I. Prolog. Argumenty za optymizmem
I. Prolog
Argumenty za optymizmem
Dlaczego warto być optymistą?
Zostałem optymistą, gdy zmarła moja żona.
Ludzie różnie reagowali na diagnozę jej choroby: agresywny, szybko
rozwijający się rak jajnika, wykryty po poronieniu, które zakończyło
naszą pierwszą i jedyną ciążę. Niektórzy byli świadomi, że ma ona przed
sobą prawdopodobnie krótką i ponurą przyszłość, i tacy ludzie na ogół
trzymali się od nas z dala i milczeli. Ale wiele osób przejawiało wiarę,
że wszystko się jakoś ułoży -?czasami z przekonania, czasami z chęci
pocieszenia nas, ale najczęściej po prostu dlatego, że nie umieli
inaczej zareagować.
Kathryn ze swej strony natomiast nalegała, aby wszyscy wokół niej -
rodzina, przyjaciele, koledzy i lekarze -?tylko wyrażali nadzieję.
Oczywiście chodziło jej przede wszystkim o mnie, ale nie miałem pojęcia,
jak spełnić jej życzenie. Z jednej strony od zawsze byłem pozytywnie
nastawiony do życia i część mnie wierzyła, że wszystko będzie dobrze. Z drugiej jednak -?byłem racjonalistą opierającym się na doświadczeniu.
Czytałem raporty medyczne i literaturę naukową i zdałem sobie sprawę, że
szanse Kathryn na przeżycie więcej niż kilku lat są znikome. W końcu
doszedłem do wniosku, że skoro to nie ja jestem śmiertelnie chory, tylko
moja żona, powinienem milczeć i wspierać ją tak, jak ona sobie tego
życzy, jednocześnie mając cichą nadzieję na to, że stanie się
statystyczny cud.
Cudu nie było. Rak pokonał mechanizmy obronne organizmu Kathryn w mniej
niż rok, przynosząc jej szpetną śmierć, na którą nie była gotowa.
Kiedy przyszło mi zacząć odbudowywać swoje życie, wciąż słyszałem, że
mam "żyć dniem dzisiejszym". Żadnych długoterminowych planów, żadnych
znaczących zmian. Jednak nie satysfakcjonowało mnie to. Oczywiście są
decyzje, jakich nie należy podejmować, kiedy jest się pogrążonym w żałobie, ale ja nie chciałem już dłużej pozostawać w stanie zawieszenia.
Wyjść z tego letargu pomogło mi coś, co Kathryn powiedziała mi tuż przed
śmiercią: że nie wolno mi zboczyć z własnej drogi po jej odejściu -?bez
względu na to, jak trudne może się to okazać, chciała, żebym wciąż szedł
naprzód.
Większość z nas najczęściej idzie po linii najmniejszego oporu. Ja też
się do tej większości zaliczałem: chociaż nie przepadałem za miejscem, w którym mieszkałem, ani za tym, czym się zajmowałem zawodowo, nic nie
zmieniałem, bo było mi całkiem wygodnie. Ale po śmierci Kathryn mój dom
przestał być moim domem, a moja przyszłość nie była już moją
przyszłością. Z pewnością nie polecam okresu żałoby jako pretekstu do
zaczęcia wszystkiego od nowa, ale mnie ten czas dał motywację do
przemyślenia życia od podstaw. Zmusił mnie do rozważenia wszystkich
potencjalnych sposobów jego przebudowy. Ja przynajmniej nadal miałem
przed sobą te możliwości.
Próbowałem różnych stylów życia: pustelnika na wsi, człowieka światowego
w mieście, wiecznego nomady. Będąc mieszczuchem od urodzenia, nagle
zacząłem wędrować po dzikich lasach. Nie mając powodu, by siedzieć w domu, dni spędzałem w galeriach, a noce na koncertach, szukając chwil
zapomnienia, które pojawiały się rzadko. Zawsze bardzo dużo
podróżowałem, ale po śmierci żony szybko zacząłem skreślać kolejne
miejsca z mojej listy marzeń. Założyłem też dwa blogi -?jeden dla
przyjaciół, a drugi dla świata -?aby wpisać się jakoś w przyszłość:
swoją żałobę, wyobrażenia i nowe początki.
Po kilku miesiącach pewien znajomy zapytał mnie, niewątpliwie w dobrej
intencji, czy nadal przyjmuję leki. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby
je brać. To samo dotyczyło terapii: taktownie mnie na nią namawiano, ale
równie taktownie odmawiałem. Znalazłem wprawdzie grupę wsparcia dla
młodych wdowców, ale nie skorzystałem z jej pomocy, gdyż nigdy nie byłem
osobą, która dołącza do tego rodzaju kół wzajemnej akceptacji. Wiele
osób w podobnej sytuacji dalej celebruje urodziny, rocznice czy inne
okazje związane z partnerem; ja po upływie pierwszego roku po śmierci
Kathryn podjąłem trudną decyzję, że przestanę je obchodzić. Nie
chciałem, aby reszta mojego życia przebiegała według zdezaktualizowanego
harmonogramu.
Stopniowo zaczęło do mnie docierać, że moja postawa nie była całkiem
typowa. Zastanawiałem się, czy nie jestem w fazie zaprzeczenia. A może
jestem po prostu bezduszny i nieczuły. Jednak nie wydawało mi się, by
którekolwiek z tych stwierdzeń było prawdziwe w odniesieniu do mojej
osoby: w okresie żałoby nie czułem się ani szczęśliwie, ani normalnie.
Po prostu nigdy nie wątpiłem, nawet w najgorszych chwilach, że nadejdą
lepsze czasy -?jeśli tylko będę na nie pracował. Początkowo bez
zastanowienia, a później bardziej świadomie pielęgnowałem przekonanie,
że czeka mnie jasna przyszłość. W końcu dotarło do mnie, że jestem
zdeklarowanym optymistą.
Było to nieco zaskakujące. Jestem z wykształcenia naukowcem i dziennikarzem, powinienem więc być twardo osadzony w krytycznym
myśleniu, odwołującym się do niezbitych dowodów i racjonalnych
argumentów. Chociaż sam to dostrzegłem, ale i wielokrotnie słyszałem od
innych, że mam skłonność do oczekiwania od życia tego, co najlepsze,
zakładałem, że wynika to z faktu, iż moje życie było dość szczęśliwe.
Nadal oczekiwać od życia najlepszego po wydarzeniach sprzed roku
wydawało mi się irracjonalne, ale ta część mnie, która wierzyła,
wygrywała z tą, która myślała racjonalnie.
Byłem zdania, że optymizm sprowadza się jedynie do przekonania, a przywiązywanie do tego wagi jest zasadniczo głupie i potencjalnie
nieodpowiedzialne. Miałem wrażenie, że nazywać siebie optymistą to po
prostu przyznać się, że nie chce się zbytnio zastanawiać nad
przyszłością i wyzwaniami, jakie ze sobą niesie. Ale co było
alternatywą? Typową obroną pesymizmu jest twierdzenie, że pesymista
nigdy nie jest rozczarowany, może być tylko mile zaskoczony. Wydawało mi
się, że to postawa niepotrzebnie defensywna, niemal tchórzliwa. Realizm
z kolei postrzegałem jako niezdecydowanie, cyniczną wymówkę, która
pozwalała uniknąć otwarcia się na możliwość, że świat może być lepszy,
niż jest dzisiaj.
Nie miałem wrażenia, że którakolwiek z tych postaw mogłaby dawać życiowy
napęd. Po co w ogóle rano wstawać z łóżka?
Kiedy jednak zacząłem się nad tym głębiej zastanawiać, optymizm wydał mi
się jedyną postawą, którą warto przyjąć. Oczekiwanie czegoś więcej od
życia przygotowywało cię do czerpania z niego więcej, a przynajmniej tak
mi się wydawało. Ale jeśli miałem zostać optymistą -?a czułem, że nie
mam w tej kwestii wyboru -?to chciałem praktykować taki optymizm, który
opierałby się na czymś więcej niż tylko na wierze w jego dobry wpływ na
życie. Chciałem znaleźć sposób na bycie optymistą, który faktycznie
pomógłby uczynić świat lepszym, a nie tylko zakładał, że tak będzie.
Zacząłem więc badać, jaką formę może przybrać ten pragmatyczny, dobrze
uzasadniony optymizm. Dowiedziałem się, że optymizm, wbrew moim
wcześniejszym założeniom, nie jest koniecznie wynikiem naiwności. Nie
jest to luksus, na który możemy sobie pozwolić tylko w dobrych czasach.
Jest to zasób, z którego możemy czerpać, gdy sytuacja staje się trudna -
i wtedy nasz optymizm może zadecydować o naszym życiu lub śmierci.
Osły i lwy
"To było straszne, czuć, jak pokład pęka pod stopami -?wspominał Ernest
Shackleton. -?Wielkie belki wyginały się, a potem pękały z hukiem
przypominającym wystrzały armatnie". Po ponad dziewięciu miesiącach
uwięzienia w lodach Antarktydy flagowy statek jego ekspedycji,
"Endurance", w końcu uległ. Z tego powodu 27 października 1915 roku
wielki brytyjski odkrywca niechętnie nakazał swojej załodze opuszczenie
statku, co sprawiło, że znaleźli się w prawdopodobnie najbardziej
nieprzyjaznym miejscu na Ziemi.
Imperialna Wyprawa Transantarktyczna Shackletona wyruszyła ponad rok
wcześniej z zamiarem przejścia po raz pierwszy drogą lądową przez
zamarznięty kontynent. Najpierw jednak musiała przepłynąć przez
niegościnne Morze Weddella, niezwykle trudne do przebycia. Przeprawa
przez pak lodowy była bardzo powolna i ostatecznie w styczniu 1915 roku
statek został całkowicie uwięziony przez lód, co zmusiło Shackletona i jego załogę do opuszczenia "Endurance" i przetrwania mroźnej, wiecznie
ciemnej antarktycznej zimy na lodzie w warunkach, które nawet dzisiaj
stanowiłyby ogromne wyzwanie.
Po zatonięciu "Endurance" Shackleton i jego ludzie mieli do dyspozycji
tylko ten sprzęt i zapasy, które zdołali ocalić w trzech szalupach
ratunkowych. Oprócz tego polegać mogli jedynie na własnej pomysłowości i skąpych możliwościach oferowanych przez naturę (na przykład kiedyś udało
się im upolować agresywnego lamparta morskiego, a zawartość jego
żołądka, składająca się z nieprzetrawionych ryb, stanowiła mile widziany
"świeży" posiłek). Nie mieli żadnej możliwości skontaktowania się z resztą świata i praktycznie stracili nadzieję, że ktoś przybędzie im na
ratunek. A jednak dziesięć miesięcy później Shackleton zdołał
przetransportować wszystkich swych ludzi w bezpieczne miejsce1.
Jak Shackleton i jego załoga przetrwali w obliczu tak niesamowitych
przeciwności losu? Fakty wyglądają tak, że spędzili ponad pięć miesięcy
w obozowisku na dryfującym lodzie, zanim szalupami ratunkowymi
przedostali się na wyspę Elephant, która wprawdzie nie dryfowała, ale
nie miała nic do zaoferowania. Stamtąd Shackleton z niewielką załogą
udał się jedną z szalup w podróż przez wzburzone morze do Georgii
Południowej. Pokonawszy w dwa tygodnie 1300 kilometrów morzem i pieszo
przez góry Georgii Południowej, 20 maja 1916 roku dotarł do stacji
wielorybniczej na północnym wybrzeżu. Bezzwłocznie wynajął statek, aby
zorganizować akcję ratunkową, która jednak została udaremniona -
podobnie jak trzy kolejne próby -?przez lód nie do pokonania.
Ostatecznie w sierpniu udało mu się dotrzeć do towarzyszy uwięzionych na
Elephant Island i uratować wszystkich 22 mężczyzn, którzy na niego
czekali.
Za suchymi faktami kryje się jednak bardzo istotny czynnik: wytrwałość.
Jak wskazują liczne teksty poświęcone przywództwu, ta niesamowita
wyprawa nie byłaby możliwa, gdyby Shackletona i jego ludzi nie łączyła
wspólna więź i siła woli -?wiele wcześniejszych ekspedycji zakończyło
się tragicznie, gdy członkowie załóg pokłócili się, napotkawszy
trudności. Wszystko, co osiągnął Shackleton, osiągnął dzięki tym,
których zabrał ze sobą -?27 mężczyznom wybranym spośród ponad 5000
kandydatów. Czego szukał u członków swojej załogi?
Zgodnie z przyjętą tradycją rekrutował poszukiwaczy przygód poprzez
zamieszczenie w gazecie "The Times" anonsu, który brzmiał: "Poszukujemy
mężczyzn do niebezpiecznej wyprawy. Oferujemy niskie wynagrodzenie,
przenikliwe zimno i długie godziny spędzone w całkowitej ciemności.
Bezpieczny powrót wątpliwy. W wypadku sukcesu -?honor i uznanie". Nie ma
jednak żadnych śladów, że takie ogłoszenie faktycznie kiedykolwiek się
ukazało. W rzeczywistości Shackleton nie szukał twardzieli. Jego
kryteria mogły wydawać się donkiszotowskie, obejmowały wszystko, od
wyglądu fizycznego po poczucie humoru, ale, jak powiedział niegdyś,
"cechą, której poszukuję najbardziej, jest optymizm: zwłaszcza optymizm
w obliczu niepowodzeń i pozornej porażki. Optymizm to prawdziwa odwaga
moralna".
Co Shackleton miał na myśli, mówiąc o optymizmie? Na pewno nie była to
ślepa wiara, że wszystko jakoś się ułoży. Shackleton znany był z tego,
że zawsze dokładnie rozważał wszystkie opcje: jego ludzie nazywali go
"Starym Ostrożnym". Podczas wcześniejszej wyprawy, tak zwanej Nimrod
Expedition zorganizowanej w latach 1908-1909, zawrócił niecałe sto mil
od bieguna południowego, uznawszy, że jego załoga nie zdoła bezpiecznie
wrócić do domu. "Doszedłem do wniosku, Kochanie, że wolisz mieć żywego
osła niż martwego lwa" -?napisał w liście do żony.
Na każdym etapie burzliwej imperialnej wyprawy transantarktycznej
Shackleton przypominał swoim ludziom, że dopóki żyją, dopóty mają wybór
i możliwości, które mogą wykorzystać. Inspirował w ten sposób swoją
zmęczoną, niedożywioną i odizolowaną od świata załogę do zachowania
wiary. Tego ducha wśród swoich ludzi potrzebował również do tego, aby
uniknąć potencjalnie śmiertelnych konfliktów i sporów, co było
szczególnie ważne dla tych, którzy pozostali na Elephant Island pod
dowództwem jego zastępcy Franka Wilda. "Jego radosny optymizm nigdy nie
zawiódł, nawet gdy brakowało jedzenia, a perspektywa pomocy wydawała się
odległa -?napisał Shackleton. -?Nie mam wątpliwości, że wszyscy, którzy
utknęli na Elephant Island, zawdzięczają mu życie. Demony depresji nie
miały szans, gdy był w pobliżu".
Niewielu z nas będzie miało okazję sprawdzić swoją odwagę tak, jak
Shackleton i jego zespół. Ale wszyscy prędzej czy później stajemy przed
wyborem między życiem a śmiercią lub innymi przeciwnościami losu, które
zmuszą nas do ponownej oceny świata i zastanowienia się nad
przyszłością. W takich momentach najtrudniej jest być optymistą, ale być
może najbardziej warto. Wartość optymizmu jest również widoczna w przypadku bardziej przyziemnych wyzwań: randki, rozmowy kwalifikacyjnej,
meczu sportowego. Jeśli jesteśmy przygnębieni jakąś sytuacją,
prawdopodobnie ktoś poradzi nam, abyśmy byli dobrej myśli, a wszystko
jakoś się ułoży i my prawdopodobnie poczujemy się lepiej. A kiedy
poprawi się nam nastrój, być może znajdziemy rozwiązanie naszego
problemu, o ile takie istnieje.
Optymizm, który zachęca nas do działania, a nie biernego oczekiwania na
to, co przyniesie los, może pomóc nam aktywnie odkrywać nasze
ograniczenia -?i je przekraczać.
Wewnątrz i na zewnątrz
"Kiedyś znałam tylko ciemność i ciszę. Teraz znam nadzieję i radość" -
napisała Helen Keller w swoim eseju Optymizm z 1903 roku2, 21
lat po tym, jak choroba wieku dziecięcego pozbawiła ją wzroku i słuchu.
"Moje życie nie miało przeszłości ani przyszłości; pesymiści
powiedzieliby, że śmierć przyniosłaby "upragniony koniec". Ale małe
słowo uplecione z palców innej osoby wpadło w moją dłoń, która kurczowo
ściskała pustkę, i moje serce podskoczyło z radości życia".
Palce należały do Anne Sullivan, nauczycielki Helen Keller. Zaś owym
"małym słowem" -?jak dowiedziały się kolejne pokolenia, które uczyły się
literować -?było słowo "woda", w tym samym czasie spływająca na drugą
dłoń Keller. Sullivan pracowała wcześniej z Samuelem Gridleyem Howe'em,
lekarzem, który dwie dekady wcześniej odegrał pionierską rolę jako
nauczyciel techniki pisania palcami innej głuchoniewidomej dziewczynki,
Laury Bridgman. Matka Helen przeczytała wzruszającą relację Charlesa
Dickensa o tej zakończonej sukcesem nauce i zaczęła szukać pomocy dla
swojej sfrustrowanej córki, która miała wówczas siedem lat.
W swoim eseju Helen Keller sugeruje, że Howe "odnalazł drogę do duszy
Laury Bridgman, ponieważ od początku wierzył, że mu się uda. Angielscy
prawnicy uznali, że osoby głuchoniewidome są w świetle prawa idiotami.
Spójrzcie, co robi optymista. Przekształca prawny aksjomat; spogląda
poza tępą, beznamiętną materię i widzi uwięzioną ludzką duszę, a następnie cicho i zdecydowanie przystępuje do dzieła jej wyzwolenia".
Helen Keller, uwolniona w taki sposób, została pisarką, mówczynią i aktywistką -?jej osiągnięcia były tak niezwykłe, iż wielu uznało, że
musiała udawać swoją niepełnosprawność3.
Siła optymizmu stała się powracającym motywem w twórczości Keller. Jej
pochwała optymizmu nie ogranicza się do tego, co nazywała "optymizmem
wewnętrznym", czyli osobistego przekonania, że wszystko się ułoży i nadejdą lepsze czasy. Ten "fakt w moim sercu", jak napisała Keller w drugiej części swojego eseju z 1903 roku, znalazł odzwierciedlenie w "optymizmie zewnętrznym", czyli przeświadczeniu, że stan świata stale
się poprawia -?materialnie, społecznie i duchowo. Ten postęp, jak
sugeruje, jest widoczny w "literaturze, filozofii, religii i historii".
Trzecia część jej tekstu, zatytułowana Praktyka optymizmu, rozpoczyna
się od stwierdzenia, że "sprawdzianem wszystkich przekonań jest ich
praktyczny wpływ na życie". Optymizm, jak twierdzi Keller, "popycha
świat do przodu, a pesymizm go hamuje". Pesymizm narodu, podobnie jak
jednostki, "zabija instynkt, który popycha ludzi do walki z ubóstwem,
ignorancją i przestępczością, i wysusza wszystkie źródła radości na
świecie". Optymizm natomiast jest "wiarą, która prowadzi do osiągnięć".
Bez niego nic nie może stać się lepsze.
Opis mocy, skutków i praktyki optymizmu przedstawiony przez Keller u progu XX stulecia wciąż jest aktualny. Jej Bóg nie obiecuje lepszego
świata z boskiego nakazu -?zamiast tego do praktycznych działań prowadzą
pozytywne myśli, które On inspiruje. Być może jej Ameryka jest
najwspanialszym krajem, jaki kiedykolwiek istniał na ziemi, ale Keller
ostrzega przed "niebezpiecznym optymizmem wynikającym z ignorancji i obojętności". Optymista może wierzyć, że świat zasadniczo jest dobrym i sprawiedliwym miejscem, ale mimo to musi zobowiązać się, że będzie
dostrzegał i eliminował wszelkie istniejące cierpienie.
Tekst Keller był wytworem swoich czasów. W ciągu ostatniego stulecia
nasz światopogląd uległ przeobrażeniom: tam, gdzie Keller miała wiarę,
patriotyzm i przeznaczenie, my mamy psychologię, filozofię i przewidywania. Jednak jej obawy znajdują odzwierciedlenie na kartach
niniejszej książki i dlatego, 120 lat później, zdecydowałem się nadać
swojemu tekstowi taką samą strukturę, jaką ma jej esej. W pierwszej
części, zatytułowanej Optymizm wewnątrz, przyjrzymy się temu, co wiemy
o naszym własnym, intuicyjnym optymizmie i jego znaczeniu dla nas. W części drugiej, noszącej tytuł Optymizm na zewnątrz, zadamy pytanie,
czy istnieje racjonalna, intelektualna podstawa, aby oczekiwać od świata
tego, co najlepsze. W trzeciej części, Optymizm w świecie, przyjrzymy
się naszej zdolności do przewidywania tego, co nas czeka, i zmieniania
tego na lepsze.
Pułapki i zagrożenia
Pomimo całego tego gadania o sile optymizmu jest w tym wszystkim pewien
problem. Optymizm kojarzy się z nieoczekiwanymi zwycięstwami,
przenoszeniem gór i triumfem nad przeciwnościami losu, ale także z niedotrzymanymi obietnicami, nieosiągalnymi celami i niespełnionymi
marzeniami. Nasza koncepcja optymizmu opiera się na pozytywnych
oczekiwaniach wobec przyszłości -?choć nie zawsze tak było, jak
przekonamy się poniżej -?i oczywiście nigdy nie jesteśmy w stanie
dowieść, że oczekiwania te są uzasadnione, zanim się spełnią. Kiedy
wszystko idzie dobrze, chwalimy optymizm naszych przywódców
politycznych, społecznych i gospodarczych jako inspirujący; gdy sprawy
przybierają gorszy obrót, lekceważymy go jako pobożne życzenia.
Wiele osób próbowało to naprawić, wyjaśniając, jak należy zmodyfikować
czy też może okiełznać optymizm, aby uczynić go bardziej
zdyscyplinowanym. Wpisy na blogach, artykuły i wywiady oferują bogactwo
wariantów tego tematu: "optymizm warunkowy", "optymizm nieokreślony",
"optymistyczny nihilizm", "tragiczny optymizm", "optymizm metafizyczny",
"optymizm pragmatyczny", "optymizm racjonalny", "optymizm złożony",
"optymizm epistemologiczny", "optymizm apokaliptyczny" i tak dalej, aż
do znudzenia.
Niektóre z tych sformułowań mają swoje zastosowanie, ale ostateczny
rezultat jest zdecydowanie skromny. Lepiej jest zaakceptować fakt, że
optymizm jest nierealistyczny, ale mimo to działa na naszą korzyść. W końcu co oznacza "nierealistyczny"? Można by odwrócić sytuację i zapytać, ile z rzekomo realistycznych oczekiwań wobec świata jest
faktycznie realistycznych, biorąc pod uwagę głęboką niepewność, w obliczu której stoimy. Gdybyśmy zastosowali ten sam rodzaj językowej
sztuczki, zaczęlibyśmy mówić o "fałszywym" lub "egoistycznym" realizmie,
"fatalistycznym" lub "leniwym" realizmie albo wręcz o "bzdurnym
realizmie".
Często po prostu nie rozumiemy wystarczająco dobrze wyzwań, przed
którymi stoimy, takich jak zmiany klimatyczne, przewroty społeczne czy
sztuczna inteligencja, abyśmy mogli być "realistyczni". Częściej mamy do
czynienia z wieloma możliwymi rezultatami -?stopniami ocieplenia,
odcieniami niepokojów społecznych, zastosowaniami i nadużyciami
technologii -?nad którymi mamy różny zakres kontroli. Nie oznacza to, że
nie wiemy nic: opracowaliśmy wiele zaawansowanych metod oceny naszej
obecnej sytuacji i scenariuszy na przyszłość. Możemy i powinniśmy nadal
doskonalić nasze umiejętności modelowania i przewidywania tego, co nas
czeka. Powinniśmy jednak również zaakceptować fakt, że nie wiemy
wszystkiego i nie możemy wiedzieć wszystkiego: przyszłość jest
nieuchwytna.
Taka od zawsze jest kondycja człowieka i dysponujemy narzędziami
poznawczymi, aby sobie z nią radzić. Nasze mózgi są wynikiem milionów
lat ewolucji. Nie oznacza to, że wszystkie sposoby funkcjonowania
naszego umysłu są idealnie dostosowane do wyzwań współczesności, ale
nierozsądnie byłoby lekceważyć naszą intuicję i wyobraźnię, a także nasz
intelekt. Jeśli chcemy, aby jutro świat był lepszy niż dzisiaj, musimy
najpierw oczekiwać, że tak będzie. Następnie musimy wyobrazić sobie, jak
może wyglądać ta lepsza przyszłość. I wreszcie musimy zadbać o to, aby
tak się stało.
Jednym ze sposobów uzasadnienia optymizmu jest uznanie, że są rzeczy,
których nie wiemy, że niektóre z tych niewiadomych są pozytywne i że
mamy pewną zdolność do kierowania się w stronę tych pozytywów. Optymizm
zachęca nas do poszukiwania tych pozytywnych aspektów. Jeśli natomiast w żaden sposób nie oczekujemy, że nasze życie może się polepszyć, nie mamy
motywacji, aby w jego poprawę włożyć wysiłek i przemyślenia, wobec czego
rozwiązania pozostają nieodkryte. Porażka staje się samospełniającą się
przepowiednią.
Jest pewna przypowieść, która doskonale ilustruje tę sytuację.
Dziewiętnastowieczni podróżnicy zauważyli, że rosyjscy chłopi mają
nowatorski sposób na utrzymanie świeżości mleka w warunkach braku
lodówki: wrzucali do niego żabę4. Niezależnie od tego, czy było to
prawdą, ludowa opowieść opisuje losy dwóch takich żab umieszczonych w sąsiednich dzbanach. Jedna z nich, stwierdziwszy, że nie da się wydostać
z naczynia, rozpacza nad swoim losem i wkrótce tonie. Jej bardziej
zdeterminowana towarzyszka jednak nie przestaje miotać się i walić na
oślep kończynami, aż w końcu ubija mleko na masło, dzięki czemu jest w stanie wyskoczyć na wolność.
Pierwsza żaba wpadła w "pułapkę pesymizmu": ponieważ nie widzi żadnego
wyjścia z trudnej sytuacji, po prostu się poddaje, a jej zguba staje się
samospełniającą się przepowiednią. Druga żaba natomiast, mimo że również
nie widzi żadnej możliwości ucieczki, nie przestaje walczyć, dzięki
czemu natrafia na rozwiązanie, którego nie mogła przewidzieć na
początku. Ta druga żaba jest optymistką.
Pułapki pesymizmu są wszechobecne w życiu człowieka: praca, o którą się
nie starasz, ponieważ nie masz na nią szans; osoby, które uważasz za
zbyt atrakcyjne dla siebie, więc nigdy nie zaprosisz ich na randkę; gry,
w które nie grasz, więc nigdy nie wygrywasz. Z tego punktu widzenia nie
jest zaskakujące, że optymiści odnoszą większe sukcesy niż pesymiści w niemal każdym aspekcie życia. Zazwyczaj osiągają lepsze wyniki w szkole
i pracy, mają silniejsze relacje z rodziną i przyjaciółmi oraz są
bardziej odporni na stres finansowy, psychiczny i fizyczny. To banalne
stwierdzenie, ale osiemdziesiąt procent sukcesu to po prostu się zjawić.
Tracisz każdy strzał, którego nie oddajesz.
Chociaż doskonale zdajemy sobie sprawę z pułapek pesymizmu w naszym
własnym życiu, często trudniej jest nam uniknąć ich w szerszym świecie.
Badania pokazują, że Amerykanie wykazują znacznie większą wiarę we
własną pomyślność niż pomyślność swojego państwa, są również coraz
bardziej pesymistycznie nastawieni wobec przyszłości -?szczególnie
młodzi ludzie, którzy będą musieli w tym kraju żyć. Podobne badanie
przeprowadzone w grudniu 2019 roku na grupie 12 000 Europejczyków
wykazało, że 58% respondentów pozytywnie oceniało swoją przyszłość, ale
tylko 42% miało takie samo zdanie na temat przyszłości swoich
państw5. Co ciekawe, w krajach zamożnych często występuje
rozbieżność między oczekiwaniami osobistymi a społecznymi, tzw. luka
optymizmu; tendencja ta jest mniej widoczna w krajach biedniejszych.
Oczywiście przed nami poważne wyzwania i trudne czasy. Jeśli jednak
chodzi o, powiedzmy, zmiany klimatyczne, jesteśmy w lepszej sytuacji niż
żaby, ponieważ znamy rozwiązanie problemu: eliminacja emisji dwutlenku
węgla. Wiemy też, jak to osiągnąć: zaproponowano rozwiązania dla każdego
możliwego aspektu tego problemu. Jeśli jednak nie wierzymy, że możemy
coś zmienić, nie będziemy działać w sposób, który zaowocuje zmianą -?co
sprawi, że pokornie zaakceptujemy wszystko, co przyniesie przyszłość, a nie ma powodu, aby oczekiwać, że będzie ona pozytywna. Wręcz przeciwnie,
prawdopodobnie będzie tragiczna. Luka optymizmu przekształci się w pułapkę pesymizmu. Podobnie jak pierwsza żaba w dzbanku z mlekiem,
zrezygnujemy z ucieczki.
Luka optymizmu i pułapka pesymizmu stanowią realne zagrożenie dla naszej
zdolności do rozwiązywania prawdziwych i palących problemów naszych
czasów. Pozbawiają nas motywacji potrzebnej do poszukiwania rozwiązań i woli, aby je wcielać w życie. Młodzi ludzie potrzebują zapewnienia, że
przyszłość jest nadal w ich zasięgu; starsi muszą walczyć z bezwładnością, która popycha nas w kierunku pesymizmu. Znalezienie tych
rozwiązań będzie wymagało pomysłowości i wysiłku oraz przede wszystkim
chęci ich poszukiwania -?nawet jeśli na początku nie wiemy, jakie one są
ani gdzie ich szukać.
24 maja 1963 roku amerykański pisarz i działacz na rzecz praw
obywatelskich James Baldwin udzielił wywiadu telewizyjnego swojemu
koledze, psychologowi Kennethowi Clarkowi. Miało to być szerokie
omówienie ruchu na rzecz praw obywatelskich po burzliwych miesiącach,
podczas których protesty w Birmingham w stanie Alabama -?uważanym za
najbardziej segregacyjne miasto w Ameryce -?zostały stłumione przy
użyciu sikawek strażackich, psów policyjnych i masowych aresztowań.
Jednym z aresztowanych był Martin Luther King, którego słynny "List z więzienia w Birmingham" stanowił argument za nieposłuszeństwem
obywatelskim w obliczu niesprawiedliwych praw.
Wcześniej tego samego majowego dnia Baldwin, Clark i inni aktywiści
zostali zaproszeni na spotkanie z Robertem Kennedym, ówczesnym
prokuratorem generalnym Stanów Zjednoczonych. Spotkanie miało burzliwy
przebieg, a obie strony wyszły ze studia sfrustrowane i sceptycznie
nastawione do możliwości osiągnięcia porozumienia. Wydaje się, że to
doświadczenie ciążyło na Baldwinie i Clarku podczas wywiadu
telewizyjnego: obaj są przygnębieni, zmartwieni. Wrażenie to potęguje
dym z papierosów, który unosi się wokół nich. Baldwin odpowiada na
pierwsze pytanie Clarka dotyczące jego doświadczeń edukacyjnych, po czym
nagle przechodzi do brutalności, z jaką potraktowano protestujących w Birmingham, skupiając się w szczególności na incydencie, gdy pięciu
policjantów powaliło na ziemię kobietę, a jeden z nich przydusił kolanem
jej szyję. W końcu Clark pyta: "Jim, jak widzisz przyszłość naszego
narodu w głębi swojego serca? [...] Co widzisz? Jesteś zasadniczo
optymistą? Czy pesymistą?". "Cóż, cieszę się i jednocześnie żałuję, że
zadałeś mi to pytanie. Postaram się odpowiedzieć na nie jak najlepiej -
odrzekł Baldwin. -?Nie mogę być pesymistą -?powiedział, wzruszając
ramionami -?ponieważ żyję. Bycie pesymistą oznacza, że zgadzasz się, iż
życie ludzkie jest kwestią akademicką. Jestem więc zmuszony być
optymistą. Jestem zmuszony wierzyć, że przetrwamy wszystko, co przetrwać
musimy".
Siedzący tego dnia w studiu telewizyjnym Baldwin i Clark nie mogli tego
przewidzieć, ale rok 1963 okazał się przełomowy dla ruchu na rzecz praw
obywatelskich w Stanach Zjednoczonych. Po ich spotkaniu Kennedy nakazał
FBI zintensyfikować inwigilację Baldwina i innych aktywistów na rzecz
praw ludności czarnoskórej, ale jednocześnie stał się bardziej
przychylny ich sprawie. Baldwin opublikował książkę Następnym razem
pożar6, która spotkała się z pozytywnym odbiorem czytelników
dzięki przesłaniu, że choć jest ich garstka, aktywiści być może zdołają
położyć kres rasowemu koszmarowi i zmienić historię świata. Pod koniec
sierpnia tego roku Martin Luther King wygłosił słynne przemówienie "I Have a Dream" ("Mam marzenie"), jedno z najbardziej optymistycznych
wystąpień w historii. Walka o prawa obywatelskie trwała nadal -?po
przemówieniu Kinga szybko doszło do brutalnych aktów przemocy ze strony
zwolenników supremacji białej rasy -?ale otworzyła się droga naprzód,
której wcześniej nie było widać.
Baldwin miał rację: życie ludzkie nie jest kwestią akademicką.
Odpowiedzi na pytania o to, czego możemy oczekiwać od życia, w jakim
świecie żyjemy i co możemy zrobić, aby kształtować przyszłość -?mimo że
pytania te są przedmiotem dyskusji od tysiącleci -?nie leżą w gestii
rozumowania, ale przekonania, determinacji i wiary. Żyjemy u progu
doniosłych zmian, być może kryzysu. Jak ujął to inny działacz
polityczny, Włoch Antonio Gramsci, w liście napisanym w jednym z więzień
Mussoliniego: "Stary świat umiera, a nowy rodzi się w bólach; teraz jest
czas potworów".
Obecnie, podobnie jak wtedy, stary świat umiera. Naszym zadaniem jest
pomóc nowemu światu się narodzić i dopilnować, by jego akuszerką nie
były potwory. Nie ma to być świat idealny, ale lepszy, zrodzony nie
tylko z akademickich cnót rozumu, intelektu i planowania, ale także z irracjonalnych cnót wiary, wyobraźni i możliwości: z optymizmu.
Rozdział 1. Optymistyczna małpa
Rozdział 1
Optymistyczna małpa
Dlaczego jesteśmy z natury optymistami?
Dlaczego kurczak przeszedł przez ulicę? Ponieważ wierzył, że może dostać
się na drugą stronę.
Trudno powiedzieć, czy kurczak jest optymistą. Nie można go przecież
zapytać o to, czy szklanka wody jest w połowie pełna, czy w połowie
pusta. Można jednak wielokrotnie pokazywać pisklęciu białą kartę przed
miską smacznych robaczków i czarną kartę przed pustą miską. Gdy pisklęta
nauczą się wybierać białą kartę, pokazuje się im szarą kartę. Pisklęta,
które natychmiast kierują się w stronę szarej kartki, uznaje się za
optymistów. Najwyraźniej dochodzą one do wniosku, że kartka jest
bardziej biała niż czarna -?co odpowiada postrzeganiu szklanki jako w połowie pełnej, a nie w połowie pustej. Na tej podstawie można
stwierdzić, że większość kurcząt rzeczywiście jest optymistami.
Kurczaki nie są jedynymi zwierzętami wykazującymi tego rodzaju
"stronniczość osądu". Pierwsze tego typu testy przeprowadzono na
początku XXI wieku na szczurach, które nauczyły się, że przesunięcie
dźwigni po usłyszeniu jednego sygnału dźwiękowego skutkuje dostarczeniem
pokarmu, natomiast przestawienie dźwigni w odpowiedzi na inny dźwięk
wywołuje jedynie nieprzyjemny biały szum. Od tego czasu naukowcy
dostosowali ten rodzaj testu "niejednoznacznego bodźca" do wielu różnych
gatunków zwierząt i wypróbowali wiele wariantów, aby zbadać wpływ
różnych środowisk i doświadczeń. Im więcej eksperymentów przeprowadzają,
tym dłuższa i bardziej ezoteryczna staje się lista ich odkryć: psy
lewołapne są bardziej "pesymistyczne" niż te, które preferują prawą
łapę. Szpaki europejskie stają się bardziej "optymistyczne", jeśli mogą
się kąpać, kiedy tylko chcą. Krowy uczą się szybciej, gdy dmucha się na
nie powietrze, niż gdy poddaje się je wstrząsom elektrycznym. Świnki
miniaturowe szybciej opanowują testy niż świnie hodowlane, ale nie są
przez to bardziej pozytywnie nastawione do życia. Owce, którym podaje
się leki wywołujące stres, nie stają się bardziej pesymistyczne. Delfiny
butlonose są bardziej optymistyczne, jeśli pływają synchronicznie z innymi przedstawicielami swojego gatunku. A łyk cukru sprawia, że
trzmielom świat wydaje się słodszy.
Może to brzmieć jak zbiór zupełnie losowych odkryć, ale badania te są
traktowane bardzo poważnie. Poszukuje się w nich wskazówek dotyczących
związku między optymizmem a samopoczuciem badanych zwierząt, dlatego są
one tak zróżnicowane: różne gatunki mają różne wymagania dotyczące
dobrego życia. Na przykład szwedzki zespół, który przeprowadził badania
na kurczakach, chciał dowiedzieć się, czy ptaki wychowane w stymulującym
otoczeniu pozostają bardziej pozytywne w sytuacjach stresowych niż te
wychowane w bardziej sterylnych warunkach, co ma oczywiste implikacje
dla ich dobrostanu w kontekście rolniczym (okazało się ostatecznie, że
tak7). Ogólny wniosek jest taki, że warunki życia zwierząt
kształtują ich skłonność do wybierania "optymistycznej" drogi.
Stresowane zwierzęta -?mrówki poddane łagodnym wstrząsom elektrycznym,
szczury żyjące w ciągle zmieniającym się środowisku, porzucone i pozostawione same sobie psy -?są zazwyczaj mniej optymistyczne, podczas
gdy te żyjące w bogatym otoczeniu lub które niedawno dostały
nieoczekiwaną nagrodę, skłonne są widzieć (lub lizać, wąchać i tak
dalej) pozytywną stronę życia.
Czy to naprawdę optymizm w rozumieniu człowieka? Jak sugeruje powyższa
lista, zwierzęta działają zgodnie z własnymi, wysoce specyficznymi dla
gatunku motywacjami i trudno je porównać z ludzkimi. Ale ponieważ ludzie
również są zwierzętami, wydaje się rozsądne założenie, że nasz optymizm
jest kolejną odmianą tego samego motywu, być może odzwierciedlającą
nasze wymagania dotyczące dobrego samopoczucia.
Jeśli tak, można by się spodziewać, że pojawi się to u naszych bliższych
ewolucyjnych krewnych. I rzeczywiście, kapucynki, marmozety i makaki
wykazują skłonność do "stronniczości osądu" w testach z niejednoznacznymi bodźcami. Mniej jest dowodów w przypadku naszych
najbliższych krewnych, małp człekokształtnych, ponieważ badania te są
skomplikowane pod względem etycznym i praktycznym, zatem zazwyczaj
bardzo ograniczone. Niemniej jednak istnieją pewne sugestywne, choć
wstępne, wyniki. Na przykład badanie z udziałem trzech szympansów
sugerowało, że ich optymizm był związany z silnie patriarchalną
strukturą społeczną i przez nią wzmacniany: Nicky, samiec dominujący,
był najbardziej pozytywnie nastawiony, podczas gdy ET, jedyna samica,
była najbardziej pesymistyczna.
Wydaje się więc, że optymizm w podstawowej, ale rozpoznawalnej formie
jest powszechny w całym królestwie zwierząt i silnie związany z dobrostanem. Ale dlaczego? Dlaczego lepiej jest mylić się w stronę
pozytywną? Czy nie byłoby lepiej dla zwierzęcia -?albo dla człowieka -
dokonać jak najdokładniejszej oceny sytuacji, a następnie odpowiednio
zareagować? Być może byłoby lepiej. Problem polega jednak na tym, że
niezwykle precyzyjna ocena sytuacji nie zawsze jest możliwa, a ściślej
mówiąc: zazwyczaj nie jest możliwa.
Wyobraź sobie, że jesteś myszą. Podobnie jak większość małych ssaków,
szybko spalasz energię, więc musisz często jeść. Jeśli nie będziesz jeść
przez kilka dni, umrzesz z głodu. Twój problem polega na tym, że podczas
poszukiwania pożywienia spalasz jeszcze więcej energii. Jeśli zatem
opuścisz swoją przytulną norę w poszukiwaniu nasion, ale nie znajdziesz
ich wystarczająco dużo, wrócisz do domu w gorszym stanie niż przed
wyjściem. Skąd wiesz, kiedy należy wyruszyć na poszukiwanie pożywienia?
Jeśli będziesz wychodzić przy każdej okazji, zmarnujesz dużo energii.
Możesz nawet przypłacić to życiem. Zarazem nie możesz po prostu siedzieć
w norze przez cały czas: jeśli będziesz zwlekać z wyruszeniem na
poszukiwanie pożywienia, w końcu staniesz się zbyt słaby, aby cokolwiek
znaleźć. Zatem: czy powinieneś wychodzić przy każdej okazji i ryzykować
wyczerpanie, czy pozostać w domu na zawsze i stawić czoła nieuchronnej
śmierci głodowej?
Oczywiście właściwa odpowiedź leży gdzieś pomiędzy tymi dwiema
skrajnościami. Ale gdzie dokładnie?
W idealnym świecie byłbyś w stanie dokładnie ocenić sytuację, wiedząc
wszystko, co trzeba, o dojrzałości ziarna, ukształtowaniu terenu,
zwyczajach kota z sąsiedztwa i tak dalej. Rozważyłbyś za i przeciw,
ocenił widoki na powodzenie w sytuacji narastającego głodu. Jeśli szanse
na zdobycie większej ilości kalorii niż potrzebna do tego energia będą
większe niż pięćdziesiąt procent, wychodzisz i jesz. Jeśli mniejsze,
siedzisz w domu.
W prawdziwym świecie jednak nic nie jest tak jednoznaczne. Nie wiesz,
ile jedzenia jest jeszcze dostępne (może inne myszy cię wyprzedziły?),
czy żyzne poletko, które znalazłeś podczas ostatniej wyprawy, jest nadal
dostępne ani czy kot sąsiadów nie zmienił trasy swoich łowów. Zostać czy
iść? To kwestia oceny sytuacji8. Ten dylemat został
uproszczony w eksperymentach niejednoznacznego bodźca do postaci szarej
kartki dla kurcząt.
Biorąc pod uwagę wszystkie te niepewne zmienne, czasami na pewno
podejmiesz złą decyzję. Chodzi o to, by podejmować więcej dobrych
decyzji niż złych. Jeśli jesteś na wpół wygłodniały -?czy to dlatego, że
nieustannie marnujesz energię na bezowocne poszukiwania pożywienia, czy
też dlatego, że zbyt rzadko wychodzisz, aby się odpowiednio odżywić -
nie uda ci się przyciągnąć partnera, zapewnić pożywienia potomstwu ani
uciec przed drapieżnikami. Zarówno zbytnia lekkomyślność, jak i nadmierna nieśmiałość prowadzą do wyginięcia. Działająca przez miliony
pokoleń naturalna selekcja zmusi cię do udoskonalenia umiejętności
podejmowania decyzji, czy wyjść na zewnątrz, czy nie.
Podstawowym założeniem teorii zarządzania błędami jest, że gatunek staje
się ekspertem w zarządzaniu tymi rodzajami błędów, które mogą prowadzić
do utraty energii. Może nawet popełniać więcej błędów, ale będą one
mniejsze, a ich suma mniej poważna. W artykule z 2006 roku psychologowie
behawioralni Martie Haselton i Daniel Nettle wykorzystali to
rozumowanie, argumentując, że nieproporcjonalnie korzystne jest
preferowanie działania, gdy koszty porażki są niskie (trochę
zmarnowanego wysiłku poświęconego na poszukiwanie pożywienia) w porównaniu z korzyściami płynącymi z sukcesu (dużo pysznych kalorii do
spożycia). Podjęcie działania może okazać się lepszym rozwiązaniem,
nawet jeśli szanse na sukces są dość niewielkie, ponieważ jeśli nasze
szacunki są zbyt ostrożne, ale mimo to podejmujemy działanie, możemy
korzystać z okazji, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy.
To wyjaśnia podstawową logikę "optymistycznego" zachowania. Czy ma to
zastosowanie w przypadku ludzi, którzy -?z całym szacunkiem dla myszy -
muszą radzić sobie w znacznie bardziej złożonych sytuacjach? Być może u podstaw naszego optymizmu leży zachęcanie nas do działania, gdy sytuacja
wymyka się racjonalnej ocenie. W takich okolicznościach skłonność do
pozytywnego myślenia może przynieść nieoczekiwane korzyści. Można by
oczekiwać, że optymiści będą aktywnie podejmować ryzyko, z którego
rezygnują ich bardziej pasywni kuzyni, wykorzystując chwilę i zapewniając sobie przewagę. Z całą pewnością tak właśnie zdaje się
działać optymizm w wypadku człowieka -?choć nasz optymizm przybiera
formę charakterystyczną wyłącznie dla ludzi.
Pozytywne złudzenia
Jedną z trudności w zrozumieniu optymizmu jest to, że samo słowo ma
wiele nieco różnych znaczeń. Zacznijmy więc od definicji słownikowej,
zgodnie z którą optymizm to: "skłonność do interpretowania działań i wydarzeń w najbardziej korzystny sposób, dostrzegania przede wszystkim
dodatnich stron życia, widzenia wszystkiego w najkorzystniejszym
świetle, pozytywnego oceniania rzeczywistości, przewidywania najbardziej
pomyślnego biegu wydarzeń". Fakt, iż definicja ta brzmi tak prosto,
świadczy o tym, jak wyrafinowane są nasze mózgi, ponieważ w rzeczywistości oznacza ona niezwykłe zdolności do rozumowania,
wyobrażania sobie i planowania.
Owo "dostrzeganie dodatnich stron" wymaga od nas wyobrażenia sobie
scenariusza, który pasuje do faktów i ma sens z punktu widzenia motywów
wszystkich zaangażowanych osób. "Przewidywanie" zakłada wyobrażenie
sobie, jak przyszłość może ewoluować z teraźniejszości, w oparciu
wyłącznie o nasze dotychczasowe doświadczenia funkcjonowania świata i wszelkich zmian w tym funkcjonowaniu, jakie jesteśmy w stanie sobie
wyobrazić. A implikacja "pomyślnego biegu wydarzeń" oznacza, że możemy
wyobrazić sobie wiele scenariuszy i wiele wyników -?wiele "możliwych
światów" -?a następnie ocenić je, aby wybrać ten, który najlepiej
odpowiada naszym skłonnościom i preferencjom.
Każda z tych czynności wymaga niezwykłych zdolności poznawczych, ale są
one dla nas tak naturalne, że często nie zdajemy sobie sprawy z ich
wykorzystania. Tak naprawdę trudno nam ich nie używać. Jeśli zapytasz
ludzi, czy szklanka wody jest w połowie pełna, czy w połowie pusta,
zazwyczaj nie udzielą ci jednoznacznej odpowiedzi. Samo w sobie pytanie
jest nudne, a nawet bezsensowne. Małe dzieci mogą zacząć skrupulatnie
mierzyć poziom wody w szklance, ale starsze i dorośli zdają sobie
sprawę, że to sprawdzian, i próbują znaleźć logiczne uzasadnienie swojej
odpowiedzi: jeśli woda do szklanki została dopiero co nalana, to
szklanka jest w połowie pełna, ale jeśli wcześniej była pełna, a ty z niej piłeś, to jest w połowie pusta. Thinkfluencerzy na LinkedInie
zmieniają perspektywę patrzenia na problem: tak naprawdę chodzi o decyzję: napełnić szklankę czy ją opróżnić. Żartownisie komentują:
"Optymista mówi, że szklanka jest w połowie pełna, pesymista, że w połowie pusta. A kiedy się kłócą, realista wszystko wypija".
Psychologowie z pewnością nie oceniają optymizmu ludzi, pokazując im
szklankę wypełnioną do połowy wodą. Jak więc to robią? Cóż, przez długi
czas po prostu nie zajmowali się tym problemem.
Zaczął Sigmund Freud, sugerując, że tylko osoby o słabej psychice
potrzebują łagodzić swoje niepokoje irracjonalnymi przekonaniami. Wiara,
że wszystko ułoży się jak najlepiej, na przykład dzięki boskiej
opatrzności, może być pocieszeniem dla przesądnych i nieszczęśliwych,
ale osoby wykształcone i silne psychicznie będą brały świat takim, jaki
jest. Jeśli ludzie uparcie trzymają się złudnych przekonań w obliczu
sprzecznych dowodów, należy ich uznać za osoby z zaburzeniami
urojeniowymi, potencjalnie wymagające leczenia psychiatrycznego.
Takie podejście dominowało w myśleniu psychologów w pierwszej połowie XX
wieku, ale prowadzone w latach sześćdziesiątych tego stulecia badania
konsumenckie wykazały, że większość ludzi oczekiwała, iż ich życie
będzie przebiegało znacznie spokojniej, niż wskazywałyby na to wszelkie
przesłanki. Okazało się, że przekonania te podzielało wiele osób
prowadzących całkowicie bezproblemowe życie. Twierdzili, że istnieje
niewielkie prawdopodobieństwo, że ulegną wypadkowi samochodowemu lub
zachorują na raka; przewidywali, że zmiany polityczne, gospodarcze i społeczne będą przebiegać zgodnie z ich oczekiwaniami; wyrażali nawet
całkowicie nieuzasadnioną pewność w odniesieniu do takich zupełnie
przypadkowych wydarzeń jak wyciągnięcie konkretnej karty z przetasowanej
talii.
Powszechność tych przekonań -?przemianowanych na dobrze brzmiące
"pozytywne złudzenia" -?była dla badaczy zagadkowa. Czy jest możliwe,
aby prawie wszyscy mieli łagodne urojenia? Zjawisko to wywołało wiele
dyskusji, ale dopiero w 1980 roku ktoś podjął jego pierwsze prawdziwe
badania.
Neil Weinstein, wówczas młody psycholog z Uniwersytetu Rutgersa,
poprosił ludzi o ocenę prawdopodobieństwa doświadczenia przez nich
różnych złych sytuacji, takich jak rozwód, zwolnienie z pracy lub napad.
Wprowadzając odpowiedzi do kart perforowanych, które były wówczas
technologią służącą do przetwarzania danych, zauważył coś dziwnego:
"Wszystkie odpowiedzi znajdowały się poniżej średniej skali".
Zaintrygowany Weinstein poprosił łącznie 130 studentów o ocenę
prawdopodobieństwa wystąpienia 18 pozytywnych i 24 negatywnych wydarzeń
życiowych (między innymi ukończenie studiów, osiągnięcia zawodowe,
małżeństwo, rozwód, choroba). Ważnym elementem jego eksperymentu było
to, że poprosił uczestników o porównanie siebie z innymi, a nie ze
statystycznym prawdopodobieństwem wystąpienia danego zdarzenia. Jak
wykazały badania konsumenckie, ludzie konsekwentnie przeceniają swoje
szanse na szczęście i nie doszacowują prawdopodobieństwa nieszczęścia.
Jednak niewiele osób ma dobre rozeznanie w prawdopodobieństwie
zachorowania na raka lub uczestniczenia w wypadku samochodowym. Dokładne
oszacowanie ryzyka wystąpienia tych zdarzeń wymaga wielu danych i wiedzy
aktuarialnej.
Zarazem odpowiedź na pytanie o to, gdzie w swojej ocenie ludzie plasują
się w porównaniu z innymi, nie wymaga żadnej obiektywnej oceny
prawdopodobieństwa. Test Weinsteina mierzył więc, czy jego studenci
naprawdę z optymizmem podchodzili do swoich perspektyw życiowych, a nie
to, jak słabo radzili sobie z odgadywaniem zmiennych statystycznych. I rzeczywiście tak było: wierzyli, że mają ponadprzeciętne szanse na
doświadczenie pozytywnych wydarzeń życiowych, a ryzyko wystąpienia złych
rzeczy -?poniżej średniej. W ocenie tych wydarzeń występowały jednak
znaczne różnice. Na przykład jeśli chodzi o posiadanie własnego domu,
optymistycznych odpowiedzi było około sześciu razy więcej niż
pesymistycznych, ale na pytanie o ukończenie szkoły z wynikiem w pierwszej trójce odpowiedzi optymistycznych występowało niewiele więcej
od pesymistycznych. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie wydawali się bardziej
optymistyczni, gdy postrzegali wynik jako bardziej pożądany, prozaiczny
lub możliwy do kontrolowania.
Poziom optymizmu utrzymywał się nawet wtedy, gdy Weinstein próbował
sprowadzić respondentów na ziemię. Poprosił członków jednej z grup, aby
wyjaśnili, dlaczego tak, a nie inaczej ocenili swoje szanse, następnie
pokazał im wyjaśnienia innych uczestników, po czym ponownie
przeprowadził tę samą ankietę. Chodziło o to, aby uzmysłowić studentom,
że nie są tak wyjątkowi, jak im się wydawało. Rzeczywiście podczas
ponownego badania stali się bardziej rozważni i umiarkowani w swoich
odpowiedziach, ale nadal twierdzili, że są mniej narażeni na negatywne
wydarzenia niż przeciętna osoba.
W ciągu dziesięcioleci od pionierskich eksperymentów Weinsteina setki
kolejnych badań -?wykorzystujących różne metodologie i definicje
"optymizmu" -?potwierdziły, że ludzie mają ogólną skłonność do
przeceniania swoich szans na szczęście i niedoceniania szans na
nieszczęście. Niechciana ciąża, konsekwencje palenia tytoniu,
zachorowanie na raka, rozstanie, trzęsienia ziemi, wypadki samochodowe,
a nawet skażenie radonem -?wykazano, że ludzie są nierealistycznie
optymistyczni w odniesieniu do wszystkich tych i wielu innych sytuacji.
Dotyczy to również bardziej przyziemnych wydarzeń: uważamy, że wakacje
będą fajniejsze niż w rzeczywistości, i oczekujemy więcej przyjemnych
chwil -?smacznych, obfitych posiłków, świetnych wieczornych wyjść -?niż
faktycznie udaje się nam przeżyć.
Różnica między naszymi oczekiwaniami a rzeczywistością to nadmierny
optymizm, nazywany również iluzją optymizmu. Setki badań potwierdzają,
że iluzja optymizmu jest powszechna, niezależnie od płci, rasy,
narodowości czy wieku. "Nawet eksperci wykazują zaskakująco
optymistyczne nastawienie; prawnicy zajmujący się sprawami rozwodowymi
nie doceniają negatywnych konsekwencji rozwodu, analitycy finansowi
oczekują nierealistycznie wysokich zysków, a lekarze przeceniają
skuteczność swoich metod leczenia" -?pisze neurobiolog Tali Sharot,
która w znacznym stopniu przyczyniła się do popularyzacji tej koncepcji.
Według szacunków Sharot około 80 procent ludzi wykazuje mniejszą lub
większą skłonność do optymizmu, podczas gdy około 10 procent to
realiści, których oceny są zazwyczaj trafne, zaś kolejnych 10 procent to
pesymiści, którzy zwykle oczekują najgorszego. Ta ostatnia grupa jest
niewielka, ale znacząca: obejmuje osoby cierpiące na depresję, dla
których pesymizm jest jednym z kryteriów diagnostycznych. Zrozumienie
tego związku stanowi kluczową motywację dla badań psychologicznych w tej
dziedzinie. Jednak warto zbadać również większą część ludzkości.
Dlaczego większość z nas jest optymistami?
Nierealne oczekiwania
Od tysięcy lat wielcy myśliciele twierdzili, że najlepszym sposobem na
przejście przez życie jest jak najbardziej realistyczne postrzeganie
możliwości i wyzwań -?gdzie realizm oznacza spojrzenie na świat oparte
na dowodach, mocno zakorzenione w logice i racjonalności. To z pewnością
daje największą szansę na przewidzenie tego, co przyniesie przyszłość, i odpowiednie planowanie. Jeśli widzisz zbierające się na niebie burzowe
chmury, nie ubierzesz się tak, jakby dzień miał być słoneczny.
Podstawową zasadą głównego nurtu ekonomii jest to, że dokładna ocena
wszystkich informacji stanowi idealny sposób na maksymalizację zysków i minimalizację ryzyka. Założenie, że realizm jest najlepszym
rozwiązaniem, jest wpisane w wiele sposobów zarządzania społeczeństwami.
Jednak w ostatnich latach coraz wyraźniej widać, że w rzeczywistości nie
przestrzegamy tej zasady -?ani w ekonomii, ani w żadnej innej
dziedzinie. Sposób funkcjonowania naszego umysłu oraz wynikające z niego
decyzje i działania często nie są zgodne z tym, co dyktuje arytmetyka,
twarde dowody i logika. W ciągu ostatniego półwiecza zidentyfikowano
dziesiątki błędów poznawczych dzięki pionierskim pracom Amosa
Tversky'ego i Daniela Kahnemana, spopularyzowanych w bestsellerowej
książce tego ostatniego zatytułowanej Pułapki myślenia. O myśleniu
szybkim i wolnym. Niektóre z nich stały się dobrze znane, takie jak
błąd potwierdzenia -?podświadoma skłonność do wyszukiwania, zapisywania
i zapamiętywania informacji, które potwierdzają nasze własne
uprzedzenia, przy jednoczesnym ignorowaniu lub wypieraniu z pamięci
dowodów sprzecznych. Zobaczymy później, że na podobnej zasadzie
pozostajemy optymistami pomimo życiowych niepowodzeń i porażek: trzymamy
się tych strzępów informacji, które potwierdzają nasze pozytywne
oczekiwania, a ignorujemy te, które tego nie robią.
Używamy również skrótów myślowych -?heurystyki -?aby uniknąć
konieczności rozwiązywania od podstaw skomplikowanych problemów za
każdym razem, gdy się na nie natykamy. Na przykład heurystyka
reprezentatywności skłania nas do myślenia w kategoriach stereotypów:
jeśli powiem ci, że Doreen jest cicha, nieśmiała, schludna i lubi
swetry, najprawdopodobniej założysz, że jest bibliotekarką, a nie na
przykład hokeistką. Jak można sobie wyobrazić na podstawie choćby tego
przykładu, heurystyka może również wprowadzać nas w błąd, co może mieć
potencjalnie niepożądane konsekwencje.
Innym przykładem jest heurystyka dostępności, czyli skłonność do
oceniania prawdopodobieństwa zdarzenia na podstawie łatwości, z jaką
przywołujemy je w pamięci. I znowu: może to być przydatne przy
podejmowaniu szybkich decyzji, jednak w dzisiejszym świecie może również
wprowadzać w błąd. Katastrofy lotnicze są niezwykle rzadkie, ale
spektakularne; wypadki samochodowe występują powszechnie, ale zazwyczaj
nie trafiają na nagłówki. W rezultacie ludzie znacznie bardziej boją się
latać, przez co często decydują się na jazdę samochodem, choć jest to
opcja znacznie bardziej niebezpieczna. Oczywiście wiemy, że samolot
stanowi najbezpieczniejszy środek transportu, ponieważ każdy aspekt
lotnictwa jest zaprojektowany tak, aby był jak najbardziej racjonalny i bezpieczny, od szkolenia pilotów po konserwację maszyn. Próbujemy, w sposób jawny lub nie, wyeliminować błąd poznawczy, a wraz z nim ryzyko.
Nie działamy na chybił trafił.
Czy powinniśmy również próbować wyeliminować błąd poznawczy, jakim jest
nastawienie optymistyczne? Niektórzy, szczególnie osoby fetyszyzujące
racjonalność, mają skłonność do uznawania błędów poznawczych za błędy,
które należy wyeliminować. Jest to szczególnie widoczne i uzasadnione w tych dziedzinach, w których pierwszeństwo ma bezpieczeństwo, takich jak
właśnie lotnictwo, ale dotyczy to również takich dziedzin jak ekonomia,
gdzie ludzka skłonność do działania pod wpływem emocji i instynktu -
"duchy zwierzęce" -?była traktowana jako irytujące odstępstwo od tego,
jak w konwencjonalnej teorii powinni zachowywać się ludzie. Jednak takie
abstrakcyjne perspektywy zaciemniają prawdę o relacjach międzyludzkich
występujących w ciągu całego życia człowieka w chaotycznym świecie
rzeczywistym, gdzie informacje rzadko są idealne, a ludzie tym bardziej.
To, co wygląda głupio na papierze lub w laboratorium, w praktyce lub w wiosce może mieć głębszy sens.
Widzieliśmy już, jak optymizm może nam pomóc w prawdziwym świecie:
motywując nas do działania, gdy wynik jest niepewny. W niektórych
sytuacjach teoria zarządzania błędami sugeruje, że istotnie postępowanie
takie może prowadzić do lepszych rezultatów niż kierowanie się
najdokładniejszymi szacunkami. Ale w dłuższej perspektywie działa to
średnio: nasze pozytywne złudzenia z pewnością mogą nas wprowadzić w błąd w każdej sytuacji. Powszechnie przywoływanym przykładem jest błąd
planowania -?lepiej znany wśród moich przyjaciół jako "Dlaczego Sumit
zawsze się spóźnia?". Optymistom takim jak ja trudno wyobrazić sobie, że
cokolwiek może mi stanąć na drodze, gdy przemieszczam się z punktu A do
punktu B -?niezależnie od tego, czy to czynnik negatywny, taki jak korki
na drodze, czy pozytywny, jak na przykład nieoczekiwane spotkanie z przyjacielem -?i dlatego ciągle i wszędzie się spóźniamy. Dzieje się tak
nawet wtedy, gdy wiemy, że zawsze się spóźniamy: potrafimy przyznać, że
w przeszłości byliśmy nazbyt optymistyczni, ale jesteśmy przekonani, że
tym razem jesteśmy realistyczni. Spóźnienia (zazwyczaj) nie kosztują nas
wiele, niezależnie od tego, jak bardzo irytują naszych przyjaciół, więc
nie mamy zbyt wielu powodów, aby poprawić nasze zarządzanie błędami. W rezultacie znów się spóźniamy9.
Dzięki Tesli i SpaceX Elon Musk zrewolucjonizował dwie branże wbrew
oczekiwaniom większości ludzi; zapewnił sobie wynagrodzenie, które
uczyniło go najbogatszym człowiekiem na świecie, i przyciągnął rzesze
fanów (i powiedzmy sobie szczerze: są to chłopcy), mimo tego -?a może
właśnie dzięki temu -?co można łagodnie określić jako idiosynkratyczne
podejście do prowadzenia działalności gospodarczej. "Kto próbowałby
tworzyć [samochody autonomiczne] oraz rakiety, gdyby nie był
patologicznie optymistyczny?" -?pytał retorycznie inwestorów Tesli w 2023 roku. Osiągnął niezwykły sukces pod wieloma względami, wbrew
oczekiwaniom, które wielu uznałoby za całkowicie nierealne. W jego
imperium panuje kult przypominający mocno kult jednostki, zbudowany
wokół optymizmu.
Musk jednak wykazuje również negatywne strony skrajnego optymizmu, w szczególności błąd planowania. Od ponad dziesięciu lat co roku uparcie
twierdzi, że samochody Tesli są już prawie w pełni autonomiczne. W 2018
roku utrzymywał, że SpaceX w następnym roku wyśle ludzi na Księżyc oraz
lądownik na Marsa -?a rakieta nośna jego firmy nawet nie wzbiła się w powietrze. To rzeczywiście staje się patologiczne: samochody Tesli nadal
nie jeżdżą samodzielnie, a SpaceX wciąż nie wysłało ludzi poza niską
orbitę okołoziemską. "Mam problem z czasem -?powiedział podczas walnego
zgromadzenia akcjonariuszy Tesli w 2018 roku. -?Pracuję nad tym, żeby to
poprawić". Czy do 2060 roku wyśle milion ludzi na Czerwoną Planetę, jak
obiecał? Nie postawiłbym na to. Ale powstrzymałbym się również z obstawianiem, że to się z pewnością nie wydarzy.
Prawdopodobnie jednak nie warto stawiać na większość takich
megaprojektów. Wielkie przedsięwzięcia budowlane, od Opery w Sydney po
londyński system połączeń kolejowych Crossrail, są znane z tego, że
często mają opóźnienia i znacznie przekraczają budżet. To samo dotyczy w dużej mierze innych rodzajów megaprojektów, na przykład przebudowy
systemów informatycznych w przedsiębiorstwach lub programów
inżynieryjnych, takich jak opracowywanie nowych samolotów. To bardziej
reguła niż wyjątek: 9 na 10 megaprojektów o budżecie wynoszącym ponad
miliard dolarów przekracza harmonogram lub budżet (a często jedno i drugie), czasami w sposób katastrofalny. Optymistyczne nastawienie
oznacza, iż inżynierowie wyobrażają sobie, że realizacja projektu
przebiegać będzie gładko i bezproblemowo -?i odpowiednio do tego
założenia planują budżet -?zamiast brać pod uwagę rozmaite scenariusze z potencjalnymi trudnościami (oczywiście nie bez znaczenia jest fakt, że
pracują pod presją, aby przedstawić najatrakcyjniejszą ofertę i najszybszy możliwy harmonogram prac).
Tworzymy modele, prognozy i przewidywania właśnie po to, aby uniknąć
tego rodzaju niepowodzeń i ocenić nasze przyszłe perspektywy bardziej
obiektywnie, niż pozwala na to nasza intuicja. Megaprojekty są nadal w fazie rozwoju (nie wspominając już o stylu przywództwa Muska), ale w innych dziedzinach radzimy sobie lepiej. Symulacje komputerowe mówią
nam, czy jutro będzie padać deszcz i o ile wzrośnie globalna temperatura
w ciągu następnego stulecia. Na podstawie badań populacyjnych możemy
oszacować ogólne prawdopodobieństwo zachorowania na raka, a na podstawie
badań genetycznych -?prawdopodobieństwo indywidualne. Aktuariusz może
nam powiedzieć, jak prawdopodobne jest to, że będziemy uczestniczyć w wypadku samochodowym (lub lotniczym). Możemy być skłonni ignorować te
szacunki lub całkowicie im zaprzeczać, ale koniec końców są one właśnie
po to, aby temperować nasze oczekiwania.
Ciągle jednak jest wiele rzeczy, których nie jesteśmy w stanie
przewidzieć. Możemy znać prawdopodobieństwo zachorowania na raka, ale
nadal nie możemy stwierdzić z całą pewnością, czy kiedykolwiek zostanie
u nas zdiagnozowany, a tym bardziej -?kiedy to nastąpi. Jeszcze mniej
jesteśmy w stanie przewidzieć rzadkie zdarzenia, takie jak wypadek
samochodowy (lub lotniczy), czy też wiele innych doświadczeń dnia
codziennego: spotkanie partnera, poczęcie dziecka, znalezienie nowej
pracy. Czy w takich wypadkach warto z optymizmem spoglądać w przyszłość,
zamiast przyjąć wyważone podejście? Okazuje się, że tak.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki