p

Twarze depresji - Anna Morawska-Borowiec

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Twa­rze depre­sji są wśród nas. Jest ich coraz wię­cej. Bywa to twarz dziecka, kobiety, męż­czy­zny, seniora. Depre­sja nie jest wymy­słem gwiazd z pierw­szych stron gazet, jest naj­pow­szech­niej­szą cho­robą psy­chiczną na świe­cie. Może dotknąć każ­dego bez względu na wiek, płeć, wykształ­ce­nie czy zamoż­ność port­fela.

Po 10 latach od wyda­nia książki Twa­rze depre­sji, która uka­zała się nakła­dem wydaw­nic­twa Świat Książki, posta­ram się pod­su­mo­wać to, co zmie­niło się w tym cza­sie, a co jesz­cze wymaga naszej szcze­gól­nej uwagi. Ponad 10 lat temu, jako dzien­ni­karka tele­wi­zyjna i psy­cho­lożka, posta­no­wi­łam pod­jąć temat depre­sji. Zain­spi­ro­wało mnie do tego wyzna­nie Justyny Kowal­czyk o jej walce z depre­sją. Mistrzyni olim­pij­ska w bie­gach nar­ciar­skich opo­wie­działa na łamach "Gazety Wybor­czej" w czerwcu 2014 roku: "Może by się zebrało kil­ka­dzie­siąt nocy, które w tym cza­sie nor­mal­nie prze­spa­łam. Wal­czę ze swoim orga­ni­zmem, z cią­głymi nud­no­ściami, zasłab­nię­ciami, gorącz­kami po 40 stopni, lękami. [...] Bywały takie dni, gdy jedy­nym moim wido­kiem był sufit w pokoju. [...] Tro­chę się nauda­wa­łam przez te bli­sko dwa lata, od kiedy jestem w dole". Kowal­czyk wyznała, że poważne pro­blemy psy­chiczne poja­wiły się u niej, kiedy w zaawan­so­wa­nej ciąży stra­ciła dziecko.

W dniu, kiedy uka­zał się ten wywiad, przy­go­to­wa­łam felie­ton o depre­sji do Pano­ramy w TVP 2. Po pracy wra­ca­łam metrem do domu i jesz­cze raz czy­ta­łam wyzna­nia Justyny Kowal­czyk. W pew­nym momen­cie ode­zwała się kobieta sie­dząca obok mnie:

- Ja też cho­ruję na depre­sję. Nie­raz byłam w szpi­talu psy­chia­trycz­nym, bo pró­bo­wa­łam popeł­nić samo­bój­stwo.

Ode­rwa­łam wzrok od gazety i zoba­czy­łam osobę w wieku mojej mamy. Miała około sześć­dzie­się­ciu lat. Nie wie­dzia­łam, co mam jej powie­dzieć. Słu­cha­łam tylko tego, co mówi:

- Moje życie już nie ma sensu. Byłam fry­zjerką. Pano­wie sza­leli za mną, bo kie­dyś byłam naprawdę piękna. Niech pani popa­trzy, jak ja teraz wyglą­dam. Jestem stara i do niczego się nie nadaję.

Po twa­rzy nazna­czo­nej zmarszcz­kami zaczęły pły­nąć łzy. Pochy­liła siwą głowę. Spo­glą­dała na swoje znisz­czone buty. Poło­ży­łam rękę na jej pomarsz­czo­nej dłoni. Nie byłam w sta­nie nic powie­dzieć. W końcu kobieta ponow­nie się ode­zwała:

- Stra­ci­łam pracę dwa lata przed osią­gnię­ciem wieku eme­ry­tal­nego. Kto mnie teraz zatrudni? Mam żółte papiery i nawet rodzina uważa mnie za wariatkę. Nie wiem, gdzie teraz jestem. Czy może mi pani pomóc dostać się do urzędu dziel­ni­co­wego na Ursy­no­wie?

Nagle odzy­ska­łam głos. Nie zasta­na­wia­jąc się, odpo­wie­dzia­łam:

- Oczy­wi­ście, musimy wysiąść na następ­nej sta­cji.

Po dro­dze kobieta opo­wie­działa mi wzru­sza­jącą histo­rię swo­jego życia. Naj­bar­dziej ude­rzyło mnie stwier­dze­nie - a może ukryta za nim świa­do­mość - że wszy­scy mają ją za "wariatkę". Ja widzia­łam w niej po pro­stu zra­nioną przez życie osobę, która mogłaby być moją mamą. Wtedy posta­no­wi­łam napi­sać książkę Twa­rze depre­sji, by takie osoby jak pani z metra nie wsty­dziły się powie­dzieć o swo­jej cho­ro­bie i popro­sić o pomoc.

Prze­pro­wa­dzi­łam do książki wywiady ze zna­nymi i niezna­nymi oso­bami. Wiele z nich po raz pierw­szy opo­wie­działo o pro­ble­mach psy­chicz­nych. Bar­dzo zanie­po­ko­iły mnie nega­tywne komen­ta­rze i reak­cje, które zda­rzyły się po wyzna­niu Justyny Kowal­czyk. Bałam się, że Polacy nie są przy­go­to­wani na wyzna­nia twa­rzy depre­sji, które mi zaufały i opo­wie­działy o lecze­niu. Pomy­śla­łam wów­czas, że powin­ni­śmy wspól­nie z boha­te­rami książki przy­go­to­wać kam­pa­nię spo­łeczną: "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję.". Myśla­łam, że nasze dzia­ła­nia zakoń­czą się na jed­nej edy­cji kam­pa­nii. Oka­zała się ona tak potrzebna i pozy­tyw­nie oce­niana, że z bie­giem lat stwo­rzy­łam razem z moim mężem Fun­da­cję Twa­rzy Depre­sji, aby­śmy mogli jesz­cze lepiej edu­ko­wać i poma­gać. Fun­da­cja dwa razy w roku orga­ni­zuje kom­pa­nię, pre­zen­tu­jąc kolejne twa­rze depre­sji: dzie­cięcą, senio­ralną, wśród kobiet w ciąży i po poro­dzie, wśród męż­czyzn, wśród pacjen­tów onko­lo­gicz­nych itd.

Przez ostat­nie 10 lat w kam­pa­nię zaan­ga­żo­wało się ponad 60 zna­nych osób cho­ru­ją­cych na depre­sję, wśród nich: Mar­cin Bosak, Doda, Anna Wyszkoni, Paweł Korze­niow­ski, Justyna Święty-Erse­tic, Marek Plawgo i wiele innych. Stali się oni amba­sa­do­rami, któ­rych rola edu­ka­cyjna w prze­ła­my­wa­niu ste­reo­ty­pów i zachę­ca­niu Pola­ków do pra­wi­dło­wego lecze­nia depre­sji poprzez połą­cze­nie far­ma­ko­te­ra­pii i psy­cho­te­ra­pii jest nie do prze­ce­nie­nia. Kam­pa­nię wspie­rają rów­nież amba­sa­do­rzy, któ­rzy nie cho­ro­wali na depre­sję, ale swoim auto­ry­te­tem poma­gają destyg­ma­ty­zo­wać lecze­nie psy­chia­tryczne i pomoc psy­cho­lo­giczną - m.in. Artur Bar­ciś, Paweł Mała­szyń­ski, Wik­tor Zbo­row­ski. W kam­pa­nii bil­l­bo­ar­do­wej stają ramię w ramię z tymi, któ­rzy cho­rują na depre­sję, oka­zu­jąc im wspar­cie i poka­zu­jąc, że nie mamy czego się wsty­dzić, że o zdro­wie psy­chiczne powi­nien dbać każdy z nas na co dzień.

Na okładce nowego wyda­nia Twa­rzy depre­sji widzisz mural kam­pa­nii "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję.". Czte­ry­sta dwa­dzie­ścia metrów kwa­dra­to­wych ściany bloku na war­szaw­skim Ursy­no­wie zdobi dzieło autor­stwa Woj­cie­cha Brewki. To naj­więk­szy mural o tema­tyce zdro­wia psy­chicz­nego w Pol­sce. Powstał przy ulicy Wasil­kow­skiego 14 z oka­zji dzie­się­cio­le­cia kam­pa­nii.

Mural jest kolo­rowy, przy­ciąga uwagę, ale nie jest rado­sny. Osoby cho­ru­jące na depre­sję nie widzą barw. Widzą świat w czar­nych kolo­rach. Nie musi tak być, jeśli podejmą pra­wi­dłowe lecze­nie tej cho­roby. Histo­rie amba­sa­do­rów kam­pa­nii poka­zują, że dzięki lekom anty­de­pre­syj­nym i tera­pii wyszli ze świata czerni i znów widzą peł­nię barw. Na muralu widać kobietę i męż­czy­znę - osoby doro­słe cho­ru­jące na depre­sję. Dzie­cięce sym­bole to laleczka i kwia­tek - dzie­cięca bazgrota. Tak arty­sta chciał poka­zać, że cho­roba ta dotyka rów­nież dzieci. Nasi naj­młodsi pod­opieczni w Fun­da­cji Twa­rze Depre­sji mają 4 lata, naj­młod­sze dziecko po pró­bie samo­bój­czej ma 7 lat. W przy­padku dzieci i nasto­lat­ków w pierw­szej kolej­no­ści sta­wiamy na psy­cho­te­ra­pię. Z tej książki dowiesz się, czym jest depre­sja, jak ją leczyć, prze­czy­tasz wywiady z boha­te­rami Twa­rzy depre­sji, z któ­rymi roz­ma­wia­łam o zdro­wiu psy­chicz­nym przez ostat­nie 10 lat - w książ­kach: Twa­rze depre­sji, Depre­sja popo­ro­dowa. Możesz z nią wygrać oraz w maga­zy­nie, który wydaje Fun­da­cja Twa­rze Depre­sji. Dla mnie są oni naprawdę boha­te­rami, ponie­waż mówie­nie publiczne o zdro­wiu psy­chicz­nym wciąż wiąże się ze styg­ma­ty­za­cją, nie­zro­zu­mie­niem. Wiele osób odmó­wiło mi roz­mów, jak tłu­ma­czyli, bojąc się łatki "psy­cho­ce­le­bryty". Dzię­kuję boha­te­rom tej książki i wszyst­kim tym, któ­rzy odważ­nie dzielą się swoim doświad­cze­niem i pozwa­lają małymi kro­kami nor­ma­li­zo­wać temat zdro­wia psy­chicz­nego w naszych domach i w deba­cie publicz­nej.

Infor­ma­cje zawarte w książce Twa­rze depre­sji mogą skło­nić nie­które osoby do pod­ję­cia decy­zji o zmia­nie spo­sobu lecze­nia cho­roby. Każdą taką decy­zję należy skon­sul­to­wać z leka­rzem i/lub psy­cho­te­ra­peutą. Książka ta nie może zastą­pić porady spe­cja­li­sty. Jeśli potrze­bu­jesz roz­mowy z psy­cho­lo­giem, zgłoś się do pro­gramu bez­płat­nej, zdal­nej pomocy Fun­da­cji Twa­rze Depre­sji na stro­nie twa­rze­de­pre­sji.pl w zakładce "Pomoc psy­cho­lo­giczna" lub sko­rzy­staj z pomocy w naj­bliż­szej poradni zdro­wia psy­chicz­nego.

Czym jest depresja?

Depre­sja jest naj­pow­szech­niej­szą cho­robą psy­chiczną na świe­cie. Według Świa­to­wej Orga­ni­za­cji Zdro­wia zmaga się z nią 280 milio­nów ludzi. WHO wska­zuje, że w 2030 roku depre­sja będzie na pierw­szym miej­scu wśród cho­rób cywi­li­za­cyj­nych na świe­cie. Jestem prze­ko­nana, że depre­sja już jest na tym miej­scu, ale z powodu poczu­cia wstydu i styg­ma­ty­za­cji wciąż wiele osób nie podej­muje jej lecze­nia. Zatem nie są ujęte w żad­nych sta­ty­sty­kach. Ofi­cjal­nie w Pol­sce na depre­sję leczy się milion dwie­ście tysięcy osób. W Fun­da­cji Twa­rze Depre­sji sza­cu­jemy, że liczba ta może być co naj­mniej dwu­krot­nie wyż­sza. Wiele osób cho­ru­ją­cych nie korzy­sta z pomocy, bo w swo­jej oko­licy nie ma dostępu do pro­fe­sjo­nal­nej pomocy w publicz­nej służ­bie zdro­wia lub ten dostęp jest utrud­niony z powodu kole­jek. Tylko w naszej fun­da­cji przez ostat­nie trzy lata zre­ali­zo­wa­li­śmy ponad 30 tysięcy bez­płat­nych kon­sul­ta­cji psy­cho­lo­gicz­nych, które nie są ujęte w żad­nych ofi­cjal­nych reje­strach. Nie uwzględ­nia się w nich także pacjen­tów korzy­stających z pomocy spe­cja­li­stów zdro­wia psy­chicz­nego w pry­wat­nym sek­to­rze.

Depre­sja, nazy­wana wcze­śniej melan­cho­lią, znana jest od sta­ro­żyt­no­ści. Już 2400 lat temu Hipo­kra­tes wią­zał obni­że­nie nastroju, stan apa­tii i nie­chęć do życia z nad­mia­rem "czar­nej żółci" w orga­ni­zmie. Dziś wia­domo, że depre­sja z "czarną żół­cią" nie ma nic wspól­nego, ale pyta­nie, co powo­duje depre­sję, wciąż pozo­staje bez jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi.

Wyróż­niono trzy rodzaje depre­sji: lekką, umiar­ko­waną i ciężką. Według Mię­dzy­na­ro­do­wej Kla­sy­fi­ka­cji Cho­rób ICD-10 do pod­sta­wo­wych kli­nicz­nych obja­wów pierw­szego epi­zodu depre­syj­nego należą:

1. Obni­żony nastrój poja­wia­jący się rano i utrzy­mu­jący się przez więk­szą część dnia pra­wie codzien­nie, nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści; poczu­cie smutku i przy­gnę­bie­nia;

2. Utrata zain­te­re­so­wa­nia dzia­ła­niami, które zazwy­czaj spra­wiają przy­jem­ność, lub zanik odczu­wa­nia przy­jem­no­ści - tak zwana anhe­do­nia, czyli zobo­jęt­nie­nie emo­cjo­nalne, nie­moż­ność prze­ży­wa­nia pozy­tyw­nych emo­cji;

3. Osła­bie­nie ener­gii lub szyb­sze męcze­nie się.

Ważne są rów­nież takie objawy dodat­kowe, jak:

1. Zabu­rze­nia snu (naj­bar­dziej typowe - wcze­sne budze­nie się nad ranem);

2. Myśli samo­bój­cze;

3. Pro­blemy z pamię­cią i kon­cen­tra­cją uwagi;

4. Utrata wiary w sie­bie i/lub pozy­tyw­nej samo­oceny;

5. Poczu­cie winy (nad­mierne i zwy­kle nie­uza­sad­nione);

6. Spo­wol­nie­nie psy­cho­ru­chowe (rza­dziej pobu­dze­nie);

7. Zmiany łak­nie­nia i masy ciała (częst­sze zmniej­sze­nie ape­tytu niż zwięk­sze­nie).

Muszą poja­wić się przy­naj­mniej dwa pod­sta­wowe objawy tej cho­roby oraz mini­mum dwa objawy dodat­kowe spo­śród wymie­nio­nych powy­żej, aby można było zdia­gno­zo­wać depre­sję. Ponadto objawy te powinny utrzy­my­wać się przy­naj­mniej przez dwa tygo­dnie, a dana osoba wcze­śniej nie mogła cier­pieć na manię (lub hipo­ma­nię). Uprasz­cza­jąc, depre­sja obja­wia się obni­że­niem nastroju, a mania - jego pod­wyż­sze­niem. W tym sen­sie cho­roby te znaj­dują się na prze­ciw­le­głych bie­gu­nach i sta­no­wią swoje prze­ci­wień­stwo. Epi­zo­dom mania­kal­nym towa­rzy­szą: pobu­dze­nie, nad­mierna aktyw­ność, a cza­sem rów­nież wybu­chy agre­sji. W takiej sytu­acji dia­gno­zuje się zabu­rze­nia afek­tywne dwu­bie­gu­nowe, czyli wystę­pu­jące naprze­mien­nie depre­sję i manię. Pacjent, który nie doświad­cza manii, a jedy­nie depre­sję, usły­szy dia­gnozę: zabu­rze­nia afek­tywne jed­no­bie­gu­nowe.

Depre­sję można podzie­lić rów­nież na dwa rodzaje: endo­genną (nazy­waną potocz­nie dzie­dziczną lub gene­tyczną) i reak­tywną. Pierw­sza wiąże się z obcią­że­niami gene­tycz­nymi, a druga sta­nowi reak­cję na bole­sne doświad­cze­nia zwią­zane ze stratą osoby bli­skiej, utratą pracy lub wyda­rze­niem trau­ma­tycz­nym, na przy­kład gwał­tem czy wypad­kiem samo­cho­do­wym. Od podziału na depre­sję endo­genną i reak­tywną już się odcho­dzi, ale jesz­cze można się z nim spo­tkać.

Wiele badań wska­zuje na to, że depre­sję można odzie­dzi­czyć, jeśli w naj­bliż­szej rodzi­nie poja­wiła się już ta cho­roba. W takiej sytu­acji ryzyko zacho­ro­wa­nia krew­nych pierw­szego stop­nia wynosi od 10 do 25 pro­cent (Jarema, Rabe-Jabłoń­ska). Praw­do­po­dob­nie im więk­sze obcią­że­nie rodzinne, tym wcze­śniej wystąpi cho­roba. Bada­nia bliź­niąt jed­no­ja­jo­wych wyka­zały w ich przy­padku zgod­ność wystę­po­wa­nia depre­sji się­ga­jącą od 40 do 50 pro­cent. Z kolei u bliź­niąt dwu­ja­jo­wych zgod­ność doświad­cza­nia depre­sji doty­czy co czwar­tego przy­padku (Jarema, Rabe-Jabłoń­ska). Na skłon­ność do zacho­ro­wa­nia na depre­sję może mieć wpływ nawet kil­ka­dzie­siąt róż­nych genów, ale w wielu przy­pad­kach rów­nie ważną rolę odgry­wają czyn­niki śro­do­wi­skowe.

Zgod­nie z kla­sy­fi­ka­cją dia­gno­styczną Ame­ry­kań­skiego Towa­rzy­stwa Psy­cho­lo­gicz­nego DSM-IV-TR ist­nieje kilka pod­ty­pów zespo­łów depre­syj­nych:

- depre­sja melan­cho­liczna (tak zwana typowa), którą cha­rak­te­ry­zują takie cechy, jak: brak reak­tyw­no­ści nastroju, anhe­do­nia, utrata masy ciała, poczu­cie winy, pobu­dze­nie lub zaha­mo­wa­nie psy­cho­ru­chowe, gor­szy nastrój w godzi­nach poran­nych, przed­wcze­sne poranne budze­nie się;

- depre­sja aty­powa (tak zwana odwró­cona) obja­wia się nad­mierną sen­no­ścią, zwięk­szo­nym łak­nie­niem, gor­szym samo­po­czu­ciem wie­czo­rem, reak­tyw­no­ścią nastroju, para­li­żem oło­wia­nym, wraż­li­wo­ścią na odrzu­ce­nie w sto­sun­kach inter­per­so­nal­nych;

- depre­sja krót­ko­trwała nawra­ca­jąca, która trwa kilka dni i poja­wia się śred­nio raz w mie­siącu;

- depre­sja sezo­nowa, zwy­kle wystę­pu­jąca jako reak­cja orga­ni­zmu na brak świa­tła; wiąże się z regu­lar­nym poja­wia­niem się i ustę­po­wa­niem epi­zo­dów depre­syj­nych zazwy­czaj jesie­nią i zimą;

- depre­sja o prze­biegu prze­wle­kłym (dys­ty­mia), o któ­rej można mówić wów­czas, gdy pełne kry­te­ria dia­gno­styczne dla epi­zodu depre­syj­nego utrzy­mują się dwa lata lub dłu­żej;

- depre­sja będąca reak­cją na żałobę, cha­rak­te­ry­zu­jąca się tym, że objawy depre­syjne trwają dłu­żej niż dwa mie­siące;

- depre­sja popo­ro­dowa, dia­gno­zo­wana w przy­padku kobiet, u któ­rych epi­zod depre­syjny roz­po­czyna się w czwar­tym tygo­dniu po poro­dzie;

- depre­sja w wieku star­szym, ozna­cza­jąca znaczne upo­śle­dze­nie pro­ce­sów poznaw­czych - pseu­do­otę­pie­nie depre­syjne;

- depre­sja masko­wana - zespół depre­syjny, który przy­kry­wają inne objawy cho­ro­bowe, na przy­kład zabu­rze­nia lękowe, zespół obse­syjno-kom­pul­sywny, jadło­wstręt psy­chiczny czy okre­sowe nad­uży­wa­nie alko­holu, nar­ko­ty­ków, leków;

- depre­sja psy­cho­tyczna, wią­żąca się z uro­je­niami i oma­mami.

Omamy, ina­czej nazy­wane halu­cy­na­cjami, to prze­ży­cia zmy­słowe, któ­rym towa­rzy­szy poczu­cie rze­czy­wi­sto­ści mimo braku bodź­ców zewnętrz­nych; na przy­kład oso­bie cier­pią­cej na depre­sję może wyda­wać się, że sły­szy głos, który naka­zuje jej popeł­nić samo­bój­stwo, albo coś widzi, czego tak naprawdę nie ma. Nato­miast uro­je­nia to nie­praw­dziwe sądy doty­czące cho­rego lub jego oto­cze­nia, wpły­wa­jące na jego zacho­wa­nie i nie­pod­le­ga­jące spro­sto­wa­niu. Do uro­jeń depre­syj­nych zali­cza się: uro­je­nia na tle winy (na przy­kład: "Wszystko, co zro­bi­łam w swoim życiu, jest nic nie­warte. Zgło­szę się na poli­cję, żeby mnie aresz­to­wali za to, że nie opie­ko­wa­łam się swo­imi dziećmi wystar­cza­jąco dobrze"), uro­je­nia nihi­li­styczne (na przy­kład: "Nie będę jadła, bo i tak już nie mam żołądka. Tak naprawdę jestem już tru­pem"), uro­je­nia hipo­chon­dryczne (pacjent wma­wia sobie, że jest chory, pod­czas gdy ma dobre wyniki badań).

Depre­sja może towa­rzy­szyć wielu róż­nym cho­ro­bom, na przy­kład prze­wle­kłym zespo­łom bólo­wym (czę­sto­tli­wość wystę­po­wa­nia 30-60 pro­cent), nowo­two­rom (20-40 pro­cent), cho­ro­bom tar­czycy (20-30 pro­cent), cukrzycy (15-20 pro­cent), ser­cowo-naczy­nio­wym, mózgu, układu odde­cho­wego, tkanki łącz­nej, infek­cjom, zabu­rze­niom meta­bo­licz­nym, a także pod­czas nad­uży­wa­nia uży­wek i leków (Kaplan i Sadock, 1995). Nie spo­sób wymie­nić wszyst­kich cho­rób, któ­rym może towa­rzy­szyć stan dłu­go­trwa­łego obni­że­nia nastroju.

Ist­nieje wiele teo­rii pró­bu­ją­cych wyja­śnić powody wystę­po­wa­nia depre­sji. Jedna z naj­po­pu­lar­niej­szych hipo­tez zakłada, że jest ona zwią­zana z che­miczną nie­rów­no­wagą w mózgu. Wiele badań dowio­dło, że depre­sja jest cho­robą mózgu. W naj­więk­szym uprosz­cze­niu cho­dzi o to, że z róż­nych przy­czyn nie­któ­rym ludziom bra­kuje hor­mo­nów szczę­ścia. Jest to oczy­wi­ście nazwa nie­pro­fe­sjo­nalna, ale pomaga ona wyobra­zić sobie rolę neu­ro­prze­kaź­ni­ków, takich jak: sero­to­nina, nora­dre­na­lina i dopa­mina, któ­rych nie­do­bór ma być odpo­wie­dzialny za wystę­po­wa­nie depre­sji. Ist­nieje wiele neu­ro­prze­kaź­ni­ków, ale te trzy, a szcze­gól­nie sero­to­nina, mają wpły­wać na poja­wia­nie się depre­sji. Na pod­sta­wie tej hipo­tezy kon­cerny far­ma­ceu­tyczne roz­po­częły wła­sne bada­nia i pro­duk­cję leków anty­de­pre­syj­nych. Dziś nie­któ­rzy naukowcy negują ich sku­tecz­ność, ale o lecze­niu far­ma­ko­lo­gicz­nym będzie póź­niej.

Z badań Świa­to­wej Orga­ni­za­cji Zdro­wia z 2000 roku wynika, że w co dru­gim przy­padku po wyle­cze­niu depre­sji poja­wia się jej nawrót. Wów­czas mówimy o depre­sji prze­wle­kłej. Z badań kon­tro­l­nych dowia­du­jemy się, że co trzeci pacjent po roku wciąż cier­piał na depre­sję, a 18 pro­cent - po upły­wie dwóch lat. Po pię­ciu latach lecze­nia wciąż z depre­sją zmaga się 12 pro­cent cho­rych.

W 2011 roku naukowcy: Jutta Joor­mann, Sara M. Levens i Ian H. Gotlib opu­bli­ko­wali bada­nia, z któ­rych wynika, że osoby podatne na depre­sję nie­ustan­nie powta­rzają w myślach nega­tywne wyda­rze­nia ze swo­jego życia. Ponadto mają wię­cej kło­po­tów z wyko­na­niem zadań i czę­ściej niż inni doświad­czają rumi­na­cji, to zna­czy obse­syj­nych wąt­pli­wo­ści co do jako­ści wyko­ny­wa­nych przez sie­bie czyn­no­ści, na przy­kład: "Jestem bez­na­dziejny", "Nie dam rady", "Nic nie potra­fię", "Nic mi nie wycho­dzi".

Depre­sji nie­rzadko towa­rzy­szą myśli samo­bój­cze. To spra­wia, że nie­le­czona jest cho­robą śmier­telną. W Fun­da­cji Twa­rze Depre­sji śred­nio co trze­cia osoba na pierw­szej kon­sul­ta­cji zgła­sza myśli samo­bój­cze, czyli mówi wprost o tym, że myśli o ode­bra­niu sobie życia. W takim przy­padku pacjent pil­nie powi­nien udać się na kon­sul­ta­cję do leka­rza psy­chia­try, by wdro­żyć odpo­wied­nią far­ma­ko­te­ra­pię. W 2023 roku ponad 5200 Pola­ków ode­brało sobie życie - wśród nich było 4200 męż­czyzn. Ponadto ze wszyst­kich osób, które ode­brały sobie życie, 1500 to były osoby 60+, a 146 - dzieci i mło­dzież do 18. roku życia. Za wie­loma z tych dra­ma­tów stała nie­le­czona lub nie­pra­wi­dłowo leczona depre­sja. Każda grupa "twa­rzy depre­sji" wymaga naszej szcze­gól­nej uwagi i tro­ski, by na co dzień edu­ko­wać i wspie­rać w się­ga­niu po pomoc spe­cja­li­stów zdro­wia psy­chicz­nego.

Kiedy osoba cier­piąca na depre­sję mówi o swo­ich myślach samo­bój­czych, to zna­czy, że szuka pomocy i tak naprawdę nie chce umrzeć (oczy­wi­ście to nie jest reguła). W tym momen­cie trzeba ją prze­ko­nać, by zgło­siła się do psy­chia­try i roz­po­częła tera­pię, która zła­go­dzi cier­pie­nie. Jeśli chory zgłosi się do psy­cho­loga i opo­wie o swoim pla­nie ode­bra­nia sobie życia, nie opu­ści gabi­netu. Psy­cho­log ma bowiem obo­wią­zek wezwać karetkę i dopro­wa­dzić do roz­po­czę­cia lecze­nia psy­chia­trycznego. Zgod­nie z ustawą o ochro­nie zdro­wia psy­chicz­nego można skie­ro­wać cho­rego na przy­mu­sowe lecze­nie, kiedy zagraża on życiu swo­jemu lub innych osób. Chory pozo­staje w szpi­talu na przy­mu­sowej obser­wa­cji mak­sy­mal­nie dzie­sięć dni. Na dłuż­szą hospi­ta­li­za­cję zgodę musi wyra­zić sąd. Dla­czego to ważne, by pacjent, który chce pod­jąć się zama­chu samo­bój­czego, był objęty lecze­niem szpi­tal­nym? Choćby dla­tego, że leki prze­ciw­de­pre­syjne zaczy­nają dzia­łać po ok. 2 tygo­dniach i potrzeba czasu, by usta­bi­li­zo­wać stan pacjenta. Dodat­kowo szpi­tal psy­chia­tryczny zapew­nia cało­do­bową opiekę.

Kiedy ktoś zaczyna roz­da­wać swoje rze­czy i żegnać się z bli­skimi, ozna­cza to, że naj­praw­do­po­dob­niej zde­cy­do­wał się popeł­nić samo­bój­stwo i jest zde­ter­mi­no­wany, by to zro­bić. W takiej sytu­acji szpi­tal psy­chia­tryczny i opieka lekar­ska są dla niego jedy­nym ratun­kiem. Nie­stety, nie zawsze pomoc nad­cho­dzi na czas.

Z powodu depre­sji życie ode­brali sobie mię­dzy innymi: Tade­usz Borow­ski, Kurt Cobain, Vin­cent van Gogh, Arshile Gorky, Ernest Hemin­gway, Jack Lon­don, Wła­di­mir Maja­kow­ski, Sylvia Plath, Vir­gi­nia Woolf. Nie spo­sób wymie­nić wszyst­kich zna­nych ludzi, któ­rzy popeł­nili samo­bój­stwo, mimo że wielu z nich cie­szyło się sza­cun­kiem, miało rodziny i spra­wiało wra­że­nie... szczę­śli­wych ludzi suk­cesu.

W sierp­niu 2014 roku świa­tową opi­nią publiczną wstrzą­snęła infor­ma­cja o samo­bój­stwie Robina Wil­liamsa. Susan Schne­ider po śmierci męża potwier­dziła, że Wil­liams od mie­sięcy zma­gał się z depre­sją. Uczest­ni­czył rów­nież w tera­pii dla osób uza­leż­nio­nych od alko­holu. Kiedy posta­no­wił ode­brać sobie życie, był trzeźwy. Oprócz depre­sji i alko­ho­li­zmu Wil­liams miał objawy innej bar­dzo poważ­nej cho­roby - par­kin­sona, która wiąże się z postę­pu­jącą demen­cją, a także oma­mami i uro­je­niami. Ame­ry­kań­ski komik, przez lata bawiący widzów na całym świe­cie, mógł sły­szeć głosy i widzieć ludzi, któ­rzy ist­nieli tylko w jego gło­wie. Te trau­ma­tyczne doświad­cze­nia cho­ro­bowe miały dopro­wa­dzić go do samo­bój­stwa.

Depre­sja jest cho­robą wie­lo­czyn­ni­kową. Na tak zatrwa­ża­jące sta­ty­styki zwią­zane ze wzro­stem zacho­ro­wań ma wpływ wiele ele­men­tów: nasze doświad­cze­nia z pan­de­mią, izo­la­cją, lękiem o zdro­wie i życie, wyzwa­nia zwią­zane ze zdalną pracą, wojna w Ukra­inie, sytu­acja eko­no­miczna, lęk przed utratą pracy, zmiany kli­ma­tyczne, a przy tym ogromne tempo życia, zabie­ga­nie, prze­bodź­co­wa­nie, nad­mierny czas spę­dzany w social mediach, w inter­ne­cie, na oglą­da­niu w więk­szo­ści przy­pad­ków nega­tyw­nych wia­do­mo­ści w tele­wi­zji, a przy tym brak wystar­cza­ją­cego czasu na realne, war­to­ściowe rela­cje, roz­mowy, spo­tka­nia, wolon­ta­riat, brak czasu na war­to­ściowy odpo­czy­nek, np. poprzez aktyw­ność fizyczną czy pasję. Wiele czyn­ni­ków wpływa na to, że kon­dy­cja psy­chiczna ludzi na całym świe­cie, nie­stety, nie napawa opty­mi­zmem i musi nas skło­nić do reflek­sji nad naszym codzien­nym funk­cjo­no­wa­niem.

Znani Polacy cierpiący na depresję

Anna Wyszkoni, Doda, Mar­cin Bosak, Paweł Korze­niow­ski, Marek Plawgo. Otwie­rają oni długą listę ponad 60 amba­sa­do­rów kam­pa­nii spo­łecz­nej "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję". To naj­star­sza i naj­bar­dziej kon­se­kwentna kam­pa­nia w dzie­dzi­nie zdro­wia psy­chicz­nego w Pol­sce. Jej naj­więk­szą siłą są ludzie, ich histo­rie. To oni inspi­rują Pola­ków do pra­wi­dło­wego lecze­nia depre­sji poprzez połą­cze­nie far­ma­ko­te­ra­pii i psy­cho­te­ra­pii. Pytani przeze mnie, czy żałują, że zostali amba­sa­do­rami kam­pa­nii, odpo­wia­dają jed­nym gło­sem, że nie, że usły­szeli wiele miłych, wspie­ra­ją­cych słów. Nie­stety, zda­rzały się też sytu­acje trudne, gdy doświad­czyli styg­ma­ty­za­cji zwią­za­nej z cho­robą - jeden z amba­sa­do­rów stra­cił kilka kon­trak­tów z fir­mami, inny dostał mniej pro­po­zy­cji zagra­nia w fil­mach. Mimo to na­dal wspie­rają kam­pa­nię i inspi­rują kolejne osoby do lecze­nia.

Wiele zna­nych osób cho­ru­ją­cych na depre­sję, z obawy przed pro­ble­mami zawo­do­wymi czy z powodu lęku przed styg­ma­ty­za­cją, odmó­wiło udziału w kam­pa­nii, choć zawsze pod­kre­ślają życz­li­wość dla naszch dzia­łań. Zdro­wie psy­chiczne jest wciąż obsza­rem bar­dzo wraż­li­wym. Z podzi­wem patrzę na amba­sa­do­rów, któ­rzy poma­gają nam cegła po cegle burzyć mur ste­reo­ty­pów zwią­za­nych z depre­sją, ale pracy wciąż mamy wiele.

Wszyst­kie moje roz­mowy z amba­sa­do­rami kam­pa­nii można zna­leźć w tej książce. Jed­nym z naj­bar­dziej zaan­ga­żo­wa­nych amba­sa­do­rów jest aktor Mar­cin Bosak, który zacho­ro­wał na depre­sję kilka lat temu. Naj­pierw usły­szał dia­gnozę: zło­śliwy nowo­twór rdze­nia krę­go­wego. Był tak umiej­sco­wiony, że nikt w Pol­sce nie podej­mie się jego zope­ro­wa­nia. W tym samym cza­sie Mar­cin dowie­dział się, że zosta­nie ojcem. Nie chciał obar­czać part­nerki dra­ma­tyczną infor­ma­cją o swoim zdro­wiu, dla­tego w samot­no­ści mie­rzył się z cho­robą, nikomu o tym nie mówiąc. Ogromne cier­pie­nie i świa­do­mość śmier­tel­nej cho­roby wpły­nęły na to, że zacho­ro­wał na depre­sję. Poszedł na psy­cho­te­ra­pię. To pomo­gło mu poczuć się lepiej i pod­jąć walkę o sie­bie. Zaczął roz­ma­wiać o nowo­two­rze i szu­kać pomocy poza Pol­ską. Jeden z nie­miec­kich pro­fe­so­rów pod­jął się nie­zwy­kle trud­nej ope­ra­cji Mar­cina. Leka­rze w Pol­sce mówili: to cud, że on cho­dzi i żyje. Nowo­twór został wycięty. Mar­cin jest zdrowy. Zakoń­czył też pię­cio­letni pro­ces psy­cho­te­ra­pii i od dwóch lat nie bie­rze już leków prze­ciw­de­pre­syj­nych.

Na raka cho­ro­wały rów­nież nasze amba­sa­dorki, pio­sen­karki: Urszula Dudziak i Anna Wyszkoni. Druga z nich już wcze­śniej doświad­czyła obja­wów depre­sji - po uro­dze­niu dziecka. Depre­sja popo­ro­dowa jest jed­nym z naj­bar­dziej prze­mil­cza­nych tema­tów zdro­wia psy­chicz­nego. Ania jest rów­nież amba­sa­dorką kam­pa­nii "Nie Mamy czego się wsty­dzić", skie­ro­wa­nej do kobiet w ciąży i po poro­dzie. Wspiera pro­gram bez­płat­nej zdal­nej pomocy psy­cho­lo­gicz­nej dla matek, który reali­zuje Fun­da­cja Twa­rze Depre­sji.

Znaną tele­wi­zyjną pre­zen­terkę pro­gnozy pogody Alek­san­drę Kostkę widzo­wie koja­rzą przede wszyst­kim z pro­mien­nym uśmie­chem. Tym­cza­sem po uro­dze­niu dziecka nie miała siły wstać z łóżka, była smutna, nic jej nie cie­szyło. W tym przy­padku wspar­cie bli­skich było naj­waż­niej­sze. Szybko też wró­ciła do pracy, co pozy­tyw­nie wpły­nęło na jej stan psy­chiczny.

Sta­nów depre­syjno-lęko­wych doświad­czyli: aktor Piotr Zelt, dzien­ni­karz tele­wi­zyjny Bar­tek Jędrze­jak, dzien­ni­karki Joanna Race­wicz i Mał­go­rzata Sera­fin, szef kuchni Andrzej Polan. Także sio­stry Agata i Pau­lina Mły­nar­skie oraz ich brat Jan Mły­nar­ski. Z kolei ich ojciec, słynny poeta i pio­sen­karz Woj­ciech Mły­nar­ski, zma­gał się z cho­robą afek­tywną dwu­bie­gu­nową nazy­waną w skró­cie ChAD. Wła­śnie z ChAD mie­rzy się Mika Urba­niak - córka wybit­nych jazz­ma­nów: Urszuli Dudziak i Michała Urba­niaka.

Coraz wię­cej spor­tow­ców mówi o swo­jej walce z depre­sją. Jed­nym z pierw­szych był Marek Plawgo - wybitny lek­ko­atleta, olim­pij­czyk, mul­ti­me­da­li­sta w biegu na 400 metrów przez płotki. U Marka objawy depre­sji poja­wiły się po zakoń­cze­niu kariery spor­to­wej, co zbie­gło się z roz­pa­dem jego wie­lo­let­niego związku. Spor­to­wiec wie­lo­krot­nie doświad­czał nawrotu cho­roby. Jest w pro­ce­sie lecze­nia. U pły­waka Pawła Korze­niow­skiego depre­sja też poja­wiła się po zakoń­cze­niu kariery olim­pij­skiej, ale nie jest to oczy­wi­ście regułą. Olim­pijki Agnieszka Kobus-Zawoj­ska i Justyna Święty-Erse­tic zacho­ro­wały na depre­sję w trak­cie kariery spor­to­wej. Obie udo­wod­niły, że pra­wi­dłowo leczona depre­sja nie stoi na prze­szko­dzie do odno­sze­nia świa­to­wej klasy suk­ce­sów spor­to­wych. Agnieszka, wio­ślarka, w Tokio zdo­była sre­bro olim­pij­skie, będąc na lekach prze­ciw­de­pre­syj­nych i w kon­tak­cie ze swoją psy­cho­te­ra­peutką. Podob­nie na anty­de­pre­san­tach wystar­to­wała ze szta­fetą Justyna, w Paryżu docie­ra­jąc do olim­pij­skiego finału.

W kam­pa­nii "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję" biorą udział rów­nież mło­dzi amba­sa­do­rzy, któ­rzy już jako nasto­lat­ko­wie poznali stany depre­syjne - wśród nich są Hanna Kotula i Mate­usz Rumiń­ski z grupy Waksy. Grupa ta two­rzy popu­larny kanał na YouTu­bie, gdzie pre­zen­tuje filmy inspi­ro­wane szkolną codzien­no­ścią. Przy­go­to­wali w part­ner­stwie z Fun­da­cją Twa­rze Depre­sji odci­nek Wak­sów o zdro­wiu psy­chicz­nym uczniów i pod­jęli wiele innych dzia­łań wspie­ra­ją­cych naszą kam­pa­nię spo­łeczną.

W gru­pie szcze­gól­nego ryzyka zacho­ro­wa­nia na depre­sję są rów­nież senio­rzy. Do grona naszych amba­sa­do­rów należą Bar­bara Tuken­dorf - aktorka i Andrzej Bober - dzien­ni­karz tele­wi­zyjny. Pan Andrzej po raz pierw­szy zacho­ro­wał na depre­sję, będąc u szczytu kariery dzien­ni­kar­skiej, kiedy pro­wa­dził w tele­wi­zji Listy o gospo­darce. Gdy jego żona z powodu cięż­kiej cho­roby wal­czyła o życie, pan Andrzej się zała­mał i tra­fił do szpi­tala psy­chia­trycz­nego w War­sza­wie. Następ­nie przez około 40 lat żył w remi­sji cho­roby. Depre­sja dała o sobie znać ponow­nie, dopiero gdy był po osiem­dzie­siątce, kiedy życie mał­żonki znów zna­la­zło się w zagro­że­niu w związku z cho­robą onko­lo­giczną. Depre­sja jest cho­robą nawro­tową, dla­tego zawsze trzeba być czuj­nym na jej objawy. Nie należy ich baga­te­li­zo­wać, bo im szyb­ciej podej­miemy lecze­nie, tym szyb­ciej możemy wró­cić do zdro­wia.

Depre­sja dotyka tak samo znane osoby, jak i nie­znane. Dla psy­cho­loga pod­czas wywiadu ważne są cztery obszary funk­cjo­no­wa­nia czło­wieka: zdro­wie, psy­chika, wspar­cie spo­łeczne i ducho­wość. Pyta­nia, które zadaję moim roz­mów­com w tej książce, doty­kają tych obsza­rów, co pozwala lepiej zro­zu­mieć sze­roki kon­tekst, który wpływa na stan psy­chiczny.

Rozmowa z Marcinem Bosakiem

Ambitne role fil­mowe, wiele nagród na kon­cie, mimo to znany aktor Mar­cin Bosak mie­rzył się z niską samo­oceną, obni­żo­nym nastro­jem i bra­kiem ener­gii. Od psy­chia­try usły­szał dia­gnozę: depre­sja. W 2022 roku po raz pierw­szy opo­wie­dział o swo­ich doświad­cze­niach z cho­robą na łamach maga­zynu "Twa­rze depre­sji" nr 6/2022. Dołą­czył wów­czas do amba­sa­do­rów kam­pa­nii "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję", w którą na­dal aktyw­nie się anga­żuje. Aktor zagrał m.in. w spo­cie tele­wi­zyj­nym, zachę­ca­ją­cym męż­czyzn do lecze­nia depre­sji.

Dzię­kuję, że zgo­dził się Pan zostać amba­sa­do­rem kam­pa­nii "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję.". Choć to już czter­na­sta edy­cja naszych dzia­łań edu­ka­cyj­nych, na­dal nie jest łatwo namó­wić znane osoby, by mówiły otwar­cie o lecze­niu depre­sji. Dla­czego Pan się zde­cy­do­wał to zro­bić?

Depre­sja wciąż wiąże się z wie­loma ste­reo­ty­pami i czę­sto jest postrze­gana jako oznaka sła­bo­ści, a do sła­bo­ści nie lubimy się przy­zna­wać. Szcze­gól­nie teraz, kiedy świat kre­owany przez media spo­łecz­no­ściowe jest bez skazy, jest kolo­rowy i zawsze sexy. Pod­czas tera­pii uczę się, że umieć powie­dzieć: "Nie jestem ide­alny" i "Nie daję sobie z czymś rady", to oznaka siły, a nie sła­bo­ści. Kiedy w końcu uzna­łem, że tak jest, co nie było łatwe, poczu­łem się gotowy na to, żeby popro­sić o pomoc.

Kiedy zdia­gno­zo­wano u Pana depre­sję?

Nie pamię­tam dokład­nej daty, ale wydaje mi się, że pierw­szy epi­zod depre­syjny nastą­pił trzy lata temu. Na mój stan miały wpływ wyda­rze­nia w życiu oso­bi­stym, a póź­niej pan­de­mia. Pierw­szy lock­down nie zruj­no­wał mnie psy­chicz­nie, wręcz prze­ciw­nie, ale już kolejny, który odby­wał się jesie­nią i zimą, nie­stety, odci­snął na mnie tak duże piętno, że poja­wił się ponow­nie epi­zod depre­syjny. Był sil­niej­szy niż pierw­szy. Wtedy zmie­ni­łem lecze­nie. Połą­cze­nie far­ma­ko­te­ra­pii i psy­cho­te­ra­pii znów poskut­ko­wało i teraz na szczę­ście czuję się dobrze.

Wizyta u leka­rza psy­chia­try wciąż wiąże się z wie­loma ste­reo­ty­pami. Czy miał Pan jakieś obawy przed pierw­szą wizytą u tego spe­cja­li­sty?

Rze­czy­wi­ście, myśląc o mojej pierw­szej wizy­cie u psy­chia­try, czu­łem olbrzymi dys­kom­fort i wstyd. Poja­wiły się myśli, że coś jest ze mną już bar­dzo "nie tak", a wręcz, że jest bar­dzo źle i sobie nie radzę. Wydaje mi się, że wycho­wu­jąc się i dora­sta­jąc w patriar­chal­nym sche­ma­cie, tak popu­lar­nym w naszej kul­tu­rze, mia­łem wdru­ko­wany w gło­wie obraz męż­czy­zny, który radzi sobie ze wszyst­kim sam. I na tym polega jego siła. Jest opar­ciem dla innych. Nie mówi o swo­ich pro­ble­mach, bo potrafi sam się z nimi zmie­rzyć i bez niczy­jej pomocy je roz­wią­zać. Taka postawa zepchnęła mnie w stronę samot­no­ści.

Myślę, że początki mojej depre­sji mogły się poja­wić kilka albo nawet kil­ka­na­ście lat temu. Dzie­sięć lat temu prze­sze­dłem poważną ope­ra­cję neu­ro­chi­rur­giczną. Mia­łem bar­dzo roz­le­głego guza rdze­nia krę­go­wego. Kilka lat jeź­dzi­łem po całej Pol­sce i nikt nie chciał mnie ope­ro­wać. Paro­krot­nie usły­sza­łem od wybit­nych spe­cja­li­stów, że w nie­któ­rych przy­pad­kach medy­cyna jest bez­radna. Przez pięć lat od usły­sze­nia dia­gnozy wypie­ra­łem stres, który towa­rzy­szył każ­dej kolej­nej wizy­cie na oddzia­łach neu­ro­chi­rur­gicz­nych. Stres, który stał się moim natu­ral­nym sta­nem. Wszystko przez to, że stwier­dzi­łem, że pora­dzę sobie ze wszyst­kim sam, że nie będę o tej cho­ro­bie infor­mo­wał bli­skich, aby ich tym nie obcią­żać. Nie powie­dzia­łem tego mojej ówcze­snej part­nerce, która była w ciąży. Nie powie­dzia­łem rodzi­nie, by nie żyli w lęku o mnie. Nie powie­dzia­łem żad­nemu z pra­co­daw­ców ze stra­chu przed utratą pracy. Nie­stety, walka z nowo­two­rem w poje­dynkę oka­zała się ponad moje siły. I dopiero wtedy, kiedy zaczą­łem mówić o tym, co się ze mną dzieje, oka­zało się, że poczu­łem się znacz­nie lepiej. Moja sytu­acja zaczęła się powoli roz­wią­zy­wać. Myślę, że tak samo jest z każdą cho­robą. To napię­cie, które tak długo nosi­łem w sobie, kiedy nikomu nie mówi­łem, jak trudne myśli towa­rzy­szyły mi każ­dego dnia. To cią­głe zma­ga­nie się z bólem, które trwało kilka lat, i brak real­nej szansy na szczę­śliwe zakoń­cze­nie tego samot­nego doświad­cza­nia cho­roby spra­wiły, że poja­wił się u mnie póź­niej stan depre­syjny. Samemu z cho­robą dużo trud­niej sobie pora­dzić, ale też samemu dużo trud­niej uświa­do­mić sobie, że ma się pro­blem i powinno się pójść do leka­rza.

Jakie objawy poja­wiły się u Pana, że pomy­ślał Pan: "Może mam depre­sję"? I co skło­niło Pana, by się­gnąć po pomoc?

Od dłuż­szego czasu bar­dzo mało rze­czy spra­wiało mi radość. Nawet jeśli spo­ty­kało mnie coś dobrego, to nie potra­fi­łem się z tego cie­szyć. I mimo że dookoła mnie oko­licz­no­ści wcale nie były nie­sprzy­ja­jące, to rze­czywiście żyłem w cią­głym napię­ciu i lęku, że coś jest nie tak. To spo­wo­do­wało, że posze­dłem do psy­chia­try, który stwier­dził u mnie depre­sję. Jed­nak obni­żony nastrój w moim przy­padku poja­wiał się w pew­nych cyklach już od dłuż­szego czasu. Pod­czas wizyty u psy­chia­try zyska­łem świa­do­mość, że już jako nasto­la­tek mia­łem z tym pro­blem, że co jakiś czas dopa­dał mnie smu­tek - taki głę­boki, nie­uza­sad­niony żad­nym kon­kret­nym zda­rze­niem. To bar­dzo ważne, żeby już mło­dzi ludzie byli szybko dia­gno­zo­wani. Teraz to wiem, że nie­le­czona depre­sja jest poważ­nym zagro­że­niem dla naszego zdro­wia i życia. Warto przy pierw­szych symp­to­mach zgła­szać się po pro­fe­sjo­nalną pomoc.

Bar­dzo się cie­szę, że jest Pan pod opieką spe­cja­li­stów i wraca do zdro­wia.

Przy pierw­szym epi­zo­dzie depre­syj­nym moje wizyty u psy­chia­try były nie­re­gu­larne, raz na pół roku, raz na dzie­więć mie­sięcy. Teraz odwie­dzam psy­chia­trę w ramach wizyty kon­tro­l­nej regu­lar­nie - co cztery, pięć mie­sięcy.

Powie­dział Pan, że poja­wił się u Pana obni­żony nastrój. Depre­sja to bar­dzo czę­sto rów­nież brak ener­gii, utrata zain­te­re­so­wań, bez­sen­ność, pro­blemy z pamię­cią, z kon­cen­tra­cją uwagi, brak ape­tytu, a także myśli samo­bój­cze. Czy któ­reś z tych obja­wów rów­nież poja­wiły się u Pana?

To jest bar­dzo trudne, żeby przy­zna­wać się do tego i mówić o swo­ich doświad­cze­niach, mając świa­do­mość, że prze­czyta to dużo ludzi. Rze­czy­wi­ście bra­ko­wało mi siły do dzia­ła­nia. Wie­lo­krot­nie nie podej­mo­wa­łem próby, by zro­bić cokol­wiek, bo uwa­ża­łem, że to się nie uda. Stra­ci­łem poczu­cie i świa­do­mość celu. Cyklicz­nie budzi­łem się w środku nocy z poczu­ciem nie­po­koju, który nie pozwa­lał mi zasnąć do rana. Mia­łem takie myśli... Nie wiem, czy to były myśli samo­bój­cze... (cisza) Na pewno myśla­łem o sobie bar­dzo źle. Mia­łem obni­żoną samo­ocenę. Były takie chwile, gdy myśla­łem, że łatwiej byłoby mi nie być, niż się zma­gać z tym, co się ze mną działo. (cisza)

Rozu­miem...

To były nie­zwy­kle trudne myśli szcze­gól­nie dla osoby, która tak jak ja ma dzieci, odzy­skała zdro­wie i ma cie­kawe wyzwa­nia zawo­dowe. Mimo to zna­la­złem się na gra­nicy roz­pa­czy.

Jak zare­ago­wała w tym naj­trud­niej­szym momen­cie Pana naj­bliż­sza rodzina?

W moim pro­ce­sie powrotu do zdro­wia olbrzy­mią rolę ode­grała moja sio­stra, która jest dla mnie i zawsze była olbrzy­mim wspar­ciem. Zawsze mogę też liczyć na przy­ja­ciół. Myślę, że sza­le­nie ważne są ini­cja­tywy, które wspie­rają osoby żyjące w związ­kach z cho­rymi na depre­sję. Ważne jest, by zwięk­szać ich świa­do­mość, jak żyć i roz­ma­wiać z osobą cier­piącą na depre­sję. Domy­ślam się, że nie jest to łatwe.

Pan dostał ten sygnał od naj­bliż­szej rodziny i odwa­żył się pójść do psy­chia­try.

Tak, ta wizyta zbu­rzyła mój ste­reo­typ postrze­ga­nia tego spo­tka­nia jako mojej porażki. Tam, w gabi­ne­cie, zro­zu­mia­łem, że w każ­dej sytu­acji, kiedy sobie nie radzę psy­chicz­nie, muszę stwo­rzyć plan dzia­ła­nia i uwie­rzyć, że da się go zre­ali­zo­wać. Na początku to jest oczy­wi­ście bar­dzo trudne, ale metodą małych kro­ków musimy iść do przodu. Nie wolno się zatrzy­mać w walce o swoje zdro­wie.

Naj­sku­tecz­niej­szą formą lecze­nia depre­sji jest połą­cze­nie far­ma­ko­te­ra­pii i psy­cho­te­ra­pii. Wydaje mi się, że zro­bie­nie pierw­szego kroku - pój­ście do psy­chia­try po leki, choć jest trudne, to mimo wszystko dla wielu łatwiej­sze niż zro­bie­nie dru­giego kroku - pój­ście na psy­cho­te­ra­pię, a ona jest też nie­zbędna, by wygrać z depre­sją.

Tak, ja zro­bi­łem oba kroki, choć w odwrot­nej kolej­no­ści. Moja samotna walka z nowo­two­rem spo­wo­do­wała u mnie zmiany psy­chiczne. Kiedy zorien­to­wa­łem się, że tak jest, posze­dłem na psy­cho­te­ra­pię. Po trzech latach pracy z psy­cho­te­ra­peutką posze­dłem do leka­rza psy­chia­try. Wcze­śniej zapy­ta­łem moją tera­peutkę, co o tym sądzi. Powie­działa, że to dobry pomysł, że far­ma­ko­te­ra­pia w połą­cze­niu z psy­cho­te­ra­pią może przy­nieść dużo lep­sze efekty niż sama psy­cho­te­ra­pia. A w pierw­szym momen­cie na pewno przy­nie­sie ulgę i zmniej­szy napię­cie.

Czy po kilku latach psy­cho­te­ra­pii widzi Pan istotne zmiany w swoim spo­so­bie myśle­nia i funk­cjo­no­wa­niu?

Oczy­wi­ście, zmiany są ogromne. Widzę to, że jestem bar­dziej otwarty w rela­cjach z ludźmi. Zarówno z tymi bli­skimi, jak i z nowo pozna­nymi. Na pewno zmie­niło się też to, że dużo mniej­szy wpływ na moje decy­zje ma lęk. Mam dużo więk­szą samo­świa­do­mość co do tego, kim jestem, jaki mam poten­cjał, jakie wady, a jakie zalety. I dużo więk­sze poczu­cie wła­snej war­to­ści.

Co było naj­trud­niej­sze dla Pana w psy­cho­te­ra­pii? Która ze zmian?

Nie wiem, nie jestem gotowy jesz­cze na odpo­wiedź na to pyta­nie. Cią­gle jestem w pro­ce­sie zmiany. Psy­cho­te­ra­pia to dla mnie intymna sprawa.

Jak Pan myśli, jaka może być skala zacho­ro­wań na depre­sję wśród akto­rów? Roz­ma­wia Pan z kole­żan­kami i kole­gami z branży o zdro­wiu psy­chicz­nym?

Może nie kon­kret­nie o depre­sji, ale na pewno wiele osób ośmiela się mówić o tym, że było u psy­chia­try. W momen­cie, kiedy zaczą­łem się otwie­rać przed zna­jo­mymi i otwar­cie o tym mówić, oka­zało się, że bar­dzo wiele moich kole­ża­nek i kole­gów też bie­rze "anty­de­pre­santy".

Biorą leki prze­ciw­de­pre­syjne, ale nie mówią wprost, że w związku z depre­sją?

Mówią o obni­żo­nym nastroju. Żeby poczuć się sta­bil­nie, się­gają po lek. Jest to dla mnie zro­zu­miałe o tyle, że w moim zawo­dzie nie są oce­niane owoce mojej pracy, które w momen­cie zakoń­cze­nia pro­cesu ich powsta­nia stają się pro­duk­tem nie­utoż­sa­mia­nym już ze mną jako osobą, tylko jestem oce­niany ja. To ja jestem pod­da­wany oce­nie. Bycie akto­rem to jest per­ma­nentne wysta­wia­nie się na ocenę. Uwa­żam, że arty­ści powinni regu­lar­nie korzy­stać z pomocy psy­cho­lo­gicz­nej, żeby umieć pora­dzić sobie z pre­sją ocen. Myślę, że zasadne byłoby zadba­nie o zdro­wie stu­den­tów uczelni arty­stycz­nych, doda­nie do ich gra­fiku zajęć roz­mowy z psy­cho­lo­giem. Nie spo­tka­łem się z taką opieką. Dziwi mnie to o tyle, że uczy nas się skom­pli­ko­wa­nych pro­ce­sów "wcho­dze­nia w rolę", nato­miast nikt nie daje narzę­dzi do "wycho­dze­nia" z niej. Na doda­tek zawód aktora jest depre­sjo­genny, bo przez pewien czas mamy ogrom pracy, a póź­niej zupeł­nie jej nie ma. Nasza praca nie jest rów­no­mier­nie roz­ło­żona w cza­sie. Bar­dzo czę­sto nie mamy etatu. I ten brak sta­bil­no­ści zawo­do­wej też może wpły­wać na zacho­ro­wa­nia na depre­sję.

Patrząc dzie­sięć lat wstecz, czy widzi Pan róż­nicę w otwar­to­ści w mówie­niu o lecze­niu depre­sji wśród Pana zna­jo­mych?

Jest olbrzy­mia róż­nica. W moim oto­cze­niu dużo więk­szą otwar­tość na roz­mowę o zdro­wiu psy­chicz­nym mają ludzie młodsi niż starsi.

Mło­dzi akto­rzy?

Tak, młode aktorki i akto­rzy czę­ściej mówią mi o tym, że biorą leki anty­de­pre­syjne.

A leki anty­de­pre­syjne wciąż wiążą się z wie­loma mitami, choć wia­domo, że te nowej gene­ra­cji są bez­pieczne. Nie uza­leż­niają. Jak Pan zare­ago­wał na te leki?

Jak wiele osób bałem się wziąć pierw­szą tabletkę. Zasta­na­wia­łem się, czy po tych lekach będę miał kon­trolę nad moimi emo­cjami, czy będę obser­wo­wał świat "zza szyby". Wie­dzia­łem, że nie będą docho­dziły do mnie złe emo­cje, ale nie wie­dzia­łem, co z tymi pozy­tyw­nymi. Mia­łem dużo pytań na początku. Pierw­szy lek anty­de­pre­syjny dawał dzia­ła­nie nie­po­żą­dane. Kiedy wzią­łem go rano, powo­do­wał u mnie nud­no­ści do połu­dnia, dla­tego lekarz mi go zmie­nił na inny. Teraz biorę drugi lek nowej gene­ra­cji i jestem bar­dzo zado­wo­lony. Nie obser­wuję skut­ków ubocz­nych, które by mi utrud­niały codzienne życie. Leki anty­de­pre­syjne nie mają wpływu na moją jazdę samo­cho­dem, grę na sce­nie ani przed kamerą, ani na żadną z moich rela­cji. Prawda jest tylko taka, że po nich poczu­łem się lepiej, sta­bil­niej, że nie wciąga mnie ten mrok, który powo­do­wał, że nie mia­łem siły do dzia­ła­nia.

Jakie widzi Pan naj­waż­niej­sze cele w cza­sie pan­de­mii dla Fun­da­cji Twa­rze Depre­sji i naszych amba­sa­do­rów?

Naj­waż­niej­sza jest dzia­łal­ność edu­ka­cyjna, żeby coraz wię­cej ludzi dowia­dy­wało się, czym jest depre­sja i że można ją sku­tecz­nie leczyć poprzez połą­cze­nie far­ma­ko­te­ra­pii i psy­cho­te­ra­pii. Mam nadzieję, że nam amba­sa­do­rom kam­pa­nii "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję.". uda się prze­ko­nać Pola­ków, że depre­sja nie jest oznaką sła­bo­ści. Trzeba pozbyć się poczu­cia wstydu i dać sobie pomóc. Depre­sja to poważna cho­roba, która wymaga lecze­nia. Kiedy otrzy­mamy wła­ściwą dia­gnozę, lekarz zapi­sze nam odpo­wiedni lek. Tak jak w przy­padku każ­dej innej cho­roby. My jako amba­sa­do­rzy powin­ni­śmy wło­żyć jak najwię­cej ener­gii w to, by poka­zać ludziom, że leczona depre­sja pozwala nam nor­mal­nie funk­cjo­no­wać, nie skre­śla nas z życia.

W Fun­da­cji Twa­rze Depre­sji reali­zu­jemy pro­gramy bez­płat­nej, zdal­nej pomocy psy­cho­lo­giczno-psy­chia­trycz­nej dla dzieci i mło­dzieży, a także kon­sul­ta­cje psy­cho­lo­giczne online dla osób doro­słych zagro­żo­nych depre­sją i cho­ru­ją­cych na raka oraz ich rodzin. Czy zdalne kon­sul­ta­cje są dobrą ini­cja­tywą w cza­sie pan­de­mii?

To bar­dzo ważne pro­gramy, bo dla wielu ludzi są jedyną szansą na pro­fe­sjo­nalną pomoc. (...) Myślę, że i bez pan­de­mii ludziom trudno było prze­ła­mać wstyd i pójść do poradni zdro­wia psy­chicz­nego. Teraz dzięki Fun­da­cji Twa­rze Depre­sji dzieci i doro­śli mają szansę na dia­gnozę bez wycho­dze­nia z domu, bez obawy, że "ktoś mnie zoba­czy u psy­chia­try". Myślę, że to bar­dzo ważne pro­gramy, bo mogą ośmie­lać ludzi do zgła­sza­nia się po pomoc. I o to cho­dzi, żeby się­gali po pomoc pro­fe­sjo­na­li­stów, któ­rzy wie­dzą, jak to robić.

Dzię­kuję za roz­mowę.

Rozmowa z Dorotą Rabczewską - Dodą

Depre­sja może dotknąć każ­dego. Obraz tej cho­roby to nie tylko smu­tek i łzy. Cza­sami uśmiech, gdy inni patrzą. Jaka­kol­wiek aktyw­ność pochła­nia wtedy ogromne pokłady ener­gii. Z depre­sją zma­gała się rów­nież Dorota Rab­czew­ska - Doda. Znana pio­sen­karka i kom­po­zy­torka opo­wie­działa o swo­ich doświad­cze­niach z tą cho­robą, by zain­spi­ro­wać innych do prze­ła­ma­nia wstydu i pod­ję­cia lecze­nia. Roz­mowa uka­zała się w maga­zy­nie "Twa­rze depre­sji" nr 9/2023. Doda dołą­czyła do grona amba­sa­do­rów kam­pa­nii spo­łecz­nej "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję.".

Zapewne nie tylko mnie koja­rzysz się z jedną z naj­bar­dziej uśmiech­nię­tych i naj­bar­dziej ener­ge­tycz­nych pol­skich gwiazd...

Sobie też się tak koja­rzę. Jestem bar­dzo pozy­tywna i bar­dzo pogodna - od dziecka! Jak byłam mała, byłam rado­sna, bez­tro­ska, bez­pro­ble­mowa, pra­wie w ogóle nie pła­ka­łam. Teraz, kiedy oglą­dam dzieci moich zna­jo­mych, to mam wra­że­nie, że są strasz­nie zner­wi­co­wane, utkane z takich doro­słych pro­ble­mów. Wiele z tych dzieci jest smut­nych. To jest szok! Jestem zała­mana, myśląc o tym, co to będzie w kolej­nych poko­le­niach.

Nie bałaś się powie­dzieć otwar­cie o swo­jej depre­sji?

Jak wyszło szy­dło z worka, że się roz­wo­dzę, co miało wpływ na moją depre­sję, to wtedy już nie bałam się o tym mówić gło­śno. Wcze­śniej ukry­wa­łam ten fakt przez ponad rok. Ukry­wa­łam także to, w jakiej rela­cji żyłam, i sze­reg kon­se­kwen­cji, które ponio­słam ze względu na mojego byłego męża - w tym kon­se­kwen­cji praw­nych. To one przy­czy­niły się u mnie do ata­ków paniki i sta­nów lęko­wych. Poli­cja budziła mnie o szó­stej rano, prze­szu­ki­wała mój dom, dom moich rodzi­ców, jak­bym była jakąś kry­mi­na­listką, zaglą­dała w moje rze­czy oso­bi­ste, zabie­rała mi tele­fon, prze­szu­ki­wała moje pry­watne zdję­cia. Przez rok musia­łam cho­dzić na tera­pię, bo puka­nie do drzwi o poranku powo­do­wało u mnie ataki paniki, dusze­nie się i pra­wie omdle­nia. Jak masz czy­ste sumie­nie i nie bie­rzesz pod uwagę faktu, że poli­cja może przyjść do cie­bie rano, to taka sytu­acja jest tra­gicz­nym doświad­cze­niem, bo w ogóle się jej nie spo­dzie­wasz. Pani pro­ku­ra­tor, która w ogóle cie­bie nie słu­cha, tylko z góry zakłada, że jesteś winna, a potem pogrom w mediach. Można zwa­rio­wać, jak ludzie wma­wiają ci inten­cje, któ­rych nie mia­łaś. To może zła­mać każ­dego. Jak robisz coś złego, to bie­rzesz pod uwagę, że może to kie­dyś wią­zać się z róż­nymi kon­se­kwen­cjami, więc w tym sen­sie jesteś na to przy­go­to­wany. Na mnie takie doświad­cze­nie spa­dło jak grom z jasnego nieba i naprawdę nie zasłu­ży­łam sobie na coś takiego. Kiedy wszy­scy dookoła zaczy­nają mówić, że posłu­ży­łaś jako wabik dla inwe­sto­rów swo­jego męża i uwia­ry­god­nie­nie go w oczach opi­nii publicz­nej, no bo każdy chciał zro­bić film z Dodą, a Doda bar­dzo chciała zro­bić film - to zaczyna cię to zabi­jać od środka. Na końcu zosta­łam bez niczego, poza zarzu­tem "pomoc­nic­twa w spółce męża" - byłam "winna", a mój mąż znik­nął, jak i moje udziały z filmu. Mimo to poczu­łam ogromną ulgę. W końcu mogłam wyznać, co się działo w moim mał­żeń­stwie i w mojej psy­chice.

Które objawy naj­bar­dziej Cię zanie­po­ko­iły, że dotarło do Cie­bie: "To może być depre­sja"?

Naj­pierw siadł mi orga­nizm. Naj­czę­ściej dzia­łam na "auto­pi­lo­cie". Mam bar­dzo silną psy­chikę, ale per­ma­nentny stres przy­czy­nił się u mnie do pro­ble­mów z orga­nizmem: sia­dła mi tar­czyca, doszła bez­sen­ność. Lęk pocią­gnął za sobą wiele obja­wów soma­tycz­nych, czyli wła­śnie w ciele. Mój orga­nizm zako­mu­ni­ko­wał mi, że nie jest już w sta­nie funk­cjo­no­wać. Nic mnie nie cie­szyło. Zupeł­nie nic. W tam­tym cza­sie po sze­ściu latach wygra­łam z ban­kiem pro­ces o kre­dyt fran­kowy. Każdy na moim miej­scu ska­kałby z rado­ści. Każdy, kto miał kre­dyt fran­kowy, wie, jakie to obcią­że­nie. Tyle lat cze­ka­nia i nagle nie musisz już pła­cić. W ogóle mnie to zwy­cię­stwo nie ucie­szyło. Było mi to obo­jętne. Wszystko było mi obo­jętne. Po pro­stu chcia­łam jak naj­szyb­ciej skoń­czyć tę męczar­nię...

Poja­wiły się myśli samo­bój­cze?

Tak, poja­wiły się.

To był ten moment, kiedy zde­cy­do­wa­łaś się na się­gnię­cie po pomoc spe­cja­li­stów zdro­wia psy­chicz­nego?

Tak, oczy­wi­ście. To był ten moment. Trudno chyba sobie wyobra­zić gor­szy moment w życiu.

Czy poszłaś naj­pierw do psy­cho­loga, psy­cho­te­ra­peuty czy do leka­rza psy­chia­try?

Wszę­dzie się uda­łam po pomoc, gdzie tylko było to moż­liwe. Jak już coś robię, to na sto pro­cent.

Czy od razu pierw­sze leki anty­de­pre­syjne, które zapi­sał Ci lekarz, przy­nio­sły ulgę?

Tak, były tra­fione za pierw­szym razem.

Nie wszy­scy mają tyle szczę­ścia. Sta­ty­styki mówią, że leki anty­de­pre­syjne są sku­teczne u około sie­dem­dzie­się­ciu pro­cent pacjen­tów, ale u około trzy­dzie­stu pro­cent mamy do czy­nie­nia z depre­sją leko­oporną. Dla nich od lipca 2023 roku ruszył pierw­szy w histo­rii pol­skiej psy­chia­trii pro­gram lekowy. Cie­szy nas to, bo wiele osób cier­pią­cych na depre­sję leko­oporną szuka pomocy w naszej fun­da­cji.

Bar­dzo współ­czuję ludziom, któ­rym nie od razu leki pomo­gły. Mam przy­ja­ciółki, które cho­rują na depre­sję, a nie miały takiego szczę­ścia jak ja. Znam rów­nież osoby, które nie miały szczę­ścia z psy­cho­lo­gami, bo to też tylko ludzie. Ja mia­łam szczę­ście z far­ma­ko­te­ra­pią i psy­cho­te­ra­pią, jeżeli cho­dzi o depre­sję. Tera­pia par nie wycho­dziła, na przy­kład mój mąż miał romans z tera­peutką.

Naj­sku­tecz­niej­sza w depre­sji jest tera­pia poznaw­czo-beha­wio­ralna. Trwa zwy­kle od pół roku do dwóch lat. Czy możesz nam opo­wie­dzieć wię­cej o Two­jej psy­cho­te­ra­pii? Jak długo trwała?

Wola­ła­bym o tym nie opo­wia­dać. To dla mnie zbyt oso­bi­ste doświad­cze­nie.

Rozu­miem. W pio­sence Zatań­czę z Anio­łami śpie­wasz: "Mówili mi, musisz gło­śna być; Ja nie muszę nic". Słowo "muszę" każ­dego dnia roz­brzmiewa w gło­wach bar­dzo wielu osób cho­ru­ją­cych na depre­sję. Kiedy dotarło do Cie­bie to, że nie musisz, ale możesz?

Do tej pory muszę bar­dzo chro­nić się przed róż­nymi kata­li­za­to­rami "powtó­rek z roz­rywki". Raz na jakiś czas sądy, dzien­ni­ka­rze czy sytu­acje z prze­szło­ści potra­fią prze­cią­gnąć mnie po pod­ło­dze. To nie jest tak, że muszę się upo­rać tylko z moimi demo­nami i musia­łam wyle­czyć samą sie­bie. Musia­łam też się nauczyć tego, żeby nie dać się roz­wi­nąć depre­sji, gdy będą wra­cać jej objawy. To jest bar­dzo długa histo­ria... Nie jestem w sta­nie tego opo­wie­dzieć... To trwało dwa lata. Prze­sta­łam śpie­wać. Nie gra­łam kon­cer­tów. Do tej pory nie sta­nę­łam na sce­nie! Wszystko jest w moich pio­sen­kach.

W Zatań­czę z Anio­łami śpie­wasz: "Kiedy z oczu znik­nie tam­ten mróz; Wtedy może przy­znam, że; Stąd się wzięła moja siła; Jestem silna, wiem". Co daje Ci siłę?

To, że nie muszę nic. Czer­pię przy­jem­ność z pro­stych rze­czy i nie nakła­dam na sie­bie żad­nej pre­sji. Sam fakt, że wró­ciła mi radość życia jest dla mnie wystar­cza­jący. Nie muszę mieć żad­nej adre­na­liny, wyni­ków, nie wia­domo jakich osią­gnięć. Ja już wszystko w życiu osią­gnę­łam, o czym marzy­łam. Teraz jestem na eta­pie, kiedy już wszystko mogę, a nie muszę. Wolę posie­dzieć teraz na słońcu, niż zagrać milion kon­cer­tów. Prze­sta­łam wycho­dzić na scenę. Po trzech latach prze­rwy, w kwie­cie wieku, w moim naj­więk­szym piku arty­stycz­nym robię wła­śnie ostat­nią trasę kon­cer­tową tylko dla­tego, żeby zamknąć pewien etap mojego życia tak, jak ja bym tego chciała. Zamy­kam ten etap, bo nie będę wyci­skać sie­bie jak cytrynę. Cie­szy mnie życie samo w sobie - pro­ste, codzienne. Chcę kochać, być kochana. Chcę mieć spo­kój w sercu. To mi daje siłę. Do tej pory nie sta­nę­łam na sce­nie trasy kon­cer­to­wej!

Śpie­wasz: "Musisz stra­cić coś, by odna­leźć głos". W tele­dy­sku Zatań­czę z Anio­łami poja­wia się kil­ku­mie­sięczne dziecko. Co chcia­łaś tą sceną nam powie­dzieć?

Tę scenę ludzie ina­czej zin­ter­pre­to­wali, niż ja mia­łam w zamy­śle, ale nie pro­sto­wa­łam tego. Pomy­śla­łam sobie, że to może będzie dobre dla tych kobiet, które nie chcą mieć dzieci, a są do tego zmu­szane i pod­da­wane ogrom­nej pre­sji spo­łecz­nej. Tą sceną chcia­łam poka­zać tro­chę moją per­spek­tywę. Pewne kobiety, które przy­cho­dziły na moje kon­certy z małymi dziećmi, czę­sto trak­to­wały te dzieci przed­mio­towo. Cza­sami dosłow­nie rzu­cały mi je do zdjęć. Wciąż mam w gło­wie te nie­mow­laki pod gło­śni­kami. Wia­domo, że na kon­cer­cie jest tak gło­śno, że można ogłuch­nąć. Cza­sami matki były w jakimś takim amoku i nie dostrze­gały ani moich potrzeb, ani tego małego czło­wieka, któ­rego same uro­dziły. Te sceny wyglą­dały tak jak w moim tele­dy­sku, że rzu­cano do mnie nie­mow­laki do zdję­cia. Sta­ra­łam się je osło­nić od tych fle­szy, a wtedy matka z boku tań­czyła z rado­ści. Dla mnie to był szok.

Zapy­ta­łam Cię o to, bo macie­rzyń­stwo jest wie­lo­wy­mia­rowe. W naszej Fun­da­cji Twa­rze Depre­sji pod­czas bez­płat­nych, zdal­nych kon­sul­ta­cji psy­cho­lo­gicz­nych poma­gamy kobie­tom, które poro­niły, a także kobie­tom cho­ru­ją­cym na depre­sję w ciąży i po poro­dzie. Uwa­żam, że o macie­rzyń­stwie i jego wyzwa­niach powin­ny­śmy mówić gło­śno, bez poczu­cia wstydu.

Macie­rzyń­stwo to nie jest mój temat, ale uwa­żam, że pewne kobiety, które mają dzieci, nie powinny ich mieć, bo nie są w sta­nie zapew­nić im miło­ści i bez­pie­czeń­stwa. Ich pobudki do tego, żeby powo­łać na świat drugą osobę, nie są takie, jak być powinny. I póź­niej nie­szczę­śliwe matki wycho­wują nie­szczę­śliwe dzieci. Prze­raża mnie, że tak wiele dzieci zamiast nad wóz­kiem widzieć twarz swo­jej mamy, widzi tele­fon, bo matka cią­gle nagrywa dziecko i wrzuca fil­miki na social media. Moje wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa to twarz mamy, która się nade mną pochyla. Wyobra­żasz sobie, że teraz dzieci zamiast twa­rzy matki widzą cią­gle tele­fon?

Ja nie upu­blicz­niam wize­runku moich dzieci i trudno mi ten trend zro­zu­mieć.

Robisz coś jako dziecko, a matka od razu bie­rze tele­fon i cię nagrywa i wrzuca to do sieci. Nawet nie zapyta dziecka, czy ono chce być nagrane i poka­zane wszyst­kim publicz­nie. To powinno być nie­le­galne! Matką się nie bywa. Matką się jest. Ludzie tracą rozum przez Insta­gram, ale też przy sław­nych oso­bach. Wycho­dzą z nich jakieś zwie­rzęce instynkty. Nie tylko mówię o tym akcen­cie rodzi­ciel­skim, ale też o moich były part­ne­rach czy w ogóle ludziach, któ­rzy mnie ota­czają.

Dzieci, kobiety, męż­czyźni, senio­rzy - twa­rzy depre­sji jest bar­dzo wiele. Dzię­kuję, że zgo­dzi­łaś się zostać amba­sa­dorką sie­dem­na­stej edy­cji ogól­no­pol­skiej kam­pa­nii spo­łecz­nej "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję.". Tym razem będziemy mówić o depre­sji wśród senio­rów. Co chcia­ła­byś - jako nasza amba­sa­dorka - powie­dzieć o zdro­wiu psy­chicz­nym poko­le­niu naszych rodzi­ców?

Mam nadzieję, że ten wywiad będzie inspi­ra­cją do pod­ję­cia pra­wi­dło­wego lecze­nia depre­sji dla wielu osób, w każ­dym wieku. Nie chcia­ła­bym, żeby senio­rzy ode­brali, że ich pouczam.

W każ­dej edy­cji naszej kam­pa­nii przy­po­mi­namy, że naj­sku­tecz­niej­szą drogą lecze­nia depre­sji u osób doro­słych - rów­nież u senio­rów - jest połą­cze­nie far­ma­ko­te­ra­pii i psy­cho­te­ra­pii.

I nie wstydźmy się korzy­stać z pro­fe­sjo­nal­nej pomocy. Wstyd jest bar­dzo poważ­nym pro­ble­mem w naszym kraju. Ludzie nie się­gają po pomoc, bo się wsty­dzą swo­ich pra­co­daw­ców i kole­ża­nek, kole­gów z pracy, bo boją się, że będą ode­brani jako "wariaci". Pro­blem cho­rób psy­chicz­nych wciąż wiąże się z pięt­no­wa­niem, a prze­cież zła­mana psy­chika powinna być trak­to­wana tak samo nor­mal­nie jak zła­mana noga. Jako głów­no­do­wo­dzący naszym orga­ni­zmem jeste­śmy po to, żeby o niego dbać i żeby go poskła­dać. Prze­cież nikt z nas nie zgła­sza się na ochot­nika po cho­robę - ani soma­tyczną, ani psy­chiczną. Każdy chciałby cie­szyć się życiem i być zdrowy.

Kolejny ważny ele­ment dla osoby z depre­sją to part­ner, który wspiera nas w trak­cie walki z cho­robą. Jeśli mamy bore­liozę czy jaką­kol­wiek inną cho­robę, z któ­rej długo wycho­dzimy, to wia­domo że nie od razu prze­sta­nie nas boleć i będziemy świet­nie funk­cjo­no­wać. Trzeba drugą osobę wspie­rać nie­za­leż­nie od czasu, rodzaju cho­roby, czy to rak, czy depre­sja. Kiedy mój były part­ner cho­ro­wał na bia­łaczkę, robi­łam przy nim dosłow­nie wszystko przez sześć mie­sięcy, bo jestem zada­niowa, opie­kuń­cza i empa­tyczna, choć wiem, że wiele osób postrzega mnie jako "zimną sukę". Wstyd przed popro­sze­niem part­nera o pomoc powi­nien szybko znik­nąć.

Zada­niem kam­pa­nii "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję.". jest uświa­do­mie­nie Pola­ków, że cho­roby psy­chiczne niczym nie róż­nią się od cho­rób soma­tycz­nych. Nie powin­ni­śmy wsty­dzić się popro­sić o pomoc swoją rodzinę i mówić o swo­ich potrze­bach. Prośba o poda­nie ręki, przy­tu­le­nie, roz­mowę o tym, co czu­jesz, jest takim samym prze­ja­wem doj­rza­ło­ści i tro­ski o swoje zdro­wie, jak to, że pój­dziesz do den­ty­sty, gdy masz dziurę w zębie. Prze­cież nie cho­wasz się w pokoju i nie mówisz sobie: "O Boże! Nie powiem o tym nikomu, bo co będzie, gdy ludzie dowie­dzą się, że mam zaplom­bo­wany ząb. Pew­nie pomy­ślą, że nie dbam o zęby". I z depre­sją też nie powin­ni­śmy cho­wać się ze wstydu. To, że cho­ru­jesz na depre­sję i chcesz dać sobie pomóc, jest powo­dem do dumy, a nie wstydu! I part­ner powi­nien nas w tym wspie­rać. Jeśli tego nie robi, to "wypad z baru. Kop. Tam jest klamka".

Czy uwa­żasz, że lecze­nie depre­sji masz już za sobą?

Jestem już w gru­pie ludzi, któ­rzy są po uda­nej walce z depre­sją, ale to nie jest tak, że mogę już sobie pozwo­lić na wszystko. Ja na sie­bie chu­cham i dmu­cham, żeby depre­sja nie wró­ciła. Jestem też po dwóch ope­ra­cjach krę­go­słupa. Czy mogę teraz ska­kać na bun­gee? Czy mogę robić tańce-hulańce? Nie, od pięt­na­stu lat ase­ku­ruję się. Na sce­nie wszyst­kie moje ruchy są z myślą o tym, by mój pro­blem z krę­go­słu­pem się nie odno­wił. To samo z psy­chiką. Tak dobie­ram sobie aktyw­no­ści i rela­cje, żeby mój pro­blem się nie odno­wił. Moje pro­spe­ro­wa­nie w biz­ne­sie, w któ­rym jestem nara­żona na dużo tok­sycz­no­ści, jest już zupeł­nie inne. To nie jest już tak jak kie­dyś, że wodą na młyn są dla mnie dramy, roz­sta­nie i nasta­wie­nie na kon­tro­wer­syjne wywiady, bo udo­wad­niam sobie i innym, że jestem silna. Już nie wal­czę z ludźmi. Nie dla­tego, że się ich boję. Ja się boję sie­bie i o sie­bie.

Mia­łam sytu­ację u Kuby Woje­wódz­kiego, który mnie zachę­cił do miłego, kole­żeń­skiego wywiadu w dzień pro­mo­cji mojej nowej płyty. Przy­szłam do niego, a on na dzień dobry mnie zaata­ko­wał takimi pyta­niami, które miały mnie wypro­wa­dzić z rów­no­wagi, pod­wa­żyć moje poczu­cie wła­snej war­to­ści, znie­wa­żyć. Jesz­cze parę lat temu bym się uśmiech­nęła i znisz­czy­ła­bym go, ale wtedy zamknę­łam oczy i pomy­śla­łam sobie: "Ty nie musisz tu być, twoje zdro­wie jest waż­niej­sze". Pierw­szy raz w życiu zro­bi­łam to, co powin­nam robić już dawno temu: wsta­łam i wyszłam z tego nagra­nia. Niech sobie z tym radzi i łata PR-owe pro­blemy. Wyszłam stam­tąd i byłam naj­szczę­śliw­szą osobą na świe­cie, bo potra­fi­łam ochro­nić sie­bie.

Czy jest coś, na co ludzie po wygra­nej z depre­sją szcze­gól­nie muszą uwa­żać?

Myślę, że muszą ucie­kać z tok­sycz­nych związ­ków. To jest objaw odwagi. Wyj­ście z takiej rela­cji nie jest oznaką, że jeste­śmy słabi, że nie mamy argu­men­tów, ale ozna­cza, że jeste­śmy silni, bo mamy już zupeł­nie inne poczu­cie war­to­ści w swoim życiu. To samo tyczy się związ­ków. Jeśli part­ner pod­czas kłótni ska­cze nam po gło­wie, znie­waża, ale też póź­niej prze­pra­sza, to słowo "prze­pra­szam", nie­stety, nie zała­twia wszyst­kiego, o ile w ogóle pad­nie. Mimo naj­szczer­szej miło­ści trzeba naj­bar­dziej kochać sie­bie i dbać o sie­bie.

A czego ocze­ki­wać od part­nera?

Nie można wyko­rzy­sty­wać cho­roby w kłót­niach. Mia­łam kie­dyś poważną roz­mowę z moim part­ne­rem, który cza­sami w ner­wach wypo­mi­nał mi, że bra­łam leki anty­de­pre­syjne. Powie­dzia­łam mu: "Ja się nie czuję z tego powodu mniej mery­to­ryczna w naszej kłótni. To nie jest dla mnie powód do wstydu. Jak będzie trzeba, to zro­bię bil­l­bo­ard o tym na pół War­szawy, bo te leki ura­to­wały mi życie! Teraz nie był­byś ze mną w związku, bobym była tru­pem". Leki anty­de­pre­syjne są dla ludzi ratun­kiem. Mnie ura­to­wały życie. Trzeba ze sobą o tym roz­ma­wiać i uświa­da­miać, czym jest depre­sja, jak się ją leczy i jakiego wspar­cia ocze­ku­jemy. Part­ner wie, gdzie mamy "bli­zny" i nie powi­nien w nie ude­rzać, żeby wró­ciła nam depre­sja, ataki paniki, lęki. I to z podwójną siłą, bo prze­cież kochasz tę osobę, a ona kocha cie­bie.

Rola naj­bliż­szych w wycho­dze­niu z depre­sji jest nie do prze­ce­nie­nia, ale dba­nie o sie­bie też jest bar­dzo ważne. Po raz drugi współ­or­ga­ni­zu­jemy z Lasami Pań­stwo­wymi Bieg z Twa­rzami Depre­sji, a dochód ze sprze­daży pakie­tów star­to­wych w cało­ści prze­zna­czymy na pro­gram bez­płat­nej zdal­nej pomocy psy­cho­lo­gicz­nej i psy­chia­trycz­nej dla dzieci i mło­dzieży, czyli naj­młod­szych pod­opiecz­nych Fun­da­cji Twa­rze Depre­sji. Zachę­camy Pola­ków w każ­dym wieku do aktyw­no­ści fizycz­nej, która jest tak samo ważna dla naszego ciała, jak i głowy. Czy dla Cie­bie sport - mimo ope­ra­cji krę­go­słupa - jest ważny i wspie­ra­jący?

Dla mnie to jest naj­waż­niej­sza rzecz - oprócz muzyki. Skoń­czy­łam szkołę spor­tową. Mój ojciec był olim­pij­czy­kiem. Był moim pierw­szym tre­ne­rem. Nie prze­sta­łam upra­wiać sportu nawet wtedy, kiedy mia­łam pro­blem z krę­go­słu­pem. Teraz jesz­cze wię­cej ćwi­czę, bo zna­la­złam różne spo­soby na to, żeby omi­nąć ból, a od kilku lat już wstaję bez bólu. Nie wyobra­żam sobie nie ćwi­czyć, ale pamię­tam czas, gdy mia­łam depre­sję. Na siłę zwle­ka­łam się z łóżka, żeby pobie­gać na bieżni, żeby poćwi­czyć na siłowni. W tym naj­cięż­szym cza­sie, zanim zaczę­łam lecze­nie, aktyw­ność fizyczna nie przy­no­siła mi ulgi. Nic mnie wtedy nie cie­szyło i nic mi nie poma­gało: waka­cje, słońce, jedze­nie. Wszystko było poza mną. Pomo­gły mi leki i psy­cho­te­ra­pia. Ale jak już się z tego wyj­dzie, to oczy­wi­ście ważne są dla naszego samo­po­czu­cia: sport, kon­takt z naturą, las, słońce, spo­tka­nia z bli­skimi, ze zna­jo­mymi. Ale w cza­sie depre­sji, kiedy jej nie leczysz, to wszystko nie ma zna­cze­nia. I trzeba to ludziom jasno powie­dzieć, bo sie­dzą w tych swo­ich czte­rech ścia­nach i myślą sobie: "Co ze mną jest? Wyszłam z ludźmi do kina, prze­bie­głam się, poga­da­łam z drze­wami, pta­kami, pole­ża­łam na słońcu, a i tak czuję się fatal­nie". To wszystko zależy od skali nasi­le­nia tej cho­roby. Cho­roby, którą spe­cja­li­ści wie­dzą, jak leczyć.

Czy w cza­sie lecze­nia depre­sji zda­rzało Ci się się­gać po alko­hol?

W tym cza­sie w ogóle nie piłam alko­holu, a teraz po wyj­ściu z depre­sji piję alko­hol dwa, trzy razy w roku! Alko­hol, nar­ko­tyki, sty­mu­la­tor to nie jest odpo­wiedź na cho­robę psy­chiczną. To jest znak mno­że­nia. Jeśli kto­kol­wiek myśli, że napije się alko­holu i będzie mu lepiej, to się myli! Alko­hol jest chyba naj­bar­dziej depre­sjo­gen­nym środ­kiem, jaki ist­nieje na świe­cie. Nie można pić alko­holu, jak się ma pro­blemy psy­chiczne, bo to tylko pogar­sza sytu­ację, choć pozor­nie wydaje się ina­czej. Na drugi dzień jest dzie­sięć razy gorzej. Całe lecze­nie depre­sji, cała tera­pia, wszystko idzie wstecz. Nar­ko­tyki to samo! Można sobie wyobra­zić, że wszystko, co nam sztucz­nie pod­kręca szybko nastrój, następ­nie w tym samym tem­pie musi pójść w dół. Wtedy nasz biedny mózg musi cią­gle odra­biać te waha­nia nastroju, co jest bar­dzo obcią­ża­jące dla osoby z cho­robą psy­chiczną. Alko­hol i nar­ko­tyki to gwóźdź do trumny.

Dzię­kuję, że podzie­li­łaś się z nami swoim doświad­cze­niem z depre­sją. To bar­dzo ważne, że coraz wię­cej zna­nych osób otwar­cie mówi o swoim lecze­niu, bo wciąż bar­dzo wielu Pola­ków, któ­rzy cho­rują na depre­sję, nie sięga po pro­fe­sjo­nalną pomoc.

Mnie to dener­wuje, gdy ludzie piszą do mnie i pro­szą o poradę doty­czącą depre­sji. Cele­bryci nie są od tego, żeby uzdra­wiać swo­ich fanów. Od tego są psy­chia­tra, psy­cho­log, psy­cho­te­ra­peuta. Koniec kropka.

A mnie dener­wują pyta­nia o modę na depre­sję. Nikt nie pyta, czy jest moda na cho­ro­wa­nie na raka, cukrzycę, astmę, bo czu­jemy absur­dal­ność tego pyta­nia. A o modę na depre­sję się pyta. Wiele osób myśli, że do "twa­rzy depre­sji" chcą dołą­czyć wszyst­kie znane osoby, a tak oczy­wi­ście nie jest. Czę­sto pro­wa­dzimy wie­lo­let­nie roz­mowy z oso­bami, które osta­tecz­nie decy­dują się wes­przeć naszą kam­pa­nię spo­łeczną. Co sądzisz o "modzie na depre­sję"?

Udzie­lam tego wywiadu i dołą­czy­łam do waszej kam­pa­nii po to, żeby wiele osób w Pol­sce - rów­nież osoby z mojego naj­bliż­szego oto­cze­nia - zro­zu­miało, że depre­sja jest cho­robą, a nie modą. Czło­wiek, który powie publicz­nie, że cho­ruje na depre­sję, wcale nie staje się fajny. Wręcz prze­ciw­nie - mie­rzy się z ostra­cy­zmem. Cza­sami jest to rodzaj ulgi, odwagi, cza­sami ele­ment tera­pii, żeby to z sie­bie wyrzu­cić i powie­dzieć gło­śno. Nie ma cze­goś takiego jak "moda na obumie­ra­nie od wewnątrz". Taka jest depre­sja.

Zde­cy­do­wa­nie mówie­nie o depre­sji wymaga odwagi i dla­tego bar­dzo Ci dzię­kuję, że odwa­ży­łaś się powie­dzieć otwar­cie o swoim doświad­cze­niu. Depre­sja może dotknąć każ­dego z nas - bez względu na wiek, płeć, zamoż­ność. W Fun­da­cji Twa­rze Depre­sji nasi spe­cja­li­ści na co dzień pro­wa­dzą bez­płatne zdalne kon­sul­ta­cje psy­cho­lo­giczne reali­zo­wane dzięki pry­wat­nym dar­czyń­com i fir­mom part­ner­skim, takim jak Natio­nale-Neder­lan­den. Dla wielu osób nasza fun­da­cja jest jedy­nym miej­scem, gdzie zgła­szają się po pomoc - zdalną, bez wycho­dze­nia z domu, bez poczu­cia wstydu zwią­za­nego w wizytą w pla­cówce zdro­wia psy­chicz­nego. Ale lista wyzwań, przed któ­rymi stoją osoby z depre­sją, jest bar­dzo długa: kolejki do spe­cja­li­stów, a na wsiach czy w nie­któ­rych małych miej­sco­wo­ściach zupełny brak dostępu do spe­cja­li­stów zdro­wia psy­chicz­nego.

Stan pol­skiej psy­chia­trii i ota­cza­nie opieką psy­cho­lo­giczną osób cho­rych psy­chicz­nie... Wła­śnie "osoby chore psy­chicz­nie" - jak one się koja­rzą w naszym spo­łe­czeń­stwie? Ile jest krzyw­dzą­cych ste­reo­ty­pów? Ludzie myślą, że to osoby, które są sza­lone, bie­gają po ulicy i zacze­piają innych. Są bar­dzo różne cho­roby psy­chiczne, które doty­kają ogromną część ludzi na świe­cie, rów­nież dzieci, które - jak widać - mają bar­dzo poważne pro­blemy psy­chiczne. Nie­stety, opieka psy­chia­tryczna i psy­cho­lo­giczna w naszym kraju jest na pozio­mie zero­wym.

W Pol­sce mamy nieco ponad cztery tysiące leka­rzy psy­chia­trów, co ozna­cza, że na milion miesz­kań­ców przy­pada dzie­więć­dzie­się­ciu spe­cja­li­stów. Gorzej jest tylko w Buł­ga­rii. Dla porów­na­nia w Fin­lan­dii jest dwu­stu trzy­dzie­stu sze­ściu leka­rzy psy­chia­trów na milion miesz­kań­ców, w Szwe­cji dwu­stu trzy­dzie­stu dwóch, na Litwie dwu­stu dwu­dzie­stu pię­ciu, w Niem­czech - dwu­stu dwu­dzie­stu trzech, a w Gre­cji dwu­stu dzie­więt­na­stu. To dużo wyja­śnia, gdy uzmy­sło­wimy sobie, że tylko na depre­sję ofi­cjal­nie cho­ruje pół­tora miliona Pola­ków, a wia­domo, że cho­ruje nawet dwa razy wię­cej. Wciąż tak wiele osób wsty­dzi się się­gnąć po pro­fe­sjo­nalną pomoc, a jeśli się już na to odważą, dostęp do pomocy psy­chia­trycz­nej i psy­cho­te­ra­pii jest bar­dzo trudny.

Dla­czego mózg jest więk­szym powo­dem do wstydu niż d...? Jak masz hemo­ro­idy, to idziesz do leka­rza, roz­kra­czasz się na fotelu i się leczysz. Jak masz depre­sję i zabu­rzoną che­mię w mózgu, to czemu wsty­dzisz się się­gnąć po pomoc? Nie rozu­miem tego.

"Nie Mamy czego się wsty­dzić" - mówimy w naszej kam­pa­nii spo­łecz­nej. Przy­po­mnę, że trzy główne objawy depre­sji to obni­żony nastrój, brak ener­gii i utrata zain­te­re­so­wań. Muzyka to Twoja pasja. Co się z nią stało w depre­sji?

Prze­sta­łam w ogóle śpie­wać. Lubię śpie­wać poza sceną. Zawsze śpie­wam w samo­cho­dzie. Przez dwa lata nie wydo­by­łam z sie­bie głosu. W ogóle nie mia­łam na to ochoty. Pierw­szy raz zaśpie­wa­łam, gdy Maria Sadow­ska - reży­serka Dziew­czyn z Dubaju - popro­siła mnie, żebym nagrała pio­senkę do naszego filmu. Powie­dzia­łam jej wtedy: "Nie, nie jestem w for­mie. Wolę zostać przy pro­duk­cji kre­atyw­nej". W tam­tym cza­sie mój ówcze­sny mąż, główny pro­du­cent, nie uła­twiał mi, deli­kat­nie mówiąc, pracy na pla­nie. Byłam wra­kiem czło­wieka. Pamię­tam, że nagry­wa­łam tamtą pio­senkę i pła­ka­łam potem w domu. Przez następny rok nawet nie pomy­śla­łam o tym, żeby grać kon­certy. Nie chcia­łam tego. Koja­rzyły mi się wtedy tylko z ner­wami, stre­sem. Potem zaczę­łam brać leki i dwa mie­siące póź­niej zaśpie­wa­łam ten utwór na festi­walu. Od tam­tej pory gram go na festi­wa­lach czę­sto, jed­nak na­dal nie wró­ci­łam do moich tras kon­cer­to­wych. Pierw­szy raz stanę na sce­nie na mojej tra­sie kon­cer­to­wej po tylu latach! Przez dwa­dzie­ścia lat mia­łam kon­certy dzień w dzień! Rozu­miesz, co zna­czy dla pio­sen­karki nie śpie­wać i nie chcieć tego przez trzy lata?

Rozu­miem, że to było dla Cie­bie nie­zwy­kle trudne...

Nie wycho­dził ze mnie głos. Takie zaci­śnię­cie w gar­dle, jakby nie można było oddy­chać. (cisza) Moja cho­roba wynik­nęła z czyn­ni­ków zewnętrz­nych. Po pierw­sze, któ­ryś raz nie udaje mi się w związku, czuję się nie­chciana, nie­ko­chana. Wyol­brzy­mione w mojej gło­wie to, że do końca życia będę sama, bo prze­cież jestem już taka stara. No i jestem DODĄ. A to cza­sami prze­kleń­stwo, bo rodzi straszne kom­pleksy i nie­na­wiść u part­nera. Mam pra­wie czter­dzie­ści lat, kolejny zwią­zek mi się sypie na oczach całej Pol­ski. Po dru­gie, jak mogłam znowu dać się oszu­kać, nabrać, i znowu na oczach tylu ludzi. Po trze­cie, przy­tu­lam wszyst­kie dziew­czyny, które wyszły ze związ­ków z prze­mocą psy­chiczną, bo wiem, co to zna­czy. Po czwarte, że jestem osobą publiczną i zawsze wszystko jest moją winą. Wszy­scy myślą, że to on mnie zosta­wił. Moje życie pry­watne roz­kła­dane jest na czyn­niki, a teo­rie spi­skowe ludzi, któ­rzy mnie prze­cież nie znają, zasy­pują por­tale inter­ne­towe. Mnie pęka serce, a ludziom popcorn od pod­grza­nej dramy. Nie wie­dzą, jaka jestem. Ni­gdy się nie dowie­dzą. No i jak żyć?

To jest dobre pyta­nie.

Na które każdy musi odpo­wie­dzieć sobie sam.

Po tych wszyst­kich trud­nych doświad­cze­niach, jaka jest Twoja odpo­wiedź na pyta­nie, jak mam żyć?

Z psy­chiką jest o tyle trudno, że od niej uza­leż­niony jest cały nasz kom­fort życia. To nie jest tak jak z raną na nodze, która - choć boli, to i tak możemy zna­leźć inne rze­czy, które dają nam mimo wszystko radość i możemy je robić nawet ze zra­nioną nogą. Jak siada psy­chika, to siada wszystko. Nic nie daje rado­ści. Nie ma siły do poszu­ka­nia cze­goś innego, co może ucie­szyć. Choćby przy­je­chał książę na bia­łym koniu, choć­byś wygrała pro­ces w spra­wie kre­dytu fran­ko­wego, nic cię nie cie­szy. Ludzie myślą, że jak wezmą jedną tabletkę anty­de­pre­syjną albo pójdą na jedno spo­tka­nie z psy­cho­lo­giem, to od razu będzie lepiej, że będzie jak z raną na nodze, że od razu zacznie się robić strup i nie będzie bolało. Do lecze­nia depre­sji potrzebne są czas i cier­pli­wość. Nie narzu­cajmy sobie tej pre­sji: "Kiedy ja się będę lepiej czuć?! No kiedy to się sta­nie? Ja chcę już! Dłu­żej nie wytrzy­mam!". Trzeba na wstę­pie zaak­cep­to­wać, że z depre­sji nie wycho­dzi się szybko, że jest to ciężka praca nad sobą, przy wspar­ciu spe­cja­li­stów. Dajmy sobie czas na far­ma­ko­te­ra­pię i psy­cho­te­ra­pię i wtedy efekty nas zasko­czą.

Dzię­kuję za roz­mowę.

Rozmowa z Urszulą Dudziak

Urszula Dudziak - wybitna pio­sen­karka jaz­zowa, kom­po­zy­torka, autorka tek­stów. Jej hit Papaja pod­bił serca ludzi nie­mal na całym świe­cie. Słynny "Papaja dance" tań­czono w naj­od­le­glej­szych zakąt­kach. Pełna opty­mi­zmu i rado­ści artystka dołą­czyła do grona amba­sa­do­rów kam­pa­nii "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję.". Na łamach maga­zynu "Twa­rze depre­sji" nr 5/2021 opo­wie­działa o naj­trud­niej­szych chwi­lach w swoim życiu i jak udało się jej wyjść na pro­stą.

Bar­dzo dzię­kuję, że zgo­dziła się Pani zostać amba­sa­dorką kam­pa­nii "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję.". Na­dal trudno namó­wić znane osoby do udziału w kam­pa­nii doty­czą­cej zdro­wia psy­chicz­nego. Miała Pani wąt­pli­wo­ści, czy dołą­czyć do grona "twa­rzy depre­sji"?

Chcia­ła­bym wam bar­dzo pogra­tu­lo­wać tej jakże potrzeb­nej kam­pa­nii i pomóc wam iść naprzód z tą wspa­niałą ini­cja­tywą. Cie­szę się, że od lat zaj­mu­je­cie się zdro­wiem psy­chicz­nym. Pan­de­mia uzmy­sło­wiła nam, że już naj­wyż­szy czas pod­cho­dzić do tego tematu z nale­ży­tym sza­cun­kiem i uwagą. Bar­dzo dużo ludzi cho­ruje na depre­sję. Szcze­gól­nie mar­twię się o dzieci, które nie rozu­mieją, co się dzieje. Miały zdalną szkołę. Nagle całe ich życie sta­nęło. Nie wia­domo co dalej. Myślę, że pan­de­mia robi ogromną rysę w ich dzie­ciń­stwie, która zosta­nie z nimi przez całe życie. Dla mnie to jest zaszczyt być amba­sa­dorką kam­pa­nii.

Dzię­kuję i wza­jem­nie! Dla nas jest zaszczy­tem, że wspiera Pani nasze dzia­ła­nia.

Chcę zara­żać ludzi opty­mi­zmem. Ja na szczę­ście mam taki cha­rak­ter, że szybko odbi­jam się od dna. Mimo to znam dobrze depre­sję. Może nie z autop­sji, choć też się zapa­da­łam bar­dzo głę­boko, ale moja córka cierpi na cho­robę afek­tywną dwu­bie­gu­nową, w któ­rej - jak nazwa wska­zuje - na jed­nym bie­gu­nie jest depre­sja, a na dru­gim mania. Mika mówi o tym publicz­nie. Zaprze­cza­nie cho­ro­bom psy­chicz­nym nie pasuje do ludzi cywi­li­zo­wa­nych. Dla­tego całym ser­cem wspie­ram kam­pa­nię "Twa­rze depre­sji. Nie oce­niam. Akcep­tuję.". Jestem z wami i zro­bię wszystko, co w mojej mocy, żeby pomóc ludziom, któ­rzy zma­gają się z cho­ro­bami psy­chicz­nymi. Chcia­ła­bym pod­kre­ślić rów­nież sza­cu­nek dla mojej córki, że zaczęła mówić publicz­nie o swo­jej cho­ro­bie, aby dać siłę innym ludziom w podob­nej sytu­acji, żeby wycho­dzili z tego "kokonu" wstydu i szu­kali pomocy. Ta pomoc jest - tylko trzeba się prze­ła­mać i powie­dzieć sobie: "Tak, mam pro­blem i wiem, że są ludzie, któ­rzy mogą mi pomóc".

Co Panią - matkę Miki - naj­bar­dziej zanie­po­ko­iło? Które objawy zauwa­żyła Pani jako pierw­sze?

Mia­ły­śmy ogromny pro­blem, ponie­waż Mika ma nie tylko cho­robę dwu­bie­gu­nową, ale jest też uza­leż­niona od alko­holu. To się działo tuż po dwu­ty­sięcz­nym roku.

Ile miała wtedy lat?

Mika miała nie­całe dwa­dzie­ścia lat. Piła alko­hol i miała momen­tami etapy depre­sji, a innym razem manii. W ogóle nie mogłam do niej dotrzeć. Od razu szu­ka­łam dla niej pomocy u spe­cja­li­stów, ale to było nie­zwy­kle trudne, ponie­waż leka­rze mówili: "Pani Urszulo, Mika naj­pierw musi prze­stać pić, bo jeżeli ona pije i ma objawy depre­sji, to nie wiemy, czy ta depre­sja jest rezul­ta­tem nad­uży­wa­nia alko­holu, czy wynika z innych czyn­ni­ków - bio­lo­gicz­nych, gene­tycz­nych, śro­do­wi­sko­wych, oso­bo­wo­ścio­wych". Nie wie­dzie­li­śmy, co jest pierw­sze: czy w związku z depre­sją sięga po alko­hol, czy nad­uży­wa­nie alko­holu powo­duje depre­sję, bo wia­domo, że tak jest bar­dzo czę­sto. Walka o Mikę była naprawdę na śmierć i życie, żeby ją ura­to­wać i żeby przede wszyst­kim prze­stała pić. Na szczę­ście po kilku latach cięż­kiej bata­lii, prze­ko­ny­wa­nia, lecze­nia, udało się, ale ta droga była długa i kręta. Ona była w zamknię­tych ośrod­kach tera­pii uza­leż­nień i ucie­kała. Nie da się opi­sać, co ja wypra­wia­łam, żeby jej pomóc. Ona potem mówiła: "Mama, daj mi święty spo­kój!", ale ja abso­lut­nie nie dawa­łam jej spo­koju. Dopiero gdy prze­stała pić, lekarz psy­chia­tra miał szansę posta­wić u niej pra­wi­dłową dia­gnozę. Stwier­dził cho­robę afek­tywną dwu­bie­gu­nową. To wyzna­czyło nam kolejną drogę walki o córkę, bo trzeba było zna­leźć spe­cja­li­stę, który nie tylko postawi dia­gnozę, ale będzie umiał leczyć tę cho­robę. Dobór odpo­wied­nich leków w tym przy­padku jest bar­dzo trudny, ponie­waż cho­roba ta ma dwa bie­guny. Na jed­nym bie­gu­nie jest depre­sja, czyli w danym momen­cie czło­wiek mie­rzy się z tą cho­robą. Na dru­gim bie­gu­nie jest mania, czyli stan abso­lut­nie prze­ciwny, pobu­dze­nia, wiel­kiej ener­gii i wtedy czło­wiek potrze­buje leków. To była dla mnie, matki, wyjąt­kowo trudna droga przez nie­znane tereny walki o zdro­wie psy­chiczne mojego dziecka. Teraz byłoby nam łatwiej, bo - choćby za sprawą waszej kam­pa­nii - jest już mniej ste­reo­ty­pów. Ludzie tak nie wsty­dzą się o tym mówić. Wtedy Mika nic nie mówiła o swoim lecze­niu. Teraz wyszła ze swoją cho­robą do ludzi. Mówi o niej chęt­nie. Jest pod opieką świet­nych spe­cja­li­stów - ma psy­cho­loga i psy­chia­trę. Jej zdro­wie usta­bi­li­zo­wało się i fan­ta­stycz­nie funk­cjo­nuje. Kie­dyś prze­czy­ta­łam wywiad z lekarką, która też cierpi na cho­robę afek­tywną dwu­bie­gu­nową. Mówiła, że potrafi wychwy­cić u sie­bie przej­ście obja­wów z depre­sji w manię. I odwrot­nie - dzięki temu bie­rze odpo­wied­nie leki w odpo­wied­nim momen­cie. W ten spo­sób może funk­cjo­no­wać zupeł­nie nor­mal­nie. Na co dzień pomaga swoim pacjen­tom i cho­roba jej w niczym nie prze­szka­dza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki