od niego, i wsunęła telefon z powrotem do kieszeni. Brick marszczył teraz brwi. Pewne rzeczy przynajmniej pozostawały bez zmian.
- Gdzie się zatrzymałaś? - spytał wreszcie. - Odprowadzę cię.
To nie była propozycja. Za dużo w nim było z dżentelmena, żeby pozwolił jej obładowanej jak jakiś muł przejść parę przecznic przy pogodzie grożącej hipotermią, i jakkolwiek by się opierała, nie ustąpiłby.
- Red Gate - odparła.
Brick spojrzał na swoje buty, a potem w przestrzeń, gdzie niebo całowało taflę wody. Wypuścił powietrze.
- O, nie zachowuj się jak cierpiący kowboj - powiedziała, przewracając oczami. - Przecież nie będziemy stale na siebie wpadać.
Red Gate Cottage stał na południowym krańcu wyspy, przycupnięty tuż nad wodą. Tak się też składało, że znajdował się dokładnie naprzeciwko domu Bricka. Wciąż nie miała pewności, czy wpłynęło to na jej decyzję.
- To przez ciebie pani Sopp wymogła na mnie zmianę baterii w detektorach dymu?
- Nie musisz mi tego wypominać. Dawaj baterie i sama to zrobię.
- Tak? Żebyś mogła zlecieć z krzesła i złamać sobie drugą rękę?
Ruszył chodnikiem, kręcąc głową i mamrocząc niepochlebne komentarze.
Podbiegła, żeby go dogonić, gdy maszerował wzdłuż gospód i sklepów z pamiątkami, zamkniętych na głucho na okres zimowy.
- Czy ta poza ponurego kowboja działa na dziewczyny, aż zrzucają z siebie bieliznę termiczną? - spytała.
- Przymknij się, Remi.
Poprawiwszy sobie nieco nastrój wytrąceniem go z równowagi, zrównała z nim krok i schowała ręce w kieszeniach. Poranek było słoneczny, minus dwanaście stopni. Cienka warstwa śniegu na drodze została rozjechana skuterami śnieżnymi, głównym środkiem transportu o tej porze roku. Skutery, konie i własne nogi stanowiły dla mieszkańców jedyne możliwości przemieszczania się po sześciu kilometrach wzgórzystej i zalesionej wyspy.
Dla niektórych Mackinac Island była ciekawostką. Cała wyspa bez samochodów? Społeczność z czteromiesięczną datą ważności, zanim nadejdzie niekończąca się, sroga zima?
Ale dla Remi to był dom. A dom oznaczał uzdrowienie.
Resztę drogi przeszli w milczeniu. Pospieszyła przed nim, żeby otworzyć bramę pomalowaną na krzykliwy, intensywny odcień czerwieni. Wysoki żywopłot chronił domek z białej cegły przed wścibskim wzrokiem z chodnika, ale potężny dwupiętrowy budynek w stylu wiktoriańskim stojący naprzeciwko z łatwością zaglądał ponad nim.
- Ty malowałeś - powiedziała, kiedy Brick minął ją z zakupami.
Dom należał niegdyś do jego babci i dziadka, którzy otwarli swoje podwoje dwóm trudnym wnukom. W tamtym czasie całość tonęła w bieli. Teraz cedrowy siding pomalowany był na granat. Pośrodku szerokiej werandy widniały czerwone drzwi wejściowe - kombinacja kolorystyczna, która wzbudzała aprobatę Remi. Niski parkan wzdłuż chodnika zostawił w perłowej bieli.
Przy zaśnieżonym ogrodzie i niskich zimozielonych krzewach był to widok jak z obrazka.
Odchrząknął - bo dzienny przydział słów Bricka ograniczał się do jakichś pięćdziesięciu - i ruszył za róg domku do drzwi wejściowych. Red Gate nie miał właściwie werandy, a niską cedrową platformę. Latem stał tam stolik z parasolem i krzesła, żeby można usiąść i podziwiać bezkonkurencyjny widok. Zimą na podeście znajdowały się rzędy drewna opałowego do niewielkiego kominka w sypialni.
Remi otworzyła drzwi i z trudem pohamowała się od przewrócenia oczami, kiedy ten olbrzymi mężczyzna puścił ją przodem. Ponura rycerskość miała umiarkowany urok.
Domek natomiast miał go pod dostatkiem.
Agnes Sopp - potentatka nieruchomości na Mackinac - odnowiła go, kładąc parkiet z szerokich sosnowych desek i kremowe sztukaterie na ścianach. W salonie kanapa w złamanej bieli z wielkimi poduchami stała naprzeciw gazowego kominka. Kuchnia była maleńka, z białymi szafkami i lśniącym drewnianym blatem. Ale niewielka ruchoma wysepka ze stali nierdzewnej dodawała miejsca na przechowywanie i zwiększała przestrzeń roboczą. Okna na ścianie frontowej zostały wymienione, żeby jak najbardziej uwydatnić widok.
A cóż to był za widok.
Przed domkiem ciągnęły się w nieskończoność mroczne niczym atrament wody jeziora Huron, niezmienne i niezawodne. Zupełnie jak mężczyzna, który wtargnął w jej przestrzeń. Wkroczył do kuchni, gdzie swoimi barkami kowboja i ponurymi umiejętnościami zajął całe dostępne miejsce.
I to właśnie dlatego, jak zdała sobie sprawę, ściągając botki i płaszcz, wróciła. Żeby znaleźć się na tyle blisko, by poczuć się znów bezpiecznie. Mimo jego zapewnień, Brick Callan przejmował się nią. A w jego duszy było coś, co nakazywało, żeby ludzie, którymi się przejmował, byli bezpieczni. Wyobrażała go sobie biegającego po okolicy niczym pies pasterski, podgryzającego kostki mieszkańcom Mackinac i chroniącego ich przed nieszczęściem.
Westchnęła. Nigdy jeszcze nie wyniknęło nic dobrego ze wzdychania do niedostępnego mężczyzny. Poza tym musiała się zająć większymi i bardziej niebezpiecznymi problemami.
Z jednej z toreb wyciągnął blister z bateriami. Patrzyła, jak sprawnie odkręca pokrywę z pierwszego czujnika dymu i nie potrzebuje do tego ani krzesła, ani drabinki, i zapragnęła zwinąć się na kanapie i zasnąć, póki on tu był. Póki czuła się bezpiecznie.
Usadowiła się pod oknem na jednym z obrotowych foteli z niebieskiego weluru. Odwróciła się plecami do jeziora, podciągnęła kolana pod brodę i obserwowała, jak niechętnie się nią zajmuje.
Zamknąwszy z powrotem czujnik, wyrzucił opakowanie i stare baterie do kosza pod zlewem.
- Często pomagasz Agnes w robotach? - spytała Remi.
Odwrócił się, żeby na nią spojrzeć, a kiedy jego długie nogi pokonały dzielący ich dystans, skuliła się na fotelu. Nie miała pojęcia, czego się spodziewała, ale z pewnością nie tego, że ujmie delikatnie jej prawą rękę w dłoń i podciągnie rękaw jej obszernego swetra.
Na przestrzeni lat tysiące razy przytulała go, całowała, szturchała, wymierzała mu kuksańce i opierała się na nim. Przy każdym dotyku iskrzyło coś wyjątkowego. Fascynowało ją to. Dawało otuchę. Zdumiewało. Ale to samo, co ją w Bricku pociągało, jego zdawało się od niej odpychać. Na palcach jednej ręki mogłaby policzyć razy, kiedy to on z własnej woli dotknął ją pierwszy.
- Jak ty, do cholery, to zrobiłaś?! - spytał.
Ton miał surowy, ale sposób, w jaki trzymał jej rękę, żeby przyjrzeć się gipsowi, był niemal czuły.
- To nie moja wina - powiedziała stanowczo, nie mając pewności, czy to rzeczywiście prawda.
- Boli?
- Nie, jest cudownie. Oczywiście, że boli. To złamana ręka - odpaliła.
- Jak do tego doszło? - spytał ponuro.
Stężała, nie panując nad instynktowną reakcją na to wspomnienie. Oślepiająco jasne światło. Miażdżony metal. Zapadający mrok.
- Mówiłam ci. Wypadek samochodowy - odparła, usiłując wyrwać rękę.
Ale on trzymał ją ostrożnie, mocno w uścisku, a jego palce badały pomarańczowy gips.
Te niebieskie oczy skoncentrowały się na niej, jakby odzierały ją z kolejnych warstw.
- Co się wydarzyło? - spytał znowu.
Głos miał szorstki i ściszony, ale dotyk ciepły. To niebieskie, pulsujące światło, które go otaczało, zdawało się i ją ogarniać.
Ku swojemu przerażeniu poczuła, że do oczu napłynęły jej łzy.
Tym razem udało się jej uwolnić rękę, odwróciła więc twarz w stronę okna i znajdującej się za nim wody.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- Zawsze chcesz o wszystkim rozmawiać.
- Już nie - wymamrotała.
- Jak bardzo boli? - spytał schrypniętym głosem, jakby sam odczuwał ból.
Oparła policzek na kolanie i stłumiła łzy.
- Już mniej.
- Pamiętaj, że wiem, kiedy kłamiesz - powiedział, odwracając jej fotel i zmuszając, by na niego spojrzała.
Zobaczyła w jego oczach burzę. Szarość zamiast błękitu. Zastanawiała się, co on mógł widzieć w jej oczach.
Czy przejrzy jej brawurę i dostrzeże to, co czai się pod powierzchnią? To, czego dawniej nie było. To, co wszystko zmieniło.
- Tak było dawno temu - przypomniała mu cicho. - Oboje jesteśmy teraz innymi ludźmi.
Podniósł się, prostując te swoje ciągnące się kilometrami nogi, i wrócił do kuchni.
- Musisz zrobić sobie podstawowe zapasy - zauważył, pakując się.
Zbierał się do wyjścia. Czuła ulgę i smutek. Chociaż działał jej na nerwy, jego obecność odganiała mrok. A to ją wściekało.
- Poradzę sobie - powiedziała, ocierając szybko łzę, kiedy odwrócił wzrok.
Z zakupami w rękach przystanął i ponownie ją zlustrował.
- Wyglądasz na zmęczoną. Powinnaś odpocząć.
- Do widzenia, Brick - powiedziała znacząco. Ruszył do drzwi, a ona odczekała, dopóki ich nie otworzy. - Podoba mi się twoja broda - zawołała za nim.
Zacisnął szczęki, rzucił jej ostatnie seksowne spojrzenie i już go nie było.