I RZEKŁ MU JEZUS: LISY MAJĄ JAMY I PTAKI
NIEBIESKIE GNIAZDA, ALE SYN CZŁOWIECZY NIE MA, GDZIE BY GŁOWĘ
SKŁONIŁ.
(Ewangelia św. Mateusza 8,20)[1]
Oto ja: Mrówka na wrzosowisku. Albo ptak,
który zagubił się gdzieś w przestworzach. Daleko od ziemi. A jednak
ona jest tak blisko, że czuję jej oddech na czole.
Stoi, mocno wsparta na szeroko
rozstawionych nogach, wyciągając przed siebie ręce. Jednocześnie
coś wymyka jej się z dłoni. W chwili, gdy metal trafia w kamień,
słychać dziką pieśń. Ten dźwięk zostanie ze mną na zawsze.
Później, kiedy wszystko staje się jedną
wielką ciszą, wrzosy zaczynają się poruszać. Suchy, chrzęszczący
odgłos. A jej buty znikają spod brzegu spódnicy, robiąc powolny krok
w tył. Aż do momentu, gdy znajdą się poza kręgiem zdarzeń.
W kręgu jestem ja. I mężczyzna. Leży
we wrzosach z głową pokrytą czerwoną pianą, rozlewającą
się coraz szerzej dookoła. To właśnie czerwień tworzy ten krąg
wokół nas. Otacza jego i mnie. A ona w tym czasie wycofuje się ze
wszystkiego. Nie jesteśmy w stanie jej dosięgnąć. Wyzwoliła się
nawet ze skrajów własnej spódnicy.
Nie jestem ani mrówką, ani
ptakiem. Jestem nikim. A jednak coś zmusza mnie, żeby wstać. Powoduje,
że wyrastam z powietrza, żeby mnie dostrzegła.
Wtedy czuję jej dłonie. Dotykają mojej
głowy. Ramion. Szyi. Twarzy. Wpija mi palce w oczy. Powoli. Aż wszystko
staje się czarne. To nie boli. A jednak się boję.
Bierze mnie w ramiona, jakbym był czymś
kruchym i lekkim. Przytula mnie. Dosyć mocno.
Czuję zapach jej skóry. Wysuszonej na
słońcu trawy i świeżego potu. Przypraw i soli. Ale nie mogę jej
zobaczyć, bo wetknęła mi palce w oczy, raz na zawsze.
*
Jeszcze zanim odrzuci mnie od siebie,
czuję, jak napinają się jej mięśnie. W brzuchu. Piersiach,
ramionach. Czuję uderzenia jej pulsu. Jest silny jak prąd płynący
pod lodem. Niebezpiecznie bliski.
Chłód napiera na skórę. Potem sam,
na ślepo, wyruszam w przestrzeń świata. Z obawy przed upadkiem
podciągam pod siebie stopy. Gotów na wszystko. Dłońmi zasłaniam
twarz. Chcę ochronić się przed katastrofą.
Potem dociera do mnie, że unoszę się
w powietrzu. Płynę. A jej głos przemyka koło mego ucha jak nocny
wiatr w otwartym oknie: "Błogosławię cię, Beniaminie, jesteś
synem szczęścia!".
*
Powiadają, że kłamstwo bywa również
zatajoną prawdą. Jeśli tak, to kłamstw jest więcej, niż można
sobie wyobrazić.
Nie powiedziałem nikomu, kto upuścił
sztucer we wrzosach. Być może już wtedy poszukiwałem własnej
prawdy.
Może najprawdziwsze kłamstwa to te
przemilczane prawdy?
Bóg jest milczący. Czy Bóg jest
kłamcą, bo milczy?
Napisano, że jesteśmy stworzeni na
obraz i podobieństwo Boże.
A jeśli tak: Czy najbardziej przypominamy
go w sztuce przemilczania?
...TYLKO TEN, CO SIĘ TRWOŻYŁ, ODNAJDUJE
SPOKÓJ, TYLKO TEN, CO ZSTĘPUJE DO ŚWIATA PODZIEMNEGO, UWALNIA
OBLUBIENICĘ, TYLKO TEMU, CO WYCIĄGA MIECZ, ODDANY JEST IZAAK
(Johannes de Silentio)[2]
To również ja: Próbujący się
pozbierać w obcym mieście. Ale nic się nie zgadzało. Moje życie
przemykało obok. Z góry na dół. Wstecz. Ludzie idący w moją
stronę na ulicach i chodnikach mieli maski. Wszyscy. Każdy z nich
był Diną, używającą wszelkich dostępnych przebrań, aby ukryć
się przede mną.
Niebo było ogromną, wypolerowaną
monetą, na którą pluły długie szeregi ceglastych kominów.
Ktoś napisał do mnie, prosząc, abym
odebrał wiolonczelę Diny. Przyjaciele lub bliscy robili takie rzeczy,
kiedy ktoś umarł. Nie pozwoliłem tej myśli zagnieździć się we mnie,
bo chciałem odnaleźć jej żywe ślady.
Przez krótką chwilę szła przede mną
kobieca postać z wielkim kapeluszem, kołysząc biodrami. Przypomniało
mi się coś, co kiedyś powiedział Anders: Unikaj kobiet usiłujących
ukryć twarz pod kapeluszem, które jednocześnie sprawiają wrażenie,
jakby szły z obnażonymi biodrami. Nie są ani tak skromne, ani tak
nagie, jak w twoich marzeniach.
Wiolonczela mogła przywodzić na myśl
kobietę o nagich biodrach. Stała gdzieś tutaj, w obcym mieście,
oparta o ścianę, z brzuchem pełnym łez.
Człowiek mógł powiedzieć sobie,
że jeśli odnajdzie wiolonczelę, to znajdzie też płacz. Albo
śmierć. Albo jedno i drugie.
Można było również dyskutować ze
sobą, czy to czyn szaleńca, czy zrozumiała reakcja dziecka. W obu
wypadkach równie groteskowa.
Nie umiałem grać i nie zamierzałem
się nauczyć. Wiolonczela zapewne nie kosztowała aż tyle, żebym
nie mógł ponieść tej straty. Ale postanowienie zapadło. Musiałem
odszukać instrument i przewieźć go do Reinsnes.
Ludzie przechodzący pośpiesznie obok
mnie, ich głosy, obcy język, zamieszanie - wszystko zmieniło się
w inferno, otwierające każdy por w moim ciele. Byłem znów mały
i Dina posadziła mnie na koniu, mówiąc, że przytrzyma wędzidło,
dopóki nie przejdziemy przez podwórko, ale potem muszę sam złapać
cugle.
*
Już na brudnej, zadymionej stacji
kolejowej miałem uczucie zanurzania się w podziemny świat. Byłem
Orfeuszem. Miałem zejść śladami kobiety do królestwa
śmierci.
Podczas jazdy ze stacji kilkakrotnie
sprawdziłem, czy list z adresem znajduje się w wewnętrznej kieszeni
mojego płaszcza. Mimo że już dwa razy podałem adres fiakrowi, a on
potakująco skinął głową.
Dom był ogromny i położony nieco
dalej od ulicy, otoczony wysokim płotem. Wejście zagradzała kuta
furtka z ostrymi szpikulcami na górze i na dole. Wyglądało na to,
że dzikie wino i chwasty przejęły władzę nad rabatami kwiatowymi
przy schodach. Dom raczej nie wydawał się zamieszkany.
Poprosiłem woźnicę, aby chwilę
poczekał, a potem zrobiłem tych kilka kroków w stronę
furtki i znalazłem zaśniedziały dzwonek. Gdzieś w środku
zabrzęczało. Ale nic się nie wydarzyło. Spróbowałem otworzyć
furtkę. Jednak ta wydała tylko piskliwe, groźne skrzypnięcie
i pozostała zamknięta.
Potrząsnąłem
furtką. Zawołałem. W dziecinnej wściekłości przez chwilę coś
wykrzykiwałem. Samotność, rozczarowanie, zmęczenie. Wszystko
płynęło ze mnie w tym twardym języku, którym niezbyt dobrze
władałem. To Beniamin chciał wejść do Diny. Do mamy!
Gardziłem sobą. Ale nie mogłem się
poddać. Nie teraz!
W końcu woźnica uznał chyba,
że to już dla niego zbyt wiele. Chciał dostać swoje pieniądze
i odjechać.
W sąsiednim domu otworzyło się
okno, pojawiła się w nim kobieta i coś do mnie zawołała. Nie
zrozumiałem jej. Ale słowo "wahnsinnig" uświadomiło mi, że
mnie karci. Otwierały się kolejne okna wychodzące na ulicę. Kolejne
głosy. Ktoś krzyknął słowo "policja".
Wtedy się poddałem. I z uczuciem,
że dom istniał tylko w mojej wyobraźni, wspiąłem się do
dorożki.
Znalazłem tanią kwaterę w okolicy
i codziennie po kilka razy mogłem spacerować w pobliżu
domu. Gorące słońce stanowiło udrękę. Podobnie jak moje ciemne
ubrania. Oczywiście mogłem poszukać dla siebie czegoś lżejszego. Tyle
grosza jeszcze miałem. Ale co miałbym z tym zrobić, kiedy to wszystko
już się skończy? Poza tym człowiek, u którego wynająłem kwaterę,
twierdził, że lada dzień nadejdzie chłód.
Pensjonat przesiąknięty był
zapachem boczku i kiełbasy aż po samo wnętrze twardej jak kamień
poduszki. Pluskwy biegające po ścianach przypominały żywe, niespokojne
wzory na tapecie. Przesiadywałem w różnych miejscach i na rynku,
wśród spadających liści. Ludzie spieszyli się do swoich zajęć
i nie dostrzegali mnie. A jednak miałem makabryczne uczucie, że
jestem obserwowany.
Można było pomyśleć sobie, że do
pompowania krwi w żyły nie jest potrzebne żadne serce. To samotność
stanowiła siłę podtrzymującą krążenie. Docierała do każdego
zakamarka mojej istoty.
Śmierć!, szeptała.
Byłem Orfeuszem. Podjąłem się pewnego
zadania. Dla kogo?
*
Język męczył mnie śmiertelnie. Na
początku każdy przemawiał głosem Matki Karen. Znów tkwiłem
w czasach dzieciństwa, a ona czytała mi głośno po niemiecku
zajmujące historie, żeby nauczyć mnie języka. Sądziłem, że
opanowałem go na tyle, żeby wyrażać się zrozumiale w prostych
rozmowach. Ale po kilku godzinach w głowie miałem jeden wielki
zamęt. Zaczynałem doznawać uczucia, że ludzie specjalnie
wydają dźwięki, żeby mnie zwieść lub doprowadzić do
nieporozumienia.
Wieczorami, kiedy kładłem się spać pod
świetlikiem z widokiem na nieobecnego Boga, głosy i słowa mieliły
się w mojej głowie. Czy ludzie, z którymi próbowałem rozmawiać,
zrozumieli, o co pytałem? Czy ja pojąłem dobrze ich odpowiedź?
Miałem przecież nadzieję, że ona
żyje. I bałem się, że jest inaczej.
Ale Orfeusz musiał zyskać pewność,
którą będzie mógł zabrać w podróż do domu.
Człowiek mógł wyobrażać sobie,
że siedziała na tej właśnie ławce lub przechodziła tą oto
ulicą. Pewnego dnia uznałem, że ją widzę. I przez kilka dzielnic
podążałem za obcą kobietą. Aż do chwili, gdy się odwróciła,
posyłając w moją stronę rozwścieczony potok słów.
- Proszę się nie bać! To tylko
Orfeusz - powiedziałem przyjaźnie.
Wtedy zaczęła biec. Torebka uderzała ją
w udo. Opłakany to był widok. Miała o wiele za wysokie obcasy. Jej
kroki dźwięczały na bruku drobnym stukaniem. Prawie nie niosły jej
do przodu. Łatwo można było ją pochwycić. Złapać za rękę lub
coś w tym rodzaju. Kusząca możliwość. Prawie prosiła się o to
tym idiotycznym biegiem.
*
Minęły trzy dni, a ja nadal krążyłem
ulicami. Brud i liście tworzyły sterty pod noskami moich butów,
jakby stanowiły część mnie, której usiłowałem się pozbyć.
Wstałem wcześnie, postanawiając
porozmawiać z ludźmi w sąsiednich domach. Ogoliłem się starannie
i włożyłem czystą koszulę.
Chodziłem od drzwi do drzwi,
naciskając dzwonek. Stałem, nadsłuchując odległych, mechanicznych
odgłosów szurających stóp. Wielkich nóg w butach o skórzanych
podeszwach. Drobniejszych stóp w filcowych pantoflach. Wysokich
obcasów, wydających metaliczny, prawie przerażający dźwięk. I tak
ciągle od nowa. Tkwiłem w rytuale pozbawionym większych
zmian. Zupełnie jakby naigrawali się ze mnie, pragnąc mnie zmylić
i sprawić, bym zapomniał, dlaczego tam jestem.
Nikt nie znał Diny Gr?nelv. Niektórzy
odpowiadali uprzejmie, ale z roztargnieniem, jakby w gruncie rzeczy
mnie nie dostrzegali. Inni wydawali się zirytowani lub zalęknieni,
jakby sądzili, że zadzwoniłem do drzwi tylko po to, aby mieć pretekst
do napaści. Niektórzy byli chłodni, poprawni i lakoniczni. Jeszcze
inni patrzyli na mnie jak na szaleńca. Jak na człowieka chodzącego od
drzwi do drzwi i pytającego o kobietę, której wyglądu nie potrafi
nawet opisać.
Po południu wróciłem pod podany mi
wcześniej adres. Zadzwoniłem do drzwi, tak jak codziennie.
W tym momencie rytuał został
przerwany. Zbliżały się kroki! Szurające, ale jednak
szybkie. W drzwiach pojawił się starszy mężczyzna z długimi,
pokrytymi siwizną wąsami i bystrymi oczami. Przez chwilę staliśmy,
mierząc się wzrokiem. W końcu odezwał się niecierpliwie:
- Tak?
Przedstawiłem się, oczekując, że mnie
rozpozna. Ale spojrzenie mężczyzny było puste.
- Dostałem list z informacją, że
mogę tutaj odebrać wiolonczelę pani Gr?nelv - wyjaśniłem.
W końcu zareagował serią przyjaznych
grymasów.
- Ach, tak. Więc to pan? Cóż, ja
nazywam się Karl Meyer. I rzeczywiście mam na przechowaniu wiolonczelę
- odparł mężczyzna.
Sytuacja zdawała się
nierzeczywista. Poczułem rozgorączkowanie. Wszystkie pytania cisnęły
mi się na usta jednocześnie. Stałem tam, jąkając się.
Mężczyzna przyglądał mi się
przez chwilę, a potem skinął głową. Chociaż nie wiedziałem,
czy zrozumiał moją wypowiedź. Potem zaprosił mnie do dużego,
ponurego holu. Meble były niczym budynki, kradnące powietrze
i światło. Stojąc między witryną a krzesłami o wysokich
oparciach, mężczyzna wydawał się mniejszy.
Okazało się, że to właśnie jest
mistrz. Przyjął na przechowanie wiolonczelę należącą do Diny
Meer. W chwili, kiedy wspomniał o Dinie Meer, zrozumiałem, że Dina
używała fałszywego nazwiska.
Musiałem udawać, że jestem tego
świadom. A zarazem sprawić, żeby opowiedział mi wszystko to, czego
nie wiedziałem.
Drżący z niecierpliwości, podałem
mu rękę, wyrażając wielką ulgę, że w końcu zastałem go
w domu. Kiedy zostawiałem płaszcz na wieszaku przypominającym
szubienicę, zamieniliśmy parę słów. Ubolewał nad tym, że niestety
przez kilka dni był w podróży. Potem poprowadził mnie przez kolejne
zagracone meblami pokoje. W końcu znaleźliśmy się w dużej sali. Na
środku, na parkiecie z ciemnego drewna, stał ogromy fortepian. Na
ścianach wisiały rozliczne instrumenty. Skrzypce, altówka, instrumenty
dęte.
Wciągnąłem głęboko
powietrze. Rozpoznałem stojącą w kącie wiolonczelę Diny. Oczy
natychmiast napełniły mi się łzami.
Mężczyzna powiedział, że przyniesie
jakiś poczęstunek. Niestety bardzo prosty, bo gospodyni ma dziś
wychodne.
Podszedłem do instrumentu. Dotknąłem
go. Gładkie drewno. Chłodne i ciepłe zarazem. Rysa po jednej
stronie. Rozpoznałem ją. Niczym przyjaciela. Biła od niej
siła. Brakowało mi jej.
Gwałtowne fale
wspomnień. I tajemnic. Przerażenie. Smutek. I radość. Dopiero
słysząc, jak mężczyzna wchodzi ponownie do pokoju, uświadomiłem
sobie, że stoję tam i płaczę.
Odwrócony do niego plecami starałem się
pozbierać. Słyszałem, jak stawia karafkę i szklanki na małym
stoliku pod jednym z wysokich okien. W przeciwieństwie do wszystkich
pomieszczeń, przez które przeszliśmy, to tutaj nie służyło żadnemu
innemu celowi niż muzyka. Żadnych ciężkich zasłon. Żadnych zbędnych
mebli ani szaf. Żadnych dywanów.
Miało się uczucie, jakby człowiek już
wcześniej tu był. Bo ona tutaj była.
- Miała talent - powiedział,
wskazując dłonią stolik. - Wielki talent. Ale była nieco za
stara na występy w salach koncertowych. Poza tym była kobietą -
zakończył.
Zarejestrowałem, że użył słowa
"była". To mnie rozwścieczyło. Osobliwe. Bo przecież byłem
przygotowany na to "była", czyż nie?
Usiadłem.
- Czegoś jej brakowało. Miękkości
w palcach - stwierdził. - Była zbyt dzika. Za twarda. Zbyt późno
rozpoczęła właściwe kształcenie.
Umilkł na chwilę, sprawiając wrażenie,
że myśli o niej.
Zapytałem, czy wie, gdzie teraz jest. Na
chwilę pochylił się nad kieliszkiem wina, a potem podniósł na mnie
wzrok.
- Wyjechała jakiś czas temu.
- Dokąd?
- Trudno powiedzieć. Ale wspominała
o Paryżu.
Usiłowałem wyczytać z jego głosu,
czy wie więcej, niż powiedział. Ale nie było to możliwe. Nie znałem
go dostatecznie dobrze, żeby odgadnąć, czy kłamie.
- Trudne czasy - wymamrotał z pewnym
zakłopotaniem. - Niełatwo przebywać w Paryżu w obecnej chwili...
Nigdy nie pojąłem tego ludzkiego upodlenia, które wydaje się takie
nieuniknione...
- Czego?
- Wojny.
Przerwał. Potem dodał - jak gdyby
sam dla siebie:
- Ujmująca i piękna. Budząca
zainteresowanie. Chyba wielu marzyło o jej towarzystwie. I nie wszyscy
byli z najlepszych sfer.
Dlaczego wciąż używał czasu
przeszłego?
- Czy ona nie żyje? -
zapytałem.
- Skądże znowu, dlaczegóż miałaby
nie żyć? - odparł zdziwiony. - Oczywiście, czasy są ciężkie...
ale nie istnieje żaden powód, z jakiego miałoby jej nie być wśród
żywych. Była w pełni zdrowia, kiedy widziałem ją po raz ostatni,
ale porzuciła już wtedy wiolonczelę.
- Dlaczego zrezygnowała
z wiolonczeli?
- Zbyt wiele od niej
wymagała. Wspominała coś o ofierze. Miała bardzo silne
przekonania.
Próbowałem wyjaśnić mu, że nie
sądzę, aby Dina była w stanie porzucić grę na wiolonczeli lub
rozstać się z nią na zawsze.
- W moich oczach była osobą, która
porzucała wszystko, czego nie można było uczynić nieśmiertelnym
- odparł z namysłem.
Pokazałem mu list z adresem i podpisem,
którego nie potrafiłem do końca odczytać.
- Chyba się
spieszyła. Wyjazd...
Przez chwilę patrzył na mnie
pytająco. A potem skinął głową w stronę rogu pokoju.
- Wiolonczela - mruknął - nie
ma w zasadzie zbyt wielkiej wartości, ale to dobry instrument. Proszę
ją zabrać!
- Gdzie mieszkała? -
zapytałem.
Potrząsnął głową.
- Czy to na pana polecenie zarzuciła
grę? - zadałem pytanie.
- O, nie! - odparł w popłochu. -
Ale powiedziałem jej jasno, że nie ma widoków na wielkie sale
koncertowe.
- Cóż za bezduszność! -
powiedziałem bezczelnie.
- Nie, konieczność.
- Odebrał jej pan wszystko!
- Nie, to dało jej siłę! - odparł
cicho.
- Siłę? Do czego?
- Żeby być sobą.
- Dina zawsze była sobą!
Siedzieliśmy, przyglądając się sobie
nawzajem. Jego wąsik był groteskowy, przypominał rozczochranego
kota.
- Proszę mi powiedzieć, znał pan
tę kobietę? Musiał pan ją znać, skoro ofiarowała panu swoją
wiolonczelę? - zapytał.
Skonstatowałem to. Bez zdumienia. Nie
wspomniała o mnie. Swoje życie zachowała dla siebie. Nie używała
ani nazwiska Andersa, ani Jakuba. Dosłownie ukryła się w sercu Europy,
przybierając nazwisko Meer.
Chyba uznał, że nie rozumiem, co do
mnie mówi, bo powtórzył:
- Proszę mi powiedzieć, znał pan
Dinę Meer?
- Nie, chyba nie - odparłem
krótko.
W tym samym momencie zrozumiałem,
że to prawda.
- Kim pan jest? Krewnym? -
zapytał.
- Tak. Bardziej przyjacielem...
- Musi pan być młodym
przyjacielem.
Poczułem się głupio.
Wypiliśmy po łyku, robiąc przerwę
w rozmowie.
- Zdaje mi się, że musi pan się
zdecydować - rzekł nieśpiesznie - czy szuka pan wiolonczeli,
czy kobiety.
- Szukam wiolonczeli - odparłem
z mocą.
- A zatem odnalazł pan
wiolonczelę.
- Wie pan o niej coś jeszcze,
prawda?
Potrząsnął głową
z uśmiechem. Irytującym. Trudno mi było zapanować nad sobą, bo
miałem uczucie, że drwi sobie ze mnie.
- A więc pana też
opuściła? Nieprawdaż? - usłyszałem własny głos.
Coś się z nim stało. Nie wiem
dokładnie, co to było. W oczach przemknął mu jakiś cień, dłoń
poruszyła się. Prawie niezauważalnie. Nagle wiedziałem, że to
prawda. Zostawiła go.
- Dlaczego sądzi pan, iż
byliśmy ze sobą tak blisko? Jestem starym człowiekiem - rzekł
z uśmiechem.
- Nie wiem - odparłem.
Uśmiechnął się leciutko.
- Proszę nie wyciągać
młodzieńczych wniosków. Sam pan rozumie... widziałem, jak przychodzą
i odchodzą. Z marzeniami o sławie. Też takie miałem. Niektórzy
przychodzą w porę, ale nie mają dość talentu albo woli poświęcenia
innych spraw. Inni mają i wolę, i talent, ale przychodzą zbyt
późno. Albo też życie staje im na drodze w inny sposób.
- W jaki?
- Och, to może być wiele
rzeczy. Rodzina, brak pieniędzy. Miłość i inne szaleństwa...
- Co powstrzymało Dinę?
- Przede wszystkim to, że pojawiła
się zbyt późno. Ten, kto ma zostać wirtuozem, musi być jak wosk,
a jednocześnie mieć twardą jak kamień dyscyplinę. A poza tym nie
może nosić w sobie smutku i tęsknoty za domem.
- A ona nosiła?
Przyjrzał mi się, nie zamierzając
odpowiedzieć.
- Dlaczego nie pojechała do domu? -
zapytałem podstępnie.
- Nic mi o tym nie wiadomo - odparł
szybko. Trochę zbyt szybko?
- Nic pan nie wie? -
dociekałem.
- Ona akurat nie była z tych osób,
które zwierzają się komukolwiek.
- Ale przecież pan nie jest
kimkolwiek? Jest pan jej nauczycielem i przyjacielem, czyż nie?
- Ale to nie oznacza, że jestem
jej powiernikiem w każdej sprawie. Co miał pan nadzieję ode mnie
usłyszeć?
- Gdzie mogę ją znaleźć.
- Przykro mi, że nie jestem właściwą
osobą - odparł z westchnieniem.
Zaraz potem wyjął z kieszeni zegarek
i oznajmił, że wkrótce przychodzi uczeń. Podniósł się, ponownie
wskazując głową wiolonczelę.
Kiedy staliśmy w korytarzu, wręczył
mi swoją wizytówkę.
- Ach, prawda - powiedział nagle. -
Mogę podać panu adres teatru, w którym często bywała. Wydaje mi
się, że miała tam sporo znajomych.
Powiesił laskę na przedramieniu
i pochylił się nad solidnym, dębowym biurkiem, żeby zapisać adres
na odwrocie wizytówki.
Podziękowałem.
Chwilę potem stałem na ulicy
z wiolonczelą Diny. Uchwyt futerału był urwany. Wziąłem ją pod
pachę. Kiedy skręciłem za róg, uderzył mnie lodowaty wiatr. Kilka
dużych liści podfrunęło w moją stronę, przyklejając mi się
do płaszcza.
*
Można było sobie marzyć, jak to wszystko
mogło być.
Gdyby się ją znalazło. Ale do
niczego to nie prowadziło. Orfeusz wyruszył w podróż z konkretnym
zadaniem. Można było nawet powiedzieć, że zadanie zostało właśnie
wykonane. Już wcześniej zapisano, że Orfeusz wróci z podziemi
z pustymi rękami. I teraz ruszał w drogę powrotną z wiolonczelą
w futerale.
Poszedłem w stronę mojej kwatery,
myśląc o studentach zwierzających się ze swoich marzeń
o podróżach. Na zabawach w Regensen albo w Valkendorfie. Lub
w knajpach, kiedy na stołach stawiano piwo. Marzyliśmy o wyruszeniu
w świat, dokonaniu odkryć medycznych i zdobyciu sławy.
Mogłem sobie pozwolić na ironiczny
uśmiech. Teraz byłem w świecie. I co z tego? Czy kurz i brud nie
były takie same wszędzie, gdziekolwiek się postawiło stopy?
Ona też marzyła
o podróżach. Zobaczyłem ją oczyma wyobraźni, jak wchodzi
na pokład statku "Książę Gustaw", a wiatr szarpie rondo
jej kapelusza. Ciągle jeszcze nienawidziłem tej chusteczki, którą
machała mi na pożegnanie. Usiłowałem dostrzec rysy jej twarzy. Ale
odległość między nami była zbyt wielka.
Co spełniła ze swoich marzeń
o podróżach? Czy znalazła spokój, pozbywając się mnie? Uciekając
przed możliwością, że jedno moje słowo mogłoby wszystko
zdradzić?
Dręczyłem się rozmyślaniem,
co też zrobiły z nią lata. Jakich kochanków miała? Z czego
żyła? Jak wyglądała? Dlaczego nie wyjechała od razu, zrozumiawszy,
że musi? Starałem się przypomnieć sobie, czym to spowodowałem. Co
takiego powiedziałem lub zrobiłem, co uświadomiło jej, że prędzej
czy później ją wydam? Czy okazałem słabość, która wzbudziła
w niej wątpliwość, czy dam radę? Milczeć.
Jej wiolonczela okazała się
ciężka. Człowiek mógł tylko dodawać sobie ducha wyobrażeniem tego,
jak ona wskakuje na konia lub zamyka drzwi. Zawsze w drodze. Uciekająca
ode mnie.
W ten sposób szybciej podjąłem
decyzję, że następnego dnia wracam do Kopenhagi.
*
Jednak następnego dnia nie pojechałem
na stację. Odwiedziłem teatr, którego adres podał mi mistrz. Nie
mogłem się powstrzymać. Najpierw próbowałem wyjąkać coś
w stronę zszarzałej męskiej twarzy, która pojawiła się w małym
okienku w ścianie. Poszukiwałem Diny Meer, gdyby mógł mi w tym
pomóc. Potrząsnął głową, nie przestając jeść czegoś, co miał
w papierowej torbie. Za każdym razem, kiedy zanurzał w niej głowę,
twarz znikała mu tam aż po korzonki włosów. Starałem się być
uprzejmy, dając mu do zrozumienia, że to ważne, abym porozmawiał
z kimś, kto ją zna.
Ignorował mnie całkowicie. Aż do
chwili, gdy wpadłem na to, żeby wyjąć banknot. Wtedy zamyślił
się, wysysając coś z zębów, a potem błyskawicznie chwycił
świstek. Następnie starannie złożył papierową torebkę, ze swojej
klatki otworzył drzwi i dał znak ręką, abym wszedł. Poszliśmy
śladem kakofonii dźwięków, która miała okazać się próbą
orkiestry.
- Schröder! Pierwszy skrzypek! -
wskazał palcem i zniknął.
*
Poczekałem do przerwy. Wtedy niepewnie
podszedłem do mężczyzny, który, jak sądziłem, był pierwszym
skrzypkiem. Nie robił aż tak nieprzyjaznego wrażenia, jak się
obawiałem. Od razu przystąpiłem do rzeczy. Przedstawiłem się jako
krewny Diny, który przyjechał do Berlina i chciałby się z nią
spotkać. Bez wahania podał mi adres mistrza.
- Czy ona tam mieszka? - zapytałem,
nie wspominając, że już tam byłem.
- Tak - odparł, odwracając
się jednocześnie do dyrygenta, który powiedział coś, czego nie
zrozumiałem.
Gdyby oceniać po sfatygowanej
kurtynie i poplamionych fotelach, wyglądało to na teatr trzeciej
kategorii. Orkiestra na pewno nie była lepsza.
Kiedy tylko dyrygent zniknął nam z oczu,
zapytałem Schrödera, czy ma czas na chwilę rozmowy. Zwlekał
trochę z odpowiedzią, w sumie miał właśnie zjeść
śniadanie. Zaproponowałem, że go zaproszę. O ile w pobliżu jest
jakieś miejsce. Ale nie miał na to dość czasu. Zrobił niecierpliwy
ruch ręką w stronę widowni i usiadł.
Był w nieokreślonym wieku. Wąska
twarz. Czarne włosy z białym pasmem zaczesanym od prawej skroni do
szczytu czaszki. Wyglądało to osobliwie. Znał Dinę!
- Ona już nie mieszka pod wspomnianym
przez pana adresem - powiedziałem.
- Ach, tak - odparł tylko,
wzruszając ramionami.
- Czy ona tu grywała?
- Nie - odrzekł, uśmiechając się
w sposób sugerujący, że myśl ta była zabawna.
- Skąd więc pan ją zna?
- Przybyła tu razem z panem
Erenstem.
- Kim jest Erenst?
- Właścicielem teatru.
- Co tu robiła?
Ze znużeniem ponownie wzruszył ramionami,
rzucając spojrzenie w stronę drzwi.
- Bywała na
przedstawieniach. Słuchała koncertów...
- Jaką rolę odgrywał Erenst?
- On nie gra, tylko projektuje i buduje
domy - odparł zrezygnowany.
- Chciałbym z nim porozmawiać!
- Wyjechał.
- Dokąd?
- Do Paryża.
- Czy to możliwe, że Dina pojechała
do Paryża razem z nim?
Potrząsnął głową. Potem
odwrócił się do mnie plecami, zwracając się do wchodzącego
członka orkiestry. Chwycił smyczek i zaczął grać. Jakbym był
powietrzem.
Można było oczywiście zmarnować
sporo energii na myślenie, że świat jest tyleż nieuprzejmy, co
niemądry. Chodziłem wśród orkiestry od człowieka do człowieka,
starając się w zrozumiały sposób zadać pytania o życie Diny
i adres tego Erensta w Paryżu. Pozwoliłem, żeby dotknął mnie ten
płytki, obojętny, wrogi, głupi człowiek. Grubo ciosany i posłany
w świat dla unicestwienia wszelkiego dobrego kontaktu.
A więc to tutaj przebywała
Dina! Tutaj przychodziła, żeby słuchać prób. Na pewno grali równie
gruboskórnie, jak się wypowiadali, pomyślałem sobie, stojąc już
na ulicy.
Śmierdziało z rynsztoka, a koła
dorożek stukały o bruk. Myślałem o wszystkich tych chwilach
w dzieciństwie, kiedy płakałem ze złości lub strachu, i pragnąłem
znów umieć tak płakać. Zamiast tego położyłem płaszcz na
wyszczerbionych kamiennych schodach i usiadłem na nim.
*
Potem włóczyłem się ulicami. Ale
kiedy księżyc pojawił się na niebie, a latarnie zapłonęły,
znów stałem przed budynkiem teatru. Kupiłem bilet, nie sprawdzając,
co grają.
Szkoda, że nie miałem ze sobą zgniłych
jaj.
Odszukałem swoje miejsce. Kiedy
kurtyna poszła w górę, zrozumiałem, że nie będzie to
przedstawienie teatralne. Orkiestra siedziała na scenie zamiast
w kanale. Rozpoznałem niektóre osoby spotkane wcześniej tego
dnia. Dyrygenta i skrzypka.
Sala była prawie pełna. Kakofonia
strojonych instrumentów od razu zadziałała mi na nerwy. Nie miałem
pojęcia, co tam robię. Byłoby lepiej, gdybym po prostu dopadł tego
Schrödera na zewnątrz, jak już będzie po wszystkim.
Kobieta siedząca za mną mówiła coś
nieprzerwanie do swojego towarzysza. Zrozumiałem tyle, że poznała
mężczyznę tak niezdarnego i niewychowanego, że nie była w stanie
tego znieść. Odwróciłem się z irytacją. Kobieta miała na sobie
czerwoną suknię z koronkowym stanem. Gestykulowała dłońmi ciężkimi
od pierścionków i całkowicie zignorowała moje spojrzenie.
W końcu w sali zapadła
ciemność. Kobieta za mną ucichła. Skrzypek i pozostali muzycy
przyłożyli smyczki do instrumentów. Jego ramiona tam nie pasowały. Ani
do skrzypiec, ani na podium. Powinien był zostać drwalem. Bawiło
mnie, że znajduje się w tak śmiesznie nieodpowiednim dla siebie
miejscu.
Wtedy zagrała muzyka! Popłynęła
ku mnie.
Orkiestra nie okazała się równie
podrzędna, co kurtyna. Zrozumiałem to już po pierwszych taktach,
starając się rozpoznać, co grają.
Spektakl mnie wciągnął. Twarze pochylone
nad instrumentami przestały jawić mi się jedynie w powiązaniu
z wcześniejszymi przygnębiającymi doświadczeniami tego dnia. Nie
czułem już nienawiści do ramion, poruszających się w górę
i w dół. Karków. Palców. Cieni na prospekcie.
Bo w muzyce było wszystko. I muzyka
była nią.
Wiedziałem już, dlaczego znosiła tych
ludzi stojących za instrumentami. Dlaczego przychodziła tutaj słuchać
prób. Starzejący się wiolonczelista w wyświechtanej marynarce
zniknął. Cała orkiestra znikała, jeden muzyk po drugim. Pozostał
tylko dźwięk.
Dina siedziała gdzieś u góry
z wiolonczelą między kolanami. Płacz strun płynął z jej
wnętrza. Nagle obok mnie na wolnym fotelu usiadł Rosjanin. Na głowie
miał przekrzywioną czapkę z wilczego futra, przykrywającą dziurę
w czaszce. Pochylił się ku mnie z uśmiechem, wskazując głową
w stronę sceny. Kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki, klasnął
w dłonie i głośno zagwizdał. Ludzie odwrócili się i zaczęli
gapić. To mnie uspokoiło. Był gorzej ubrany ode mnie.
Czy tylko my rozumieliśmy z tego
cokolwiek? Wiedzieliśmy, kim ona jest? A może to właśnie dlatego
wrzosy tamtej jesieni poczerwieniały - bo on nic nie rozumiał?
*
Podczas przerwy ponownie dostrzegłem
kobietę w czerwonej sukni. Ciemne włosy zwisały po obu stronach
jej twarzy. Wydawały się tak ciężkie, jakby pokrywała je
smoła. Słuchała czegoś, co opowiadał jej młody człowiek w białych
spodniach i ciemnej marynarce. Potem potrząsnęła głową i upijając
łyk z kieliszka, przewróciła oczami.
Człowiek nie zawsze wie, dlaczego coś
robi. Wszedłem w otaczający ją krąg światła. Pomiędzy nią
a mężczyznę. I w tym twardym języku, którym byłem tak bardzo
zmęczony, zapytałem:
- Przepraszam, nie zna pani przypadkiem
pani Diny Meer?
Najpierw tylko wpatrywała się we
mnie. Ale kiedy jej kawaler spróbował wsunąć się pomiędzy
nas, robiąc przy tym odpowiednią minę, wówczas jakby się
przebudziła.
- Nie - odparła prawie
przyjaźnie.
- Kim pan jest? - spytał poirytowany
kawaler.
Człowiek mógł po prostu uznać, że
jest powietrzem.
- Jest pani pewna?
- Tak - odparła. Ale się
uśmiechała. Zęby miała nierówne, a na jej policzku widniał o wiele
za duży pieprzyk. Była dość wysoka. Miała wyzywające brwi i zbyt
mocny makijaż. A jednak była piękna.
- Czy ta kobieta miała być tutaj dziś
wieczorem? - zapytała, kładąc dłoń na ramieniu swojego zalotnika,
żeby trzymać go w ten sposób z daleka.
Zwróciłem uwagę na pole siłowe
między nami.
- Tak - odrzekłem, wpatrując się
w nią.
- Wobec tego życzę panu powodzenia
- odpowiedziała po prostu.
- Ona gra na wiolonczeli - rzekłem
w panice, widząc, że zamierza odejść.
- To interesujące - stwierdziła
- kobiecie nie jest łatwo poradzić sobie z tym instrumentem.
Wtedy zrobiłem te dwa brakujące
kroki. Ująłem ją zdecydowanie pod łokieć i odprowadziłem
z miejsca, gdzie stała z innymi osobami.
Rozległ się dzwonek zapowiadający drugą
część. Ale my nadal staliśmy przy czerwonej aksamitnej kotarze,
mierząc się wzrokiem. Jej czerwony cień na kurtynie. Czułem się
od niego ciężki. Napełniony. Jak skórzany worek pełen wina lub
oliwy.
Rozstawiłem szerzej
stopy. Pomogło. Poruszyłem palcami pod jej łokciem. Na skórze miała
chłodną wilgoć. Przeszył mnie dreszcz podniecenia. Siła skupiła
się w moich palcach. Widziałem i czułem, że przyjmuje to.
- Jest pan chyba bardzo śmiały i nie
jest pan berlińczykiem - rzekła cicho.
- Ma pani rację.
- Bardzo chciałbym, żeby znała pani
tę, której szukam! - powiedziałem. - Jest ciemna i wysoka jak
pani. Często przebywa wśród aktorów i muzyków.
- Czy ta kobieta, której pan szuka,
jest pana... kochanką? - zapytała, wymawiając ostatnie słowo na
wdechu.
Można było zrozumieć, dlaczego jej
brwi są takie wyzywające.
- Nie. Przyjaciółką.
- Nie uzgodniliście miejsca
spotkania?
- Nie. Straciłem ją. Dawno
temu.
- Ale przecież przyjaciół się nie
traci - odparła.
Usłyszałem, że coś
w niej wzbudziłem. Nie tylko ciekawość. Coś było w jej
oddechu. Kontynuowałem, patrząc jej w oczy i ujmując obie jej
dłonie. Miały w sobie miękkość. Właśnie tę miękkość, za
którą człowiek zawsze tęsknił.
- Ja tracę!
- Kim pan jest? Sprawia pan wrażenie
nieco nieuprzejmego - wyszeptała, nie zabierając dłoni.
- Nie jestem do końca pewien -
odparłem.
- Wygląda pan trochę na
szaleńca. Śmiałego, ale dziwnego... Przypomina mi pan kogoś,
kogo...
Dzwonek rozległ się ponownie. Powoli
poszliśmy na salę.
Kiedy usiedliśmy w ciemności, musnęła
mnie lekko dłonią po karku. Powiedziała coś do kobiety siedzącej
obok. Nie zirytowało mnie to. Odwróciłem się powoli, żeby pochwycić
jej spojrzenie. Ale mrok zgasił światło w jej oczach. Moje nozdrza
łapczywie chwytały każdy ślad woni jej perfum. Uchyliłem usta,
żeby nabrać jej więcej. Napić się. Nasycić.
Wtedy ruszyły skrzypce, wiolonczele,
instrumenty dęte.
Nie myślałem o Rosjaninie. Nie
zwróciłem uwagi, czy nadal przy mnie siedzi. Ale na podium siedziała
Dina w zielonej sukni podróżnej z szeroką spódnicą. Z rozchylonymi
udami i zamkniętą twarzą.
Podczas gdy jej roztańczone palce
wmuszały we mnie muzykę, części garderoby spadały z niej jedna
po drugiej i unosiły się pod sufitem. Tam kryształowe żyrandole
chwytały je licznymi ramionami. W końcu siedziała już tylko
w rozpiętej pod szyją koszuli.
Ubrania Diny rzucały cień na
ludzi w sali, chociaż tego nie zauważali. Ktoś kaszlał. Muzyka
wznosiła się i opadała. Nie byłem sam. Miasto mogło być tyleż
nieprzyjazne, co brudne. Ludzie tyleż groteskowi, co nieokrzesani
i nieuprzejmi.
Ale za mną siedziała kobieta
w czerwieni.
Muzyka wybiegała
nie tylko z instrumentów, zamieszkała też w moich
biodrach. W skórze. Pachwinie. Czułem zapach ubrań zwisających
z kryształowych żyrandoli. Zapach kobiety w czerwieni tuż za
mną. Moje nozdrza się rozszerzyły. Odchyliłem głowę do tyłu
i zamknąłem oczy.
*
Podczas trwania owacji poczułem jej
dłoń na ramieniu. W chwili, gdy podniosłem rękę, żeby wziąć jej
wizytówkę, wszystkie ubrania Diny zaczęły spadać z pociemniałych
żyrandoli. Miałem je wszędzie na sobie. Przyjmowałem je, ściskając
przez krótką chwilę końcówki jej palców. Potem wyswobodziłem się
z pachnących zwojów garderoby i nadal biłem brawo.
- W czwartek o siedemnastej -
wyszeptała, podnosząc się i podążając za innymi w stronę
wyjścia.
Idąc, spojrzałem na program wystający
komuś z dłoni. Mozart.
Dina zebrała szybko wszystkie swoje
podniszczone nuty, zeszła z podium, zostawiając wiolonczelę,
i poprowadziła mnie między ludźmi. Kiedy zniknęła, jej koszula
jeszcze przez chwilę lekko powiewała. Pachniała tymi samymi perfumami,
co kobieta w czerwieni.
Na wizytówce widniało nazwisko:
Pani Birthe Schultz. Adres nic mi nie mówił. Byłem w obcym
mieście.
Skrzypka nigdzie nie było
widać. Poszedłem za scenę zapytać o niego. Ktoś powiedział,
że już dawno wyszedł. Czego właściwie od niego chciałem?
Człowiek czuł się trochę jak łódź
z podniesionymi żaglami, smagana silnym bocznym wiatrem. Trzeba było
przepłynąć wzburzone wody, poświęcając na to odpowiedni czas,
albo zamknąć wszystkie wyjścia na pokład i oddać się we władanie
żywiołom. Kil był już dostatecznym ciężarem. Lepiej było przyznać
głośno, że nie jest się żadnym marynarzem. Ale mając w pamięci
rady Andersa, zarówno w kwestii kobiet, jak i łodzi, człowiek musiał
przyznać, że najlepiej będzie jednak płynąć do przodu.
Dlatego żyłem w oczekiwaniu na czwartek,
czując w całym ciele coś w rodzaju triumfu.
Można było marnować czas na przeżywanie
szoku, że dając wizytówkę całkowicie obcemu mężczyźnie, złamała
wszelkie zasady. Ale człowiek miał w ciele zbyt wiele dzikiej,
samotnej siły na takie rzeczy. Sprawa była przesądzona.
Było się takim cholernym skazańcem,
zmuszonym do krążenia po mieście i ciągłych poszukiwań.
*
Wynająłem dorożkę. Pani Birthe
Schultz mieszkała w okazałej kamienicy na skraju miasta. W otoczeniu
starych drzew i kolczastych krzewów. Na furtce prowadzącej do ogrodu
jeżyły się szpikulce. Ta cała pani Birthe prawdopodobnie też miała
kolce.
Portier zapytał, do kogo przychodzę
i czy jestem oczekiwany. Skinąłem głową, pokazując mu bilecik
wizytowy Birthe Schultz.
- Drugie piętro - rzekł z ukłonem,
prowadząc mnie w górę po pięciu solidnych stopniach z mosiężną
balustradą do czarnych, podwójnych drzwi.
Przez chwilę, wstrzymując oddech,
pomyślałem sobie, jak musiały czuć się dzieci z chłopskich zagród,
stojąc na białym piasku przed głównym wejściem do Reinsnes. Zanim
obeszły dom dookoła, znajdując wejście kuchenne. Pnąc się po
schodach odbijających echo moich kroków, przypomniałem sobie, jak
idąc aleją prowadzącą w górę od przystani, można było zobaczyć
główny budynek oświetlony w mroku niczym zamek. Zanim poszło się
do Stine, do oficyny.
Można było przecież pozwolić sobie na
chwilę przekornej nostalgii tutaj, przed głównym wejściem do domu
całkowicie obcej kobiety, czując się jednocześnie jak zdruzgotane
dziecko?
Dino! Twoja wiolonczela niech sobie zgnije
na śmierć!, powiedziałem sam do siebie w chwili, gdy pani Birthe
otworzyła mi drzwi. Dzisiaj nie była czerwona. Tylko żółta.
*
Co takiego powiedział Anders wtedy
w Bergen, kiedy chciałem pójść z mężczyznami do kobiet
w zaułkach miasta? Nie protestował przeciwko mojej próbie
męskości. Ale rzekł:
- Miej ze sobą nóż i nie bierz
więcej pieniędzy, niż potrzebujesz!
Tamta dziewczyna była młodsza
ode mnie. Wychudzona i brudna. Zabrała mnie do ciasnej, ciemnej
komórki i posadziła na łóżku, na niechlujnie wyglądającej
kapie. Potem zaczęła się ze mną zabawiać w taki sposób,
jakbym był niedorozwinięty. Odepchnąłem ją. Zapłaciłem godziwie
i wyszedłem. Gdyby nie obawa, że ktoś mnie zobaczy, pewnie bym się
rozpłakał. Nie dlatego, że zarówno dziewczyna, jak i łóżko
były byle jakie i niedelikatne. Ani nie dlatego, że wszystkie
marzenia o gorącej krwi w żyłach nie znalazły potwierdzenia
w rzeczywistości. Tylko z tego powodu, że czułem się tak, jakbym
nadepnął na palce małej dziewczynce, pływającej w czarnym stawie,
która właśnie chwyciła się konara, żeby nie utonąć.
Miała bluzkę pozbawioną guzików przy
dekolcie i chude ramiona.
Lepiej było już myśleć o Akselu
i Madame przy Peder Madsens Gang.
*
Pani Birthe miała krągłe ramiona,
a jej żółta bluzka została na pewno starannie wybrana. Miała
cały rząd bardzo czasochłonnych guzików. Dokładnie rzecz ujmując,
dwadzieścia jeden.
Poprowadziła mnie przez słabo
oświetlony korytarz wprost do salonu. Czułem, jak krew pulsuje mi
w szyi. Najchętniej schwyciłbym ją i wwiercił się w nią całą
moją siłą. I żeby było już po wszystkim.
Zamiast tego skonstatowałem, że siedzę
na miękkiej sofie.
Służąca przyniosła na tacy filiżanki
do herbaty i ciasteczka. Wypatrywałem każdego znaku, który mógłby
stworzyć mi okazję. Czujny na wszystkie sygnały wysyłane przez
panią Birthe. To było prawie jak wywoływanie duchów i seans
spirytystyczny.
Od czasu do czasu zajmowałem miejsce
kandydata Gr?nelva przy stole sekcyjnym. Z uniesionym w dłoni
skalpelem studiowałem kobiece ciało. Ćwiczenia w kostnicy pod
okiem profesora Schmidta podlegały pewnym regułom i celom. Należało
usunąć błony i mięśnie w całym ciele. Najpierw trzeba było pewną
dłonią zebrać krew z wszystkich żył pani Birthe, tak aby profesor
Schmidt nie zauważył ani jednej plamki krwi na moim mankiecie.
Ciało pani Birthe zaznało już tego
rodzaju operacji. Mimo swoich cnotliwych guzików.
- Nie odnalazł pan swojej
przyjaciółki? - zapytała.
- Niestety, nie - odparłem, nie
odrywając od niej oczu. Zdawałem sobie sprawę, że ta rozmowa
jest na użytek służącej. W czasie nalewania herbaty dowiedziałem
się, że oczekuje kilku miłych przyjaciół i chciałaby, żebym ich
poznał. A kiedy służąca po chwili weszła ponownie z pytaniem,
czy jeszcze coś ma zrobić przed odejściem, pani Birthe machnęła
do niej wesoło dłonią i odparła, że nie, dziękuje, ma wszystko,
co jest potrzebne.
Drzwi się zamknęły, a ja zapytałem,
kiedy przychodzą przyjaciele. Wtedy ponownie wdrapała się na stół
sekcyjny, żebym mógł rozpocząć pracę.
- Mój mąż jest w podróży. To
nie wyglądałoby dobrze... tylko pan i ja - rzekła, odsuwając na
bok filiżankę. Potem zaoferowała mi sherry.
Po dłuższej chwili odszukałem w sobie
słowa, których mogłem użyć. Ale ona najwyraźniej nie miała
potrzeby słuchania czegokolwiek. Wszystko roztopiło się w oddechu
i poruszeniach.
Piana. Nie wiedziałem, gdzie po
raz pierwszy widziałem pianę. Ale wyłaniała się z mojej
świadomości niczym zmienny, a zarazem wieczny obraz. Piana pod
kobiecymi dłońmi podczas dojenia. Piana powstała od wielkich fal,
uderzających o kamienistą plażę. O płycizny za przybrzeżnymi
skałami. Kłębiąca się za rufą łodzi, prującej morze bielą,
żeby pokazać swą siłę. Piana. Skapująca z rąk Stine filcującej
rękawice żeglarskie. Piana! Kiedy Dina w letniej porze myła włosy
w jeziorku za wzgórzem. Piana w nozdrzach ogiera szykującego się
do skoku na klacz. Skok na panią Birthe w Berlinie. Zawsze byłem
w tej pianie. Jak ruch ciężkiego, pełnego mocy dźwięku. Niosłem
go ze sobą. Byłem w nim. Nie mogłem uciec. Kobiety. Zapach
słonych wodorostów. Ługu. Włosów. Wody kwiatowej. Suszącej
się bielizny. Karna! Zapach ciała Karny zmieszany z krwią
i ropą! W szpitalu polowym pod Dybb?l.
Piana była wszystkim: radością
i strachem. Ohydą i pięknem. Jednocześnie.
Dzisiejszej nocy miała odbyć się tajna
sekcja. Zabroniona i płomienna. Ale dokładnie tak jak fala po burzy
cofa się, pozostawiając po sobie pianę, tak ja miałem wycofać się
bez zobowiązań i przedkładania mi rachunku.
Czyż nie dostałem biletu
wizytowego? Zaproszenia? Czyż nie otrzymałem wyraźnego znaku? Czy
nie rozpiąłem wszystkich dwudziestu jeden guzików, zbierając zarazem
krew pani do pustej dłoni?
W którymś momencie musiałem wejść
też w tę inną pianę. Rosjanin. Czerwień. Piana tryskająca
z wielką siłą. Miliony malutkich płatków róż, które nigdy nie
miały się rozwinąć. Bo obraz zamarzł.
Dina i on na wrzosowisku. Najpierw
białym, potem czerwonym.
Potem nie było już żadnego Boga. Pani
Birthe została pokrojona. Piana pokryła i ją, i Rosjanina.
Kto stał wysoko wyprostowany we
wrzosach?
Z jej ust wydobył się donośny dźwięk
wiolonczeli. Wznosił się i opadał. Jakby próbowała zaśpiewać,
ale nie była w stanie.
Położyła sobie roztrzaskaną głowę
Rosjanina obok mojej, na kolanach.
Kiedy miałem wychodzić, zapytała,
czy zobaczy mnie ponownie.
- Niewykluczone.
- Mojego męża nie ma do przyszłego
czwartku - rzekła niskim, poprawnym tonem.
Byłem wycofującą się falą. Daleko
w morze. Przyglądałem się pozostawionej pianie. Szare światło
wpadało ukosem przez wysokie okno. Twarz pani Birthe stała się
całkowicie biała. Byłem obcy sam dla siebie.
Nastał właśnie kolejny dzień.
[1] Fragmenty Pisma Świętego, jeśli
nie zaznaczono inaczej, są cytowane za Biblią Warszawską. (Wszystkie
przypisy w książce pochodzą od tłumaczki).
[2] S?ren Kierkegaard, Bojaźń
i drżenie, tłum. Jarosław Iwaszkiewicz, Zysk i S-ka Wydawnictwo,
1995, s. 43.