DOBROCIĄ SWĄ CHEŁPI SIĘ WIELU,
LECZ MĘŻA PEWNEGO KTÓŻ ZNAJDZIE?
SPRAWIEDLIWY W PRAWOŚCI SWEJ ŻYJE,
SZCZĘŚLIWE PO NIM SĄ DZIECI.
[...]
KTO POWIE, "USTRZEGŁEM CZYSTOŚĆ
SERCA,
WOLNY JESTEM OD GRZECHU"?
(Księga Przysłów 20,6-7,9)
Jam jest Dina, która widzi,
jak sanie unoszące człowieka toczą się w dół po stromym
zboczu.
Na początku zdaje mi się, że to ja
jestem do nich przywiązana. Bo czuję ból przewyższający wszystko,
co kiedykolwiek czułam.
Poprzez przejrzystą jak szkło
rzeczywistość, ale poza czasem i przestrzenią, utrzymuję kontakt
z twarzą osoby na saniach. Za parę sekund ta twarz roztrzaska się
o oblodzony głaz.
Zwierzę zdołało wydostać się
z dyszli i uniknęło runięcia w przepaść! Że też to poszło
tak łatwo!
Chyba jest już późna jesień. Późna
na co?
Nie mam konia.
Kobieta stała na skraju zbocza
w zimnym porannym świetle. Nie było słońca. Otaczały ją czujne,
mroczne szczyty. Zbocze było tak strome, że krajobraz tam, w dole,
skrył się przed jej wzrokiem.
Po drugiej stronie szerokiej zatoki
wznosiły się jeszcze bardziej urwiste góry, niemi świadkowie.
Kobieta śledziła każdy ruch
sań. Aż do chwili, gdy zatrzymały się na skraju, oparte o wielki
pień brzozy. Głęboko w dole huczał wodospad.
Kobieta spojrzała w dół, śladem
spustoszeń, które poczyniły staczające się sanie. Kamyki, płaty
śniegu, kępki wrzosu, połamane zarośla. Jakby olbrzymi hebel sunął
tędy w dół, porywając wszystko, co wystawało ponad ziemię.
Kobieta miała na sobie skórzane
spodnie i długą, podwiniętą kurtkę. Gdyby nie włosy, można
by z daleka wziąć ją za mężczyznę. Była bardzo wysoka jak na
niewiastę.
Prawy rękaw kurtki zwisał
w strzępach. Naznaczonych krwią. Z rany.
W lewej ręce wciąż kurczowo
trzymała nóż o krótkim ostrzu, podobny do tych, które Laponki
noszą u pasa.
Kobieta odwróciła twarz w stronę,
z której dochodził dźwięk. Końskie rżenie. Jakby właśnie to
ją obudziło. Schowała nóż do kieszeni kurtki.
Po chwili wahania przeszła, świadoma
celu, przez obmurowaną szarymi kamieniami krawędź drogi. W kierunku
sań. Sanie kołysały się już słabiej. Jakby postanowiły ocalić
osobę ze strzaskaną twarzą.
Schodziła szybko po stromym
zboczu. Zrzucając w pędzie pojedyncze kamienie. Kamienie
utworzyły małą lawinę i potoczyły się w dół, obok sań,
w przepaść. Kobieta patrzyła w przestrzeń. Jakby utrzymywała
kontakt z kamieniami, jakby nadal śledziła ich ruch, choć ich obraz
już się skrył. Jakby widziała je aż do chwili, gdy pochłonął je
rzeczny wir pod huczącym wodospadem.
Zatrzymała się na moment, gdy nowe
kamienie przetaczały się koło sań z nieżywym ciałem. Ale tylko
na moment. Potem szła dalej, aż wreszcie mogła sięgnąć dłonią,
by odchylić owcze futro, pod którym leżał mężczyzna.
Odsłoniła coś, co musiało być
kiedyś piękną męską twarzą. Jedno oko wciśnięte w głąb
czaszki. Świeża krew spływająca obficie i równomiernie z ran na
całej głowie. W ciągu kilku sekund głowa mężczyzny stała się
czerwona. Białe owcze futro nasiąknęło krwią.
Kobieta uniosła smukłą, długą
dłoń o różowych, kształtnych paznokciach. Odchyliła powieki
mężczyzny. Najpierw jedną, potem drugą. Dotknęła dłonią jego
piersi. Czy to serce jeszcze bije? Dłoń nie znalazła odpowiedzi.
Jej twarz przypominała ziemię
zasłaną śniegiem. Żadnego poruszenia. Tylko oczy wędrowały nerwowo
pod spuszczonymi na poły powiekami. Krew, którą miała na rękach,
wytarła o pierś mężczyzny. Potem przykryła mu twarz rąbkiem
futra.
Przeczołgała się na drugą
stronę sań, aż dotarła do miejsca zamocowania dyszli. Pospiesznie
wyszarpnęła z otworów resztki liny. Zebrała je starannie
i wcisnęła do kieszeni kurtki razem z nożem. Wyciągnęła dwa
przetarte rzemyki i przytwierdziła je na miejsce linek.
W pewnej chwili się
wyprostowała. Nasłuchiwała. Na drodze zarżał koń. Zawahała się,
jakby się zastanawiała, czy już wszystko gotowe. Potem przeczołgała
się własnym śladem wokół sań. Roztrzaskane człowiecze ciało
wciąż oddzielało ją od dna przepaści.
Solidna brzoza złamała się od
mrozu i ciężaru, gdy doszło do tego jeszcze ciało kobiety. Kobieta
znalazła oparcie dla stopy pomiędzy oblodzonymi kamieniami i pchnęła
sanie z całej siły. Obliczyła nacisk tak, jakby robiła to już
wiele razy.
Gdy sanie oderwały się od podłoża,
futro zsunęło się z twarzy mężczyzny. Wtedy otworzył oko, które
nie było zapadnięte, i spojrzał prosto na kobietę. Niemo. Bezradnym,
pełnym niedowierzania spojrzeniem.
Kobietę przeszył dreszcz. Przez jej
twarz przemknął wyraz jakiejś niezdarnej czułości.
Potem wszystko zamieniło się w ruch
i powietrze. Poszło szybko. Echo jeszcze długo niosło się po
górach. Twarz kobiety całkiem opustoszała. Krajobraz znów wrócił
na swoje miejsce. Wszystko było w porządku.
Jam jest Dina, która czuje w sobie
sanie, gdy mężczyznę pochłania spieniony wir. Wtedy on przekracza
granicę. Umyka mi ta ostatnia chwila, która mogłaby odsłonić przede
mną skrawek tego, czego wszyscy się lękają. Końca czasu. Kim
jestem? Jaki to czas, jakie miejsce, jaka przestrzeń? Czy na zawsze
jestem na to skazana?
Kobieta wyprostowała się i zaczęła
się wspinać po zboczu. Wyglądało na to, że trudniej wejść niż
zejść. Dwieście metrów zmrożonego gruntu.
W miejscu, z którego widać było
porywistą jesienną rzekę, odwróciła się, żeby popatrzeć. Rzeka
zakręcała tuż przed wodospadem. Spienione masy wody. Nic
więcej.
Pięła się dalej. Szybko. Do utraty
tchu. Najwyraźniej czuła ból w zranionym ramieniu. Kilka razy traciła
równowagę i omal nie spadła w ślad za saniami.
Dłonie czepiały się wrzosów,
gałązek, kamieni. Starała się zawsze znaleźć jakieś oparcie
dla jednej ręki, zanim przesunęła drugą gdzieś wyżej. Pewnymi,
szybkimi ruchami.
Podniosła wzrok dopiero wtedy, gdy
przylgnęła do granicznego kamienia na skraju drogi. Napotkała wielkie,
błyszczące spojrzenie konia. Zwierzę już nie rżało. Stało tylko
i patrzyło na nią.
Stali tak naprzeciwko siebie na
odległość oddechu. Koń wyszczerzył nagle zęby i nerwowo skubnął
kilka przydrożnych kępek trawy. Kobieta wykrzywiła twarz w grymasie,
gdy musiała podeprzeć się na obu ramionach, by wydostać się na
ścieżkę.
Koń pochylił nad nią swój ogromny
łeb. Dyszle sterczały ukośnie. Bezużyteczny ornament.
Wreszcie chwyciła się końskiej
grzywy. Mocno, niemal brutalnie podniosła się do stawiającego opór
końskiego łba.
Ta kobieta miała osiemnaście
lat. I oczy stare jak kamienie.
Zgrzytanie dyszli o skały dochodziło
jakby spoza obrazu. Koń na nowo wdeptywał w ziemię przemarznięte
źdźbła.
.
Zdjęła kurtkę, podwinęła
wełniany rozpinany sweter i rękawy bluzki. Rana wyglądała na zadaną
nożem. Czyżby doznała jej w walce z mężczyzną w saniach?
Pochyliła się gwałtownie i zaczęła
kopać gołymi dłońmi w przemarzniętej, kamienistej powierzchni
drogi. Wygrzebała piasek i lód, źdźbła i odłamki skał. Wtarła
to wszystko w ranę z wielką siłą. Jej twarz wykrzywiła się
w grymasie bólu. Z otwartych ust dobyły się gardłowe jęki.
Powtórzyła te ruchy. Regularnie
powtarzała też jęki. Niczym jakiś rytuał. Dłoń kopała. Znajdowała
gruz i piasek. Wygrzebywała pełną garść. Wcierała w ranę. Raz za
razem. Potem kobieta zrzuciła wełniany sweter i bluzkę i wdeptała
je w ziemię. Szarpała rękawy. Wdeptywała i wdeptywała.
Ręce pokryły się krwią. Nie
ocierała jej. Stała w cieniutkiej koronkowej koszuli na tle
jesiennego nieba. Chyba jednak nie czuła zimna. Spokojnie ubrała
się na nowo. Obejrzała ranę przez dziurę w ubraniu. Podwinęła
postrzępiony rękaw. Wykrzywiła twarz z bólu, gdy poruszała
ramieniem, sprawdzając, czy jest sprawne.
Jej kapelusz leżał z tyłu,
w przydrożnym rowie. Brązowy, z wąskim rondem i zielonymi
piórami. Rzuciła nań szybkie spojrzenie, po czym ruszyła na północ
kiepską drogą dla sań. W niskim, srebrzystym świetle.
Koń kłusem ruszył za nią, wlokąc
za sobą dyszle. Szybko ją dogonił. Przełożył pysk przez jej ramię
i skubnął kobietę we włosy.
Wtedy się zatrzymała. Chwytem
ręki zmusiła konia, by przyklęknął na przednich nogach, jakby był
wielbłądem. I usiadła okrakiem na szerokim czarnym grzbiecie.
Tętent końskich kopyt. Dyszle
płaczące po żwirze. Spokojny oddech konia. Wiatr. Który nie
wie. Który nie widział.
.
Był środek dnia. Koń i kobieta
zeszli stromą drogą z gór i dotarli do wielkiego gospodarstwa
z szeroką aleją, wytyczoną pośród rozkołysanych, wielkich
jarzębin i wiodącą od pobielanego domu do czerwonych nadbrzeżnych
spichrzów. Dwa z każdej strony kamiennej kei.
Na nagich drzewach zostały
krwistoczerwone jagody. Łąki pożółkły, okryte gdzieniegdzie
połaciami lodu i śniegu. Na niebie rysowało się mnóstwo szczelin
między chmurami. Ale wciąż nie pojawiało się słońce.
Chłopak, którego zwano Tomaszem,
wyszedł ze stajni właśnie w chwili, gdy kobieta dotarła na
podwórze. Stanął jak wryty na widok pustych dyszli i kobiety
z potarganymi włosami, w zakrwawionym ubraniu.
Ześlizgnęła się powoli z konia,
nie patrząc na Tomasza. Potem powlokła się po szerokich schodach,
wiodących do domu. Otworzyła jedno skrzydło podwójnych drzwi. Gdy
tak stała, padł na nią snop światła. Wtedy odwróciła się
gwałtownie. Jakby przeraziła się własnego cienia.
Tomasz pobiegł za nią. Stała teraz
w blasku ciepłego i żółtego światła z wnętrza domu. A zimne
zewnętrzne światła kładły na nią niebieskawe cienie gór.
Nie miała już twarzy.
.
Powstał wielki rwetes. Nadbiegły
kobiety, nadbiegli mężczyźni. Służba.
Z jednej z izb wyszła kuśtykająca
Matka Karen z laseczką. Monokl dyndał na sznureczku przymocowanym
do haftowanej opaski na szyi. Lśniące szkiełko, które rozpaczliwie
próbowało wprowadzić trochę wesołości.
Mozolne kroki starszej pani
zaskrzypiały w wystawnej sieni. Matka Karen patrzyła łagodnie,
jakby wszystko wiedziała. Wiedziała coś?
.
Wszyscy tłoczyli się wokół kobiety
stojącej w drzwiach. Jedna ze służących dotknęła zranionego
ramienia, chciała pomóc zdjąć poszarpaną kurtkę. Ale została
odsunięta na bok.
Wtedy buchnęły wszelkie
dźwięki. Wszyscy mówili jednocześnie. Pytania bombardowały kobietę
bez twarzy.
Ale ona nie odpowiadała. Nie widziała
nikogo. Nie miała oczu. Chwyciła tylko chłopca stajennego Tomasza za
ramię tak mocno, że aż jęknął. Potem powlokła się w kierunku
mężczyzny zwanego Andersem. Blondyna z wydatnym podbródkiem. Był
jednym z przybranych synów w tej posiadłości. Jego także chwyciła
za ramię i zmusiła obu mężczyzn, by poszli za nią. Choć nie
powiedziała ani słowa.
.
Przygotowano dwa konie, które stały
w stajni. Trzeci nie miał siodła. Był spocony i wycieńczony po
przeprawie przez góry. Uwolniony z dyszli i wytarty do sucha, dostał
wody.
Wielki łeb zniknął na jakiś czas
w wiadrze. Ludzie musieli poczekać. Koń pił łapczywymi łykami. Od
czasu do czasu podrzucał w górę grzywiasty łeb i wodził wzrokiem
od twarzy do twarzy.
Kobieta nie chciała się przebrać,
nie pozwoliła przewiązać rany. Rozkołysała się, by wsiąść na
konia. Tomasz podał jej samodziałowe palto. Kobieta naciągnęła je
na siebie. Do tej pory nie powiedziała ani jednego słowa.
Zaprowadziła ich w miejsce,
z którego stoczyły się sanie. Ślady nie pozostawiały żadnych
wątpliwości. Staranowane zbocze, zniszczone brzozowe krzaki,
wyrwane z korzeniami wrzosy. Wszyscy widzieli, co jest pod tym
zboczem. Urwisko. Wodospad. Gardziel. Wir. Sanie.
Wezwali ludzi na pomoc i szukali
w spienionych kłębach wody. Nie znaleźli nic poza resztkami
roztrzaskanych sań z przetartymi rzemykami od dyszli.
Kobieta pozostała niema.
.
OCZY PANA STRZEGĄ ROZSĄDKU,
A NIWECZĄ MOWY WIAROŁOMCY
(Księga Przysłów 22,12)
Dina miała zawieźć swego męża
Jakuba, któremu gangrena zaatakowała jedną nogę, przez góry do
doktora. Był listopad. Ona jedna radziła sobie z młodym koniem,
najbardziej rączym. A trzeba było jechać szybko. Oblodzoną, lichą
drogą.
Noga Jakuba zaczęła już
cuchnąć. Smród od dawna zalegał w pokojach. Kucharka czuła go
nawet w jadalni. Od każdej ściany wiało grozą. Przerażeniem.
Przed zniknięciem Jakuba nikt
w Reinsnes nie wspomniał o smrodzie, unoszącym się nad jego
nogą. Nie wspomniano też o tym, gdy Szatan wrócił do domu z pustymi
dyszlami.
Ale poza tym ludzie
gadali. Z niedowierzaniem i przerażeniem. We wszystkich
posiadłościach. W bawialniach na Strandsted i na wybrzeżu Sundu. Na
plebanii. Szeptem i poufnie.
O Dinie, młodej pani w Reinsnes,
jedynej córce referendarza Holma. Zachowywała się jak chłopak
zwariowany na punkcie koni. Nawet po zamążpójściu. A teraz przypadł
jej w udziale taki smutny los.
Opowiadali o tym ciągle od
nowa. Jechała tak, że aż się iskrzyło i pryskało spod płóz. Jak
czarownica. A jednak Jakub Gr?nelv nie dotarł do lekarza. Już go
nie ma. Tego przyjaznego, hojnego Jakuba, który nigdy nie odmawiał,
gdy ktoś go prosił o przysługę. Syna Matki Karen, który osiadł
w Reinsnes, gdy był jeszcze dość młody.
Martwy! Nikt nie mógł pojąć, jak
mogło się stać coś tak strasznego. Na to, że łodzie wywracają się
na morzu, że ludzie toną, nic się nie da poradzić. Ale w tej sprawie
sam diabeł maczał palce. Żeby najpierw dostać gangreny w złamanej
nodze. A potem zginąć w saniach, które wpadły do wodospadu!
Dina straciła mowę, a Matka Karen
płakała. Osierocony syn Jakuba z pierwszego małżeństwa włóczył
się po Kopenhadze, a Szatan nie mógł znieść widoku sań.
.
W Reinsnes zawitała władza,
by ustalić przebieg tych wszystkich wydarzeń, łącznie ze
śmiercią. Każdy szczegół należało opisać, nic nie powinno
pozostać w ukryciu.
Ojciec Diny, referendarz, przywiózł
ze sobą dwóch świadków i protokół. Podkreślił wyraźnie, że
przybywa jako przedstawiciel władzy, nie zaś w charakterze ojca.
Matka Karen jakoś nie potrafiła
dostrzec różnicy. Ale nie napomknęła o tym.
Nikomu nie udało się sprowadzić
Diny z poddasza. Jako że była dość wysoka i silna, nikt nie
chciał podjąć ryzyka, bo mogłaby stawiać opór i spowodować
kłopotliwe zamieszanie. Nie próbowali więc zmuszać jej, by zeszła
po schodach. Postanowiono, że władza wybierze się na górę do
sypialni.
Ustawiono dodatkowe krzesła. Odkurzono
pieczołowicie baldachim nad łóżkiem. Złotawą, ciężką
tkaninę w pnącza czerwonych kwiatów. Kupioną w Hamburgu. Uszyto
z niej baldachim przed ślubem Jakuba i Diny.
Oline i Matka Karen usiłowały
doprowadzić młodą panią do porządku, żeby nie wyglądała całkiem
niechlujnie. Oline zjawiła się ze swą ziołową herbatką z gęstą
śmietanką i cukrem. To był jej złoty środek na wszystko, począwszy
od szkorbutu, skończywszy na bezpłodności. Matka Karen pospieszyła
z dobrym słowem, szczotką do włosów i troskliwą pomocą.
Służące zrobiły to, o co je
poproszono, utkwiwszy przerażone oczy w przeciwległej ścianie.
Słowa uwięzły gdzieś na dobre. Dina
otwierała usta i formowała je. Ale dźwięk mieszkał w innej
rzeczywistości. Władza próbowała wszystkiego.
Referendarz zaczął mówić głębokim,
spokojnym głosem, patrząc przy tym Dinie w jasnoszare oczy. Równie
dobrze mógłby spoglądać przez szklankę z wodą.
Próbowali i świadkowie. Na
siedząco i na stojąco. Głosem pełnym współczucia lub nieznoszącym
sprzeciwu.
W końcu Dina skryła w ramionach
głowę o czarnych, niesfornych włosach. Wydała jakieś dźwięki
przypominające skomlenie na wpół uduszonego psa.
Władza się zawstydziła i wycofała
na dół, do salonu. Żeby dojść do porozumienia i zgody. Ustalili,
co się zdarzyło na miejscu wypadku. Jak się zachowywała młoda
kobieta.
Uznali to wydarzenie za wielką
tragedię dla całej okolicy i powiatu. Stwierdzili, że Dina Gr?nelv
nie może dojść do siebie z rozpaczy. Że jest nieobliczalna
i straciła mowę wskutek szoku.
Orzekli, że jechała tak szybko,
jak pozwalały na to rzemienie i liny, by zawieźć swego męża do
lekarza. Że osiągnęła zbyt wielką prędkość na zakręcie koło
mostu albo że ten dziki koń poniósł akurat na skraju przepaści
i zamocowanie dyszli puściło. W obu miejscach.
Wszystko wpisano starannie do
protokołu.
Z początku nie mogli znaleźć
ciała. Ludzie gadali, że pewnie popłynęło do morza. Ale nikt tego nie
rozumiał. Musiałoby wszak pokonać jeszcze prawie milę nierównego,
płytkiego rzecznego łożyska. Każdy kamień mógł zatrzymać martwe
ciało, które samo nie czyniło żadnych wysiłków, by dotrzeć do
morza.
Ku rozpaczy Matki Karen z czasem
zarzucono poszukiwania.
Miesiąc później w posiadłości
pojawił się żebrak, który twierdził, że widział ciało
w Veslekulpen. W martwej wodzie, nieco poniżej wiru pod wodospadem. Tam
leżał Jakub uczepiony kamienia. Sztywny jak drut. Spuchnięty
i sponiewierany, jak twierdził żebraczyna.
Okazało się, że miał rację.
Wody najprawdopodobniej opadły, gdy
ustały jesienne deszcze. I pewnego jasnego dnia na początku grudnia
nieszczęsne ciało Jakuba wypłynęło na powierzchnię. Na oczach
starego żebraka, który przemierzał właśnie góry, by znaleźć
przytulisko w innej posiadłości.
Od tego czasu krążyła wieść, że
żebrak jest jasnowidzem. Tak, tak, zawsze nim był. To zapewniło
mu spokojną starość. Któż by chciał wejść w zatarg
z jasnowidzem. Nawet jeśli był żebrakiem.
.
Dina siedziała w sypialni,
największej izbie na piętrze. Za zaciągniętymi storami. Na początku
nie schodziła nawet do stajni, do swego konia.
Zostawiono ją w spokoju.
Matka Karen przestała ronić łzy,
bo po prostu nie miała już na to czasu. Musiała wziąć na siebie
wszystkie obowiązki, zaniedbane przez właścicieli. Oboje przecież
umarli, każde na swój sposób.
Dina siedziała przy stoliku
z orzechowego drewna i gapiła się w przestrzeń. Nikt nie
miał pojęcia, czy się jeszcze czymś zajmuje. Nie miała żadnych
powierników.
Nuty, których całe stosy leżały
przedtem wokół łóżka, wcisnęła do garderoby. Długie suknie
szeleściły nimi w przeciągu, gdy Dina otwierała drzwi.
W sypialni kładły się głębokie
cienie. W kącie kurz osiadał na wiolonczeli. Nikt jej nie dotknął od
dnia, w którym Jakuba wyniesiono z domu i ułożono na saniach.
Masywne łóżko z baldachimem
i elegancką zasłoną zajmowało większą część pokoju. Z tego
wysokiego łoża można było, wyciągnąwszy się na poduszkach,
obserwować Sund przez okna. Albo przejrzeć się w wielkim zwierciadle,
okolonym polakierowaną na czarno ramą, które dało się ustawiać
pod różnym kątem.
W wielkim okrągłym piecu przez
całą dobę trzeszczał ogień. Za trójdzielnym, haftowanym parawanem
z motywem pięknej Ledy i łabędzia w erotycznym uścisku. Skrzydła
i ramiona. I długie jasne włosy Ledy, dyskretnie osłaniające
łono.
Służąca Tea cztery razy dziennie
wnosiła bierwiona. A mimo to ledwo ich starczało do rana.
.
Nikt nie wiedział, kiedy Dina śpi
i czy w ogóle sypia. Krążyła po podłodze w swych podkutych
butach podróżnych dniem i nocą. Od ściany do ściany. Budząc
cały dom.
Tea opowiadała, że wielka czarna
Biblia, którą Dina odziedziczyła po matce,
zawsze leży otwarta.
Od czasu do czasu młoda pani śmiała
się cicho. Ten śmiech nie brzmiał pięknie. Tea nie była pewna,
czy pani śmieje się ze świętego tekstu czy też do swoich myśli...
Czasami zatrzaskiwała cieniutkie
stroniczki w wielkim gniewie i odrzucała książkę na bok, jakby to
były rzeźnicze ochłapy.
.
Jakub spoczął w ziemi dopiero
w siedem dni po odnalezieniu ciała. W środku grudnia. Trzeba było
załatwić tyle spraw. Rozesłać tyle zawiadomień. Zaprosić na
pogrzeb rodzinę, przyjaciół i wpływowe osoby. A poza tym mróz
wciąż trzymał, więc sponiewierane i nasiąknięte wodą ciało
było w niezłym stanie, leżąc na razie w stodole. Do kopania grobu
natomiast trzeba było użyć młota kowalskiego i motyki.
Księżyc wysyłał swe sygnały
przez judasze i śledził Jakubowy los złotym okiem. Nie czynił
różnicy między żywym i umarłym. Barwił bielą i srebrem stryszek
stodoły. Pod którym po obu stronach trapu leżało siano, ciepłe
i pożywne, pachnące latem i rozkoszą.
Ciąg dalszy w wersji pełnej