Zazdrość - potwór o zielonych oczach
- Jezu, ale ja jestem głupia!
- Czemu tak mówisz?
- Bo zachowuję się jak idiotka!
- Co znowu?
- No, bo nic się nie dzieje, a ja jestem zazdrosna jak jakaś szczeniara!
- Widocznie jednak coś się dzieje - inaczej byś nie była.
- Mówisz tak, żeby mnie pocieszyć.
- Wcale nie. Po prostu - gdyby nie było do czegoś powodu, to by to nie istniało.
- Ale przecież nie ma! To jakaś bzdura!
- A o co jesteś zazdrosna!
- Raczej: o kogo i to jest właśnie kompletny bezsens.
- O kogo?
- O małą dziewczynkę, która jest w jego klasie.
- A czemu jesteś o nią zazdrosna?
- Bo on ją wyróżnia spośród innych. Patrzy na nią inaczej. Mówi do niej inaczej. Uśmiecha się inaczej. Jest przy niej cały jakiś inny. To kompletnie głupie. Przecież to tylko dziewczynka, a czuję jakby była jego kochanką. Najchętniej wygryzłabym z siebie ten zazdrosny kawałek i rzuciła psom na pożarcie, bo aż mnie wkurza jego bezsensowność!
- Do ciebie się tak nie uśmiecha?
- No, właśnie nie.
- A co jest w tym uśmiechu takiego, że tak się czujesz?
- Nie wiem... jest inny niż dla mnie. Taki prawie zalotny, spontaniczny, jakby ta mała sprawiała mu radość samą swoją obecnością, a ja nie. I wiem, że nie mogę mieć do niego o to pretensji nawet, bo nic takiego nie robi. To mu się samo dzieje. Po prostu przy niej jest inny i to mnie doprowadza do szału! Nie chcę się do niego mizdrzyć, żeby był taki dla mnie. Zresztą... to by i tak nic nie dało, bo by nie był. Ona ma po prostu w sobie coś takiego, czego najwyraźniej ja nie mam...
- A co ona ma takiego?
- Nie wiem właśnie. Wszystko bym dała za to, żeby to mieć. Jakiś czar, wdzięk może... A ja jestem jak ten kołek w płocie. Szczególnie w momentach, kiedy to widzę.
- Może jedyne, co was różni, to to, że ona nie wie, że można inaczej?
- Czyli myślisz, że może ja też to mam?
- Na pewno masz to, że nie musisz nic robić, żeby to od niego mieć - tak jak ona.
- Tylko co to jest - ta rzecz?
- Odwaga?
- Odwaga?
- Żeby być sobą. Naturalnie.
- Myślisz, że ja nie jestem?
- Myślę, że nie.
- Ale dlaczego?
- Nie wiem. Może kiedyś uwierzyłaś, że bycie sobą, to jest to, co kogoś drażni i lepiej być kimś innym.
- To jak mam znowu zacząć być sobą?
- Może na początek zauważyć, kiedy nie jesteś?
- A skąd mam to wiedzieć, kiedy nie jestem?
- Na przykład wtedy, kiedy zatrzymujesz się przed zrobieniem tego, na co masz ochotę? Bo nie wypada? Bo komuś się to nie spodoba? Bo źle o tobie pomyśli? Bo będzie miał skwaszoną minę? Bo nie będzie dla ciebie miły?
- I co, myślisz, że jak to wszystko będę robiła, on zacznie być dla mnie taki jak dla niej?
- Nie wiem, ale może tobie samej się to bardziej spodoba?
- I on mnie wtedy bardziej polubi?
- Nie wiem, ale może ty bardziej polubisz wtedy siebie i zacznie ci to być obojętne, jakie on ma zdanie na ten temat.
- Czemu ludzie zawsze lgną do takich uroczych, jak ta mała? Czemu ja nie mogę być taka urocza?
- Ależ jesteś!
- Ale on przy mnie nie jest taki jak przy niej.
- Bo to nie kwestia uroczości.
- A czego?
- Bólu.
- Jakiego bólu?
- Twojego bólu. Z przeszłości. Który ten obrazek ci przywołuje. Boli cię, kiedy na nich patrzysz, prawda?
- Tak! Wszystko mnie w środku aż pali! Mam ochotę powiedzieć mu, żeby sobie wziął małą i poszedł do diabła! Tylko, że wiem, że to bez sensu, bo on nic złego nie robi. Co on może za to, że tak promienieje w jej obecności. Ta bezsilność mną strasznie szarpie. Że nic nie mogę. Że jestem przezroczysta jak powietrze. Patrzę na nich i zbiera mi się na płacz.
- To czemu nie płaczesz?
- Bo to głupie! Stara baba zazdrosna o dziecko!
- To nie jest głupie. To przecież twoja rozpacz. Wyobraź sobie, że jesteś mała i to widzisz... Nie chodzi ci o dziecko. O coś, co kiedyś być może widziałaś w innych oczach. Kogoś, kto był całym twoim światem? I na kim kończył się twój świat? Może wtedy uwierzyłaś, że ciebie nie "da się" "tak" kochać? Że ktoś inny jest bardziej wart tej miłości, której ty nie dostałaś, bo jest lepszy, bardziej uroczy i słodki?
- Tak, chyba tak właśnie czuję. Że zawsze znajdzie się ktoś, kogo "on" będzie kochał bardziej ode mnie... I nawet jeśli przez chwilę się czuję szczęśliwa, to zawsze jest to podszyte strachem, że to dlatego, że nie znalazła się jeszcze ta królewna. Że ja, to tylko poczekalnia ... dla niej.
- Sama widzisz, że to nie jest nic świeżego. Dopóki w to wierzysz, ta historia będzie się powtarzać jak samospełniająca się przepowiednia. Dopóki uważasz, że to nie ty jesteś księżniczką - czekasz na "tamtą". No i zawsze w którymś momencie się pojawia. A ty idziesz w odstawkę i serce ci pęka, kiedy na to patrzysz.
- Tak... aż ciężko mi złapać oddech. Nie chcę na to patrzeć, ale jakaś sadomasochistyczna siła każe mi tam sterczeć, jakbym była przyklejona do tego widoku.
- Żal ci siebie?
- Kiedy myślę, że jestem zazdrosna o tę uczennicę, to nie... Myślę, że to głupie i nawet jest mi wstyd za to, co za cyrk wyprawiam. Ale kiedy mówisz o tej małej mnie, kiedy tak stała i patrzyła jak jej książę wybiera inną, to powoli mi coś dla niej mięknie w środku...
- Może twój książę kiedyś sam nie miał na tyle delikatności i wyczucia, żeby zobaczyć ciebie wbitą w ten kąt? Gdyby wiedział, że rozkwitniesz jak krzak róż - może nawet większy od tego, który na twoich oczach adorował, zalałby cię podobnym snopem jupiterów? Ale niechcący wybrał łatwiejszą ścieżkę. Kogoś, na kogo nie trzeba się było wysilać, bo uroczość jego pąka była w pełni rozkwitu, na wyciągnięcie ręki, nieprzysypana warstwą smutku takiego jak twój...
- To brzmi dziwnie znajomo. Jakbym już kiedyś tam była...
- Nie musisz już tkwić w tym kącie. I nie musisz czekać na niego, aż cię wyciągnie spod stosu gruzu. Zostaw go tam, pląsającą z tą małą, a ty weź szpadel i kop. Nie ciekawi cię, co jest pod tą warstwą?
Bo ja się boję utyć
- Co tak się badawczo oglądasz w tym lustrze?
- Chyba mi jeden wałek przybył na brzuchu... o, tu... widzisz?
- Nie mam porównania z tym, co było poprzednio.
- No, mniej było... Kurczę, a prawie nic nie jadłam ostatnio...
- Odchudzasz się?
- Prawdę powiedziawszy, to... całe życie. Moje życie, to jedna wielka dieta i walka, żeby nie utyć albo zrzucić, jeśli utyłam. Zresztą, tyję niesamowicie łatwo. I mam wrażenie, że moje myśli ciągle krążą wokół tycia i wagi.
- Pewnie wolałabyś móc jeść wszystko, na co masz ochotę i wyglądać idealnie tak jak chcesz?
- O, i to jak! Marzy mi się coś takiego, ale dla mnie to jak gruszki na wierzbie...
- Dlaczego?
- Bo ja mam tendencje do tycia. Po mamie, po babci, pewnie i po prababci. Wszystkie to miały. Nie były nigdy grube, to fakt. Raczej miały tak zwaną solidną budowę, ale żeby nie utyć, musiały się cały czas trzymać w ryzach. Ja mam identycznie. Męczące to jest strasznie.
- Dlaczego męczące?
- Bo jak tylko czuję, że robi mi się drobna różnica w jakichś spodniach czy coś - w sensie ciaśniej - zaraz mi się humor psuje i znów zaczynam liczenie kalorii.
- Wiesz, gdyby tycie powodowało automatycznie psucie humoru, to wszyscy z taką skłonnością mieliby tak samo.
- A nie mają?
- Nie. Znam sporo tak zwanych "puszystych" osób, które kochają swoje wałeczki i wcale im to nie przeszkadza. Czują się dobrze we własnej skórze.
- To im zazdroszczę, bo ja się czuję dobrze tylko wtedy, kiedy moje ubrania robią się na mnie za luźne.
- Wygląda na to, że jesteś w jakimś zaklętym kręgu. Tycie działa jak włącznik nastroju: tyjesz - zły, chudniesz - dobry, dobry - zły, zły - dobry. I tak się bujasz od jednego do drugiego.
- No, mówiłam ci, że to jest męczące.
- Tylko, że mnie się wydaje, że tycie jest tylko skutkiem czegoś, co ci siedzi głębiej.
- Mam kiepską przemianę materii, po prostu.
- Kiepska przemiana materii, to skutek, a nie przyczyna. Skutek czegoś, w co się kiedyś uwierzyło.
- Że co na przykład?
- Nie wiem na razie, co to jest u ciebie, ale mam podejrzenie, że jest tu drugie dno.
- Ciekawe gdzie.
- Zobaczymy. A co by się stało jak byś utyła i nie mogła już nosić tych rzeczy, które lubisz?
- No, to by była masakra!
- Masakra, czyli co dokładnie?
- No, fatalnie bym się czuła!
- Jak konkretnie?
- Jak wieprz, jak jakiś tucznik.
- A jak się czują wieprz i tucznik?
- Myślę, że okropnie.
- Tak, prawdę powiedziawszy, to ani ty ani ja nie wiemy jak się czują (śmiech). Mówisz raczej o tym, co sądzisz, że one czują, kiedy mają takie ciało. Ale to są twoje uczucia, kiedy na nie patrzysz, nie ich.
- No, tak. To prawda.
- To jakie to jest uczucie?
- Czuję pogardę do samej siebie. Że jestem taka spasiona i tłusta i wstrętna... Brrr!
- Ktoś cię kiedyś tak przezywał?
- Tak. W podstawówce. W mojej klasie była grupa dzieciaków, która mi dokuczała.
- I jak ci wtedy było?
- Sporo już nie pamiętam, ale raczej niewesoło. Mętnie mi się kojarzy, że kiedyś, jak poskarżyłam się mojej mamie, to się roześmiała i powiedziała, że mam ich kopnąć w tyłek, tak jak ona by zrobiła na moim miejscu i się mam nie przejmować.
- Przestałaś się przejmować?
- Gdzie tam! Jedynie przestałam jej o tym mówić, bo to nie miało sensu.
- Stanął kiedyś ktoś w twojej obronie? Ktoś z uczniów czy nauczycieli?
- Nie, nigdy. Wszyscy udawali, że nie widzą. A może faktycznie nie widzieli? Nie wiem.
- A ty się jakoś próbowałaś bronić?
- Raczej kiepsko. Coś tam może im się próbowałam odszczekiwać, ale jak napadali na mnie całą chmarą, niewiele to dawało. Jeszcze bardziej się rozjuszali.
- Czyli myślałaś wtedy, że atakują cię z powodu tego, że jesteś troszkę przy kości?
- A niby z jakiego mieliby to robić powodu, skoro mnie wyzywali od grubych wieprzy? Oni wszyscy szczupli byli... chociaż... zaraz, zaraz... poczekaj... nie... tylko... to dziwne jest...
- Co jest dziwne?
- Były wśród nich dwie dziewczyny, które były zdecydowanie grubsze ode mnie i one też mnie przezywały... Przypomniałam sobie, że mnie to wtedy dziwiło, że grubsze ode mnie i wyzywają mnie od grubych. I że nikt ich nie przezywa, tylko mnie.
- O, widzisz... Może miały coś, co innych trzymało z daleka od ich tuszy?
- Nie wiem czy coś takiego miały, chyba że wredota jest tym czymś, co masz na myśli. Pamiętam, że obie były strasznie wredne i złośliwe. Może ja byłam mięczakiem i dlatego wskakiwali na mnie, a tamte dwie zostawiali w spokoju.
- Poczekaj, ale żebyśmy za bardzo na skrót nie poszli, bo z tego, co mówisz, twoja sylwetka była "powodem", dla którego ci dokuczali, a ja uważam, że to nie to.
- No, ja nie wiem, co by w takim razie miało być innym powodem.
- Zobacz, te dwie grubsze dziewczyny były zwolnione z przezywania, bo może grupa czuła lęk przed ich "wredotą", jak to nazwałaś. Być może zdawali sobie sprawę, że lepiej z nimi nie zadzierać, bo można oberwać.
- Mogło tak być, co nie zmienia faktu, że nadmierne kilogramy, to jednak jest powód do kpin z człowieka. Przynajmniej w takim głupim wieku, bo potem, to najwyżej cię za plecami obsmarowują.
- Poczekaj, dojdziemy do tego. Teraz chodzi mi po głowie to, że w przypadku trzech dziewczyn o jakiejś tam zaokrąglonej sylwetce, jedna jest prześladowana, a dwie nie. I te dwie mają w sobie pewną dozę, nazwijmy to, agresji, którą grupa respektuje. I może dlatego ich nie atakuje. Nie wiemy tego na pewno, ale istnieje pewna szansa, że ta cecha trzyma innych na dystans od ich kilogramów.
- One nawet, tak mi się wtedy wydawało, odwracały uwagę innych od swoich tłustych tyłków tymi atakami na mnie.
- Całkiem możliwe. Ale możliwe też, że wcale nie musiały.
- To prawda.
- Ludzie zasadniczo statystycznie nie lubią, kiedy inni się od nich różnią. W jakikolwiek sposób. Osoby o innym nieco kształcie ciała są dla nich takim samym "zagrożeniem" jak ktoś innej rasy czy religii. To stary silny instynkt obrony stada przed niebezpieczeństwem, zupełnie nieświadomy.
- To oni myśleli, że ja im zagrażam?
- Nieświadomie mogli tak uważać i dlatego atakowali. Tamte dwie miały ostre kły i pazury, więc je zostawiali w spokoju, ale ty byłaś jednostką inną i w ich pojęciu słabą, więc sobie na to pozwalali. Nikt im nie pomógł cię poznać i tym samym przekonać, że nie stanowisz dla nich żadnego zagrożenia. A nawet mogłoby się okazać, że się wzajemnie polubicie i twoja tusza przestanie stanowić jakikolwiek zapalnik dla ich lęku przed innością.
- Czy sugerujesz, że to ta moja słabość miała większe znaczenie niż tusza w tym, że mi dokuczali?