Przedmowa. Do pełnego nie nalejesz, czyli pot, kurz i ciastko z lukrem
PRZEDMOWA
Do pełnego nie nalejesz,
czyli pot, kurz i ciastko z lukrem
Nie wciśniesz nowej sukienki do przepełnionej szafy. A nawet jeśli to
zrobisz, to wyjmiesz ją pogniecioną i przesiąkniętą zapachem
wczorajszych kreacji. Nie upchniesz nowych znajomości i aktywności w grafik wypełniony starymi zobowiązaniami. Nie zmienisz jakości relacji z bliskimi, jeśli nie pozbędziesz się dawnych przekonań. Nie nabierzesz
sił, nie wypiękniejesz, jeśli nie porzucisz szkodliwych nawyków. Jeżeli
więc pragniesz nowej jakości w życiu, musisz pozbyć się części tego, co
obecnie zajmuje w nim przestrzeń, co odbiera siły i chęć do działania.
Żeby obudzić swoje moce, musisz mieć jasną intencję, konkretne cele i skuteczne narzędzia, by osiągnąć to, co sobie wymarzysz.
Deburdelizacja jest książką do przepracowania. Kiedy skończysz,
powinna być wypełniona wpisami, wymiętolona, pobazgrana i poplamiona,
nie tylko kawą i lukrem z ciastka, ale przede wszystkim potem i kurzem.
Jeśli czytasz e-booka lub słuchasz wersji audio, przygotuj sobie notes,
który będzie ci towarzyszył w nadchodzącej transformacji twojego życia,
domu i serca.
Oczyszczanie, czyli tańcząca z garami
Pisanie to koszmar, to niebo, to męka, to ekstaza, to makabra, to
satysfakcja i radość. To bezdenne doły i wielkie szczytowania... To
dwubiegunówka i biegunka emocjonalna równocześnie. To jak wykluwanie się
motyla, jak próba ucieczki robaka z haczyka... Jeszcze wczoraj obiecywałam
sobie, że już nigdy więcej nie napiszę żadnej książki, że wezmę się do
jakiejś porządnej roboty... Wyobrażasz sobie rok mozolnej pracy na
dobrowolnym wygnaniu, bez zapłaty, bez gwarancji sukcesu, na mentalnym
bezludziu pośrodku gwarnych knajp i rozkrzyczanych skwerów pełnych
ludzi?! Wczoraj skończyłam wymęczone, wymiętolone w moich zwojach
mózgowych dzieło, które pisałam przez ponad rok, i już chwilę po
wciśnięciu guzika "ZAPISZ", złapałam się na tym, że w jajowodzie mojej
literackiej płodności dojrzała Deburdelizacja. Ze zdumieniem poczułam,
że mój mózg niczym gąbka nasiąknięty jest już treścią, która pragnie
(żąda!) być przelana i wydana tobie w niewolę. Nie potrafię odmówić
sobie ekstazy kolejnych miesięcy porodu bez znieczulenia. Pisząc te
wersy, czuję, jak z każdym słowem głębiej oddycham, jak serce szybciej
mi bije, kręgosłup mrowi, a umysł oczyszcza się z treści. Bo właśnie o oczyszczaniu tym razem będzie. Przeciągnę cię przez taką oczyszczalnię,
że kiedy skończymy, nie poznasz swojego domu, swoich relacji, kariery,
umysłu, ciała ani duszy. Niczego nie oszczędzimy. Będziesz
zdeburdelizowana na wylot, do samego spodu, do ostatniej myśli.
Czyściutka, z oczami błyszczącymi ekscytacją, ze spokojem w każdym
pokoju twojego domu, twojego serca i twojej duszy.
W trakcie pracy nad tą książką zaczęłam planować jej wydanie. "Może
najlepiej będzie na wiosnę", pomyślałam. W końcu mamy w tradycji coś
takiego jak wiosenne porządki. Ale mamy też świąteczne porządki, mamy
porządki letnie, kiedy dzieci wyjeżdżają na wakacje, i mamy też
gruntowne sprzątanie po ich powrocie, kiedy okazuje się, że wyrosły z butów i spodni, a przed nadchodzącym rokiem szkolnym trzeba zrobić
miejsce na nowe książki i przybory. Do sprzątania okazja nadarza się,
gdy ktoś się wyprowadza albo gdy właśnie ma się wprowadzić, kiedy ktoś
odchodzi z tego świata, ale i kiedy nowy członek rodziny pojawia się na
świecie i trzeba zrobić mu miejsce wśród nas. Kiedy więc jest najlepszy
czas, by rozpocząć deburdelizację? Nigdy. Albo inaczej: ZAWSZE. Dlatego
zamiast kombinować, co by tu zrobić, żeby przełożyć początek pisania na
"wieczne jutro", zaczęłam natychmiast po ukończeniu poprzedniej książki.
Zawsze znajdziesz tysiąc powodów, by "jeszcze nie dzisiaj". Bo zmęczona,
bo katar, bo lepiej, jak dzieci wyjadą, bo kot linieje, bo śmieci wywożą
za tydzień... Lista wymówek może być długa i bardzo zacna. Przyjmij więc
do wiadomości, że nigdy nie będzie właściwego czasu na rozpoczęcie
porządków. Twój bałaganik jest twoją cieplutką strefą komfortu. Twój
wewnętrzny chaos jest twoją strefą komfortu, twoje zagracone życie jest
jak zagracone biurko, na którym tylko ty jesteś w stanie znaleźć
poszukiwany dokument, a kiedy posprzątasz, będziesz musiała się
przyzwyczaić do nowego ładu. Dlatego nie ma jednej właściwej recepty na
sprzątanie. Nie ma uniwersalnego schematu prawidłowego ułożenia naczyń i sztućców. Jest wzorzec idealny dla ciebie. To taki porządek, w którym ty
poczujesz się dobrze. Wynika on z twojego wewnętrznego systemu
porządkowania i segregowania emocji, zdarzeń, ludzi i przedmiotów.
Porządkując przestrzeń wokół siebie, uporządkujesz siebie w środku.
Jeśli zrobisz porządek ze swoimi emocjami, przestrzeń wokół ciebie też
się zmieni. Przepływ energii będzie bardziej swobodny, bo bez zbędnych
przeszkód. Wibracje, jakimi będziesz emanować, zatańczą w przestrzeni
wokół ciebie, zapraszając zdarzenia i ludzi o tak samo wysokich
wibracjach jak twoje. Więcej, lekko pląsając przez życie, będziesz
zarażać pozytywną energią dzieci, partnera, kota, a nawet ciuchy, kluchy
i gary. Dlatego deburdelizacja to nie tylko sprzątanie piwnicy, to
sztuka robienia przestrzeni we wszystkich wymiarach życia. Przestrzeni,
by pomieścić to, co lepsze, piękniejsze, nowe, zdrowe, bardziej
wartościowe i satysfakcjonujące.
Wielki chaos, czyli walizki, szpilki i czajnik elektryczny
Przyleciałam z Kanady do Polski w 1994 roku na wakacje. Moje wakacje
trwają już trzydzieści lat. Miałam ze sobą jedną walizkę, a w niej kilka
par majtek, skąpe bikini, jakiś sweter i parę kiecek. Wszystko w rozmiarze 34, więc te ciuchy miejsca zajmowały naprawdę niewiele.
Przyjechałam na wymianę. To znaczy moja mama wymieniła się dziećmi ze
swoją koleżanką: mama wzięła do Kanady jej syna, a koleżanka wzięła
mnie. Mieszkałam w chłopięcym pokoju przez dwa miesiące, choć przez
większość czasu wcale mnie tam nie było. Pojechałam najpierw z koleżanką
pociągiem nad Bałtyk, a potem wybrałam się z kolegą kamperem nad
mazurskie jezioro. Wszędzie ciągnęłam ze sobą wszystkie swoje graty, bo
tyle ich było, że nie miałam czego zostawić. Byłam nomadem, zanim
wiedziałam, co to słowo znaczy. Przyszedł koniec wakacji, a mnie się w Polsce spodobało. Spodobał mi się też chłopak z kampera, więc
postanowiłam zostać jeszcze trochę. Znalazłam dobrze płatną pracę i wynajęłam pokój trzy piętra nad mieszkaniem koleżanki mojej mamy.
Przeniosłam cały swój dobytek za jednym zamachem i całe szczęście, bo
windy nie było.
Poprosiłam mamę o dosłanie kilku gratów, bo za pasem była jesień, a ja
nawet paska do spodni nie miałam, nie mówiąc już o samych spodniach czy
ciepłej czapce. Przyleciała pełna walizka. Teraz miałam już dwie
walizki. Kolejna przeprowadzka, tym razem z pokoju do kawalerki,
nastąpiła niespodziewanie. Mąż właścicielki mieszkania, pod wpływem nie
do końca dobrych intencji, wykurzył mnie z pokoju szybko i skutecznie. W środku nocy wylądowałam w zakurzonej kawalerce należącej do nieżyjącej
ciotki byłej żony mojego wujka. Na szczęście mieszkanko było w pełni
wyposażone w meble, porcelanowe filiżanki, książki, koronkowe
serweteczki i inne babcine bibeloty. Nie było tam jednak żadnych garów,
sztućców ani pralki. W sobotę rano wyszłam z kamienicy, rozejrzałam się
po kompletnie obcej okolicy i starając się zapamiętać, gdzie mieszkam,
wyruszyłam na polowanie. Przypominam, że wtedy mapy Google nie istniały,
więc szansa na zgubienie budynku, który nocą stał się moim nowym domem,
była spora. A ja wyjść musiałam, bo zamierzałam upolować okazałą
pralkosuszarkę. W kawalerce mieszkałam rok. Mozolnie burdelizowałam ją
kolejnymi niezbędnikami: czajnikiem elektrycznym, odkurzaczem i książkami kulinarnymi. Zarabiałam dobrze, mieszkałam w pojedynkę, planów
wielkich nie miałam, więc hurtowo doposażałam szafę na ubrania i szafki
kuchenne. W końcu musiałam zmienić lokum, bo mama wsadziła do samolotu
pieska, którego kupiłam jeszcze w Kanadzie, zanim on się urodził, a ja
postanowiłam przedłużyć moje wakacje na czas nieokreślony. W międzyczasie pies nie tylko przyszedł na świat, ale podrósł i był gotowy
na spotkanie ze swoją nową panią, czyli mną. Piesek miał trzy miesiące i rozmiar buldoga angielskiego, co miało się niebawem zmienić, gdyż dogi
niemieckie dorastają do rozmiarów źrebaka.
Od ginekologa wynajęłam mieszkanie naprzeciwko szpitala
psychiatrycznego. Lokalizacja idealna, nie ze względu na bliskość
specjalistów, z których usług lata później przyszło mi korzystać, ale
przede wszystkim z uwagi na bliskość koleżanki mojej mamy oraz nowego
miejsca pracy. Mieszkanie było dwupokojowe z kuchnią, łazienką i osobną
ubikacją. Było puste. Na szczęście miałam już pralkosuszarkę, czajnik
elektryczny i odkurzacz. Nie miałam lodówki. Dokupiłam. Nabyłam łóżko,
dywany i naczynia, legowisko dla psa, dwie miski wielkości wiadra,
podstawkę pod miski i kosz na brudną bieliznę, a także emerytowany
szwedzki pojazd wielkości amerykańskiej limuzyny, by pomieścić siebie i pieseczka, który szybko przybierał na wadze.
Parę lat później stałam się bogatsza o męża. Do chwili, kiedy
wybudowaliśmy z mężem dom, przeprowadzałam się trzynaście razy. W każdym
miejscu czegoś brakowało, więc trzeba było dokupić to i owo.
Jednocześnie nie pozbywałam się rzeczy, które akurat w danym miejscu
potrzebne nie były. W jednym z mieszkań miałam więc dwie lodówki, w innym nadwyżkę garnków. Małżeński dom był wielki, więc dokupywania nie
było końca. Pojawiły się dzieci, a z nimi wózki, nosidełka, tony zabawek
i szybko kurczących się ciuchów, które trzeba było zastępować nowymi.
Starych szkoda było wyrzucać, bo "jeszcze mogą się przydać".
Kiedy się rozwiodłam, dwukondygnacyjny dom musiałam zmieścić w mieszkaniu cztery razy mniejszym. Roztrzaskane życie spakowałam do
walizek i worków na śmieci - bez segregacji. Kartony bolesnych wspomnień
zagracały podwójnej wielkości miejsce parkingowe. Podwójne, bo dla
niepełnosprawnych. Przywilej nabyty wraz z zespołem Downa mojego syna,
spowodowanym zaledwie jednym nadprogramowym chromosomem w każdej komórce
jego ciała. Jak widać przysłowie, które zapewnia, że "od przybytku głowa
nie boli", to ściema. Mnie od tej nadwyżki chromosomów mojego syna głowa
rozbolała, i to bardzo. Z czasem w nieposłanym łóżku zagnieździła się
depresja, z szaf wypadały nienoszone ciuchy, z pudełek sypały się
papiery rozwodowe, dokumenty zakupów i sprzedaży, orzeczenia o niepełnosprawności i wypisy szpitalne. Było mnie znacznie mniej, za to
więcej gratów, obowiązków, konieczności i musiejstw.
Paczki z PRL-u, czyli wyrzucać czy oddawać biednym
Mój tata był człowiekiem bardzo oszczędnym. Nigdy nie zapomnę, jak uczył
nas dbać o buty: rozkładał na podłodze "Życie Warszawy" z ubiegłego
tygodnia, a potem ustawiał na gazecie w równiutkim rządku szczoteczki,
pasty do pielęgnacji skóry i swoje buty. Następnie skrupulatnie
pielęgnował obuwie, którego nie wymieniał przez dziesięciolecia.
Niebieską zimową kurtkę z lat osiemdziesiątych posiada po dziś dzień.
Wynikało to z biedy, jakiej doświadczył w dzieciństwie, z czasów, w jakich się urodził, i pielęgnowanych przez pokolenia wartości, wśród
których oszczędność była na szczycie listy.
Pamiętam, jak moja mama wraz z babcią w nocy wynosiły stare kołdry i zakopywały w lesie, żeby dziadek (tata taty) nie widział. Kołdry były
tak stare, że nie nadawały się nawet dla psa, ale dziadek nie pozwalał
wyrzucać absolutnie niczego, bo "jeszcze może się przydać". Przekleństwo
takiego podejścia pokutuje w wielu z nas po dziś dzień. Kiedy chcemy
wyrzucić przepaloną lampkę albo zepsuty odkurzacz, nagle słyszymy w głowie głos taty, dziadka albo babci, dobitnie sugerujący, by to
zostawić, bo w razie czego można tę rzecz naprawić i jeszcze się przyda...
Ty też tak masz? Ja z tym głosem w głowie nadal czasem dyskutuję.
Szpilki, które kiedyś nosiłam chętniej niż kapcie, przeleżały nieużywane
przez niemal dekadę, zanim pozwoliłam im odmaszerować. Piękna lampa
industrialna stoi na poddaszu, bo "wystarczy wymienić kabel i będzie jak
nowa" - tak twierdzi mój dwudziestodwuletni syn, który do owej lampy ma
stosunek sentymentalny, bo stała w jego pokoju przez większość
dzieciństwa. Zatem co wyrzucać, kiedy, jak i gdzie? A może nie wyrzucać,
może zostawiać na pamiątkę, bo przecież te przedmioty budują naszą
tożsamość i nie ma nic piękniejszego, niż poszperać w starych gratach i z okrzykiem radości na nowo odkryć scyzoryk otrzymany od nieżyjącego już
dziadka albo dziurawą koszulkę z pierwszego w życiu wyjazdu na obóz
sportowy.
Wyrzucać czy oddawać biednym? To kolejny stereotyp z okresu PRL-u.
Pamiętacie paczki z NRD w czasach komunistycznych? Ja jestem w takim
wieku, że pamiętam tony cukru i produktów kompletnie zbędnych, ale
ofiarujący je Niemcy byli przeświadczeni, że uszczęśliwiają biednych
Polaków, a może nawet tym cukrem osładzają nam swoje gorzkie wojenne
winy. Kiedy przeprowadziłam pierwszą potężną deburdelizację w mojej
szafie, zgromadziłam worki nieużywanych ubrań. Nie chciałam ich tak po
prostu wyrzucić, bo to przecież grzech! Zawiozłam do domu dziecka. Pani
popatrzyła na mnie z politowaniem i uprzejmie wyjaśniła, że używanych
nie biorą. Pojechałam więc wyładowanym po dach autem do ośrodka dla
młodych bezdomnych matek z dziećmi. Przez domofon dowiedziałam się, że
mają magazyny pełne takich skarbów. Przyznaję, byłam trochę urażona, bo
przecież moją intencją było zrobić im dobrze, a oni nie chcą tego, czego
ja nie chcę. Co więc robić z tymi wszystkimi gratami, które jeszcze się
nadają, mogą się przydać i szkoda wyrzucić, bo jeszcze dobre, poza tym,
że za małe, niemodne, za ciasne w pasie i trochę niedziałające.
Od czego zacząć? Jak skutecznie odgracić przestrzeń - tę wokół siebie i tę w sobie? Co robić z tym, co nam już nie służy? I jak utrzymać efekt
wow, który zachwyca tuż po odgraceniu, ale już parę tygodni później
przestrzeń jakoś niechcący znowu się zagraca. O tym wszystkim
przeczytasz w kolejnych rozdziałach, w których przedstawiam dwadzieścia
jeden kroków skutecznej deburdelizacji. Dlaczego akurat tyle? Bo
dwadzieścia jeden to oczko - fajna i trochę czarodziejska liczba. Bo
tyle dni potrzeba, by jakaś nowa czynność stała się nawykiem. Bo moją
coroczną deburdelizację zwykle przeprowadzam w lecie, kiedy dzieci
wyjeżdżają na trzy tygodnie ze swoim tatą, a moim byłym mężem. Przez
dwadzieścia jeden dni odświeżam swoje życie zewnętrzne i wewnętrzne. Ty
możesz opisane przeze mnie kroki wykonać w dwadzieścia jeden dni albo w dwadzieścia jeden tygodni, w zależności od tego, na co pozwala ci
codzienność. Grunt to zacząć. Dalej jakoś pójdzie.
Jeszcze jedna sprawa, właśnie świadomie wchodzisz w gigantyczny chaos.
Zanim znajdziesz się po drugiej stronie, przygotuj się na dni
zniechęcenia, na emocjonalne niespodzianki skrywane pod dywanami i głęboko w szafach. Totalny detoks czeka nie tylko twój dom czy samochód,
ale też serce, ciało i umysł. Podejdź do tego procesu z ciekawością i bez szczególnych oczekiwań. Otwórz się na niespodziewane i baw się!
Pieprzyć konwenanse, czyli od depresji do deburdelizacji
Słowo DEBURDELIZACJA ukradłam pewnej pani dyrektor zarządzającej
niezwykle zacną państwową instytucją. Kochana kobieta nazywała wszystko
po imieniu i nie bawiła się w dyplomację. Drugie jej powiedzenie
brzmiało: "pieprzyć konwenanse", i stało się jedną z moich ulubionych
życiowych zasad. Patrząc trzeźwo na sprawę, to nie da się przeprowadzić
deburdelizacji, jeśli najpierw nie postanowisz pieprzyć konwenansów. Bo
to konwenanse, przyzwyczajenia, wielopokoleniowe nawyki i wszystkie
"wypada/nie wypada" sprawiają, że boimy się wypieprzyć pół chałupy na
śmietnik, odciąć toksycznych członków rodziny i zostawić dziecko z tatą,
babcią czy opiekunką, żeby pójść na regenerującą jogę albo oczyszczanie
twarzy. Zatem jeśli chcesz przeprowadzić deburdelizację, będziesz
musiała wyjść ze swojej strefy komfortu i zacząć robić niektóre rzeczy
niekonwencjonalnie.
Pieprząc konwenanse, parę lat temu przeprowadziłam deburdelizację
radykalną. Bolało jak cholera, bo całe moje życie było jednym wielkim
bałaganem. Ja sama byłam zaledwie kupką zagubionego, zasmarkanego,
zapyziałego nieszczęścia. Piszę o tym szczegółowo w Depresjologii, bo cały
ten bałagan skończył się właśnie depresją. Dopiero niedawno, pisząc
zupełnie inną książkę, dowiedziałam się, jak znamienna była moja choroba
w odniesieniu do burdelu, którego sobie narobiłam.
Depresja według totalnej biologii związana jest z konfliktem
terytorialnym i patem hormonalnym. Ze względu na obniżone poczucie
wartości nie podejmujemy walki o nasze terytorium i następuje tak zwany
pat hormonalny, czyli zablokowanie działania. "Terytorium" może mieć
bardzo różne znaczenia. Męski konflikt terytorium wiąże się z jego
utratą, zagrożeniem lub oznaczeniem, ponieważ w naturze to samiec walczy
i zdobywa terytorium. Żeński konflikt terytorium związany jest z jego
organizacją, tak jak w naturze, gdzie samica odpowiedzialna jest za
zagospodarowanie terytorium. U człowieka może to być strach przed
osamotnieniem, lęk przed stratą kogoś, kto wcześniej był na tym
terytorium, obawa przed zorganizowaniem terytorium po swojemu. Za utratę
terytorium można uznać na przykład stratę możliwości decydowania o organizacji domu.
Kiedy budowaliśmy z mężem dom, czułam, że on nie jest mój. Kawałeczek po
kawałeczku rezygnowałam z tego, co mnie się podobało, na rzecz tego, co
podobało się mojemu mężowi. Z czasem przyjmowałam to za swoje, ale
czułam się w tym domu obco i źle. Przytłaczał mnie i przygnębiał.
Pamiętam, jak chodziłam po sklepach z artykułami wnętrzarskimi i marzyłam, że gdyby to ode mnie zależało, to MÓJ DOM wyglądałby zupełnie
inaczej. Kupowałam więc tony poduszek i bibelotów, desperacko starając
się zorganizować po swojemu nieprzyjazne dla mnie terytorium. Zagracałam
je, tracąc przy tym siły i chęci do życia.
Depresja była punktem zwrotnym w moim życiu, rozpoczęła proces zmian.
Wraz z terapią zaczęło się wielkie sprzątanie. Po każdej zmianie, po
każdej aranżacji przeprowadzonej w zgodzie z moim "wewnętrznym
projektantem" czułam się bardziej cenna, sprawcza, wartościowa,
niezależna i silna. To niesamowite, jak konflikt terytorialny może
zaważyć na zdrowiu człowieka. Nie trzeba sięgać do prawd totalnej
biologii, by poznać znaczenie harmonijnej przestrzeni dla zdrowia i szczęścia człowieka. Feng shui to starożytna praktyka planowania
przestrzeni w celu osiągnięcia zgodności ze środowiskiem naturalnym.
Feng shui to dosłownie "wiatr i woda", czyli to, co niewidzialne i nieuchwytne, a kluczowe dla zdrowia i dobrostanu każdej istoty ludzkiej.
Kiedy skończyłam pierwsze wielkie sprzątanie, byłam chudsza o męża,
firmę, sporo kasy i parę kilogramów. Nie polecam jednak aż tak
radykalnych porządków. W większości przypadków radykalna deburdelizacja
nie jest konieczna, choć ta pierwsza zwykle jest dosyć konkretna. Każda
kolejna jest już łagodniejsza, a jeśli podejdziesz do tematu cyklicznie
i regularnie będziesz urządzała deburdelizacje sezonowe, noworoczne,
urodzinowe, albo z sobie tylko znanego powodu, to z czasem okaże się, że
odgracasz sobie życie na bieżąco i nie musisz już zamawiać kontenera,
żeby posprzątać w domu i w duszy.
Zapraszam cię do zrobienia pierwszego kroku w stronę spokojnej,
poukładanej i radosnej CIEBIE...
Krok 1. Jutro, czyli mit właściwego czasu
KROK 1.
Jutro,
czyli mit właściwego czasu
Jestem pewna, że doskonale jest ci znana historia o słoniu w pokoju.
Udajesz, że wielkiego, wypełniającego całą życiową przestrzeń problemu
nie ma. Z czasem jednak unikanie go staje się coraz trudniejsze i pochłania coraz więcej energii. W poniedziałek rano łypiesz okiem na
niezbyt higieniczną umywalkę. Mówisz sobie: "Jutro...". We wtorkowy
poranek z premedytacją myjesz zęby z zamkniętymi oczami, ale siadając na
sedesie, zauważasz kocie kłaczki hulające po podłodze. Krzywisz się
nieco, ale wiesz, że dzisiaj posprzątać się nie uda, bo masz przed sobą
inne palące zobowiązania. Wracasz do domu szczęśliwa, że już ciemno i nie widać ani kłaczków, ani umywalki. Kładziesz się spać z poczuciem
winy i niewystarczalności, bo przecież miałaś to zrobić, a nie zrobiłaś.
Rano poczucie porażki puchnie, bolą cię głowa i niewyspane oczy. Dzisiaj
to już na pewno nie będziesz sprzątać. W internecie piszą, żeby słuchać
siebie i robić sobie przerwę, kiedy ciało mówi "nie". No to słuchasz
zarówno internetowych porad, jak i tej części siebie, która każe robić
wszystko inne byle nie to upiorne sprzątanie. Ten głos wewnętrzny, który
jeszcze stara się nakłonić cię do działania, zapychasz lodami i idziesz
spać. I tak głupie ogarnięcie łazienki przeradza się w poważny problem,
który obrasta w kolejne warstwy złości, poczucia winy i krzywdy, staje
się polem wewnętrznej walki, dowodem przeciwko tobie w codziennym
samosądzie.
Czy kiedykolwiek jest właściwy czas na zrobienie tego, co niemiłe,
niewygodne? I czym jest ten właściwy czas? Kto określa, czy dany moment
jest odpowiedni, by coś zrobić, czy nie jest? Muszę cię rozczarować.
Właściwy czas to fikcja! To nic innego jak twoja osobista interpretacja
warunków, które muszą zostać spełnione, żebyś uznała jakąś chwilę za
właściwą. Dokładnie tak samo jak warunki, które musi spełnić partner,
pracodawca czy wspólnik, żeby został przez ciebie uznany za właściwego.
Z równie subiektywnych powodów jedni decydują się na dzieci jeszcze na
studiach, podczas gdy inni czekają, aż zrobią karierę, zbudują dom i objadą cały świat. Te same kryteria sprawiają, że jednym odpowiada praca
w korporacjach, a inni nie uznają takiej formuły zatrudnienia. Jedna
świeżo poznana osoba staje się nam bliska niemal natychmiast, inna nawet
po latach znajomości nigdy nie awansuje do rangi przyjaciółki - twojej
przyjaciółki, bo z całą pewnością czyjąś będzie. Co więc wpływa na to,
że coś uznajesz za właściwe? Twoje osobiste doświadczenia, osobowość i predyspozycje, ale nie tylko. Na decyzję o tym, czy coś jest właściwe,
mogą wpływać również lęki, takie jak lęk przed porażką czy przed
sukcesem, lęk przed rozczarowaniem, lęk przed radością. Zdarza się
również lęk przed rozwiązaniem problemu (bo co wtedy, co dalej?). Lęk
przed zrobieniem sobie przestrzeni (bo czym ją zapełnisz?). Lęk przed
puszczeniem tego, co nie służy, bo to zarazem jedyne, co znasz. Lęk
przed konsekwencjami, lęk przed oceną, przed samotnością, przed utratą
tego, co nielubiane, ale znane i w związku z tym postrzegane jako
bezpieczne. Lęk jest zazwyczaj powodem, dla którego wciąż odsuwamy
rozpoczęcie zadania, które przed sobą stawiamy.
Nie zaprzeczam, że bywają powody jak najbardziej racjonalne, by nie
rozpoczynać deburdelizacji w okresie, w którym jesteś najbardziej
zajęta, na przykład kiedy akurat rozkręcasz firmę albo zimą, gdy zmagasz
się z gorszym nastrojem. Ale być może właśnie deburdelizacja jest tym,
czego potrzebujesz, by tym razem zrobić coś inaczej i osiągnąć inny niż
zawsze - lepszy - rezultat. Sprzątanie życia, relacji, domu, pokoju,
szuflady może być pierwszym krokiem, by wyjść z depresji, by poczuć
wewnętrzną moc i sprawczość, by ruszyć do przodu, zamiast ukrywać się
pod kocem i udawać, że nic nie widzisz, że dobrze jest, jak jest, a ten
słoń na środku pokoju to wcale nie słoń, a tak w ogóle to go tam nie ma.
Niech pierwszy krok w kierunku deburdelizacji stanie się twoim pierwszym
krokiem ku przearanżowaniu życia zgodnie z twoimi marzeniami i potrzebami.
Moją deburdelizację przeprowadzam zwykle latem. Dzieci jadą do taty na
trzy tygodnie wakacji, a ja ruszam do boju i robię totalną rozpierduchę,
i to nie tylko w domu. W tym roku jednak te trzy tygodnie mam trochę
podzielone, na dokładkę postanowiłam wyjechać na siedmiodniowe warsztaty
jogi kundalini. Czy więc powinnam rozpocząć swoje działania przed
wyjazdem, czy po powrocie? A może już na początku wakacji? Hm, a może w tym roku sobie odpuścić, bo w sumie nie jest aż tak tragicznie. Jak
zdecydować i co zrobić, żeby pytanie "Robić czy nie robić letniej
rozpierduchy?" nie stanęło mi w gardle jak rozgotowana klucha? Czasem
podejmowanie decyzji pochłania więcej czasu i energii niż samo wykonanie
zadania. Aby mieć czyste sumienie, że jednak coś w kierunku rozwiązania
dylematu robię, postanowiłam sporządzić listę wszystkich powodów, dla
których nie mogę zacząć akurat teraz.
NIE MOGĘ...
Bo nie mam czasu.
Bo jestem zmęczona.
Bo za późno wstaję.
Bo brak mi motywacji.
Bo nie mam siły.
Bo robię równolegle trzy intensywne kursy.
Bo wydaję jedną książkę i piszę drugą.
Bo przymierzam się do projektowania kursów online.
Bo mi się nie chce.
Bo mam prawo odpocząć, a nie znowu latać z mopem, pędzlem i torbami na śmieci.
Bo mam inne priorytety.
Bo nie mam środków, by osiągnąć wymarzony efekt.
Zaczęłam się rozkręcać i szło mi coraz lepiej, ale teraz czas na ciebie.
Ciekawe, dlaczego ty nie możesz rozpocząć deburdelizacji teraz. Jeśli
miejsca w książce jest za mało, doczep zszywaczem kartkę i zapisz
wszystko, co przychodzi ci do głowy.
NIE MOGĘ...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Czy możemy podsumować nasze listy?
Proponuję następujące zdanie:
Będę mogła rozpocząć deburdelizację, kiedy będę miała więcej siły, czasu
i środków, kiedy będę się lepiej czuła oraz kiedy zmieni się coś w moich
relacjach osobistych i zawodowych.