Mężczyzna postpatriarchalny
Jesteśmy jako społeczeństwo w procesie ogromnej przemiany. Mężczyzna i kobieta zamieniają się rolami.
Część kobiet (bo nie wszystkie) rozumie swoją emancypację jako stawanie
się najgorszą wersją stereotypowego mężczyzny. Wykazuje agresję i pogardę dla drugiej płci. Natomiast mężczyźni, nawet jeżeli są
przesiąknięci do szpiku kości dziedzictwem patriarchatu, to jednak
zakochują się w kobietach. Ich podświadomość, ich dusza dostrzega tę
idealną, cudowną kobiecość, której są tak spragnieni. Natomiast kobiety,
które rozumieją emancypację w sposób bardzo prymitywny, tak naprawdę się
nie emancypują, tylko uprawiają coś w rodzaju wendety -?stają się
mścicielkami. One o tym nie wiedzą -?są mścicielkami, które mają często
skrajnie negatywny stosunek do mężczyzn i wykorzystują ich na różne
sposoby. Przeistacza się to powoli w zniekształconą wersję matriarchatu.
To wszystko odbywa się w sferze pozornych uczuć, narcystycznej kreacji,
która w tej chwili jest wszechobecna i w której przestajemy rozumieć, co
jest, a co nie jest prawdą. Nie wiemy, czego naprawdę potrzebujemy,
czego chcemy od siebie nawzajem w relacjach między płciami. Nasz świat
zaczyna wyglądać jak kiepski teatr, bo role, jakie w nim gramy, są
schematyczne. Mężczyźni, którzy odkrywają w sobie pierwiastek kobiecy i zaczyna on się im podobać, czują się zagubieni. Często pod zrozumiałym
samozadowoleniem z rozwojowej przemiany, jaką jest integracja odkrytego
pierwiastka kobiecego, kryje się poczucie zawstydzenia i nieadekwatności, które może się objawiać w postaci zaniku libido. Dla
upokorzonego mężczyzny pozostającego w relacji z dominującą, kastrującą
kobietą, seks jest enklawą, gdzie nie ponosząc kosztów jawnej
konfrontacji, może on czegoś jej odmówić. Bo impotencja to przecież
choroba. Przypuszczalnie obecna epidemia męskiej impotencji może być w jakiejś mierze tym spowodowana. Gdy partnerki tych mężczyzn znajdują
sobie "prawdziwych samców" (albo gdy oni znajdują empatyczne i doceniające ich kochanki), rozkręca się karuzela niezrozumienia,
rozczarowania, wzajemnych oskarżeń i rozpaczy.
Przyczyny tego zjawiska są chyba bardziej złożone?
Drugą przyczyną jest swoiste biochemiczne zanieczyszczenie środowiska.
Chodzi tu o zjawisko, które, popadając w nieco alarmistyczny ton,
określam hasłem: "świat tonie w progesteronie!". Jego skutki widzą już
od dawna pediatrzy, położnicy, gdy odbierają coraz więcej chłopięcych
niemowląt z niewykształconymi, nieopadającymi jądrami lub z jednym
jądrem i ze zbyt niskim poziomem testosteronu. Wszechobecny progesteron
działa destrukcyjnie nie tylko na męską gospodarkę hormonalną i kształtowanie się drugorzędnych cech płciowych. Szkodzi też
dziewczynkom, które przedwcześnie dojrzewają, oraz kobietom, które mają
coraz częściej problemy z nowotworami narządów rodnych i piersi. Odkąd
pojawiła się pigułka antykoncepcyjna, kobiety zaczęły wraz z moczem
wydalać do środowiska wodnego aktywny progesteron. Teraz jest on obecny
w wodach gruntowych wielkich aglomeracji i w rzekach, skąd dostaje się
do upraw roślinnych i wody pitnej. W konsekwencji trafia więc do naszych
posiłków. Na domiar złego preparaty progesteronowe i anaboliki są
powszechnie stosowane w celu przyspieszania przyrostu masy mięśniowej
zwierząt hodowlanych. Kolejnym źródłem progesteronu jest wszechobecna w żywności przetwarzanej soja, a także butelki typu PET stosowane jako
opakowania napojów. Jednym z mierzalnych skutków tego zjawiska jest to,
że przed rozpowszechnieniem pigułki antykoncepcyjnej mężczyźni w tak
zwanych krajach rozwiniętych mieli sześćdziesiąt lat temu dwa razy
więcej plemników w nasieniu niż obecnie.
Czy to oznacza, że powinniśmy zacząć się upominać o prawo do
wychowywania dzieci przez kobiety i w domowym zaciszu?
Dziś trudno wyrokować, dokąd to wszystko zmierza. Na szczęście część
środowisk feministycznych dostrzega, że właściwie (z szacunkiem do
drugiego człowieka) rozumiane feminizm i emancypacja kobiet polegają na
tym, by kobiety miały swobodę wyboru swojej drogi życiowej. Wolna
kobieta nie może być zobowiązana do tego, żeby wyglądać, zachowywać się
i żyć, jakby była komiksową postacią z filmów wytwórni Marvel albo jak
mężczyzna czy osoba bez płci. Wolna kobieta wybiera: jeżeli chce być
tylko matką i jest to jej świadomy, niewymuszony wybór, to ma święte
prawo tak wybrać. Ma też prawo w ciągu swojego życia zmienić ten cel
życiowy, gdy już odchowa swoje dzieci.
Sytuacja mężczyzn jest nie do pozazdroszczenia.
Z jednej strony jest im bardzo ciężko, bo muszą przeżyć tę bolesną
detronizację patriarchalnego uzurpatora, uważającego, że jest kimś
lepszym niż kobieta, postrzegającego kobiety jako te, które mają mu
służyć i uprzyjemniać życie. Z drugiej strony ta nowa sytuacja
społeczno-obyczajowa uwalnia mężczyzn od nadmiaru odpowiedzialności i otwiera drogę do wewnętrznej zmiany, do rozwoju spektrum ich mentalnych
i emocjonalnych możliwości. To wspaniale, że po to, by dobrze urządzić
się w życiu i "mieć kobietę", dziś nie wystarczy już posiadanie jąder i penisa.
Trzeba wyjść poza strefę komfortu.
Nasza cywilizacja znajduje się na rozstajach jakże trafnie
zilustrowanych w wizjonerskim filmie Matrix. Nadszedł czas, gdy musimy
zadecydować o przyszłości naszego gatunku oraz planety, na której
żyjemy, i postanowić, czy ulegamy pokusie transhumanizmu, czy wybieramy
trudną drogę humanizmu i w konsekwencji transcendencję. Transhumanizm
kusi nieróbstwem, lenistwem, cyfrowym hedonizmem, a tym samym -?zanikiem
więzi międzyludzkich, regresją intelektualną, emocjonalną, sprawnościową
i wydolnościową na niewyobrażalną skalę. Jako gatunek cofniemy się w rozwoju do sytuacji dwu-trzylatków i utracimy zdolność do autonomicznego
istnienia we wszystkich wymiarach życia, za którymi stoi to, co nazywamy
ludzką godnością i człowieczeństwem. Dużo by o tym mówić... W kontekście
naszej rozmowy wspomnę tylko, że transhumanistyczny nurt w nauce i technologii zmierza obecnie między innymi do tego, by stworzyć sztuczną
macicę i "uwolnić" kobiety od niedogodności ciąży, porodu i połogu.
Zaczynamy więc realizować scenariusz innego wizjonerskiego filmu -
Seksmisji.
Podczas naszej pracy nad książką wielokrotnie miałam skojarzenia z Seksmisją: "Samiec twój wróg!" -?chciałoby się rzec.
Radykalne ideolożki feminizmu uważają, że emancypacja kobiet winna
polegać także na tym, by uwolnić je od niesprawiedliwie im
przeznaczonego przez przyrodę brzemienia kobiecości i macierzyństwa.
Wolę pozostawić to bez komentarza. Jednak równie dobrze można by
postulować uwolnienie ludzi od naszych kłopotliwych ciał! Tu znowu
Matrix się kłania. Póki co zauważmy tylko, że myślenie kategoriami
transhumanizmu napędzają władający niezmiennie światem i technologią
mężczyźni. Z Seksmisji ostatecznie dowiadujemy się, że twórcą i przywódcą antymęskiej cywilizacji jest mężczyzna przebrany za kobietę.
Jakżeby inaczej.
Mam nadzieję, że jest to tylko dziecięca choroba dojrzałego feminizmu,
która minie jak przykry sen. Mam nadzieję, że emancypacja zarówno
mężczyzn, jak i kobiet będzie zmierzać nie do tego, aby oba zwalczające
się plemiona odrealnić i ujednolicić, lecz do tego, by zarówno kobiety,
jak i mężczyzn obudzić z patriarchalnych mrzonek i urealnić. Drogą do
tego jest rezygnacja z przypisywanych nam do tej pory ról, uwolnienie
się od wszelkiego przepisu i kierowanie się swoimi naturalnymi
możliwościami i potrzebami. Powinniśmy się też uczyć od siebie wzajemnie
tego, czego druga płeć nie potrafi. Zgodnie z Jungowskim pomysłem mamy
się uzupełniać: kobieta ma zasymilować animusa, a mężczyzna zasymilować
swoją animę, czyli kobieta męski aspekt ukryty w sobie, a mężczyzna
ukrytą w nim kobietę. Ale to nie znaczy, że kobieta ma się pozbyć swojej
kobiecości i asymilując animusa, stać się animusem. To też nie znaczy,
że mężczyzna ma się pozbyć męskiej części i stać się swoją animą. Gdy do
mistrza zen przyszła kobieta z pytaniem: "Przeczuwam, że w procesie
odkrywania swojej prawdziwej natury powinnam przekroczyć swoją
kobiecość. Jak to zrobić?", mistrz odpowiedział: "Jeżeli chcesz
przekroczyć swoją kobiecość, to stań się w pełni kobietą".
Gdy słyszymy takie zdanie, wydaje nam się, że mamy w pełni realizować
przypisywane nam role.
A to zupełnie nie o to chodzi! Rzecz w tym, by porzucić wszelkie
przepisy i stać się w pełni tą postacią, którą się jest. Tą, która
urodziła się z daną płcią, lecz ma zasymilowane również aspekty
stereotypowo czy obyczajowo przypisywane drugiej płci. Chodzi o to, żeby
każda płeć zachowywała się w zgodzie z okolicznościami, a nie starała
się sprostać przepisom czy wyobrażeniom. Oczywiście uznając przyrodzone
ograniczenia, na przykład to, że mężczyzna nigdy nie będzie w ciąży, nie
urodzi dziecka i nie będzie karmił piersią. Jednak -?z wyjątkiem
macierzyństwa -?mężczyzna powinien umieć zachować się w każdej innej
sytuacji, w której potrzebne są kompetencje kulturowo przypisywane
kobietom. Kobieta zaś powinna adekwatnie zachować się także w sytuacjach
zwyczajowo uznawanych za mieszczące się wyłącznie w kompetencji
mężczyzn. I to już się dzieje. Kobiety potrafią dziś chwycić za broń i walczyć przeciwko mężczyznom, jeśli trzeba.
Jakich cech u kobiet poszukują współcześni mężczyźni?
Mężczyźni poszukują wciąż tego samego. Napisałem o tym wierszyk:
Modlitwa do Archetypowej Kobiety
-
Niech odetchnie świat Kobietą,
Wodą żywą, nocą cichą,
Mgłą kojącą i przestrzenią,
Niech w Jej chłodnych dłoniach usną
Lęk, nienawiść, chciwość, pycha.
Niech Kobietą świat oddycha.
Świat jest przegrzany męską energią, męskimi ambicjami, testosteronem,
agresją i chciwością. Planeta się gotuje: podgrzane oceany odparowują,
lodowce topnieją, wysychają rzeki, wymierają gatunki roślin i zwierząt.
Wybuchają nowe wojny, reaktywują się stare konflikty. Kobiety są
adresatkami męskiej seksualnej przemocy i nadużyć, które je
uprzedmiotawiają. Tymczasem planeta (i wszystko, co na niej żyje)
potrzebuje równowagi i symetrii pomiędzy męską energią ognia a kobiecą
energią wody. Tego samego potrzebują nasze przegrzane organizmy, które
coraz częściej zapadają na autoagresywne choroby. Można też zaobserwować
procesy zmierzające do przywrócenia tej równowagi: to postępujący
renesans kobiecej solidarności i kobiecych rytuałów. Do łask wracają
kobiece kręgi, szamanizm, cywilizowanie kobiecej rozrodczej fizjologii i uwalnianie kobiecej seksualności, a także zwraca się uwagę na rolę
kobiet w tworzeniu dziedzictwa historii, kultury i duchowości.
Zanim zjawiska te wejdą na stałe do naszego życia, potrzebujemy czegoś w rodzaju inicjacji -?symbolicznego przejścia od dziecka do dorosłego
człowieka. Czy to się obecnie dzieje?
Niestety nie. Dla wielu kobiet naturalną inicjacją jest poród -?uznawany
słusznie za doświadczenie fundamentalne. Poród ma w sobie potencjał -
może spowodować świadomościowy wgląd w istotę rzeczywistości, odsłonić
jedność sacrum i profanum.
Można powiedzieć, że wbrew patriarchalnemu przekazowi to kobiety są
bliżej sacrum.
Bo mężczyznom brakuje tak mocnych rytuałów. Pewnie z tego właśnie powodu
tak wielu z nich obecnie szaleje, zieje ogniem, nienawiścią i niezintegrowaną seksualnością. Podczas porodu kobieta może dotknąć
granicy życia i śmierci. Matka umiera z bólu, wydając na świat nowe
życie. Dla mężczyzny takim wyzwaniem jest zmierzenie się z lękiem przed
śmiercią. Bo w archetypie mężczyzny jest zapis, że musi on w razie
potrzeby chronić życie matki i dziecka, a więc musi być nieulęknionym
wojownikiem. Tradycyjne rytuały męskie właśnie temu służyły.
Jak mężczyźni dziś obchodzą się ze swoim lękiem przed śmiercią?
Brak sensownych rytuałów sprawia, że mężczyźni wymyślają zastępcze
rytuały. Na przykład pełnoletniość chłopca świętuje się pijaństwem w gronie rodzinnym, funduje się chłopcu, który staje się mężczyzną,
spotkanie z prostytutką. Żywe są rytuały, które określiłbym mianem
otrzęsin, polegające na poddawaniu chłopca wielu upokarzającym i bolesnym próbom. Kultura rytuału, czyli poniewierania siebie: alkoholem,
pracą, sportem, wysiłkiem ponad miarę, złym trybem życia, nadmiernym
ryzykiem, narkotykami, seksem, czyli różnymi formami autoagresji i autodestrukcji -?jest kontynuowana w dorosłym życiu. Mężczyźni
rywalizują ze sobą w konkurencji o nazwie: kto się bardziej
sponiewierał. Rytuał przejścia dla młodych chłopców obecny jest nadal w niektórych rdzennych kulturach -?gdzie kładzie się nacisk na separację
od matki i zmierzenie się z lękiem, bólem i samotnością.
Czytałam, że dzisiejsi młodzi mężczyźni nie potrafią chodzić po górach.
Nie kontemplują przyrody, tylko starają się jak najszybciej dotrzeć do
wyznaczonego punktu. Traktują tę czynność zadaniowo.
Chodzenie po górach nie jest łatwe. Współcześni młodzi mężczyźni w dzieciństwie mieli mniej ruchu niż ich starsi koledzy, mniej sportu,
nauczyli się spędzać życie na siedząco, skrolując przynajmniej przez
kilka godzin dziennie. Skąd więc mają brać siłę i wytrzymałość, by iść
godzinami pod górę?
A może zmienią się, gdy założą rodzinę?
Można założyć rodzinę i pozostać chłopcem -?znam wiele takich
przypadków. Psychicznie my mężczyźni -?kobiety zresztą również -?często
wchodzimy w dorosłość niedojrzali, z nieprzepracowanymi deficytami
emocjonalnymi z dzieciństwa. W dodatku obecnie bardzo łatwo można
założyć rodzinę. Pomagają w tym zarówno rodzice młodych, jak i państwo.
Nowożeńcy otrzymują wsparcie z każdej strony. Można więc być
niedojrzałym, finansowo zależnym mężczyzną i bez problemu założyć
rodzinę. Wystarczy mieć pieniądze od rodziców czy zamieszkać z rodzicami, by wejść w związek z kobietą i mieć kilkoro dzieci. Wielu
mężczyzn, by zarobić na przyzwoity standard życia rodziny, wpada później
w pracoholizm, a w konsekwencji są w rodzinie nieobecni i pełnią funkcję
bankomatu, nie wchodząc w rolę partnera czy ojca zaangażowanego w wychowywanie swojego potomstwa.
W jakim wieku ci mężczyźni dojrzewają?
Mężczyzna, ze względu na brak rytuałów inicjacyjnych oraz pewnego
kulturowego kontekstu inicjacyjnego, dojrzewa później. W dodatku
małżeństwo jako instytucja się dewaluuje. W Polsce 30 procent dzieci
rodzi się w związkach pozamałżeńskich. Uporczywe nakłanianie ludzi przez
państwo i Kościół do związków sakramentalnych i cywilnych jest
przeciwskuteczne. Tym bardziej że zarówno państwo, jak i Kościół
niestety kompromitują się, a prawo, które do tej pory chroniło kobiety
przed seksualnym i ekonomicznym wyzyskiem, traci swoją ważną do niedawna
rolę, co jest wynikiem postępów w ekonomicznej emancypacji kobiet.
Kiedyś mówiło się, że aby stać się mężczyzną, trzeba zasadzić drzewo,
wybudować dom i spłodzić syna. Dziś moglibyśmy dodać do tej triady: i spotkać się ze swoim ojcem (używam tu oczywiście przenośni).
Ojcowie często nie sprawdzają się w swojej roli. Wyzwaniem dla syna jest
w takiej sytuacji nieuleganie pokusie odcięcia się od ojca. Dlatego
zawsze zachęcam synów porzuconych przez ojców do ich odnalezienia,
poznania, do rozmowy, wyjazdu na wspólne wakacje. Słucham później
wzruszających opowieści, jak to synowie odkrywali na nowo swoich ojców,
których do tej pory widzieli oczami rozgoryczonej matki. Współcześnie,
jak widać, naprawienie relacji ojciec-syn często polega nie na tym, by
ojciec uznał syna, lecz by to syn uznał ojca.
A może powinni uznać siebie nawzajem?
Oczywiście! Tak się ten proces zresztą często kończy.
Jestem po lekturze Pana książki Kobieta bez winy i wstydu. Czy religia
katolicka, do której się Pan w tej książce odwołuje, zakłada, że kobieta
i mężczyzna są równi przed Bogiem? Czy wręcz przeciwnie?
Z Bogiem mam kłopot. Wolę go rozumieć i doświadczać jako ekspresję
najwyższej jednoczącej świadomości. Z tego punktu widzenia odpowiedź
jest oczywista. Nie ma tu ani lepszego, ani gorszego. Najlepiej wyraża
to mandala jin-jang, która w istocie stanowi mandalę życia. Koło jest
wypełnione przez dwa kształty przypominające ryby. Każda z tych "rybek"
zajmuje w tej mandali życia taką samą przestrzeń: życie się rodzi, staje
dzięki temu, że te dwie energie: jin (żeńska) i jang (męska)
współdziałają równoprawnie i równoważnie. W dodatku każda z tych rybek
ma oczko w kolorze tej drugiej, co oznacza, że posiada istotny element
energii na pozór przeciwstawnej. Z punktu widzenia tego, co można nazwać
najwyższą jednoczącą świadomością, wszystko, co się jawi jako forma,
jest tak samo ważne i tak samo nieważne. Dotyczy to również form/istot
nieożywionych. Jednak jeśli jakakolwiek forma ma przez jakiś czas
harmonijnie trwać, to równowaga tych dwóch energii jest niezbędna.
Podobnie przetrwanie naszej planety zależy od tego, czy te dwie energie
się zrównoważą.
Jest Pan zwolennikiem jedności. Wyczuwam w tym wielkie "nie" dla
patriarchatu. Dziennikarze często określają Pana mianem feministy.
Jestem zwolennikiem jedności w różnorodności. Takie myślenie jest niemal
nieobecne w aktualnej ekspresji feminizmu.
Kim wobec tego jest feminista?
Tak zwany feminista ma samokrytyczny stosunek do "zaszytej w nim"
spuścizny patriarchatu, do patriarchatu jako takiego, oraz jasną
świadomość tego, ile kobiety wycierpiały i ile świat wycierpiał z powodu
patriarchalnej dominacji. Musi też być pewny tego, że jego poglądy nie
są przejawem hipokryzji ani konformizmu, ani też nie są obecnie
obowiązującą, wyrachowaną ideologiczną deklaracją. Mężczyzna feminista
postuluje i realizuje realne partnerstwo i równowagę pomiędzy kobietami
i mężczyznami we wszystkich obszarach i przejawach społecznego życia -?z wyjątkiem tych zdeterminowanych różnicami biologicznymi (ciężka praca
fizyczna, rodzenie dzieci i karmienie piersią). Wiem, że taka postawa
może być praktykowana jedynie przez mężczyzn dojrzałych emocjonalnie,
psychicznie silnych i autonomicznych, czyli tych, którzy nie lokują
nadziei na bezpieczeństwo, radość i szczęście w kobiecie.
O feministach, mężczyznach z rozwiniętym pierwiastkiem kobiecym,
rozmawiałam z Katarzyną Miller w książce Życie jest fajne. Katarzyna
Miller twierdzi, że mężczyzna zajmujący się domem zasługuje na nasz
szacunek, a tymczasem bywa z tym różnie. Kobiety chciałyby zyskać nową
jakość w życiu, z niczego nie rezygnując.
Jeśli mężczyzna nie potrafi nic innego prócz zajmowania się domem, to
jest to prawdopodobnie mężczyzna nieautonomiczny i życiowo niewydolny.
Zajmowanie się domem nie wynika z jego wyboru, lecz konieczności. A jak
wiadomo, musimy bardzo uważać na to, aby nie czynić cnoty z konieczności. W takiej sytuacji nie będzie on miał szacunku do siebie i nie będzie budził szacunku swojej partnerki. Jeśli zaś zajmowanie się
domem to jedna z jego kilku możliwości i umiejętności, to wtedy
umiejętne zajmowanie się domem i dziećmi jest w istocie cnotą i zasługuje na szacunek.
Co kobieta zyskuje, gdy jest z kimś, kto potrafi zajmować się tylko
domem?
Trzeba by o to zapytać kobiety. To co mnie przychodzi do głowy, w której
z pewnością zalegają patriarchalne złogi, to poczucie przewagi, kontroli
i bezpieczeństwa. Prawdopodobnie taka kobieta karmi swoje ego uległością
tego mężczyzny i uzależnieniem go od siebie.
A co z mężczyznami, którzy podejmują się zawodów przypisywanych do tej
pory przede wszystkim kobietom, zostają nauczycielami, pielęgniarzami,
kucharzami? Czy zachowują autorytet?
Ze względu na patriarchalne kulturowe stereotypy definiujące pozycję
społeczną i kondycję finansową mężczyzn, uważam, że nadal większość
mężczyzn ma z tym kłopot. Decydujące mogą być niskie zarobki. Spora
część mężczyzn żywi przekonanie, że powinni dobrze zarabiać, ponieważ
tylko wtedy są atrakcyjni pod względem matrymonialnym -?bo tylko wtedy
mogą zapewnić dobry byt swojej rodzinie. Mężczyzna, który osiągnął
wysoki poziom dochodów, jest powszechnie uznawany za osobę zaradną
życiowo. Kobiety mają poczucie, że na takim człowieku można polegać. To
ma swoje korzenie w przechodzącym do historii tradycyjnym patriarchacie,
kiedy to kobiety całkowicie zależały od mężczyzn. Obecnie mężczyźni
coraz rzadziej niosą na sobie ciężar całkowitej odpowiedzialności za
materialne zabezpieczenie rodziny.