p

Twoje kompetentne dziecko. Dlaczego powinniśmy traktować dzieci poważniej? - Jesper Juul

Kup ebooka

30.00 zł
24.90 zł (24,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I WARTOŚCI RODZINNE

Stoimy wobec niezwykłych historycznych zmian. W wielu różnych społeczeństwach podstawowe wartości rodzinne, które gwarantowały fundamenty życia rodzinnego przez ponad dwa stulecia, weszły w okres rozpadu i transformacji. Awangardą tych zmian w Skandynawii są kobiety, a pomaga im rozwinięte ustawodawstwo społeczne i komfort życia w państwie dobrobytu. W innych krajach zmiany takie następują w wyniku wojny domowej lub pojawienia się trudności gospodarczych.

Tempo, w jakim zmiany zachodzą, jest różne, ale przyczyna jest zawsze ta sama: model hierarchicznej, autorytarnej rodziny, której przewodzi matka lub ojciec rodu, zanika. Mapa świata obfituje w wiele rozmaitych typów rodzin. Niektóre desperacko próbują utrzymać standardy,,starych dobrych czasów", podczas gdy inne eksperymentują z nowymi, skuteczniejszymi formami wspólnego życia.

Z punktu widzenia zdrowia psychicznego istnieją wszelkie podstawy, by przyklasnąć tym zmianom. Tradycyjna struktura rodziny i liczne jej wartości były destrukcyjne zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Zilustrują to poniższe przykłady.

Kawiarnia w Hiszpanii

Rodzina - ojciec, matka oraz dwóch synów w wieku trzech i pięciu lat - właśnie skończyła jeść lody. Matka bierze serwetkę, pluje na nią, mocno chwyta podbródek młodszego syna i zaczyna wycierać mu usta. Chłopiec protestuje i odwraca głowę. Matka chwyta go za włosy i gniewnym szeptem mówi mu, jaki jest niegrzeczny.

Jego starszy brat przygląda się tej scenie z grymasem, ale tylko przez chwilę. Potem jego twarz przybiera wyraz neutralnej maski. Ojciec również patrzy na to ze zbolałym wyrazem twarzy, a jednak kieruje swą irytację w stronę żony: dlaczego nie może sprawić, by chłopak porządnie się zachowywał! Dlaczego zawsze wywołuje takie zamieszanie?

Do czasu wyjścia z kawiarni chłopiec jest już spokojny. Spoglądając na mijane wystawy sklepowe, dostrzega nową zabawkę i z entuzjazmem na nią wskazuje. Chce, by jego matka na nią spojrzała. Ale ona jest z przodu, a kiedy cofa się o kilka kroków, podchodzi do niego, chwyta go za ramię i odciąga, nawet nie rzucając okiem na wystawę. Chłopiec zaczyna płakać i błaga, by spojrzała na zabawkę, ale ona jest nieubłagana w swej determinacji, by wygrać. Pontela cara bien! - Zrób wesołą minę! - powtarza wielokrotnie.

Kawiarnia w Wiedniu

Dwa młode małżeństwa, jedno z synem w wieku około pięciu lat, siadają na zewnątrz, by po zakupach wypić kawę. Kiedy pojawia się kelnerka, matka chłopca mówi do niego:

- My pijemy kawę, a ty co chcesz?

Chłopiec przez chwilę się waha i mówi:

- Nie wiem.

Poirytowana matka zwraca się do kelnerki:

- Proszę mu dać sok jabłkowy.

Na stoliku pojawiają się kawa i sok jabłkowy, jednak po chwili chłopiec grzecznie i ostrożnie mówi:

- Mamusiu, wołałbym coca-colę z cytryną, jeśli to możliwe.

- Dlaczego nie powiedziałeś od razu? - pyta matka. - Teraz pij sok!

Ale na tym samym oddechu mówi do kelnerki:

- Syn zmienił zdanie. Proszę mu dać colę z cytryną, żebyśmy mieli trochę spokoju!

Przez dziesięć minut chłopiec siedzi spokojnie, podczas gdy dorośli rozmawiają. Nagle matka spogląda na zegarek i mówi ze złością do chłopca:

- Pij swój napój!

- Idziemy już? - pyta chłopiec, wyraźnie podekscytowany.

- Tak, musimy śpieszyć się do domu. Pij!

Chłopiec wypija colę wielkimi łykami.

- Skończyłem, mamusiu. - mówi zadowolony. - Szybko, prawda?

Matka ignoruje go i zaczyna rozmawiać z pozostałymi dorosłymi. I znowu chłopiec siedzi spokojnie. Po upływie pół godziny pyta ostrożnie:

- Mamusiu, pójdziemy zaraz do domu?

- Zamknij buzię, smarkaczu! - wybucha matka. - Jeszcze jedno słowo, a po powrocie do domu pójdziesz prosto do łóżka. Rozumiesz?!

Chłopiec godzi się z sytuacją. Pozostali dorośli spoglądają na matkę z aprobatą, a ojciec chłopca z uznaniem kładzie rękę na ramieniu żony.

Przystanek autobusowy w Kopenhadze

Babcia i dwoje wnucząt - czteroletni chłopiec i sześcioletnia dziewczynka - czekają na autobus. Chłopiec szarpie za płaszcz babci i mówi:

- Babciu, muszę iść do ubikacji.

- Nie możesz teraz iść - odpowiada babcia. - Musimy najpierw dotrzeć do domu!

- Ale ja muszę iść! - mówi chłopiec.

- Spójrz na swoją siostrę, jaka jest duża i rozsądna. - mówi babcia.

- Tak, ale ja muszę... naprawdę!

- Czy mnie nie słyszałeś? Możesz iść do toalety, kiedy dotrzesz do domu. Jeśli będziesz się źle zachowywał, powiem twojej mamie, a wtedy więcej nie pojedziesz ze mną do miasta!

Dorośli pokazani w tych scenkach nie są złymi ludźmi. Kochają swoje dzieci i wnuki, są zachwyceni, kiedy dzieci dobrze się zachowują, lubią ich zabawne, rezolutne uwagi. Ale ci dorośli zachowują się nieczule, ponieważ nauczyli się uznawać zachowania nieczułe za czułe, a zachowania czułe za nieodpowiedzialne.

Przez kilkaset lat tym, czego rzeczywiście uczyliśmy dzieci, było respektowanie siły i władzy - ale nie drugiego człowieka.

RODZINA JAKO STRUKTURA WŁADZY

Przez wieki rodzina była strukturą władzy, w której - w kategoriach społecznych, politycznych i psychologicznych - mężczyźni mieli absolutną kontrolę nad kobietami, a dorośli kontrolę nad dziećmi. Ta hierarchia pozostawała niekwestionowana: mężczyzna znajdował się na najwyższym szczeblu, poniżej - jeśli nie było nastoletnich synów - kobieta, następnie synowie, a za nimi córki. Powodzenie małżeństwa zależało od zdolności i chęci kobiety do tego, by poddać się swemu mężowi. Oczywisty cel wychowania dzieci stanowiło przystosowanie ich do tego, by stały się posłuszne sprawującym władzę.

Tak jak w innych strukturach totalitarnych ideałem jest sytuacja, w której nie wybuchają otwarte konflikty. Ci, którzy nie współpracują, spotykają się z przemocą fizyczną lub ograniczaniem ich i tak już znikomej wolności osobistej.

Dla tych, którzy wiedzieli, jak się przystosować, rodzina stawała się bezpieczną bazą, lecz ci, u których mocniejszy był indywidualizm, cierpieli z powodu jej destrukcyjnego wpływu. Osoby takie, często przejawiające psychosomatyczne symptomy tego cierpienia, były poddawane terapii - przez wychowawców i psychiatrów - tak by szybko przystosowały się do życia w strukturze władzy.

Z kolei małżonków i rodziców - osoby dzierżące władzę - zachęcano, by wykazywały zrozumienie, miłość i stanowczość - ale nigdy by oddały władzę. W rezultacie wiele kobiet i dzieci trafiało do szpitali psychiatrycznych, gdzie poddawano je przymusowym terapiom farmakologicznym.

Rzecz jasna, powyższy opis jest zarówno niekompletny, jak i niesprawiedliwy. Trzeba przyznać, że istniały przyjemne i pogodne aspekty tradycyjnego życia rodzinnego. Ludzie kochali się nawzajem. Na pewnym poziomie ci, którym udało się przystosować i poddać strukturze władzy, mieli poczucie bezpieczeństwa szczególnego typu - takiego, jakiego doświadczają dobrze przystosowani obywatele społeczeństw totalitarnych.

Niektórzy z nas być może odczuwają nawet tęsknotę za "dobrą, starą, tradycyjną rodziną", jednak trzeba przyznać, że niezwykle rzadko wywierała ona pozytywny wpływ na pomyślność i rozwój jednostki. Te rodziny pozornie wydawały się często szczęśliwe, ale patologia, jaką wywoływały, czaiła się tuż pod powierzchnią.

Dopiero pod koniec XIX wieku zaczęliśmy interesować się dziećmi jako odrębnymi istotami. Wówczas zdaliśmy sobie sprawę, że zaspokajanie ich potrzeb intelektualnych i psychologicznych jest istotne dla ich rozwoju i pomyślności. Uznanie praw kobiet przyszło jeszcze później - w latach dwudziestych XX wieku - kiedy zaczęły domagać się one poważnego traktowania jako podmioty ludzkie, społeczne i polityczne. Dzięki tym zmianom w pierwszej połowie XX wieku rodzina stopniowo traciła cechy autorytarne - choć sama struktura władzy, będąca podstawą życia rodzinnego, pozostała niezmieniona.

Jedną z pozostałości po tradycyjnym modelu rodziny są elementy używanego przez nas języka, powstałe w czasach, kiedy za szczęśliwe uznawano rodziny bezkonfliktowe. Chciałbym w tym miejscu uaktualnić definicje kilku pojęć stosowanych w odniesieniu do rodzin i dzieci.

DEFINICJE

Metody wychowawcze

W Skandynawii aż do połowy lat siedemdziesiątych XX wieku znano "najpewniejsze metody" wychowywania dzieci. Panowało przekonanie, że dzieci są istotami aspołecznymi i potencjalnie podobnymi do zwierząt. Dlatego właśnie dorośli musieli się nimi zajmować i stosować wobec nich "metody", które gwarantowały ich indywidualny i społeczny rozwój. Metody te były różne w zależności od ideologii i aż do całkiem niedawna nie kwestionowano przekonania, że taka czy inna metoda musi być skuteczna.

Teraz, kiedy wiemy, że dziecko to pełnowartościowy człowiek już od momentu urodzenia, absurdem jest mówienie o "metodach". Pomyślmy przez chwilę, jak by to brzmiało, gdybyśmy zastosowali tę koncepcję do relacji dorosłych. Wyobraźmy sobie na przykład, że mężczyzna mówi do przyjaciela lub do swego terapeuty: "Zakochałem się w wysokiej, czarnowłosej Portugalce, ale mam z nią wiele problemów. Czy możesz podsunąć mi jakąś metodę, żeby łatwiej było z nią żyć?". Oczywiście żaden dorosły nie pomyślałby nawet o tym, by w stosunkach z innymi dorosłymi osobami zastosować takie podejście. Ale od początku XVIII wieku dokładnie w ten sposób myśleliśmy o naszych relacjach z dziećmi.

Kiedy rodzi się dziecko, jest ono w pełni istotą ludzką - a więc istotą społeczną, wrażliwą i empatyczną. Te cechy nie są wyuczone, lecz wrodzone. Jednak aby mogły się rozwijać, dziecko musi przebywać z dorosłymi, którzy respektują i kształtują społeczne, ludzkie zachowania. Stosowanie metody - jakiejkolwiek metody - jest nie tylko niepotrzebne, ale wręcz szkodliwe, ponieważ redukuje pozycję dziecka do roli przedmiotu. Nadszedł czas - zarówno w opinii praktyków, jak i naukowców - by zmienić podejście do dziecka, by od relacji podmiot-przedmiot przejść do relacji podmiot-podmiot.

Wiek buntu

W wieku około dwóch lat dzieci zaczynają stopniowo uwalniać się spod całkowitej zależności od rodziców. Chcą myśleć, czuć i działać na własną rękę. Moment, w którym rozpoczyna się ten wiek niezależności, nietrudno poznać. Pewnego ranka, kiedy ubierasz swą dwuletnią córkę, ona szarpie cię za ramię i mówi: "Ja móc!" albo "Ja sama!".

A jak zachowuje się w tej sytuacji większość rodziców? Mówią: "Przestań! Nie umiesz. Ja to muszę zrobić. Nie mamy czasu na zabawę!". Innymi słowy, kiedy dzieci stają się niezależne, wielu dorosłych stawia opór!

Ta krótka anegdota pokazuje również, jak bystre są dzieci w kwestii współdziałania! Jeśli rodzic odniesie się do kiełkującej niezależności swego dwuletniego dziecka z niechęcią lub oporem, w ciągu kilku miesięcy dziecko albo zacznie się buntować - na opór odpowiadając oporem - albo całkowicie straci inicjatywę i stanie się jeszcze bardziej zależne.

Siłą rzeczy małe dzieci robią się coraz bardziej niezależne i samodzielne - to część procesu rozwoju. Tylko w systemie opartym na przemocy można naturalny i postępujący rozwój niepowtarzalnej osobowości dziecka postrzegać jako problem. Określanie dziecka słowem "nieposłuszny" jest typowym wybiegiem osób sprawujących władzę, który ma spowodować, by dzieci pozostały uległe.

Dojrzewanie

Dojrzewanie to pojęcie psychologiczne, które w XX wieku nabrało negatywnego znaczenia. Z dojrzewaniem kojarzą się konflikty, kłótnie i problemy. Po drugiej wojnie światowej pojawiło się inne, równie negatywne pojęcie wczesnej fazy dojrzewania i uwrażliwiło rodziców młodszych dzieci na fakt, że zbliżają się kłopoty.

Z obiektywnego punktu widzenia, dojrzewanie to okres psychoseksualnego rozwoju, który sprawia, że młodzi ludzie pomiędzy jedenastym a piętnastym rokiem życia doświadczają wewnętrznej niepewności i zawirowań. Pogląd, jakoby ten proces miał sam z siebie wywoływać konflikty z dorosłymi, jest bzdurny. Liczba konfliktów i ich intensywność zależą - między innymi - od tego, czy dorośli potrafią uznać, że ich rola jako rodziców się zmienia, oraz od tego, w jaki sposób podchodzili do jego rozwoju w pierwszych trzech lub czterech latach życia.

Bunt nastolatka

Wiek nastoletni opisuje się czasem w kategoriach militarnych i politycznych: bunt, niezależność, rewolucja i brak dyscypliny. Nic w tym dziwnego. W strukturze władzy, w której dorośli reprezentują stabilność i w której ich rola ma polegać na utrzymywaniu sytuacji wolnej od konfliktów, wszelkie stopniowo zachodzące zmiany muszą z konieczności być odbierane jako atak na ustalony porządek.

Podobny mechanizm ma zastosowanie do kobiet w średnim wieku. Kiedy wchodzą w okres menopauzy, każde ich działanie czy nastrój przypisuje się działaniu "hormonów". Stanowi to wymówkę dla osób sprawujących władzę - mężczyzn - do wyzbycia się jakiejkolwiek odpowiedzialności za powstające konflikty. W analogiczny sposób nastolatków wini się za to, że są nastolatkami. Jako dorośli powinniśmy jednak zebrać się na odwagę i zaakceptować swoją nadrzędną odpowiedzialność za budowanie relacji w rodzinie.

A teraz rozważmy kilka pojęć, które tradycyjnie stosujemy do procesu wychowywania dzieci, a które odzwierciedlają, jak osoby sprawujące władzę postrzegają rzeczywistość. Ujawnia się w nich przekonanie, że utrzymywanie władzy jest dla wszystkich stron korzystne.

Ustalanie granic

W strukturze władzy konieczne jest zachowanie porządku, dlatego ustala się granice, które mają służyć kontrolowaniu fizycznej, mentalnej i emocjonalnej aktywności dzieci. Granice te - czyli to, co dzieci mogą i czego nie mogą robić oraz to, co powinny i czego nie powinny robić - narzucano zupełnie tak, jakby rodzina była jednostką nadzoru.

W systemie tym dorośli twierdzili, że pewne ograniczenia są zdrowe i dobre dla dzieci - wiele osób to założenie akceptowało, choć nie istniały żadne dowody na jego poparcie. Pozwolę sobie rozwinąć nieco ten temat. Prawdą jest, że dzieci rozwijają się w sposób harmonijny i prawidłowy wtedy, gdy osoby dorosłe wyznaczają im pewne granice. Ale - jak to wyjaśnię później - ważne jest, by zarówno dzieci, jak i dorośli wyznaczali swoje własne granice. Kwestia stawiania ograniczeń innym ludziom jest przede wszystkim przejawem chęci sprawowania władzy.

Ta kwestia pojawia się w sposób nieunikniony, gdy tylko rodzice zaczynają omawiać swą wizję wychowania dzieci. Zwykle sądzimy, że tylko nasze pokolenie ma trudności z ustanawianiem granic, że naszym rodzicom przychodziło to z większą łatwością. W rzeczywistości ustalanie granic zawsze było trudne. Rodzice zawsze prosili specjalistów o radę, jak sprawić, by dzieci "były posłuszne". Zazwyczaj radzono rodzicom, by rozważali ustalenie granic w czterech kategoriach: jednomyślności, stanowczości, konsekwencji i sprawiedliwości. Przyjrzyjmy się teraz tym kategoriom.

Jednomyślność

Popularne powiedzenie mówi: w jedności siła. Takie właśnie rozumowanie kryje się za jedną z najważniejszych niegdyś zasad wychowawczych: rodzice powinni być zgodni co do tego, jak wychowywać dzieci. Spotkałem niezliczone pary, które poświęciły swe małżeństwo po to, by pozostać wiernym temu ideałowi, cierpiąc zarazem z powodu przytłaczającego poczucia winy, gdy im się to nie udało. Wierzyli - tak jak wielu innych rodziców - że dzieci czują się najbezpieczniej, gdy ich rodzice zgadzają się ze sobą, oraz że krzywdzą swoje dzieci, kiedy nie udaje im się dojść do porozumienia. Tolerowano pewną odmienność poglądów - ale tylko wtedy, gdy wyrażano ją, kiedy dzieci poszły już spać. W ich obecności bowiem nie miało prawa pojawić się nic poza bezwarunkową jednomyślnością. Jednak dogmat jednomyślności ma zastosowanie tylko wówczas, gdy obstajemy przy postrzeganiu rodziny jako jednostki politycznej. Kiedy osoby sprawujące władzę w rodzinie chcą narzucić jej swój porządek, zgoda jest dla nich korzystna, mogą bowiem wtedy jednym frontem stawić czoło swoim dzieciom.

Rodzice sądzą też czasem, że brak zgodnego stanowiska pozwoli dzieciom nastawiać jednego z nich przeciwko drugiemu - wbijać klin w dowództwo rodziny. W praktyce jednak jest tak, że rodzice rzadko zgadzają się ze sobą. W wielu rodzinach zdarza się, że ojcowie wymierzają kary, a matki proszą o pobłażliwość. W takiej sytuacji matka nie jest nielojalnym żołnierzem, lecz raczej rodzinną sanitariuszką, która udziela pierwszej pomocy i opiekuje się rannymi. Jednak kobiety - nawet wtedy, gdy odgrywały taką rolę - nigdy nie kwestionowały konieczności ustalania granic ani nie próbowały rewidować ograniczeń, w których same żyły.

Według mnie nie ma znaczenia, czy rodzice zgadzają się w kwestiach wychowawczych, czy nie. W zasadzie zgadzać muszą się tylko co do jednego: że różnica zdań jest dopuszczalna. Dzieci czują się niepewnie tylko wówczas, gdy ich rodzice postrzegają powstające między nimi różnice jako złe i niepożądane.

Stanowczość

Istnieje powszechne przekonanie, że aby utrzymać strukturę władzy w stanie nienaruszonym, trzeba być stanowczym. Wiąże się to ściśle z jednomyślnością. Kiedy członkowie rodziny wyrażają odmienne opinie, rozdźwięk jest postrzegany jako opozycja i prowadzi do konfliktów. Co dla dorosłych oznacza bycie stanowczym? Kiedy dzieci są nieposłuszne, dorośli muszą umieć powiedzieć jednomyślne: nie!

Zdrową alternatywą dla tego siłowego rozwiązania jest otwarty, osobisty dialog, uwzględniający pragnienia, marzenia i potrzeby zarówno dzieci, jak i dorosłych. Tylko takie zachowanie oznacza dobrze pojęte przywództwo.

Konsekwencje

Przypuśćmy, że nawet po tym, jak rodzice przemówili jednym, stanowczym głosem, dzieci nadal są nieposłuszne. Co dalej? Bez względu na rodzaj konfliktu rodzice zwykle wybierają jedno z dwóch rozwiązań: uciekają się do przemocy fizycznej albo ograniczają osobistą wolność dziecka.

Żadne z tych rozwiązań nie jest łatwe do wprowadzenia w życie. Większość z nas nie chce fizycznie skrzywdzić własnego dziecka ani z czystym sumieniem ograniczyć jego osobistą wolność. Dlatego odwołujemy się do dobrze nam znanych usprawiedliwień:

- To dla twojego własnego dobra!

- Zrozumiesz, kiedy dorośniesz!

- Musisz nauczyć się przystosowywać!

- Mnie to boli bardziej niż ciebie!

- Jeśli nie posłuchasz, będę musiał wbić ci to do głowy!

Czego w rezultacie uczą się dzieci? Kiedy rodzic mówi: "To ja tutaj podejmuję decyzje!", dzieci uczą się, że nie dysponują żadną wolnością osobistą. Kiedy słyszą: "Dzieci powinno być widać, a nie słychać!", uczą się, że nie mają prawa do swobodnej wypowiedzi i same muszą cenzurować swoje słowa.

Co ciekawe, po wymierzeniu kary wielu rodziców zaczyna martwić się naruszeniem swoich relacji z dzieckiem. Typowe jest, że wyrażają swoją obawę w postaci żądania: "A teraz uściskaj tatusia i zapomnijmy o tym". Lub mniej bezpośrednio jako pytanie: "Będziemy znowu przyjaciółmi?". Jak na ironię, dokładnie takie samo zdanie dorośli zwykle wypowiadają, zrywając ze sobą: "Czy nie moglibyśmy pozostać przyjaciółmi?".

Uczucie niezręczności i zwątpienia jest w tej sytuacji jak najbardziej uzasadnione. Żonglując konsekwencjami i karami, rodzice stopniowo niszczą swoje relacje z dziećmi. Zrzucają z siebie wszelką odpowiedzialność za zaistniały konflikt i odwracają sytuację tak, by dziecko stało się stroną winną. Ten sposób postępowania podkopuje nie tylko wiarę dziecka w rodziców, ale również jego poczucie własnej wartości.

Sprawiedliwość

Dla wielu rodziców lwią część procesu wychowania stanowi krytykowanie i poprawianie dzieci, kiedy zachowują się niewłaściwie. W takich sytuacjach dzieci muszą przyznać, że coś zrobiły źle lub pokazać, że odczuwają wyrzuty sumienia. Zgodnie z tym modelem rodzice są odpowiedzialni za to, by dziecko uzmysłowiło sobie, że faktycznie zawiniło. Dopiero po przyznaniu się do winy może zacząć zmieniać się na lepsze. Taki sposób myślenia dał początek następującym dobrze znanym powiedzeniom:

- Wstydź się!

- Powinieneś się za siebie wstydzić!

- Nie wstyd ci za siebie?

W systemie wychowywania, w którym każdy konflikt pomiędzy rodzicami a dziećmi można wytłumaczyć brakiem lub porażką procesu wychowawczego, pojęcie sprawiedliwości wprowadzono jako wytyczną dla tych, którzy sprawują władzę. W praktyce pozwala ono dorosłym utwierdzić się w przekonaniu, że przed wymierzeniem kary dziecko rzeczywiście było winne. Dzięki temu rodzice nie koncentrują się na przemocy, którą stosują, lecz na niesprawiedliwości, jakiej by się dopuścili, gdyby ukarali dziecko, które w rzeczywistości było niewinne.

Paradoksalną konsekwencją tak pojętej sprawiedliwości jest fakt, że dzieci protestują tylko w sytuacjach, kiedy zostają ukarane za coś, czego w rzeczywistości nie zrobiły. Bardziej ogólne - oraz głęboko niesprawiedliwe - poczucie "bycia tym złym" stało się normą. Stało się normalnym stanem umysłu dzieci wychowywanych w systemie, w którym krytycyzm rodziców uznawano za kamień węgielny edukacji i wychowania.

Pojęcie sprawiedliwości grało rolę również w rodzinach, w których rodzice czynili ogromne wysiłki, by nie traktować swoich dzieci niejednakowo. Zgodnie z ich sposobem rozumowania dzieci - bez względu na to, jak bardzo się od siebie różnią - powinny dostawać wszystkiego po równo: te same prezenty, te same nagrody, te same kary i takie samo wychowanie. W rezultacie niektóre dzieci otrzymywały to, czego naprawdę potrzebowały, a inne nie - na zasadzie rzutu monetą, orzeł lub reszka. Rodzice jednak mogli spać spokojnie utwierdzeni w przekonaniu, że postępują "sprawiedliwie".

Opisany przeze mnie zestaw wartości wywodzący się ze staroświeckiej koncepcji natury dziecka jest nadal szeroko praktykowany w wielu zakątkach świata. Bez względu na to, co o nim sądzimy, musimy przyznać, że tradycyjne metody wychowawcze wykazują dużą skuteczność, a przynajmniej kiedyś tak było. Jednak cel takiego wychowania - ukształtowanie dzieci, które się dobrze zachowują - jest błędny. Jego kwintesencja to przestroga, którą notorycznie słyszeliśmy w okresie dorastania: Zachowuj się dobrze, tak żeby inni ludzie widzieli, że otrzymałeś odpowiednie wychowanie!

Priorytety naszych rodziców opierały się na powierzchownych celach: utrzymywania dobrych stosunków z innymi, grzecznego zachowania się, dostosowania się, odpowiedniego odzywania się oraz mówienia "dziękuję", "miło pana poznać" i "dziękuję za gościnę". Nie oczekiwano, że dzieci będą sobą. Oczekiwano, że będą grać, dokładnie tak jak aktor w teatrze. I dokładnie tak jak aktorzy miały uczyć się swych ról.

Teraz, wiele lat później, łatwo jest się mądrzyć, wiedząc o dzieciach dużo więcej, niż wiedzieli nasi rodzice. Musimy pamiętać, że ci rodzice, którzy nadal uparcie trwają przy wizji rodziny jako strukturze władzy, robią tak ze szczerego przekonania, że jest ona najlepsza dla ich dzieci i wcale nie uważają swego sposobu wychowania za przejaw władzy.

DEMOKRATYCZNE INTERLUDIUM

W latach osiemdziesiątych, kiedy moje pokolenie osiągnęło wiek reprodukcyjny, zaczęto myśleć o rodzinie w nowy sposób. Nastał czas, kiedy rodziny próbowały się przekształcić zgodnie z ideałami demokratycznymi. W dużym stopniu bodźcem do tej zmiany był ruch feministyczny. Po wielu wiekach ograniczeń kobiety pragnęły prawdziwej równości. Spowodowało to zmianę kulturowych ról płci i podziału obowiązków w rodzinie oraz zniesienie istniejącej w społeczeństwie nierówności w zakresie zatrudnienia i wykształcenia.

Chociaż wielu z nas dorastało w domach, w których struktura władzy była mniej lub bardziej totalitarna, czuliśmy, że rodzina musi stać się bardziej demokratyczna. Wierzyliśmy, że nasze dzieci mają prawo znać uzasadnienie norm i ograniczeń, jakie im narzucamy, a także mają prawo uczestniczyć w podejmowaniu decyzji i mieć na nie wpływ. W konsekwencji pojawiła się nowa jakość relacji pomiędzy mężczyznami i kobietami, dorosłymi i dziećmi. Rodzice, na przykład, nie potrzebowali już tylu metod wychowawczych. Zamiast tego chcieli rozumieć dzieci i młodzież. Jednocześnie zmianom ulegały relacje seksualne pomiędzy kobietami i mężczyznami, ponieważ kobiety same podejmowały decyzje dotyczące własnego ciała. Pomocny w tym był przemysł farmaceutyczny, który dostarczał efektywnych metod antykoncepcji.

Ten szlachetny eksperyment zdemokratyzowania rodziny, choć uzasadniony, okazał się niewystarczający i miał jedynie ograniczony wpływ na tradycyjne wartości rodzinne. Dlaczego? W tamtych czasach pojęcie rodziny stało się polityczną definicją opisującą problemy występujące pomiędzy płciami oraz dorosłymi i dziećmi - był to etap pośredni, logiczny i konieczny. Jednak polityczne nazewnictwo nie jest w stanie należycie opisać wewnętrznych relacji w rodzinie. W rzeczywistości częściej utrudnia nawiązanie bliskości niż jej sprzyja. Daje ono poczucie bezpieczeństwa i ważności osobom wtajemniczonym, lecz to bezpieczeństwo nigdy nie sięga tych, którzy znajdują się na dole hierarchii.

Proces interakcji w rodzinie

Ze względu na istniejącą w rodzinach hierarchię wartości demokratyczne - mimo że niewątpliwie stanowią pożądany dodatek do podstawowych wartości rodzinnych - same w sobie nie wystarczą. Przekonanie, że każdy ma prawo uczestniczyć w procesie podejmowania decyzji, jest pomocne, kiedy takie uczestnictwo odnosimy na przykład do decyzji, gdzie spędzić święta Bożego Narodzenia albo kto będzie odpowiedzialny za jakie prace domowe. Ale nie wpływa na rzeczywisty proces interakcji będący czynnikiem niezwykle istotnym, determinującym samopoczucie wszystkich członków rodziny i nastrój podczas tych świąt.

Proces interakcji, o którym czasami mówimy duch lub atmosfera - greccy filozofowie nazywali go etosem - odwołuje się do jakości rozmowy w rodzinie: do tego, jak jej członkowie odnoszą się do siebie i jak się czują. Jest to element kluczowy dla fizycznego i emocjonalnego zdrowia i rozwoju dzieci. Wpływa na niego wiele różnorodnych czynników: osobowość i życiowe doświadczenia rodziców, ich wzajemne relacje, osobiste sukcesy i porażki, światopogląd, punkt widzenia, świadomość konfliktów i umiejętność radzenia sobie z nimi, zaradność w sytuacjach stresowych i kryzysowych itd.

Z nauki psychologii wynika, że całkowitą odpowiedzialność za stworzenie określonego etosu czy atmosfery w rodzinie ponoszą osoby dorosłe. Nie mogą scedować tego obowiązku na dzieci ani się nim podzielić, gdyż dzieci nie mogą go przejąć. Jest to zadanie wyłącznie dla dorosłych.

Nie oznacza to, że dzieci nie mają wpływu na proces interakcji w rodzinie. Wprost przeciwnie. Wywierają na niego ogromny wpływ z racji braku życiowego doświadczenia, z racji swej logiki, niedoskonałości, jakie przejawiają, oraz z racji swej wrażliwości na konflikty. Mają wpływ na ten proces również dzięki wykazywanej przez siebie chęci współdziałania, witalności i kreatywności, a również dlatego, że często w konfliktach pomiędzy dorosłymi odgrywają rolę piorunochronów.

Mimo wszystko jednak dzieci nie mogą ponosić odpowiedzialności za jakość rodzinnych relacji. W rodzinach, w których rodzice - z różnych powodów - nie mogą sobie z tą odpowiedzialnością poradzić i w których w końcu to dzieci "podejmują decyzje", skutki są zawsze opłakane: dla dorosłych, dla dzieci i dla ich wzajemnych relacji. Zadania, obowiązki i sprawy praktyczne można scedować na dzieci czy młodzież, ale nie da się tego zrobić z odpowiedzialnością za dobro rodziny. Ona leży wyłącznie w gestii osób dorosłych.

Nie oznacza to, że dzieciom powinno się odbierać prawo do udziału w podejmowaniu decyzji w sensie demokratycznym. Mogą uczestniczyć w tym procesie, jeśli nadrzędnym celem jest wprowadzenie ich w zasady rządzące demokracją. W sytuacjach, w których dzieci i osoby dorosłe wspólnie funkcjonują, lepiej jest dla dzieci, jeśli dorośli poważnie traktują ich życzenia i potrzeby. W życiu rodzinnym i społecznym często występuje ogromna i bardzo istotna różnica pomiędzy otrzymywaniem tego, czego się chce, i tego, czego się potrzebuje.

Rodzina jest jednostką w sensie prawnym tylko wtedy, kiedy powstaje lub kiedy się rozpada. Pomiędzy tymi wydarzeniami jest ona przede wszystkim tworem o wymiarze egzystencjalnym i emocjonalnym. Szanowanie praw drugiego człowieka przynosi korzyści nam wszystkim, jednak to nie wystarcza, kiedy w grę wchodzą dobro i rozwój dzieci. Zdrowe dzieci wymagają czegoś więcej niż równości w sensie politycznym i prawnym. Wymagają, by traktować je z szacunkiem dla ich osobistej godności.

Opisana powyżej przemiana rodziny totalitarnej w demokratyczną wywołała serię zdarzeń, które u wielu ludzi zostawiły rany. Jednak miała ona miejsce w optymistycznych czasach. Wierzyliśmy, że przyszłość pokaże, iż nasze wysiłki były warte zachodu. Chcieliśmy obyć się bez starych zasad, nie mając jasnej wizji tego, jak powinny wyglądać nowe. Do dzisiaj wielu rodziców z naszego pokolenia żałuje, że "nowoczesna rodzina" nie dotarła jeszcze do takiego punktu, w którym sama mogłaby rozwiązywać swoje problemy.

Jednak w gruncie rzeczy wartość zasad demokratycznych w konfrontacji z prawdziwym życiem okazała się ograniczona. Są one bowiem zbyt abstrakcyjne, by służyć jako wytyczne w codziennych sprawach. Okazało się, że trudniej jest wcielić je w życie, niż je wymyślić.

Konflikt

Dla rodziny tradycyjnej ideałem był brak konfliktów. Dlatego nieporozumienia pomiędzy dorosłymi i dziećmi kładziono na karb nieodpowiedniego wychowania dzieci i winą obarczano rodziców - albo winiono dzieci za brak dobrych manier. Pierwsze pokolenie rodziców demokratycznych zostało pozbawione wzorców zachowań i nie wiedziało, jak w konstruktywny sposób pokonywać i rozwiązywać spory.

W naturalny sposób rodzice ci zwrócili się w pierwszej kolejności w stronę modelu politycznego - czyli walki o władzę. Jednak model ten nie daje się zastosować do rodziny, ponieważ siłą rzeczy jedna strona staje się wtedy stroną wygraną, a druga - przegraną. W rodzinach, które na tym modelu się opierają, na przegranej pozycji stoi jedność rodziny. Nic dziwnego, że powszechniejsze niż kiedykolwiek wcześniej w historii stały się rozwody i domy, w których dzieci wychowuje tylko jedno z rodziców.

Równość

W rodzinach demokratycznych koncepcja równości przejawiała się przede wszystkim w próbach zarzucenia tradycyjnych ról płci i ukształtowania nowych w bardziej egalitarny sposób. Chciano wyeliminować założenie, że mężczyźni są żywicielami rodziny, a kobiety gospodyniami domowymi.

Jednak wiele rodzin - szczególnie tych, które w skuteczny sposób doprowadziły do zrównania ról płci - musiało stawić czoła nieprzyjemnej rzeczywistości. Mimo że równość jest szlachetnym ideałem, nie udało się wykształcić zdrowej równowagi pomiędzy kobietami i mężczyznami. Kiedy ustąpiły stare stereotypy, zakorzeniły się inne. Podział obowiązków domowych nie rozwiązał dylematu, jak podzielić się obowiązkami emocjonalnymi i innymi kwestiami związanymi z rodziną.

Ponieważ mężczyźni byli bezpośrednimi sukcesorami dawnych rodzinnych władców totalitarnych, ich rola została poddana krytyce. Dla wielu z nich stanowiło to rodzaj kastracji. Jednak u samych podstaw skierowanej przeciw nim krytyki czaił się paradoks: mężczyźni jako ojcowie nigdy nie odgrywali ważnej roli w rodzinie - ani ilościowo, ani jakościowo. W rezultacie krytykowano ich głównie za to, czego nie robili.

W tym samym czasie, kiedy kobiety wkroczyły na rynek pracy, wielu mężczyzn zaczęło - z większym lub mniejszym zaangażowaniem - przejmować od kobiet znaczną część zadań i obowiązków rodzinnych. Wszystkie te zjawiska łącznie doprowadziły do zaniku roli mężczyzny jako jedynego żywiciela rodziny. Zarówno kobiety jak i mężczyźni domagali się, by przydzielono im rolę partnerów, kochanków, ojców i członków rodziny.

Przez krótką chwilę równość definiowano jako upodobnienie się do siebie, wysławiano także cnoty "miękkiego mężczyzny". Wkrótce wahadło wychyliło się w drugą stronę i powrócono do ideału mężczyzny macho. To wtedy właśnie mężczyźni i kobiety zdali sobie sprawę, że do zbudowania demokratycznej rodziny nie wystarczy samo "spełnianie życzeń" kobiety. Tak zwanych kobiecych wartości - które w większości są podstawowymi wartościami ludzkimi - nie da się przeszczepić mężczyznom.

Przez tysiąclecia kobietom odmawiano podstawowych praw, a jednak udało im się zachować - w rożnym stopniu - ludzkie przymioty. Mężczyźni - odizolowani w roli żywicieli - zdystansowali się od swych ludzkich cech. W tym sensie brak równości jest nadal niezwykle widoczny.

Szacunek i akceptacja

W nowym rozumieniu równości płci podstawowymi pojęciami stały się szacunek i akceptacja. Słowa te można różnie rozumieć: na przykład, czy szacunek to coś, co my - istoty ludzkie - powinniśmy sobie nawzajem okazywać ze względu na sam fakt naszego istnienia, czy też trzeba sobie nań zasłużyć?

Przypuśćmy, że partnerka mówi: musisz zaakceptować moje metody wychowawcze! Czy powinienem ukryć fakt, że się z nimi nie zgadzam? A może lepiej byłoby przytaknąć i udawać, że się zgadzam? Czy ona może żądać ode mnie bezwarunkowej akceptacji swoich decyzji? Czy też jest to dar, który mogę jej ofiarować, ponieważ ją kocham? Co się stanie, jeśli będę respektował ją i jej sposób bycia, ale zdam sobie sprawę, że nie mogę znieść wspólnego życia? Czy konieczne jest zrozumienie drugiej osoby, zanim będzie można ją szanować i akceptować - lub nawet kochać - czy też jest to zbyteczne?

By przełożyć te abstrakcyjne problemy na konkrety, które przydadzą się, kiedy będziemy próbowali zrozumieć zjawiska życia rodzinnego, musimy najpierw zwrócić się w stronę własnego wnętrza. Musimy nauczyć się akceptować samych siebie takimi, jakimi jesteśmy. W ten sposób zyskamy szacunek do samych siebie. Poprzez ten proces nauczymy się, jak absurdalne jest przejmowanie się sytuacjami, w których ludzie nie okazują nam szacunku. To przywodzi nas z powrotem do punktu wyjścia: czy szacunek i akceptacja są zasadniczymi warunkami miłości czy też jej konsekwencjami?

Żądania

O żądaniach można mówić w biznesie, kontraktach prawnych i politycznych grach o władzę, ale nie wówczas gdy mówimy o rodzinie. Kobieta może żądać, by jej były mąż płacił alimenty na dziecko, ale nie może wyegzekwować, by wziął za dziecko odpowiedzialność lub się o nie troszczył. Związek uczuciowy istniejący pomiędzy kobietą a mężczyzną lub pomiędzy rodzicami a dziećmi jest darem i przywilejem. Nie jest czymś, czego możemy od siebie nawzajem żądać.

Kiedy któryś z członków rodziny czegoś żąda - bez względu na to, czy chodzi o odpowiedzialność, uczucie, uwagę, seks, troskę, obowiązek, bycie razem czy szacunek - to niewątpliwie wyraża potrzebę miłości. Wyraża uzasadnioną tęsknotę - nie absurdalne żądanie.

Jednak życie rodzinne jest pełne żądań. Czasami udaje nam się dostać to, o co prosimy. Ale aż nazbyt często osiągamy to, czego chcemy, płacąc wysoką cenę, jaką jest utrata kontaktu z osobą, która jest nam bliska.

Próba przekształcenia rodziny w sposób demokratyczny jest krokiem naprzód, ale nie jest przedsięwzięciem w pełni zwieńczonym sukcesem. Pomija bowiem wymiar życia rodzinnego niezbędny dla zdrowia jej członków - poszanowanie godności. Koncepcja równej godności wszystkich ludzi pojawia się w manifestach politycznych od dwustu lat, chociaż rzadko bywa wprowadzana w życie. Podobnie trudno zastosować ją w życiu rodzinnym, kiedy jest tak niewiele wzorców i wyrazistych przykładów.

Społeczność jednostek o równej godności

Począwszy od lat siedemdziesiątych, kiedy pojawiła się idea równego traktowania wszystkich członków rodziny, relacje pomiędzy osobami dorosłymi a dziećmi uległy zdecydowanej poprawie. Zmianę tę obrazuje najlepiej fakt, że obecnie dzieci i nastolatki mogą funkcjonować w świecie z dużo większym poczuciem naturalności i samoświadomości. Nie programuje się ich już automatycznie, by tolerowali naruszanie własnego poczucia godności przez dorosłych, jak to się działo wcześniej.

Jednocześnie jednak rodzinie i społeczeństwu nadal nie udaje się zaspokoić podstawowej potrzeby dzieci i młodzieży: uznania ich za pełnoprawnych członków społeczności.

Idea jednakowego szacunku dla wszystkich wpłynęła również na relacje pomiędzy kobietami i mężczyznami. Dzisiaj widzimy oznaki tego, że tradycyjne role kobiet i mężczyzn już się zdezaktualizowały. To prawda, że mężczyźni i kobiety często myślą, postrzegają i działają w bardzo odmienny sposób. Do jakiego stopnia te różnice są uwarunkowane biologicznie, kulturowo i historycznie nie jest tu teraz istotne. Zasada wzajemnego szacunku zakłada, że ludzie są różni, i wcale nie należy likwidować tej różnicy. Dlatego właśnie można ją zastosować do osobistych relacji pomiędzy kobietami i mężczyznami, dorosłymi i dziećmi, hindusami i chrześcijanami, Afrykanami i Skandynawami, lekarzami i pacjentami oraz pracodawcami i pracownikami.

Co kryje się pod pojęciem wzajemnego szacunku? Jeśli równość jest czymś statycznym i wymiernym, to szacunek odnosi się do działania. Różni się od równości również tym, że nie zawsze wiąże się z przypisywaniem jednostkom jakichś konkretnych ról. Na przykład fakt, że w niedzielne popołudnie żona zajmuje się przygotowaniem obiadu, podczas gdy jej mąż ogląda mecz w telewizji - lub na odwrót - nie mówi nam nic o tym, jak wyglądają ich relacje w kwestii wzajemnego szacunku. Mimo że taki podział ról może wydawać się na pozór konserwatywny, nie oznacza, że role małżonków są nierówne - o ile żaden z partnerów nie czuje się zmuszony do wejścia w swoją rolę przez drugiego. Kiedy ktoś przyjmuje nową rolę, o równości możemy mówić tylko wówczas, gdy osoba biorąca na siebie nowe obowiązki w rezultacie staje się lepsza. Kiedy ojcowie poświęcają więcej czasu swoim dzieciom, ich żony mogą czuć wdzięczność, że mają o jeden obowiązek mniej. Ale relacja pomiędzy rodzicami polepsza się tylko o tyle, o ile ojciec - w wyniku częstszego kontaktu ze swoimi dziećmi - postrzega siebie jako człowieka bardziej spełnionego. W przeciwnym wypadku ma poczucie, że jedynie "pomaga".

Nasza zdolność do poszanowania godności drugiego człowieka w spontanicznych zachowaniach wobec dorosłego partnera lub dziecka zależy - jak tak wiele innych spraw - od doświadczenia, które wynieśliśmy z domu, i od wzorców, jakie mieliśmy. Niektórym może być trudno traktować innych z szacunkiem, jeśli sami nie doświadczyli tego jako dzieci. Umiejętność ta wymaga nauki i codziennego treningu.

WPROWADZENIE

Mając dwadzieścia kilka lat, podobnie jak wiele osób w tym wieku, uważałem, że zapatrywania pokolenia moich rodziców - a także wcześniejszych pokoleń - na temat rodziny i wychowania dzieci są błędne.

W czasie kiedy kształciłem się na terapeutę rodzinnego, pracując z tzw. dziećmi i młodzieżą nieprzystosowanymi społecznie i z samotnymi matkami, zdałem sobie sprawę, że moje podejście nie jest ani lepsze, ani gorsze niż podejście rodziców. W rzeczywistości nasze poglądy wykazywały tę samą fundamentalną słabość. Po pierwsze, brakowało im podstaw etycznych. Po drugie, zostały sformułowane na aroganckim założeniu, że niektórzy ludzie są dobrzy, bo postępują według właściwych zapatrywań, a inni źli, bo podstawą ich działań są poglądy wypaczone.

Ta tendencja do polaryzacji przekonań była obecna również w przekazach, jakie otrzymywałem od kolegów z pracy i klientów. Niektórzy z nich twierdzili, że jestem dobry w tym, co robię - inni wręcz przeciwnie. W swojej naiwności uważałem, że dopóki pierwsza grupa stanowi większość, jestem bezpieczny. Zajęło mi trochę czasu, żeby przekonać się, że powinienem raczej wsłuchać się w głos osób nastawionych krytycznie. Dopiero kiedy zostałem ojcem, doświadczyłem poczucia braku kompetencji. To wtedy rozpoczęła się moja edukacja. Do tego czasu byłem tylko praktykantem.

Zanim zostałem ojcem, sądziłem, że rodzinę powinny charakteryzować zrozumienie i tolerancja oraz że relacje rodziców z dziećmi muszą opierać się na zasadach demokratycznych. Takie podejście było dokładnym przeciwieństwem moralizującego, nietolerancyjnego i restrykcyjnego typu wychowania, o którym wiedziałem, że wpływa destrukcyjnie na poczucie własnej wartości u dziecka i jego dalszy rozwój.

Wychowując syna i pracując jako terapeuta z rodzinami i dziećmi, z czasem zacząłem uświadamiać sobie, jak powierzchowne były moje poglądy. Zgoda, nasze rozumienie roli dzieci w rodzinie i społeczeństwie na wielu płaszczyznach uległo zmianie od czasu, gdy sam byłem dzieckiem. Pojmowanie natury ludzkiej, sposoby wymierzania kar i pojęcie moralności stały się bardziej humanitarne i mniej restrykcyjne. Uzmysłowiłem sobie jednak, że istnieją dwa czynniki, które stanowią dla mnie wyzwanie na gruncie zarówno zawodowym, jak i prywatnym.

Jako nauczyciel miałem nazbyt często okazję obserwować rodziców, którzy zmagają się z trudnościami wychowawczymi. Przychodzili na spotkanie z terapeutą, by porozmawiać o swoich dzieciach, a wychodzili od niego w poczuciu bycia nieudacznikami - jeszcze mniej zdolni do podjęcia działania niż przedtem. Również terapeuci, z którymi odbywali te spotkania, walczyli z poczuciem bezsilności i braku kompetencji. Obowiązek nakazywał im jednak, by trzymali się psychologii tradycyjnej, która kładła większy nacisk na znajdowanie winnych niż na wskazywanie możliwości.

Jako terapeuta rodzinny widziałem, że to dzieci i nastolatki najbardziej odczuwają skutki tego braku spójności. Ciągle obarczamy dzieci odpowiedzialnością, jaką niewielu z nas - rodziców, polityków, wychowawców, nauczycieli czy terapeutów - chciałoby wziąć na siebie. Nie kieruje nami zła wola. Wprost przeciwnie, kochamy nasze dzieci i wierzymy, że muszą zmierzyć się z tą odpowiedzialnością, by dorosnąć. Jednak logika naszego postępowania i podstawy nastawienia względem dzieci są błędne.

Szwedzka psycholog, Margaretha Berg Broden wyraziła tę myśl w zdaniu, które stało się inspiracją dla niniejszej książki: "Być może mylimy się, może to dzieci są kompetentne"1. Stwierdzenie Broden wywodzi się z jej szczególnego zainteresowania wczesną interakcją pomiędzy niemowlętami a rodzicami. Ponieważ sam jestem praktykiem, a nie naukowcem, i zajmuję się interakcją pomiędzy dziećmi i dorosłymi w najszerszym tego słowa znaczeniu, mam własną interpretację słów Berg Broden.

Uważam, że popełniamy kardynalny błąd, zakładając, iż dziecko nie rodzi się jako stuprocentowy człowiek. Zarówno w literaturze naukowej, jak i popularnej ujawnia się nasza skłonność do postrzegania dzieci jako istot raczej potencjalnych niż rzeczywistych - jako aspołecznych "półistot". Dlatego zakładamy, że po pierwsze, muszą zostać wpierw poddane wpływowi osób dorosłych, a po drugie, że dopiero po osiągnięciu pewnego wieku można je uważać za dojrzałych, pełnowartościowych ludzi.

Innymi słowy uważamy, że musimy wychowywać dzieci w taki sposób, który pozwoli im przyswoić sobie wzory zachowania prawdziwego - czyli dorosłego - człowieka. Zidentyfikowaliśmy także pewne metody wychowawcze i nadaliśmy im nazwy z pewnego spektrum: od wychowania liberalnego po despotyczne. Jednak nigdy nie przyszło nam na myśl, by zakwestionować słuszność naszych założeń.

Zrobię to jednak w niniejszej książce. Jestem przekonany, że większość z tego, co tradycyjnie rozumiemy pod pojęciem wychowania, jest zarówno niepotrzebna, jak i szkodliwa. Nie tylko odbija się negatywnie na zdrowiu psychicznym dzieci, ale przeszkadza też osobom dorosłym, uniemożliwiając ich rozwój. Co więcej, nasze teorie pedagogiczne mają także destrukcyjny wpływ na relację dzieci z dorosłymi. Zamiast podważyć ich założenia, utrwalamy je, wprawiając w ruch błędne koło i zaburzając własne pojmowanie edukacji, resocjalizacji i polityki społecznej dotyczącej dzieci i ich rodzin.

Dzisiaj być może jeszcze bardziej słuszne niż kiedykolwiek staje się twierdzenie, że sposób, w jaki traktujemy nasze dzieci, determinuje przyszłość świata. Dostęp do informacji zwiększył się na tyle, że dwulicowe podejście do ich wychowania nie może pozostać niezauważone. Mówiąc o polityce światowej, prawimy kazania o ekologii, humanitaryzmie i wyrzeczeniu się agresji, ale wobec dzieci i młodzieży stosujemy przemoc.

Od kilku lat cieszę się przywilejem pracy z ludźmi należącymi do różnych kultur. Podróże przekonały mnie, że zmiany, jakie zaszły w relacjach pomiędzy dziećmi i dorosłymi w krajach skandynawskich, mogą służyć za przykład innym krajom.

W Skandynawii spotyka się dorosłych traktujących dzieci w sposób, który na pierwszy rzut oka może wydawać się pozbawiony ładu i autorytetu. Jednak po bliższym przyjrzeniu się okazuje się, że relacje dorosłych z dziećmi zawierają zalążek czegoś, co można określić mianem skoku w rozwoju ludzkości. Po raz pierwszy w erze nowożytnej dorośli na poważnie - bez dogmatyzmu i despotyzmu - biorą pod uwagę niezbywalne prawo jednostki do rozwoju. Po raz pierwszy mamy podstawy sądzić, że egzystencjalna wolność każdego człowieka nie stanowi zagrożenia dla społeczności, lecz utrzymuje je w dobrej kondycji.

Relacje pomiędzy dorosłymi i dziećmi kształtują się odmiennie w różnych krajach. Wiele różni rodzinę europejską i amerykańską, ale także rodziny w samej Europie czy Ameryce. W północnej Europie żyje się inaczej niż na południu albo w Europie Wschodniej. Występują także wyraźne odmienności między poszczególnymi regionami tego samego kraju. W każdej kulturze inaczej ocenia się społeczną wagę rodziny, jednak wszędzie rodzina jest tak samo ważna w kategoriach egzystencjalnych. Przyjemność, jaką czerpiemy z konstruktywnej i zdrowej interakcji, oraz ból powodowany relacjami destrukcyjnymi są zawsze takie same bez względu na miejsce, w którym żyjemy, nawet jeśli objawiamy je w odmienny sposób.

W niniejszej książce będę przeciwstawiał stare nowemu nie po to, by krytykować, ale by wypracować konkretne wskazówki do działania. W codziennej pracy z rodzinami i psychiatrami dostrzegam, że wielu rodziców bardzo otwarcie wyraża swoje przekonania. W głębi duszy wiedzą, że postępują nieodpowiednio, ale nie potrafią się zmienić, ponieważ potrzebują do tego konkretnych wskazówek.

Tradycyjna psychologia często zapytuje o ludzkie uczucia. Jak bardzo rodzice kochają swe dziecko? Do jakiego stopnia syn nienawidzi ojca? Jak bardzo córka złości się na matkę? Pytania te są ważne, ponieważ pomagają ludziom wyrazić prawdziwy ból. Ja jednak nigdy nie spotkałem rodziców, którzy nie kochaliby swoich dzieci, ani dzieci, które nie byłyby przywiązane do rodziców. Spotkałem jedynie rodziców i dzieci, którzy nie umieli przekształcić tych uczuć w czułe, pełne miłości postępowanie.

Dopiero teraz jesteśmy gotowi stworzyć prawdziwe relacje, które taką samą godnością obdarują mężczyzn i kobiety, dorosłych i dzieci. Nigdy dotąd w historii ludzkości nie działo się to na taką skalę. Poszanowanie godności każdego człowieka oznacza również otwarcie się na odmienność, co z kolei znaczy, że musimy zarzucić wiele naszych dotychczasowych przekonań na temat tego, co jest dobre, a co złe. Nie możemy po prostu zastąpić jednej metody wychowawczej inną. Nie możemy jedynie zmodyfikować naszych błędnych założeń. Wraz z naszymi dziećmi i wnukami dosłownie wyznaczamy granice nowego terytorium.

Anegdoty i przykłady przytaczane w tej książce mają zachęcać do eksperymentowania na własną rękę, nie zaś do ślepego naśladownictwa. Rodzice dziecka to nie tylko dwie osoby odmiennej płci, ale także istoty ludzkie, które postanowiły żyć wspólnie, mimo że ze swoich rodzin wyniosły bardzo różne doświadczenia. Oprócz odmiennego bagażu doświadczeń mają też ze sobą wiele wspólnego. Będąc dziećmi, wszyscy nauczyliśmy się, że istnieją różne sposoby nawiązywania relacji z ludźmi, a tylko niektóre z nich przynoszą dobre rezultaty. Kiedy zakładamy rodzinę, mamy ogromne szanse, by nauczyć się tego, czego nie mogliśmy nauczyć się w naszym domu rodzinnym.

Twierdząc, że dzieci są kompetentne, chcę powiedzieć, że mogą one nauczyć nas tego, co powinniśmy wiedzieć. Dzieci dają nam informację zwrotną, która umożliwia nam odzyskanie utraconych umiejętności i pomaga pozbyć się nieskutecznych, nieczułych i destrukcyjnych wzorców zachowania. Czerpanie wiedzy od własnych dzieci wymaga dużo więcej niż tylko prowadzenia z nimi rozmowy. Musimy zbudować z nimi prawdziwy dialog, którego wielu dorosłych nie potrafi nawiązać nawet z innymi dorosłymi: osobisty dialog oparty na poszanowaniu godności obu stron.

Zanim rozpocznę omawianie tego tematu, chciałbym wyjaśnić swoje poglądy na kilka zasadniczych spraw. Przede wszystkim fakt, że każdy z nas musi znaleźć swój sposób działania, który jest najbardziej korzystny dla niego i jego dzieci, nie oznacza, że wszystkie sposoby są równie dobre albo że "wszystko wolno". Na kartach tej książki będę się odwoływał do pewnych kluczowych zasad; traktowane łącznie lub z osobna stanowią kryteria, według których możemy oceniać własne działania.

Często odwołuję się do dawnych zwyczajów, ponieważ wierzę, że dla wielu osób najlepszą drogą do zrozumienia siebie i swoich działań jest przeglądanie się w lustrze przeszłości.

Obawiam się trochę, by niektórzy czytelnicy nie poczuli, iż treść tej książki stanowi krytykę ich postępowania. Żyjemy w czasach, w których bardzo szybko wskazuje się winnych, a w konsekwencji wielu z nas często czuje się obiektem krytyki. Lecz moją intencją nie jest krytykowanie kogokolwiek.