p

Tylko nie Ty - Lucy Score

Kup ebooka

45.00 zł
35.10 zł (35,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

- REMI HONEY?

Nie­wiele mo­gło za­sko­czyć ko­men­dantkę Dar­lene Ford. Uro­dzona i wy­cho­wana na Mac­ki­nac, słu­żyła na wy­spie jako glina od bli­sko trzy­dzie­stu lat. Jed­nak wi­dok naj­młod­szej córki - która miała pra­co­wać i miesz­kać w Chi­cago - na we­ran­dzie wy­star­czył, żeby sta­nęła jak wryta.

- Nie­spo­dzianka!

Remi przy­tu­liła mamę zbyt mocno i nie chciała pu­ścić. Pla­kietka z na­zwi­skiem przy­pięta do nie­przy­sta­ją­cej do pory roku, służ­bo­wej bluzy Dar­lene wbiła się Remi w ra­mię. Może i odzie­dzi­czyła po matce zie­lone oczy, ale na pewno nie wzrost.

- Niech mnie kule biją! - szep­nęła Dar­lene, ści­ska­jąc ją mocno. - Czemu nie za­dzwo­ni­łaś i nie uprze­dzi­łaś, że przy­je­dziesz? Mo­głam przy­go­to­wać twój po­kój. Jak się masz? Za­ży­wasz leki? Coś się stało? Jak ob­razy? Coś sprze­da­łaś?

Mat­czyne prze­słu­cha­nie roz­ba­wiło Remi, która zwol­niła uścisk.

- Chcia­łam zro­bić nie­spo­dziankę to­bie i ta­cie. Nie po­trze­buję po­koju, bo na­mó­wi­łam Agnes Sopp na wy­na­ję­cie mi domku. A co do reszty, to wszystko w po­rządku.

- Je­stem uszczę­śli­wiona! - Na­dal trzy­ma­jąc Remi za ra­miona, Dar­lene obej­rzała się przez ra­mię i krzyk­nęła: - Gil! Rusz tu­taj swój ty­łek!

- Co się stało? Za zimno na pa­jąki - za­wo­łał Gil­bert Ford z pię­tra.

- To nie pa­jąk - od­parła gło­śno Dar­lene.

Dar­lene Ford od uro­dze­nia była nie­ustra­szona... chyba że cho­dziło o pa­jąki. W tej jed­nej kwe­stii po­zwa­lała bez słowa skargi, by jej po­czciwy, uczący an­giel­skiego mąż przy­by­wał jej na ra­tu­nek.

- Wchodź do środka, za­nim ogrze­jemy całą oko­licę.

Wcią­gnęła Remi przez próg do domu, z któ­rego ta ucie­kała przez cały okres doj­rze­wa­nia.

Zmie­niły się drobne szcze­góły. Chod­nik pod sto­pami był nowy. W za­ba­ła­ga­nio­nym ga­bi­ne­cie na lewo stało po­rządne biurko. Stary, roz­chwie­ru­tany sto­lik do kart za­wa­lił się wresz­cie w ze­szłym roku pod cię­ża­rem szkol­nych wy­pra­co­wań i kub­ków z nie­do­pitą kawą. Po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza, w sa­lo­nie stał dum­nie więk­szy, now­szy te­le­wi­zor.

Ale pach­niało jak w domu. Kawą i pa­stą do drewna.

Jej pej­zaż li­nii brze­go­wej Mac­ki­nac, je­den z pierw­szych ob­ra­zów, na­dal wi­siał w ko­ry­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do sło­necz­nej kuchni i ja­dalni. A ro­dzice na­dal krzy­czeli do sie­bie mię­dzy po­ko­jami.

- Remi Ho­ney!

Gil­bert Ford był parę cen­ty­me­trów wyż­szy od żony i nieco mniej umię­śniony. Ciemne włosy miał za­wsze nieco w nie­ła­dzie, ubra­nia tro­chę nie­do­brane, ale po­tra­fił na­prawdę słu­chać lu­dzi, co spra­wiało, że za­po­mi­nali o jego nie­chluj­nym wy­glą­dzie.

Z ra­do­ści nie tra­fił na ostatni sto­pień i omal nie przy­gniótł obu ko­biet u pod­nóża scho­dów. Po­słał im zmie­szany uśmiech, po czym mocno uści­skał Remi.

Za­mknęła oczy i po­zwo­liła, żeby oto­czył ją mi­ło­ścią.

- Cześć, tato.

- Co za wspa­niała nie­spo­dzianka - od­parł, ko­ły­sząc ją z boku na bok.

Gil­bert był eks­per­tem w przy­tu­la­niu i wła­ści­wym pa­na­ceum na do­le­gli­wo­ści drę­czące obec­nie jego córkę.

"Ja­kim cu­dem - za­sta­na­wiała się Remi - można tę­sk­nić za do­mem, sto­jąc w nim, i to w ra­mio­nach pierw­szego męż­czy­zny, który ją kie­dy­kol­wiek ko­chał?".

- Też nie wie­dzia­łeś? - Dar­lene spy­tała męża, rzu­ca­jąc mu po­dejrz­liwe spoj­rze­nie.

Po­krę­cił głową i pu­ścił Remi.

- Nie mia­łem po­ję­cia - od­parł z na­ci­skiem, ści­ska­jąc ją za ręce. - Ty też nie?

Jej ro­dzice byli no­to­rycz­nie za­jęci i czę­sto za­po­mi­nali o prze­ka­za­niu so­bie na­wza­jem wia­do­mo­ści roz­ma­itej wagi.

- Nie mó­wi­łam ni­komu, że przy­jeż­dżam do domu. Chcia­łam zro­bić wam obojgu nie­spo­dziankę - za­pew­niła ich.

Uśmiech Gil­berta nieco przy­gasł, a oczy zmru­żyły się za oku­la­rami w szyl­kre­to­wej opra­wie, które no­sił od dwu­dzie­stu lat.

- Co to? - Ści­snął ła­god­nie nad­gar­stek Remi.

- A, to. To gips - od­parła.

- Gips? Z po­wodu zła­ma­nej ręki? - rzu­ciła groź­nie Dar­lene.

- Mia­łam lekką stłuczkę. To drobne zła­ma­nie. Nic wiel­kiego.

Tata zmarsz­czył brwi.

- Je­steś w sta­nie ma­lo­wać z gip­sem, skar­bie?

- Jesz­cze nie pró­bo­wa­łam.

Tyle kłam­ste­wek, a na­wet nie wy­szli jesz­cze z holu. Re­kord.

- To chodź. Mo­żesz zro­bić so­bie kawę i opo­wie­dzieć nam o wszyst­kim - rzu­ciła Dar­lene. - Jak długo zo­sta­niesz?

- Po­my­śla­łam, że parę ty­go­dni. Zro­bię so­bie małe wa­ka­cje - po­wie­działa, ru­sza­jąc za mamą do kuchni.

To było jej ulu­bione po­miesz­cze­nie w ca­łym domu. Po dwóch ty­go­dniach kłótni na te­mat plam ro­dzice za­sza­leli i po­ma­lo­wali szafki na ciemną zie­leń. Blaty po­kryte były błysz­czą­cymi nie­bie­skimi płyt­kami. Wy­spa o spe­cy­ficz­nym kształ­cie stała po sko­sie mię­dzy prze­strze­nią ro­bo­czą a ką­ci­kiem śnia­da­nio­wym, bok­sem z wiel­kimi po­du­chami i moc­nym sto­łem z drewna klo­no­wego, wbu­do­wa­nym w ścianę z oknem wy­ku­szo­wym.

- Wy­lali cię? - spy­tała Dar­lene.

Remi par­sk­nęła, otwie­ra­jąc szafkę z kub­kami nad eks­pre­sem do kawy, i prze­cze­sała jej za­war­tość, aż od­na­la­zła swój ulu­biony. Duży ja­sno­żółty ku­bek z na­pi­sem Don't Worry Be Happy.

- Nie, mamo. Nie wy­lali mnie. Ma­luję te­raz na pe­łen etat.

- Tak? Czy to nie... O, cho­lera! To już taka go­dzina? - wy­krzyk­nął Gil­bert, spo­glą­da­jąc na ze­gar na mi­kro­fali. - Mu­szę je­chać do szkoły!

- Kur­czę, ja mam po­ranne spo­tka­nie, na któ­rym mu­szę być - za­uwa­żyła Dar­lene, zer­ka­jąc na wła­sny ze­ga­rek.

Remi ustą­piła miej­sca ro­dzi­com, któ­rzy rzu­cili się do eks­presu, żeby na­peł­nić po­dróżne kubki.

- Ro­dzinny obiad dla na­szej gło­du­ją­cej ar­tystki - za­de­cy­do­wała mama, za­krę­ca­jąc wieczko na kubku.

Do nie­dawna Remi chęt­nie roz­wia­łaby kwe­stię gło­do­wa­nia. Ale te­raz nie mo­gła ogło­sić do­brych wie­ści bez ujaw­nia­nia złych.

- Dziś wie­czo­rem? - Gil­bert od­sta­wił pu­sty już dzba­nek na miej­sce i zmarsz­czył brwi. - Czy to ja mam ja­kieś plany, czy ty?

- Cho­lera, do kwa­dratu - jęk­nęła Dar­lene. - Ty masz cha­ry­ta­tywny mecz ko­szy­kówki, a ja ze­bra­nie rady mia­sta.

- To nic - od­parła Remi. - Zo­stanę tu tro­chę.

- Ju­tro wie­czo­rem - oznaj­mił Gil­bert, ce­lu­jąc w nią dwoma pal­cami wska­zu­ją­cymi. - Za­dzwo­nię do two­jej sio­stry.

Dar­lene się­gnęła po to­rebkę z nie­mie­loną kawą i po­dała ją Remi.

- Zrób so­bie świeżą por­cję, a z za­mra­żarki wy­cią­gnij in­dyka czy co tam chcesz. Aha, i skoro już tu je­steś, mo­gła­byś prze­rzu­cić pra­nie z pralki do su­szarki?

Ro­dzice za­ata­ko­wali ją z obu stron gło­śnymi, po­spiesz­nymi ca­łu­sami w po­liczki i już ich nie było. Usły­szała, jak na ulicy od­pala stary sku­ter śnieżny yamaha, i pa­trzyła przez okno, jak oj­ciec siada za ple­cami matki. Ko­men­dantka Ford pod­rzuci pana Forda do szkoły, po czym za­wróci do cen­trum, żeby roz­po­cząć swój dzień na po­ste­runku przy Mar­ket Street.

Po­czuła lek­kie ukłu­cie roz­cza­ro­wa­nia, że nie zna­leźli czasu na wspólną kawę. Ale to cena za wpa­da­nie do nich bez za­po­wie­dzi w czwar­tek. W kuchni było zbyt ci­cho, więc włą­czyła stu­let­nie ra­dio, któ­rego oj­ciec uży­wał do śle­dze­nia me­czów Wo­lve­rine.

Kiedy z gło­śnika po­pły­nęło coś de­li­kat­nego i kla­sycz­nego, w po­miesz­cze­niu ze­brały się pu­szy­ste żółte i zło­ci­ste chmury, które do­trzy­my­wały jej to­wa­rzy­stwa. Kto by po­my­ślał, że ta mała dziew­czynka z po­ob­dzie­ra­nymi ko­la­nami i ró­żo­wymi li­ter­kami E od­naj­dzie swoje miej­sce w świe­cie, ma­lu­jąc rze­czy, które tylko ona po­tra­fiła zo­ba­czyć?

- Naj­pierw kawa - zde­cy­do­wała.

Na­sy­pała świeżą por­cję, po czym zaj­rzała do ma­leń­kiej pralni umiej­sco­wio­nej mię­dzy kuch­nią i ja­dal­nią. Nie­wiele się tu zmie­niło poza liczbą gra­tów. Po­nie­waż nie miesz­kały tu już dwie na­sto­latki, prze­strzeń była bar­dziej upo­rząd­ko­wana. Nie­wielki sznu­rek roz­wie­szony od ściany do ściany nie ugi­nał się już pod sta­ni­kami. Te­raz wi­siały na nim nie­spa­ro­wane skar­petki przy­pięte drew­nia­nymi klip­sami.

Otwo­rzyła po­krywę pralki i za­częła prze­kła­dać wil­gotne ubra­nia do su­szarki. Wszystko zaj­mo­wało dwu­krot­nie wię­cej czasu przy tylko jed­nej spraw­nej ręce. Nie cie­szyła się na cztery do sze­ściu ty­go­dni bez moż­li­wo­ści sko­rzy­sta­nia w pełni ze swo­jej do­mi­nu­ją­cej ręki.

Jej wzrok przy­kuło coś czer­wo­nego i ko­ron­ko­wego. Wy­grze­baw­szy to, Remi unio­sła ostroż­nie ele­ganc­kie stringi.

- O, matko. A cóż to?

Chwy­ciła te­le­fon i pstryk­nęła fotkę.

Remi: Bła­gam, po­wiedz, że to mamy, nie taty.

Zo­ba­czyła, jak trzy kropki po­ja­wiły się, a po­tem znik­nęły. Mi­nęło do­brych pięć mi­nut, za­nim jej sio­stra od­pi­sała.

Kim­ber: Dla­czego grze­biesz w bie­liź­nie ro­dzi­ców, zboku?

Remi: Przy­je­cha­łam do domu zro­bić wszyst­kim nie­spo­dziankę. Przy oka­zji - nie­spo­dzianka! Mama i tata po­rzu­cili mnie z li­stą za­dań.

Kim­ber: Pewne rze­czy ni­gdy się nie zmie­niają. Oprócz bie­li­zny mamy, jak wi­dać.

Remi: Je­steś w domu? Masz ochotę po­ga­dać?

Sio­stra nie od­pi­sała, więc Remi do­koń­czyła ła­do­wa­nie su­szarki i wci­snęła start. Lek­kie wi­bra­cje na szczy­cie urzą­dze­nia za­sy­gna­li­zo­wały nową wia­do­mość.

Mama: Nie za­po­mnij oczy­ścić fil­tra! Tak do­cho­dzi do po­ża­rów.

Remi: Wiem, mamo. Nie mam dzie­się­ciu lat!

Ze wsty­dem za­trzy­mała su­szarkę i opróż­niła filtr, po czym na po­wrót ją włą­czyła. A po­tem tak dla żartu przy­pięła stringi do sznurka w miej­scu, gdzie ro­dzice z pew­no­ścią je zo­ba­czą.

Su­szarka pra­co­wała, widmo po­żaru zo­stało opa­no­wane, a ku­bek na­peł­niony świeżą kawą, więc ru­szyła do piw­nicy. Drew­niane stop­nie były po­ry­so­wane i wy­śli­zgane na środku od dzie­się­cio­leci cho­dze­nia po nich tam i z po­wro­tem. Plamy z farby na pio­no­wych czę­ściach stopni opo­wia­dały hi­sto­rię z cza­sów jej naj­wcze­śniej­szych ar­ty­stycz­nych dni.

Z po­wodu ni­skiego su­fitu i braku na­tu­ral­nego świa­tła piw­nica For­dów nie na­le­żała do naj­lep­szych prze­strzeni stu­dyj­nych. Jed­nak o ile tylko przy­kryła bre­zen­tem za­mra­żarkę skrzy­niową, za­nim roz­po­częła ma­lo­wa­nie "szczę­śli­wych drze­wek" z Bo­bem Ros­sem, ni­kogo nie ob­cho­dziło, jak bar­dzo upa­prze be­to­nową pod­łogę czy gołe ściany.

Wieko za­mra­żarki otwo­rzyło się ze skrzyp­nię­ciem ro­dem z na­wie­dzo­nego domu i Remi zaj­rzała w jej mroźne cze­lu­ści.

Remi: Tato, masz ty­siąc in­dy­ków w za­mra­żarce. Któ­rego mam roz­mra­żać?

Tata: To spe­cjalna oka­zja! Wyj­muj pierś z in­dyka. Zro­bimy so­bie po­wtórkę ze Święta Dzięk­czy­nie­nia! A te­raz pora zła­mać du­cha mo­jej klasy nie­za­po­wie­dzianą kart­kówką!

Po raz pierw­szy od nie­pa­mięt­nych cza­sów uśmiech­nęła się szcze­rze. Do­brze było wró­cić do domu.

Za­brała pierś z in­dyka na górę i za­nu­rzyła drób w zle­wie peł­nym zim­nej wody.

Kiedy do­lała so­bie kawy, po­sta­no­wiła przejść się tro­chę po domu i ru­szyła na pię­tro. Sy­pial­nia ro­dzi­ców znaj­do­wała się na ty­łach domu. Drzwi były za­mknięte, żeby za­trzy­mać w niej cie­pło, jak każ­dej zimy. Ży­cie na Mac­ki­nac było kosz­towne, a zimy lo­do­wate. Więk­szość lu­dzi miała wię­cej niż jedną po­sadę i gdzie to tylko było moż­liwe, po­świę­cała przy­jemne do­mowe cie­pełko na rzecz niż­szych ra­chun­ków za ogrze­wa­nie.

W mło­do­ści Kim­ber i Remi miały osobne po­koje we fron­to­wej czę­ści domu.

Otwo­rzyła drzwi do swo­jej dzie­cię­cej sy­pialni i wes­tchnęła. Po­zmie­niali tu. Znik­nęła ciem­no­fio­le­towa farba i pla­katy Ushera, Ali­cii Keys i Zaca Efrona. Ale za­cho­wali nie­które re­pro­duk­cje, które ko­lek­cjo­no­wała. Barwne ob­razy od­ci­nały się na tle gład­kich, be­żo­wych ścian.

Łóżko po­zo­stało to samo, z za­głów­kiem z ku­tego że­laza, ale znik­nął ka­lej­do­skop sza­li­ków, które wpla­tała mię­dzy szcze­belki. Po­ściel w ko­lo­rze ko­ści sło­nio­wej nada­wała eks­cen­trycz­nemu daw­niej po­miesz­cze­niu spo­koju.

Remi nie mo­gła uciec od my­śli, czy taką jej wer­sję ro­dzice by wo­leli. Sto­no­waną. Spo­kojną. Od­le­głą od "hu­ra­ganu barw i cha­osu".

Nie dzi­wiła się im. Do­sko­nale zda­wała so­bie sprawę, że Re­ming­ton Ho­ney­suc­kle Ford była twar­dym orze­chem do zgry­zie­nia.

Ales­san­dra Bal­lard z ko­lei była je­dyna w swoim ro­dzaju i in­te­re­su­jąca. A przy­naj­mniej taki był plan. Te­raz jed­nak, sto­jąc w swoim daw­nym po­koju, Remi po­my­ślała, do­kąd wła­ści­wie za­pro­wa­dziło ją wy­ro­śnię­cie z prze­szło­ści i zruj­no­wa­nie przy­szło­ści.

Nie żeby mo­gła już so­bie po­zwo­lić na ta­kie roz­wa­ża­nia. Nie kiedy miała pil­niej­sze sprawy do za­ła­twie­nia.

Wy­jęła te­le­fon i otwo­rzyła ma­ila. Zi­gno­ro­wała za­peł­nioną skrzynkę od­bior­czą i prze­czy­tała nową wia­do­mość - po­woli i bo­le­śnie z ra­cji ogra­ni­czo­nej ru­cho­mo­ści pra­wego kciuka.

C.,

mam na­dzieję, że nic Ci nie jest. Bła­gam, niech nic Ci nie bę­dzie. Nic mi nie chcą po­wie­dzieć. Pro­szę, po­wiedz, że nic Ci nie jest.

R.

Na kilka dłu­gich mi­nut wbiła wzrok w szczyt skrzynki od­bior­czej, siłą woli pró­bu­jąc przy­wo­łać od­po­wiedź. Kiedy ta się nie zja­wiła, Remi pa­dła na łóżko i wpa­tru­jąc się w su­fit, po­zwo­liła krą­żyć my­ślom i wspo­mnie­niom.

Była w domu. Dom był bez­pieczny. O ile nikt z jej dru­giego ży­cia nie zo­rien­tuje się, gdzie jej szu­kać. To tu za­mie­rzała wy­pę­dzić parę de­mo­nów, za­goić parę zła­ma­nych ko­ści i opra­co­wać plan na­prawy wszyst­kiego, za­nim bę­dzie za późno.

Boże, jaką miała na­dzieję, że nie było już za późno.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

NO, TO NIE PO­SZŁO TRA­GICZ­NIE, do­szła do wnio­sku Remi, wie­sza­jąc siatki na zdro­wej ręce, i wy­szła na prze­ni­kliwy po­ranny mróz.

Po dłu­giej, nie­prze­spa­nej nocy prze­trwała nie­ocze­ki­wane spo­tka­nie z Bric­kiem. I przy­pad­kowo przy­tu­liła go w spo­sób, który krzy­czał wręcz: "ko­bieta w opa­łach!". Udało jej się przy­naj­mniej wy­móc do­cho­wa­nie ta­jem­nicy na Billu, Mi­rze i po­zo­sta­łych go­ściach sklepu, za­nim zrobi nie­spo­dziankę ro­dzi­com.

Co da­wało jej ja­kąś go­dzinę, nim mama od­bie­rze te­le­fon od ko­goś, kto nie wy­trzy­mał.

Go­dzinę, by uło­żyć ofi­cjalną wer­sję wy­da­rzeń i ukryć wi­doczne na twa­rzy zmę­cze­nie.

Go­dzinę na po­nowną próbę do­dzwo­nie­nia się do szpi­tala.

Ode­szła tak, żeby mi­nąć okna wy­sta­wowe sklepu, po czym rzu­ciła siatki na chod­nik. Zę­bami ze­rwała z dłoni rę­ka­wiczkę i po­now­nie wy­brała nu­mer.

- Szpi­tal Nor­th­we­stern Me­mo­rial, z kim po­łą­czyć?

- Dzień do­bry, dzwo­nię w spra­wie stanu pa­cjenta - po­wie­działa Remi.

- Na­zwi­sko pa­cjenta? - Głos w słu­chawce brzmiał tak, jakby ist­niało mnó­stwo in­nych rze­czy, które jego wła­ści­cielka chcia­łaby ro­bić za­miast od­bie­ra­nia te­le­fo­nów, ale przy­naj­mniej była to inna ope­ra­torka niż wczo­raj.

- Ca­mille Vor­hees.

- Pani god­ność?

Remi się za­wa­hała.

- Je­stem... jej sio­strą.

- Imię?

Kurwa, ku­rew­ska kurwa.

- Ales­san­dra?

- Nie ma pani na li­ście.

- To dla­tego, że je­stem czarną owcą w ro­dzi­nie - spró­bo­wała.

- Nie ma pani na li­ście. Zgod­nie z prze­pi­sami HI­PAA...

- Tak. Dzięki. Ła­pię. - Remi się roz­łą­czyła i kop­nęła w słup pod­trzy­mu­jący za­da­sze­nie we­randy są­sied­niego bu­dynku. - Cho­lera - wy­mam­ro­tała.

- Remi.

Pod­sko­czyła jak opa­rzona. Ten głos. Ten cho­lerny szorstki, ni­ski, schryp­nięty głos, który wciąż prze­śla­do­wał ją w snach.

- Jezu, Brick!

Prze­cho­dził przez ulicę, zbli­ża­jąc się do niej ni­czym fala. Nie­uchron­nie. Bez­par­do­nowo.

Iry­to­wało ją, że jej serce wciąż bije szyb­ciej na jego wi­dok. Ale tak na­prawdę nie mo­gła wi­nić go za gust, bo Brick Cal­lan był jed­nym wiel­kim cho­dzą­cym cia­chem. Jej za­chwyt za­czy­nał się pew­nie gdzieś na wy­so­ko­ści jego sze­ro­kich bar­ków i po­tęż­nego torsu. Nie po­trze­bo­wała jed­nak wiele czasu, żeby zdać so­bie sprawę, że te po­ważne błę­kitne oczy, zmarsz­czone te­raz lekko w ką­ci­kach, miały hip­no­tyczne, rzu­ca­jące na ło­patki su­per­moce.

Kow­boj­ski ka­pe­lusz, przy któ­rym upar­cie ob­sta­wał mimo tylu cie­plej­szych opcji na­kry­cia głowy, do­da­wał mu su­ro­wego uroku. Zwłasz­cza w po­łą­cze­niu z cięż­kim zi­mo­wym płasz­czem i dżin­sami, które pod­kre­ślały umię­śnione uda.

Broda była nowa i bo­ska. Na­pię­cie zna­jome i wku­rza­jące. Pul­so­wała wo­kół niego ciem­no­nie­bie­ska aura. Pewny. Godny za­ufa­nia. Silny.

Dwa­na­ście lat temu roz­darł jej serce na pół. Sie­dem lat póź­niej roz­trza­skał je w drobny mak. Jesz­cze nie wy­ba­czyła mu ani jed­nego, ani dru­giego. Co nie ozna­czało, że nie mo­gła po­dzi­wiać go w roli uoso­bie­nia te­sto­ste­ronu.

Schy­liła się po siatki, ale ją ubiegł, do­kła­da­jąc jej za­kupy do tych, które już niósł. Pach­niał skórą, tro­ci­nami i końmi.

- Nie mu­sisz. Umiem so­bie do­sko­nale po­ra­dzić z wła­snymi za­ku­pami.

- Co ci się stało w rękę? - Za­dał to py­ta­nie szorstko, jakby wście­kało go, że chce znać od­po­wiedź.

Oczy­wi­ście za­uwa­żył. Bric­kowi Cal­la­nowi za cho­lerę nie umy­kało nic, oprócz naj­bar­dziej oczy­wi­stej rze­czy na świe­cie.

- To nic - od­parła, się­ga­jąc po siatki. Uniósł je po­nad jej głowę, co uznała za nie­po­trzebną, choć sek­sowną, de­mon­stra­cję siły. - Drobne zła­ma­nie.

- Jak do niego do­szło?

Zna­joma szorst­kość jego tonu umo­ściła się jej w żo­łądku i roz­lała po nim ni­czym cie­pły miód.

Przej­mo­wał się. Może nie tak, jak ma­rzyła kie­dyś o tym za­ko­chana na­sto­latka. Ale po­ra­nio­nej trzy­dzie­sto­latce przy­no­siło to po­cie­sze­nie.

- Wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy - po­wie­działa. - Se­rio. Od­da­waj moje za­kupy.

- Gdzie? Ty pro­wa­dzi­łaś? Ktoś jesz­cze ucier­piał?

Sta­nęła na chod­niku przo­dem do niego, a wiatr od je­ziora ro­bił, co w jego mocy, żeby wsu­nąć swoje lo­do­wate palce pod war­stwy jej ubrań.

- Bez urazy, sier­żan­cie, ale Chi­cago znaj­duje się poza twoją ju­rys­dyk­cją. A moje ży­cie to nie twój in­te­res. Za­po­mnia­łeś?

Po­słał jej jedno z tych prze­cią­głych, mrocz­nych spoj­rzeń, któ­rych zna­cze­nia ni­gdy nie roz­szy­fro­wała.

Wy­stra­szyła ją na­gła wi­bra­cja w kie­szeni. Za­po­mi­na­jąc o gó­ru­ją­cym nad nią męż­czyź­nie, się­gnęła go­rącz­kowo po te­le­fon.

Wrzód na du­pie.

Cho­lera. Na­dzieja, która roz­kwi­tła w jej piersi, roz­wiała się. Wci­snęła "od­rzuć", jak przy po­przed­nich czte­rech po­łą­cze­niach od niego, i wsu­nęła te­le­fon z po­wro­tem do kie­szeni. Brick marsz­czył te­raz brwi. Pewne rze­czy przy­naj­mniej po­zo­sta­wały bez zmian.

- Gdzie się za­trzy­ma­łaś? - spy­tał wresz­cie. - Od­pro­wa­dzę cię.

To nie była pro­po­zy­cja. Za dużo w nim było z dżen­tel­mena, żeby po­zwo­lił jej ob­ła­do­wa­nej jak ja­kiś muł przejść parę prze­cznic przy po­go­dzie gro­żą­cej hi­po­ter­mią, i jak­kol­wiek by się opie­rała, nie ustą­piłby.

- Red Gate - od­parła.

Brick spoj­rzał na swoje buty, a po­tem w prze­strzeń, gdzie niebo ca­ło­wało ta­flę wody. Wy­pu­ścił po­wie­trze.

- O, nie za­cho­wuj się jak cier­piący kow­boj - po­wie­działa, prze­wra­ca­jąc oczami. - Prze­cież nie bę­dziemy stale na sie­bie wpa­dać.

Red Gate Cot­tage stał na po­łu­dnio­wym krańcu wy­spy, przy­cup­nięty tuż nad wodą. Tak się też skła­dało, że znaj­do­wał się do­kład­nie na­prze­ciwko domu Bricka. Wciąż nie miała pew­no­ści, czy wpły­nęło to na jej de­cy­zję.

- To przez cie­bie pani Sopp wy­mo­gła na mnie zmianę ba­te­rii w de­tek­to­rach dymu?

- Nie mu­sisz mi tego wy­po­mi­nać. Da­waj ba­te­rie i sama to zro­bię.

- Tak? Że­byś mo­gła zle­cieć z krze­sła i zła­mać so­bie drugą rękę?

Ru­szył chod­ni­kiem, krę­cąc głową i mam­ro­cząc nie­po­chlebne ko­men­ta­rze.

Pod­bie­gła, żeby go do­go­nić, gdy ma­sze­ro­wał wzdłuż go­spód i skle­pów z pa­miąt­kami, za­mknię­tych na głu­cho na okres zi­mowy.

- Czy ta poza po­nu­rego kow­boja działa na dziew­czyny, aż zrzu­cają z sie­bie bie­li­znę ter­miczną? - spy­tała.

- Przy­mknij się, Remi.

Po­pra­wiw­szy so­bie nieco na­strój wy­trą­ce­niem go z rów­no­wagi, zrów­nała z nim krok i scho­wała ręce w kie­sze­niach. Po­ra­nek było sło­neczny, mi­nus dwa­na­ście stopni. Cienka war­stwa śniegu na dro­dze zo­stała roz­je­chana sku­te­rami śnież­nymi, głów­nym środ­kiem trans­portu o tej po­rze roku. Sku­tery, ko­nie i wła­sne nogi sta­no­wiły dla miesz­kań­ców je­dyne moż­li­wo­ści prze­miesz­cza­nia się po sze­ściu ki­lo­me­trach wzgó­rzy­stej i za­le­sio­nej wy­spy.

Dla nie­któ­rych Mac­ki­nac Is­land była cie­ka­wostką. Cała wy­spa bez sa­mo­cho­dów? Spo­łecz­ność z czte­ro­mie­sięczną datą waż­no­ści, za­nim na­dej­dzie nie­koń­cząca się, sroga zima?

Ale dla Remi to był dom. A dom ozna­czał uzdro­wie­nie.

Resztę drogi prze­szli w mil­cze­niu. Po­spie­szyła przed nim, żeby otwo­rzyć bramę po­ma­lo­waną na krzy­kliwy, in­ten­sywny od­cień czer­wieni. Wy­soki ży­wo­płot chro­nił do­mek z bia­łej ce­gły przed wścib­skim wzro­kiem z chod­nika, ale po­tężny dwu­pię­trowy bu­dy­nek w stylu wik­to­riań­skim sto­jący na­prze­ciwko z ła­two­ścią za­glą­dał po­nad nim.

- Ty ma­lo­wa­łeś - po­wie­działa, kiedy Brick mi­nął ją z za­ku­pami.

Dom na­le­żał nie­gdyś do jego babci i dziadka, któ­rzy otwarli swoje po­dwoje dwóm trud­nym wnu­kom. W tam­tym cza­sie ca­łość to­nęła w bieli. Te­raz ce­drowy si­ding po­ma­lo­wany był na gra­nat. Po­środku sze­ro­kiej we­randy wid­niały czer­wone drzwi wej­ściowe - kom­bi­na­cja ko­lo­ry­styczna, która wzbu­dzała apro­batę Remi. Ni­ski par­kan wzdłuż chod­nika zo­sta­wił w per­ło­wej bieli.

Przy za­śnie­żo­nym ogro­dzie i ni­skich zi­mo­zie­lo­nych krze­wach był to wi­dok jak z ob­razka.

Od­chrząk­nął - bo dzienny przy­dział słów Bricka ogra­ni­czał się do ja­kichś pięć­dzie­się­ciu - i ru­szył za róg domku do drzwi wej­ścio­wych. Red Gate nie miał wła­ści­wie we­randy, a ni­ską ce­drową plat­formę. La­tem stał tam sto­lik z pa­ra­so­lem i krze­sła, żeby można usiąść i po­dzi­wiać bez­kon­ku­ren­cyjny wi­dok. Zimą na po­de­ście znaj­do­wały się rzędy drewna opa­ło­wego do nie­wiel­kiego ko­minka w sy­pialni.

Remi otwo­rzyła drzwi i z tru­dem po­ha­mo­wała się od prze­wró­ce­nia oczami, kiedy ten ol­brzymi męż­czy­zna pu­ścił ją przo­dem. Po­nura ry­cer­skość miała umiar­ko­wany urok.

Do­mek na­to­miast miał go pod do­stat­kiem.

Agnes Sopp - po­ten­tatka nie­ru­cho­mo­ści na Mac­ki­nac - od­no­wiła go, kła­dąc par­kiet z sze­ro­kich so­sno­wych de­sek i kre­mowe sztu­ka­te­rie na ścia­nach. W sa­lo­nie ka­napa w zła­ma­nej bieli z wiel­kimi po­du­chami stała na­prze­ciw ga­zo­wego ko­minka. Kuch­nia była ma­leńka, z bia­łymi szaf­kami i lśnią­cym drew­nia­nym bla­tem. Ale nie­wielka ru­choma wy­sepka ze stali nie­rdzew­nej do­da­wała miej­sca na prze­cho­wy­wa­nie i zwięk­szała prze­strzeń ro­bo­czą. Okna na ścia­nie fron­to­wej zo­stały wy­mie­nione, żeby jak naj­bar­dziej uwy­dat­nić wi­dok.

A cóż to był za wi­dok.

Przed dom­kiem cią­gnęły się w nie­skoń­czo­ność mroczne ni­czym atra­ment wody je­ziora Hu­ron, nie­zmienne i nie­za­wodne. Zu­peł­nie jak męż­czy­zna, który wtar­gnął w jej prze­strzeń. Wkro­czył do kuchni, gdzie swo­imi bar­kami kow­boja i po­nu­rymi umie­jęt­no­ściami za­jął całe do­stępne miej­sce.

I to wła­śnie dla­tego, jak zdała so­bie sprawę, ścią­ga­jąc botki i płaszcz, wró­ciła. Żeby zna­leźć się na tyle bli­sko, by po­czuć się znów bez­piecz­nie. Mimo jego za­pew­nień, Brick Cal­lan przej­mo­wał się nią. A w jego du­szy było coś, co na­ka­zy­wało, żeby lu­dzie, któ­rymi się przej­mo­wał, byli bez­pieczni. Wy­obra­żała go so­bie bie­ga­ją­cego po oko­licy ni­czym pies pa­ster­ski, pod­gry­za­ją­cego kostki miesz­kań­com Mac­ki­nac i chro­nią­cego ich przed nie­szczę­ściem.

Wes­tchnęła. Ni­gdy jesz­cze nie wy­nik­nęło nic do­brego ze wzdy­cha­nia do nie­do­stęp­nego męż­czy­zny. Poza tym mu­siała się za­jąć więk­szymi i bar­dziej nie­bez­piecz­nymi pro­ble­mami.

Z jed­nej z to­reb wy­cią­gnął bli­ster z ba­te­riami. Pa­trzyła, jak spraw­nie od­kręca po­krywę z pierw­szego czuj­nika dymu i nie po­trze­buje do tego ani krze­sła, ani dra­binki, i za­pra­gnęła zwi­nąć się na ka­na­pie i za­snąć, póki on tu był. Póki czuła się bez­piecz­nie.

Usa­do­wiła się pod oknem na jed­nym z ob­ro­to­wych fo­teli z nie­bie­skiego we­luru. Od­wró­ciła się ple­cami do je­ziora, pod­cią­gnęła ko­lana pod brodę i ob­ser­wo­wała, jak nie­chęt­nie się nią zaj­muje.

Za­mknąw­szy z po­wro­tem czuj­nik, wy­rzu­cił opa­ko­wa­nie i stare ba­te­rie do ko­sza pod zle­wem.

- Czę­sto po­ma­gasz Agnes w ro­bo­tach? - spy­tała Remi.

Od­wró­cił się, żeby na nią spoj­rzeć, a kiedy jego dłu­gie nogi po­ko­nały dzie­lący ich dy­stans, sku­liła się na fo­telu. Nie miała po­ję­cia, czego się spo­dzie­wała, ale z pew­no­ścią nie tego, że uj­mie de­li­kat­nie jej prawą rękę w dłoń i pod­cią­gnie rę­kaw jej ob­szer­nego swe­tra.

Na prze­strzeni lat ty­siące razy przy­tu­lała go, ca­ło­wała, sztur­chała, wy­mie­rzała mu kuk­sańce i opie­rała się na nim. Przy każ­dym do­tyku iskrzyło coś wy­jąt­ko­wego. Fa­scy­no­wało ją to. Da­wało otu­chę. Zdu­mie­wało. Ale to samo, co ją w Bricku po­cią­gało, jego zda­wało się od niej od­py­chać. Na pal­cach jed­nej ręki mo­głaby po­li­czyć razy, kiedy to on z wła­snej woli do­tknął ją pierw­szy.

- Jak ty, do cho­lery, to zro­bi­łaś?! - spy­tał.

Ton miał su­rowy, ale spo­sób, w jaki trzy­mał jej rękę, żeby przyj­rzeć się gip­sowi, był nie­mal czuły.

- To nie moja wina - po­wie­działa sta­now­czo, nie ma­jąc pew­no­ści, czy to rze­czy­wi­ście prawda.

- Boli?

- Nie, jest cu­dow­nie. Oczy­wi­ście, że boli. To zła­mana ręka - od­pa­liła.

- Jak do tego do­szło? - spy­tał po­nuro.

Stę­żała, nie pa­nu­jąc nad in­stynk­towną re­ak­cją na to wspo­mnie­nie. Ośle­pia­jąco ja­sne świa­tło. Miaż­dżony me­tal. Za­pa­da­jący mrok.

- Mó­wi­łam ci. Wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy - od­parła, usi­łu­jąc wy­rwać rękę.

Ale on trzy­mał ją ostroż­nie, mocno w uści­sku, a jego palce ba­dały po­ma­rań­czowy gips.

Te nie­bie­skie oczy skon­cen­tro­wały się na niej, jakby odzie­rały ją z ko­lej­nych warstw.

- Co się wy­da­rzyło? - spy­tał znowu.

Głos miał szorstki i ści­szony, ale do­tyk cie­pły. To nie­bie­skie, pul­su­jące świa­tło, które go ota­czało, zda­wało się i ją ogar­niać.

Ku swo­jemu prze­ra­że­niu po­czuła, że do oczu na­pły­nęły jej łzy.

Tym ra­zem udało się jej uwol­nić rękę, od­wró­ciła więc twarz w stronę okna i znaj­du­ją­cej się za nim wody.

- Nie chcę o tym roz­ma­wiać.

- Za­wsze chcesz o wszyst­kim roz­ma­wiać.

- Już nie - wy­mam­ro­tała.

- Jak bar­dzo boli? - spy­tał schryp­nię­tym gło­sem, jakby sam od­czu­wał ból.

Oparła po­li­czek na ko­la­nie i stłu­miła łzy.

- Już mniej.

- Pa­mię­taj, że wiem, kiedy kła­miesz - po­wie­dział, od­wra­ca­jąc jej fo­tel i zmu­sza­jąc, by na niego spoj­rzała.

Zo­ba­czyła w jego oczach bu­rzę. Sza­rość za­miast błę­kitu. Za­sta­na­wiała się, co on mógł wi­dzieć w jej oczach.

Czy przej­rzy jej bra­wurę i do­strzeże to, co czai się pod po­wierzch­nią? To, czego daw­niej nie było. To, co wszystko zmie­niło.

- Tak było dawno temu - przy­po­mniała mu ci­cho. - Oboje je­ste­śmy te­raz in­nymi ludźmi.

Pod­niósł się, pro­stu­jąc te swoje cią­gnące się ki­lo­me­trami nogi, i wró­cił do kuchni.

- Mu­sisz zro­bić so­bie pod­sta­wowe za­pasy - za­uwa­żył, pa­ku­jąc się.

Zbie­rał się do wyj­ścia. Czuła ulgę i smu­tek. Cho­ciaż dzia­łał jej na nerwy, jego obec­ność od­ga­niała mrok. A to ją wście­kało.

- Po­ra­dzę so­bie - po­wie­działa, ocie­ra­jąc szybko łzę, kiedy od­wró­cił wzrok.

Z za­ku­pami w rę­kach przy­sta­nął i po­now­nie ją zlu­stro­wał.

- Wy­glą­dasz na zmę­czoną. Po­win­naś od­po­cząć.

- Do wi­dze­nia, Brick - po­wie­działa zna­cząco. Ru­szył do drzwi, a ona od­cze­kała, do­póki ich nie otwo­rzy. - Po­doba mi się twoja broda - za­wo­łała za nim.

Za­ci­snął szczęki, rzu­cił jej ostat­nie sek­sowne spoj­rze­nie i już go nie było.

1

BRICK CAL­LAN NIE MIAŁ PO­JĘ­CIA, że jedna alejka w spo­żyw­czym dzieli go od naj­więk­szego kosz­maru.

Gdyby tylko ze­chciał wy­pro­sto­wać całe swoje sto dzie­więć­dzie­siąt trzy cen­ty­me­try i spoj­rzeć po­nad kon­ser­wami, do­strzegłby ten cha­rak­te­ry­styczny błysk czer­wieni. Ko­loru le­śnej po­żogi i pie­kiel­nych po­kus.

Tym­cza­sem on wa­hał się mię­dzy kro­jo­nymi po­mi­do­rami z zie­loną pa­pryką i bez, przy akom­pa­nia­men­cie na­rze­kań wła­ści­ciela sklepu Billa Ho­use'a.

- Mó­wię ci, Brick. Dzie­ciak Ra­th­bu­nów przez pół po­po­łu­dnia śmi­gał sku­te­rem śnież­nym po Mar­ket Street jak ja­kiś świr - syk­nął Bill, krzy­żu­jąc chude ręce na piersi.

Brick wsta­wił po­mi­dory z pa­pryką do wózka obok worka z ce­bulą, dwóch kar­to­nów bu­lionu wo­ło­wego i opa­ko­wa­nia ba­te­rii.

- Wczo­raj za­kłó­cał po­rzą­dek pu­bliczny - cią­gnął Bill - a w ze­szłym ty­go­dniu omal nie ściął bo­kiem no­wego sku­tera Mu­lva­neya. Wiesz, że glę­dze­niu nie bę­dzie końca.

Brick stłu­mił wes­tchnie­nie. Raz w ży­ciu by­łoby miło zro­bić za­kupy bez small talku.

- Po­ga­dam z nim - obie­cał.

Tak się skła­dało, że wie­dział to i owo o kre­tyń­stwach, ja­kie wy­czy­niają chłopcy, żeby za­im­po­no­wać na­sto­let­nim ko­le­żan­kom.

Bill ode­tchnął z ulgą i po­pra­wił czapkę z Doud's Mar­ket, którą od li­sto­pada do kwiet­nia ogrze­wał swoją ły­sinę.

- Dzięki wiel­kie, Brick.

W ich ma­łej wy­spiar­skiej spo­łecz­no­ści pa­no­wała kru­cha rów­no­waga, a za­da­niem Bricka było za­dbać o jej pod­trzy­ma­nie, na­wet w sa­mym środku mi­chi­gań­skiej zimy, kiedy je­dy­nie naj­twardsi z miesz­kań­ców po­zo­sta­wali na Mac­ki­nac. Z tego sa­mego po­wodu obie­cał wy­mie­nić pani Sopp ba­te­rie w czuj­ni­kach dymu wy­naj­mo­wa­nego przez nią domu, kiedy za­dzwo­niła z pola gol­fo­wego na Flo­ry­dzie.

Drzwi Doud's otwo­rzyły się z brzę­kiem dzwonka.

Do ma­łego sklepu wpa­dła ra­zem z lo­do­wa­tym po­dmu­chem wia­tru znad je­ziora Mira Ra­th­bun - matka wspo­mnia­nego "dzie­ciaka Ra­th­bu­nów". Bill za­milkł, jakby po­łknął wła­sny ję­zyk. Gość bez skrę­po­wa­nia do­no­sił nie bę­dą­cym na służ­bie gli­nom na swo­ich są­sia­dów, ale zde­cy­do­wa­nie wo­lał ro­bić to za ich ple­cami.

- Za­mknij te cho­lerne drzwi! - Żą­da­nie pa­dło z ust ka­sjera i dwóch klien­tów sto­ją­cych naj­bli­żej wej­ścia.

Kiedy ostatni prom z tu­ry­stami opu­ścił w paź­dzier­niku Mac­ki­nac Is­land, za­brał ze sobą uprzej­mość wy­ma­ganą przez sta­tus let­niego ku­rortu. Ja­kichś pię­ciu­set sta­łych miesz­kań­ców mia­steczka z uro­kliwą gbu­ro­wa­to­ścią, za­de­ko­wało się na czas lo­do­wa­tego ni­skiego se­zonu po­środku je­ziora Hu­ron.

- Tak, tak. Prze­pra­szam - po­wie­działa Mira, strze­pu­jąc nie­cier­pli­wie war­stwę pu­chu z ja­skra­wo­po­ma­rań­czo­wego kom­bi­ne­zonu.

Ko­bieta przy­po­mi­nała trąbę po­wietrzną, co stre­so­wało Bricka. Na nie­szczę­ście dla spo­łecz­no­ści to ona na­uczyła Tra­visa, jak pro­wa­dzić jego sku­ter śnieżny z trze­ciej ręki.

To była czter­na­sta zima Bricka spę­dzona na wy­spie. Cie­szył się per­wer­syj­nie na po­larne tem­pe­ra­tury i se­zo­nowe za­mknię­cie więk­szo­ści usług. Zima była spo­kojna. Ka­me­ralna. Prze­wi­dy­walna.

Bill zaj­rzał do wózka Bricka, a jego brwi znik­nęły pod man­kie­tem czapki.

- Znowu gu­lasz wo­łowy? Nie znasz in­nych prze­pi­sów? Za­łożę się, że zna­la­złaby się na wy­spie co naj­mniej jedna dziew­czyna, która nie mia­łaby nic prze­ciwko temu, żeby upiec ci cia­sto.

- Lu­bię gu­lasz.

Lu­bił też jeść go bez pre­sji to­wa­rzy­stwa.

Brick co ty­dzień ro­bił por­cję gu­la­szu wo­ło­wego i jadł go cztery, pięć dni z rzędu, bo da­nie było ła­twe i swoj­skie. A w kwe­stii to­wa­rzy­skiej - za­słu­żył na zi­mowy święty spo­kój i nie za­mie­rzał do­sta­wiać na stole dru­giego na­kry­cia.

- Sły­sze­li­ście­już­wie­ści? - Mira po­spie­szyła w ich kie­runku i siłą wdarła się do roz­mowy.

Brick był scep­tycz­nie na­sta­wiony. Zimą na Mac­ki­nac wie­ści się nie zda­rzały. Co ozna­czało, że miała na my­śli plotki. Coś, czego wo­lał uni­kać, mimo że w obu pra­cach stale do niego do­cie­rały.

- Cho­dzi o awio­netkę, która wy­lą­do­wała wczo­raj póź­nym wie­czo­rem? - spy­tał Bill, chwi­lowo za­po­mi­na­jąc o swoim pro­ble­mie z pręd­ko­ścio­mie­rzem jej dzie­ciaka.

Oczy Miry błysz­czały z po­wodu no­winy tak rzad­kiej w środku zimy, kiedy każdy dzień cho­ler­nie przy­po­mi­nał po­przedni. Brick po­czuł na­głą po­trzebę wy­ma­sze­ro­wa­nia na mróz, żeby unik­nąć bomby, którą Mira za­mie­rzała spu­ścić. In­tu­icja pod­po­wia­dała mu, że miało się wy­da­rzyć coś złego, a on zo­sta­wił broń w domu.

- Za­cho­waj­cie to dla sie­bie, bo po­dobno jej ro­dzina jesz­cze o ni­czym nie wie - po­wie­działa, na­chy­la­jąc się i ści­sza­jąc głos do szeptu.

Brick miał bar­dzo złe prze­czu­cia.

- Czyja ro­dzina? - spy­tał Bill ze zdu­mioną miną. - Nie na­dą­żam.

- Prze­cią­gam dla efektu. Rety. To naj­dłuż­sza roz­mowa, jaką od trzech mie­sięcy pro­wa­dzi­łam z kimś, kogo nie po­ślu­bi­łam ani nie uro­dzi­łam. Daj mi się nią na­cie­szyć - za­pro­te­sto­wała.

Brick pchnął wó­zek w na­dziei, że umknie przed no­winą. Ale Mira go przy­trzy­mała, utrud­nia­jąc ruch.

- Remi Ford! - oznaj­miła.

Jego palce zbie­lały na rączce wózka.

Re­ming­ton Ho­ney­suc­kle Ford.

Remi Ho­ney dla ro­dziny. Kło­poty dla niego. Cho­lera.

- A niech mnie! - za­krzyk­nął Bill. - Co ona tu robi w środku zimy, że nie po­in­for­mo­wała swo­ich sta­rych?

Ich przy­ci­szone głosy zlały się z mia­ro­wym szu­mem w uszach. Brick sta­rał się z ca­łych sił za­cho­wać neu­tralny wy­raz twa­rzy, ale jego wnętrz­no­ści eks­plo­do­wały. Wyj­ście znaj­do­wało się za­le­d­wie sześć me­trów da­lej, ale stopy wmu­ro­wało mu w pod­łogę, a ko­lana od­mó­wiły współ­pracy. Przy wtó­rze ogłu­sza­ją­cego dud­nie­nia serca wpa­try­wał się w usta Miry, które wy­wle­kały brudy.

Nie mo­gła się tu zja­wić. Nie bez uprze­dze­nia.

Całe ty­go­dnie men­tal­nych przy­go­to­wań za­jęło mu ze­bra­nie się w so­bie, za­nim zmu­szony był wy­mie­nić z nią swo­bodne po­wi­ta­nie pod­czas ko­la­cji.

- Pst! - Ka­sjer, bra­ta­nek Billa, mach­nął ręką zza kasy i w mil­cze­niu wska­zał są­sied­nią alejkę.

Żo­łą­dek pod­sko­czył Bric­kowi do gar­dła.

Nie. To nie mo­gło się dziać na­prawdę.

Mira i Bill rzu­cili się jak sza­leni w stronę alejki z płat­kami. Brick ru­szył po­spiesz­nie w prze­ciw­nym kie­runku do kasy, uzna­jąc, że nie bę­dzie lep­szego mo­mentu na ucieczkę, za­nim...

Jego wó­zek ude­rzył w bok dru­giego, który wła­śnie wy­chy­nął zza rogu. Im­pet pchnął oba wózki w wieżę z pu­de­łek z płat­kami śnia­da­nio­wymi i ją roz­sy­pał.

Kurwa. Jesz­cze nie zdą­żył ode­rwać wzroku od wa­ni­liowo-mig­da­ło­wej i klo­nowo-be­ko­no­wej ma­sa­kry na pod­ło­dze, a już wie­dział.

To była ona. Całe sto pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów szel­mow­skiego cho­chlika. Rude włosy splo­tła w długi, luźny war­kocz, który prze­rzu­ciła przez ra­mię w kurtce z kap­tu­rem w ko­lo­rze ma­genty. Słu­chawki wy­sta­wały spod wci­śnię­tej na głowę żół­tej włócz­ko­wej czapki. Jej oczy przy­po­mi­nały bu­tel­kowo zie­lone kie­liszki, które nie­gdyś ko­lek­cjo­no­wała jego bab­cia. Usta miała pełne i sze­ro­kie, a kiedy się uśmie­chała do męż­czy­zny, ten nie mógł nic po­ra­dzić na lek­kie oszo­ło­mie­nie... przy­naj­mniej do­póki jej nie po­znał. Plamy pie­gów na jej no­sie i po­licz­kach od­zna­czały się wy­raź­nie na ala­ba­stro­wej skó­rze.

Wy­glą­dała ina­czej. Blada, zmę­czona, nie­mal kru­cha. Ener­gia, którą zwy­kle try­skała, za­sy­pu­jąc jej iskrami ni­czego nie spo­dzie­wa­jące się ofiary, była je­dy­nie przy­tłu­mio­nym szu­mem. Jako ktoś, kto pół ży­cia spę­dził na ka­ta­lo­go­wa­niu wszyst­kiego, co do­ty­czy Remi, Brick wie­dział, że coś jest nie tak.

Ich spoj­rze­nia spo­tkały się na jedną długą chwilę. Nie mógł zde­cy­do­wać, czy po­wi­nien się przy­wi­tać, czy uda­łoby mu się wziąć nogi za pas. Za­nim do­ko­nał wy­boru, ona po­rzu­ciła swój wó­zek i po­de­szła pro­sto do niego.

In­stynk­tow­nie wziął ją w ra­miona, choć była to ostat­nia rzecz na świe­cie, na jaką miał ochotę. Remi wsu­nęła mu dło­nie pod płaszcz i wtu­liła się w niego. Jej za­pach wciąż go po­bu­dzał. Za­wsze przy­po­mi­nała mu łąkę... tuż po ude­rze­niu pio­runa. Nie my­śląc wiele, oparł brodę na czubku jej głowy, a jego za­rost za­cze­pił się o miękką włóczkę czapki. Coś wbiło mu się w bok, ale za­nim zdo­łał się zo­rien­to­wać co to, ona od­wró­ciła jego uwagę, wy­da­jąc z sie­bie prze­cią­gły wy­dech i roz­luź­nia­jąc się. To nie była Remi, jaką znał. Tamta dziew­czyna po­ca­ło­wa­łaby go dla żar­tów z im­pe­tem pro­sto w usta tylko po to, żeby go wku­rzyć, a po­tem od­wró­ci­łaby się na pię­cie i ru­szyła siać dal­sze znisz­cze­nie.

Od­su­nął ją, trzy­ma­jąc za ra­miona.

- Co się dzieje? - spy­tał ści­szo­nym gło­sem.

- No pro­szę, toż to mała Remi Ford! - oświad­czył Bill, przy­sta­jąc gwał­tow­nie z Mirą tuż za ple­cami.

- Co cię spro­wa­dza w lu­tym do domu? - spy­tała Mira.

Remi wy­su­nęła się z jego ob­jęć i wy­jęła z uszu słu­chawki. Uśmiech, który im za­ser­wo­wała, nie miał swo­jej zwy­kłej mocy, ale tylko on to za­uwa­żył.

- Co mogę po­wie­dzieć? Za­tę­sk­ni­łam za tu­tej­szą zimą - po­wie­działa we­soło.

Jej głos z lekką chrypką brzmiał tak zna­jomo mimo upływu czasu, że nie­mal go to za­bo­lało.

Bill się ob­ru­szył.

- Co za wie­rutne kłam­stwo!

Mira rzu­ciła się, żeby uści­skać córkę mar­no­trawną.

- Przy­je­cha­łaś zro­bić nie­spo­dziankę ro­dzi­com? - spy­tała. - Wiem, że bra­ko­wało im cie­bie w święta w tym roku.

Uni­ka­jąc spoj­rze­nia Bricka, Remi od­parła:

- Było mi przy­kro, że nie spę­dzi­łam z nimi świąt, i po­my­śla­łam, że zre­kom­pen­suję im to dłuż­szą wi­zytą.

Kła­mała. Był tego pe­wien. Co­kol­wiek spo­wo­do­wało te cie­nie pod oczami, to na pewno nie wy­rzuty su­mie­nia z po­wodu prze­ga­pio­nych świąt.

- Je­steś taką do­brą córką. Jak tam ży­cie w wiel­kim mie­ście? - na­ci­skała Mira.

Ko­bieta wy­cią­gnę­łaby z Remi naj­drob­niej­sze szcze­góły, gdyby ta jej na to po­zwo­liła. A po­tem roz­po­wszech­ni­łaby je po­zo­sta­łym wy­spia­rzom pod­czas od­bie­ra­nia dzieci ze szkoły i za­mó­wień ze sklepu.

- Wszystko... w po­rządku - od­parła Remi.

Brick zmru­żył oczy, sły­sząc jej wa­ha­nie.

- Szybko! Jaki ko­lor ma moja aura? - spy­tał Bill.

Po­liczki Remi się za­ró­żo­wiły.

- Ładny ja­sno­zie­lony, jak zwy­kle - po­wie­działa.

Wiele rze­czy spra­wiało, że Remi nie była prze­ciętną dziew­czyną. Sy­ne­ste­zja była jedną z nich.

Mó­wiło się, że mała Remi Ford wy­wo­łała za­mie­sza­nie w przed­szkolu, kiedy za­ży­czyła so­bie ró­żową kredkę, żeby na­pi­sać E, bo prze­cież wia­domo, że E jest ró­żowe. Za­jęło to parę lat, ale ro­dzice otrzy­mali wresz­cie od­po­wiedź od spe­cja­li­sty. Mózg ich córki wy­twa­rzał do­dat­kowe po­łą­cze­nia, łą­cząc ko­lory z ta­kimi rze­czami jak li­tery, słowa czy lu­dzie.

Ale naj­bar­dziej fa­scy­no­wało go to, że po­tra­fiła wi­dzieć mu­zykę. Daw­nymi czasy, za­nim sy­tu­acja tak się skom­pli­ko­wała, do­py­ty­wał się o ko­lory, które wi­działa w pio­sen­kach.

- Na­dal pra­cu­jesz w mu­zeum? - spy­tała Mira.

- Wła­ści­wie to ma­luję na pełny etat - od­po­wie­działa.

A to no­wina. Zdzi­wiło go, że jej ro­dzice o ni­czym nie wspo­mi­nali.

Brick zaj­rzał do jej wózka i zo­ba­czył trzy pu­dełka płat­ków Mar­sh­mal­low Mun­chies, kawę, sło­dzoną śmie­tankę w proszku i paczkę mio­do­wych bu­łe­czek. Żad­nego białka czy wa­rzyw w za­sięgu wzroku. Ta ko­bieta za­ja­dała stres.

- Domy czy ob­razy? - za­żar­to­wał Bill.

- Głów­nie ob­razy - od­parła Remi, mru­ga­jąc. - Ale dla cie­bie po­ma­lo­wa­ła­bym i dom, Bill.

Gość na­brał tak szkar­łat­nego ko­loru, ja­kiego Brick w ży­ciu nie wi­dział. Taką moc miał urok oso­bi­sty Remi.

Za­ło­żyła so­bie luźne pa­smo wło­sów za ucho, dawny ner­wowy tik, i wtedy do­strzegł bla­do­po­ma­rań­czowy gips mię­dzy kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym. Prawą rękę miała w gip­sie.

Brick po­czuł ścisk w żo­łądku, a py­ta­nia za­częły się kłę­bić w gło­wie.

To nie była jego sprawa. I wie­dział, co by się stało, gdyby po­zwo­lił so­bie na cie­ka­wość. Remi Ford nie na­le­żała już do jego zmar­twień.

- Spo­ty­kasz się z kimś? - spy­tała Mira. - Przy­wio­złaś chło­paka na wa­len­tynki?

Brick za­ci­snął zęby.

- Prze­pra­szam. - Ści­snął rączkę swo­jego wózka. - Mu­szę le­cieć. Wi­taj w domu, Remi.

- Dzięki. Miło cię było zo­ba­czyć, Brick - po­wie­działa ze smut­nym uśmie­chem.

Ski­nął po­wścią­gli­wie głową. I z he­ro­icz­nym wy­sił­kiem od­szedł, za­miast rzu­cić się pę­dem do kasy, zo­sta­wia­jąc za sobą Remi, po­zo­stałe rze­czy z li­sty swo­ich za­ku­pów i py­ta­nia bez od­po­wie­dzi.