p

Trauma. Od przemocy domowej do terroru politycznego - Judith L. Herman

Kup ebooka

49.99 zł
38.49 zł (38,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podziękowania

Książka ta zawdzię­cza swoje powsta­nie ruchowi wyzwo­le­nia kobiet. Jej źró­dłem jest wspólny, femi­ni­styczny pro­jekt myśle­nia na nowo o tym, co nor­malne i nienor­malne w roz­woju i psy­cho­lo­gii zarówno kobiet, jak i męż­czyzn. Moimi men­tor­kami na tej dro­dze były Jean Baker Mil­ler i jej współ­pra­cow­niczki ze Stone Cen­ter oraz moja matka, Helen Block Lewis. Codzienna prak­tyka, dzięki któ­rej naro­dziła się ta książka, roz­po­częła się dwa­dzie­ścia lat temu wraz z powsta­niem Women's Men­tal Health Col­lec­tive w Some­rville w Mas­sa­chu­setts. Zespół ten jest na­dal moim inte­lek­tu­al­nym domem, bez­piecz­nym miej­scem, gdzie myśli kobiet zostają sfor­mu­ło­wane i uznane za istotne. Jedna z człon­kiń kolek­tywu, Emily Schat­zow, jest moją naj­bliż­szą współ­pra­cow­niczką i part­nerką.

Sie­dem lat temu, w Cam­bridge Hospi­tal, mia­łam szczę­ście spo­tkać Mary Harvey. Nasza współ­praca dopro­wa­dziła do powsta­nia na oddziale psy­chia­trycz­nym szpi­tala pro­gramu Vic­tims of Vio­lence, prze­zna­czo­nego dla osób, które prze­żyły traumę. Mary kie­ruje dziś tym pro­gra­mem. Zasięg i jasność jej inte­lektu są nie­ustanną inspi­ra­cją dla mojego spo­sobu myśle­nia. Janet Yas­sen, z Boston Area Rape Cri­sis Cen­ter, super­wi­zo­wała mnie i Emily Schat­zow na wcze­snym eta­pie naszej pracy z gru­pami dla osób z doświad­cze­niem kazi­rodz­twa. Nie­dawno zaczęła pra­co­wać z nami przy pro­gra­mie Vic­tims of Vio­lence. Emily, Mary i Janet wspie­rają mnie jak mogą, żeby nie przy­tło­czyła mnie rze­czy­wi­stość świata kobiet.

Przez ostat­nie sie­dem lat mia­łam też zaszczyt bli­sko współ­pra­co­wać z dwoma męż­czy­znami, Bes­se­lem van der Kol­kiem i J. Chri­sto­phe­rem Per­rym, moimi kole­gami z Wydziału Psy­chia­trii Aka­de­mii Medycz­nej Uni­wer­sy­tetu Harvarda. Z Bes­se­lem wspól­nie pro­wa­dzi­li­śmy zaję­cia, pisa­li­śmy i zaj­mo­wa­li­śmy się bada­niami. Bez niego nie powsta­łaby też Boston Area Trauma Study Group, nie­for­malna grupa semi­na­ryjna, w ramach któ­rej spo­ty­kają się leka­rze i bada­cze pra­cu­jący z uchodź­cami, wete­ra­nami i ofia­rami prze­stępstw. Roz­mach pomy­słów Bes­sela jest dla mnie zawsze nie­zwy­kle inspi­ru­jący, a nasze poglądy na kwe­stie gen­der czę­sto pro­wa­dzą do żywych dys­ku­sji. Ponie­waż oby­dwoje tak samo lubimy się spie­rać, jak zga­dzać, wspólna praca jest wielką przy­jem­no­ścią.

Szczo­drość i inte­gral­ność Chrisa Perry'ego jako bada­cza są dla mnie sta­łym źró­dłem inspi­ra­cji. Jako kie­row­nik zespołu badaw­czego pra­cu­ją­cego nad zabu­rze­niami oso­bo­wo­ści był bar­dzo scep­tyczny wobec hipo­tezy o istot­no­ści doświad­cze­nia traumy w dzie­ciń­stwie, zde­cy­do­wał się jed­nak dokład­nie ją spraw­dzić. Choć na początku wyda­wało się, że nasza współ­praca będzie trudna, wspól­nie doj­rze­li­śmy i wpły­nę­li­śmy na sie­bie w zupeł­nie nie­ocze­ki­wany spo­sób. Moje myśle­nie się pogłę­biło i wzbo­ga­ciło dzięki temu part­ner­stwu.

I wresz­cie, wiele zawdzię­czam stu­den­tom i stu­dent­kom, współ­pra­cow­ni­kom i współ­pra­cow­nicz­kom, pacjent­kom i pacjen­tom oraz oso­bom, które brały udział w bada­niach i podzie­liły się ze mną swo­imi oso­bi­stymi doświad­cze­niami. Więk­szo­ści z nich, ze względu na koniecz­ność zacho­wa­nia zasady ano­ni­mo­wo­ści, nie mogę wymie­nić z imie­nia. Wyją­tek sta­no­wią osoby, które zgo­dziły się udzie­lić wywia­dów spe­cjal­nie do tej książki - osoby, które doświad­czyły traumy: Soha­ila Abdu­lai, Sarah Buel, Sha­ron Simone i Ken Smith; instruk­torka samo­obrony Melissa Soalt; a także tera­peuci i tera­peutki: Terence Keane, Shir­ley Moore, Her­bert Spie­gel, Jes­sica Wolfe i Pat Zie­gler.

Główną pracę kon­cep­cyjną nad książką wyko­na­łam pod­czas rocz­nego sty­pen­dium w Insty­tu­cie Mary Ingra­ham Bun­ting w Radc­liffe Col­lege, dzięki wspar­ciu John Simon Gug­gen­heim Memo­rial Foun­da­tion. Bes­sel van der Kolk, Susan Schech­ter i Ben­nett Simon podzie­lili się ze mną kry­tycz­nymi uwa­gami na temat wcze­śniej­szych wer­sji kilku roz­dzia­łów. Emily Schat­zow i San­dra Butler poświę­ciły swój czas, by prze­czy­tać cały maszy­no­pis. Dzięki ich komen­ta­rzom książka jest o wiele lep­sza. Na moje szczę­ście zaj­mo­wały się nią rów­nież pewne sie­bie i kom­pe­tentne redak­torki: Jo Ann Mil­ler i Vir­gi­nia LaPlante. Jo Ann z lek­ko­ścią pro­wa­dziła książkę od początku do końca. Vir­gi­nia zawsze wie­działa, co należy zro­bić, żeby książka była zro­zu­miała i miała wła­ściwą formę.

Naj­wię­cej zawdzię­czam rodzi­nie. Mój mąż, Jerry Berndt, od początku wie­dział, co go czeka, ponie­waż prze­żył już pisa­nie mojej pierw­szej książki. Oddany wła­snej wizji arty­stycz­nej, sza­no­wał też moją, być może nawet bar­dziej niż ja sama. Jego wspar­cie moralne i inte­lek­tu­alne nie miało końca, a poczu­cie humoru pozwo­liło nam prze­trwać.

Nie speł­niło się tylko jedno moje marze­nie. Mia­łam nadzieję, że wyda­nia książki dożyje moja matka. Głę­bia jej psy­cho­lo­gicz­nych wglą­dów, jej inte­lek­tu­alna odwaga i spój­ność, współ­czu­cie dla potrak­to­wa­nych nie­spra­wie­dli­wie i skrzyw­dzo­nych, jej słuszny gniew i rozu­mie­nie poli­tyki są moim dzie­dzic­twem. Książkę dedy­kuję jej pamięci.

Wprowadzenie

Typową reak­cją na akty okru­cień­stwa jest wyrzu­ce­nie ich ze świa­do­mo­ści. Pogwał­ce­nie ładu panu­ją­cego mię­dzy ludźmi jest cza­sem zbyt straszne, żeby mówić o tym gło­śno. Oto wła­ściwy sens słowa "nie­wy­po­wia­dalne".

Okru­cień­stwa nie dają się jed­nak pogrze­bać. Rów­nie silne jak pra­gnie­nie wypar­cia kosz­maru jest prze­świad­cze­nie, że wypar­cie nie działa. Kul­tura ludowa pełna jest duchów, które nie chcą zejść do grobu, dopóki ich histo­ria nie zosta­nie opo­wie­dziana. Mor­der­stwo się wyda. Zacho­wa­nie w pamięci i opo­wie­dze­nie prawdy o wstrzą­sa­ją­cych wyda­rze­niach jest koniecz­nym warun­kiem przy­wró­ce­nia ładu spo­łecz­nego, a także uzdro­wie­nia kon­kret­nych ofiar.

Kon­flikt pomię­dzy chę­cią wypar­cia strasz­nych zda­rzeń a chę­cią gło­śnego opo­wie­dze­nia o nich tkwi w samym cen­trum dia­lek­tyki traumy. Ludzie, któ­rzy spo­tkali się z okru­cień­stwem, czę­sto opo­wia­dają swoje histo­rie w spo­sób bar­dzo emo­cjo­nalny, pełen sprzecz­no­ści i frag­men­ta­ryczny; to pod­waża ich wia­ry­god­ność, a tym samym pozwala wypeł­nić sprzeczne nakazy: mówić i zara­zem strzec tajem­nicy. Dopiero kiedy prawda wyj­dzie na jaw, czło­wiek może roz­po­cząć zdro­wie­nie. Jed­nak zde­cy­do­wa­nie dużo czę­ściej tajem­nica zostaje zacho­wana, a histo­ria trau­ma­tycz­nych wyda­rzeń, zamiast przy­brać kształt zwer­ba­li­zo­wa­nej opo­wie­ści, staje się symp­to­mem.

Cier­pie­nie psy­chiczne, będące typo­wym obja­wem traumy, wska­zuje na obec­ność nie­wy­po­wie­dzia­nej tajem­nicy i jed­no­cze­śnie odciąga od niej uwagę. Widać to mię­dzy innymi w tym, jak osoby strau­ma­ty­zo­wane prze­cho­dzą od stanu apa­tii do ponow­nego prze­ży­wa­nia tra­gicz­nych wyda­rzeń. Dia­lek­tyka traumy pro­wa­dzi do skom­pli­ko­wa­nych, cza­sem nader zaska­ku­ją­cych prze­mian w świa­do­mo­ści, które Geo­rge Orwell, jeden z dwu­dzie­sto­wiecz­nych poszu­ki­wa­czy prawdy, nazwał "dwój­my­śle­niem", a spe­cja­li­ści od zdro­wia psy­chicznego, szu­ka­jący słów wywa­żo­nych i pre­cy­zyj­nych, "dyso­cja­cją". Pro­wa­dzi ona do pro­te­uszo­wych, dra­ma­tycz­nych, czę­sto wręcz dzi­wacz­nych obja­wów histe­rii, w któ­rej Freud, całe stu­le­cie temu, roz­po­znał ukryty komu­ni­kat o wyko­rzy­sta­niu sek­su­al­nym w dzie­ciń­stwie.

Świad­ko­wie ule­gają dia­lek­tyce traumy tak samo jak ofiary. Temu, kto obser­wuje, trudno zacho­wać spo­kój i jasność myśle­nia, dostrzec w jed­nym momen­cie wię­cej niż kilka frag­men­tów obrazu, pozbie­rać wszyst­kie kawałki i dopa­so­wać je do sie­bie. Jesz­cze trud­niej jest zna­leźć język, który pozwoli rze­tel­nie i prze­ko­nu­jąco prze­ka­zać to, co się widziało. Ludzie usi­łu­jący opi­sać okru­cień­stwa, któ­rych byli świad­kami, także ryzy­kują wła­sną wia­ry­god­ność. Mówić publicz­nie o tym, co się wie o aktach okru­cień­stwa, to dobro­wol­nie nara­żać się na styg­ma­ty­za­cję, któ­rej doświad­czają ofiary.

Wie­dza o tra­gicz­nych zda­rze­niach prze­nika nie­kiedy do spo­łecz­nej świa­do­mo­ści, ale rzadko utrzy­muje się w niej na długo. Zaprze­cze­nie, wypar­cie i dyso­cja­cja na pozio­mie spo­łecz­nym dzia­łają tak samo jak na pozio­mie indy­wi­du­al­nym. Stu­dia nad traumą mają swoją "pod­ziemną" histo­rię. Podob­nie jak prze­ży­wa­jący traumę ludzie, zosta­li­śmy odcięci od wie­dzy o naszej prze­szło­ści. Podob­nie jak oni, musimy zro­zu­mieć prze­szłość, żeby odzy­skać teraź­niej­szość i przy­szłość. Dla­tego rozu­mie­nie traumy musi się zacząć od ponow­nego odkry­cia histo­rii.

Leka­rze znają ten wyjąt­kowy moment wglądu, który nastę­puje, gdy wyparte myśli, uczu­cia i wspo­mnie­nia uka­zują się świa­do­mo­ści. Momenty te zda­rzają się zarówno w histo­rii spo­łe­czeństw, jak i w histo­rii jed­no­stek. W latach sie­dem­dzie­sią­tych1 wystą­pie­nia kobie­cych ruchów wol­no­ścio­wych uka­zały ogromną skalę prze­mocy wobec kobiet. Ofiary, które dotąd mil­czały, zaczęły ujaw­niać swoje tajem­nice. Jako psy­chia­tra, odby­wa­jąc spe­cja­li­za­cję, usły­sza­łam wtedy od moich pacjen­tek wiele histo­rii o prze­mocy sek­su­al­nej i domo­wej. Dzięki zaan­ga­żo­wa­niu w dzia­łal­ność ruchów kobie­cych mogłam wystę­po­wać prze­ciwko doko­nu­ją­cemu się na grun­cie mojej pro­fe­sji zakła­my­wa­niu doświad­czeń kobiet i mówić o tym, czego byłam świad­kiem. Mój pierw­szy arty­kuł o kazi­rodz­twie, napi­sany wspól­nie z Lisą Hir­sch­man w 1976 roku, przez rok przed publi­ka­cją krą­żył "w pod­zie­miu". Z całego kraju zaczę­ły­śmy otrzy­my­wać listy od kobiet, które ni­gdy dotąd nie opo­wie­działy swo­ich histo­rii. Dzięki nim uświa­do­mi­ły­śmy sobie siłę wypo­wia­da­nia nie­wy­ra­żal­nego i na wła­snej skó­rze doświad­czy­ły­śmy twór­czej ener­gii, która uwal­nia się po usu­nię­ciu zapór zaprze­cze­nia i wypar­cia.

Trauma jest owo­cem dwóch dekad badań nauko­wych i pracy kli­nicz­nej z ofia­rami prze­mocy sek­su­al­nej i domo­wej. Odzwier­cie­dla się w niej rów­nież stale posze­rza­jący się krąg doświad­czeń z innymi prze­ży­wa­ją­cymi traumę ludźmi, w szcze­gól­no­ści z wete­ra­nami wojen­nymi i ofia­rami poli­tycz­nego ter­roru. Jest to książka o przy­wra­ca­niu połą­czeń: pomię­dzy tym, co publiczne, i tym, co pry­watne, pomię­dzy jed­nostką i spo­łe­czeń­stwem, pomię­dzy kobietą i męż­czy­zną. Jest to książka o tym, co wspólne. Wspólne ofia­rom gwałtu i wete­ra­nom wojen­nym, mal­tre­to­wa­nym kobie­tom i więź­niom poli­tycz­nym, ludziom uwię­zio­nym w roz­le­głych obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych stwo­rzo­nych przez rzą­dzą­cych całymi naro­dami tyra­nów i ludziom uwię­zio­nym w małych, ukry­tych obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych stwo­rzo­nych przez tyra­nów rzą­dzą­cych w ich domach.

Psy­cho­lo­giczne szkody, jakie wyrzą­dza prze­ży­cie strasz­nych wyda­rzeń, są moż­liwe do prze­wi­dze­nia. Zabu­rze­nia trau­ma­tyczne sta­no­wią całe spek­trum, od skut­ków jed­nego wstrzą­sa­ją­cego zda­rze­nia po bar­dziej zło­żone skutki dłu­go­trwa­łej i powta­rza­ją­cej się prze­mocy. Obo­wią­zu­jące poję­cia dia­gno­styczne, a zwłasz­cza powszechne dia­gno­zo­wa­nie u kobiet cięż­kich zabu­rzeń oso­bo­wo­ści, czę­sto nie pozwa­lały roz­po­znać, że fak­tyczną przy­czyną obser­wo­wa­nych obja­wów jest doświad­cze­nie prze­mocy. W pierw­szej czę­ści książki przed­sta­wiam spek­trum metod przy­sto­so­wy­wa­nia się do trau­ma­tycz­nych doświad­czeń i pro­po­nuję nową kate­go­rię dia­gno­styczną dla zabu­rzeń wystę­pu­ją­cych u ofiar dłu­go­trwa­łej i powta­rza­ją­cej się prze­mocy.

Ponie­waż u pod­staw róż­nych obja­wów traumy leżą takie same przy­czyny, pro­ces zdro­wie­nia rów­nież prze­biega w taki sam spo­sób. Główne etapy lecze­nia to zapew­nie­nie bez­pie­czeń­stwa, rekon­struk­cja trau­ma­tycz­nej histo­rii oraz odbu­dowa więzi mię­dzy zdro­wie­jącą osobą i wspól­notą, do któ­rej należy. Druga część książki pre­zen­tuje ogólny obraz pro­cesu lecze­nia i pro­po­nuje nowe ramy poję­ciowe dla psy­cho­te­ra­pii traumy. Zarówno opis zabu­rzeń trau­ma­tycz­nych, jak i zasady lecze­nia ilu­stro­wane są opo­wie­ściami osób uczest­ni­czą­cych w trau­ma­tycz­nych zda­rze­niach i stu­diami przy­pad­ków pocho­dzą­cymi ze zróż­ni­co­wa­nej lite­ra­tury.

Książka ta czer­pie także z moich daw­niej­szych badań nad ofia­rami kazi­rodz­twa i z pro­wa­dzo­nych przeze mnie sto­sun­kowo nie­dawno badań nad wpły­wem traumy dzie­cię­cej na zabu­rze­nie znane jako oso­bo­wość bor­der­line. Dane kli­niczne pocho­dzą z dwu­dzie­stu lat pracy w femi­ni­stycz­nej kli­nice zdro­wia psy­chicz­nego oraz dzie­się­ciu lat pracy wykła­dow­czyni i super­wi­zorki w uni­wer­sy­tec­kim szpi­talu kli­nicz­nym.

Naj­waż­niej­szą czę­ścią książki są opo­wie­ści osób, które prze­żyły traumę. Żeby chro­nić ich pry­wat­ność, posłu­guję się pseu­do­ni­mami. Od tej zasady są dwa wyjątki: po pierw­sze, nie ano­ni­mi­zuję nazwisk tera­peu­tów i leka­rzy2, któ­rzy udzie­lali mi wywia­dów na temat swo­jej pracy, i po dru­gie, nie ukry­wa­łam toż­sa­mo­ści ludzi, któ­rzy o swo­ich trau­ma­tycz­nych doświad­cze­niach opo­wia­dali już publicz­nie. Winiety poja­wia­jące się w książce są fik­cyjne, każda z nich jest skon­stru­owana na pod­sta­wie doświad­czeń wielu pacjen­tów, nie zaś jed­nej tylko osoby.

Ci, któ­rzy prze­żyli traumę, każą nam skła­dać frag­menty, rekon­stru­ować histo­rie, patrzeć na wystę­pu­jące w teraź­niej­szo­ści objawy przez pry­zmat wyda­rzeń z prze­szło­ści. Zale­żało mi, żeby w spoj­rze­niu na zja­wi­sko traumy połą­czyć per­spek­tywę kli­niczną i spo­łeczną, nie gubiąc przy tym ani zło­żo­no­ści indy­wi­du­al­nego doświad­cze­nia, ani skali poli­tycz­nego kon­tek­stu. Pod­ję­łam próbę zin­te­gro­wa­nia pozor­nie roz­łącz­nych obsza­rów wie­dzy, by stwo­rzyć poję­cia odno­szące się zarówno do doświad­czeń życia domo­wego i sek­su­al­nego, sfery tra­dy­cyj­nie iden­ty­fi­ko­wa­nej z kobie­co­ścią, jak i do doświad­czeń zwią­za­nych z udzia­łem w woj­nie i życiu poli­tycz­nym -?sfery tra­dy­cyj­nie przy­pi­sa­nej męż­czy­znom.

Książka ta uka­zuje się w momen­cie, gdy dys­ku­sja publiczna na temat zbrodni powszech­nych w życiu sek­su­al­nym i domo­wym stała się moż­liwa za sprawą ruchów kobie­cych, a dys­ku­sja publiczna na temat zbrodni powszech­nych w życiu poli­tycz­nym stała się moż­liwa za sprawą ruchów na rzecz praw czło­wieka. Spo­dzie­wam się, że książka wzbu­dzi kon­tro­wer­sje. Po pierw­sze dla­tego, że jest napi­sana z femi­ni­stycz­nej per­spek­tywy. Po dru­gie dla­tego, że rzuca wyzwa­nie tra­dy­cyj­nym poję­ciom dia­gno­stycz­nym. Po trze­cie -?i może naj­istot­niej­sze -?dla­tego, że opo­wiada o rze­czach strasz­nych, o któ­rych nikt tak naprawdę nie chce słu­chać. Sta­ra­łam się wyra­żać swoje myśli języ­kiem, który pozo­staje w rela­cji, wier­nym zarówno pozba­wio­nej emo­cji i racjo­nal­nej tra­dy­cji mojej pro­fe­sji, jak i peł­nym pasji wystą­pie­niom ludzi, któ­rzy padli ofiarą prze­mocy i znie­wa­ża­nia. Poszu­ki­wa­łam języka, który nie ugnie się naka­zom dwój­my­śle­nia i pozwoli nam zbli­żyć się choć tro­chę do spo­tka­nia z nie­wy­po­wia­dal­nym.

Roz­dział 1

Zapomniana historia

Histo­ria stu­diów nad traumą jest oso­bliwą histo­rią nawro­tów amne­zji. Okresy postę­pów badaw­czych poja­wiały się na prze­mian z okre­sami cał­ko­wi­tego zapo­mnie­nia. W minio­nym stu­le­ciu paro­krot­nie obie­rano i nagle porzu­cano podobne spo­soby myśle­nia o trau­mie tylko po to, by ponow­nie odkryć je znacz­nie póź­niej. Kla­syczne źró­dła sprzed pięć­dzie­się­ciu lub stu lat czyta się dziś jak współ­cze­sne prace. Dzie­dzina ta, choć ma cie­kawą i bogatą tra­dy­cję, popa­dała w okresy nie­pa­mięci, po któ­rych musiała być zawsze powo­ły­wana na nowo.

Ta okre­sowa amne­zja nie jest rezul­ta­tem zwy­czaj­nych zmian w modzie, mają­cych wpływ na każde inte­lek­tu­alne przed­się­wzię­cie. Stu­dia nad traumą nie wyga­sają przez brak zain­te­re­so­wa­nia. Ich prze­kleń­stwem są raczej wzbu­dzane przez nie silne kon­tro­wer­sje. Stu­dia nad traumą wie­lo­krot­nie pro­wa­dziły ku sfe­rze nie­wy­obra­żal­nego, a kres przy­no­siły im fun­da­men­talne wąt­pli­wo­ści o cha­rak­te­rze świa­to­po­glą­do­wym.

Pro­wa­dzić stu­dia nad traumą to sta­wać twa­rzą w twarz zarówno z ludzką bez­bron­no­ścią w świe­cie natury, jak i z ludzką zdol­no­ścią do czy­nie­nia zła. Pro­wa­dzić stu­dia nad traumą zna­czy stać się świad­kiem strasz­li­wych wyda­rzeń. Kiedy zda­rze­nia te są kata­stro­fami natu­ral­nymi lub "dzie­łem Boga", świa­dek natych­miast empa­ty­zuje z ofia­rami. Ale kiedy trau­ma­tyczne zda­rze­nia są zapro­jek­to­wane przez ludzi, świa­dek zostaje pochwy­cony w kon­flikt pomię­dzy ofiarą i sprawcą. Moralną nie­moż­li­wo­ścią jest pozo­stać neu­tral­nym wobec tego kon­fliktu. Obser­wa­tor zostaje zmu­szony do zaję­cia strony.

Kuszące jest zaję­cie strony sprawcy. Wszystko, o co sprawca prosi, to żeby obser­wa­tor nie robił nic. Sprawca odwo­łuje się tu do uni­wer­sal­nego pra­gnie­nia, żeby nie widzieć, nie sły­szeć i nie czy­nić nic złego. Ofiara dla odmiany prosi obser­wa­tora, żeby dzie­lił z nią brze­mię cier­pie­nia. Ofiara żąda dzia­ła­nia, zaan­ga­żo­wa­nia i pamię­ta­nia. Leo Eitin­ger, psy­chia­tra, który badał oca­la­łych z nazi­stow­skich obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, opi­sał okrutny kon­flikt inte­re­sów mię­dzy ofiarą i obser­wa­torem: "Wojna i ofiary są czymś, o czym spo­łe­czeń­stwo woli nie pamię­tać. Woal zapo­mnie­nia ota­cza wszystko, co bole­sne i nie­przy­jemne. Oby­dwie strony stoją naprze­ciw sie­bie, twa­rzą w twarz, po jed­nej stro­nie ofiary, które pra­gną zapewne zapo­mnieć, ale nie potra­fią, po dru­giej stro­nie kie­ro­wani nader sil­nymi, choć może nie­uświa­do­mio­nymi moty­wami, stoją ci wszy­scy, któ­rzy pra­gną zapo­mnieć i któ­rym się to udaje. Ten kon­trast (...) staje się czę­sto bole­sny dla obu stron. Prze­gra­nymi (...) zostają ci, któ­rzy w tym nie­rów­nym dia­logu są naj­słabsi"3.

Żeby unik­nąć odpo­wie­dzial­no­ści za swoje zbrod­nie, sprawca robi wszystko, co w jego mocy, by sprzy­jać zapo­mnie­niu. Dys­kre­cja i mil­cze­nie są jego pierw­szą linią obrony. Jeżeli powo­ła­nie się na dys­kre­cję zawie­dzie, sprawca pod­waża wia­ry­god­ność ofiary. Skoro nie potrafi uci­szyć jej abso­lut­nie, chce się upew­nić, że nikt nie będzie jej słu­chać. Używa w tym celu argu­men­tów o god­nej podziwu róż­no­rod­no­ści, poczy­na­jąc od naj­bar­dziej bez­czel­nego zaprze­cze­nia, a koń­cząc na wyszu­ka­nych racjo­na­li­za­cjach. Po każ­dej zbrodni należy ocze­ki­wać tych samych prze­wi­dy­wal­nych wywo­dów: nic podob­nego nie miało miej­sca, ofiara kła­mie, ofiara prze­sa­dza, ofiara sama to na sie­bie spro­wa­dziła -?w każ­dym wypadku oka­zuje się, że czas już zapo­mnieć i odejść do wła­snych spraw. Im sil­niej­szy jest sprawca, tym potęż­niej­sze jego pre­ro­ga­tywy do defi­nio­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści i tym bar­dziej zwy­cię­skie oka­zują się jego argu­menty.

Argu­menty sprawcy są nie­od­parte, kiedy obser­wa­tor mie­rzy się z nimi sam. Bez wspar­cia oto­cze­nia obser­wa­tor z reguły pod­daje się poku­sie, by odwró­cić wzrok4. Dzieje się to nawet wtedy, gdy ofiara jest ide­ali­zo­wa­nym i cenio­nym przed­sta­wi­cie­lem spo­łe­czeń­stwa. Żoł­nie­rze wszyst­kich wojen, nawet ci uznani za boha­te­rów, uskar­żają się z gory­czą, że nikt nie chce znać prawdy o woj­nie. Kiedy pozy­cja ofiary jest od początku słab­sza (jak w przy­padku kobiet czy dzieci), ofiara może prze­ko­nać się, że naj­bar­dziej trau­ma­tyczne zda­rze­nia z jej życia wyda­rzyły się poza sferą spo­łecz­nie uzna­wa­nej rze­czy­wi­sto­ści. Jej doświad­cze­nie staje się nie­wy­po­wia­dalne.

Pro­wa­dzić stu­dia nad traumą to musieć wciąż wal­czyć z tą ten­den­cją do zdys­kre­dy­to­wa­nia ofiary lub uczy­nie­nia jej nie­wi­doczną. Histo­ria tej dzie­dziny to histo­ria burz­li­wych dys­ku­sji nad tym, czy osoby w sta­nach post­trau­ma­tycz­nych (post­trau­ma­tic con­di­tion) zasłu­gują na tro­skę i sza­cu­nek, czy raczej na pogardę; czy doświad­czają one auten­tycz­nego cier­pie­nia, czy tylko je pozo­rują; czy ich opo­wie­ści są praw­dziwe, czy fał­szywe, a jeżeli fał­szywe, to czy są narzu­cone przez wyobraź­nię, czy może umyśl­nie sfa­bry­ko­wane. Pomimo boga­tej lite­ra­tury doku­men­tu­ją­cej zja­wi­ska zwią­zane z traumą dys­ku­sja wciąż kon­cen­truje się na pod­sta­wo­wym pyta­niu, czy są one wia­ry­godne i rze­czy­wi­ste.

Wia­ry­god­ność nie tylko pacjen­tów, lecz rów­nież bada­czek i bada­czy traumy wciąż poda­wana jest w wąt­pli­wość. Kli­ni­cy­ści zbyt długo i uważ­nie słu­cha­jący strau­ma­ty­zo­wa­nych pacjen­tów czę­sto stają się podej­rzani dla swo­ich współ­pra­cow­ni­ków, jakby sta­wali się ska­żeni przez sam kon­takt. Uczone, które w bada­niach na tym polu wykra­czają zbyt daleko poza gra­nice kon­wen­cjo­nal­nych prze­ko­nań, czę­sto spo­ty­kają się ze swo­jego rodzaju izo­la­cją zawo­dową.

Żeby trau­ma­tyczna rze­czy­wi­stość mogła zaist­nieć w świa­do­mo­ści, konieczny jest kon­tekst spo­łeczny, który wzmac­nia i chroni ofiary oraz pozwala zawrzeć sojusz ofia­rom i świad­kom. Dla poje­dyn­czych ofiar kon­tekst ten wytwa­rzany jest przez rela­cje z przy­ja­ciółmi, uko­cha­nymi oso­bami i rodziną. Dla spo­łe­czeń­stwa kon­tekst ten wytwa­rzany jest przez ruchy poli­tyczne dające głos wyklu­czo­nym i słab­szym.

Sys­te­ma­tyczne stu­dia nad traumą są więc zależne od popar­cia ruchów poli­tycz­nych. Samo pyta­nie, czy stu­dia takie mogą być pro­wa­dzone i dys­ku­to­wane publicz­nie, jest w isto­cie pyta­niem o cha­rak­te­rze poli­tycz­nym. Uza­sad­nie­nie pro­wa­dze­nia stu­diów nad traumą wojenną moż­liwe jest tylko w kon­tek­ście, w któ­rym kwe­stio­no­wana jest zasad­ność ofiary mło­dych męż­czyzn na woj­nie. Uza­sad­nie­nie pro­wa­dze­nia stu­diów nad traumą sek­su­alną i domową moż­liwe jest tylko w kon­tek­ście, w któ­rym kwe­stio­no­wana jest pod­po­rząd­ko­wana rola kobiet i dzieci. Postępy w tej dzie­dzi­nie moż­liwe są tylko przy wspar­ciu ruchu poli­tycz­nego dość potęż­nego, by mógł uza­sad­nić silną wspól­notę mię­dzy bada­czami i pacjen­tami, a także by mógł prze­ciw­sta­wić się tak powszech­nemu w spo­łe­czeń­stwie pro­ce­sowi zapo­mi­na­nia i zaprze­cza­nia. Wypar­cie, dyso­cja­cja i zaprze­cze­nie wystę­pują w świa­do­mo­ści spo­łecz­nej tak samo jak w świa­do­mo­ści indy­wi­du­al­nej.

W minio­nych stu­le­ciach pewne formy traumy trzy­krot­nie uka­zały się świa­do­mo­ści spo­łecz­nej. Za każ­dym razem postępy w bada­niach danego typu traumy doko­ny­wały się przy wspar­ciu ruchów poli­tycz­nych. Jako pierw­sza uka­zała się histe­ria, arche­typ zabu­rze­nia psy­chicz­nego wystę­pu­ją­cego u kobiet. Stu­dia nad nią wyro­sły z repu­bli­kań­skiego, anty­kle­ry­kal­nego ruchu dzia­ła­ją­cego w póź­nych latach dzie­więt­na­stego wieku we Fran­cji. Drugi był shell shock, czyli ner­wica wojenna. Stu­dia nad nią roz­po­częto w Anglii i Sta­nach Zjed­no­czo­nych po pierw­szej woj­nie świa­to­wej, a szczyt osią­gnęły po woj­nie w Wiet­na­mie. Zała­ma­nie się kultu wojny oraz wystą­pie­nia ruchów anty­wo­jen­nych sta­no­wiły poli­tyczny kon­tekst tych badań. Trzeci wresz­cie typ traumy dotarł do świa­do­mo­ści publicz­nej w naj­bliż­szej nam prze­szło­ści -?jest nią prze­moc sek­su­alna i domowa. Jej kon­tekst poli­tyczny sta­no­wią ruchy femi­ni­styczne w Euro­pie Zachod­niej i Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Nasze współ­cze­sne rozu­mie­nie traumy jest wyni­kiem syn­tezy tych trzech nie­za­leż­nych kie­run­ków badań.

Heroiczne stulecie histerii

Na prze­strzeni dwóch dzie­się­cio­leci dzie­więt­na­stego wieku zabu­rze­nie okre­ślane jako histe­ria sta­no­wiło przed­miot poważ­nych badań. Ter­min "histe­ria" był w tym cza­sie znany tak powszech­nie, że nikt wła­ści­wie nie podej­mo­wał próby stwo­rze­nia jego sys­te­ma­tycz­nej defi­ni­cji. Oddajmy głos jed­nemu z histo­ry­ków: "Przez dwa­dzie­ścia pięć stu­leci histe­ria ucho­dziła za dziwną cho­robę o trud­nych do powią­za­nia i nie­zro­zu­mia­łych obja­wach. Więk­szość leka­rzy sądziła, że jest to cho­roba doty­ka­jąca wyłącz­nie kobiety, mająca źró­dło w funk­cjo­no­wa­niu macicy"5. Jak wyja­śnia inny histo­ryk, histe­ria była "dra­ma­tyczną meta­forą medyczną wszyst­kiego, co męż­czy­znom jawiło się w płci prze­ciw­nej jako tajem­ni­cze lub zbyt trudne do znie­sie­nia"6.

Ojcem zało­ży­cie­lem badań nad histe­rią był wybitny fran­cu­ski neu­ro­log Jean-Mar­tin Char­cot. Jego kró­le­stwem było Selp?tri?re, stary, roz­le­gły kom­pleks szpi­talny, który od dawna słu­żył za schro­nie­nie naj­bar­dziej wynędz­nia­łym przed­sta­wi­cie­lom fran­cu­skiego pro­le­ta­riatu: żebra­kom, pro­sty­tut­kom i obłą­ka­nym. Char­cot prze­kształ­cił tę zapo­mnianą pla­cówkę w świą­ty­nię współ­cze­snej nauki, do któ­rej, żeby pra­co­wać z mistrzem, zjeż­dżali się najam­bit­niejsi i naj­bar­dziej uta­len­to­wani męż­czyźni zaj­mu­jący się nowymi dys­cy­pli­nami nale­żą­cymi do neu­ro­logii i psy­chia­trii. Pośród wielu wybit­nych leka­rzy, któ­rzy odbyli piel­grzymkę do Selp?tri?re, zna­leźli się Pierre Janet, Wil­liam James i Zyg­munt Freud7.

Stu­dia nad histe­rią poru­szyły wyobraź­nię zbio­rową jako wielka wyprawa w nie­znane. Bada­nia Char­cota zdo­były roz­głos nie tylko w świe­cie lekar­skim, lecz rów­nież w szer­szych krę­gach świata lite­ra­tury i poli­tyki. Jego wtor­kowe wykłady były spek­ta­klami, na które uczęsz­czała "wie­lo­barwna publicz­ność ścią­ga­jąca z całego Paryża: pisa­rze, leka­rze, słynni akto­rzy i aktorki oraz damy z pół­światka. Wszy­scy pełni drę­czą­cej cie­ka­wo­ści"8. W trak­cie wykła­dów swoje odkry­cia doty­czące histe­rii Char­cot ilu­stro­wał roz­gry­wa­ją­cymi się na oczach widzów poka­zami. Brały w nich udział pacjentki -?kobiety, które w Selp?tri?re zna­la­zły schro­nie­nie od świata nie­ustan­nej prze­mocy, wyko­rzy­sta­nia i gwałtu. Był to azyl zapew­nia­jący im wię­cej bez­pie­czeń­stwa i ochrony, niż doświad­czyły kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, a spe­cjal­nie wybrana grupa kobiet, które stały się gwiaz­dami poka­zów Char­cota, zdo­była tam nie­mal sławę.

Char­co­towi należy się wiel­kie uzna­nie za sam fakt pod­ję­cia stu­diów nad histe­rią. Jego pre­stiż przy­dał wia­ry­god­no­ści dzie­dzi­nie, o któ­rej sądzono, że leży poza obsza­rem poważ­nych badań nauko­wych. Przed cza­sami Char­cota histe­ryczne kobiety były uzna­wane za symu­lantki, a ich lecze­nie zostało oddane w ręce hip­no­ty­ze­rów i cie­szą­cych się popu­lar­no­ścią uzdro­wi­cieli. Po śmierci Char­cota Freud wychwa­lał go jako pro­tek­tora i wyzwo­li­ciela cho­rych: "Histe­rycz­kom nie dawano wiary w żad­nej kwe­stii. Pod­sta­wową rze­czą, jaką zro­bił Char­cot, było przy­wró­ce­nie należ­nej rangi temu tema­towi. Ludzie powoli oduczali się pogar­dli­wych uśmiesz­ków, z któ­rymi spo­ty­kały się wszyst­kie pacjentki. Nie było już z góry prze­są­dzone, że pacjentka jest symu­lantką, ponie­waż Char­cot mocą swo­jego auto­ry­tetu wsparł prze­ko­na­nie o auten­tycz­no­ści i obiek­tyw­no­ści skła­da­ją­cych się na histe­rię zja­wisk"9.

Char­cot miał do histe­rii -?którą okre­ślał mia­nem "Wiel­kiej Neu­rozy" - podej­ście tak­so­no­miczne. Dużą wagę przy­wią­zy­wał do szcze­gó­ło­wych obser­wa­cji, opi­sów i kla­sy­fi­ka­cji. Cha­rak­te­ry­styczne dla histe­rii symp­tomy doku­men­to­wał na wszel­kie dostępne spo­soby, nie tylko na piśmie, ale też za pomocą rysun­ków i foto­gra­fii. Char­cot kon­cen­tro­wał się na tych symp­to­mach histe­rii, które przy­po­mi­nają zabu­rze­nia wywo­łane uszko­dze­niami neu­ro­lo­gicz­nymi: para­liż, utrata zmy­słów, kon­wul­sje, amne­zja. W roku 1880 wyka­zał, że symp­tomy te mają cha­rak­ter psy­cho­lo­giczny, gdyż mogą zostać sztucz­nie wywo­łane i usu­nięte za pomocą hip­nozy.

Cho­ciaż Char­cot z takim pie­ty­zmem obser­wo­wał symp­tomy swo­ich histe­rycz­nych pacjen­tek, nie oka­zy­wał naj­mniej­szego zain­te­re­so­wa­nia ich życiem wewnętrz­nym. Ich emo­cje postrze­gał jako symp­tomy do ska­ta­lo­go­wa­nia. Do ich wypo­wie­dzi odno­sił się za pomocą słowa "woka­li­za­cja". Sto­su­nek, jaki miał do swo­ich pacjen­tek, widoczny jest w dosłow­nym zapi­sie jed­nego z jego wtor­ko­wych wykła­dów, pod­czas któ­rego młoda kobieta znaj­du­jąca się w hip­no­tycz­nym tran­sie miała posłu­żyć do zade­mon­stro­wa­nia kon­wul­syj­nego ataku histe­rycz­nego:

Char­cot: Przy­ci­śnijmy raz jesz­cze histe­rio­genny punkt. (Asy­stent dotyka oko­lic odbytu pacjentki). I zaczy­namy wszystko od nowa. Nie­kiedy pacjentka może nawet przy­gryźć sobie język, ale to nie jest czę­ste. Pro­szę spoj­rzeć na wygięte w łuk plecy, które dosko­nale znamy z pod­ręcz­nika.

Pacjentka: Mamo, boję się.

Char­cot: Pro­szę zwró­cić uwagę na wybu­chy emo­cji. Jeżeli pozo­sta­wi­li­by­śmy sprawy ich wła­snemu bie­gowi, to doszli­by­śmy szybko do zacho­wań epi­lep­to­idal­nych... (Pacjentka znowu pła­cze: "O! Mamo").

Char­cot: Ponow­nie, odno­tujmy te krzyki. Ktoś mógłby zapewne powie­dzieć, że mamy tu sporo hałasu o nic10.

Ambi­cją następ­ców Char­cota było wykro­cze­nie poza jego doko­na­nia dzięki wska­za­niu przy­czyn histe­rii. Szcze­gól­nie wyra­zi­sta była rywa­li­za­cja pomię­dzy Jane­tem i Freu­dem. Każdy z nich pra­gnął jako pierw­szy doko­nać wiel­kiego odkry­cia11. Na dro­dze do celu bada­cze ci uświa­do­mili sobie, że nie wystar­czy doko­ny­wać obser­wa­cji i kla­sy­fi­ka­cji cier­pią­cych na histe­rię kobiet. Trzeba było z nimi roz­ma­wiać. Przez te krót­kie dzie­sięć lat uczeni męż­czyźni wysłu­chi­wali kobiet z nie­spo­ty­ka­nym dotąd zaan­ga­żo­wa­niem i sza­cun­kiem. Odby­wane z codzienną regu­lar­no­ścią wie­lo­go­dzinne spo­tka­nia z histe­rycz­nymi pacjent­kami nie były niczym nie­ty­po­wym. Pocho­dzące z tego okresu stu­dia przy­pad­ków czyta się nie­mal tak, jak efekt współ­pracy mię­dzy leka­rzem a pacjen­tem.

Bada­nia te przy­nio­sły owoce. W poło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych dzie­więt­na­stego wieku Janet we Fran­cji, a Freud wraz ze swym współ­pra­cow­ni­kiem Jose­phem Breu­erem w Wied­niu doszli do ude­rza­jąco podob­nych wnio­sków: histe­ria oka­zała się sta­nem wywo­ła­nym przez trau­ma­tyczne doświad­cze­nia. Nie­da­jące się znieść uczu­cia sta­no­wiące reak­cję na trau­ma­tyczne zda­rze­nia pro­wa­dziły do zmian stanu świa­do­mo­ści, co indu­ko­wało z kolei symp­tomy histe­rii. Janet przej­ście w ów stan świa­do­mo­ści nazy­wał "dyso­cja­cją"12, Brauer i Freud mówili o "podwój­nej świa­do­mo­ści"13.

Zarówno Janet, jak i Freud dostrze­gali istotne podo­bień­stwo mię­dzy owymi zmie­nio­nymi sta­nami świa­do­mo­ści a sta­nami indu­ko­wa­nymi przez hip­nozę. Janet uwa­żał, że skłon­ność do dyso­cja­cji lub wcho­dze­nia w trans hip­no­tyczny jest wyni­kiem sła­bo­ści psy­chicz­nej oraz podat­no­ści na mani­pu­la­cję. Brauer i Freud argu­men­to­wali za poglą­dem prze­ciw­nym, zgod­nie z któ­rym histe­ria -?wraz z towa­rzy­szą­cymi jej odmien­nymi sta­nami świa­do­mo­ści -?może wystą­pić u ludzi "cha­rak­te­ry­zu­ją­cych się umy­słem jako żywo kla­row­nym, mają­cych dosko­nale ukształ­to­waną siłę woli, pięk­nie wyro­biony cha­rak­ter i nader kry­tycz­nych"14.

Zarówno Janet, jak i Freud dostrze­gli, że soma­tyczne objawy histe­rii wska­zują na obec­ność ukry­tych repre­zen­ta­cji wstrzą­sa­ją­cych zda­rzeń, które zostały usu­nięte poza obręb świa­do­mo­ści. Janet postrze­gał swoje histe­ryczne pacjentki jako kie­ro­wane "pod­świa­domą upo­rczywą myślą" (sub­con­scious fixed ideas), będącą wspo­mnie­niem "trau­ma­tycz­nego zda­rze­nia"15. Breuer i Freud w swo­jej ponad­cza­so­wej pracy pisali, że "czło­wiek chory na histe­rię cierpi w znacz­nej mie­rze na wspo­mnie­nia"16.

W poło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych dzie­więt­na­stego wieku bada­cze ci odkryli także, że objawy histe­rii mogą ustą­pić, kiedy trau­ma­tyczne wspo­mnie­nia i towa­rzy­szące im prze­możne uczu­cia powrócą i zostaną wyra­żone w sło­wach. Ta metoda lecze­nia stała się pod­stawą współ­cze­snej psy­cho­te­ra­pii. Janet nazy­wał ją ana­lizą psy­cho­lo­giczną, Breuer i Freud uży­wali zaś ter­minu "odre­ago­wa­nie" (abre­ac­tion) lub "kathar­sis". Jesz­cze póź­niej Freud nazwał ją "psy­cho­ana­lizą" (psy­cho-ana­ly­sis). Ale naj­prost­sze i zapewne naj­lep­sze okre­śle­nie stwo­rzyła jedna z pacjen­tek Breu­era. Była nią uta­len­to­wana, inte­li­gentna i cier­piąca na silne zabu­rze­nia kobieta, któ­rej Breuer nadał pseu­do­nim Anna O. Swój intymny dia­log z Breu­erem nazy­wała "lecze­niem roz­mową"17 (tal­king cure).

Współ­praca mię­dzy leka­rzem a pacjentką była rodza­jem podróży, pod­czas któ­rej dzięki dro­bia­zgo­wej rekon­struk­cji prze­szło­ści tajem­nica histe­rii mogła zna­leźć roz­wią­za­nie. Janet, opi­su­jąc swoją pracę z jedną z pacjen­tek, zauwa­żył, że w pro­ce­sie lecze­nia odkry­wa­nie trau­ma­tycz­nych wyda­rzeń z nie­daw­nej prze­szło­ści pro­wa­dziło do odkry­wa­nia zda­rzeń wcze­śniej­szych. "Usu­wa­jąc zewnętrzną war­stwę ilu­zji, sprzy­ja­łem uka­zy­wa­niu się sta­rych myślo­wych fik­sa­cji (fixed ideas) znaj­du­ją­cych się na dnie jej umy­słu. Z cza­sem zni­kały także i one, przy­no­sząc tym samym wielką poprawę"18. Breuer, opi­su­jąc swoją współ­pracę z Anną O., mówił o "posu­wa­niu się wstecz, aż do przy­czyny wystą­pie­nia pierw­szego objawu"19.

Freud posu­nął się wstecz naj­da­lej, co w spo­sób nie­unik­niony dopro­wa­dziło go do zgłę­bia­nia histo­rii życia sek­su­al­nego kobiet. Wbrew sta­rej tra­dy­cji lekar­skiej, która dostrze­gała zwią­zek pomię­dzy symp­to­mami histe­rii a kobiecą sek­su­al­no­ścią, men­to­rzy Freuda -?Char­cot i Breuer - bar­dzo scep­tycz­nie odno­sili się do roli sek­su­al­no­ści w roz­woju histe­rii. Sam Freud był począt­kowo nie­chętny tej myśli: "Kiedy zaczą­łem ana­li­zo­wać drugą pacjentkę (...), byłem dość daleki od ocze­ki­wa­nia, że uda mi się stwier­dzić, iż ner­wica sek­su­alna sta­nowi pod­łoże histe­rii; wła­śnie skoń­czy­łem szkołę Char­cota, toteż samą ideę powią­za­nia histe­rii z sek­su­al­no­ścią trak­to­wa­łem jako obe­lżywą"20.

Tak pełna empa­tii iden­ty­fi­ka­cja z posta­wami wła­snych pacjen­tek jest cha­rak­te­ry­styczna dla wcze­snych pism Freuda poświę­co­nych histe­rii. Z jego opi­sów przy­pad­ków wyła­nia się obraz czło­wieka obda­rzo­nego cie­ka­wo­ścią tak silną, że był gotów poskra­miać wła­sne odru­chy sprze­ciwu. Był gotów słu­chać. A to, co sły­szał, było wstrzą­sa­jące. Pacjentki opo­wia­dały mu o prze­mocy sek­su­al­nej, wyko­rzy­sta­niu i kazi­rodz­twie. Podą­ża­jąc wstecz śla­dami pamięci, Freud i jego pacjentki odkry­wali główne trau­ma­tyczne zda­rze­nia z dzie­ciń­stwa ukryte za mniej odle­głymi, czę­sto sto­sun­kowo bła­hymi doświad­cze­niami, które sta­no­wiły bez­po­śred­nie przy­czyny wystą­pie­nia obja­wów histe­rii. W roku 1896 Freud był prze­ko­nany, że dotarł do źró­dła. W opar­tym na osiem­na­stu stu­diach przy­pad­ków arty­kule W kwe­stii etio­lo­gii histe­rii pisał: "A zatem wysu­wam tu twier­dze­nie, że u pod­staw każ­dego przy­padku histe­rii legło - dające się odtwo­rzyć dzięki pracy ana­li­tycz­nej, i to mimo obej­mu­ją­cego dzie­się­cio­le­cia czasu -?jedno prze­ży­cie czy kilka prze­żyć przed­wcze­snego doświad­cze­nia sek­su­al­nego; prze­ży­cia te wywo­dzą się z okresu naj­wcze­śniej­szej mło­do­ści"21.

Arty­kuł ten, choć ma już sto lat, w niczym nie ustę­puje współ­cze­snym opi­som kli­nicz­nym skut­ków wyko­rzy­sta­nia sek­su­al­nego w dzie­ciń­stwie. Jest to dosko­nały tekst, pełen współ­czu­cia, prze­ko­nu­jący świet­nymi argu­men­tami i spo­so­bem rozu­mo­wa­nia. Trium­falny tytuł i pod­nio­sły ton suge­rują, że Freud postrze­gał swój wkład jako uko­ro­no­wa­nie osią­gnięć w tej dzie­dzi­nie.

Stało się jed­nak ina­czej i publi­ka­cja W kwe­stii etio­lo­gii histe­rii oka­zała się koń­cem tego spo­sobu myśle­nia. Freud potrze­bo­wał zale­d­wie roku, by cał­ko­wi­cie zwąt­pić w teo­rię trau­ma­tycz­nych przy­czyn histe­rii. Jego kore­spon­den­cja nie pozo­sta­wia wąt­pli­wo­ści, że był coraz bar­dziej zanie­po­ko­jony rady­kal­nymi impli­ka­cjami spo­łecz­nymi swo­jej kon­cep­cji. Histe­ria była tak roz­po­wszech­niona wśród kobiet, że jeśli opo­wie­ści pacjen­tek uznałby za praw­dziwe, a swoją teo­rię za poprawną, musiałby nie­uchron­nie dojść do wnio­sku, że to, co nazy­wał "per­wer­syj­nymi aktami prze­ciwko dzie­ciom", zda­rzało się czę­sto nie tylko wśród pary­skiego pro­le­ta­riatu, gdzie po raz pierw­szy stu­dio­wał histe­rię, lecz rów­nież wśród sza­no­wa­nych miesz­czań­skich rodzin w Wied­niu, gdzie pro­wa­dził swoją prak­tykę. Taki wnio­sek był po pro­stu nie do przy­ję­cia. Zupeł­nie nie­wia­ry­godny22.

W obli­czu takiego dyle­matu Freud prze­stał słu­chać swo­ich pacjen­tek. Punkt zwrotny został udo­ku­men­to­wany w słyn­nym przy­padku Dory. Stu­dium tego ostat­niego opi­sa­nego przez Freuda przy­padku histe­rii czyta się bar­dziej jak potyczkę dwóch umy­słów niż jak dąże­nie do wspól­nego celu. Rela­cja Freuda i Dory została opi­sana jako "emo­cjo­nalne star­cie"23. Freud cią­gle jesz­cze uznaje tu praw­dzi­wość doświad­cze­nia swo­jej pacjentki: w okre­sie doj­rze­wa­nia Dora była uży­wana przez ojca jako pio­nek w jego wyszu­ka­nych intry­gach sek­su­al­nych. Ojciec ofe­ro­wał ją swoim przy­ja­cio­łom jako sek­su­alną zabawkę. Freud nie uzna­wał jed­nak auten­tycz­no­ści żywio­nych przez Dorę uczuć gniewu i upo­ko­rze­nia. Zamiast tego wciąż chciał zaj­mo­wać się jej prze­ży­ciami w taki spo­sób, jak gdyby sytu­acja wyko­rzy­sta­nia była speł­nie­niem jej wła­snych pra­gnień. Dora posta­no­wiła prze­rwać lecze­nie, co Freud uznał za akt zemsty.

Zerwa­nie to ozna­czało gorz­kie zakoń­cze­nie epoki współ­pracy pomię­dzy ambit­nymi bada­czami i histe­rycz­nymi pacjent­kami. Przez nie­mal stu­le­cie pacjentki te znów będą uci­szane i ośmie­szane. Nie­po­korną Dorę wyznawcy Freuda będą zaś darzyć spe­cy­ficz­nym uczu­ciem nie­chęci. Jeden z uczniów Freuda opi­sze ją póź­niej jako "jedną z naj­bar­dziej odra­ża­ją­cych histe­ry­czek, z jakimi kie­dy­kol­wiek współ­pra­co­wał"24.

Na ruinach trau­ma­tycz­nej teo­rii histe­rii Freud stwo­rzył psy­cho­ana­lizę. Domi­nu­jąca teo­ria psy­cho­lo­giczna następ­nego stu­le­cia została zbu­do­wana na zaprze­cze­niu doświad­cze­niom kobiet25. Sek­su­al­ność pozo­stała głów­nym obiek­tem zain­te­re­so­wań. Zupeł­nie jed­nak znik­nął opre­syjny kon­tekst spo­łeczny, w któ­rym ist­niały rela­cje sek­su­alne. Psy­cho­ana­liza stała się bada­niem powi­kła­nych ście­żek wewnętrz­nych fan­ta­zji i pra­gnień, a nie rze­czy­wi­stego doświad­cze­nia. W pierw­szym dzie­się­cio­le­ciu dwu­dzie­stego wieku Freud uznał, choć ni­gdy nie przed­sta­wił żad­nej potwier­dza­ją­cej tę tezę doku­men­ta­cji kli­nicz­nej, że rela­cje jego cier­pią­cych na histe­rię pacjen­tek o wyko­rzy­sta­niu sek­su­al­nym były nie­praw­dziwe: "Kiedy jed­nak w końcu zosta­łem zmu­szony do przy­zna­nia się, że sceny uwie­dze­nia ni­gdy nie miały miej­sca i że były tylko fan­ta­zjami, które two­rzyli pacjenci lub które być może sam im narzu­ca­łem -?przez pewien czas w ogóle nie wie­dzia­łem, co począć"26.

Wypar­cie się przez Freuda jego wła­snych prze­ko­nań wyzna­cza kres hero­icz­nego wieku histe­rii. W nowym stu­le­ciu cały roz­po­częty przez Char­cota i kon­ty­nu­owany przez jego naśla­dow­ców pro­jekt badaw­czy poszedł w zapo­mnie­nie. Hip­noza i odmienne stany świa­do­mo­ści raz jesz­cze przy­pi­sano do dzie­dziny okul­ty­zmu. Bada­nia nad traumą zostały prze­rwane. Nie­ba­wem uznano, że sama histe­ria nie­mal prze­stała wystę­po­wać27.

Ów dra­ma­tyczny zwrot nie był po pro­stu dzie­łem jed­nego czło­wieka. Aby zro­zu­mieć, jak mogło dojść do prze­rwa­nia badań nad histe­rią i do tak szyb­kiego zapo­mnie­nia nie­zwy­kłych odkryć, trzeba tro­chę lepiej poznać poli­tyczny i inte­lek­tu­alny kli­mat, który umoż­li­wił roz­po­czę­cie tych badań.

Główny kon­flikt poli­tyczny w dzie­więt­na­sto­wiecz­nej Fran­cji sta­no­wiła walka pomię­dzy zwo­len­ni­kami zwią­za­nej z reli­gią monar­chii a zwo­len­ni­kami ustroju repu­bli­kań­skiego i laic­kiego. Kon­flikt ten od rewo­lu­cji 1789 roku sied­mio­krot­nie dopro­wa­dzał do upadku rządu. Wraz z usta­no­wie­niem Trze­ciej Repu­bliki w roku 1870 ojco­wie zało­ży­ciele nowej i nie­sta­bil­nej jesz­cze demo­kra­cji roz­po­częli agre­sywną kam­pa­nię mającą na celu utrwa­le­nie pod­staw spra­wo­wa­nej przez sie­bie wła­dzy i ude­rze­nie w główne źró­dło siły swo­ich prze­ciw­ni­ków -?w Kościół kato­licki.

Przy­wódcy repu­bli­kań­scy tego czasu byli przed­sta­wi­cie­lami wscho­dzą­cej bur­żu­azji, któ­rzy wszystko zawdzię­czali wła­snej pracy. Postrze­gali sie­bie jako przed­sta­wi­cieli tra­dy­cji oświe­ce­nia zaan­ga­żo­wa­nych w odwieczną walkę z siłami reak­cji: ary­sto­kra­cją i kle­rem. W poli­tyce wal­czyli przede wszyst­kim o kon­trolę nad edu­ka­cją. Bitwy ide­olo­giczne toczyli o to, by prze­ko­nać do sie­bie męż­czyzn i utrzy­mać domi­na­cję nad kobie­tami. Wyra­żają to słowa Jules'a Ferry'ego, ojca zało­ży­ciela Trze­ciej Repu­bliki: "Kobiety muszą nale­żeć do nauki, gdyż w prze­ciw­nym wypadku będą nale­żeć do Kościoła"28.

Char­cot, syn od nie­dawna zamoż­nego i sław­nego han­dlowca, był pro­mi­nent­nym przed­sta­wi­cie­lem tego nowego miesz­czań­stwa. Jego salon był miej­scem spo­tkań mini­strów i innych nota­bli Trze­ciej Repu­bliki. Wraz ze swo­imi zna­jo­mymi z rządu czuł potrzebę roz­po­wszech­nia­nia laic­kich, nauko­wych ide­ałów. Prze­pro­wa­dzona przez niego w latach sie­dem­dzie­sią­tych dzie­więt­na­stego wieku moder­ni­za­cja Salp?tri?re miała na celu uka­za­nie, jak wielką wagę ma świec­kie naucza­nie i zarzą­dza­nie szpi­ta­lem. Jego bada­nia nad histe­rią miały zaś wyka­zać wyż­szość świec­kiego obrazu świata nad obra­zem pro­po­no­wa­nym przez reli­gię. Wtor­kowe wykłady były poli­tycz­nymi spek­ta­klami. Misję Char­cota sta­no­wiło włą­cze­nie histe­rycz­nych kobiet w krąg zain­te­re­so­wań nauki.

Spo­sób rozu­mie­nia histe­rii przez Char­cota pozwa­lał naukowo wyja­śnić zja­wi­ska takie jak opę­ta­nie, czary, egzor­cy­zmy i eks­taza reli­gijna. Jed­nym z jego ulu­bio­nych pro­jek­tów było poszu­ki­wa­nie przed­sta­wień histe­rii w dzie­łach sztuki minio­nych epok. Wraz ze swym uczniem Pau­lem Riche­rem opu­bli­ko­wał kolek­cję śre­dnio­wiecz­nych dzieł sztuki ilu­stru­ją­cych jego tezę, że doświad­cze­nia reli­gijne przed­sta­wiane przez arty­stów mogły być w isto­cie przy­pad­kami histe­rii29. Char­cot i jego następcy toczyli zacie­kłe debaty doty­czące współ­cze­snych przy­kła­dów cudow­nych zja­wisk, takich jak styg­ma­tyzm, obja­wie­nia oraz uzdro­wie­nia. Char­cot szcze­gól­nie zain­te­re­so­wany był cudow­nymi uzdro­wie­niami w nowo usta­no­wio­nym sank­tu­arium w Lour­des. Janeta mocno zaj­mo­wało ame­ry­kań­skie Sto­wa­rzy­sze­nie Chrze­ści­jań­skiej Nauki. Désiré Bour­ne­ville, uczeń Char­cota, wyko­rzy­stał naj­now­sze kry­te­ria dia­gno­styczne, żeby wyka­zać, że Louise Lateau, słynna w owym cza­sie styg­ma­tyczka i kobieta głę­bo­kiej wiary, cier­piała w isto­cie na histe­rię. Wszyst­kie te zja­wiska miały być włą­czone do dzie­dziny medycz­nej pato­lo­gii30.

Widzimy zatem, że tak inten­sywne zain­te­re­so­wa­nie histe­rią, a także same bada­nia Char­cota i jego następ­ców z końca dzie­więt­na­stego wieku wywo­łane były zło­żo­nymi przy­czy­nami natury poli­tycz­nej. Roz­wią­za­nie tajem­nicy histe­rii miało na celu wyka­za­nie wyż­szo­ści laic­kiego oświe­ce­nia nad reak­cyj­nymi prze­są­dami, jak rów­nież moral­nej wyż­szo­ści laic­kiego obrazu świata. Uczeni męż­czyźni swoją życz­liwą opiekę nad histe­rycz­nymi kobie­tami kon­tra­sto­wali z okru­cień­stwami inkwi­zy­cji. Char­les Richet, uczeń Char­cota, w roku 1880 poczy­nił nastę­pu­jącą obser­wa­cję: "Wiele spo­śród pacjen­tek Salp?tri?re w daw­nych cza­sach spa­lono by na sto­sie, uzna­jąc ich cho­robę za wystę­pek"31. Dzie­sięć lat póź­niej gło­som tym wtó­ro­wał Wil­liam James: "Spo­śród wielu ofiar masko­wa­nej auto­ry­te­tem medycz­nej igno­ran­cji naj­gor­szy los spo­ty­kał nie­szczę­sne histe­ryczki. Ich stop­niowa reha­bi­li­ta­cja, nio­sąca im ratu­nek, będzie zali­czona w poczet filan­tro­pij­nych osią­gnięć naszego poko­le­nia"32. Ci uczeni męż­czyźni, postrze­ga­jący sie­bie jako życz­li­wych wybaw­ców, ratu­ją­cych żyjące w nie­god­nych warun­kach kobiety, ani przez chwilę nie wyobra­żali sobie rów­no­ści mię­dzy męż­czy­znami i kobie­tami. Kobiety miały stać się przed­mio­tem stu­diów i tro­ski, ale nie pod­mio­tem obec­nym na wła­snych pra­wach. Ci sami męż­czyźni, któ­rzy bro­nili oświe­co­nego podej­ścia do histe­rii, czę­sto ostro wystę­po­wali prze­ciwko dopusz­cze­niu kobiet do wyż­szej edu­ka­cji i okre­ślo­nych pro­fe­sji, a także sta­now­czo sprze­ci­wiali się wystą­pie­niom sufra­ży­stek.

We wcze­snych latach Trze­ciej Repu­bliki ruch femi­ni­styczny był dość słaby. Aż do póź­nych lat sie­dem­dzie­sią­tych dzie­więt­na­stego wieku ugru­po­wa­nia femi­ni­styczne nie miały nawet prawa orga­ni­zo­wa­nia publicz­nych spo­tkań ani publi­ko­wa­nia wła­snej lite­ra­tury. Na pierw­szym Mię­dzy­na­ro­do­wym Kon­gre­sie na rzecz Praw Kobiet, który odbył się w Paryżu w 1878 roku, zwo­len­niczki prawa do gło­so­wa­nia nie zostały dopusz­czone do głosu, gdyż były postrze­gane jako zbyt rady­kalne33. Dzia­łaczki na rzecz kobiet, świa­dome, że ich los zależy od prze­trwa­nia kru­chej nowo powsta­łej demo­kra­cji, gotowe były się pod­po­rząd­ko­wać, byle tylko nie zerwać poro­zu­mie­nia z repu­bli­kań­ską koali­cją.

Jed­nak poko­le­nie póź­niej reżim usta­no­wiony przez ojców zało­ży­cieli był już ugrun­to­wany i bez­pieczny. Repu­bli­kań­ski i laicki rząd prze­trwał i dobrze we Fran­cji pro­spe­ro­wał. Pod koniec wieku dzie­więt­na­stego anty­kle­ry­kalna bitwa była już w grun­cie rze­czy wygrana. Dla męż­czyzn iden­ty­fi­ku­ją­cych się z hasłami oświe­ce­nia rola przed­sta­wi­cieli kobiet sta­wała się coraz bar­dziej pro­ble­ma­tyczna, ponie­waż kobiety zdo­by­wały się wła­śnie na odwagę, żeby mówić wła­snym gło­sem. Bojow­niczki z ruchów femi­ni­stycz­nych dzia­ła­ją­cych w Anglii i Sta­nach Zjed­no­czo­nych -?kra­jach mają­cych mocne tra­dy­cje demo­kra­tyczne -?zaczy­nały dzia­łać na Kon­ty­nen­cie, a fran­cu­skie femi­nistki coraz bar­dziej sta­now­czo wystę­po­wały na rzecz praw kobiet. Nie­które z nich cał­kiem wprost kry­ty­ko­wały ojców zało­ży­cieli i poda­wały w wąt­pli­wość dobrą wolę uczo­nych zatro­ska­nych losem kobiet. Jedna z femi­ni­stycz­nych pisa­rek, w 1888 roku, szy­dziła z Char­cota za doko­ny­wa­nie "wiwi­sek­cji kobiet pod pre­tek­stem stu­dio­wa­nia cho­roby", a także za jego wro­gość wobec kobiet wkra­cza­ją­cych w świat medy­cyny34.

Wraz z koń­cem dzie­więt­na­stego wieku cał­ko­wi­cie osłabł poli­tyczny impuls, z któ­rego powstało hero­iczne stu­le­cie histe­rii. Nie znaj­do­wano już tak sil­nych powo­dów, aby kon­ty­nu­ować kie­ru­nek badań, który zapro­wa­dził zaj­mu­ją­cych się nauką męż­czyzn tak daleko od miej­sca, dokąd pier­wot­nie chcieli dotrzeć. Stu­dia nad histe­rią dopro­wa­dziły ich ku mrocz­nym regio­nom transu, emo­cjo­nal­no­ści i seksu. Zmu­szały ich do słu­cha­nia kobiet znacz­nie uważ­niej, niż kie­dy­kol­wiek pla­no­wali, i do zdo­by­wa­nia o kobie­tach wie­dzy, jakiej ni­gdy nie pra­gnęli. Z pew­no­ścią nie chcieli ni­gdy badać traumy sek­su­al­nej doświad­cza­nej przez kobiety. Dopóki stu­dia nad histe­rią sta­no­wiły część ide­olo­gicz­nej kru­cjaty, odkry­cia z tej dzie­dziny zdo­by­wały poklask, a bada­cze mogli liczyć na uzna­nie za huma­ni­styczne moty­wa­cje i odwagę. Ale wraz z wyga­śnię­ciem tego poli­tycz­nego zapału ci sami bada­cze poczuli się zagro­żeni naturą doko­na­nych przez sie­bie odkryć oraz swoim zaan­ga­żo­wa­niem w sprawy pacjen­tek.

Odwrót roz­po­czął się jesz­cze przed śmier­cią Char­cota, który zmarł w 1893 roku. W rezul­ta­cie on sam został zmu­szony do bro­nie­nia wia­ry­god­no­ści swo­ich publicz­nych poka­zów histe­rii, które tak poru­szyły Paryż. Roz­cho­dziły się pogło­ski, że pre­zen­ta­cje były reży­se­ro­wane, a dające łatwo sobą kie­ro­wać kobiety -?świa­do­mie lub nie -?mówiły na sce­nie słowa dyk­to­wane im w sta­nie hip­nozy przez ich patrona. Pod koniec życia Char­cot nie krył żalu z powodu otwar­cia tego pola badań35.

Tak jak Char­cot opu­ścił świat hip­nozy i histe­rii, Breuer opu­ścił świat prze­ży­wa­nych przez kobiety więzi i emo­cji. Pierw­sze "lecze­nie roz­mową" zakoń­czyło się nagłą ucieczką od Anny O. Być może zerwał tę rela­cję dla­tego, że jego żona oba­wiała się tych inten­syw­nych spo­tkań z fascy­nu­jącą młodą kobietą. Nie­ocze­ki­wa­nie prze­rwał ponad dwu­let­nie lecze­nie, które skła­dało się z dłu­go­trwa­łych, nie­mal codzien­nych spo­tkań z pacjentką. Nagłe zerwa­nie dopro­wa­dziło do kry­zysu nie tylko pacjentki, ale także leka­rza, który prze­ra­ził się, uświa­do­miw­szy sobie, jak mocno pacjentka przy­wią­zała się do niego. Swoją ostat­nią sesję z Anną O. zakoń­czył "zlany zim­nym potem"36.

Cho­ciaż Breuer współ­pra­co­wał póź­niej z Freu­dem przy two­rze­niu opisu tego nie­zwy­kłego przy­padku, był bada­czem pozba­wio­nym zapału i peł­nym wąt­pli­wo­ści. Szcze­gól­nie zakło­po­tany był powta­rza­ją­cymi się odkry­ciami doświad­czeń sek­su­al­nych znaj­du­ją­cych się u źró­deł symp­to­mów histe­rii. Freud skar­żył się swo­jemu powier­ni­kowi Wil­hel­mowi Flies­sowi: "Nie tak dawno temu Breuer wygło­sił w obli­czu licz­nego grona leka­rzy dużą mowę na mój temat. Przed­sta­wił w niej sie­bie jako nawró­co­nego na wiarę w sek­su­alną etio­lo­gię [histe­rii]. Kiedy podzię­ko­wa­łem mu za to na osob­no­ści, ode­brał mi całą radość, mówiąc: "Tak czy ina­czej, wciąż w to nie wie­rzę""37.

Bada­nia Freuda pro­wa­dziły naj­da­lej w nie­znany świat kobiet. Doko­nane przez niego odkry­cie źró­deł histe­rii w wyko­rzy­sta­niu sek­su­al­nym w dzie­ciń­stwie zostało powszech­nie uznane za nie­wia­ry­godne i ska­zało go na cał­ko­wity ostra­cyzm wśród ludzi jego pro­fe­sji. Publi­ka­cja W kwe­stii etio­lo­gii histe­rii, z którą wią­zał nadzieje na wiel­kie uzna­nie, spo­tkała się z gro­bo­wym mil­cze­niem, powszech­nym wśród ludzi ze star­szego poko­le­nia i wśród jego rów­no­lat­ków. Nie­długo potem pisał do Fliessa: "Jestem tak osa­mot­niony, jak tylko możesz to sobie wyobra­zić: zapadł wyrok, by się mnie wyrzec. Zaczyna mnie ota­czać próż­nia"38.

Póź­niej­szy odwrót Freuda od stu­diów nad traumą zaczął być postrze­gany jako skan­dal39. Jego zmiana poglą­dów uznana została za zwy­czajne tchó­rzo­stwo40. Jed­nak wysu­wa­nie tego typu argu­men­tów ad per­so­nam samo zdaje się relik­tem z cza­sów Freuda, w któ­rych postępy w nauce ucho­dziły za pro­me­tej­skie akty samot­nego męskiego geniu­szu. Bez zna­cze­nia było to, jak dosko­nałe były jego argu­menty i jak trafne obser­wa­cje. Prze­ko­na­nia Freuda nie mogły zdo­być uzna­nia, gdyż bra­ko­wało poli­tycz­nego i spo­łecz­nego kon­tek­stu, który bada­nia nad histe­rią wspie­rałby nie­za­leż­nie od tego, dokąd mia­łyby zapro­wa­dzić. Kon­tek­stu takiego ni­gdy nie było w Wied­niu i szybko zani­kał on we Fran­cji. Janet, rywal Freuda, który ni­gdy nie wyrzekł się trau­ma­tycz­nej teo­rii histe­rii i ni­gdy nie opu­ścił swo­ich cier­pią­cych na histe­rię pacjen­tek, docze­kał czasu, gdy jego dzieło zostało zapo­mniane, a idee porzu­cone.

Z cza­sem nie­chęć Freuda do trau­ma­tycz­nej teo­rii histe­rii nabrała cech dogma­tycz­nych. Męż­czy­zna, który w swo­ich bada­niach zaszedł naj­da­lej i w spo­sób naj­bar­dziej kom­pletny ujął pły­nące z nich wnio­ski, popadł osta­tecz­nie w naj­bar­dziej sztywne zaprze­cze­nie. Tym samym odże­gnał się od wcze­śniej­szej wspól­noty ze swo­imi pacjent­kami. Choć dalej kon­cen­tro­wał się na życiu sek­su­al­nym pacjen­tek, ni­gdy wię­cej nie przyj­mo­wał już do wia­do­mo­ści, jak wielką rolę odgry­wało w nim doświad­cze­nie wyko­rzy­sta­nia. Z zadzi­wia­jącą nie­ustę­pli­wo­ścią, pro­wa­dzącą do coraz więk­szych zwro­tów w jego teo­rii, twier­dził, że krzyw­dzące kon­takty sek­su­alne, o któ­rych opo­wia­dały kobiety, były wytwo­rem ich fan­ta­zji i pra­gnień.

Być może tak rady­kalny cha­rak­ter doko­na­nej przez Freuda zmiany poglą­dów da się zro­zu­mieć, jeżeli weź­miemy pod uwagę skalę wyzwa­nia, przed jakim sta­nął. Trzy­ma­nie się jego teo­rii zmu­sza­łoby do uzna­nia ogrom­nych roz­mia­rów opre­sji sek­su­al­nej, któ­rej pod­da­wane są kobiety i dzieci. Można to było zro­bić jedy­nie na grun­cie rodzą­cego się ruchu femi­ni­stycz­nego, który zagra­żał wyzna­wa­nym także przez Freuda patriar­chal­nym war­to­ściom. Zwią­za­nie się z takim ruchem było nie do pomy­śle­nia dla czło­wieka o poglą­dach poli­tycz­nych i ambi­cjach zawo­do­wych Freuda. Wzbra­nia­jąc się przed tym, porzu­cił nie tylko stu­dia nad traumą, lecz rów­nież kobiety. Sfor­mu­ło­wał teo­rię roz­woju czło­wieka, w któ­rej niż­szość i fał­szy­wość kobiet sta­no­wią pod­sta­wowe zało­że­nia dok­tryny41. W anty­fe­mi­ni­stycz­nym kli­ma­cie poli­tycz­nym teo­ria ta pro­spe­ro­wała i roz­ra­stała się.

Jedyną badaczką, która wcze­sne odkry­cia doty­czące histe­rii dopro­wa­dziła do ich logicz­nych kon­se­kwen­cji, była -?lecząca się do pew­nego czasu u Breu­era -?Anna O. Po tym, jak została porzu­cona przez Breu­era, przez kilka lat zma­gała się z ciężką cho­robą. Aż wresz­cie wyzdro­wiała. Niema histe­ryczka, wyna­laz­czyni "leczą­cej roz­mowy", odna­la­zła wresz­cie wła­sny głos i zdro­wie psy­chiczne w ruchu wyzwo­le­nia kobiet. Pod pseu­do­ni­mem, jako Paul Ber­thold, prze­ło­żyła na nie­miecki kla­syczną roz­prawę Mary Wol­l­sto­ne­craft Woła­nie o prawa kobiety (A Vin­di­ca­tion of the Rights of Woman) i napi­sała sztukę Womens Rights ("Prawa kobiet"). Pod wła­snym imie­niem, jako Ber­tha Pap­pen­heim, stała się znaną dzia­łaczką spo­łeczną, inte­lek­tu­alistką i akty­wistką femi­ni­styczną. Pod­czas swo­jej dłu­giej i owoc­nej dzia­łal­no­ści pro­wa­dziła sie­ro­ci­niec dla dziew­cząt, zało­żyła femi­ni­styczną orga­ni­za­cję dla kobiet żydow­skich, a także podró­żo­wała po Euro­pie i Bli­skim Wscho­dzie, pro­wa­dząc kam­pa­nie prze­ciwko wyko­rzy­sta­niu sek­su­al­nemu kobiet i dzieci. Jej odda­nie, zaan­ga­żo­wa­nie i ener­gia obro­sły legendą. Tak wspo­mina ją jedna ze współ­pra­cu­ją­cych z nią osób: "Miała w sobie wul­kan (...). W walce prze­ciwko wyko­rzy­sty­wa­niu kobiet i dzieci czuła nie­mal fizyczny ból"42. Po jej śmierci filo­zof Mar­tin Buber napi­sał: "Nie tylko ją podzi­wia­łem, ale też kocha­łem, i zawsze będę kochał. Są na świe­cie ludzie ducha i ludzie pasji, jedni i dru­dzy spo­ty­kani rza­dziej, niż można by sądzić. Jesz­cze rza­dziej spo­tyka się ludzi ducha i pasji. Ale najrza­dziej spo­tkać można ducha prze­peł­nio­nego pasją. Ber­tha Pap­pen­heim była kobietą o takim wła­śnie duchu. Pamię­tajmy o niej. Pozo­stańmy świad­kami jej cią­głej obec­no­ści wśród nas"43. W ostat­niej woli popro­siła, by odwie­dza­jący jej grób poło­żyli na nim kamyk, "jako cichą obiet­nicę (...), że będą dzia­łać na rzecz powin­no­ści wobec kobiet i dla ich rado­ści (...) bez­kom­pro­mi­sowo i odważ­nie"44.

Trauma wojenna

Real­ność traumy powró­ciła do świa­do­mo­ści spo­łecz­nej przez kata­strofę pierw­szej wojny świa­to­wej. W tej dłu­giej woj­nie, w któ­rej stra­te­gia pole­gała na zmę­cze­niu prze­ciw­nika, zgi­nęło w ciągu czte­rech lat ponad osiem milio­nów męż­czyzn. Kiedy rzeź dobie­gła końca, cztery euro­pej­skie impe­ria były w gru­zach, a wiele spo­śród uświę­co­nych prze­ko­nań, które leżały u pod­staw euro­pej­skiej cywi­li­za­cji, ule­gło cał­ko­wi­temu zała­ma­niu.

Ofiarą wojny padł także mit męskiego honoru i chwały bitew­nej. W sytu­acji cią­głego wysta­wie­nia na kosz­mar wojny oko­po­wej męż­czyźni zała­my­wali się szo­ku­jąco czę­sto. Pozba­wieni moż­li­wo­ści wyboru, cał­kiem bez­radni, znaj­du­jący się w cią­głym zagro­że­niu życia, zmu­szeni do oglą­da­nia oka­le­cza­nia i śmierci pozba­wio­nych szans na ratu­nek towa­rzy­szy broni -?męż­czyźni czę­sto zaczy­nali zacho­wy­wać się jak histe­ryczne kobiety. Krzy­czeli i wybu­chali pła­czem w nie­kon­tro­lo­wany spo­sób. Zasty­gali w bez­ru­chu. Sta­wali się niemi i prze­sta­wali reago­wać na oto­cze­nie. Tra­cili pamięć i zdol­ność odczu­wa­nia. Liczba ofiar z dole­gli­wo­ściami psy­chicz­nymi była tak duża, że trzeba było naprędce przy­spo­so­bić szpi­tale, żeby mogły ich przy­jąć. Zgod­nie z jed­nym z osza­co­wań zała­ma­nia wojenne były odpo­wie­dzialne za czter­dzie­ści pro­cent ofiar wojen­nych wśród Bry­tyj­czy­ków. Z powodu demo­ra­li­zu­ją­cego wpływu na opi­nię publiczną wła­dze woj­skowe sta­rały się ukry­wać ofiary cier­piące na dole­gli­wo­ści psy­chiczne 45.

Począt­kowo przy­czyn zała­ma­nia ner­wo­wego szu­kano w ciele. Bry­tyj­ski psy­chia­tra, który badał pierw­sze przy­padki, uznał wystę­pu­jące u cho­rych objawy za efekt fizycz­nych wstrzą­sów spo­wo­do­wa­nych przez wybu­cha­jące bomby. Powstałe w wyniku zabu­rze­nie ner­wowe okre­ślił mia­nem shell shock ("szok bom­bowy")46. Nazwa się przy­jęła, cho­ciaż szybko stało się jasne, że syn­drom ten spo­tkać można także u żoł­nie­rzy, któ­rzy nie doznali żad­nego fizycz­nego urazu. Stop­niowo psy­chia­trzy woj­skowi zostali zmu­szeni do przy­zna­nia, że shell shock wynika z traumy. Dłu­go­trwały stres spo­wo­do­wany obser­wo­wa­niem wokół mnó­stwa gwał­tow­nych śmierci wywo­ły­wał u męż­czyzn objawy neu­ro­lo­giczne przy­po­mi­na­jące histe­rię.

Kiedy ist­nie­niu ner­wicy wojen­nej nie dało się już dłu­żej zaprze­czać, debata -?podob­nie jak w przy­padku histe­rii -?zaczęła się kon­cen­tro­wać na moral­no­ści pacjen­tów. Według utar­tej opi­nii nor­malny żoł­nierz powi­nien czuć dumę z uczest­nic­twa w woj­nie, nie oka­zu­jąc przy tym żad­nych emo­cji. Z pew­no­ścią zaś nie powi­nien popa­dać w prze­ra­że­nie. Żoł­nierz, który popa­dał w ner­wicę, był w naj­lep­szym wypadku po pro­stu czło­wie­kiem sła­bej natury, a w naj­gor­szym -?symu­lan­tem lub tchó­rzem. Auto­rzy prac medycz­nych okre­ślali ich mia­nem "inwa­li­dów moral­nych"47. Nie­któ­rzy przed­sta­wi­ciele władz woj­sko­wych uwa­żali, że męż­czyźni ci w ogóle nie zasłu­gi­wali na to, żeby być pacjen­tami, powinni raczej tra­fić przed sąd woj­skowy albo zostać usu­nięci z armii, a nie otrzy­my­wać pomoc medyczną.

Naj­bar­dziej sza­no­wa­nym zwo­len­ni­kiem tego tra­dy­cjo­na­li­stycz­nego poglądu był bry­tyj­ski psy­chia­tra Lewis Yeal­land. Jego wydana w 1918 roku roz­prawa Hyste­ri­cal Disor­ders of War­fare ("Histe­ryczne zabu­rze­nia wojenne") pro­mo­wała metodę lecze­nia opartą na upo­ka­rza­niu, groź­bach i karach. Histe­ryczne symp­tomy, takie jak utrata mowy, utrata zmy­słów lub para­liż, leczone były elek­trow­strzą­sami. Pacjenci byli pod­da­wani cią­głej kry­tyce za leni­stwo i tchó­rzo­stwo. Tych, któ­rzy oka­zy­wali podat­ność na "ohyd­nego wroga -?nega­ty­wizm", stra­szono sądem wojen­nym. W jed­nym z opi­sy­wa­nych przez sie­bie przy­pad­ków Yeal­land pró­buje leczyć nie­mego pacjenta, przy­wią­zu­jąc go do krze­sła i apli­ku­jąc elek­trow­strząsy na gar­dle. Postę­po­wa­nie to cią­gnęło się godzi­nami bez prze­rwy, aż pacjent wresz­cie prze­mó­wił. Kiedy wywo­ły­wane były elek­trow­strząsy, Yeal­land pouczał pacjenta: "Pamię­taj, musisz zacho­wy­wać się jak boha­ter, któ­rym powi­nie­neś być (...). Męż­czy­zna, który brał udział w tylu bitwach, powi­nien lepiej się kon­tro­lo­wać"48.

Przed­sta­wi­ciele postę­po­wych śro­do­wisk medycz­nych uwa­żali, że prze­ciw­nie, ner­wica wojenna jest auten­tycz­nym zabu­rze­niem, które może dotknąć żoł­nie­rzy na naj­wyż­szym pozio­mie moral­nym. Byli zwo­len­ni­kami łagod­nych metod lecze­nia opar­tego na zasa­dach psy­cho­ana­lizy. Głów­nym obrońcą tego bar­dziej libe­ral­nego punktu widze­nia był W. H. R. Rivers, lekarz o sze­ro­kich hory­zon­tach umy­sło­wych, pro­fe­sor neu­rop­sy­cho­lo­gii, psy­cho­lo­gii i antro­po­lo­gii. Jego naj­słyn­niej­szym pacjen­tem był młody ofi­cer, Sieg­fried Sas­soon, znany ze swo­jego męstwa na polu bitwy i swo­ich wojen­nych wier­szy. O Sas­soonie zro­biło się gło­śno, kiedy -?nosząc jesz­cze mun­dur -?publicz­nie zade­kla­ro­wał swoją przy­na­leż­ność do ruchów pacy­fi­stycz­nych i wystą­pił prze­ciwko pro­wa­dze­niu dzia­łań wojen­nych. Tekst jego "Dekla­ra­cji żoł­nie­rza" (Sol­dier's Dec­la­ra­tion), napi­sa­nej w roku 1917, czyta się dziś jak współ­cze­sny mani­fest anty­wo­jenny:

Moje wystą­pie­nie jest aktem świa­do­mego sprze­ciwu wobec władz woj­sko­wych, ponie­waż uwa­żam, że wojna jest celowo prze­dłu­żana przez tych, w któ­rych mocy jest ją zakoń­czyć.

Jestem żoł­nie­rzem i jestem prze­ko­nany, że dzia­łam w imie­niu żoł­nie­rzy. Wojna ta, do któ­rej przy­stą­pi­łem jako do wojny obron­nej i wyzwo­leń­czej, prze­obra­ziła się w napaść i pod­bój (...). Oglą­da­łem i sam prze­ży­wa­łem cier­pie­nia żoł­nie­rzy. Nie mogę już wię­cej uczest­ni­czyć w prze­dłu­ża­niu tych cier­pień, pono­szo­nych dla celów, które uwa­żam za złe i nie­spra­wie­dliwe49.

W oba­wie, że Sas­soon sta­nie przed sądem wojen­nym, jeden z jego kole­gów, ofi­cer i poeta Robert Gra­ves, posta­rał się, żeby tra­fił on do szpi­tala pod opiekę Riversa. Anty­wo­jenne wystą­pie­nie można by wów­czas uznać za sku­tek zała­ma­nia psy­chicz­nego. Cho­ciaż Sas­soon nie miał peł­nych obja­wów zała­ma­nia, ale -?jak okre­ślił to Gra­ves -?"wyglą­dał na roz­trzę­sio­nego"50. Był cią­gle zanie­po­ko­jony, łatwo wpa­dał w iry­ta­cję i drę­czyły go kosz­mary senne. Jego skłon­ność do bra­wu­ro­wego wysta­wia­nia się na nie­bez­pie­czeń­stwa przy­nio­sła mu przy­do­mek "Sza­lony Jack". Dzi­siaj jego symp­tomy na pewno wystar­czy­łyby do zdia­gno­zo­wa­nia zespołu stresu poura­zo­wego.

W zamie­rze­niu Riversa lecze­nie, które odby­wał u niego Sas­soon, miało wyka­zać wyż­szość łagod­nej i oświe­co­nej tera­pii nad karzą­cym podej­ściem sto­so­wa­nym przez tra­dy­cjo­na­li­stów. Celem lecze­nia, jak przy­stało na medy­cynę woj­skową, był powrót pacjenta na pole walki. Rivers celu tego nie kwe­stio­no­wał. Obsta­wał nato­miast przy sku­tecz­no­ści metody lecze­nia roz­mową. Zamiast ośmie­szać Sas­soona, trak­to­wano go z nale­żytą god­no­ścią i sza­cun­kiem. Zamiast uci­szać, zachę­cano go do pisa­nia i swo­bod­nego mówie­nia na temat okru­cieństw wojny. Sas­soon przy­jął to z wdzięcz­no­ścią: "Spra­wił, że natych­miast poczu­łem się bez­pieczny. Zda­wał się wie­dzieć o mnie wszystko (...). Dał­bym wiele za kilka nagrań gra­mo­fo­no­wych moich roz­mów z River­sem. Naj­waż­niej­sze jest dla mnie wspo­mnie­nie nie­zwy­kłego i dobrego czło­wieka, który zaofe­ro­wał mi przy­jaźń i pomoc"51.

Psy­cho­te­ra­pia odbyta przez Sas­so­ona u Riversa została uznana za suk­ces. Sas­soon publicz­nie odwo­łał swoje pacy­fi­styczne wypo­wie­dzi i powró­cił na wojnę. Uczy­nił tak, pomimo że jego poli­tyczne prze­ko­na­nia nie ule­gły zmia­nie. Do powrotu skło­niła go lojal­ność wobec towa­rzy­szy broni, któ­rzy pozo­stali na polu walki; poczu­cie winy, że nie dzieli ich cier­pień, oraz fru­stra­cja z powodu bez­sku­tecz­no­ści swo­ich samot­nych pro­te­stów pacy­fi­stycz­nych. W trak­cie pro­wa­dzo­nego przez sie­bie łagod­nego lecze­nia Rivers usta­lił dwie zasady, które zostały powszech­nie zaak­cep­to­wane przez ame­ry­kań­skich psy­chia­trów pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej. Po pierw­sze, poka­zał, że męż­czyźni o nie­kwe­stio­no­wa­nej odwa­dze mogą zała­mać się z powodu nie­prze­zwy­cię­żo­nego stra­chu. Po dru­gie, wyka­zał, że naj­sil­niej­szą moty­wa­cją, by pora­dzić sobie z tym stra­chem, jest coś sil­niej­szego niż patrio­tyzm, abs­trak­cyjne ide­ały lub nie­na­wiść do wroga. Tym czymś jest wza­jemna miłość mię­dzy żoł­nie­rzami.

Sas­soon prze­żył wojnę, ale jak wielu innych dotknię­tych ner­wicą wojenną do końca życia ska­zany był na prze­ży­wa­nie jej kosz­ma­rów. Cał­ko­wi­cie poświę­cił się pisa­niu i popra­wia­niu swo­jego pamięt­nika wojen­nego, pie­lę­gno­wa­niu pamięci o pole­głych i popu­la­ry­zo­wa­niu pacy­fi­zmu. Cho­ciaż ze "złego stanu ner­wów" wyle­czył się w stop­niu wystar­cza­ją­cym, by wieść pro­duk­tywne życie, to cały czas nawie­dzało go wspo­mnie­nie tych, któ­rzy nie mieli tyle szczę­ścia:

Shell shock. Ileż krót­kich bom­bar­do­wań pozo­sta­wiło trwałe ślady w umy­słach oca­lo­nych, z któ­rych wielu patrzyło na swo­ich towa­rzy­szy i śmiało się, pod­czas gdy wokół trwało pie­kło mające ich znisz­czyć. Nie wtedy bowiem miały nastać godziny ich naj­gor­szego cier­pie­nia, lecz teraz, kiedy nawie­dzają ich nocne kosz­mary, kiedy cier­pią na para­liż koń­czyn i zabu­rze­nia mowy. Kiedy muszą prze­ży­wać naj­gor­sze: utratę tych cech cha­rak­teru, które czy­niły ich tak odważ­nymi, bez­in­te­re­sow­nymi i nie­ustę­pli­wymi. Oto wła­śnie tra­ge­dia shell shock, jaką prze­ży­wali naj­lepsi męż­czyźni. (...) Żoł­nie­rzy tych ska­zano na męczeń­stwo w imię cywi­li­za­cji i teraz musi ona poka­zać, że jej hasła nie były tylko ste­kiem kłamstw52.

Kilka lat po zakoń­cze­niu wojny zain­te­re­so­wa­nie śro­do­wi­ska medycz­nego kwe­stią traumy ponow­nie przy­ga­sło. Cho­ciaż męż­czyźni z utrzy­mu­ją­cymi się zabu­rze­niami psy­chicz­nymi tłum­nie odwie­dzali szpi­tale dla wete­ra­nów, ich obec­ność stała się jedy­nie źró­dłem dys­kom­fortu dla spo­łe­czeństw, które chciały już o wszyst­kim zapo­mnieć.

W 1922 roku młody ame­ry­kań­ski psy­chia­tra Abram Kar­di­ner powró­cił do Nowego Jorku z trwa­ją­cej rok piel­grzymki do Wied­nia, gdzie pod­dał się ana­li­zie u Freuda. Marzył o doko­na­niu wiel­kiego odkry­cia. "Cóż może być bar­dziej pocią­ga­jące -?zasta­na­wiał się -?niż zostać Kolum­bem cią­gle jesz­cze nowej nauki o umy­śle"53. Kar­di­ner zało­żył pry­watną prak­tykę psy­cho­ana­li­tyczną w cza­sie, gdy w całym Nowym Jorku było może dzie­się­ciu psy­cho­ana­li­ty­ków. Roz­po­czął rów­nież pracę w kli­nice psy­chia­trycz­nej Biura Wete­ra­nów, gdzie spo­tkał wielu męż­czyzn cier­pią­cych na ner­wicę wojenną. Był poru­szony ogro­mem ich cier­pie­nia i swoją nie­moż­no­ścią udzie­le­nia im pomocy. Szcze­gól­nie zapa­mię­tał jed­nego pacjenta, któ­remu pró­bo­wał pomóc przez rok, nie odno­sząc więk­szych suk­ce­sów. Kiedy pacjent chciał mu dzię­ko­wać, Kar­di­ner zapro­te­sto­wał: "Prze­cież nie potra­fi­łem nic dla pana zro­bić. Z pew­no­ścią nie wyle­czy­łem pana dole­gli­wo­ści". "Ale dok­to­rze -?odpo­wie­dział pacjent -?pró­bo­wał pan. Korzy­sta­łem z pomocy dla wete­ra­nów przez długi czas i wiem, że oni nawet nie pró­bują. Nic ich to nie obcho­dzi. A pana tak"54.

Kar­di­ner po pew­nym cza­sie uświa­do­mił sobie, że "nie­koń­czący się kosz­mar" jego wcze­snego dzie­ciń­stwa -?ubó­stwo, głód, zanie­dba­nie, prze­moc domowa, przed­wcze­sna śmierć matki -?wpły­nął na kie­ru­nek jego inte­lek­tu­al­nych poszu­ki­wań i pozwo­lił mu na peł­niej­szą iden­ty­fi­ka­cję ze strau­ma­ty­zo­wa­nymi żoł­nie­rzami55. Kar­di­ner przez długi czas usi­ło­wał stwo­rzyć psy­cho­ana­li­tyczną teo­rię traumy wojen­nej, jed­nak w pew­nym momen­cie porzu­cił to zada­nie, uznaw­szy je za nie­moż­liwe do zre­ali­zo­wa­nia, i roz­po­czął bły­sko­tliwą karierę, naj­pierw jako psy­cho­ana­li­tyk, a następ­nie -?podob­nie jak Rivers -?antro­po­log. W roku 1939 we współ­pracy z antro­po­lożką Corą du Bois napi­sał fun­da­men­talne dla antro­po­logii dzieło The Indi­vi­dual and His Society ("Jed­nostka i jej spo­łe­czeń­stwo").

Dopiero po napi­sa­niu tej książki był w sta­nie powró­cić do tematu traumy wojen­nej. Tym razem miał już do dys­po­zy­cji pod­sta­wowe poję­cia antro­po­lo­giczne, które uwzględ­niały wpływ rze­czy­wi­sto­ści spo­łecz­nej i pozwa­lały zro­zu­mieć, czym jest trauma. W roku 1941 Kar­di­ner opu­bli­ko­wał roz­bu­do­wane stu­dium kli­niczne i teo­re­tyczne The Trau­ma­tic Neu­ro­ses of War ("Trau­ma­tyczna ner­wica wojenna"), w któ­rym narze­kał na prze­ry­wa­jącą bada­nia na tym polu powra­ca­jącą okre­sowo amne­zję:

Temat powo­jen­nych zabu­rzeń ner­wi­co­wych był w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu pię­ciu lat trak­to­wany dosyć kapry­śnie nie tylko przez opi­nię publiczną, lecz rów­nież przez psy­chia­trów. Zain­te­re­so­wa­nie opi­nii publicz­nej, duże po pierw­szej woj­nie świa­to­wej, nie trwało długo, podob­nie jak zain­te­re­so­wa­nie psy­chia­trii. Zabu­rze­nia te nie stały się więc przed­mio­tem kon­se­kwent­nie pro­wa­dzo­nych badań (...), lecz jedy­nie okre­so­wych wysił­ków, któ­rym bra­ko­wało sumien­no­ści. Czę­ściowo jest to zwią­zane z nastę­pu­ją­cym po woj­nie spad­kiem pozy­cji spo­łecz­nej wete­ra­nów. (...) God­nym ubo­le­wa­nia fak­tem jest, że -?ina­czej niż w pozo­sta­łych dzie­dzi­nach psy­chia­trii -?każdy badacz, który roz­po­czyna stu­dia nad tymi zabu­rze­niami, za swój święty obo­wią­zek uznaje roz­po­czę­cie wszyst­kiego od nowa i pra­cuje nad pro­ble­mem, jak gdyby nikt ni­gdy wcze­śniej się nim nie zaj­mo­wał"56.

Ogólny opis syn­dromu post­trau­ma­tycz­nego doko­nany przez Kar­di­nera jest uży­wany do dziś. Jego teo­ria w wielu punk­tach zbieżna była ze stwo­rzoną przez Janeta w koń­cówce dzie­więt­na­stego wieku teo­rią histe­rii. Kar­di­ner rze­czy­wi­ście uwa­żał neu­rozę wojenną za odmianę histe­rii, jed­no­cze­śnie był jed­nak świa­domy, że ter­min ten ponow­nie nabrał tak pejo­ra­tyw­nego zna­cze­nia, że uży­wa­nie go dys­kre­dy­to­wało pacjen­tów: "Kiedy użyje się słowa "histe­ryczny" (...), powszechny odbiór jest taki, że opi­sana nim osoba jest inte­re­sowna i szuka tylko spo­sob­no­ści, żeby coś wyłu­dzić. Osoba cier­piąca na ner­wicę nie ma więc szans na jakie­kol­wiek współ­czu­cie w sądzie (...) ani u swo­jego leka­rza. Dla tego ostat­niego (...) "histe­ryczny" czę­sto zna­czy tyle, co mający prze­wrotną, słabą lub po pro­stu złą wolę"57.

Wyda­rze­nia dru­giej wojny świa­to­wej spo­wo­do­wały ponowne zain­te­re­so­wa­nie medy­cyny lecze­niem ner­wicy wojen­nej. W nadziei na odna­le­zie­nie efek­tyw­nej i dzia­ła­ją­cej nie­mal natych­miast metody tera­pii leka­rze wojenni sta­rali się skoń­czyć ze styg­ma­ty­zo­wa­niem zała­mań wywo­ła­nych stre­sem dozna­wa­nym na fron­cie. Po raz pierw­szy uznano fakt, że każdy męż­czy­zna może zała­mać się w ogniu walki, a urazy psy­chiczne można prze­wi­dy­wać jako pro­por­cjo­nalne wzglę­dem stop­nia eks­po­zy­cji na okru­cień­stwa dzia­łań wojen­nych. Znaczna część wysił­ków została poświę­cona na dokładne okre­śle­nie takiego stop­nia eks­po­zy­cji, który nie­uchron­nie pro­wa­dzi do zała­ma­nia psy­chicznego. W rok po zakoń­cze­niu wojny dwaj ame­ry­kań­scy psy­chia­trzy, J. W. Appel i G. W. Beebe, doszli do wnio­sku, że od dwu­stu do dwu­stu czter­dzie­stu dni na polu walki dopro­wa­dziłoby do zała­ma­nia nawet naj­sil­niej­szego żoł­nie­rza: "Nie ma cze­goś takiego jak "przy­wyk­nię­cie do warun­ków bitew­nych". (...) Każda chwila na polu walki powo­duje tak wiel­kie obcią­że­nie, że każdy męż­czy­zna po pew­nym cza­sie zała­mie się w wyniku inten­syw­no­ści tego doświad­cze­nia. Cier­pie­nia wywo­łane zabu­rze­niami psy­chicz­nymi są więc na woj­nie nie­uchronne niczym rany od kuli czy szrap­nela"58.

Ame­ry­kań­scy psy­chia­trzy kon­cen­tro­wali swoje wysiłki na poszu­ki­wa­niu czyn­ni­ków, które mogą chro­nić przed takimi nagłymi zała­ma­niami lub pro­wa­dzić do ich szyb­kiego wyle­cze­nia. Odkryli ponow­nie to, co Rivers zaob­ser­wo­wał pod­czas lecze­nia Sas­so­ona: siłę emo­cjo­nal­nej więzi pomię­dzy wal­czą­cymi męż­czy­znami. W 1947 roku Kar­di­ner razem z Her­ber­tem Spie­ge­lem -?psy­chia­trą, który wła­śnie przy­był z frontu, gdzie zaj­mo­wał się lecze­niem żoł­nie­rzy -?powró­cił do pracy nad swoim kla­sycz­nym tek­stem. Kar­di­ner i Spie­gel twier­dzili, że naj­sil­niej­szą ochronę przed pro­wa­dzą­cym do zała­mań prze­ra­że­niem sta­no­wiła silna zaży­łość pomię­dzy żoł­nie­rzem, jego oddzia­łem i dowódcą. Podobne wnio­ski pre­zen­to­wali psy­chia­trzy Roy Grin­ker i John Spie­gel, któ­rzy zauwa­żyli, że w sytu­acji cią­głego zagro­że­nia żoł­nie­rze popa­dają w skrajną zależ­ność emo­cjo­nalną od innych żoł­nie­rzy rów­nych sobie rangą oraz od swo­ich dowód­ców. Zauwa­żyli, że naj­sil­niej­szą ochronę przed zała­ma­niem psy­chicz­nym daje dobre morale i mocne przy­wódz­two w małej jed­no­stce bojo­wej59.

Metody lecze­nia wypra­co­wane pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej miały na celu utrzy­ma­nie cier­pią­cego żoł­nie­rza jak naj­bli­żej jego towa­rzy­szy broni. Pre­fe­ro­wano szyb­kie inter­wen­cje tak bli­sko pola walki, jak to tylko było moż­liwe, żeby żoł­nierz mógł nie­mal natych­miast wró­cić do swo­jego oddziału60. W poszu­ki­wa­niu szyb­kich i efek­tyw­nych metod lecze­nia traumy psy­chia­trzy woj­skowi raz jesz­cze odkryli uży­tecz­ność odmien­nych sta­nów świa­do­mo­ści. Dowie­dli, że pomaga to pacjen­tom dotrzeć do trau­ma­tycz­nych wspo­mnień. Kar­di­ner i Spie­gel prak­ty­ko­wali hip­nozę, Grin­ker i Spie­gel zaś uży­wali amy­talu sodu, a swoją metodę nazy­wali "nar­ko­syn­tezą" (nar­co­syn­the­sis). Podob­nie jak było wcze­śniej z histe­rią, także w przy­padku ner­wicy wojen­nej główny cel "lecze­nia roz­mową" sta­no­wiło uzdro­wie­nie i katar­tyczne uwol­nie­nie trau­ma­tycz­nych wspo­mnień oraz towa­rzy­szą­cych im uczuć prze­ra­że­nia, gniewu i roz­pa­czy.

Psy­chia­trzy, któ­rzy byli pio­nie­rami w sto­so­wa­niu tej metody, rozu­mieli, że uwol­nie­nie trau­ma­tycz­nych wspo­mnień nie wystar­czy, by osią­gnąć trwałe wyle­cze­nie. Kar­di­ner i Spie­gel ostrze­gali, że choć hip­noza może być pomocna w uwol­nie­niu trau­ma­tycz­nych wspo­mnień, to samo katar­tyczne doświad­cze­nie w niczym nie pomoże. Hip­noza zawo­dzi -?wyja­śniali -?jeżeli "bra­kuje odpo­wied­niej kon­ty­nu­acji całego pro­cesu"61. Grin­ker i Spie­gel wie­dzieli rów­nież, że lecze­nie nie zakoń­czy się suk­ce­sem, jeżeli odzy­skane i uwol­nione pod wpły­wem nar­ko­tyku emo­cje nie zostaną ponow­nie zin­te­gro­wane z resztą świa­do­mo­ści. Skutki wojny-?twier­dzili -?"nie są jak napis na tabliczce, który można zetrzeć i tabliczka znowu będzie czy­sta. Wojna pozo­sta­wia trwałe ślady w ludz­kich umy­słach, zmie­nia­jąc je, jak każde z waż­nych wyda­rzeń, przez które ludzie prze­cho­dzą"62.

Z reguły jed­nak te mądre ostrze­że­nia były igno­ro­wane. Nowe metody szyb­kiego lecze­nia ofiar z zabu­rze­niami psy­chicz­nymi uznano wów­czas za wielki suk­ces. Według jed­nego z rapor­tów osiem­dzie­siąt pro­cent wal­czą­cych w dru­giej woj­nie świa­to­wej męż­czyzn, któ­rzy zała­mali się z powodu zbyt sil­nego stresu, w ciągu tygo­dnia powra­cało do jakie­goś rodzaju obo­wiąz­ków. Trzy­dzie­ści pro­cent powra­cało do swo­ich jed­no­stek bojo­wych63. Mało uwagi poświę­cano losowi, który cze­kał tych męż­czyzn po powro­cie do peł­nie­nia obo­wiąz­ków, nie wspo­mi­na­jąc już o ich losie po zakoń­cze­niu wojny i powro­cie do domów. Tak długo, jak mogli funk­cjo­no­wać choćby w mini­mal­nym zakre­sie, uwa­żano ich za wyle­czo­nych. Po zakoń­cze­niu wojny jak zawsze powró­ciła ta sama amne­zja. Publiczne lub medyczne zain­te­re­so­wa­nie sta­nem psy­chicz­nym wra­ca­ją­cych żoł­nie­rzy nie było wiel­kie. Dłu­go­trwałe skutki traumy wojen­nej raz jesz­cze zostały zapo­mniane.

Sys­te­ma­tyczne i zakro­jone na sze­roką skalę bada­nia dłu­go­trwa­łych skut­ków uczest­nic­twa w woj­nie nie zostały pod­jęte aż do cza­sów wojny w Wiet­na­mie. Moty­wa­cja do roz­po­czę­cia badań nie pocho­dziła wtedy od auto­ry­te­tów woj­sko­wych ani medycz­nych, ale była wyni­kiem pracy orga­ni­za­cji zało­żo­nych przez roz­cza­ro­wa­nych wojną żoł­nie­rzy.

W roku 1970, naj­go­ręt­szym okre­sie wojny w Wiet­na­mie, dwaj psy­chia­trzy, Robert Jay Lifton i Chaim Sha­tan, spo­tkali się z przed­sta­wi­cie­lami nowej orga­ni­za­cji noszą­cej nazwę Viet­nam Vete­rans Aga­inst the War (Wete­rani Wojny w Wiet­na­mie prze­ciwko Woj­nie). Ni­gdy wcze­śniej nie zda­rzyło się, by wete­rani orga­ni­zo­wali się prze­ciwko na­dal trwa­ją­cej woj­nie, w któ­rej wcze­śniej brali udział. Zor­ga­ni­zo­wani w tę nie­wielką grupę żoł­nie­rze, spo­śród któ­rych wielu wyróż­niło się praw­dzi­wym męstwem, zwra­cali medale i publicz­nie mówili o popeł­nio­nych przez sie­bie zbrod­niach wojen­nych. Ich dzia­łal­ność wzmac­niała wia­ry­god­ność rosną­cych w siłę ruchów antywojen­nych. "Pod­wa­żali -?pisał Lifton -?powszechny wize­ru­nek szla­chet­nego żoł­nie­rza i panu­ją­cych na woj­nie zasad; uka­zy­wali fał­szy­wość pro­mo­wa­nego w ich kraju obrazu spra­wie­dli­wej wojny"64.

Wystę­pu­jący prze­ciw woj­nie wete­rani utwo­rzyli grupy, które nazy­wali rap gro­ups ("grupy oskar­ży­ciel­skie"). W trak­cie spo­tkań opar­tych na zasa­dach wza­jem­nego zaufa­nia żoł­nie­rze opo­wia­dali i ponow­nie prze­ży­wali trau­ma­tyczne doświad­cze­nia wojenne. Na spo­tka­nia zapra­szali także empa­ty­zu­ją­cych z ich doświad­cze­niem psy­chia­trów, żeby korzy­stać z ich wspar­cia. Sha­tan wyja­śniał póź­niej, dla­czego szu­kali pomocy poza tra­dy­cyj­nymi insty­tu­cjami: "Wielu z nich odczu­wało ból, jak sami o tym mówili. Ale nie chcieli szu­kać pomocy w rzą­do­wych insty­tu­cjach dla wete­ra­nów. (...) Potrze­bo­wali wła­snej prze­strzeni, w któ­rej mogli sami usta­lać zasady"65.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dwu­dzie­stego wieku (przyp. tłum.). [wróć]

W tłu­ma­cze­niu wpro­wa­dzi­łam zasadę sto­so­wa­nia żeń­skich koń­có­wek wszę­dzie tam, gdzie -?choć rze­czow­niki angiel­skie nie mają rodza­jów (tera­peuta, pacjent) -?z uży­wa­nych przez autorkę zaim­ków jasno wynika, że cho­dzi o kobiety (tera­peutki, pacjentki). Ana­lo­gicz­nie, tam gdzie jest mowa o męż­czy­znach (tera­peutach, pacjen­tach), sto­suję koń­cówki męskie. Tam gdzie rze­czow­niki odno­szą się zarówno do męż­czyzn, jak i do kobiet, sto­suję zamien­nie koń­cówki męskie i żeń­skie, a tam gdzie to nie utrud­nia lek­tury -?oba rodzaje (tera­peuci i tera­peutki) (przyp. tłum.). [wróć]

L. Eitin­ger, The Con­cen­tra­tion Camp Syn­drome and Its Late Sequ­elae, w: J. E. Dims­dale (red.), Survi­vors, Vic­tims and Per­pe­tra­tors, New York: Hemi­sphere, 1980, s. 127-62. [wróć]

Ten­den­cja świad­ków, by odwra­cać się od ofiar, jest dokład­nie opi­sana w: M. J. Ler­ner, The Belief in a Just World, New York: Ple­num, 1980. [wróć]

H. Ellen­ber­ger, The Disco­very of the Uncon­scious, New York: Basic Books, 1970, s. 142. [wróć]

M. Micale, Hyste­ria and Its Histo­rio­gra­phy: A Review of Past and Pre­sent Wri­tings, "History of Science" 27, 1989, s. 223-67 i 319-51, cytat: s. 319. [wróć]

Wię­cej o wpły­wie Char­cota zob. Ellen­ber­ger, Disco­very of the Uncon­scious; G. F. Drinka, The Birth of Neu­ro­sis: Myth Malady and the Vic­to­rians, New York: Simon & Schu­s­ter, 1984; E. Sho­wal­ter, The Female Malady: Women, Mad­ness, and English Cul­ture, 1830-1980, New York: Pan­theon, 1985; J. Gold­stein, Con­sole and Clas­sify: The French Psy­chia­tric Pro­fes­sion in the Nine­te­enth Cen­tury, New York: Cam­bridge Uni­ver­sity Press, 1987. [wróć]

A. Mun­the, cytat z: G. Drinka, The Birth of Neu­ro­sis, s. 88. [wróć]

Z. Freud, Char­cot [1893], w: Stan­dard Edi­tion of the Com­plete Psy­cho­lo­gi­cal Works of Sig­mund Freud, t. 3, przeł. J. Stra­chey, Lon­don: Hogarth Press, 1962, s. 19. [wróć]

C. Goetz (red. i tł.), Char­cot the Cli­ni­cian: The Tues­day Les­sons. Excerpts from Nine Case Pre­sen­ta­tions on Gene­ral Neu­ro­logy Deli­ve­red at the Salp?tri?re Hospi­tal in 1887-88, New York: Raven Press, 1987, s. 104-5. [wróć]

Ta rywa­li­za­cja prze­kształ­ciła się w trwa­jącą do końca życia nie­chęć. Każdy twier­dził, że jego odkry­cia były pierw­sze, a ten drugi jest zale­d­wie naśla­dowcą. Patrz: C. Perry, J. R. Lau­rence, Men­tal Pro­ces­sing Out­side of Awa­re­ness: The Con­tri­bu­tions of Freud and Janet, w: K. S. Bowers, D. Meichen­baum (red.), The Uncon­scious Recon­si­de­red, New York: Wiley, 1984. [wróć]

P. Janet, L'anto­ma­ti­sme psy­cho­lo­gi­que: essai de psy­cho­lo­gie expérimentale sur les­for­mes inférienres de lactivité huma­ine, Paris: Félix Alcan, 1889; Paris: Société Pierre Janet/Payot, 1973. [wróć]

J. Breuer, Z. Freud, Stu­dia nad histe­rią, przeł. R. Reszke, War­szawa, 2008, s. 17. [wróć]

Tamże, s. 18. [wróć]

Według Ellen­ber­gera to Janet stwo­rzył ter­min "pod­świa­do­mość" (sub­con­scious). Ellen­ber­ger, Disco­very of the Uncon­scious, s. 413, przyp. 82. [wróć]

Breuer, Freud, Stu­dia nad histe­rią, s. 14. [wróć]

Tamże, s. 34. [wróć]

P. Janet, Etude sur un cas d'abo­ulie et d'idées fixes, "Revue Phi­lo­so­phi­que" 31, 1891, prze­tłu­ma­czone i cyto­wane w: Ellen­ber­ger, Disco­very of the Uncon­scious, s. 365-66. [wróć]

Breuer, Freud, Stu­dia nad histe­rią, s. 37. [wróć]

Tamże, s. 223. [wróć]

Z. Freud, W kwe­stii etio­lo­gii histe­rii, w: Z. Freud, Histe­ria i lęk, przeł. R. Reszke, War­szawa: Wydaw­nic­two KR, 2014, s. 54. [wróć]

M. Bona­parte, A. Freud, E. Kris (red.), The Ori­gins of Psy­cho­ana­ly­sis: Let­ters to Wil­helm Fliess, Dra­fts and Notes by Sig­mund Freud, New York: Basic Books, 1954, s. 215-16. [wróć]

Z. Freud, Frag­ment ana­lizy pew­nej histe­rii, w: Z. Freud, Histe­ria i lęk, s. 73-163. Femi­ni­styczna kry­tyka przy­padku Dory, zob. H. B. Lewis, Psy­chic War in Men and Women, New York: New York Uni­ver­sity Press, 1976; C. Bern­he­imer, C. Kahane (red.), In Dora's Case: Frend-Hyste­ria-Femi­nism, New York: Colum­bia Uni­ver­sity Press, 1985. [wróć]

F. Deutsch, A Foot­note to Freud's "Frag­ment of an Ana­ly­sis of a Case of Hyste­ria", "Psy­cho­ana­ly­tic Quar­terly" 26, 1957, s. 159-67. [wróć]

F. Rush, The Freu­dian Cover-Up, "Chry­sa­lis" 1, 1977, s. 31-45; J. L. Her­man, Father-Dau­gh­ter Incest, Cam­bridge: Harvard Uni­ver­sity Press, 1981; J. M. Mas­son, The Assault on Truth. Freud's Sup­pres­sion of the Seduc­tion The­ory, New York: Far­rar, Straus & Giroux, 1984. [wróć]

Z. Freud, Moje życie i psy­cho­ana­liza, przeł. A. Kowa­li­szyn i B. Wroń­ski, War­szawa, 2012, s. 64. [wróć]

I. Veith, Four Tho­usand Years of Hyste­ria, w: M. Horo­witz (red.), Hyste­ri­cal Per­so­na­lity, New York: Jason Aron­son, 1977, s. 7-93. [wróć]

Według: P. K. Bidel­man, Pariahs Stand Up! The Foun­ding of the Libe­ral Femi­nist Move­ment in France, 1858-1889, West­port, CT: Gre­en­wood Press, 1982, s. 17. [wróć]

J. M. Char­cot, P. Richer, Les démoniagues dans l'art [1881], Paris: Macula, 1984. [wróć]

Gold­stein, Con­sole and Classify. [wróć]

Według: Gold­stein, Con­sole and Clas­sify, s. 372. [wróć]

W. James, Review of Janet's essays, "L'état men­tal des hystériques" and "L'amnésie con­ti­nue", "Psy­cho­lo­gi­cal Review" 1, 1894, s. 195. [wróć]

Wię­cej o histo­rii ruchu sufra­ży­stek w dzie­więt­na­sto­wiecz­nej Fran­cji zob: Bidel­man, Pariahs Stand Up!; C. G. Moses, French Femi­nism in the Nine­te­enth Cen­tury, Albany, NY: State Uni­ver­sity of New York Press, 1984. [wróć]

Według: Gold­stein, Con­sole and Clas­sify, s. 375. [wróć]

G. Tourette, Jean-Mar­tin Char­cot, "Nouvelle lco­no­gra­phie de la Salp?tri?re" 6, 1893, s. 241-50. [wróć]

E. Jones, The Life and Work of Sig­mund Freud, New York: Basic Books, 1953; M. Rosen­baum, Anna O (Ber­tha Pap­pen­heim): Her History, w: M. Rosen­baum M. Muroff (red.), Anna O: Four­teen Con­tem­po­rary Rein­ter­pre­ta­tions, New York: Free Press, 1984, s. 1-25. [wróć]

M. Bona­parte i in. (red.), Ori­gins of Psy­cho­ana­ly­sis, s. 134. [wróć]

Freud, list do Wil­helma Fliessa z 4 maja 1896, Według: Mas­son, Assault on Truth, s. 10. [wróć]

J. M. Mas­son, Assault on Truth; J. Mal­colm, In the Freud Archi­ves, New York: Knopf, 1984. W momen­cie pisa­nia tego tek­stu spór mię­dzy Mas­so­nem a Mal­col­mem na­dal trwał. [wróć]

Mas­son, Assault on Truth. [wróć]

Femi­ni­styczna kry­tyka Freu­dow­skiego rozu­mie­nia psy­cho­lo­gii kobiety jest bar­dzo obszerna. Dwa kla­syczne przy­kłady to: K. Hor­ney, The Fli­ght From Woman­hood: The Mascu­li­nity Com­plex in Women as Vie­wed by Men and by Women, "Inter­na­tio­nal Jour­nal of Psy­cho-Ana­ly­sis" 7, 1926, s. 324-39 oraz K. Mil­lett, Sexual Poli­ties, New York: Double­day, 1969. [wróć]

Według: M. Kaplan, Anna O and Ber­tha Pap­pen­heim: An Histo­ri­cal Per­spec­tive, w: Rosen­baum, Muroff, Anna O, s. 107. [wróć]

Według: M. Rosen­baum, Anna O. (Ber­tha Pap­pen­heim): Her History, w: Rosen­baum, Muroff, Anna O, s. 22. [wróć]

Według: Kaplan, Anna O and Ber­tha Pap­pen­heim, s. 114. [wróć]

Sho­wal­ter, The Female Malady, s. 168-70. [wróć]

C. S. Myers, Shell Shock in France, Cam­bridge: Cam­bridge Uni­ver­sity Press, 1940. [wróć]

A. Leri, Shell Shock: Com­mo­tio­nal and Emo­tio­nal Aspects, Lon­don: Uni­ver­sity of Lon­don Press, 1919, s. 118. [wróć]

Według: Sho­wal­ter, The Female Malady, s. 177. [wróć]

P. Fus­sell (red.), Sieg­fried Sas­soon's Long Jour­ney: Selec­tions­from the Sher­ston Memo­irs, New York: Oxford Uni­ver­sity Press, 1983, s. xiv. [wróć]

R. Gra­ves, Wszyst­kiemu do widze­nia, przeł. T. Wyżyń­ski, War­szawa, 1991, s. 221. [wróć]

P. Fus­sell, Sas­soon's Long Jour­ney, s. 134, 136. [wróć]

Tamże, s. 141. [wróć]

A. Kar­di­ner, My Ana­ly­sis with Freud, New York: Nor­ton, 1977, s. 52. [wróć]

Tamże, s. 110-11. [wróć]

Tamże, s. 27, 101. [wróć]

A. Kar­di­ner, H. Spie­gel, War, Stress, and Neu­ro­tic Ill­ness (popr. wyd. The Trau­ma­tic Neu­ro­ses of War), New York: Hoeber, 1947, s. 1. [wróć]

Tamże, s. 406. [wróć]

J. W. Appel, G. W. Beebe, Pre­ven­tive Psy­chia­try: An Epi­de­mio­lo­gi­cal Appro­ach, "Jour­nal of the Ame­ri­can Medi­cal Asso­cia­tion" 131, 1946, s. 1468-71, cytat: s. 1470. [wróć]

R. R. Grin­ker, J. Spie­gel, Men Under Stress, Phi­la­del­phia: Bla­ke­ston, 1945. [wróć]

Grin­ker, Spie­gel, Men Under Stress; Kar­di­ner, Spie­gel, War, Stress. [wróć]

Kar­di­ner, Spie­gel, War, Stress, s. 365. [wróć]

Grin­ker, Spie­gel, Men Under Stress, s. 371. [wróć]

J. Ellis, The Sharp End of War: The Figh­ting Man in World War I, Lon­don: David and Char­les, 1980. [wróć]

R. J. Lifton, Home from the War: Viet­nam Vete­rans: Neither Vic­tims nor Exe­cu­tio­ners, New York: Simon & Schu­s­ter, 1973, s. 31. [wróć]

Inte­rview with Chaim Sha­tan, "McGill News", Mont­real, Quebec, luty 1983. [wróć]