p

Towarzyski poradnik dla panien bez posagu. Powieść - Sophie Irwin

Kup ebooka

36.00 zł
28.08 zł (28,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Ne­tley Cot­ta­ge, Bid­ding­ton, hrab­stwo Dor­set, rok 1818

- Nie oże­nisz się ze mną? - po­wtó­rzy­ła z nie­do­wie­rza­niem pan­na Tal­bot.

- Bar­dzo mi przy­kro. - Na twa­rzy Char­le­sa Lin­fiel­da po­ja­wił się prze­pra­sza­jący uśmiech. Był to gry­mas z ga­tun­ku tych, ja­ki­mi się uspra­wie­dli­wia nie­obec­no­ść na przy­jęciu uro­dzi­no­wym przy­ja­cie­la, a nie za­ko­ńcze­nie trwa­jące­go od dwóch lat na­rze­cze­ństwa.

Pa­trzy­ła na nie­go, nie ro­zu­mie­jąc. Ka­the­ri­ne Tal­bot (dla krew­nych i przy­ja­ciół Kit­ty) nie przy­wy­kła do tego, że cze­goś nie ro­zu­mie. Praw­dę mó­wi­ąc, wśród ro­dzi­ny i miesz­ka­ńców Bid­ding­ton była zna­na wła­śnie ze swe­go spry­tu i ta­len­tu do prak­tycz­ne­go roz­wi­ązy­wa­nia pro­ble­mów. Te­raz jed­nak Kit­ty zna­la­zła się w krop­ce. Ona i Char­les mie­li się po­brać. Wie­dzia­ła o tym od lat. I co? Nic? Co wy­pa­da po­wie­dzieć, jak się czuć w ob­li­czu ta­kiej no­wi­ny? Wszyst­ko się na­gle zmie­ni­ło, choć Char­les wy­glądał wci­ąż tak samo w stro­ju, w któ­rym wi­dy­wa­ła go set­ki razy. No­sił się nie­dba­le, na co tyl­ko bo­ga­ci mo­gli so­bie po­zwo­lić. Zdob­nie wy­szy­wa­na ka­mi­zel­ka nie była za­pi­ęta na wszyst­kie gu­zi­ki, a ja­skra­wy fu­lar na szyi bar­dziej za­mo­ta­ny niż schlud­nie zwi­ąza­ny. Mógł się choć od­po­wied­nio ubrać, po­my­śla­ła, pa­trząc na nie­chluj­ny węzeł z ro­snącym obu­rze­niem.

Coś z tego wzbu­rze­nia mu­sia­ło od­ma­lo­wać się na twa­rzy, po­nie­waż pan Lin­field w jed­nej chwi­li po­rzu­cił ma­skę uprzej­me­go pro­tek­cjo­ni­zmu i przy­brał minę nadąsa­ne­go wy­rost­ka.

- Och, nie mu­sisz pa­trzeć na mnie w ten spo­sób - wy­pa­lił. - Prze­cież ni­cze­go so­bie ofi­cjal­nie nie obie­cy­wa­li­śmy.

- Ni­cze­go ofi­cjal­nie nie obie­cy­wa­li­śmy? - Gniew po­wró­cił z całą mocą i Kit­ty od­kry­ła, że, praw­dę mó­wi­ąc, jest wście­kła. Co za nie­po­praw­ny łaj­dak! - Roz­ma­wia­my o ma­łże­ństwie od dwóch lat. Zwle­ka­li­śmy z nim tak dłu­go tyl­ko przez wzgląd na śmie­rć mo­jej mat­ki i cho­ro­bę ojca! Obie­ca­łeś mi. Wie­le rze­czy mi obie­ca­łeś!

- Szcze­niac­kie ga­da­nie - za­pro­te­sto­wał, a po­tem do­dał z upo­rem: - Poza tym nie mo­głem wszyst­kie­go od­wo­łać, kie­dy twój oj­ciec był na łożu śmier­ci. To nie by­ło­by wła­ści­we.

- Ach tak? Więc te­raz, kie­dy uma­rł, mo­żesz mnie wresz­cie po­rzu­cić? Choć mie­si­ąc nie mi­nął, od­kąd spo­czął w gro­bie? Na­praw­dę uwa­żasz, że te­raz to już wła­ści­we?

Char­les prze­cze­sał wło­sy dło­nią i zer­k­nął w stro­nę drzwi.

- Po­słu­chaj, na­praw­dę nie wi­dzę sen­su tej dys­ku­sji, kie­dy je­steś w ta­kim na­stro­ju. - Przy­brał ton śmier­tel­nie znu­żo­ne­go czło­wie­ka, któ­ry tra­ci reszt­ki cier­pli­wo­ści. - Po­wi­nie­nem już iść.

- Iść? Nie mo­żesz tak po pro­stu ze­rwać za­ręczyn i na­wet się nie zdo­być na sło­wo wy­ja­śnie­nia! Wi­dzie­li­śmy się w ze­szłym ty­go­dniu, roz­ma­wia­li­śmy o ślu­bie w maju! Zo­sta­ło mniej niż trzy mie­si­ące!

- Być może po­wi­nie­nem był na­pi­sać list - mruk­nął, wci­ąż pa­trząc tęsk­nie w kie­run­ku drzwi. - Mary twier­dzi­ła, że le­piej to zro­bić oso­bi­ście, lecz wy­da­je mi się, że li­stow­nie by­ło­by pro­ściej. Nie po­tra­fię sku­pić my­śli, kie­dy tak wrzesz­czysz.

Kit­ty od­su­nęła na bok całą masę iry­tu­jących szcze­gó­łów i z in­tu­icją praw­dzi­we­go łow­cy sku­pi­ła się na je­dy­nej istot­nej in­for­ma­cji.

- Mary? - spy­ta­ła ostro. - Mary Spen­cer? A co ona ma z tym wspól­ne­go? Nie mia­łam po­jęcia, że wró­ci­ła do Bid­ding­ton.

- No cóż, więc tak, otóż... - za­jąk­nął się pan Lin­field; kro­pel­ki potu zro­si­ły mu brew. - Mat­ka za­pro­po­no­wa­ła jej, aby za­trzy­ma­ła się u nas na ja­kiś czas. Moje sio­stry wiel­ce zy­ska­ją, na­wi­ązu­jąc zna­jo­mo­ści z in­ny­mi mło­dy­mi da­ma­mi.

- I roz­ma­wia­łeś z pan­ną Spen­cer na te­mat na­szych za­ręczyn?

- No cóż, ow­szem. Wy­ka­za­ła wie­le wspó­łczu­cia i zro­zu­mie­nia w tej sy­tu­acji... w obu sy­tu­acjach... i mu­szę stwier­dzić, że do­brze było móc... po­roz­ma­wiać z kimś o tym.

Kit­ty przez chwi­lę mil­cza­ła. Po­tem spy­ta­ła to­nem nie­mal obo­jęt­nym:

- Pa­nie Lin­field, czy ma pan za­miar się oświad­czyć pan­nie Spen­cer?

- Ależ skąd! To zna­czy, jak by to po­wie­dzieć... my już... więc po­my­śla­łem, że naj­le­piej będzie, je­śli przyj­dę i...

- Ro­zu­miem - prze­rwa­ła mu i na­praw­dę w tej chwi­li wszyst­ko zro­zu­mia­ła. - No cóż, chy­ba nie po­zo­sta­je mi nic in­ne­go, jak po­gra­tu­lo­wać panu pew­no­ści sie­bie, pa­nie Lin­field. To do­praw­dy wy­czyn: oświad­czyć się ko­bie­cie, będąc rów­no­cze­śnie za­ręczo­nym z dru­gą. Bra­wo!

- O, wła­śnie! Za­wsze to ro­bisz! - wy­krzyk­nął, zdo­by­wa­jąc się wresz­cie na od­wa­gę. - Za­gma­twasz wszyst­ko, prze­kręcisz, aż w ko­ńcu nie wia­do­mo, co i jak. Nie przy­szło ci do gło­wy, że być może chcia­łem oszczędzić ci przy­kro­ści? Unik­nąć mó­wie­nia ci praw­dy pro­sto w oczy? Że chcąc ro­bić ka­rie­rę w po­li­ty­ce, rzu­ci­łbym so­bie kło­dę pod nogi, że­ni­ąc się z kimś ta­kim jak ty?

Była wstrząśni­ęta, sły­sząc jego drwi­ący ton.

- A to co niby ma zna­czyć? - syk­nęła.

Roz­ło­żył ręce, jak­by chciał, żeby ro­zej­rza­ła się wo­ko­ło. Nie zro­bi­ła tego, po­nie­waż wie­dzia­ła, co zo­ba­czy. By­wa­ła w tym po­ko­ju ka­żde­go dnia swo­je­go ży­cia. Wy­tar­te szez­lon­gi sku­pio­ne przy ko­min­ku dla cie­pła... Nie­gdyś ele­ganc­ki ki­lim nad gzym­sem zje­dzo­ny przez mole i wy­strzępio­ny... Pó­łki, na któ­rych kie­dyś sta­ły ksi­ążki, te­raz świe­ci­ły pust­ka­mi...

- Mo­że­my miesz­kać w sąsiedz­twie, ale po­cho­dzi­my z zu­pe­łnie od­mien­nych świa­tów. - Znów wy­ko­nał gest ręko­ma. - Je­stem dzie­dzi­cem szla­chec­kie­go rodu, a mama i pan­na Spen­cer po­mo­gły mi tyl­ko zro­zu­mieć, że nie stać mnie na me­za­lians, je­śli chcę do cze­goś do­jść.

Kit­ty jesz­cze ni­g­dy w ży­ciu nie sły­sza­ła tak wy­ra­źnie bi­cia wła­sne­go ser­ca. Gło­śno dud­ni­ło jej w uszach. A więc ma­łże­ństwo z nią by­ło­by me­za­lian­sem?

- Pa­nie Lin­field - po­wie­dzia­ła spo­koj­nie, acz sta­now­czo. - Wy­ja­śnij­my coś so­bie. Nie miał pan za­strze­żeń do na­sze­go zwi­ąz­ku, do­pó­ki nie spo­tkał się pan zno­wu ze ślicz­ną pan­ną Spen­cer. Wspo­mniał pan o szla­chec­kim ro­dzie? Nie spo­dzie­wa­łam się, iż ak­cep­to­wa­ne jest w nim za­cho­wa­nie nie­god­ne dżen­tel­me­na. Być może po­win­nam dzi­ęko­wać lo­so­wi, że po­ka­zał pan w porę, jak ca­łko­wi­cie po­zba­wio­ny jest ho­no­ru. Za­nim by­ło­by za pó­źno.

Ka­żdym zda­niem ude­rza­ła z siłą i pre­cy­zją Joh­na Jack­so­na, zna­ne­go bok­se­ra na gołe pi­ęści, a pan Lin­field - daw­niej­szy Char­les - co­fał się z ka­żdym pa­da­jącym sło­wem.

- Jak śmiesz mó­wić ta­kie rze­czy? - spy­tał wstrząśni­ęty. - Nie­god­ne dżen­tel­me­na? To nie­praw­da, a ty zwy­czaj­nie hi­ste­ry­zu­jesz. - Po­cił się już ob­fi­cie i wił nie­zręcz­nie w po­trza­sku. - Ja na­praw­dę pra­gnę, by­śmy po­zo­sta­li przy­ja­ció­łmi, Kit...

- Pan­no Tal­bot - po­pra­wi­ła go z lo­do­wa­tym spo­ko­jem. Czu­ła wście­kło­ść pul­su­jącą w cie­le, ale opa­no­wa­ła ją, ostrym ge­stem wska­zu­jąc drzwi. - Będzie pan ła­ska­wy za­mknąć za sobą, wy­cho­dząc.

Skło­nił się krót­ko i z wy­ra­źną ulgą umknął, nie ogląda­jąc się za sie­bie.

Kit­ty sta­ła przez mo­ment bez ru­chu, wstrzy­mu­jąc od­dech, jak­by ka­ta­stro­fę, któ­ra się wła­śnie wy­da­rzy­ła, mo­gła w ten spo­sób po­wstrzy­mać przed dal­szym roz­wo­jem. Po­tem po­de­szła do okna, przez któ­re wpa­da­ło po­ran­ne sło­ńce, opa­rła czo­ło o szy­bę i za­częła po­wo­li, głębo­ko od­dy­chać. Roz­ta­czał się stąd wi­dok na ogród. Wła­śnie za­czy­na­ły kwit­nąć żon­ki­le. Grząd­ki wa­rzyw­ni­ka wci­ąż po­ra­sta­ło ziel­sko, a bie­ga­jące swo­bod­nie kury szu­ka­ły ro­ba­ków. Ży­cie na ze­wnątrz to­czy­ło się da­lej, choć po tej stro­nie szy­by wszyst­ko le­gło w ru­inie.

Zo­sta­ły same. Kom­plet­nie same i nie było ni­ko­go, do kogo mo­gły­by się zwró­cić. Mama i papa ode­szli, a w go­dzi­nie naj­wi­ęk­szej po­trze­by, kie­dy jak ni­g­dy w ży­ciu pra­gnęła rady, nie mo­gła o nią po­pro­sić, bo zwy­czaj­nie nie mia­ła kogo. Czu­ła na­ra­sta­jącą pa­ni­kę. Co te­raz będzie?

Pew­nie mo­gła­by tkwić w tej po­zy­cji przez kil­ka go­dzin, gdy­by nie młod­sza sio­stra, dzie­si­ęcio­let­nia Jane, któ­ra po paru mi­nu­tach wtar­gnęła do środ­ka, na­pu­szo­na jak kró­lew­ski po­sła­niec.

- Kit­ty, gdzie jest ksi­ążka Ce­ci­ly? - za­py­ta­ła.

- Wczo­raj wi­dzia­łam ją w kuch­ni - od­pa­rła Kit­ty, nie od­wra­ca­jąc wzro­ku od okna. Po­win­na dziś po po­łud­niu wy­ple­wić miej­sce na kar­czo­chy. Lada chwi­la trze­ba je będzie sa­dzić. Usły­sza­ła jak­by z od­da­li, że Jane woła do Ce­ci­ly, prze­ka­zu­jąc jej sło­wa.

- Już tam spraw­dza­ła - na­de­szła od­po­wie­dź.

- To niech zer­k­nie jesz­cze raz. - Kit­ty od­pra­wi­ła ją nie­cier­pli­wym mach­ni­ęciem ręki.

Drzwi się otwa­rły, po czym za­mknęły z hu­kiem.

- Mówi, że jej tam nie ma, a je­śli ją sprze­da­łaś, to będzie bar­dzo zła, bo to był pre­zent od pa­sto­ra.

- Och, na li­to­ść bo­ską! - wy­pa­li­ła Kit­ty. - Mo­żesz prze­ka­zać Ce­ci­ly, że nie mam gło­wy ani ocho­ty szu­kać jej głu­piej ksi­ążki, bo wła­śnie zo­sta­łam po­rzu­co­na i po­trze­bu­ję chwi­li, żeby do­jść do sie­bie. Czy na­praw­dę żądam zbyt wie­le?!

Jane prze­ka­za­ła sio­strze tę nie­zwy­kłą wia­do­mo­ść i chwi­lę pó­źniej wszy­scy do­mow­ni­cy, czy­li czte­ry młod­sze pan­ny Tal­bot oraz pies Bram­ble, zna­le­źli się w sa­lo­nie, bły­ska­wicz­nie wy­pe­łnia­jąc go gwa­rem.

- Kit­ty, o co cho­dzi z tym po­rzu­ce­niem? Pan Lin­field na­praw­dę ze­rwał za­ręczy­ny?

- Ni­g­dy go nie lu­bi­łam. Kle­pał mnie po gło­wie, jak­bym była dziec­kiem.

- Nie ma jej w kuch­ni, mó­wię ci.

Nie od­ry­wa­jąc czo­ła od szy­by, Kit­ty la­ko­nicz­nie stre­ści­ła im, co za­szło. Kie­dy sko­ńczy­ła, za­pa­dła ci­sza. Sio­stry nie­pew­nie zer­ka­ły na sie­bie. Po kil­ku chwi­lach Jane, któ­ra zdąży­ła się znu­dzić, po­de­szła do trzesz­czące­go for­te­pia­nu i wy­bęb­ni­ła na kla­wi­szach ra­do­sną me­lo­dię. Ni­g­dy nie bra­ła lek­cji gry, ale bra­ki warsz­ta­tu nad­ra­bia­ła siłą i we­rwą.

- To okrop­ne - wy­krztu­si­ła w ko­ńcu dzie­wi­ęt­na­sto­let­nia Be­atri­ce, naj­bli­ższa Kit­ty za­rów­no wie­kiem, jak i uspo­so­bie­niem. - Och, Kit­ty, naj­dro­ższa. Tak mi przy­kro. Mu­sisz mieć zła­ma­ne ser­ce.

Kit­ty gwa­łtow­nie od­wró­ci­ła gło­wę.

- Zła­ma­ne ser­ce? Be­atri­ce, nie o to cho­dzi! Bez tego ma­łże­ństwa je­ste­śmy zruj­no­wa­ne. Ro­dzi­ce zo­sta­wi­li nam dom, ale wraz z nim zdu­mie­wa­jącą wręcz ilo­ść dłu­gów. Li­czy­łam na to, że ma­jątek Lin­fiel­dów nas oca­li.

- Pla­no­wa­łaś wy­jść za pana Lin­fiel­da dla pie­ni­ędzy? - spy­ta­ła Ce­ci­ly z wy­ra­źną na­ga­ną w gło­sie. Ro­dzin­na in­te­lek­tu­alist­ka, o rok młod­sza od Be­atri­ce, była po­strze­ga­na przez resz­tę sióstr jako oso­ba o ra­czej prze­sad­nym po­czu­ciu mo­ral­no­ści.

- No cóż, jak wi­dać, nie dla jego uczci­wo­ści i dżen­tel­me­ńskie­go ho­no­ru - od­pa­rła Kit­ty gorz­ko. - Szko­da, że nie mia­łam dość ro­zu­mu, żeby za­ła­twić to szyb­ciej. Nie po­win­ni­śmy byli od­kła­dać ślu­bu, kie­dy mama zma­rła. Prze­cież wie­dzia­łam, że zbyt dłu­gie za­ręczy­ny to pro­sze­nie się o kło­po­ty. Ale papa uwa­żał, że to będzie nie­sto­sow­ne!

- Jak bar­dzo źle wy­gląda na­sza sy­tu­acja? - spy­ta­ła Be­atri­ce.

Kit­ty pa­trzy­ła na nią przez chwi­lę w mil­cze­niu. Jak ma to po­wie­dzieć? Jak zdo­ła im wy­tłu­ma­czyć, co je cze­ka?

- Jest... po­wa­żna - stwier­dzi­ła ostro­żnie. - Papa za­sta­wił dom u ja­ki­chś po­dej­rza­nych lu­dzi. To, co uda­ło mi się sprze­dać, ksi­ążki, sre­bra, tro­chę klej­no­tów mamy, star­czy­ło, by na ra­zie trzy­ma­li się z dala. Ale pierw­sze­go czerw­ca wró­cą. Zo­sta­ły nie­ca­łe czte­ry mie­si­ące. Je­śli nie zgro­ma­dzi­my wy­star­cza­jącej sumy albo nie zdo­ła­my ich prze­ko­nać, że będzie­my w sta­nie ją spła­cić...

- ...będzie­my mu­sia­ły się wy­nie­ść? Ale to prze­cież nasz dom! - War­gi Har­riet za­drża­ły. Czwar­ta w ko­lej­no­ści cór­ka pa­ństwa Tal­bot była bar­dziej wra­żli­wa niż Jane, choć i ta prze­sta­ła grać. Sie­dzia­ła ci­cho na sto­łku, przy­gląda­jąc się po­zo­sta­łym.

Kit­ty nie mia­ła ser­ca, by po­wie­dzieć im ja­sno, że cze­ka je coś gor­sze­go niż opusz­cze­nie domu. Pie­ni­ądze ze sprze­da­ży Ne­tley Cot­ta­ge le­d­wie po­kry­ją dłu­gi. Dla nich nie zo­sta­nie już nic. A sko­ro nie mia­ły do­kąd pó­jść i nie wi­dać było pew­nych źró­deł do­cho­du, przy­szło­ść ma­lo­wa­ła się w czar­nych bar­wach. Nie będą mia­ły wy­bo­ru. Będą mu­sia­ły się roz­dzie­lić, to oczy­wi­ste. Ona i Be­atri­ce znaj­dą za­pew­ne pra­cę w Sa­lis­bu­ry lub któ­ry­mś z oko­licz­nych ma­jąt­ków - jako po­ko­jów­ki lub, je­śli do­pi­sze im szczęście, pan­ny do to­wa­rzy­stwa u ja­ki­chś le­ci­wych dam. Ce­ci­ly... no cóż, Kit­ty nie po­tra­fi­ła so­bie wy­obra­zić, że Ce­ci­ly wy­ko­nu­je czy­jeś po­le­ce­nia, ale z jej wy­kszta­łce­niem mia­ła szan­sę za­trud­nić się w szko­le. Har­riet - taka jesz­cze mło­dziut­ka! - mu­sia­ła­by się za­do­wo­lić ka­żdym miej­scem, któ­re za­pew­ni jej wikt i dach nad gło­wą. A Jane... Pani Pal­mer z mia­stecz­ka, choć zwy­czaj­nie wred­na, za­wsze mia­ła do niej sła­bo­ść. Może uda się ją prze­ko­nać, żeby przy­jęła Jane, póki nie pod­ro­śnie i ta­kże nie znaj­dzie dla sie­bie po­sa­dy.

Wy­obra­zi­ła je so­bie, roz­dzie­lo­ne, rzu­co­ne przez los w ró­żne stro­ny świa­ta. Czy kie­dy­kol­wiek będą zno­wu ra­zem, jak te­raz? A je­że­li przy­szło­ść ry­su­je się jesz­cze go­rzej niż ta do­sta­tecz­nie już czar­na wi­zja? Mi­gnęły jej przed ocza­mi wy­nędz­nia­łe twa­rze sióstr, na­zna­czo­ne gło­dem i roz­pa­czą. Nie zdąży­ła jesz­cze uro­nić łzy po panu Lin­fiel­dzie - choć po praw­dzie nie­wart był łez - ale te­raz uczu­ła, jak coś do­tkli­wie ści­ska ją w gar­dle. Tak wie­le już stra­ci­ły. To Kit­ty mu­sia­ła wy­tłu­ma­czyć sio­strom, że mama nie wy­do­brze­je. To ona prze­ka­za­ła im wie­ść o śmier­ci papy. Jak ma te­raz po­wie­dzieć, że naj­gor­sze jesz­cze przed nimi? Nie znaj­do­wa­ła od­po­wied­nich słów. Nie była mamą, któ­ra na ka­żde ski­nie­nie po­tra­fi­ła wy­cza­ro­wać krze­pi­ącą po­cie­chę, ani tatą, któ­ry za­wsze uwa­żał, że wszyst­ko będzie do­brze, a mó­wił to z taką pew­no­ścią, że trud­no było mu nie wie­rzyć. Nie. Kit­ty była ro­dzin­ną spe­cja­list­ką od roz­wi­ązy­wa­nia pro­ble­mów, ale ten ją prze­ró­sł. Sama tyl­ko wola nie star­czy, by go roz­wi­ązać. Roz­pacz­li­wie pra­gnęła móc dzie­lić z kimś brze­mię, za ci­ężkie dla wątłych bar­ków dwu­dzie­sto­lat­ki. Ale nie mia­ła ni­ko­go. Sio­stry pa­trzy­ły na nią w sku­pie­niu, wci­ąż pew­ne, że wszyst­kie­mu za­ra­dzi. Jak za­wsze.

Czas na roz­pacz mi­nął. Nie pod­da się. Nie może się pod­dać bez wal­ki. Prze­łk­nęła łzy i wy­pro­sto­wa­ła ra­mio­na.

- Do pierw­sze­go czerw­ca zo­sta­ło nam pra­wie czte­ry mie­si­ące - po­wie­dzia­ła z mocą, od­su­wa­jąc się od okna. - To dość cza­su, jak sądzę, by do­ko­nać cudu. W ta­kim ma­łym mia­stecz­ku jak Bid­ding­ton uda­ło mi się zło­wić ma­jęt­ne­go na­rze­czo­ne­go. Choć oka­zał się kręta­czem i wia­ro­łom­cą, nie ma po­wo­du przy­pusz­czać, że nie da się tego wy­czy­nu zwy­czaj­nie po­wtó­rzyć.

- Wąt­pię, żeby w oko­li­cy miesz­ka­ło wie­lu bo­ga­tych ka­wa­le­rów - za­uwa­ży­ła Be­atri­ce.

- Otóż to! - od­pa­rła Kit­ty z oży­wie­niem. W jej oczach roz­go­rzał pło­mień. - Dla­te­go wła­śnie po­win­nam się prze­nie­ść na ży­źniej­szy grunt. Be­atri­ce, przej­mu­jesz do­wo­dze­nie. Wy­je­żdżam do Lon­dy­nu.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki
Za­pra­sza­my na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­na­łuA Lady's Gu­ide to For­tu­ne-Hun­ting
Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA LE­NART - RERA DE­SIGN
Fo­to­gra­fie na okład­ce? flo­ral­pro/Ado­be Stock ? Vec­tor Tra­di­tion/Ado­be Stock ? Mi­cro­One/Ado­be Stock
Ko­or­dy­na­cja pro­jek­tuALEK­SAN­DRA CHY­TROŃ-KO­CHA­NIEC
Re­dak­cjaELŻBIE­TA SPA­DZI­ŃSKA-ŻAK
Ko­rek­taUR­SZU­LA WŁO­DAR­SKA
Re­dak­cja tech­nicz­naLO­REM IP­SUM - RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Co­py­ri­ght ? 2022 Ir­win Edi­to­rial Li­mi­ted
Po­lish edi­tion ? Pu­bli­cat S.A. MMXXII (wy­da­nie elek­tro­nicz­ne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgod­ne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­to­ra, w tym nie­le­gal­ne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nio­ne.
All ri­ghts re­se­rved.
ISBN 978-83-271-6270-0
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bo­wa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fi­ce@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wa­le 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksia­zni­ca@pu­bli­cat.pl